Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alicja Tysiąc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alicja Tysiąc. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 grudnia 2021

Nowe Technologie

 

W wieku 50 lat, zaduszona przez COVID19, w warszawskim szpitalu zmarła radna SLD, Alicja Tysiąc. Pisałem tu w swoim czasie o Alicji Tysiąc, ale ponieważ obawiam się, że dla wielu z nas to nazwisko dziś znaczy tylko tyle co ów zabawny tysiąc, przypomnę tamte swoje refleksje. I może tylko dodam dwie uwagi. Otóż wspomniana notka była jedną z dwóch w całej mojej historii, wówczas jeszcze w Salonie 24, którą mi wewnętrzna cenzura państwa Janke usunęła. Druga rzecz to ta, że dziś córka Alicji Tysiąc ma 21 lat i, jak rozumiem, musi żyć w przekonaniu, że jej mama urodziła ją za 25 tys. euro i przez nią przy okazji straciła wzrok, a kto wie, czy nie i ostatecznie życie.

 

 

 

 

      Bardzo nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc – ani wtedy jeszcze, kiedy ona zaczynała swoją karierę, ani teraz – z kilku powodów, a wszystkie bardzo ważne. Pierwszy z nich jest kompletnie irracjonalny. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ona faktycznie ma na nazwisko Tysiąc, a przez to jest mi okropnie trudno uwierzyć, że ona istnieje.

      Oczywiście, oglądam czasem tę kobietę w tych jej karykaturalnie grubych szkłach, jak ją prowadzą z miejsca na miejsce i każą wykonywać najróżniejsze gesty, słyszę jej głos, jej historię, ale – pewnie właśnie przez to kompletnie komiksowe nazwisko – mam nieustanne poczucie, że ona jest częścią fikcji, wymyślonej na potrzeby pewnych bardzo niedobrych interesów. Że przyjdzie taki dzień, gdy „Gazeta Wyborcza”, lub TVN, na przykład, ogłoszą, ze to wszystko był tylko taki projekt, który miał coś tam udowodnić, lub choćby tylko sprowokować dyskusję. A Alicja Tysiąc okaże się jakąś dziennikarką, która zgodziła się na parę lat poświęcić dla tego eksperymentu, natomiast my wszyscy jego ofiarami.

      Drugi powód jest już nieco inny, choć w pewien sposób z tym pierwszym połączony. Otóż cała historia tej Alicji Tysiąc (no, co za nazwisko; powiedzcie sami – co to za nazwisko!) jest tak absurdalna, tak nie do uwierzenia, tak – znów – komiksowa, że przez te wszystkie lata, zwyczajnie nie byłem w stanie poważnie się skupić nad kolejnymi wydarzeniami, które nam gazety i telewizja relacjonowały. No bo proszę pomyśleć logicznie. Mamy kobietę. Prostą, niewykształconą kobietę, gdzieś z Polski, jak się zdaje bez rodziny, bez męża, która ma bardzo zniszczony wzrok i która nagle zachodzi w ciążę. Z kim? Tego nie wie nikt. Chce usunąć tę ciążę, bo ktoś jej powiedział, że jej słaby wzrok może dostarczyć jej tu pewnego alibi, jednak państwo jej na tę aborcję nie pozwala. Rodzi więc to dziecko – dziewczynkę, ale ponieważ w wyniku porodu, wzrok popsuł się jej jeszcze bardziej, ona żąda odszkodowania za to, że musiała rodzić to dziecko i dziś gorzej widzi. Kolejne lata, to już historia równoległa. Historia dziecka i pieniędzy. Alicja Tysiąc walczy o pieniądze, które jej wynagrodzą to, że musiała urodzić dziecko, a w tym samym czasie jej córka rośnie, rozwija się, jest coraz większa i wreszcie dochodzi do sytuacji, że z jednej strony jest to żywe dziecko, a z drugiej strony za to życie odszkodowanie. Powstaje cały system, wręcz organizacja, której jedynym celem i jedynym sensem działania jest wyciąganie od państwa pieniędzy, które będą odszkodowaniem za to, że Alicja Tysiąc urodziła dziecko.

      I widzimy tę Alicję Tysiąc po latach. Jest zadbana, ma elegancko zrobione włosy, elegancko ubrana, i jedyne co ją przypomina z tamtych lat to te potwornie grube szkła i ta twarz osoby nie rozumiejącej ani kim jest, gdzie jest i po co jest. A wokół niej tłum polityków, dziennikarzy, adwokatów i, z jednej strony, nieustanny entuzjazm, a z drugiej – przerażenie. I wciąż te pieniądze. Dziesiątki tysięcy pieniędzy za to, że musiała urodzić swoje dziecko, a przy okazji – oczywiście – i za to, że tak chętnie zgadza się pisać kolejne odcinki tego komiksu właśnie. Bo z całą pewnością nie telewizyjnego serialu. Powstaje więc coś na kształt jakiegoś upiornego projektu, który od początku do końca jest czystym wymysłem, a jednocześnie – przez swoją kompleksowość i profesjonalizm wykonania – każe nam wierzyć, że to wszystko autentycznie dzieje się tuż obok nas.

      Więc to byłby kolejny powód, dla którego nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc. Przekonanie, że ta cała historia nie może być prawdziwa i jednoczesny strach, że co, jeśli okaże się, że się jednak mylę. I że to się faktycznie dzieje. Jest też trzeci powód mojej niechęci do zajmowania się sprawą kobiety – istniejącej, czy wymyślonej – która urodziła dziewczynkę, wychowała ją, dziewczynkę z którą najprawdopodobniej mieszka, widzi codziennie, daje jej jeść i prowadzi do lekarza, gdy ona zachoruje, sprawdza jej zeszyty, gdy ona wraca ze szkoły, a jednocześnie, gdyby ktoś się tej dziewczynki spytał, z czego mamusia żyje, to ona – gdyby tylko umiała ładnie wyrażać swoje myśli – nie miałaby innej możliwości, jak odpowiedzieć, że „z kolejnych odszkodowań za to że się urodziłam i żyję” i ze stałej pensji za to, że „obie zgodziłyśmy się sprzedać światu nasze wspólne życie”. Prowadząc ten blog, staram się zawsze dbać o to, by nie popadać w trywializm i nie zasypywać jego czytelników refleksjami zbyt prostymi i oczywistymi. A cóż mądrego można powiedzieć na temat czegoś tak upiornie jednoznacznego? Mam powtarzać za politykami prawicowymi to samo wciąż pytanie: „Jak można?” Po co?

      A jednak zdecydowałem się dziś napisać ten tekst. Dlaczego? Otóż wczoraj, z jakiegoś powodu, nagle pomyślałem sobie, że Alicja Tysiąc nie jest postacią fikcyjną. Że najprawdopodobniej to jej nazwisko też jest prawdziwe, ta dziewczynka jest prawdziwa i cała ta historia jest też prawdziwa. Te pieniądze są prawdziwe, ta sędzia, to pełne podniecenia serce Moniki Olejnik, gdy wypowiada słowo ‘aborcja’. To wszystko się dzieje. Nie wiem, dlaczego tak sobie pomyślałem, ale przespałem się z tym swoim podejrzeniem i, kiedy się rano zbudziłem, wciąż czuję, że to nie jest żaden eksperyment. To właśnie nadeszły dawno zapowiadane czasy. I uznałem, że o tym warto dziś powiedzieć.

      Historia Alicji Tysiąc to znak czasów i jednocześnie znak ich końca. To wszystko się wreszcie stało i – jak się zdaje – powinniśmy to wszyscy przyjąć do wiadomości i naprawdę zacząć się przygotowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, co może się stać w dalszej kolejności, ale wiem, że to może być coś bardzo poruszającego. Jestem gotów i czekam.



 

czwartek, 12 września 2019

Co to tak syczy?


Nie napisałem wczoraj żadnego tekstu z tego prostego powodu, że albo nie umiałem znaleźć odpowiednio interesującego tematu, albo, owszem, takich tematów znalazłem parę, jednak nie umiałem znaleźć odpowiedniego środka, by z tematu powstał tekst na poziomie, do którego się tu przyzwyczailiśmy. Zrobiłem więc sobie tę przerwę i kiedy przyszedł kolejny dzień, przeżyłem dokładnie tę samą pustkę. Ponieważ jednak nie mam sumienia, by sprawiać zawód tym z Państwa, dla których ten blog stanowi coś, co uważają w pewnym sensie za zagwarantowane, uznałem, że zamiast znów pozostawić tu puste miejsce, przypomnę któryś ze swoich bardzo stary teksów, licząc na to, że większość Czytelników, albo go nie pamięta, albo zwyczajnie nie miało okazji czytać.
Szukałem więc w tym swoim toyahowym archiwum i nagle wpadłem na coś, co dało mi powód do pewnej wręcz dumy. Okazuje się bowiem, że już w roku 2009 przedstawiłem tu tekst, który bardzo mocno zapowiadał nadejście czegoś, co w końcu nadeszło pod symboliczną nazwą #MeToo. Przedstawiam tu więc tamtą notkę, a przy okazji mam jeszcze pewną refleksję a propos tego, jak oni wszyscy potrafią być daleko, daleko spóźnieni. Oto niedawno trafiłem gdzieś na informację, że naukowcy na jednym z uniwersytetów w Irlandii, studiując problem tak zwanych fake newsów, doszli do wniosku, że to jest problem jeszcze większy niż się dotychczas wydawało, a to z tego względu – i oni to potwierdzili naukowo – że owe fake newsy nie tylko oszukują naszą bieżącą świadomość, ale również nasze wspomnienia. Irlandzcy naukowcy naukowo zbadali, że człowiek, któremu pewnego dnia wdrukowano w mózg jakieś kłamstwo, może nawet po latach być przekonany co do owego kłamstwa realności.
Kto by pomyślał, prawda? A teraz już właściwy tekst i nadzieja, że może jutro uda mi się napisać coś nowego.

      Z jednej strony z przykrością, a z drugiej, tylko ze zdziwieniem, stwierdziłem fakt, że cała seria ostatnich wpisów na tym blogu nie dotyczy już polityki. Z przykrością dlatego, że może to świadczyć o tym wprawdzie, że – jakoś tam podświadomie – uznałem, że w polityce sprawy idą w dobrym kierunku, ale też, może być i tak, że wręcz przeciwnie, nie ma już o czym gadać. Bo przyznać tu muszę, że kolejne tematy nie są wynikiem mojej przemyślanej decyzji. One pojawiają się dokładnie według wzoru, w jaki układają się moje codzienne myśli (i to jest właśnie kwestia tego zdziwienia). A, ostatnio, tak się jakoś dzieje, że ja o polityce zwyczajnie nie myślę. I, gdyby miało się okazać, że ze zwykłej rezygnacji, i zupełnie podświadomie, wyparłem z siebie wszelkie kwestie związane z moim pragnieniem, by ostatecznie ujrzeć Donalda Tuska i jego jedenastkę, na peryferiach polskiej polityki, to byłoby mi bardzo przykro.
      Polityka więc wisi gdzieś w najdalszej perspektywie, a ja patrzę przede wszystkim na to, co z takim poczuciem bólu przedstawiłem w obu tekstach na temat projektu zatytułowanego ‘Alicja Tysiąc’, czyli w efekcie czegoś co niechybnie przypomina koniec czasów. Co widzę dziś? Otóż widzę to przede wszystkim, że amerykański system wymiaru sprawiedliwości wreszcie znalazł sposób, by wyegzekwować swoje pretensje do osoby Romana Polańskiego. No i jednocześnie, niestety, widzę, jak kulturowa i cywilizacyjna dostojność tego wydarzenia zostaje, najpierw z pełnym wyrachowaniem, a później już tylko na zasadzie odtwarzania głosu tzw. autorytetów, przykryta przez powszechny krzyk w obronie tego, co wydarzyło się już ponad 30 lat temu.
      Zanim przejdę do rzeczy, bardzo proszę posłuchać pewnej historii, którą zaczerpnąłem z powieści, a jednocześnie z filmu, który dla mnie zawsze stanowił jedno z pierwszych źródeł pewnej szczególnej wiedzy moralnej. Mam na myśli Ojca Chrzestnego. Z całą pewnością w książce, a również – o ile pamiętam – w telewizyjnej, bardzo poszerzonej, wersji filmu Coppoli, tradycyjnie znana scena wizyty Hagena w Hollywood została poszerzona o jeden niezwykły epizod. Sytuacja w każdym razie jest taka, że Hagen przybywa do Hollywood, żeby się spotkać z Woltzem, słynnym filmowym producentem, by poprosić go o rolę dla Johnnego Fontane. Kiedy czeka na niego w recepcji, widzi przed sobą, na kanapie „najpiękniejsze dziecko, jakie Hagen widział kiedykolwiek. Dziewczynka ta miała nie więcej, niż jedenaście, czy dwanaście lat, była ubrana bardzo kosztownie, ale prosto, jak dorosła kobieta. Miała niewiarygodnie złote włosy, ogromne, niebieskie jak morze oczy i świeże, malinowe usta. Towarzyszyła jej kobieta będąca najwyraźniej jej matką…”
      Po jakimś czasie, kiedy już wiadomo, że Woltz – człowiek, w oczywisty sposób, zły i zepsuty – nie da roli Johnnemu i Hagen musi wracać do Nowego Jorku, by przekazać złe wieści Donowi, opuszczając, tym razem już prywatną, posiadłość Woltza, widzi jeszcze raz tę dziewczynkę. I tak tę (fikcyjną absolutnie przecież) scenę opisuje Puzo, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego: „Czekając pod oświetloną kolumnadą na samochód, Hagen zobaczył dwie kobiety wsiadające do długiej limuzyny, która już stała na podjeździe. Była to owa piękna, dwunastoletnia złotowłosa dziewczynka i jej matka, które widział rano w biurze Woltza. Teraz jednakże prześlicznie wykrojone usta dziewczynki były jakby rozmazane w obrzmiałą, różową masę. Błękitne oczy miała zamglone, a kiedy schodziła po schodach do samochodu, jej długie nogi chwiały się jak nogi okulawionego źrebięcia. Matka podtrzymywała dziewczynkę, pomagała jej wsiąść, sykała jej do ucha rozkazy. Obróciła głowę, by rzucić Hagerowi krótkie, ukradkowe spojrzenie, i dostrzegł w jej oczach płonący, jastrzębi tryumf. A potem i ona zniknęła we wnętrzu limuzyny”.
      Jeśli ktoś nie zna Ojca Chrzestnego i całej filozofii, która stanowi oczywisty przekaz tej historii, powinien mieć świadomość, że brutalność tej sceny przekracza wszelkie pozostałe opisy gwałtu i mafijnej przemocy, jakie tam znajdujemy. Z punktu widzenia ludzi mafii, wszystko to, co oni robili, było oczywiście złe, było czymś za co każdy z nich miał najprawdopodobniej trafić do piekła, ale utrzymywało się zawsze w ramach jakiejś – dziwnej i perwersyjnej – ale jednak, etyki. Hagen wiedział, że w momencie kiedy oni wszyscy przybyli do Ameryki i zdecydowali o swoim przyszłym życiu, tym samym podpisali na siebie cyrograf. Wiedziała to też pani Corleone, codziennie modląc się za duszę, wciąż jeszcze przecież, żyjącego męża. Kiedy jednak patrzył na to dziecko, wyprowadzane nad ranem z apartamentów Woltza, wiedział choćby to, że Johnny Fontane ostatecznie dostanie swoją rolę. Z tej prostej przyczyny, że Woltz to człowiek, który nie ma honoru. A zatem, jego da się zmusić do wszystkiego.
      Obawiam się, że gdyby Mario Puzo pisał swoją książkę dziś, musiałby stanowczo tę scenę albo wyciąć, albo przedstawić ją – w najgorszym wypadku – jako część tamtego świata, jako tamtego świata kontekst, by nikt nie miał poczucia zbyt dokuczliwego dysonansu. Gdyby pisał tę książkę dziś, musiałby, na przykład, dać do zrozumienia, że na tym własnie polega Hollywood, a za nim i cały nasz świat, i że nawet jeśli to co się tam dzieje nazwiemy złem, to będzie to jedynie takie samo zło jak każde inne, a więc w rezultacie nasze, zaprzyjaźnione, dobrze nam znane zło. No a już z całą pewnością nie sugerowałby, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Don Vito Corleone i jego zbrodnicze otoczenie, to co zrobił Woltz, wołało o pomstę do nieba, lub choćby tylko wywoływało rumieniec wstydu na twarzy.
      Roman Polański, ponad już trzydzieści lat temu, na jednym z przyjęć zgwałcił trzynastoletnią dziewczynkę. A amerykańskie prawo, a za nim ja, używa słowa ‘zgwałcił’, bo prawdopodobnie w języku, wymierającej, ale jednak wciąż współczesnej cywilizacji, nie ma innego określenia dla tego, co tam się wówczas stało. Wprawdzie dziś, banda zepsutych, całkowicie zdemoralizowanych łajdaków, tłumaczy nam, że to nie był gwałt, bo to dziecko wyglądało jak dorosła kobieta, i przede wszystkim samo bardzo chciało zaspokoić zwierzęce instynkty Romana Polańskiego i jego ustosunkowanych przyjaciół. Jednak fakt pozostaje faktem. Ktoś tę dziewczynkę tam przyprowadził i nie zrobił tego po to, by te zwierzęta mogły zaczerpnąć intelektualnej inspiracji z jej obecności. Ja nie mam pojęcia, jak wyglądają przyjęcia w Hollywood i co trzeba zrobić, żeby się na nich znaleźć. Ale tyle, to się mogę domyśleć, że tam nie wchodzi się ot tak sobie. A jeśli na tych przyjęciach pojawiają się alkohol, narkotyki, czy małe dzieci, to nie na zasadzie magicznej sztuczki, tylko dlatego, że ktoś złożył odpowiednie zamówienie.
      Może i jestem naiwny i głupi, ale nie na tyle z pewnością, by uwierzyć w te wszystkie bzdury, próbujące zracjonalizować ówczesne pojawienie się tego dziecka obok Romana Polańskiego. Widzę dziś tę dziewczynkę, już trzydzieści lat starszą, typową spasioną Amerykankę, która, Bóg jeden wie, co zyskała na tym, że kiedy zaczynała swoje życie, znalazła się wśród tych wilków. Z całą pewnością, ani Polański, ani jego kumpel Jack Nicholson, ani nikt inny z tego chorego towarzystwa, nie załatwił jej aktorskiej kariery. Domyślam się, że za ten jednorazowy gest, dostała jakieś ciężkie pieniądze, dzięki którym ona i jej opiekunowie przeżyli swoje dotychczasowe życie. To mnie jednak bardzo mało obchodzi. Czym się dziś zadręczam, to wspomnianym na samym początku tego tekstu załamaniem i – obawiam się – ostatecznym krachem tego co znaliśmy pod pojęciem nowoczesnej chrześcijańskiej cywilizacji. A co z tak przerażającą wyrazistości obserwuję w wypowiedziach najprzeróżniejszych obłąkańców, którzy apelują o objęcie tego odrażającego czynu amnestią, by nie powiedzieć – zrozumieniem.
      Bo – nie oszukujmy się – to są zapowiedziane znaki. Matka, otoczona przez tabuny najbardziej czarnych doradców, wyciągająca serię odszkodowań od najprzeróżniejszych instytucji za to, że zmuszono ją do urodzenia dziecka. Dziecka, które żyje, chodzi do szkoły, ogląda otaczający je świat i pewnie marzy o tym, że kiedyś stanie się coś, co będzie dobre i piękne. Sędzia niezawisłego sądu, z bezwzględną surowością potępiająca tych, którzy pokazali zło palcem. Ekskluzywne prostytutki zostające prezesami państwowych firm. Zaczadzeni ludzie, z wykrzywionymi złością twarzami, wołającymi o śmierć. I wreszcie „płonący jastrzębim tryumfem” świat. Drżący z emocji na widok nadchodzącego końca.
      Panie, zmiłuj się nad nami!




poniedziałek, 16 października 2017

Nowe technologie (repryza)

     Pisałem tu niedawno parę razy o najnowszym filmie Patryka Vegi pod tytułem „Botoks” i powiem szczerze, że starałem się jak mogłem, by przedstawiając problem, wobec którego zostaliśmy postawieni, zrobić wszystko, by nie wspominać o antyaborcyjnym wątku, który się pojawił przy okazji promocji owego filmu. Trochę dlatego, że problem zabijania dzieci poczętych uważam zbyt poważny, by go dyskutować przy okazji omawiania przekrętu dokonanego przez owego Vegę, ale głównie przez to, że ja zwyczajnie nie wierzyłem, by ktoś taki jak Vega faktycznie poważył się na to, by między te swoje przekleństwa wcisnąć szczątki tych biednych, pomordowanych dzieci. Tymczasem ostatnio jeden z kolegów zdał mi relację z filmu Vegi, który, owszem, od poczatku do końca obejrzał, i, jak się okazuje, jest tak, jak się jakoś tam obawiałem, a więc Vega rzeczywiście nakręcił film antyaborcyjny, w dodatku, jeśli wierzyć temu, co mówi kolega, ów głos jest niemal tak samo dźwięczny, jak te wszystkie „kurwy”, którymi on zabawia swoją publiczność.
    W tej sytuacji uznałem, że, skoro oni zaczynają sobie żartować na tym poziomie, to nie pozostaje mi nic innego, jak odwołać się do historii tego bloga i przypomnieć tekst, jeszcze z roku 2009, który zrobił takie wrażenie, że właściciele Salonu 24 uznali go za niecenzuralny i on na swoją publikację musiał czekać do czasu aż założyłem swój prywatny blog. Zapraszam więc gorąco. Oto zło osobowe.

      Bardzo nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc – ani wtedy jeszcze, kiedy ona zaczynała swoją karierę, ani teraz – z kilku powodów, a wszystkie bardzo ważne. Pierwszy z nich jest kompletnie irracjonalny. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ona faktycznie ma na nazwisko Tysiąc, a przez to jest mi okropnie trudno uwierzyć, że ona istnieje.
      Oczywiście, oglądam czasem tę kobietę w tych jej karykaturalnie grubych szkłach, jak ją prowadzą z miejsca na miejsce i każą wykonywać najróżniejsze gesty, słyszę jej głos, jej historię, ale – pewnie właśnie przez to kompletnie komiksowe nazwisko – mam nieustanne poczucie, że ona jest częścią fikcji, wymyślonej na potrzeby pewnych bardzo niedobrych interesów. Że przyjdzie taki dzień, gdy „Gazeta Wyborcza”, lub TVN, na przykład, ogłoszą, że to wszystko był tylko taki projekt, który miał coś tam udowodnić, lub choćby tylko sprowokować dyskusję. A Alicja Tysiąc okaże się jakąś dziennikarką, która zgodziła się na parę lat poświęcić dla tego eksperymentu, natomiast my wszyscy jego ofiarami.
      Drugi powód jest już nieco inny, choć w pewien sposób z tym pierwszym połączony. Otóż cała historia tej Alicji Tysiąc (no, co za nazwisko; powiedzcie sami – co to za nazwisko!) jest tak absurdalna, tak nie do uwierzenia, tak – znów – komiksowa, że przez te wszystkie lata, zwyczajnie nie byłem w stanie poważnie się skupić nad kolejnymi wydarzeniami, które nam gazety i telewizja relacjonowały. No bo proszę pomyśleć logicznie. Mamy kobietę. Prostą, niewykształconą kobietę, gdzieś z Polski, jak się zdaje bez rodziny, bez męża, która ma bardzo zniszczony wzrok i która nagle zachodzi w ciążę. Z kim? Tego nie wie nikt. Chce usunąć tę ciążę, bo ktoś jej powiedział, że jej słaby wzrok może dostarczyć jej tu pewnego alibi, jednak państwo jej na tę aborcję nie pozwala. Rodzi więc to dziecko – dziewczynkę, ale ponieważ w wyniku porodu, wzrok popsuł się jej jeszcze bardziej, ona żąda odszkodowania za to, że musiała rodzić to dziecko i dziś gorzej widzi. Kolejne lata, to już historia równoległa. Historia dziecka i pieniędzy. Alicja Tysiąc walczy o pieniądze, które jej wynagrodzą to, że musiała urodzić dziecko, a w tym samym czasie jej córka rośnie, rozwija się, jest coraz większa i wreszcie dochodzi do sytuacji, że z jednej strony jest to żywe dziecko, a z drugiej strony, za to życie odszkodowanie. Powstaje cały system, wręcz organizacja, której jedynym celem i jedynym sensem działania jest wyciąganie od państwa pieniędzy, które będą odszkodowaniem za to, że Alicja Tysiąc urodziła dziecko.
       I widzimy tę Alicję Tysiąc po latach. Jest zadbana, ma elegancko zrobione włosy, jest elegancko ubrana, i jedyne co ją przypomina z tamtych lat to te potwornie grube szkła i ta twarz osoby nie rozumiejącej ani kim jest, gdzie jest i po co jest. A wokół niej tłum polityków, dziennikarzy, adwokatów i, z jednej strony, nieustanny entuzjazm, a z drugiej – przerażenie. I wciąż te pieniądze. Dziesiątki tysięcy pieniędzy za to, że musiała urodzić swoje dziecko, a przy okazji – oczywiście – i za to, że tak chętnie zgadza się pisać kolejne odcinki tego komiksu właśnie. Bo z całą pewnością nie telewizyjnego serialu. Powstaje więc coś na kształt jakiegoś upiornego projektu, który od początku do końca jest czystym wymysłem, a jednocześnie – przez swoją kompleksowość i profesjonalizm wykonania – każe nam wierzyć, że to wszystko autentycznie dzieje się tuż obok nas.
      Więc to byłby kolejny powód, dla którego nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc. Przekonanie, że ta cała historia nie może być prawdziwa i jednoczesny strach, że co, jeśli okaże się, że się jednak mylę. I że to się faktycznie dzieje. Jest też trzeci powód mojej niechęci do zajmowania się sprawą kobiety – istniejącej, czy wymyślonej – która urodziła dziewczynkę, wychowała ją, dziewczynkę z którą najprawdopodobniej mieszka, widzi codziennie, daje jej jeść i prowadzi do lekarza, gdy ona zachoruje, sprawdza jej zeszyty, gdy ona wraca ze szkoły, a jednocześnie, gdyby ktoś się tej dziewczynki spytał, z czego mamusia żyje, to ona – gdyby tylko umiała ładnie wyrażać swoje myśli – nie miałaby innej możliwości, jak odpowiedzieć, że „z kolejnych odszkodowań za to że się urodziłam i żyję” i ze stałej pensji za to, że „obie zgodziłyśmy się sprzedać światu nasze wspólne życie”. Prowadząc ten blog, staram się zawsze dbać o to, by nie popadać w trywializm i nie zasypywać jego czytelników refleksjami zbyt prostymi i oczywistymi. A cóż mądrego można powiedzieć na temat czegoś tak upiornie jednoznacznego? Mam powtarzać za politykami prawicowymi to samo wciąż pytanie: „Jak można?” Po co?
      A jednak zdecydowałem się dziś napisać ten tekst. Dlaczego? Otóż wczoraj, z jakiegoś powodu, nagle pomyślałem sobie, że Alicja Tysiąc nie jest postacią fikcyjną. Że najprawdopodobniej to jej nazwisko też jest prawdziwe, ta dziewczynka jest prawdziwa i cała ta historia jest też prawdziwa. Te pieniądze są prawdziwe, ta sędzia, to pełne podniecenia serce Moniki Olejnik, gdy wypowiada słowo ‘aborcja’. To wszystko się dzieje. Nie wiem, dlaczego tak sobie pomyślałem, ale przespałem się z tym swoim podejrzeniem i, kiedy się rano zbudziłem, wciąż czuję, że to nie jest żaden eksperyment. To właśnie nadeszły dawno zapowiadane czasy. I uznałem, że o tym warto dziś powiedzieć.
      Historia Alicji Tysiąc to znak czasów i jednocześnie znak ich końca. To wszystko się wreszcie stało i – jak się zdaje – powinniśmy to wszyscy przyjąć do wiadomości i naprawdę zacząć się przygotowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, co może się stać w dalszej kolejności, ale wiem, że to może być coś bardzo poruszającego. Jestem gotów i czekam.

Tak się kończy tamten tekst, a my dziś mamy te kina wypełnione tłumem zarykujących się ze śmiechu durniów. Z tego co słyszę, liczba widzów oglądających film Vegi siega powoli dwóch milionów, organizacje typu Ordo Iuris cieszą się, że ruch pro-life zyskał dwa miliony zwolenników, no a ja się domyślam, że i dla samego Vegi ów wynik jest powodem do satysfakcji, choćby i finansowej. Walka o życie zakończyła się sukcesem. No nie wiem, co powiedzieć, ale przyszedł mi do głowy pewien plan. Zanim jednak go przedstawię, zwrócę tylko uwagę na fakt, że, wbrew temu, co część z nas sądzi, ten Vega tak naprawdę nie nazywa się Vega, lecz normalnie, Krzemieniecki, tyle że po obejrzeniu filmu Tarantino „Pulp Fiction” postanowił dokleić sobie ten wąsik i tak mu zostało. A teraz mój najnowszy projekt. Oto wszyscyśmy mieli okazję zapoznać się, względnie przypomnieć sobie, tekst o Alicji Tysiąc i jej córeczce. Mamy rok 2009, ten blog, tamten zakaz, no i ten tekst, jeden z 232, jakie napisałem w owym roku. Gdyby tak trzeba było zmierzyć jego wartość rynkową, ile mógłbym za niego dostać? Odpowiedzi proszę przesyłać na numer konta: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591. Obiecuję, że wynik opublikuję tu na blogu.


piątek, 25 września 2009

Nowe technologie



Bardzo nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc – ani wtedy jeszcze, kiedy ona zaczynała swoją karierę, ani teraz – z kilku powodów, a wszystkie bardzo ważne. Pierwszy z nich jest kompletnie irracjonalny. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ona faktycznie ma na nazwisko Tysiąc, a przez to jest mi okropnie trudno uwierzyć, że ona istnieje.
Oczywiście, oglądam czasem tę kobietę w tych jej karykaturalnie grubych szkłach, jak ją prowadzą z miejsca na miejsce i każą wykonywać najróżniejsze gesty, słyszę jej głos, jej historię, ale – pewnie właśnie przez to kompletnie komiksowe nazwisko – mam nieustanne poczucie, że ona jest częścią fikcji, wymyślonej na potrzeby pewnych bardzo niedobrych interesów. Że przyjdzie taki dzień, gdy Gazeta Wyborcza, lub TVN, na przykład, ogłoszą, ze to wszystko był tylko taki projekt, który miał coś tam udowodnić, lub choćby tylko sprowokować dyskusję. A Alicja Tysiąc okaże się jakąś dziennikarką, która zgodziła się na parę lat poświęcić dla tego eksperymentu, natomiast my wszyscy jego ofiarami.
Drugi powód jest już nieco inny, choć w pewien sposób z tym pierwszym połączony. Otóż cała historia tej Alicji Tysiąc (no, co za nazwisko; powiedzcie sami – co to za nazwisko!) jest tak absurdalna, tak nie do uwierzenia, tak – znów – komiksowa, że przez te wszystkie lata, zwyczajnie nie byłem w stanie poważnie się skupić nad kolejnymi wydarzeniami, które nam gazety i telewizja relacjonowały. No bo proszę pomyśleć logicznie. Mamy kobietę. Prostą, niewykształconą kobietę, gdzieś z Polski, jak się zdaje bez rodziny, bez męża, która ma bardzo zniszczony wzrok i która nagle zachodzi w ciążę. Z kim? Tego nie wie nikt. Chce usunąć tę ciążę, bo ktoś jej powiedział, że jej słaby wzrok może dostarczyć jej tu pewnego alibi, jednak państwo jej na tę aborcję nie pozwala. Rodzi więc to dziecko – dziewczynkę, ale ponieważ w wyniku porodu, wzrok popsuł się jej jeszcze bardziej, ona żąda odszkodowania za to, że musiała rodzić to dziecko i dziś gorzej widzi. Kolejne lata, to już historia równoległa. Historia dziecka i pieniędzy. Alicja Tysiąc walczy o pieniądze, które jej wynagrodzą to, że musiała urodzić dziecko, a w tym samym czasie jej córka rośnie, rozwija się, jest coraz większa i wreszcie dochodzi do sytuacji, że z jednej strony jest to żywe dziecko, a z drugiej strony za to życie odszkodowanie. Powstaje cały system, wręcz organizacja, której jedynym celem i jedynym sensem działania jest wyciąganie od państwa pieniędzy, które będą odszkodowaniem za to, że Alicja Tysiąc urodziła dziecko.
I widzimy tę Alicję Tysiąc po latach. Jest zadbana, ma elegancko zrobione włosy, elegancko ubrana, i jedyne co ją przypomina z tamtych lat to te potwornie grube szkła i ta twarz osoby nie rozumiejącej ani kim jest, gdzie jest i po co jest. A wokół niej tłum polityków, dziennikarzy, adwokatów i, z jednej strony, nieustanny entuzjazm, a z drugiej – przerażenie. I wciąż te pieniądze. Dziesiątki tysięcy pieniędzy za to, że musiała urodzić swoje dziecko, a przy okazji – oczywiście – i za to, że tak chętnie zgadza się pisać kolejne odcinki tego komiksu właśnie. Bo z całą pewnością nie telewizyjnego serialu. Powstaje więc coś na kształt jakiegoś upiornego projektu, który od początku do końca jest czystym wymysłem, a jednocześnie – przez swoją kompleksowość i profesjonalizm wykonania – każe nam wierzyć, że to wszystko autentycznie dzieje się tuż obok nas.
Więc to byłby kolejny powód, dla którego nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc. Przekonanie, że ta cała historia nie może być prawdziwa i jednoczesny strach, że co, jeśli okaże się, że się jednak mylę. I że to się faktycznie dzieje. Jest też trzeci powód mojej niechęci do zajmowania się sprawą kobiety – istniejącej, czy wymyślonej – która urodziła dziewczynkę, wychowała ją, dziewczynkę z którą najprawdopodobniej mieszka, widzi codziennie, daje jej jeść i prowadzi do lekarza, gdy ona zachoruje, sprawdza jej zeszyty, gdy ona wraca ze szkoły, a jednocześnie, gdyby ktoś się tej dziewczynki spytał, z czego mamusia żyje, to ona – gdyby tylko umiała ładnie wyrażać swoje myśli – nie miałaby innej możliwości, jak odpowiedzieć, że „z kolejnych odszkodowań za to że się urodziłam i żyję” i ze stałej pensji za to, że „obie zgodziłyśmy się sprzedać światu nasze wspólne życie”. Prowadząc ten blog, staram się zawsze dbać o to, by nie popadać w trywializm i nie zasypywać jego czytelników refleksjami zbyt prostymi i oczywistymi. A cóż mądrego można powiedzieć na temat czegoś tak upiornie jednoznacznego? Mam powtarzać za politykami prawicowymi to samo wciąż pytanie: „Jak można?” Po co?
A jednak zdecydowałem się dziś napisać ten tekst. Dlaczego? Otóż wczoraj, z jakiegoś powodu, nagle pomyślałem sobie, że Alicja Tysiąc nie jest postacią fikcyjną. Że najprawdopodobniej to jej nazwisko też jest prawdziwe, ta dziewczynka jest prawdziwa i cała ta historia jest też prawdziwa. Te pieniądze są prawdziwe, ta sędzia, to pełne podniecenia serce Moniki Olejnik, gdy wypowiada słowo ‘aborcja’. To wszystko się dzieje. Nie wiem, dlaczego tak sobie pomyślałem, ale przespałem się z tym swoim podejrzeniem i, kiedy się rano zbudziłem, wciąż czuję, że to nie jest żaden eksperyment. To właśnie nadeszły dawno zapowiadane czasy. I uznałem, że o tym warto dziś powiedzieć.
Historia Alicji Tysiąc to znak czasów i jednocześnie znak ich końca. To wszystko się wreszcie stało i – jak się zdaje – powinniśmy to wszyscy przyjąć do wiadomości i naprawdę zacząć się przygotowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, co może się stać w dalszej kolejności, ale wiem, że to może być coś bardzo poruszającego. Jestem gotów i czekam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...