Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 sierpnia 2019

Czy tegoroczną nagrodę Grzegorza I Wielkiego odbierze Marcin "Różal" Różalski?


Możliwe, że to jest troszkę zbyt wcześnie, ale damy radę. Oto mój wczorajszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Polecam serdecznie.


      Myślę, że wciąż pamiętamy, jak nie tak wcale dawno, bo na samym początku tego roku, reżyser filmowy Patryk Vega, wspólnie z prof. Ryszardem Legutko, został wyróżniony przez środowisko „Gazety Polskiej” tak zwaną nagrodą św. Grzegorza I Wielkiego, za to, że, jak to pięknie sformułowała przedstawicielka fundatora,  red. Katarzyna Gójska Hejke, ów wybitny człowiek i artysta „dzielnie stawał w obronie prawdy w życiu publicznym”.  O co chodziło konkretnie? Otóż o film Vegi zatytułowany „Botoks”, który zdaniem prawicowych mediów stanowił niezwykłe świadectwo chrześcijańskiej wrażliwości reżysera, a według oceny zaprezentowanej przez samego zainteresowanego „dzieło nakreślone bezpośrednio ręką Boga”.
      Dziś już, po tych kilku miesiącach, wiemy, że w filmie Vegi chrześcijaństwa jest dokładnie tyle samo co rzekomej wrażliwości jego twórcy, że promocja, jaką prawicowe media Vedze urządziły, była zaledwie bezczelnym propagandowym kantem, a na dodatek, wchodzi właśnie na ekrany kolejne dzieło Vegi, tym razem jednak nie dość że nie o potrzebie obrony wartości, ale tych, którzy owych wartości próbują bronić, najbardziej wulgarnie wyszydzający. 
      I gdy wydawałoby się, że to co się stało w przypadku Vegi i owego brudnego geszeftu ze wspomnianą nagrodą, nauczy tych wszystkich durniów przynajmniej tego, że  jeśli nie ma się szacunku dla drugiego człowieka, to nie ma mowy o szacunku dla siebie samego, i oni nie będą już więcej próbować tego rodzaju metod zbijania politycznych punktów, bez oglądania się na choćby podstawową przyzwoitość, to, proszę sobie wyobrazić, że nowym bohaterem wspomnianych środowisk, tym razem reprezentowanych przez portal braci Karnowskich wpolityce.pl, stał się niejaki Marcin „Różal” Różalski, były mistrz tzw. mieszanych sztuk walki, znany jednak głównie ze zdeformowanej tatuażami twarzy i z wypowiedzi w rodzaju: „Satanista w prostej linii, ja by nie patrzeć, to jest poganin, to ktoś kto nie idzie w dogmatach katolickich, które są najbardziej zakłamanymi kurwa dogmatami świata. Wystarczy sobie przeczytać, jakąkolwiek kurwa mądrą książkę, nie napisaną przez jakiegoś cymbała, jakiegoś kurwa chrześcijanina, który pierdoli jakieś głupoty, tylko normalną książkę. Polecam ‘Biblię Szatana’ LaVeya”.
       Za co zatem Karnowscy polubili dziś tego dziwnego człowieka? Otóż, proszę sobie wyobrazić, za to, iż ten udzielił im wywiadu, a oni, nazywając go po przyjacielsku „Różal”, zaanonsowali krzykliwymi literami „TYLKO U NAS” i pozwolili mu mówić:
       Każdy ma swoje rzeczy święte. Dla jednej osoby będzie to rodzina, dla innej krzyż i wiara. Dla mnie święte są symbole narodowe. Nie można żartować z flagi i godła, bo za te symbole zginęły miliony ludzi. Tolerancją mają być żarty z symboli narodowych?”
       Otóż chciałbym na koniec oświadczyć, że jeśli tak zwani „dziennikarze niepokorni” zamierzają się nadal w ten sposób z nami zabawiać, to ja nie znam odpowiednio wulgarnych słów by ich nimi potraktować. A już zwłaszcza, gdy oni w przyszłym roku wspomnianą wcześniej nagrodę zdecydują się dać swojemu nowemu kumplowi, Różalowi.



Wszystkim zainteresowanym przypominam, że udało mi się zdobyć paręnaście egzemplarzy mojej, wyczerpanej już, książki z listami od śp. Zyty Gilowskiej. Jeśli ktoś pomyśli, że warto by to mieć, zapraszam do siebie pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
  

piątek, 28 czerwca 2019

Kiedy Jan Hartman strzeli sobie słitfocie z Prezesem?

   Kiedyś, dawno temu, miałem okazję czytać wywiad z amerykańskim reżyserem filmowym, Terrym Gilliamem, wcześniej znanym głównie z występów w słynnym Latającym Cyrku Monty Pythona i w pewnym momencie, nawiązując do swojego poważnego reżyserskiego debiutu, wspominał Gilliam, że on się okropnie bał nowego zadania, ale już w pierwszy dzień, widząc jak profesjonalnie pracują wszyscy ludzie na planie, zrozumiał, że on tam naprawdę nic nie musi. Lubię zarówno Gilliama, jak i jego filmy, jednak ile razy oglądam kolejną z tych produkcji, przypominają mi się tamte słowa i wiem, że to co mnie tak zachwyca, to tak naprawdę scenariusz, gra aktorów, kamera, muzyka, montaż, dźwięk, a w ostatnich latach już tylko komputery i postprodukcja. Jeśli reżyser jest tu do czegokolwiek potrzebny, to dokładnie w taki sam sposób jak Jurgen Klopp swoim współpracownikom oraz zawodnikom: jeśli oni go lubią, to pracują tak, że wszystko lśni.
      Nie lubię polskich filmów, bo mam nieustanne wrażenie, że tam reżyser odpowiada za wszystko. On układa scenariusz, mówi aktorom, jak mają grać, wtrąca się nieustannie w pracę kamery, no i w ogóle staje na głowie, by to co powstanie, tak naprawdę było realizacją tego jedynego pomysłu, jaki mu przyszedł do głowy, kiedy to którego poranka stał skacowany gdzieś na brzegu drogi i sikał do trawy. Dlatego też odnoszę wrażenie, że czym gorszy polski film, to tym bardziej tam widać robotę reżysera, a widać ją tym wyraźniej czym ów mądrala jest większą i bardziej irytującą mendą.
      Tu muszę od razu przyznać, że dla mnie absolutnie najgorszymi polskimi filmami są filmy Patryka Vegi. To czym ten człowiek nas próbuje zainteresować jest tak do bani, że gdybym miał to porównywać do naszych spraw codziennych, to musiałbym przywołać obraz jakiegoś zapijaczonego żula-idioty, który jedzie razem z nami tramwajem i próbuje zabawiać nas swoimi „wykurwionymi” żartami.
      Dlatego też, kiedy w zeszłym roku na fali kinowej premiery filmu „Botoks” nasze prawicowe media uznały, że film ten jest bardzo mocnym manifestem Patryka Vegi w obronie życia poczętego, a on sam do tego stopnia podchwycił ów koncept, że przez kilka kolejnych tygodni przyjmował zaproszenia do różnych programów publicystycznych TVP, gdzie opowiadał w kółko o swoim nawróceniu na żywą katolicką wiarę i niezłomnej walce z kulturą śmierci, realizowaną przez światowy biznes aborcyjny. Patrzyłem na niego, jak w żywe oczy z nas szydzi, ale autentycznym przerażeniem napełniali mnie nasi niezłomni dziennikarze, gdy z żywym wzruszeniem rozpływali się nad każdym słowem wypowiadanym przez tę wytatuowaną mendę. Do dziś pamiętam, jak w sztandarowym programie TVP Info „Minęła 20”, w rozmowie z Michałem Rachoniem Vega opowiadał, jak to kilka razy dziennie się modli, całe swoje życie ofiaruje Jezusowi, a jego film, na który waliły miliony tylko po to, by zobaczyć słynną na całą Polskę scenę, gdzie jakaś zapijaczona kurwa dupcy się z psem, został zrealizowany ręką Boga.
      Jestem katolikiem, nie wstydzę się tego, wręcz jestem z tego powodu dumny” – wyznawał Rachoniowi Patryk Vega. „Dla mnie wiara stanowi całe moje życie. Codziennie czytam Pismo Święte. Dwukrotnie się modlę. Ta modlitwa tak naprawdę ustawia mi cały dzień, łącznie z pracą. Biblia jest instrukcją jak żyć”.  Turlały się po ekranie te jaja, a Rachoniowi przy tym nawet powieka nie drgnęła. Dlaczego? Jak rozumiem, dlatego, że po Matce Kurce, po raz kolejny na przestrzeni lat, nasz patriotyczno-narodowy obóz zyskał kolejną gwiazdę i nasza księgowość zabrała się do roboty.
      Minęło parę tygodni, nadszedł rok 2019 i stało się. Wielki lider wspomnianego obozu, wybitny organizator wielkiego społecznego ruchu pod nazwą „Kluby Gazety Polskiej”, Tomasz Sakiewicz wraz ze skupionym wokół siebie towarzystwem, zdecydował przyznać doroczną Nagrodę im. św. Grzegorza I Wielkiego dwóm osobom: prof. Ryszardowi Legutce i... właśnie Patrykowi Vedze. Gdyby ktoś nie wiedział, o czym mówimy, krótko tylko przypomnę, że owa nagroda jest przyznawana przez środowisko „Gazety Polskiej” od roku 2009 i kolejnymi laureatami byli: Fundacja „Pamiętamy”, ks. Stanisław Małkowski, Antoni Macierewicz, Krzysztof Wyszkowski, Jan Olszewski, Bogdan Chazan, Bogusław Nizieński, Sławomir Cenckiewicz, Andrzej Gwiazda, no i ostatnio wreszcie, Ryszard Legutko i Vega.
      Być może coś przegapiłem, ale nie słyszałem, by, czy to wyróżniony wspólnie z Vegą prof. Legutko, czy też któryś z wcześniej wymienionych polskich patriotów, w proteście zwrócili Sakiewiczowi ów medal. Dlaczego tak? Skąd ów brak zwykłego odruchu moralnego oburzenia? Moim zdaniem przyczyna jest zawsze ta sama. Oni wszyscy te nasze rozterki mają głęboko w swoich pozapychanych małymi interesami nosach, a pięknie to pokazał niedawno sam premier Morawiecki, przyjmując jakąś super tanią nagrodę od portalu słusznie bardzo wyszydzanego jako „wpotylice.pl” i żałośnie liżąc się z braćmi Karnowskimi i całą resztą tego ponurego towarzystwa.
        Przepraszam, ale ten felieton zbliża się pomału do końca, a ja się zastanawiam, czy ktoś może zapytał, co jest właściwie nie tak z tym Vegą? Nie słyszałem niczego takiego i to mnie absolutnie nie dziwi, bo dziś już wszyscy wiemy, co za syf nasi dzielni prawicowi liderzy odstawili nawet nie rok temu. Może niektórzy z nas pamiętają choćby, jak w marcu tego roku w wypowiedzi dla portalu niezależna.pl ów Patryk Vega zapowiedział, że zabiera się za kręcenie kolejnego filmu o tym, jak światowy satanizm organizuje międzynarodowy handel dziećmi, który to film będzie dziesięć razy bardziej ostry i prawdziwy od wcześniejszego „Botoksu”. To był marzec, a dziś już wiemy, że jeśli nawet tak będzie jak niezależna.pl z satysfakcją zapowiadała, to owymi satanistami handlującymi dziećmi będą Antoni Macierewicz, ojciec Rydzyk i Jarosław Kaczyński.
       Żeby tak się dać temu żulowi wydymać, ludzki świat nie widział! I za co? Za to chwilowe poczucie, że oto kolejni ludzie kultury do nas dołączają? I nikomu z nich nawet nie wstyd? Żeby się chociaż któryś z nich zamknął. Ależ gdzie tam! Wszyscy wrzucają na Vegę i jego nowy film dokładnie z tą samą ekstazą, z jaką jeszcze przed chwilą go chwalili.
      A ja się tylko zastanawiam, czemu ci wszyscy artyści, Janda, Hołdys, czy Daniel Olbrychski, jeszcze nie wpadli na pomysł, by na zmianę występować w TVP Info i dawać świadectwo, jak to oni nagle zrozumieli czym jest kultura śmierci i jak ważna jest Wiara w życiu każdego człowieka, a następnie zarykiwać się ze śmiechu widząc jak czy to Rachoń, Łosiewicz, Karnowscy, czy Sakiewicz beczą ze wzruszenia. Mogliby nawet wysunąć tego Żyda Hartmana. To jest znany śmieszek, więc łatwo sobie wyobrazić, jak on któregoś dnia występuje w Wiadomościach TVP i przeprasza za swój naród, który ukrzyżował Boga. Oni mogliby nawet urządzić między sobą konkurs, w którym główną nagrodę zdobędzie ten, któremu uda się dotrzeć do samego Prezesa i strzelić sobie z nim selfie. Przecież oni mają nas na widelcu. Doprawdy, jak można nie wykorzystać tak fantastycznej okazji?


     

czwartek, 5 lipca 2018

Okoniem jedziemy, czyli jest gites


      Zacząłbym swój dzisiejszy tekst od słów, że moja dziecięca wręcz miłość do Prezesa ostatecznie mnie zgubiła, gdyby poszło wyłącznie o wywiad, jakiego ten udzielił Katarzynie Gójskiej z „Gazety Polskiej”, bo tam nie ma dosłownie nic, na co warto by było zwrócić uwagę. Przed laty, owszem, gdy nad Polską władzę absolutną sprawowała owa trójmiejska mafia, o której jeszcze w 2011 roku tak ważne i jednocześnie tak niesprawiedliwe zapomniane słowa wypowiedział ich główny ideolog Paweł Śpiewak, mówiąc, że stoimy wprawdzie wobec potężnej fali politycznego terroru, przy którym jednak da się żyć, każde słowo Jarosława Kaczyńskiego chłonąłem z prawdziwym upojeniem. Dziś jednak, mam wrażenie, że wszystko to co on mówi, mogę przeczytać na blogach. A jednak nie uważam, że ów gest, kiedy to wreszcie się przełamałem i po raz pierwszy od czasu gdy naczelnym tego czegoś przestał być Piotr Wierzbicki, dokonałem owego zakupu, poszedł całkowicie na marne. Bo nawet nie doczekawszy końca rozmowy z Prezesem, zacząłem wertować strony owego niezwykłego projektu i uznałem, że niemal w jednej chwili moja wiedza na temat tego, co się dzieje na tym boisku, uzyskała pełną wręcz pełnię.
     Jak Czytelnicy zapewne wiedzą, dotychczas, gdy chodzi o prawicowe media, pomijając „swoją” „Warszawską Gazetę”, ograniczałem się do telewizji TVP Info, oraz tygodnika „Sieci”, i na temat tego, co się tam wyprawia, wypowiadałem się tu wielokrotnie. Tymczasem okazuje się, że tygodnik Karnowskich, gdy chodzi o ów rynek, przy Sakiewiczu, Gójskiej, no i jej mężu Rachoniu, nie ma dziś najmniejszego znaczenia. Oni tam do tego towarzystwa mogą być co najwyżej od czasu do czasu łaskawie dopuszczeni, ale nic ponadto. W kwestii natomiast TVP Info, dziś już wiem, że to medium jest w całości przejęte przez „Gazetę Polską” właśnie. Oczywiście, oni jakoś tam próbują udawać jedność, ale nawet Dorota Łosiewicz i jej mniej znany kolega z redakcji nie zmienią tego faktu, że rządzą Rachoń z żoną, a więc w konsekwencji Sakiewicz. Stąd też pewnie to im właśnie, a nie Karnowskim wyświadczył właśnie tę uprzejmość Jarosław Kaczyński, udzielając Gójskiej ekskluzywnego wywiadu.
     Skoro więc to już mamy załatwione, chciałbym napisać parę słów o metodzie. Otóż metoda jest wciąż ta sama, a więc stała robota i stałe budżety przeznaczone dla swoich. A więc przede wszystkim, podobnie jak w „Sieci” mamy całą kupę stałych felietonów. Pozwolę sobie je wymienić. Otóż po normalnym wstępniaku Sakiewicza, który najwyraźniej pisze mu jakiś wynajęty student, lecą zwyczajowe kawałki Lisiewicza, a potem po kolei: Matka Kurka, Jacek Lizinkiewicz, Tadeusz Płużański, Wojciech Mucha (daję słowo, że wśród tych gwiazd jest ktoś o tym nazwisku), Joanna Lichocka, Jerzy Targalski, Dawid Wildstein, Tomasz Terlikowski, Jan Pospieszalski, Ryszard Czarnecki, podobno biznesmen Piotr Hofman, z kryminalną historią niejaki Grzegorz Broński, dawno niewidziana Maryna Miklaszewska, specjalista od samochodów Robert Kilen, inny Robert – mistrz Tekieli, jak najbardziej Marcin Wolski i Tomasz Łysiak, no i na koniec pełne dwie strony oddane w wieczne uzytkowanie małżeństwu Gójska Rachoń, z fantazją zatytułowane „Okoniem jedziemy”, no a reszta – podobnie zresztą, jak u Karnowskich – to już osobne artykuły, często pisane przez tych samych wcześniej wymienionych autorów.
     A więc, jak już zostało powiedziane, chodzi wciąż o to samo, czyli o budżet, który musi być odpowiednio rozdysponowywany tydzień po tygodniu. Jest jednak tam coś jeszcze poza tym, że ci mają Pietrzaka a tamci Kurkę, czy że tamci mają Zybertowicza, a ci Czarneckiego. Otóż „Gazeta Polsa” ma znacznie więcej znacznie poważniejszych od tego, na co stać Karnowskich, reklam, a wśród nich nagle pojawia się coś, co mnie jeszcze bardziej rozłożyło na łopatki niż niegdysiejsza akcja Jana Pietrzaka w temacie zbierania pieniędzy na Łuk Triumfalny Cudu Nad Wisłą. Otóż oni wyciągają od tych biednich durni kolene pieniadze na pomnik ofiar Smoleńska. Jest zdjęcie Marii i Lecha Kaczyńskich, jest opisany kontekst, jest wreszcie numer konta i skan odpowiedniego blankietu, i to tyle. Więcej nie trzeba, poza może jednym. Ponieważ mam bardzo silne podejrzenie, że tym sk***synom bardzo zależy na tym, by PiS przegrał najbliższe wybory, ja pozostanę tu gdzie jestem od lat.

Zachęcam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w warszawskim sklepie Foto-Mag, no i zawsze też tu na miejscu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

wtorek, 19 grudnia 2017

Czym będziemy myli okna w roku 2018?

       Najstarsi czytelnicy tego bloga być może pamiętają, jak dawno, dawno temu ukazał się tu tekst, w którym instruowałem Czytelników, w jaki sposób najbardziej skutecznie myć okna. Myśl moja była taka, że szmaty należy używać wyłącznie do umycia szyb z najbardziej widocznego brudu, natomiast całą resztę należy załatwić już tylko wyłącznie przy pomocy płynu do szyb i gazety, najlepiej „Gazety Wyborczej”. I wbrew temu, co mogłoby się komuś wydawać, w żadnym wypadku nie chodziło mi o jakiąkolwiek polityczną manifestację, lecz o kwestię czysto praktyczną. Otóż po wypróbowaniu różnych tytułów, doszedłem do wniosku, że „Gazeta Wyborcza” jest tu akurat najlepsza. Dziś, z prawdziwą satysfakcją muszę przyznać, że mimo upływu lat, tu się nic nie zmieniło i w dalszym ciągu „Gazeta Wyborcza” poleruje szyby na tyle dobrze, że nie  trzeba szukać nigdzie indziej.
      A zatem kilka razy do roku myjemy okna, a ja za każdym razem przygotowania do tej czynności zaczynam od zejścia na dół do najbliższego kiosku z gazetami i kupienia owego organu. I tak też zaczął się dzień wczorajszy. Przygotowałem drabinę, wiadro z wodą, szmatę, płyn do mycia szyb, założyłem buty, zszedłem na dół… i, proszę sobie wyobrazić, że okazało się, że akurat w poniedziałek „Wyborcza” kosztuje całe 3,99 zł., a na to, jak z pewnością każdy z nas potrafi zrozumieć, tak zwany biały człowiek zgodzić się nie może, nawet gdy chodzi o Święta Bożego Narodzenia. Zwróciłem więc pani w kiosku zakupiony chwilę wcześniej papier i zapytałem, co jest najtańszego, co by się jednocześnie nadawało do mycia okien, no i tu też zachęcam wszystkich do tego, by nie traktowali tego co się stało w tym momencie, jako gestu politycznego, ale pani kioskarka dała mi „Gazetę Polską Codziennie” za jedyne 2 zł.
      Wracałem do domu powoli i wiedząc, że już za chwilę nie będę miał choćby i niewielkiej szansy, by się zorientować, co tam mniej więcej słychać, zacząłem czytać to co red. Sakiewicz zdecydował się zamieścić na okładce. I proszę sobie wyobrazić, że trafiłem z miejsca na zapowiedź tekstu Piotra Lisiewicza o tym, że „nowy język, jaki [premier Morawiecki] wprowadza do polskiej polityki, już stał się dla obozu niepodległościowego wartością dodaną”, a owa nowość polega na tym, że on ostatnio gdzieś wspomniał o tym, że wymiar sprawiedliwości III RP „w dużym stopniu” jest kontynuacją poprzedniego systemu, a w innym miejscu przytoczył opinie ekonomistów o Polsce jako „kraju skolonializowanym”. Zdaniem Lisiewicza, „takim językiem, pokazującym ciągłość między komunizmem, postkomunizmem i zacofaniem cywilizacyjnym, rzadko mówili politycy PiS-u, a gdy mówili, a gdy mówili, brzmiało to inaczej niż w ustach człowieka postrzeganego jako specjalista od gospodarki, który odniósł sukces”.
        Ostatnio pojawiły się tu i ówdzie głosy, które konsekwentnie i z rozmysłem postanowiłem lekceważyć, jakoby przekazanie Mateuszowi Morawieckiemu przez prezesa Kaczyńskiego stanowiska premiera miało sens nieco bardziej ukryty, niż by się nam to wydawało. Po wspomnianej deklaracji Piotra Lisiewicza, a tak naprawdę tych, co go zatrudniają, dochodzę do wniosku, że tu musi być coś na rzeczy. Jeśli oni ni stąd ni z owąd wyskakują z takim idiotyzmem, do tego idiotyzmem, dla każdego, kto przez minione dwa lata obserwuje polską scenę polityczną choćby i bardzo pobieżnie, wyjątkowo bezczelnym, oznacza to, że oni już się szykują do poważnego skoku. Pamiętajmy bowiem, kim jest Piotr Lisiewicz. To człowiek, który jeszcze niedawno układał dla prezydenta Dudy przezwisko „Dudaczewski”, a dziś zaczyna się prezentować, jako najbardziej pilny propagandzista Zawsze Dobrej Zmiany. A to musi oznaczać, że przed nami same ciekawe wydarzenia.
       Przepraszam bardzo, ale numer który właśnie odstawiła „Gazeta Polska” jako żywo przypomina mi coś, czym nas niedawno całkiem bardzo rozbawiła Magdalena Ogórek, skarżąc się publicznie, że w którymś ze sklepów, nie chciano, jako reżimowej dziennikarki, jej obsłużyć. Wszyscy z zapartym tchem czekamy więc a to aż Piotr Lisiewicz którejś nocy wyskoczy do najbliższego monopolowego po flaszkę żołądkowej gorzkiej, a ta biedna dziewczyna co tam się użera z miejscowymi pijakami powie mu, żeby się udał do Tesco, bo za to, że on popiera premiera Morawieckiego, ona nie chce mieć z nim nic wspólnego. To już będzie rok 2018 i z całą pewności Google ogłosi koleją listę laureatów swojej incjatywy Digital News i tym razem, zamiast Karnowskich, znajdzie się tam Tomasz Sakiewicz ze swoimi licznymi projektami. Jako pierwszy przekazuję Redaktorowi najszczersze gratulacje.

Myślę, że dziś jest ostatni dzień, kiedy w naszej księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl można bezpiecznie zamówić którąś z moich książek, tak, by ona dotarla na miejsce przed Świętami. Polecam serdecznie.  

środa, 1 marca 2017

Gdy Matka Kurka został honorowym członkiem Klubów Gazety Polskiej

            Oto pojawiła się wręcz wstrząsająca informacja, że po wszystkich latach owej ponurej pulpy, tygodnik „Gazeta Polska” będzie się ukazywał w nowej szacie graficznej i w ten sposób, już niczym nie będzie się różnił nie tylko od takich popularnych prawicowych tygodników jak „W Sieci”, czy „Polska Niepodległa”, ale nawet od „Newsweeka” i „Wprostu”. A więc sukces? Sukces. Sukces zarówno wydawnictwa, jak i jego właściciela, Tomasza Sakiewicza, który najwyraźniej już na tyle zadbał o osobiste finanse, że może wreszcie przestać oszczędzać i coś dosypać do swojego sztandarowego projektu.
      Ponieważ „Gazety Polskiej” nie miałem w ręku przynajmniej od czasu, gdy oni najpierw wykorzystali moje teksty z bloga, a następnie odmówili jakiegokolwiek kontaktu, to czy oni nadal będą traktować swoich czytelników, jak ciemną masę, której wystarczy kawałek zadrukowanego papieru, czy może wykażą nieco szacunku, ma dla mnie znaczenie żadne, natomiast, owszem, zainteresowało mnie to, że wśród redaktorów tygodnika w nowej odsłonie, będziemy też mieli samego Piotra Wielguckiego, czyli Matkę Kurkę. Ja mam oczywiście świadomość, że ów dziwny człowiek pojawia się w polu zainteresowania różnych patriotyczno-prawicowych organizacji od dłuższego już czasu i jak najbardziej też pamiętam, jak w pewnym momencie próbowali go do siebie przygarnąć sami bracia Karnowscy, jednak za każdym razem pojawiała się odpowiednia refleksja i Wielgucki kończył tam gdzie był od początku, czyli gdzieś w połowie drogi między swoim blogiem, a Twitterem. No i wreszcie się stało. Matka Kurka stał się oficjalnie i ostatecznie publiczną twarzą Klubów Gazety Polskiej, a ja, znając jego determinację i ów szczególny talent, nie zdziwię się, jeśli już wkrótce zobaczymy go, jak obok Jarosława Kaczyńskiego i Tomasza Sakiewicza prowadzi kolejną miesięcznicę na Krakowskim Przedmieściu, no a dalej to już tylko polityczna kariera posła Prawa i Sprawiedliwości.
      Póki jeszcze sprawa jest w miarę gorąca, chciałbym przypomnieć swój stary bardzo tekst, jeszcze sprzed Smoleńska, kiedy to Matka Kurka był jeszcze Matką Kurką, jego fanami byli ludzie, którzy go naprawdę bardzo szanowali za owo szyderstwo z Ojca Rydzyka, a on sam nawet nie przypuszczał, jak ci, z których on szydzi, potrafią być naiwni i głupi. Proszę uprzejmie, jeszcze raz tamten tekst, w wersji nieco skróconej i przede wszystkiej zredagowany tak, by jego myśl była bardziej uniwersalna.

     
      Nie wiem, kto to jest Matka Kurka poza tym, że to uznany bloger, nagrodzony nawet w pewnym momencie przez tygodnik „Polityka” tytułem blogera roku, i znany z tego, że nie lubi PiS-u, natomiast bardzo lubi Platformę Obywatelską. Wiem jeszcze coś o Matce Kurce, co w moim odczuciu może być czymś najważniejszym. To mianowicie, że on nie tylko jest aktywny w tej całej naszej blogosferze, po to by dzielić się swoimi refleksjami, walczyć o jakąś tam swoją prawdę i ewentualnie zdobywać uznanie, ale też po to, by się zabawić. Ot tak sobie, bez powodu, bez sławy, nawet bez nagrody. A żeby się zabawić, gotów jest nawet trochę pokłamać.
      Poza tym jednak, o Matce Kurce, jak mówię, nie wiem nic. W życiu nie przeczytałem jego jednego tekstu. Nawet nie miałem okazji z nikim o tym, co on pisze i jak, porozmawiać. Dziś dopiero, chcąc wiedzieć, czy ta Matka Kurka, to w ogóle kobieta, czy mężczyzna, zajrzałem do Googla i oto proszę http://d.wiadomosci24.pl/g2/40/5f/02/90700_1236323288_4749_p.jpeg  
      A więc już wiem, że to mężczyzna. Jeden z tych dwóch. Który? Nie mam pojęcia, ale mam szczególne przeczucie, że bez względu na to, czy to ten, czy może ten drugi, moje pragnienie wiedzy zostało zaspokojone. W większym nawet stopniu, niż mogłem oczekiwać.
      No i w tym miejscu muszę wprowadzić do powyższego wywodu małą poprawkę. O ile się orientuję, osoba podpisująca się Matka Kurka, występuje w wielu miejscach pod wieloma imionami. Wynika to z tego, że jedyne towarzystwo, gdzie go tolerują to jego oryginalny blog. Wszędzie poza tym, jeśli chce się pokazać, a bywać bardzo lubi, musi się ukrywać, bo normalnie jest traktowany jak wirus. Przychodzi więc w przebraniu, zaznacza swój teren i, rozpoznany, ucieka z chichotem. I dokładnie to samo zrobił ów Matka Kurka niedawno, kiedy najpierw w Salonie24 założył blog, którego rzekomym autorem była jakaś sympatyczna i naiwna studentka, zwolenniczka PiS-u, która w PiS wierzy, która PiS popiera, która PiS wręcz kocha, ale która też bardzo się martwi tym, że PiS tak bardzo dzieli naród i często tak bardzo potrafi nienawidzić. Przez kilka dni więc się pobawił, a kiedy został odkryty, obrócił się na palcach i uciekł ksztusząc się ze śmiechu.
      I to jest moim zdaniem dla tego rodzaju ludzi typowe. I wtedy gdy kłamią i wtedy gdy z tą, charakterystyczną satysfakcją osób uważających się za szalenie inteligentnych, ogłaszają, że, owszem, kłamali, ale jest im z tym dobrze, bo przecież fajnie jest okłamywać ludzi głupszych i gorszych.
       Kłamstwo. Kto zna ten blog, wie, że cokolwiek tu zostało powiedziane, jakiekolwiek emocje zostały wylane, bez względu na to, jak wiele gniewu znalazło tu swoje ujście, całe to pisanie było i jest wymierzone w jedno, w rozumieniu autora tego blogu, kluczowe i jakże okropne zjawisko, mianowicie w kłamstwo. Mam wrażenie, że, pomijając tych kilka spokojniejszych i mniej zaangażowanych tekstów, chodziło zawsze o kłamstwo. Tylko o nie. A stojący za tym tematem pogląd był też jeden: cały projekt, który najpierw przegrał prezydenckie i parlamentarne wybory, następnie, drogą potężnej i bezprecedensowej nagonki, przejął władzę, a dziś już tylko funkcjonuje siłą stworzonej przez siebie nienawiści, jest oparty na kłamstwie i jest tego kłamstwa pierwszym i panem i sługą. Pogląd ten był często opisywany jako złośliwy, niesprawiedliwy i nieuprawniony. Dziś widzimy to kłamstwo nie dość, że w pełnym kształcie i krasie, to jeszcze nadęte szczerą satysfakcją.
      I małe dzieci i ludzie starsi i nawet już całkiem starzy, mają niezmiennie w zwyczaju pytać: „Czemu?”. Odpowiedzi na to pytanie, zależnie od okoliczności, jest mnóstwo, ale kiedy się robi już naprawdę zagadkowo, niektórzy mówią, że chodzi o pieniądze. Myślę, że jest dobry moment, żeby lekko zmodyfikować tę teorię. Nie musi chodzić o pieniądze. Może chodzić o przyjemność. Skąd występek? Bo chodziło o ten dreszcz. Skąd grzech? Bo się czuło ten rozkoszny skurcz, Skąd zło? Z pragnienia czystej przyjemności. Pamiętam, jak kiedyś, dawno bardzo, siedziałem z moim ojcem i oglądaliśmy Dziennik Telewizyjny. Mój tato, człowiek prosty i niewykształcony, spytał mnie: „Powiedz mi, Krzysiek, czy on wie, że on kłamie?” Bardzo trudne pytanie. Przez wiele lat nie umiałem sobie na nie odpowiedzieć. I dziś nie mam całkowitej pewności. Ale kiedy obserwuję to zdjęcie i tych dwóch, z których jeden to bohater dzisiejszych refleksji, mam wrażenie, że już jednak wiem. Tamten funkcjonariusz komunistycznego aparatu wiedział, że kłamie. Wiedział bardzo dobrze. I stąd pochodziła ta rozkosz. To nie od światła. To przez nią mrużył tak swoje oczy.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl można kupować moje książki. Zachęcam szczerze.


sobota, 13 sierpnia 2016

Czy ktoś nam chce zmienić barwy narodowe?

       Mój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety” trochę powtarza to, o czym na naszym blogu niedawno wspominaliśmy, jednak ponieważ perspektywa tego spojrzenia jest mocno inna, przedstawiam owe refleksje również i tutaj.
      Jak niedawno sobie powiedzieliśmy, wiele wskazuje na to, że tym razem Prawo i Sprawiedliwość utrzyma władzę na dłuższy czas, a każdy dzień dobitnie potwierdza naszą intuicję, ostatnio choćby przez, jak się zdaje, ostateczne już tąpnięcie w Platformie Obywatelskiej, które nawet dla jej prominentnych polityków musiało być takim szokiem, że aż poseł Szejnfeld oświadczył, że Platforma „nigdy nie popierała pomysłu przyjmowania uchodźców”. W tej więc sytuacji, jak się zdaje, stara prawda, że są chwile, kiedy naszym największym wrogiem jesteśmy my sami, zaczyna przybierać kształt bardzo realny i pojawia się obawa, że skoro nie poradzi ani Platforma, ani Nowoczesna, ani sam Mateusz Kijowski, my sami będziemy musieli wziąć sprawy w swoje ręce. Już dziś to tu to tam możemy obserwować, jak się niektórzy z nas starają. Nie zamilkło jeszcze echo akcji, jaką Joanna Lichocka wspólnie z, jak się możemy domyślać, Tomaszem Sakiewiczem, zawiązała przeciwko Jackowi Kurskiemu, a tym samym przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, by przejąć władzę w TVP, gdy do działania przystąpił sam Sakiewicz i zaatakował już osobiście.
      Mając więc pełną świadomość, że skoro oni uznali, że nadszedł czas rozstrzygnięć, przed nami w najbliższych dniach wiele jeszcze ciekawych wydarzeń, zachęcam, by mieć ich wszystkich na oku i tym razem patrzeć czujnie na ręce przede wszystkim tak zwanym „naszym”. W międzyczasie jednak, tak byśmy sobie przypomnieli, jak może wyglądać porządna dywersja i jaka potrafi być skuteczna, przypomnę fragment wspomnienia członka sztabu wyborczego Jarosława Kaczyński w wyborach roku 2010, które opublikowałem jeszcze wtedy na swoim blogu, a które dziś stanowić może bardzo okrutne ostrzeżenie.     
      „Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie… Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy. Była tuż przed jakimś telewizyjnym występem, a ja nie mam wątpliwości, że na pewno bardzo ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media. Wtedy to zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam”.
      Ktoś mi właśnie zwrócił uwagę, że biało niebieska jest flaga Izraela. Co za zabawna koincydencja, prawda?

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.


sobota, 1 czerwca 2013

A więc nas zdziarali

Najnowsza, dziś już prowadzona właściwie bez zbędnego udawania i chowania się po kątach, działalność skupionej wokół Tomasza Sakiewicza grupy prawicowych publicystów, a kto wie, czy już niedługo również nie polityków, doczekała się dość dużej liczby bardzo krytycznych recenzji, co z mojego punktu widzenia, a więc kogoś, kto alarmował w tej sprawie niemal od samego początku, nie wymaga dodatkowych komentarzy. Zabierałem głos ja, przemawiał w tej sprawie nasz kolega Coryllus, i wielu bliskich kolegów i przyjaciół, kilka razy powiedział, co należało powiedzieć, sam ojciec Tadeusz Rydzyk, no a przede wszystkim sam Sakiewicz i jego towarzystwo niemal każdego dnia dają świadectwo zarówno swoim intencjom, jak i swojemu stosunkowi do tego, co my im mamy do powiedzenia, a więc wydaje się, że to, co jest, wystarczy. Stało się jednak coś, co nie pozwala mi sprawy zamknąć ostatecznie. Otóż po tym, jak do grupy zwiastunów nowego zwycięstwa dołączył człowiek nazwiskiem Śmiłowicz, i to on od dziś, obok Piotra Semki, Bronisława Wildsteina, Rafała Ziemkiewicza, Joanny Lichockiej, Anity Gargas, Tomasza Terlikowskiego, no i wreszcie samego Tomasza Sakiewicza z jego Klubami, pomaga nam budować owe mityczne Archipelagi Polskości, nie można moim zdaniem milczeć. I to może już nie tyle po to, by przestrzegać, bo tych, którzy są zaślepieni kłamstwem, w którym tkwią już dziś tylko z własnej, niczym nieprzymuszonej woli, przestrzegać nie ma co. Oni są głusi, ślepi i pozbawieni podstawowego czucia. Chodzi już tylko o to, by dawać świadectwo i pokazywać palcem zło. Naznaczać tych, których naznaczyć trzeba, by kiedy przyjdzie czas rozliczeń, można ich było łatwo dojrzeć. I żeby nikt nie mógł powiedzieć, że nic nie wiedział.
Otóż ja Śmiłowicza pamiętam jeszcze sprzed lat, kiedy to on zamieścił na swoim blogu w Salonie24 tekst, w którym to proponował, by każdy wierzący Polak, któremu zależy na tym, by swoją wiarę manifestować, manifestował ją sobie w formie krzyżyka zawieszonego na szyi i ukrytego pod koszulą, ewentualnie zawieszonego na ścianie w mieszkaniu, a ci o ambicjach wykraczających poza to, co ukryte przed wrażliwym okiem świata zewnętrznego, wytatuowali sobie ów krzyż na czole. Właśnie tak. Słowo w słowo. Śmiłowicz, w ostatnim zdaniu swojego felietonu, w którym użalał się nad agresją osób wierzących, zalecił tatuowanie krzyży „na czołach”.
W odpowiedzi na ów niezwykły tekst, napisałem swój, zatytułowany „Będą dziarać”, w którym wyraziłem obawę, że przy tego typu poziomie agresywnych emocji, jakie prezentuje Śmiłowicz, a przecież nie tylko on, na tatuowaniu się nie skończy. Musi bowiem już chwilę potem dojść do kolejnego etapu, w którym Śmiłowicz wszystkich tych z tatuażami będzie wyłapywał i kierował do chirurgów plastycznych, by te dziary usuwać. W ramach dbałości o czystość neutralnego światopoglądowo krajobrazu. Śmiłowicz mi odpowiedział, że jemu nie chodziło o zwykłych, pobożnych ludzi, ale o polityków, ja go pogoniłem, minęły lata, a dziś okazuje się, że on już jest nasz. No może jeszcze nie całkiem nasz, ale w każdym razie należy przypuszczać, że gdziekolwiek pojawi się jego nazwisko, obok będziemy mieli już nie tylko tytuł „Newsweeka”, ale również Telewizji Republika. Właśnie tak. Piotr Śmiłowicz – dziennikarz „Newsweeka” i „Telewizji Republika”. Przyspieszyło wszystko bardzo, czyż nie?
Mimo różnych mniej lub bardziej dających się rozczytać zawirowań, wygląda na to, że zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, i to zwycięstwo znaczące, jest już nie do zatrzymania. Wszystkim tym z nas, którzy tak bardzo na nie czekali, a często tak bardzo już w nie wątpili, dziś jest niezwykle trudno przyznać, że to co przed nami, to najprawdopodobniej żadne zwycięstwo, ale jedynie planowana zmiana dekoracji, i że wszyscy nowi bohaterowie tej zmiany są już po odpowiednich kursach i z dokładnymi instrukcjami dotyczącymi zachowań na najbliższe lata. Wśród nich mamy nie tylko tych, których znamy i lubimy, ale również i Śmiłowicza. Ale nie tylko.
Wczoraj, podczas dyskusji na blogu Coryllusa, wyraziłem obawę, że jeśli tak dalej pójdzie, niewykluczone, że po Śmiłowiczu do nas niedługo dołączy i sam Jerzy Urban. Na to ktoś przesłał link do czegoś, co można oglądać na youtubie, a co pokazuje spotkanie warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”, gdzie na publiczności widzimy właśnie Jerzego Urbana, który na prośbę prowadzącej spotkanie, lekką ręką podpisuje listę wzywającą do usunięcia z Warszawy pomnika sowieckich okupantów, czyli tak zwanych „czterech śpiących”. Nie będę tego tu pokazywał, bo nie mam sumienia, ale opowiem. Jest scena, na ścianie logo „Gazety Polskiej”, na scenie Bronisław Wildstein i prof. Andrzej Nowak, a prowadząca spotkanie, nie mam pewności, ale chyba Joanna Lichocka, wita siedzącego na publiczności, wraz z jakimiś podobnymi do niego bykami, Jerzego Urbana i wyraża nadzieję, że on też podpisze tę petycję. Większość publiczności klaszcze, część niezadowolona mruczy, Lichocka prosi o spokój, Urban podpisuje, a my siedzimy ogłuszeni, jakby nas kibol Staruch walnął bejsbolem w łeb. I, moim zdaniem, jak najbardziej słusznie. Bo na nic lepszego nie zasłużyliśmy.
I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Na nic lepszego. To jest to, co się nam po ludzku dziś należy. I co, mam głęboką nadzieję, jeszcze nas może uratować. Strzał bejsbolem w łeb. Od kibola Starucha.

Dawny tekst o Śmiłowiczu i jego salonie tatuażu przedstawiam na blogu w S24. Jak ktoś ma ochotę, serdecznie zapraszam. Tu już tylko jeszcze raz proszę o wybaczenie słabszej ostatnio niż zwykle aktywności i o finansowe wspieranie tego miejsca pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Na końcu, zawsze jesteśmy sami

Większość osób, jakie znam, nastawione są do życia w taki sposób, że kiedy na przykład idą ulicą, to jeśli kogoś zauważą, to raczej przez przypadek. Podniosą akurat wzrok i zorientują się, że oto coś się ciekawego stało, lub pojawił się ktoś znajomy. Jak idzie o mnie, z jakiegoś, nieznanego mi powodu, od zawsze mam tak, że chodzę z głową podniesioną i staram się przy tym zobaczyć jak najwięcej. I mimo że wiem bardzo dobrze, że to może być uznane nawet za niegrzeczne, zawsze patrzę na mijanych przeze mnie ludzi, widzę ich twarze, no a przez to też wiem, czy i oni mnie widzą, czy też, jak większość, nie widzą nic, a tym bardziej oczywiście i mnie.
Przez to moje ciągłe przyglądanie się mijanym ludziom, widzę też tych, którzy z jakiegoś powodu przyglądają się mnie. Najczęściej przelotnie i od niechcenia, ale czasem z pewną jednoznaczną intencją. Niekiedy z oczywistą złością, czy pogardą. Wtedy to – przepraszam, ale nic na to nie mogę poradzić – myślę sobie, że to jest ktoś, kto czyta mój blog, wie jak wyglądam i mnie nienawidzi. Choćby dziś, wracałem sobie z moim psem ze spaceru i nagle minęliśmy jakiegoś nieznanego mi człowieka, który spojrzał na mnie tak, jakby chciał powiedzieć: „Masz szczęście skurwysynu, że masz ze sobą tego psa”.
Wróciłem do domu, trochę sobie o tym człowieku myślałem, a potem nagle przypomniał mi się wczorajszy tekst Coryllusa, w którym on się znęcał nad Szczurem Biurowym i jego przedziwną refleksją na temat naszego wspólnego grzechu zaniedbania w stosunku do obowiązku obrony Lecha Kaczyńskiego, jeszcze zanim on został zamordowany przez System pod Smoleńskiem.
No a skoro już przypomniał mi się ten Szczur, to oczywiście od razu pomyślałem sobie o samym Igorze Janke i jego tekście – co ciekawe zamieszczonym niemal równocześnie z tekstem Szczura – w którym on wprawdzie za nic nie przeprasza, natomiast staje przed nami, jak ten dobry Starszy Brat i zachęca nas do większej aktywności na rzecz wspólnoty, jaką jest nasze państwo. I ja oczywiście od razu muszę się zastrzec, że wcale nie twierdzę, że to, iż wokół mnie pojawiają się jacyś nieznani mi ludzie, którzy, gdyby tylko mogli, to by mnie zabili, stanowi jakikolwiek argument na rzecz przyszłych zaszczytów. Nie sądzę też, żeby nawet fakt, że przez to moje blogowanie ja i moja rodzina stanęliśmy na progu ekonomicznego unicestwienia, mógł kiedykolwiek być przez mnie wykorzystany w którejś z ewentualnych mów obrończych. W końcu takie rzeczy przydarzają się ludziom bez żadnych szczególnych z ich strony zasług. A więc tu proszę na mnie nie liczyć.
Natomiast bardzo źle znoszę sytuację, gdy kiedy ja już podjąłem jednak pewne ryzyko – i to ryzyko, jak się później okazało, wcale nie małe – przychodzi do mnie ktoś, kto całe życie się bujał na płocie i mówi mi, żebym się może jednak wziął do roboty. I to w dodatku do roboty na rzecz państwa. Ja dostaję wręcz jasnej cholery, kiedy ktoś, kto ile razy ja się zgłaszałem do pracy na rzecz owego państwa, nie dość że mnie odsyłał w cholerę, to kiedy sobie wracałem do domu, robił wszystko, żeby mi więcej nie przyszła do głowy myśl, że się mogę na coś przydać, teraz nagle mi z bezczelną powagą mówi że powinienem się wziąć za siebie, bo to co dotychczas, to było zwykłe zbijanie bąków.
Nie wiem, czy mi ktoś w to uwierzy, ale mówię jak najbardziej szczerze. Ja od Igora Janke dziś ani nic nie chcę, ani też nic nie oczekuję. A już zwłaszcza gdy się zorientowałem, na co go stać, jak idzie o bezkarność w wydaniu wręcz mafijnym. Współczesna Polska, w ofercie przedstawionej przez rządy Platformy Obywatelskiej, przyzwyczaiły nas naprawdę do wszystkiego, wydaje mi się jednak, że sposób, w jaki on traktuje ten swój Salon, ani nie ma precedensu, ani też chyba nie szybko znajdzie następców. To już chyba więcej otwartości na świat, i wrażliwości na to, co wypada, a czego już może nie bardzo, można się spodziewać po „Gazecie Wyborczej”. A więc, jak mówię, gdyby Igor Janke przyszedł do mnie i chciał mi coś wspaniałomyślnie podarować, to bym mu grzecznie, ale stanowczo podziękował. Tak na wszelki wypadek, gdyby się iało okazje, że on mi chce zrobić jakąś krzywdę.
Natomiast ja sobie absolutnie nie życzę, żeby on mnie uczył, jak ja mam egzekwować swoje obywatelskie prawa i obowiązki. W dodatku na rzecz Ojczyzny. Bo to już nawet nie jest bezczelność. To jest zwykłe szyderstwo.
Ja pamiętam, jak z początkiem roku 2009, niespełna rok po tym, jak zacząłem blogować, wygrałem konkurs Onetu na Blog Roku. Ze względu na sposób, w jaki w tym konkursie blogi były prezentowane, nagroda ta siła rzeczy w pewnym sensie przypadła też Salonowi24. Wprawdzie, w czasie trwania samego konkursu, Salon24 w żaden sposób nie próbował promować uczestniczących w konkursie blogerów, niemniej w reakcji na to zwycięstwo – z tego co wiem – dotychczas jedyne takie zwycięstwo w historii Salonu24 – Igor Janke opublikował krótką notkę, w której napisał:
Proszę Państwa, jest mi bardzo miło pogratulować Blogerowi Roku w kategorii polityka. Konkurs jak wiecie organizuje Onet.pl. W tym roku najlepszym blogerem politycznym uznano Toyaha! Serdeczny uścisk dłoni Toyahu!
Toyah pisze u nas bardzo długo, dużo i często. Bywa kontrowersyjny, ale bez dwóch zdań – jest autorem niezwykle inteligentnym i ciekawym. Cieszy mnie bardzo to, że jego teksty salonowe doceniono gdzie indziej”.
I co dalej? Otóż nic. Ja rozumiem, że Igor Janke miał zawsze swój pomysł na budowanie sukcesu swojej platformy, niemniej wydaje się, że było rzeczą absolutnie oczywistą, że w tym momencie, kiedy to w konkursie Onetu, wygrał nie blog prowadzony na Onecie, ale na wówczas wcale nie tak bardzo jak dziś popularnym Salonie24, ruszy akcja promująca ów Salon pod hasłem, że oto nasi blogerzy wygrywają nawet na polu wroga. Otóż nie. Z jednej strony, a więc ze strony polskich patriotów, spadły na mnie gromy potępienia za to, że ja przyjąłem nagrodę od Onetu, a z drugiej – i tu znów pojawia się Igor Janke – cała seria administracyjnych posunięć, które miały na celu pokazanie mi, że nie mam żadnego powodu, by się szczególnie nadymać. Akcja, która ostatecznie skończyła się rok później moim odejściem z Salonu.
Zdaję sobie sprawę z tego, że głupio jest się powtarzać, ale czasem nie ma innego wyjścia. Gdybym to ja prowadził taki biznes jak Salon24, wydaje mi się, że pierwsze co bym zrobił to wyszedł naprzeciw oczekiwaniom prawicowych wyborców i na przykład zacząłbym zwycięskiego blogera maksymalnie lansować, czy wręcz zaproponowałbym mu objęcie patronatem wydanie przez niego cyklu felietonów, i wyjścia z nimi do ludzi uśpionych, zrezygnowanych, samotnych. W jakim celu? Ależ to oczywiste. Dokładnie w tym samym, o którym dziś Igor Janke pisze w swoim tekście o potrzebie obywatelskiej mobilizacji na rzecz wspierania polskiego państwa. Chodzi o potrzebę „prawdziwej odnowy – państwa i społeczeństwa”. Tak postąpiłbym ja. Igor Janke miał jednak inne zadania. I dlatego zajął się gnojeniem sukcesu jakiegoś „ciekawego” acz „kontrowersyjnego” blogera. Żeby nie podskakiwał. I znał swoje miejsce.
Coryllus wczoraj wziął się za Szczura Biurowego. Moim zdaniem nie do końca potrzebnie, choć ja nigdy nie zapomnę, jak on przyszedł na spotkanie do Ronina i prawie się pobeczał ze wzruszenia nad fragmentem mojej nowej książki, co jednak nie zachęciło go do tego, by następnego dnia na przykład skorzystać z pozycji, jaka sobie wyrobił, i zamieścić na swoim, jakże wpływowym w Salonie24, blogu krótkiej na ten temat notki. Po co? Ot tak. Dla budowania solidarności. Ja dziś natomiast rozprawiam się z Igorem Janke, który moim zdaniem znacznie bardziej od Szczura zasłużył sobie na to, by go potraktować nieuprzejmie, ale w sumie też jest zaledwie drobnym elementem nieszczęścia, które nas trapi. Rzecz bowiem w tym, że ci wszyscy mniej lub bardziej „nasi” strażnicy polskiego sukcesu i powodzenia, tak naprawdę są owym sukcesem i powodzeniem zainteresowani o tyle, o ile cała ta gadka może im się przydać, jak ładne hasło na drodze do sukcesu wyłącznie osobistego.
Weźmy taką „Gazetę Polską”. Pamiętam jak w kampanii do wyborów prezydenckich latem 2010 roku, tamta strona, a przy okazji część tak zwanych „naszych” środowisk, zaatakowała Jarosława Kaczyńskiego za, ich zdaniem, zbyt uprzejme słowa skierowane pod adresem Edwarda Gierka. Ponieważ ową krytykę uważałem za z jednej strony niesprawiedliwą, a z drugiej szkodliwą, pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdyby „Gazeta Polska”, w drodze absolutnego wyjątku, wydrukowała mój tekst, w którym brałem Kaczyńskiego w obronę, i starałem się wyjaśnić jego racje. Nie chce mi się omawiać dokładnie gehenny, jaką odbyłem z redaktorami „Gazety Polskiej”, dość powiedzieć, że to, do czego doszło, było zarówno upokarzające, jak i zawstydzające, i co najgorsze, dla obu stron. Dla mnie, bo nie wiadomo, co mi strzeliło do głowy, by się z tymi ludźmi zadawać, ale też dla nich, bo wówczas bardzo jasno pokazali, jak bardzo im zależy na tym, co publiczne.
Popatrzmy na, opisywane tu już przygody moje i Coryllusa, kiedy to wspólnie z pewnym Pawłem zapragnęliśmy przeprowadzić kampanię na rzecz prezydentury Jarosława Kaczyńskiego, zorganizowaliśmy debatę na temat Internetu, i debata ta została w najbardziej bezwzględny i brutalny sposób zniszczona przez ówczesny Sztab. I nie oszukujmy się – za tym wcale nie stała ani Kluzikowa, ani Poncylisz, ani Kowal, ale zwykli, jak najbardziej „nasi”, młodzi działacze, którzy oczywiście całym sercem robili to, do czego dziś wszystkich nas zachęca Igor Janke, a więc budowali wspólnotę, tyle że się akurat na nas „wkurwili”. O co? Bośmy nie chcieli wziąć do naszej paczki ich kumpla.
W Katowicach, mieście gdzie mieszkam, mamy i skromne struktury Prawa i Sprawiedliwości, którego zarówno ja, jak i moja żona jesteśmy dumnymi członkami, i Klub „Gazety Polskiej”, mocno z Partią związany. Klub, jak to klub, działa, i w salce przy kościele pod wezwaniem św. Piotra i Pawła organizuje regularne spotkania z ciekawymi ludźmi, którzy gotowi by byli robić to, do czego nas wszystkich namawia Igor Janke – a przecież nie tylko on – a więc tworzyć swoiste „archipelagi wolności”. Niedawno mieliśmy tu samego Marcina Wolskiego, innym razem spotkanie upamiętniające postać zmarłej w Smoleńsku Natali-Świat, kiedy indziej znowu ktoś grał na gitarze i śpiewał patriotyczne piosenki jakiś nieznany mi artysta. Organizatorem tych wszystkich spotkań jest człowiek, którego znam od początku lat 90., kiedy to razem działaliśmy w Porozumieniu Centrum. Mimo że już mu kilka razy deklarowałem swoją gotowość uczestnictwa w spotkaniu, ani razu nie zaproponował mi niczego konkretnego. Niektórych czytelników tego bloga może to zdziwić, ale kiedy jestem w naszym kościele na comiesięcznej mszy za ofiary Smoleńska, nie sądzę, aby którakolwiek z osób, które tam przychodzą w ogóle miały pojęcie, że istnieje coś takiego, jak „blog Toyaha”, nie mówiąc już o nazwisku Osiejuk. Z drugiej strony, jestem pewien, że wielu z nich z prawdziwą radością i satysfakcją poczytali sobie niektóre z tych tekstów. Tyle że ich sobie nie poczytają, bo o nich nie maja pojęcia.
Czy ja mam o to wszystko pretensje? Powtarzam po raz setny. W życiu! W końcu zarówno ja, jak i Coryllus traktujemy to, jako nasze kredo: nie osiągniemy nic, jeśli będziemy liczyć na tę bandę sobków. Natomiast proszę o jedno: nie mówcie mi, że ja powinienem się bardziej zaangażować, bo Ojczyna mnie potrzebuje.
Zacząłem w pewnym sensie od Szczura Biurowego, a skończę na również blogerze, a raczej blogerce Esce – osobie zaangażowanej dla dobra Polski, jak żaden z nas. Ale najpierw stare wspomnienie. Otóż kiedyś, przed laty, mój kolega Krzysztof Wołodźko podarował mi książkę o Joannie i Andrzeju Gwiazdach i poprosił, abym tu na blogu ją zrecenzował. Dostałem tę książkę, ponieważ byłem akurat bardzo zajęty czymś innym, to tylko szybko ja przejrzałem, najlepiej jak mogłem ją opisałem i zachęciłem do tego, by ją kupować i czytać. Czemu to zrobiłem? Raz oczywiście, że Wołodźko to mój kumpel, dwa, że on mnie o to poprosił, trzy, że mi te książkę podarował, a wreszcie dlatego, że uważałem, że czym więcej osób ją przeczyta, tym lepiej dla ogółu. Otóż proszę sobie wyobrazić, że Eska właśnie jakiś czas temu poprosiła mnie, abym jej podarował swoją najnowszą książkę z dedykacją. Zrobiłem to z najwyższą przyjemnością, prosząc jednak, by zechciała mi przy okazji napisać u siebie na blogu recenzję. Eska książkę otrzymała, przeczytała i oświadczyła, że ponieważ ona jakoś nie potrafi się do tego co ja tam napisałem przekonać, zanim napisze ten swój tekst, musi ją przeczytać jeszcze raz. Kiedy się po jakimś czasie o tę recenzję upomniałem, napisała mi, że ona już ma ją napisana, ale jakoś wciąż ma ochotę zajmować się czymś innym. Kiedy któregoś dnia opublikowała ona entuzjastyczną recenzję wywiadu, jakiego udzielił Krasowskiemu Rokita, pomyślałem sobie, że nie ma co się dalej tym wszystkim przejmować, bo to wszystko jest typowe jak jasna cholera, i machnąłem na to ręką.
Rzecz w tym, że wszystko to, to jeden wspólny przekręt. Ten Janke, ten Szczur, ci działacze, ci dziennikarze, ci patrioci, ci blogerzy wreszcie, tak strasznie oddani Sprawie. Każdy z nich jest gotów naprawdę na wiele… pod warunkiem, że to on tu będzie liderował. On i jego koledzy. Okay. Skoro tak, niech będzie i tak. Tylko jeszcze raz proszę, nie mówcie mi, co mam robić. Tak jak ja Wam nie mówię, jak Wy macie realizować swoje interesy, kompleksy, czy jak tam to nazwiemy. Każdy pilnuje swego, jak zawsze.

A ja proszę wszystkich o wspieranie mojego bloga. Przepraszam i dziękuję.

środa, 13 marca 2013

Tym razem gadam. No i wyglądam.

Jak już tu i zapowiadałem, a później parę jeszcze razy wspominałem, w miniony piątek, wspólnie z moimi kolegami Coryllusem i Kamiszkiem, na zaproszenie Józefa Orła, wystąpiliśmy w nagrywanej dla internetowej telewizji "Gazety Polskiej", gdzie przeprowadziliśmy krótką rozmowę pod tytułem "Doktryna - państwo - zdrada". Była to już trzecia z cyklu debat pod wspólną nazwą "Blogerzy na wizji", w której brali udział moi fantastyczni koledzy, no i druga, w której miałem przyjemność uczestniczyć również ja. Ponieważ dziś świętujemy wybór nowego papieża, i nie bardzo jest jak pisać o sprawach innych, a i tak - z mi akurat względów wiadomych - pierwsze słowo w tej sprawie z całą pewnością będzie miał Gabriel, pomyślałem sobie, ze może jest dobry moment, żeby poinformować, że pierwsza część piątkowej rozmowy jest już do obejrzenia na stronie vod.gazetapolska.pl. Kiedy druga, nie wiem, ale mam nadzieję, że może nawet i już jutro. Póki co, zachęcam do obejrzenia i wysłuchania tego, cośmy tam sobie opowiadali. To jest zaledwie 15 minut, więc myślę, że nie będzie trudne znaleźć czas. też Jestem pewien, że nie sprawiliśmy zawodu, a już na pewno nie jakiegoś bardzo poważnego.

http://vod.gazetapolska.pl/3560-blogerzy-na-wizji-doktryna-panstwo-zdrada-cz-12

No i już jest też druga:

http://vod.gazetapolska.pl/3599-blogerzy-na-wizji-doktryna-panstwo-zdrada-cz-22


Również przypominam, że wciąż jest dostępna w całości pierwsza audycja z naszym wspólnym udziałem - o Szatanie. Mocna rzecz i część druga
Oczywiście, tradycyjnie już proszę o wsparcie tego bloga. Mam nadzieję, że wciąż jakimś cudem sobie na nie zasługuję. Dziękuję.

sobota, 29 września 2012

Porozmawiajmy o tymktórynieprzepuszczażadnejokazji

Oto mamy dziś 29 dzień września, kiedy to po raz kolejny próbujemy Złemu pokazać, że nas się nie da zwyciężyć, ani choćby przeniknąć. Właśnie tak. Że dla niego jesteśmy zwyczajnie nieprzenikalni. Oczywiście, przy zachowaniu wszelkich koniecznych proporcji, chciałbym zaproponować – trochę przy tej okazji – obejrzenie pierwszej części rozmowy, jaką Coryllus, Kamuszek i ja - również dzięki determinacji Józefa Orła - odbyliśmy parę tygodni temu w studio Gazety Polskiej. O Szatanie jak najbardziej. Dziś pierwsza część, a jutro – miejmy nadzieję – druga. Serdecznie zachęcam.
Jeśli ktoś potrzebuje link, proszę uprzejmie: http://vod.gazetapolska.pl/2468-czy-szatan-dziala-teraz-co-przychodzi-latwo-cz-12
No i jest już druga część: http://vod.gazetapolska.pl/2475-czy-szatan-dziala-teraz-co-przychodzi-latwo-cz-22

piątek, 17 lutego 2012

O duchach w świecie materii

Jechałem sobie rano autobusem do pracy i, jak co dzień, sprawdzałem, co słychać w Sieci. I oto nagle, kiedy wpisałem „toyah.pl” zostałem przekierowany na nazwa.pl, czyli stronę firmy od której kupiłem sobie ten adres, z zachętą, bym sprawdził, czy domena toyah.pl nie jest przypadkiem wystawiona na sprzedaż. Spróbowałem raz jeszcze, i jeszcze raz i kolejny raz, i za każdym razem, zamiast na blog, byłem kierowany do tej strony z ewentualną ofertą kupna mojej domeny. Pierwsze co sobie pomyślałem, to to, że pewnie coś im się tam poprzestawiało, i za chwilę wszystko się uporządkuje. Kiedy jednak sytuacja się przeciągała, i jakakolwiek próba wejścia na blog kończyła się w ten dziwny sposób, pomyślałem sobie, że właściwie a niby czemu nie miałoby się zdarzyć coś takiego, że toyah.pl przestałby działać, i to działać ostatecznie? Że oczywiście toyah1.blogspot.com, jako raczej pozostający poza wpływami Systemu, pozostałby nietknięty, natomiast podstawowy adres tego bloga, zostałby faktycznie wystawiony na sprzedaż, z tym zastrzeżeniem, że jak idzie o mnie, to ja już go kiedyś miałem i to mi powinno wystarczyć.
Oczywiście, ani nic takiego, jak widać, się nie stało, ani też – co muszę być może naiwnie przyznać – takiego rozwiązania na poważnie nie brałem pod uwagę, natomiast wciąż mi po głowie chodzi ta jedna myśl, że a niby czemu nie, no i jeszcze jedna – jakie ja bym mianowicie miał możliwości obrony wobec tego typu agresji? Oczywiście mógłbym napisać w tej sprawie specjalny tekst, który by się jak najbardziej na blogu ukazał, natomiast ci którzy by go przeczytali, to już by pewnie byli bardziej ci, którzy mnie w tej sytuacji postawili. Z całą pewnością naturalnie ten temat u siebie na blogach poruszyliby niektórzy z tych, dla których to co ja tu piszę, ma jakieś znaczenie. I być może nawet na Nowym Ekranie zrobiłaby się z tego drobna, parodniowa awantura. Ale na tym, z całą pewnością by się skończyło.
Na pewno też mógłbym sam spróbować zorganizować w tej sprawie jakąś akcję, albo wytaczając nazwie.pl sprawę, lub nawet interweniując u miejscowego posła Prawa i Sprawiedliwości. Mógłbym pisać do gazet, mógłbym nawet napisać do samego Premiera, lub – skoro już wpadamy w absurdy – wyjść na ulicę z tablicą na kiju i rozpocząć publiczny protest. Jestem pewien jednak, że każdy z nas świetnie wie, że jedynym tego wszystkiego efektem mogłoby się stać najwyżej to, że ktoś by mi zwrócił przekazem tych parę złotych za niewykorzystany czas korzystania z domeny. I tyle. Więcej nie stałoby się nic.
Ktoś mi powie, że Polacy dziś z całą pewnością mają znacznie więcej problemów, niż to, że komuś pomyłkowo – z całą pewnością pomyłkowo – odebrano domenę, i to problemów znacznie bardziej serio. Że mój żal o to, że istnienie, lub nieistnienie tego bloga, tak naprawdę mało kogo interesuje jest co najmniej bezczelny. No i że on z całą pewnością świadczy o tym, że mi się już mocno w głowie od tych paru komplementów poprzewracało. Proszę więc pozwolić mi wyjaśnić, skąd mi się to wszystko dziś wzięło. Otóż parę dni temu, nasz kolega Coryllus dostał kolejnej cholery, tym razem w związku z tym, że w którejś z najświeższych wypowiedzi, Andrzej Zybertowicz wezwał do tworzenia tak zwanych Archipelagów Polskości, które pod troskliwą opieką specjalnie sprowadzonych „coachów”, będą jednoczyły wszelkie bardziej i mniej drobne patriotyczne inicjatywy w Polsce, których, zdaniem Zybertowicza, są dziś „tysiące”. Ponieważ Coryllus nie tylko uznał, że tworzenie tego rodzaju coachingu jest kosmicznym skandalem, ale że w dodatku to gadanie o „tysiącach” inicjatyw, to kompletna bzdura, poprosił tych, którzy się z nim nie zgadzają, by mu zechcieli wskazać choć jedną z owych patriotycznych inicjatyw. Ponieważ strach na czytelników bloga Coryllusa padł tak blady, że nikt, w obawie że zostanie wyśmiany, nie spróbował wymienić choćby tylko Klubów Gazety Polskiej i Solidarnych2010, zgłosiłem się ja i napisałem Coryllusowi, że być może Andrzej Zybertowicz miał na myśli mój blog. W końcu, jak by nie patrzeć, to że ja go swego czasu stworzyłem, było jak najbardziej inicjatywą i nieskromnie twierdzę, że na jej początku stał mój patriotyzm. Wprawdzie ja do jej kontynuowania nie potrzebuję tego, by mi Zybertowicz wysyłał jakiegoś coacha, który mi powie, jak ja mam ten blog prowadzić, by Archipelag Polskości rozkwitał, zwłaszcza, że tym coachem mógłby zostać Łukasz Warzecha na przykład, a ja bym tego nie zniósł, jednak wciąż twierdzę, że ten blog zupełnie dobrze kwalifikuje się do tego, by został uznany za inicjatywę patriotyczną.
A więc, mając w pamięci ów mój komentarz na blogu Coryllusa, zacząłem sobie myśleć, że skoro Andrzej Zybertowicz planuje objąć swoim patronatem te „tysiące” patriotycznych inicjatyw, jakie pojawiły się w Polsce w ostatnich latach, to może, gdyby System z jakiegoś powodu uznał, że ten mój blog się nie nadaje do tego, by się szarogęsić w publicznej przestrzeni, i tę myśl wprowadził w życie, on by jakoś zechciał mnie wziąć w obronę? A skoro on, to może i jego znajomi, no i – konsekwentnie – wszyscy ci, których on by o zdarzeniu poinformował? W końcu ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby rząd Donalda Tuska przepchnął przez Parlament ustawę faktycznie delegalizującą działalność Klubów Gazety Polskiej, oni by jakoś zareagowali. Jednak dokładnie tak samo jak nie mam wątpliwości co do tego, nie mam też najmniejszych wątpliwości, że gdyby ten blog został urzędowo, lub quasi-urzędowo, skasowany, Andrzej Zybertowicz nawet by nie mrugnął okiem. Nie mrugnąłby okiem ani Zybertowicz, ani Sakiewicz, ani Pospieszalski, ani w ogóle nikt z tego patriotycznego towarzystwa. Nie mrugnąłby okiem nikt. Zero. Nikt. Z wyjątkiem tych kilku osób, które ten blog czytają i wspierają – nikt.
Skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, skąd wiem różne inne rzeczy, a więc z życia i doświadczenia. A moje doświadczenie jest takie, że oni wszyscy mają w nosie wszystko, o ile nie dojdą do wniosku, że ich zaangażowanie może przynieść jakieś korzyści im samym. I odwrotnie. Jeśli tylko zobaczą, że owo zaangażowanie może im, już nawet nie zaszkodzić, ale sprawić kłopot, lub choćby zabrać cenny czas, angażować się nie będą. No dobra. Niech będzie, że oni też mogą trochę powalczyć, jeśli trzeba się będzie wstawić za kolegą. Kiedy niedawno w wywiadzie z Janem Dworakiem pewnym momencie któryś z Karnowskich szturchnął troszeczkę Piotra Lisiewicza, dziennikarza Gazety Polskiej, Tomasz Sakiewicz temu wydarzeniu poświęcił cały osobny tekst na niezależnej.pl.
Ale moje doświadczenie ma też wymiar bardzo konkretny i bardzo osobisty. Pamiętam jak już po Katastrofie Smoleńskiej – co tu akurat jest bardzo ważne, choćby ze względu na to że to był czas gwałtownego tworzenia się wspomnianych wyżej „Archipelagów Polskości” – zamieściłem w Salonie24 kilka zdjęć upamiętniających zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, ale też choćby tylko i jego wnuczki. Znalazłem te zdjęcia w Internecie, gdzie są dostępne do dziś, opublikowałem je na blogu, i wtedy spółka „Agora” zwróciła się do Igora Janke, by mój wpis wraz z tymi zdjęciami usunął, bo to są ich zdjęcia i oni sobie nie życzą, bym ja je u siebie wklejał. Wydawałoby się, że ktoś taki jak Igor Janke, a więc przedstawiciel mediów, pozornie przynajmniej, „Agorze” obcych, powinien tę sytuację wykorzystać do bardzo zdecydowanej obrony „swojego” blogera, ale przede wszystkim do bezkompromisowej kampanii przeciwko szczególnie perfidnej cenzurze. Nic takiego się nie stało. Janke natychmiast położył uszy po sobie, usunął cały mój wpis do czasu tych zdjęć tam już nie będzie, a kiedy już wszystko się uspokoiło, nawet się nie zająknął, że coś się tak naprawdę stało. Po kilku miesiącach wprawdzie odezwał się Janek Pospieszalski, ale też bardzo przypadkowo i mocno obok prawdziwego problemu.
Nic takiego. To proszę sobie przypomnieć coś innego. W roku 2010 otrzymałem nagrodę Onetu dla politycznego bloga roku. Najpierw myślałem sobie, że to mi w zupełności wystarczy, ale tak się jakoś stało, że kiedy w następnym roku dostałem informację o kolejnej edycji konkursu, postanowiłem zgłosić się ponownie. I nagle się okazało, że Onet postanowił mnie do konkursu nie dopuścić. Ponieważ nie mógł tego zrobić w sposób oficjalny – startuje każdy kto ma na to ochotę – oni zdecydowali udawać, że ja się nie zgłosiłem. Wysyłałem zgłoszenie, oni tego zgłoszenia nie przyjmowali, pytałem ich, dlaczego, a oni wyjaśniali, że nie dostali zgłoszenia, i żebym wysłał je raz jeszcze. Wysyłałem je ponownie… i wszystko odbywało się tak jak poprzednio. W końcu zrezygnowałem, opisałem sprawę na bogu… i nic. Jakby nie stało się nic.
I znów ktoś powie, że co ja sobie wyobrażam? Że mi się zdecydowanie za dużo wydaje. Że jeśli sądzę, że ten blog ma jakiekolwiek znaczenie, jestem w dużym błędzie. I okay. Niech tak będzie, choć nie sądzę, żeby on znaczył mniej od większości pozostałych. Ba! Od niemal wszystkich pozostałych. A poza tym, w końcu ja sobie tej nagrody nie wymyśliłem. Ja ją autentycznie dostałem. W roku 2010 Onet uznał oficjalnie, że w całym poprzednim roku, ten własnie blog był najlepszy wśród politycznych blogów w Polsce. A przy okazji kolejnej edycji stanął na głowie, by go do konkursu nie dopuścić. Dlaczego? Oczywiście mieć pewności nie mogę, ale sądzę, że dlatego, iż wiedział, że ja się zakwalifikuję do finału, i tam już oni nie będą mieli innego wyjścia, jak mi dać tę nagrodę znowu. A tego zrobić nie chcieli.
Ale zaryzykuje i powiem coś jeszcze. Ja uważam że za tym postępowaniem stały dokładnie te same powody, dla których dziś ani „Gazeta Polska”, ani „Uważam Rze”, ani Janke w Salonie ani razu, ani jednym słowem się nie zająknęli, że jest do kupienia bardzo w końcu patriotycznie motywowana książka o liściu. Pamiętam jak Piotr Lisicki kiedyś krótko wspomniał, że mój tekst o Annie Walentynowicz jest „najpiękniejszym” tekstem o Walentynowicz, jaki on w życiu czytał. No ale wtedy ja jeszcze byłem nikim i mu pewnie w żaden sposób nie przeszkadzałem. Dziś tamten tekst jest jednym z tekstów zamieszczonych w tej książce. Czemu on więc choć jednym zdaniem o niej nie wspomni? Ot tak, w ramach wspierania oddolnych inicjatyw patriotycznych. Dla dobra Ojczyzny. A Zybertowicz? Niech sobie ją kupi i da w prezencie jednemu ze swoich coachów, żeby ten ocenił, czy jeszcze co ze mnie będzie.
Jak jednak mówię, nie wiem. Może się mylę. Może przyczyny i tu i tam były inne. Natomiast to wiem na pewno – że numer z odrzuceniem mojego zgłoszenia był zrobiony celowo. To był przejaw bardzo ciężkiej agresji. Czy może szeroko pojęty obóz patriotyczny zainteresował się tym, że doszło do aż tak owego nadużycia w stosunku do jednej z owych patriotycznych inicjatyw, o którym on tak bardzo dużo lubi gadać. Czy może Igor Janke, jako przedstawiciel najpoważniejszego niezależnego rzekomo portalu blogerskiego w Polsce, zadał chociaż Onetowi pytanie, dlaczego oni wykluczyli z tego konkursu ubiegłorocznego laureata? Oczywiście że nie. I jest czymś kompletnie nieważnym, czy on tego nie zrobił dlatego, że go to mało obchodziło, czy dlatego, że on sprawy w ogóle nie znał. Bo efekt i tak jest ten sam. On to wszystko co się dzieje poza jego własnym interesem ma głęboko w nosie. Ale przecież nie tylko on. Całe to podobno dobrze Polsce życzące towarzystwo dobrze życzy wyłącznie sobie.
Jeśli ktoś się tu w tym momencie uśmiecha z zażenowaniem, że ja znów ględzę o tym Janke, tak jakby mi się coś stało z rozumem, opowiem coś bardzo ciekawego na temat tych bardziej „naszych” z jego kumpli dziennikarzy, a mianowicie o tzw. niepokornych z „Uważam Rze”. W najświeższym numerze znalazłem przedziwny tekst Eryka Mistewicza. Otóż Mistewicz szydzi z Wojciecha Maziarskiego, że ten zasugerował jakoby prasa stanowiła IV władzę, filar obywatelskiego społeczeństwa i gwaranta demokracji. Mistewicz tłumaczy temu dziwnemu człowiekowi, że jego ten typ refleksji może tylko kompromitować, skoro już od wielu, wielu lat powszechnie wiadomo, że prasa nie reprezentuje niczyich interesów poza interesami, powiedzmy, reklamodawców. Że oficjalny rynek prasowy stanowi część Systemu, który jeśli ma cokolwiek na względzie, to z pewnością nie wolność i rozwój demokracji. Że jest nawet wręcz odwrotnie, i tu cytat: „Dotychczasowe media, sytuując się jako jedyni obrońcy wolności i demokracji, tłamszą demokrację. Obsadzając siebie w roli strażników jej wartości, odmawiają jednocześnie tego prawa innym. Tak jak odmawiają użytkownikom sieci, zbiorowej mądrości”. Ktoś pewnie się zaciekawi, jak tego rodzaju informacja została przyjęta przez kolegów Mistewicza z „Uważam Rze”. Oczywiście oni mogli ten jego felieton zwyczajnie odrzucić, no ale, jak wiemy, z kolegami tak się nie robi. A więc co zrobili? Zwyczajnie. Umieścili tę myśl jeszcze raz wcześniej, w podtytule, tyle że zamiast mediów „dotychczasowych” dali media „tradycyjne”. Proste, czyż nie?
To bowiem jest, proszę miłych państwa, jedno towarzystwo. Powtarzam to po raz kolejny i będę to powtarzał do znudzenia. Że jest tak, że oni mają swoje interesy, a to co nas dotyczy, w ogóle nie stanowi ich sprawy. Niekiedy, owszem, nasze drogi się zejdą, ale jeśli nagle na siebie wpadniemy, to nawet nie będziemy mieli powodu, by się na chwilę choćby zatrzymać. No i najważniejsze. Oni nie są przyjaciółmi. To są wrogowie jak cała reszta. Gdybyśmy byli silniejsi, moglibyśmy oczywiście ich wykorzystać jako tak zwane mięso armatnie, ale ponieważ jesteśmy tylko tu i tylko w ten sposób, możemy o nich zwyczajnie zapomnieć. A jeśli ktoś nas spyta, jak to możliwie, że nie ma nikogo, zupełnie nikogo, możemy się pocieszyć, że nie jest aż tak źle. Wczoraj widziałem w telewizji naprawdę piękną scenę. Akurat było tak, że z posiedzenia komisji kultury wracał ojciec Tadeusz Rydzyk i został zaczepiony przez jakiegoś nieznanego mi bałwana z TVN24 – oni ostatnio chyba naprzyjmowali nową partię zezowatych z krzywą szczęką – który się do ojca Rydzyka zwrócił z prośbą by ten coś mu tam zechciał powiedzieć do mikrofonu. Wówczas. Rydzyk zatrzymał się, uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział mniej więcej tak: „Ja pana naprawdę szanuje, ale rozumie pan, no nie. Naprawdę nie. Wszystkiego dobrego panu życzę”. Powiedział to i uścisnął dupkowi dłoń. Dupek nawet nie drgnął. Tyle tylko, że, chyba zupełnie odruchowo, zdążył zareagować i wyciągnąć tę swoją rękę. I to było piękne. Że mamy wciąż tych dwóch ludzi, którzy unoszą się z wręcz niebiańską godnością nad tą całą hałastrą. I nic już ich nie jest w stanie dotknąć. Nic.

O książce szczęśliwie już było wyżej. Teraz tylko pozwolę sobie powtórzyć stałą prośbę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 26 listopada 2011

Marionetki

Gdyby komuś ta informacja była potrzebna do czegokolwiek, chciałbym zadeklarować, że Coryllus jest przede wszystkim moim kumplem, którego lubię i którego towarzystwo, za każdym razem, jak się widzimy – a niekiedy to się zdarza – jest mi bardzo miłe. Jakby tego było mało, Coryllus jest jedynym blogerem, a niewykluczone, że ostatnio jedynym praktycznie autorem, jakiego czytam. Z przykrością zauważam jednak ostatnio, że mój kumpel Coryllus przeżywa ciężki czas. A polega to na tym, że to co u mnie na przykład rozkładało się przez te wszystkie lata mniej więcej równomiernie, u niego skumulowało się w postaci niemal bomby atomowej. A mam tu na myśli to okropne przekonanie, że nie ma ludzi.
W sumie nic takiego. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji, do tego samego wniosku już przed wielu, wielu laty doszedł choćby Kamil Cyprian Norwid, zapłakując się choćby nad kwestią owej sceny, tak małej i zbudowanej „tak niemistrzowsko”, czy nad faktem, że już nigdzie nie ma człowieka, lecz już tylko wyłącznie interesy. A więc, cóż nam taki Coryllus? Cóż ja? Mimo to, kiedy czytam, co on nam dziś chce powiedzieć, jest mi przykro, bo nie mam sposobu, by w tym wszystkim nie zauważyć tego, jak on się męczy. I żeby jeszcze można było mieć nadzieje, że on się tak pomęczy i wróci do poprzedniego stanu, to możnaby było na te jego żale machnąć ręką. Niestety, z tej drogi raczej odwrotu nie ma. Bo problem polega na tym, że Coryllus ze swoimi pretensjami do świata nie działa w pustce, ale właśnie w tym parszywym świecie. A świat ten przecież nie stoi bezczynnie, lecz na jego słowa – pośrednio, czy bezpośrednio – reaguje. No a co Coryllusowi po reakcji, która tylko potwierdza jego diagnozę? Że nie ma człowieka, lecz tylko interesy. Pozostaje więc tylko się już dalej pieklić.
Uważam, że Coryllus nie ma racji. Uważam, że Coryllus się myli. I wcale nie jeśli idzie o diagnozę, bo ona akurat jest jak najbardziej słuszna, ale co do tego pieklenia się. Moim zdaniem, Coryllus, poświęcając całe swoje serce i talenty walce z bandą durniów bez talentu, bez serca i bez jakichkolwiek ambicji, poza tą jedną, by nie spaść z tego krzesła, na którym jakiś czas pozwolono im przez chwilę posiedzieć, może liczyć tylko na jeden tego swojego zaangażowania efekt: że oni go jeszcze bardziej znienawidzą. A to i tak w najlepszym wypadku, bo może jeszcze bardziej prawdopodobne jest, to, że go uznają za wariata. I to nie dlatego, że go za wariata uznają faktycznie, ale dlatego, że z tą myślą im będzie lżej. A po co mu to? No po co?
Jak już tu podkreśliłem, ale też podkreślam przecież od lat, nie ma ludzi. I to jest nasze prawdziwe zmartwienie od lat. I to nie ma ludzi nie tylko w polityce, która nas tak dziś pasjonuje. Nie ma ludzi w każdym możliwym innym miejscu publicznej przestrzeni. Nie ma ludzi w dziennikarstwie, w literaturze, w sztuce, w piosence, w filmie, w aktorstwie. Nie ma ludzi wśród lekarzy, profesorów, księży, adwokatów, nauczycieli. Nie ma wreszcie ludzi wśród tych, którzy mieszkają obok nas i obok nas się zadręczają codziennie tym wszystkim co nas spotyka. A zadręczają się tak samo bardzo jak my, którzy na nich patrzymy i załamujemy nad nimi ręce. Dlaczego tak jest? Dlatego, że taki właśnie jest ten świat. Świat, w którym, jeśli chcemy znaleźć człowieka, to musimy go szukać tam, gdzie wydawałoby się, że go już z całą pewnością nie znajdziemy. A on z całą pewnością będzie tak piękny, tak mądry i tak wielki, że świadomość jego istnienia, w tym paskudnym i zepsutym świecie, powinna nam pozwolić nadrobić wszelkie uprzednie zawody. I do tego bym namawiał wszystkich, w tym mojego kumpla Coryllusa. Byśmy się przestali przejmować nędzą, ale się skupili na bogactwie.
Mieliśmy kiedyś Jarosława Kaczyńskiego, wielkiego polityka, wspaniałego Polaka i patriotę. Stało się jednak tak, że źli ludzie, którzy polowali na niego od czasu, gdy objawił przed nimi całą swoją siłę, wreszcie znaleźli na niego sposób. Nie. Nie kupili go. Nie zastraszyli. Nie sterroryzowali. Nawet go nie zabili. Odebrali mu natomiast sens życia. Kazali mu zdać sobie sprawę, że już nigdy nie będzie szczęśliwy. I w ten sposób go pokonali. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ci, na których on liczył i którym uwierzył, i którzy mieli o niego dbać i strzec go jak oka w głowie, przez cały czas mieli na uwadze wyłącznie swój osobisty, doraźny interes. No i go dla nas stracili. Cały czas mam w głowie ten fragment z filmu „Lider”, który w zamierzeniu głupich i złych ludzi, miał podobno pokazać Polsce polityka zwycięskiego i przyszłego przywódcę, a zamiast tego dał nam obraz staruszka, który siedzi przy stole nad starymi zdjęciami, ogląda w nich całe swoje, jakże kiedyś szczęśliwe życie, i oświadcza, że dla niego świat się skończył 10 kwietnia 2010 roku, i że on już wie, że, cokolwiek się stanie, tej utraty już nic nie zmieni. Ja wiem, że to co teraz mówię, dla wielu jest czymś niedopuszczalnym i zasługującym na potępienie, ale, przyznam uczciwie, że wolę się dowiedzieć, że się myliłem, niż żyć złudzeniami. Zwłaszcza że, jeśli się ma okazać, że jednak mam rację, będę miał czas, by się przygotować do tego co szybkimi bardzo krokami nadchodzi.
Uważam mianowicie, że jeśli faktem jest, że Smoleńska Katastrofa miała na celu zniszczenie jedynego faktycznie człowieka, który mógł w jakikolwiek realny sposób zagrozić władzy Systemu, i że ten plan zrealizowała w sposób wręcz modelowy, to teraz możemy się już spodziewać najgorszego. Uważam że Donald Tusk, jako przedstawiciel interesów Systemu, zrobi wszystko, by nie oddać władzy. Jest bowiem całkowicie oczywiste, że nie po to się przeprowadza taką operację, jak operacja smoleńska, by po pewnym czasie powiedzieć, że tak, faktycznie, sprawę spieprzyliśmy, i się poddać. To zresztą widać już od dłuższego czasu. Pamiętam jak, kiedy po zeszłorocznych wyborach prezydenckich napisałem, że System sfałszował wynik wyborów na korzyść Bronisława Komorowskiego, bardzo wówczas stanowczo zaprotestował nasz kolega LEMMING, wyjaśniając swoje stanowisko tym, że dopóki system zabija, to zawsze można kogoś znaleźć i go posadzić i sprawę załagodzić. Jeśli jednak dochodzi do fałszowania wyborów, to znaczy, że mamy do czynienia z prawdziwą wojną. Otóż ja mam podejrzenie graniczące z pewnością, że System już wtedy wiedział, że nie ma odwrotu i tamte wybory sfałszował. I w ten sposób w istocie rzeczy wypowiedział nam wojnę. Dziś zatem sytuacja jest taka, że wprawdzie polityczna opozycja jest rozbita, jednak, z jednej strony, wciąż jest bardzo poważna pewność, że przyszły rok przyniesie Polsce krach, którego społeczeństwo zwyczajnie nie wytrzyma, a z drugiej, że od 10 kwietnia ubiegłego roku nagromadziło się w społeczeństwie wystarczająco dużo bardzo konkretnych, i to bardzo pozytywnych emocji – niezależnych zupełnie od kondycji, w jakiej znajduje się polityczna opozycja i sam Jarosław Kaczyński – których nie będzie można w żaden sposób uciszyć. I dlatego System postanowił zastosować tzw. uderzenie wyprzedzające. Ja wiem, że Coryllus nie lubi tych wszystkich militarnych porównań. Ale tak to jest. To jest właśnie uderzenie wyprzedzające.
Na czym ono polega? Otóż moim zdaniem chodzi o to, by, dopóki jeszcze to napięcie nie jest na tyle szerokie, by groził nam wybuch powszechny, sprowokować awanturę, którą się da jakoś kontrolować, a ową kontrolę przeprowadzi się tak, by, z jednej strony, była ona jak najbardziej spektakularna, a jednocześnie by mogła zostać błyskawicznie spacyfikowana, i by ta pacyfikacja, podobnie jak sama awantura, została przeprowadzona tak brutalnie, by w ten sposób można było zapewnić Systemowi choćby rok spokoju. Akurat na ten, jak się wszyscy spodziewają, najbardziej ciężki okres. Do pierwszej próby – na szczęście, kompletnie nieudanej – już doszło. Jestem z każdym dniem coraz bardziej pewien tego, że przed Świętem Niepodległości, System miał już gotowe wszystkie przepisy konieczne do tego, by najpierw zdelegalizować Prawo i Sprawiedliwość, następnie zakazać jakichkolwiek demonstracji, a w rezultacie wywołać wśród podstawowej części społeczeństwa nastrój ulgi, że nie doszło do najgorszego. No a później już tylko spokojnie czekać aż dojdzie do kolejnych rozruchów, które się natychmiast stłumi. I to się stłumi tak, żeby już nikomu do głowy nie przyszło podskakiwać. W końcu, Polacy – jak wiemy – są niezwykle łagodnym i spokojnym narodem, który bardzo nie lubi widoku krwi.
A zatem – nie udało się. System poległ od własnej broni. Nie wziął pod uwagę, że owa łagodność, na którą w dłuższej perspektywie tak bardzo liczył, zostanie zademonstrowana znacznie wcześniej, i to w skali wręcz porażającej. Nie pomogły media, nie pomogli ściągnięci z Niemiec bandyci, nie pomogli lokalni bolszewicy, nie pomogły wynajęte służby. Nie łudźmy się jednak. Oni będą nadal próbować, i to bez względu na to, czy trafi się ku temu dobra okazja, czy tej okazji nie będzie, i trzeba będzie ją stworzyć samemu. Będą próbować, i niech nas Bóg broni, byśmy się dali w tę ich parszywą grę wciągnąć. Niech nas Bóg broni. A to już naprawdę niedługo. Już naprawdę za kilka miesięcy, może za pół roku, a może za rok – nie wiadomo, ale już naprawdę niedługo – oni będą musieli się poddać. I wówczas odbierzemy z tych ich splamionych krwią rąk Polskę, i się o Nią zatroszczymy. A oni zostaną ukarani. Ale dziś pod żadnym pozorem nie możemy się dać wciągnąć w tę grę. Stójmy cierpliwie, jak to pięknie nam przekazał Poeta, „na jednej nodze, gotowi do skoku”. Bo oni aż piszczą, byśmy ulegli.
Zapyta mnie pewnie mój serdeczny kumpel Coryllus, z kim im tę naszą Polskę z tych czerwonych rąk będziemy wyrywać? Z nimi? Z tą bandą kompletnie ogłupiałych, lub, jeśli nawet nie ogłupiałych, to sprzedajnych bałwanów? To z nimi mamy tę Polskę im odbierać? Otóż tak. Właśnie z nimi. Ze wszystkimi, którzy, gdy przyjdzie ten moment, zgodzą się wziąć w tym powszechnym geście demonstracji jak działa Prawo i Sprawiedliwość udział. Bo tak właśnie wygląda ten świat. To co się liczy tak naprawdę, zawsze jest gdzieś ukryte, czasem tak głęboko, że bardziej przenikliwe od naszych oczy, nie są tego w stanie na codzień wypatrzeć. Więc nie gniewaj się na nich, i daj im spokój. Ja już to w tym miejscu mówiłem parokrotnie: fizyki nie zatrzymasz. I tak samo będzie z nimi. Nawet jak nie będą chcieli się w tym wszystkim odnaleźć, zostaną do tego zmuszeni. Nie przez nas. Broń Boże! Jak ktoś chce, niech sobie to nazywa Naturą.

Zachęcam gorąco do kupowania książki, której okładka tak pięknie zdobi ten blog. Zapewniam, że warto. No i proszę nas wspomagać finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 4 listopada 2011

Pod wulkanem

Bycie blogerem o pewnej pozycji… ja wiem, jakiej? – niech może jednak zostanie o pewnej pozycji – sprawa, że od czasu do czasu pojawiają się tak zwane zamówienia. A więc przychodzą przyjaciele i znajomi, którzy proponują najróżniejszego rodzaju tematy, które warto, a czasem nawet trzeba koniecznie poruszyć i skomentować. Pisałem już chyba o tym, kiedyś, a dziś mogę tylko powtórzyć, że w przeważającej liczbie przypadków, ja nie jestem w stanie tych zamówień spełniać. I to nie dlatego, że mam co innego w głowie, albo że sprawy mi podsuwane traktuję z lekceważeniem, lecz z tego prostego powodu, że ja piszę wyłącznie to co pisać potrafię. A co potrafię, tego sam nawet nie wiem, dopóki nie spróbuję. W każdym razie, mam wrażenie, że ów zakres jest bardzo mocno limitowany. Siadam, piszę to co piszę, i na ogół myślę sobie, że się znów jakimś cudem udało. Natomiast reszty nie dotykam.
A zatem, jest mi bardzo przykro, ale nie jestem w stanie napisać tekstu, gdzie przedstawię świat, który w tych dniach – od samego rana do późnego wieczora, dzień w dzień – zastajemy, i że jeszcze na dodatek uda mi się go jakoś skomentować. Raz, właśnie dlatego, że nie umiem znaleźć właściwego sposobu, by z tych moich obserwacji i wrażeń wyszedł jakiś normalny, literacki kształt, a dwa, że ja autentycznie czuję – jak być może nigdy wcześniej – całkowitą obcość w stosunku do tego co się dzieje. Nawet moje biedne dzieci, które wciąż do mnie przychodzą i proszą o jakiś komentarz, otrzymują niezmiennie tę samą odpowiedź – że ja zwyczajnie nie mam żadnych informacji, a zatem nic nie wiem.
A pisząc, że jest mi przykro, dokładnie to mam na myśli. Bo jest mi naprawdę przykro. Ja autentycznie chciałbym jakoś się odnaleźć w tym całym nieszczęściu i pokazać, że trzeba walczyć, i zaproponować jakieś rozwiązania, wskazać błędy, skrytykować wszelkie podłości, wyśmiać ludzką głupotę, czy wreszcie to tu to tam skierować słowa solidarności. Zazdroszczę mojemu przyjacielowi Coryllusowi, który nie dość że walczy, to moim zdaniem walczy jak lew, w dodatku lew bardzo mądry i rozważny, lew bezkompromisowy i nieustraszony – no a, co wcale nie najmniej istotne, to się zwyczajnie czyta! Ja tak nie potrafię. I pociesza mnie tylko świadomość, że każdy ma zawsze jakąś swoją część do zrobienia, a więc i tu też on ma swoje, a ja swoje. A Coryllusa czytajmy. Tam są ważne słowa.
Patrzę na przesuwające się obok mnie wydarzenia, wsłuchuję się w odgłosy rozmów, i mam to wciąż dojmujące i tak bardzo okrutne wrażenie, że wszystko w gruncie rzeczy zamarło. Że jeśli jest jakikolwiek ruch, to jest to ruch jak najbardziej pozorny, a dochodzące do nas słowa są niczym więcej, jak nawet nie do końca zrozumiałym szeptem. Bo tak naprawdę nie dzieje się zupełnie nic. W ostatnich dniach, praktycznie cała publiczna przestrzeń została wypełniona jedynie dwiema kwestiami: kryzysem w Prawie i Sprawiedliwości i owym niezwykłym lądowaniem na Okęciu. Skończyły się wybory, Donald Tusk, jak z dumą ogłosił poseł Gowin, po raz szósty z rzędu wygrał wybory, i w obecnej chwili jest niekwestionowanym polskim przywódcą i bohaterem, natomiast prawdziwa atmosfera, ta której możemy dotknąć i ją poczuć, jest taka, że i premier i ministrowie i rząd i media i cały polityczny świat właściwie równie dobrze mogliby przestać istnieć, a my nawet byśmy tego nie zauważyli. No tak, jak już wspomnieliśmy, Ziobro z Kurskim są na progu wyjścia z PiS-u, a Facebook promieniuje kolejnymi wpisami na stronie wielbicieli kapitana Wrony. Poza tym cisza. A w tej ciszy tonę i ja.
Nie wiem, ilu z nas kiedykolwiek było Katowicach, ale myślę, że ci co byli, zwrócili uwagę na fakt, że tu nie ma niczego takiego, co możnaby było uczciwie nazwać Rynkiem. Owszem, Rynek jest, tyle że stanowi go potężny pusty teren, przypominający trochę okolice Pałacu Kultury w Warszawie, przez który we wszystkich kierunkach wciąż przejeżdżają tramwaje i autobusy, i – również we wszystkich kierunkach – kręcą się ludzie, mijając z każdej strony potężne, gierkowskie jeszcze, budynki w formie jakichś hoteli, domów handlowych, czy biurowców. Otóż, wśród tego wszystkiego stoi coś, co się nazywa Hotel „Katowice” – taka enerdowska prostokątna bryła – i od pewnego czasu dokładnie połowę jej frontowej wystawy zajmuje przepotężna reklama – wydaje mi się, że jest to w tych dniach największa reklama w mieście – na której widzimy Kubę Wojewódzkiego i Michała Figurskiego, ucharakteryzowanych na dwóch meneli, którzy właśnie po pijanemu wpadli pod tramwaj i napis: „Od rana w świetnej formie”, czy jakoś tak. I oczywiście wiem, że możnaby było coś na ten temat, ale powiem szczerze, że mi się nie chce, a poza tym jedyna refleksja jaka mi tu przychodzi do głowy związana jest ze wspomnieniem mojego niedawnego pobytu w Drohobyczu, gdzie na ich z kolei Rynku wisi, nie tak potężny, ale też bardzo duży, portret Stiepana Bandery.
Oto Polska i jej bohaterowie. Cóż więcej? Nic. Tu już nie przychodzi do głowy nic.
Muszę przyznać, że bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie lądowanie Boeinga na warszawskim Okęciu. Jednak, wbrew pozorom, wcale nie dlatego, że ja uważam, że ów kapitan Wrona jest takim niezwykłym i niebywale zdolnym bohaterem, i że to co on zrobił, to jest tak niesamowity popis równie niesamowitego talentu. Wcale nie. Otóż ja mam tu pewien kompleks, który polega na tym, że od wielu już lat żyję przekonaniem, że piloci wielkich pasażerskich samolotów są jednymi z ostatnich prawdziwych fachowców. W moim przekonaniu, idiotą i nieudacznikiem może być cieśla, hydraulik, aktor, czy pokojowy malarz, nie mówiąc już o lekarzu, nauczycielu, prawniku, dziennikarzu, inżynierze, czy specjaliście IT. Pilot wielkich pasażerskich samolotów – nigdy. Mogę się oczywiście mylić, ale podejrzewam, ze jednak nie. Kiedy myślę o tych pilotach, czuje niezmiennie z jednej strony podziw, a z drugiej zaufanie. W związku z tym, wydaje mi się, że dla takiego kpt. Wrony ten manewr, który w nas wzbudził taki podziw, był zaledwie częścią jego niezwykłych, a jednocześnie tak bardzo zwykłych umiejętności. On to zresztą przyznaje w wywiadach.
Kiedy więc myślę o tym locie i tym lądowaniu, mam w głowie głównie atmosferę, jaka panowała w tych ostatnich minutach na pokładzie – zarówno po stronie pasażerów, jak i po stronie załogi. Myślę o tych wszystkich ludziach, którzy z jednej strony się tak okropnie musieli bać i może modlili się, i zapewne żyli nadzieją, że wszystko jednak będzie dobrze, a z drugiej – w całkowitym skupieniu, a jednocześnie świadomości, że zawsze coś może pójść nie tak, jak pójść miało – robili wszystko dokładnie tak, jak wiedzieli, że robić należy. Kiedy myślę o tym locie i tym lądowaniu, mam w głowie tylko tę atmosferę, dokładnie tak samo, jak miałem w głowie atmosferę tamtego lotu i tamtego – już nie lądowania, lecz zaledwie, i aż, próby ucieczki. I myślę od razu o tamtym pilocie, śp. kpt. Arkadiuszu Protasiuku, który – w moim najgłębszym przekonaniu dokładnie tak jak dziś kpt. Tadeusz Wrona – wspinał się na wyżyny swoich niezwykłych umiejętności, z tą tylko różnicą, że o ile temu wszystko szczęśliwie szło zgodnie z planem, on akurat widział, jak wszystko po kolei wypada mu z rąk. Jakież to smutne! Jakież to śmiertelnie bolesne! Zwłaszcza gdy echo tamtego szyderczego śmiechu wciąż nie chce opaść.
Czytałem rozmowę z kpt. Wroną i trafiłem na fragment, moim zdaniem, wręcz porażający. Poproszony przez Monikę Olejnik, by skomentował słowa Marty Kaczyńskiej na temat obu „awarii”, kpt. Wrona mówi, że obie sytuacje nie mogą być porównywane, bo o ile on robił wszystko w spokoju i zgodnie ze swego rodzaju planem, i, tak naprawdę, każda sekunda przynosiła wyłącznie potwierdzenie tego, że wszystko idzie tak jak ma iść, kpt. Prostasiuk praktycznie działał wyłącznie instynktownie i w opozycji do całego świata, który to świat chciał go zwyczajnie zabić. On akurat buduje to inaczej, ale taki jest tego oczywisty wydźwięk. Jest jednak coś, co kpt. Wrona mówi w sposób jednoznaczny. Otóż on opisuje tamten lot punkt po punkcie, a to co mnie – jak mówię – poraża, to fakt, że jego relacja jest całkowicie inna od tej, którą znamy oficjalnie. Okazuje się mianowicie, że, wedle relacji kpt. Wrony, rządowy tupolew z Prezydentem na pokładzie, kiedy się nagle zorientował, że znalazł się zbyt blisko ziemi, chciał natychmiast uciec, ale, uciekając, pechowo zahaczył o tę – jak to określa Wrona – sosnę… no i, przy owej potężnej naturalnie wówczas prędkości, spadł w to błoto. A może się mylę? Może tak to właśnie jednak było od początku? Chyba jednak nie. A więc, co wie kpt. Wrona? Odnoszę wrażenie, że jest oczywiście całkiem możliwie, że on coś wie, ale, tak czy inaczej, robi raczej wrażenie kogoś, komu już jest dokładnie wszystko jedno. Bo w końcu, jakie to ma znaczenie, czy lądował, czy uciekał, czy to była brzoza, czy sosna i czy to wszystko było „na pewno”, czy zaledwie „chyba”?
No i, podczas gdy wydawało się, że jednak znajdzie się tu coś o Zbigniewie Ziobrze, Jarosławie Kaczyńskim i Donaldzie Tusku, zeszło na samoloty. Jasna cholera! Ten Smoleńsk nie da nam zasnąć. Nigdy. Biedny Prezydent, biedna Maria Kaczyńska, biedny Sebastian Karpiniuk, biedny wreszcie Arkadiusz Prostasiuk – już nigdy nie będzie bohaterem Facebooka. Już nigdy nie będzie bohaterem czyimkolwiek. Najwyżej jacyś reżimowi psychiatrzy napiszą pracę o tym, jak to indywidualne kompleksy mogą się stać przyczyną tragedii wielu. Biedny Jarosław Kaczyński. Przegrał – jak z radością oświadcza System – swoje szóste już wybory, a ja oglądam film, który ktoś zaproponował jako uwieńczenie kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. Na którym, zamiast Jarosława zwycięskiego, widzimy Jarosława, który stracił sens życia, Jarosława bez śladu nadziei, Jarosława, który oświadcza bez żadnego już udawania, że dla niego życie własnie się skończyło, i że już nigdy nie będzie szczęśliwy. Zamiast Premiera-Zwycięzcy, widzimy staruszka siedzącego nad całą masą starych, czarno-białych zdjęć i walczy ze łzami. Oto pomysł na zwycięską kampanię!
Ale o tym też nie chce pisać, bo jest mi zwyczajnie niezręcznie. Poza tym, co ja w ogóle tak naprawdę na ten temat wiem?
Już jednak wiem, o czym napiszę. Nadeszła pora na trochę złośliwości. Może się mylę, ale chyba jednak Donald Tusk, wbrew zapowiedziom, nie spotkał się 27 października z tym staruszkiem, któremu obiecał obiad, i którego w przedwyborczy czwartek wystawił do wiatru. Czyżby się w tym całym zamieszaniu zagapił? Kto wie? Ja jednak podejrzewam, że poszło o coś innego. Wszystko straciło znaczenie. I on akurat wie to najlepiej.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...