Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo i sprawiedliwość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo i sprawiedliwość. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2025

Czy jebanie PiS-u może się stać passé

 

      Bardzo mocno ostatnio zaczynam podejrzewać, że dylematy, którymi się tu z nami niekiedy dzieli – ostatnio zaledwie kilka dni temu – nasz bardzo dobry znajomy i kolega, wybitny psychoterapeuta Gerard Warcok, stają się coraz częściej dylematami wielu z nas. A chodzi mianowicie o ową straszną kwestię wyrażaną pytaniem: Dlaczego ludzie tak chętnie popierają nie dość że zło, to jeszcze zło, które im jednoznacznie i w bezpośredniej perspektywie szkodzi. Mój drogi kolega Gerard przedstawił swoją teorię już parokrotnie, za każdym razem coraz bardziej precyzyjnie, ja jednak, nie będąc specjalistą od ludzkich dusz i umysłów, również chciałbym dorzucić do tego swoje trzy marne grosze, z nadzieją, że niewykluczone jest, iż odpowiedź na dręczące nas pytanie, choć nie jednorodna, nie jest wcale aż tak trudna, jak by się mogło wydawać.

      Otóż, gdy zastanawiam się nad owym okrutnym podziałem naszego – ale przecież nie tylko naszego – społeczeństwa, bo do tego w gruncie rzeczy cały problem się sprowadza, dochodzę do wniosku, że ci wszyscy ludzie, których umysły pragniemy przeniknąć, tworzą trzy grupy. Pierwsza z nich – mam nadzieję, że ona jest jednak stosunkowo nieliczna – to ci, którzy do tego stopnia nienawidzą wszystkiego tego, co jest reprezentowane przez Jarosława Kaczyńskiego i każdy jego projekt – że gotowi są poświęcić niemal wszystko, włącznie z własnym zdrowiem, z życiowym komfortem i zwykłą radością życia, byleby doczekać widoku owego Kaczyńskiego, jak w straszliwych cierpieniach umiera gdzieś pod cmentarnym płotem, czy wrzeszczy z bólu gwałcony przez współwięźniów za murami więzienia. Kultywowana przez nich nienawiść do tego stopnia wyklucza jakiekolwiek racjonalne myślenie, że nawet wtedy, gdy hordy czarnego bydła będą im niszczyć samochody i gwałcić żony i córki, ich jedyną reakcją będzie okrzyk „Jebać PiS”.

      Oczywiście jestem bardzo ciekawy dowiedzieć się od osób lepiej zorientowanych w meandrach ludzkiej psychiki, jak się nazywa ów kompleks i jakie mogą być jego zewnętrzne i wewnętrzne przyczyny, natomiast, nie jestem pewien, czy powinniśmy sobie zawracać tymi ludźmi głowy, poza może modlitwą i to tylko, gdy chodzi o osoby nam najbliższe.

      Drugą grupę i prawdopodobnie dominującą, stanowią wszyscy ci, którzy niekoniecznie interesują się polityką i w ogóle światem, ale mają w domu internet i telewizor, ale też znajomych, z którymi lubią sobie porozmawiać na tematy krążące po wspólnie odwiedzanych różnego rodzaju publicznych przestrzeniach. Prowadzą więc między sobą rozmowy o polskich komediach, kabaretach, telewizyjnych serialach, o nowej książce któregoś ze znanych polskich autorów, o wakacyjnych planach, ale też o tym, co usłyszeli poprzedniego wieczoru w Faktach TVN, albo usłyszeli w radio w drodze do pracy i z pracy, ewentualnie przeczytali w tygodniku „Angora”.

      Oni oczywiście nie są szczególnie wrogo nastawieni do PiS-u, w tym sensie, że go nie jebią, a niektórym z nich niekiedy nawet PiS się myli z PSL-em, czy Nową Lewicą, ale oczywiście wiedzą, że Kaczyński to człowiek mściwy, fałszywy i zły, a poza tym zramolały awanturnik i źle będzie jeśli on wróci do władzy i znów zostanie prezydentem. Czy oni są ludźmi złymi i głupimi? Nie sądzę by trzeba ich było aż tak okrutnie traktować. Dziś to są w znacznej mierze osoby związane rodzinnie i zarobkowo z lokalną władzą zarówno dużych jak i mniejszych miast i wiosek, przy czym w takiej Warszawie, czy Gdańsku, w Łodzi, czy Poznaniu, we Wrocławiu, czy w Krakowie, lub w Katowicach, to są grube miliony głosów. Dla nich zwycięstwo prawicy wiąże się z ryzykiem znacznie większym, niż ewentualny wzrost cent energii, czy jajek. Ale też to są ci, którzy w czasach PRL-u szli zawsze z prądem, niezależnie czy ów prąd był tworzony przez komunistyczne władze, czy przez NSZZ Solidarność. Oni zawsze się kierowali tak zwaną mądrością etapu i zawsze bardzo uważali, żeby się nie znaleźć na jej marginesie. Powstaje tu więc pytanie, dlaczego oni nie widzą tego, że przez osiem lat rządów prawicy ich życie pod każdym względem się poprawiło, a od półtora roku jest tylko gorzej i bardziej ponuro. Otóż moim zdaniem oni to widzą, i dlatego też liczyć należy, że przynajmniej część z nich pójdzie po rozum do głowy i gdy będzie trzeba to się zniecierpliwi i odpowiednio zareaguje. Jednak te nadzieje się bardzo skromne. Jest bowiem coś w naszym polskim charakterze, owa naiwna łagodność i cierpliwa uległość, która sprawia, że wszelką krzywdę potrafimy znosić bardzo długo, zwłaszcza gdy wmawia się nam, że alternatywy i tak za bardzo nie widać.

      Jest też i grupa trzecia, mam wrażenie, że powszechnie lekceważona, czy wręcz niezauważalna, obejmująca osoby głównie już starsze, którzy tak naprawdę niczego się już po świecie, który ich otacza, nie spodziewają. Nigdy nie było szczególnie łatwo, czasem wręcz ciężko, niezależnie od tego czy rządził Jaruzelski, Mazowiecki, Pawlak, Tusk, czy Kaczyński. I teraz też, niezależnie od tego, czy wybory w maju wygra Nawrocki, czy Trzaskowski, nie będzie to miało większego znaczenia, bo i tak będzie coraz drożej, lekarze będą równie nieludzcy, jak byli i są dziś, kolejki do szpitala coraz dłuższe, a oni w telewizji i tak, tak jak się kłócili, to i dalej będą się kłócić. Jedyne o co chodzi, to to, żeby może poziom tych awantur się trochę obniżył, a wszyscy wiemy, że ile razy do władzy dochodził Kaczyński, to wszędzie tylko ta nienawiść, nienawiść i nienawiść. Ciężko to, panie sąsiedzie, wytrzymać.

      Oczywiście, wśród ludzi starszych są też ci, którzy gotowi są albo sami się podpalić, albo podpalić jakiegoś polskiego patriotę, ale myślę, że oni są już na wylocie. Część z nich siłą rzeczy już nie żyje, ale wciąż mamy tu całą kupę emerytowanych esbeków i ich rodzin, którzy gniją gdzieś tam w tych swoich smutnych służbowych mieszkaniach, ale też i tych, wciąż jeszcze pełnych życia, stanowiących kulturowy background owej pierwszej przeze mnie wymienionej grupy i najczęściej jej mięso armatnie.

      I teraz powraca oryginalne pytanie, które moim zdaniem należało by odnieść do przedstawionej przeze mnie społecznej mapy: Czemu oni są tacy, jacy są, i czemu do nich nic nie dociera? Uważam, że ci którzy tego dzwonka zwyczajnie nie słyszą, tak jak już wspomniałem, to ludzie głęboko zaburzeni i na nich nie ma ani metody, ani ratunku. I wszelkie próby zastanawiania się, dlaczego, są skazane na porażkę. Tej plazmy nie przeniknie już nic. Co do całej reszty – no może z wyjątkiem kierownika wydziału promocji w którejś z państwowych spółek i jego rodziny i znajomych – wiemy o nich mniej więcej wszystko, co jest nam potrzebne. A czy oni są do uratowania?

      Niedawno pewien mój znajomy opowiedział mi, że ma sąsiadkę, starszą panią, która mu powiedziała, że ona nie ufa „temu Nawrockiemu”, bo to jest „zły człowiek”. „Pan wie, że on przez wiele lat prowadził burdel”? Znajomy powiedział jej, że to bezczelne kłamstwo rozsiewane właśnie przez właścicieli burdeli, którzy tak gadają i płacą telewizji żeby to kłamstwo powtarzała. Robią to, bo go nienawidzą i boją się, że jak on zostanie prezydentem to każe te wszystkie ich burdele polikwidować. I wiecie Państwo co? Ona się zadumała.

A zatem, kto wie? Kto wie?



środa, 27 grudnia 2023

Gdy zło popadło w obłęd

 

          Proszę mi pozwolić dzisiejszy felieton zacząć od dowcipu; w końcu raz na 15 lat chyba mogę sobie na ów wybryk pozwolić. Otóż przychodzi rabin do księdza i pyta: „Panie ksiądz, czy to prawda, że ten wasz Święty Józef był Żydem? „Prawda” – odpowiada ksiądz. „A czy prawdą jest, że i Matka Boska była Żydówką?” – chce wiedzieć rabin. „No tak, to prawda” – mówi ksiądz. „No to z tego wynika” – mówi na to rabin – „że i Jezus był Żydem. Patrz pan cholera, jakiśmy to interes z rąk wypuścili”.

          Przypomniał mi się ten stary już jak świat żart, kiedy poszedłem sobie dziś do EMPiK-u muzycznie zrealizować swoją świąteczną kartę podarunkową i przechodząc przez dworzec zobaczyłem w kiosku okładkę specjalnego wydania „Tygodnika Powszechnego”. Okładka, jak to ona, kolorowa, błyszcząca, na okładce, jak przystało na specjalne świąteczne wydanie czasopisma przedstawiającego się jako katolickie,  postać Jezusa, przez środek wielki napis „KIM JEST JEZUS”, a na samej górze wyjaśnienie „ŻYD UZDROWICIEL SYN BOGA MESJASZ”. Jeśli ktoś nie wierzy, bardzo proszę:

 


         Pierwsze co mnie tu uderzyło to oczywiście ów Żyd, nie dość że w ogóle, to jeszcze na pierwszym miejscu. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z instrukcją dla osób faktycznie potrzebujących się dowiedzieć, co to za jeden ten Jezus. No Żyd. Przede wszystkim Żyd, no ale też uzdrowiciel, nauczyciel, Syn Boży, no i ten no... Mesjasz. Też Żyd. Nie Polak, nie Włoch, nie Hiszpan, nie Grek, ale Żyd. Bóg zszedł na Ziemię i stał się Żydem.

         Niesamowite. Popatrzcie państwo tylko, jaki to interes oni z rąk wypuścili.

         Zwróciłem więc uwagę przede wszystkim na ów zestaw przymiotów Jezusa, ale też oczywiście na samo pytanie: „Kim jest Jezus”. Rzecz w tym, że fakt iż za wyjaśnianie nam tej kwestii zabiera się akurat „Tygodnik Powszechny” stanowi ciekawy paradoks. Akurat ja po księdzu Bonieckim i jego owieczkach spodziewałbym się, skoro już się mamy trzymać kwestii teologicznych, odpowiedzi na pytanie, kim jest Szatan, a najlepiej już czegoś spoza tej sceny, czyli na przykład coś na temat życia i twórczości Michała Bajora, czy Jerzego Stuhra, czy nawet niejakiego  Adama Darskiego. Tymczasem, jak widzimy, on nas potrzebuje uświadamiać religijnie i to na poziomie najgłębszym: „Jezus jest Żydem”.

          Z „Tygodnikiem Powszechnym” miałem do czynienia w tym roku dwukrotnie. Pierwszy raz, czytając artykuł nieznanego mi redaktora o tym, że w polskich kościołach rozpanoszyła się ostatnio moda na modlitwę do Michała Archanioła, w której głupi polaczkowie proszą go o to, by „Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą mocą Bożą strącił do piekła amen”. Sam autor tekstu, ale również naczelny Boniecki w swoim wstępniaku, wyjaśniają, że włączanie owej modlitwy do Mszy Świętej jest pozbawione sensu, niepotrzebne, a co gorsza nielegalne, bo liturgia to liturgia i jeśli ktoś tam chce przy niej grzebać, to ewentualnie Szymon Hołownia a nie księża bez odpowiednich koncesji. Drugi raz gdy wziąłem do ręki to coś, to aby przeczytać rozmowę, jaką Redakcja przeprowadziła z, kiedyś jeszcze księdzem, Tomaszem Węcławskim, który któregoś dnia poszedł w tak zwaną „długą”, zmienił nazwisko na Tomasz Polak, ożenił się i obecnie, jako stuprocentowy ateista prowadzi na UAM-ie w Poznaniu coś co się nazywa Pracownią Pytań Granicznych. W swojej, anonsowanej już na tytułowej stronie „Tygodnika” jego zdjęciem – dokładnie tak jak dziś twarzą Jezusa – obszernej wypowiedzi, prof. Polak informuje, że problemem Kościoła nie jest powszechne zepsucie kleru i watykańskiej hierarchii, ale to, że zarówno Jezus jak i całe chrześcijaństwo z samego założenia jest oszustwem. Zdaniem Profesora, chrześcijaństwo – nie jakie znamy, ale w ogóle chrześcijaństwo – skazane jest na ostateczną anihilację, po której nastąpi nowy okres w dziejach świata, okres rozumu, prawdy i powszechnej szczęśliwości. Taka to oto wypowiedź została nam przekazana przez księdza Adama Bonieckiego i jego wierną gromadkę zaledwie parę miesięcy temu.

        Ktoś mnie spyta, po jasną cholerę ja w ogóle aż dwa razy zdecydowałem się wziąć do ręki to dziwne pismo. Otóż w przypadku tekstu o egzorcyzmie Michała Archanioła ograniczyłem się tylko do omówienia tygodnikowych refleksji w Internecie, natomiast gdy chodzi o opętanego księdza, trzeba nam wiedzieć, że mam znajomego, radykalnego wroga Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego co jest z partią tą związane, który wszelką wiedzę na tematy bieżące czerpie z „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i z „Tygodnika Powszechnego” właśnie. Podczas ostatniej tam wizyty znajomy mój wspomniał mi o tekście Polaka, tekście niezwykle interesującym, w którym ów rozprawia się ze współczesnym Kościołem i jego kapłanami. Na moją uwagę, że były ksiądz Węcławski jest dziś ateistą i jego krytyka hierarchii jest słabo wiarygodna, znajomy mój zapewnił mnie, że w polecanym wywiadzie nie ma śladu ateizmu, ale wyłącznie bardzo spokojna krytyka pogubionego kleru. Przeczytałem więc podsunięty mi tekst, a tam, jak już wspomniałem, nic poza tym, że Jezus to kłamstwo, a Jego religia musi zdechnąć i to już niedługo. Powiedziałem o tym znajomemu, ale on się tylko nieznacznie zafrasował i powiedział, że nic sobie takiego nie przypomina, więc będzie musiał ów wywiad przeczytać jeszcze raz.

        I to mnie prowadzi do refleksji, do której się przygotowuję już od dłuższego czasu i myślę, że nic nie zaszkodzi, jeśli ją przypnę do dzisiejszego tekstu. Otóż wielu z nas, jak sądzę, obserwując naszą sytuację społeczna i polityczną, stawia sobie dwa podstawowe pytania. Pierwsze z nich to: „Czemu oni to robią?”, a drugie: „Co oni mają w głowach?” W którejś z rozmów z moją córką wyraziłem przekonanie, że dopóki Tusk nie zostanie przyłapany na tym, że gwałci małe dzieci, dla pewnych środowisk pozostanie wiecznym bohaterem. Na to jednak moje dziecko powiedziało, żebym się nie łudził, bo nawet jeśli dojdzie to czegoś aż tak drastycznego, ludzie którzy nienawidzą PiS-u, i tak uznają, że owa informacja nie dotyczyła Tuska, tylko Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie – tu cytat – „tej wiejskiej kurwy” Szydło.

        I z bólem serca muszę swojej córce przyznać rację. Gdy chodzi o tych ludzi, tam już nie ma nic poza czystym obłędem. Obłędem, który przy niesławnym lapsusie Prezesa o tym, że białe jest czarne, a czarne jest białe, brzmi jak najprawdziwsza prawda.  

niedziela, 29 października 2023

O memach i diabłach na ostrzu noża

 

      Dzień przed wyborami zamieściłem tu króciutką notkę, w której napisałem, że być może najbardziej bolesnym efektem objęcia władzy przez Donalda Tuska będzie to, że nienawiść, która nas truje od tylu już lat nie zniknie, a być może nawet urośnie. A komentarz Tomasza Lisa o konieczności wyciągnięcia konsekwencji wobec wyborców prawicy, czy tekst w „Gazecie Wyborczej”, w którym owi wyborcy nazywani są „małpoludami”, to zaledwie ułamek całości. Dziś wprawdzie pojawiają się znaki dające nadzieję, że po owym „zwycięstwie” już za chwilę nie pozostanie choćby kupka popiołu, póki co jednak liczę na to, że wielu z nas dobrze widzi, co konkretnie miałem na myśli. Jak zatem sytuacja się rozwinie, tego oczywiście nie wiemy, natomiast ja wciąż zachodzę w głowę, co takiego się stało, że niemal rzutem na taśmę Koalicja Obywatelska z przyległościami znalazła się w miejscu, gdzie zaczyna się robić naprawdę groźnie.

       Wyjaśnień jest wiele, zaczynając, jak zawsze, od zarzutów kierowanych pod adresem samej kampanii, przez utratę niemal bez walki mediów społecznościowych, po oczywiście telewizję publiczną, która to, zdaniem wielu, była pierwszym grabarzem kampanii Prawa i Sprawiedliwości. A ja, choć, owszem, wszystkie te błędy widzę, to przypominam sobie kampanię z roku 2007, kiedy to upadł rząd i władzę na długie osiem lat przejęła tak ładnie opisana przez Jarosława Kaczyńskiego „partia zewnętrzna” i odtwarzam sobie niemal jak film całą serię kolejnych memów, których jedynym celem było wypełnienie sceny pop niczym innym jak nienawiścią zagłuszaną powszechnym rechotem.

       Próbuję sobie przypomnieć, co było na początku i wydaje mi się, wszystko zaczęło się od „kaczora”. Aż trudno uwierzyć, że coś w sposób ewidentny tak głupiego, a jednocześnie niewinnego, jak przekręcenie czyjegoś nazwiska (Kaczyński – kaczor, Baranowski – baran, Kurowski – kura, Gruszkowski – gruszka... można wymyślać w nieskończoność) może na całe dziesięciolecia wykształcić w ludziach czystą nienawiść do jednego człowieka w postaci różnego rodzaju „kaczymów”, „kaczafich”, „kaczych fuhrerów”, „polowań na kaczki”, „kaczek po smoleńsku” i tak dalej i tym podobnie, przeplatanych „kurduplami”, „kotami”, czy „mlaskaczami”. Później, i to też na długie lata, pojawił się niesławny „borubar”, a po nim lawina wręcz kolejnych memów, czasem tylko na parę dni, czy tygodni, ale też niekiedy na długie lata, i zawsze, dzięki wykorzystaniu kultury popularnej, sięgających po najbardziej egzotyczne zakątki społeczeństwa. Wszyscy pamiętamy przecież niegdysiejsze „wieśmaki”, „małpki” prezydenta Kaczyńskiego, czy oczywiście przezabawny rysunek Andrzeja Mleczki na którym widzimy prezydencką limuzynę ciągnącą toi-toia, ale też pamiętamy jak już nie tylko artysta Mleczko, ale cała Polska ryczała ze śmiechu na myśl o Prezydencie ze sraczką. No a skoro juz wspomniałem wybory roku 2007, to też słynną skołowaną babcię w moherowym berecie, która nie umie znaleźć dowodu osobistego. I o ile sobie przypominam, od roku 2005, nie został nam tu oszczędzony choćby jeden dzień. W ten muł nie można było włożyć szpilki.

        No właśnie: wybory. Popatrzmy na bilans obu kampanii roku 2023 i tego wszystkiego co do niej przez minione lata prowadziło. W jaki sposób przez ten czas Prawo i Sprawiedliwość dotarło nie do rozumu, nie serc, nie resentymentów, ale do samej duszy społeczeństwa? Z tego co pamiętam, to na dłuższą metę zapisał się Donald Tusk jako „rudy niemiec” i to naprawdę wszystko. A biorąc pod uwagę fakt, że ów mem miał zasięg ograniczony właściwie tylko do najbardziej żywo zainteresowanych, to było jedno wielkie nic, gdyż i tak cała przestrzeń była już zajęta przez osiem gwiazdek.

      Oto minione wybory. Proszę popatrzeć, co mieliśmy po tamtej stronie: „PiS = drożyzna”, „po ile wizy”, „piekło kobiet”, „konstytucja”, „wolne sądy”, „wolne media”, „jebać PiS”, "dziura Morawieckiego"... no i wieczny „kaczyzm” oraz „pisowskie państwo”. A co tu u nas? Niemiec, Niemcy, emigranci, Tusk, Tusk, Tusk...

       A zatem, tu polegliśmy na całej linii, jednak to co w tym najgorsze, to fakt, że dzięki kulturowym i cywilizacyjnym różnicom między wszelkiej maści lewactwem i społeczeństwem konserwatywnym, kultura popularna i jej niezwykły talent w przejmowaniu najbardziej wulgarnych, a jednocześnie nadzwyczaj nośnych memów, innego wyniku trudno sie było spodziewać. I wcale nie jest tak, że zapominam o roku 2005, 2015, czy choćby jeszcze 2019, kiedy to przecież tamci nie dali rady. Oczywiście że nie dali, podobnie jak w pewnym sensie nie dali też rady i przed dwoma tygodniami, jednak nie oszukujmy się: bez owego popululturowego wsparcia, Prawo i Sprawiedliwość od roku 2005 rządziłoby większością konstytuacyjną, a po Donaldzie Tusku i jego szajce nie pozostałoby już nawet wspomnienie.

      Co mam na myśli, wspominając o kulturze i cywilizacji? Otóż trzeba nam wiedzieć, że wspomniane osiem gwiazdek, to nie był jakiś szczególny wykwit inteligencji i wyobraźni zatrudnianych przez Platformę Obywatelską specjalistów od reklamy. Hasło „Fuck Trump”, tańczyło po całej Ameryce lata wcześniej, i to nie tylko w postaci gwiazdek, ale w najróżniejszych i najprzedziwniejszych konfiguracjach. Któryś z nich to zobaczył, wymyślił, że to się sprawdzi i u nas, no i lawina ruszyła. I to z sukcesem, który czujemy do dziś na plecach. Czy problem w tym, że tamci nas wyprzedzili? Że okazali się szybsi? Sprytniejsi? Że podkradli nam wspaniałe hasło, typu „Jebać Tuska”, czy „Jebać TVN”? Możliwe że byli szybsi, ale przede wszystkim nie widzę osobiście możliwości, by którykolwiek z polityków, czy wyborców prawicy choćby pomyślał o tego typu upadku. Czy można sobie wyobrazić, by w powszechnym użyciu po prawej stronie sceny pojawił się mem z nazwiskiem Kierwiński przekręconym dajmy na to na Kurwiński, lub by prawicowa scena internetu powszechnie wrzucała zdjęcia Tuska z dorobionym hitlerowskim ząbkiem i wąsikiem. Oczywiście, z patologią mamy do czynienia wszędzie, ale ja tu mówię o trendzie powszechnym, sięgającym po uniwersytety.

        Czy zatem jest już po nas? Możliwe. Możliwe bardzo, niemniej jest pewne światło nadziei, i wbrew temu co można by sądzić, możemy je dostrzec nawet i dziś, nawet jeśli nie w szansie zebrania sejmowej większości, to w tym, że tamto zło, tamto zdziczenie i tamto kłamstwo, jest jednak bardzo rozdrobnione i oni, zanim zbudują jakąś realną siłę, to się zagubią w liczeniu, ile to diabłów może się zmieścić na ostrzu noża.

    


 

niedziela, 12 lutego 2023

O tym co się zalęgło w głowie Jacka Karnowskiego. Nie tamtego, ale tego

          Zanim zacznę tę dzisiejszą notkę, muszę się przyznać do tego, że gdy chodzi o braci Jacka i Michała Karnowskich, mimo wielokrotnie podejmowanych prób, nie rozrożniam jednego od drugiego i nic nie wskazuje na to, by ów stan rzecz miał się zmienić. Ja oczywiście od razu rozpoznaję czy mam do czynienia z prezydentem Sopotu Jackiem Karnowskim, czy którymkolwiek z tych dwóch, natomiast gdy chodzi o braci Karnowskich pozostaję w pełnej niewiedzy. Muszę też od razu powiedzieć, że wspomniana sytuacja mi w niczym nie przeszkadza, bo po włączeniu telewizora czy to widzę jednego, czy drugiego, to pozostaję w dokładnie takim samym nastroju i nie zmienia go nawet fakt, że jeden z nich – diabeł jeden wie który – pokazuje się na tle półki z książkami udekorowanej świętymi obrazkami, lub zdjęciem Lecha Kaczyńskiego, a drugi pozostaje w scenerii neutralnej. Dla mnie to jest jedna i ta sama osoba i pozostawanie w owym błędzie nie jest dla mnie najmniejszym problemem. Powodów opisanego stanu rzeczy jest kilka, ale ja przypomnę tylko jeden. Ótóż parę miesięcy po zabójstwie wspomnianego Lecha Kaczyńskiego zostałem zaproszony przez Jana Pospieszalskiego do telewizyjnego programu „Warto rozmawiać”, by opowiedzieć o kampanii hejtu jaka swego czasu spadła na Prezydenta i ostatecznie, w taki czy inny sposób, doprowadziła do jego śmierci. Ja byłem na publiczności, z boku stał Pospieszalski, a na scenie siedzieli od lewej Jan Hartman, Eryk Mistewicz, jeden z tych dwóch, oraz Ludwik Dorn. Gdy padło na mnie i Pospieszalski udzielił mi głosu, Hartman zachował sie jak to on, a więc mnie wyszydził, Dorn przemóił tak, że ja już wtedy wiedziałem, że to jest kret, Karnowski z Mistewiczem skupili się wyłącznie na promocji dopiero co wydanej wspólnie książki, a ja zostałem sam, jak ten głupi. Wtedy też nie mogłem nie uznać, że Karnowski, podobnie jak Hartman, Mistewicz i Dorn to wróg. I owa świadomość trzyma mnie do dziś, i to mimo – a kto wie, czy nie dzięki – nieustannym wysiłkom jednego, czy drugiego bliźniaka, by się przedstawiać, jako swój.

      I oto zaledwie wczoraj, na portalu wpolityce.pl ukazał się tekst Jacka Karnowskiego – wiem, bo doczytałem – zatytułowany „Perspektywa wyborczego zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy wyraźnie sie oddaliła. ‘Brak zamknięcia tej sprawy oznacza, że PiS będzie miało pod górę’”. Krótko mówiąc, chodzi o to, że prezydent Andrzej Duda skierował projekt proponowanych przez rząd zmian w systemie sprawiedliwości do Trybunału Konstytucyjnego, by to ten ewentualnie potwierdził, lub odrzucił  wątpliwości Prezydenta co do konstytucyjności proponowanej ustawy, a to zdaniem Jacka Karnowskiego oznacza, że Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej jesiennych wyborów do Parlamentu nie wygra. Dlaczego? Dlatego, że Trybunał zapewne uzna niekonstytucyjność proponowanych przez rząd zmian, Komisja Europejska nadal będzie blokowała dla Polski należne jej unijne środki, no i... no właśnie. No i co? Tu konkretnie Karnowski milczy, ale my możemy się domyślać, że z powodu braku tych pieniędzy na Polskę spadnie ciężki kryzys gospodarczy, którego społeczeństwo już nie wytrzyma i propagandowo nakręcone przez opozycję, w swojej desperacji uzna, że już lepiej będzie zagłosować na premiera Tuska i ministra Sikorskiego, niż na tę bandę nieudaczników.

       Ja oczywiście dopuszczam możliwość taką, że Jacek Karnowski to tak wyjątkowy idiota, że on autentycznie wierzy w to co pisze, ale wciąż jestem niemal pewien, że nawet jeśli przyjmiemy – a ja tu jestem jak najbardziej otwarty – że on idiotą rzeczywiście jest, to jednak nie na tyle, by uczciwie twierdzić, że dla Polaków, którzy mają zdecydować, czy dalej chcą by ich sprawami zarządzał premier Morawiecki, czy żeby owe sprawy oddać w zarząd Donalda Tuska, ma znaczenie, czy Komisja Europejska udzieli nam tej pożyczki, czy nie. A zatem, w tym momencie interesuje mnie już tylko to jedno pytanie: czemu Jacek Karnpowski robi to co robi?  Pierwsza możliwość jest taka, że został wynajęty przez kogoś z rządu, by spróbować wpłynąć na sędziów-patriotów, by zachowali się jak trzeba. Nie sądzę. Nie wydaje mi się by pozycja braci Karnowskich była tak znacząca, by ktokolwiek z rządu Prawa i Sprawiedliwości traktował ich dziennikarstwo aż tak poważnie, by ich wynajmować jako emisariuszy. A zatem, jest jeszcze inna możliwość: oni, kalkulując swoją obecną i ewentualnie przyszłą pozycję po kolejnym rozdaniu, próbują się ustawić, jako ci na których władza powinna stawiać. Duda to już tylko półtora roku, a żyć trzeba. Ale może być też tak, że oni, wiedząc że dalsze losy rządowej ustawy dla losów Polski nie mają najmniejszego znaczenia, prezydenta Dudy zwyczajnie nie znoszą i na każde jego wystąpienie, zwłąszcza gdy ten mówi po angielsku, reagują wściekłością. A więc ich dzisiejsza reakcja może nosić pewne znamiona jakiejś tam szczerości.

        Tak czy inaczej, nie mam najmniejszych wątpliwości, że to co wczoraj zrobił Jacek Karnowski na portalu wpolityce.pl to coś, za co on, jego brat i całe to towarzystwo znane jako „W Sieci” powinno zostać odesłane do diabła. Jeśli oni, w dzisiejszym stanie rzeczy, w ten akurat sposób uderzają w prezydenta Dudę, zarzucając mu, że to on właśnie może być pierwszą przyczyną katastrofy, która może nastąpić jesienią tego roku, to znaczy że jednego i drugiego należy zwyczajnie skreślić, bo diabli wiedzą, co oni jeszcze mogą Polsce wiwinąć. Prowadzony przez nich tygodnik, ale również portal wpolityce.pl, mają jako taki wpływ na opinię publiczną i ja potrafię sobie bardzo łatwo wyobrazić, jak tego typu teksty, mogą sprawić, że część wyborców Prawa i Sprawiedliwości uzna, że z Kaczyńskim to tak naprawdę nie warto i kto wie, czy taka na przykład Konfederacja to nie jest lepszy wybor.

       Na koniec warto wrócić do pierwszego pytania: czy Karnowscy to idioci, którzy wiedzą, czy idioci, którzy nie wiedzą. Najchętniej na to pytanie odpowiedziałbym, że nie wiem, no ale wiem, że czytelnicy mają w stosunku do mnie pewne wymagania, więc odpowiem:  moim zdaniem, Jacek Karnowski wie, że kłamie, tyle że w swoim zidioceniu jest przekonany, że w ten sposób służy Polsce. Nie rozumieją Państwo. Nie szkodzi. Ja też nie.

 


      


środa, 4 stycznia 2023

Gdy Państwo podnosi się z fotela

 

       Muszę przyznać bez bicia, że tegoroczny Sylwester Marzeń nie dość że mnie zainteresował jak żaden inny Sylwester taki czy inny, który udało mi się zapamiętać, to w dodatku był to jedyny sylwestrowy koncert jaki w ogóle obejrzałem. A stało się tak wbrew pozorom ani nie dlatego, że nie wystąpiła na nim gwiazda niegdysiejszych Spice Girls Mel C., ani też przez to, że wystąpiło słynne Black Eyed Peas, ale wyłącznie dzięki temu, że przy tej akurat okazji byłem świadkiem tego, czym jest potęga Państwa w konfrontacji z owego Państwa nieprzyjaciółmi. Wielu z nas pewnie pamięta, w jaki sposób wspomniane siły próbowały – ale też próbują od wielu już lat – zneutralizować propagandowy sens wspomnianego przedsięwzięcia. Niemal w tej samej chwili, gdy Telewizja Polska tryumfalnie ogłosiła przyjazd do Zakopanego brytyjskiej gwiazdki, nastąpiła natychmiastowa kontrakcja środowisk związanych z ideologią LGBTQ, a przy okazji agendy tworzącej nad nią swój polityczny parasol i już po chwili można było ogłosić, że faszystowska Polska nie może liczyć na to, że demokratyczny świat pozostanie głuchy na to co tu się każdego dnia wyprawia.

      Oczywiście skuteczność tego ataku zrobiła na mnie pewne wrażenie, ale w tej samej chwili poczułem niemal pewność, że polskie państwo nie pozostawi tej sprawy bez rozstrzygnięcia i pokaże, że z pewnych rzeczy zrezgnować nie może i że tam gdzie trzeba potrafi utrzymać kontrolę. I wtedy właśnie uznano, że skoro z Mel C. się nie udało, to odpowiednie budżety trzeba będzie jednak zwiększyć i sprowadzić kogoś, przy kim nawet całe, świeżo reaktywowane Spice Girls, nie robiłoby wrażenia. I w ten sposób na scenie w Zakopanem pojawiło się Black Eyed Peas. Z dnia na dzień. Ot tak!

        Nie znam ani jednej piosenki zespołu Spice Girls, a tym bardziej nie wiedziałem nawet że taka Mel C. w ogóle jeszcze się estradowo udziela; nie znam też ani jednej piosenki zespołu Black Eyed Peas, ale przede wszystkim moja córka zna wiele z nich na pamięć, a ja z kolei mam świadomość, że ów zespół to jest dziś absolutny top muzyki popularnej. Ale przy okazji wiem coś jeszcze, i ta świadomość mnie trzyma od paru dni, a mianowicie to, że gdyby Sylwestrowi Marzeń groził jakikolwiek kryzys, to Telewizja Polska, a więc tak naprawdę polskie państwo, byłoby w stanie sprowadzić do Zakopanego nawet Roda Stewarta, Paula McCartneya, czy Harry’ego Stylesa. Gdyby trzeba było. Dlaczego tak? Otóż z tej prostej przyczyny, że Państwo, które ma swoje priorytety i nad tymi priorytetami utrzymuje kontrolę, w sytuacji kryzysu, jeśłi ulegnie agresji, to wyłącznie ściśle militarnej, i to też nie pierwszej lepszej.

        Ale to nie wszystko. Oto wystąpił na zakopiańskiej scenie zespół Black Eyed Peas – i to nie tak,  że wystąpił, wsiadł w helikopter i odjechał w nieznane, ale został na owej scenie do północy – i zademonstrował jak tylko mógł najwyraźniej, że Polska nie jest ani krajem faszystowskim, ani homofobicznym, ani nawet zwyczajnie nietolerancyjnym. A Polskie Państwo zrobiło wszystko, by z owej sceny słowo „miłość” wybrzmiało głośniej i częściej niż podczas niesławnego expose Donalda Tuska z roku 2007. I proszę zwrócić uwagę na fakt, że podczas tej demonstracji ani nie spalono choćby jednego samochodu, ani nie wybito jednej szyby wystawowej, ani na scenę nie wpadła jakaś banda pomyleńców, by się przykleić do tych desek. Zero. Pozostała wyłącznie polska tolerancja, polska otwartość, no i przede wszystkim „miłość, miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem”. I wściekłość. Nieprzytomna wręcz wściekłość z jednej strony tych, którzy zrozumieli, że nie są w stanie pokonać rządu Prawa i Sprawiedliwości – specjalnie nie używam nazwy Zjednoczonej Prawicy, bo czegoś takiego nie ma i nigdy nie było – przy pomocy dotychczas tak świetnie im służącego popu, a z drugiej tych tak zwanych „naszych”, którzy po raz kolejny się przekonali, że wszelkie marzenia o odebraniu władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu mogą sobie wsadzić sobie w nos.

      (A już całkiem na marginesie, nie sądzą Państwo, że tak naprawdę posłowie Ziobro, Kowalski, czy Warchoł zdecydowanie bardziej woleliby podczas zabawy sylwestrowej słuchać piosenek „Kryzysowa narzeczona”, „Nie płacz Ewka”, czy „Szklana pogoda”?)

      No ale lećmy dalej. Otóż wiele już razy wcześniej miałem tu okazję – niestety dramatycznie nieskutecznie – zwrócić uwagę na pewną, dla mnie wręcz historyczną, wypowiedź prof. Pawła Śpiewaka, jakiej ten jeszcze w roku 2011 udzielił Robertowi Mazurkowi, a w niej taki oto fragment:

„Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. [...] Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć”.

        Po raz kolejny wspominam tamte słowa, próbuję je odnieść do tego z czym mamy do czynienia dziś i widzę, że mimo iż minął już siódmy rok, jak wspomniany „mięki reżim” odszedł w siną dal, nie zmieniło się wiele. Oni nadal, pomijając formalną władzę, mają pod kontrolą niemal wszystko: telewizje, radia, różnego rodzaju papierowe i elektroniczne media, wielu dziennikarzy nadal boi się atakować Platformę, większość tzw. „niezależnych ekspertów” nadal nie wyrywa się do krytykowania przedstawicieli owego „miękiego reżimu”, sędziowie nadal biorą mocno pod uwagę, jakie zdanie w różnych kwestiach ma choćby i Bronisław Komorowski i wciąż wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć tłumy tych, którzy uważają, że „trzeba się liczyć”. I nie łudźmy się. Parlament, rząd i prezydent to coś co można zlikwidować w jeden dzień, wysyłając choćby tego czy owego w podróż podstawionym samolotem. To co się bowiem bowiem liczy, to siła realna, a tę, jak się okazuje, można uzyskać tylko z trzech, za to skumulowanych w jedno, źródeł, a mianowicie państwowej telewizji, państwowych służb i społecznego poparcia. Platforma Obywatelska, w roku swego upadku miała dużo więcej niż jej było potrzebne i ostatecznie zabrakło jej tylko jednego: społecznego poparcia. Dziś Prawo i Sprawiedliwość nie ma ani sądów, ani większości mediów, ani uniwersytetów, ani znacznej części kultury popularnej, natomiast to co kluczowe dla odparcia wszelkich możliwych ataków jak najbardziej zachowuje, a mianowicie jedno wielkie medium, służby, no i bardzo wysokie społeczne poparcie, o które niezmiennie dba i które wzmacnia jak tylko może, i to mimo kiedyś pandemii, dziś wojny za wschodnią granicą i bezprecedensowych nieprzerwanych ataków ze strony moskiewskiej, berlińskiej, brukselskiej i – last but not least – wewnętrznej agentury.

        Pamiętam rok 2007, kiedy służby właśnie wraz z mediami, o których, jednych i drugich, czystość i lojalność ówczesny rząd nie potrafił zadbać, doprowadziły do upadku rządu Prawa i Sprawiedliwości, cieszącego się, o czym już naprawdę wielu z nas zapomniało, dość bezpieczną społeczną popularnością. Pamiętam też przy tym jak wyglądały wówczas panoszące się po handlowych galeriach kioski z różnego rodzaju gadżetami wyposażonymi w hasła typu „kaczy fuhrer”, „radio ma ryja”, „Borubar na prezydenta”, czy – a owszem – „Giertych do wora”; pamiętam książkę z rysunkami Andrzeja Mleczki, gdzie najbardziej dowcipny obrazek przedstawiał limuzynę z prezydentem Kaczyńskim holującą za sobą budkę z napisem toi-toi; pamiętam menela zwanego Hubert H. i jego turnee po wszystkich telewizjach, gdzie mógł do woli opowiadać o tym jak go pisowskie państwo chciało zniszczyć. Ale pamiętam też owe przedwczesne wybory roku 2007, gdzie przy pomocy miejscowych i niemieckich służb Leszek Balcerowicz, pod hasłem „Zabierz babci dowód”, uruchomił wielki propagandowy geszeft i zaledwie w ciągu miesiąca wśród najmłodszych wyborców zorganizował około czteromilionowy ruch, który doprowadził do upadku rządów prawa i sprawiedliwości i wpuścił na scenę Donalda Tuska, Ewę Kopacz, Bronisława Komorowskiego i całe to ludzkie ścierwo, które odważny profesor Śpiewak nazwał po latach „miękim reżimem”.

        I znów – oni wciąż zachowują pełnię władzy na ogromnej części politycznej, medialnej, ale i kulturowej sceny, jednak to co im nie daje żadnej szansy w starciu z dobrze zarządzanym państwem to fakt, że nie mają kontroli nad służbami, publicznymi mediami, w tym przede wszystkim TVP i społeczeństwem, którym owo państwo skutecznie się zaopiekowało i któremu ono zaufało. Dziś, jak słyszę, Jarosław Kaczyński traktuje jako priorytet doprowadzenie do tego, by w nadchodzących wyborach wzięła udział jak największa, rekordowa liczba głosujących. Osobiście nie wiem, jak to można osiągnąć, ale jeśli uda się powtórzyć owe 4 miliony głosów z roku 2007, to uważam, że PiS, nawet bez łaskawej pomocy Ziobry, Kukiza i kogo tam jeszcze, może wejść w dziewiąty rok swoich rządów z większością konstytucyjną, a my będziemy sobie siedzieć z założonym rękoma i oglądać spektakl przy którym finałowa scena popularnego filmu „Marsjanie atakują” to bajka dla małych dzieci. 


 

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

... gdyż ten Kościół jest siłą tego narodu

 

        Nie mam bladego pojęcia, jak długi czas upłynął od dnia, kiedy zamieściłem tu swój ostatni tekst, sprawdzać się boję, natomiast muszę wszystkich zapewnić, że nawet gdyby to był tylko tydzień, i tak dręczyłyby mnie wyrzuty sumienia. Czemu? Przez to mianowicie, że cokolwiek się dzieje i cokolwiek się jeszcze wydarzy, jak zawsze będę miał poczucie nigdy nie spłaconego obowiązku w stosunku do znacznej części czytelników tego bloga. A wiedząc, że wielu z nich zagląda tu codziennie, licząc na to, że trafią na coś tylko dla siebie, przez każdą dłuższą – a tą już szczególnie – przerwę czuję się naprawdę okropnie. Jest jednak jak jest, a ja mogę się tylko wytłumaczyć w ten sposób, że przez ostatnie tygodnie, wobec zalewu zdarzeń w sposób tak oczywisty i zupełnie jednoznacznie moralnie oburzających, nie byłem w stanie znaleźć słów, które mogłyby wnieść coś nowego do tego, co i tak przynajmniej każdy z nas i tak bez mojego udziału rozpoznaje. Przy okazji, mam wrażenie, że oferta jaką nam przedstawia dzisiejszy świat, czy to w wymiarze lokalnym, czy też światowym, stała się dramatycznie ograniczona, czy może bardziej - skondensowana. O ile jeszcze ledwie rok temu mogliśmy rzucić kamieniem w którąkolwiek stronę, a trafilibyśmy w coś wartego osobnego komentarza, to dziś całe jego zło, wydaje się, że zwarło szyki i atakuje w gromadzie i z jednego kierunku. A ja? Jak mogę komentować wciąż tę samą plazmę?

      Ktoś powie, że mogę machnąć ręką na to co podłe i głupie i pisać o rzeczach pięknych. No ale tu sytuacja jest też podobna. W tej wojnie bowiem między złem a dobrem, dobro również skoncentrowało się na jednym kierunku i też się broni w całej swojej masie. Więc i tu, o czym tu można opowiadać, gdy mamy już tylko naszą Wiarę, nasze życie, nasze rodziny, i naszą Polskę, a więc coś o czym nam nikt nie może nic nowego powiedzieć?

       Jeśli jednak dziś tu jestem i piszę, to znaczy że coś się wydarzyło. Szedłem sobie mianowicie wczoraj przez ten mój park z psem i już z daleka zobaczyłem panią z czwórką dzieci. Czemu już z daleka? Nie wiem, ale może przez to, że oni lśnili. Zwyczajnie lśnili. Dzieci były w wieku od może dwóch lat do sześciu, siedziały na ławce, jadły lody i wszyscy razem wyglądali naprawdę przepięknie, tak przepięknie, że podszedłem do tej pani i powiedziałem jej to co czułem, a więc że wyglądają prześlicznie. Ona się uśmiechnęła, podziękowała mi i powiedziała, że ona na co dzień, kiedy tak sobie wszyscy idą na spacer, słyszy raczej szyderstwa. Wtedy spostrzegłem, że ona jest w ciąży i powiedziałem, że jak pojawi się kolejne dziecko, będzie musiała znosić jeszcze więcej tych upokorzeń, na co ona wzruszyła ramionami i powiedziała, że im bardziej oni będą z niej szydzić, tym więcej ona będzie miała dzieci.

      Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż na przeciwko nas jest kościół i na jednej z jego ścian jest wykuta wnęka, a w niej, za kratą, duża figura Matki Boskiej. A ja po wspomnianej przygodzie wróciłem z psem do domu i pomyślałem, że wyskoczę jeszcze do sklepu po drobne zakupy i kiedy już z tymi zakupami wracałem, pod wspomnianą kratą wpadłem na tę samą rodzinę. A oni wszyscy stali w równym rządku i wszyscy, od najmniejszego do największego, bardzo starannie robili znak krzyża. Tak było, a ja czułem ową słynną moc, której bramy piekielne nie przemogą.

        A tymczasem my wszyscy widzimy, jak bardzo tamci się starają. Oto Jerzy Owsiak realizuje swój business plan, tym razem, jak każdego roku w sierpniu, pod nazwą Poland Rock. Wśród zaproszonych przez Owsiaka gości znalazł się oczywiście też popularny tu i ówdzie satanista Adam „Nergal” Darski i wygłosił następującą deklarację:

„Dzisiaj mam takie najważniejsze rzeczy dla mnie, to jest koniec wojny w Ukrainie i wygrana Ukrainy. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz to są prawa kobiet, które są regularnie gwałcone nie tylko przez nasz rząd, ale wielu krajów Europy i świata. Dla kobiet, dla ludzi LGBT, to bym zmienił na pewno. Na pewno skróciłbym, albo w ogóle eksterminował hegemonię Kościoła Katolickiego w Polsce”.

       I tu mnie, wbrew pozorom, nie tyle zainteresowała owa „eksterminacja”, ale sam zestaw pragnień tego dziwnego człowieka, ze szczególnym naciskiem na wojnę na Ukrainie. Już wiele razy wcześniej zauważyłem, że gdy chodzi o popularne media, nie wyłączając z tego Twittera, czy Facebooka, to one wręcz się prześcigają w jak najbardziej agresywnym eksponowaniu swego poparcia dla walczącej Ukrainy. Gdy chodzi o Twitter, na którym aktualnie spędzam stosunkowo najwięcej czasu, nie mogłem nie zauważyć, że owe poparcie najbardziej aktywnie demonstrują osoby znane powszechnie ze swojej równie aktywnie przeżywanej nienawiści do PiS-u, Kościoła i Polski. Nie ma wśród nich praktycznie jednego konta, gdzie w jego opisie nie znalazłaby się ukraińska flaga. Jest też oczywiście flaga Unii Europejskiej, błyskawica strajku kobiet, tęczowa flaga, charakterystyczne osiem gwiazdek, hasło Silni Razem, ale na pierwszym miejscu jak najbardziej flaga Ukrainy. A tu nagle mamy tego Nergala, który wprawdzie ograniczył się swojej deklaracji zaledwie do Kościoła, Ukrainy, LGBT i praw kobiet, ale gdyby miał więcej czasu, to pewnie wymieniłby jeszcze prawa zwierząt i uchodźców, Polskę w Unii Europejskiej, czyste powietrze, weganizm i walkę z przeludnieniem. Rzecz bowiem w tym, że każdy z tych tematów, zarówno on, jak i ogromna większość tych którzy go słuchali na owsiakowym festiwalu, to dla każdego z nich wyłącznie alibi dla walki z wrogiem pierwszym i jedynym – Kościołem. Oni wszyscy, niezależnie od tego czy się gromadzą pod sceną w Czaplinku, czy w społecznościowych mediach, czy pojawiają się to tu to tam na naszej drodze, uchodźców, prawa kobiet, zwierząt, czy wreszcie Ukrainę mają w głębokiej obojętności. Tak naprawdę, to wszystko jest po to tylko, by kiedy oni wspomną coś na temat potrzeby eksterminacji Kościoła, nikt im nie zarzucił, że są dziećmi Szatana. Oni są ludźmi wrażliwymi, pełnymi miłości i troski o drugiego człowieka i świat w którym wraz z owym człowiekiem przyszło im żyć, ale też dzięki owej wrażliwości tym bardziej widzą zło jakie kreuje religia, w tym przede wszystkim religia katolicka. Ostatnio mam wrażenie, że tak naprawdę ci wszyscy, którzy się dekorują ukrytym w ośmiu gwiazdkach hasłem „Jebać PiS”, gdyby tylko okazało się, że zadeklarowanie poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego pozwoli im uzyskać lepszą pozycję w walce o zniszczenie Kościoła, uczyniliby to bez wahania. Oni nawet byliby gotowi wykorzystywać każde napotkane dziecko płci żeńskiej nie tylko w dyskrecji koncertowej trasy, ale jak najbardziej publicznie.

        Takie to ogarnęły mnie dziś myśli i to one właśnie pozwalają mi wrócić do początku dzisiejszych refleksji. Walka toczy się już tylko między Nergalem i jego wojskiem i tą panią z czwórką dzieci żegnających się pod figurą Matki Boskiej. Cała reszta, a więc z jednej strony Donald Tusk z jego niemieckimi kłamstwami, a z drugiej rząd premiera Morawieckiego z codzienną walką o Polskę, to tylko pochodna tego co się dzieje na głównej scenie. A ja stoję wciąż przed tym samym dylematem. Ile razy można pisać wciąż o tym samym pojedynku, nie dość że się nie powtarzając, to jeszcze dostrzegając coś nowego, dotychczas niezauważonego.

        Jednak, jak wszyscy wiemy, i mam nadzieję, że również dziś widzimy, starać się zawsze trzeba.



      

poniedziałek, 18 lipca 2022

O kranie z wodą zimną, letnią, ciepłą lub gorącą - do wyboru

 

    Miniony tydzień spędziliśmy na Półwyspie Helskim, z noclegiem w Kuźnicy, spacerami plażą do Jastarni, a stamtąd do Juraty, wożeniem się do Helu i z powrotem pociągiem i muszę powiedzieć że mimo iż jeździmy tam od wielu już lat i że tym razem pogoda, ze względu na silne bardzo wiatry, była niekiedy dość męcząca, takich tłumów jak w tym roku dawno nie widzieliśmy. Nie widzieliśmy też tylu ludzi – starych, młodych, dzieci, rodzin z dziećmi i bez – mimo że, tak jak to ostatnio wszyscy mamy okazję obserwować, ceny poszły bardzo mocno w górę. Nie pamiętam też by pociąg między Gdynią a Helem był tak bardzo i stale zatłoczony. W ogóle nie pamiętam bym od czasu PRL-u miał okazję jeździć pociągiem w takim ścisku, że część osób zostawała na peronie, czekając na kolejny. Nie pamiętam by w pociągach było tak starsznie dużo ludzi, że w większości przypadków konduktorzy nawet nie próbowali sprawdzać biletów. Nie pamiętam by liczne restauracje w Helu, Juracie czy Jastarni były tak pełne klientów, że często trudno było znaleźć stolik. Restauracja „Przetwórnia” – być może najlepsza z nich wszystkich – w Kuźnicy była każdego dnia od śniadania do kolacji tak pełna, że o stolik trzeba było walczyć.

        A to wszystko – powtarzam – mimo dwucyfrowej inflacji i, jak często słyszymy, dramatycznego zubożenia polskich rodzin i wciąż powracających ostrzeżeń, że od września znaczna część dzieci w szkołąch będzie chodzić głodna.

        Ktoś powie, że ci co mają pieniądze, to sobie jeszcze jakoś tam używają, natomiast zwykli ludzie, tacy jak my, coraz częściej zostają w domu w oczekiwaniu na lepsze czasy. W tym momencie zatem wypada mi powiedzieć, jacy to ludzie spędzali z nami ten tydzień na Półwyspie. Zdaję sobie sprawę z tego, że ocenianie tak zwanej pozycji społecznej po wyglądzie może być zwodnicze, ale ponieważ nie mieliśmy okazji się z nikim zaprzyjaźnić, nie pozostaje mi nic innego jak jednak jakąś tam analizę zaproponować. Otóż osób demonstrujących swoją pozycję, czy to przy pomocy ekscentrycznych zachowań, czy typowej bardzo prezencji – mam nadzieję że czytelnicy tego bloga wiedzą, o czym mówię – było stosunkowo mało. Dość powiedzieć, że okolice niesławnego hotelu „Bryza” w Juracie, podobnie zresztą jak sam hotel, ziały pustkami. Mijaliśmy ową „Bryzę”, z całą jej wystawą, i tam nie było żywej duszy. Tłumy w restauracjach, na ulicach i na plażach to byli albo ludzie, o których poziomie zamożności trudno byłoby cokolwiek powiedzieć, albo – i to w zdecydowanej większości – typ, któremu w latach 2016 i następnych liberalne elity oraz reprezentujące je media poświęcały taką ilość szyderstw, że nadejdzie, w co mocno wierzę, kiedyś czas, gdy przyjdzie im za to zło odpowiedzieć. Ludzie, którzy spędzają tegoroczne lato nad morzem to w przeważającej części ci, którym swego czasu tygodnik „Newsweek” poświęcił okładkowy tekst, a Agata Młynarska stwierdziła, że ona już się boi jeździć nad polskie morze ze strachu przed szokiem estetycznym, którego ona nie zniesie. A mnie już pozostaje tylko zgadywać, dlaczego juracki hotel „Bryza” i, jak sądzę, parę innych swego czasu popularnych miejsc, tak słabo znoszą aktualny czas i skąd się bierze owa nieznośna wręcz niechęć elit do polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości.

       Ktoś mi oczywiście pewnie zarzuci, że ja to wszystko zmyśliłem, zwłaszcza że, jak sam przyznałem, jest drogo i coraz drożej i trudno sobie wyobrazić, żeby ludzie, którzy są głównymi odbiorcami programów rządu Mateusza Morawieckiego, mogli sobie pozwolić na obecne ceny. Otóż myśmy akurat sobie pozwolili, a skoro my, awięc nauczycielka i emerytowany nauczyciel, to nie widzę powodu by uznać, że oni wszyscy na te swoje urlopy musieli się zapożyczyć w bankach. Nawet gdybym dotychczas uważał, że wciąż większość społeczeństwa z trudem wiąże koniec z końcem, to po tym tygodniu nie mam najmniejszych wątpliwości, że zdecydowana większość z nich sobie radzi znakomicie, do tego stopnia że ich stać na to, by przyjechać na tydzień do Jastarni, wynająć pokój i bez specjalnej potrzeby oszczędzania, spędzić miło czas. Zupełnie na marginesie może dodam, że właśnie we wspomniałej Jastarni trafiliśmy na restaurację, gdzie oferowano pełny zestaw obiadowy (rosół, kotlet schabowy plus kompot) w cenie 35 zł.

       Po co o tym wszystkim piszę? Oczywiście pierwszy powód to ten by pokazać, że poziom życia w Polsce w ciągu minionych siedmiu lat podniósł się w sposób zupełnie bezprecedensowy. Bezprecedensowy do tego stopnia, że nawet przy obecnym kryzysie, mimo że go oczywiście mniej lub bardziej wszyscy odczuwamy, mamy wystarczająco dużo zapasów cierpliwości, by nam starczyło na długie lata. Ale jest jeszcze coś. Otóż owa antypolska propaganda, przy pomocy której jesteśmy każdego dnia tak strasznie atakowani, dziś skupiająca się niemal wyłącznie na straszeniu nas nieuchronną nędzą, musi ponieść porażkę. Niedawno przez społeczne media przeleciało zdjęcie – natychmiast zresztą odpowiednio wyśmiane – rachunku jakie dwie panie dostały z kolację w zakopiańskiej „Karczmie przy młynie”. Proszę popatrzeć:

 


 

        Ja nie wiem, czy owe kobiety, to wszystko co tam jest wypisane zjadły, czy większość kazały sobie spakować, czy może złożyły to zamówienie za pieniądze, które otrzymały w ramach specjalnej misji. Wiem natomiast że jeśli ktokolwiek – a wierzę, że są wśród nas i tacy – dziś jeszcze traktuje ten wygłup na serio, to z owego antypisowskiego stresu do jesieni przyszłego roku dostanie takiego pomieszania zmysłów że straci podstawowe zdolności wyborcze.

       A jeśli z kolei jest tu wśród nas ktoś, kto bardzo by pragnął wyjechać nad morze, ale telewzja TVN go skutecznie przestraszyła, niech spojrzy na jeszcze jedno zdjęcie. Jastarnia, restauracja „Na talerzu”. Bardzo dobre lokalne piwo Amber w sklepie obok po 3,90.



 

piątek, 10 czerwca 2022

Powrót do teraźniejszości, czyli o wykopywaniu taboretu

 

Od pewnego czasu, kiedy tu próbujemy z uporem – jak mi się coraz częściej wydaje – godnym lepszej sprawy komentować politykę, powraca wciąż jedno i to samo pytanie: Dlaczego? Dlaczego we wszystkich sondażach tak zwana Koalicja Obywatelska – wbrew wszelkiej dostępnej białemu człowiekowi logice – niezmiennie uzyskuje te swoje 26 procent poparcia? Dlaczego na spotkania z Donaldem Tuskiem przychodzą było nie było tłumy i praktycznie żaden z nich nie podejdzie do niego i strzeli mu w ten zakłamany pysk? Dlaczego wreszcie, mimo całej naszej dzisiejszej wiedzy na temat tego czym jest Rosja i kim jest Władimir Putin, tak wielu z nas wciąż pozostaje w szczerym przekonaniu, że to Jarosław Kaczyński kazał swojemu bratu lądować w Smoleńsku, i stąd też się bierze owo niezapomniane do samej naszej śmierci nieszczęście?

  Wpatrujemy się jak zaczarowani w to co się tam, po tamtej stronie bajora, dzieje i wciąż niezmiennie jako jedyne wytłumaczenie owego pomieszania zmysłów pojawia się nienawiść. Pierwotna nienawiść, której już chyba nigdy nic nie odmieni.

  Oglądałem wczoraj fragment wystąpienia Róży Thun w Parlamencie Europejskim, wsłuchiwałem się w słowa Bodnara na temat tego jak Europa powinna potraktować Polskę i bardzo chciałem to wszystko jakoś skomentować i – jak to często ostatnio bywa – uznałem, że od dłuższego czasu brakuje nowych słów i najlepiej będzie przypomnieć coś co powiedziałem przed wielu, wielu laty i co nieszczęśliwie bardzo do dziś pozostało aktualne. Bardzo więc proszę, wróćmy wspomnieniami do roku 2008. Dziś to już 14 lat. Czyż to nie przeraża?

 

Może zabrzmi to jak fikcja, niestety jest najczystszą prawdą.

Otóż spotkałem niedawno pewnego obywatela. Pełny standard: wyższe wykształcenie, rodzina, samochód, porządna praca, bardzo miła powierzchowność, niewymuszona uprzejmość. W pewnym momencie obywatel ów poskarżył mi się, że od pewnego czasu Onet nie chce umieszczać jego postów i że jego zdaniem robi to ze względu na słowo “ścierwo”. Pisze on bowiem tekst zaczynający od słów „Wy piso-bolszewickie ścierwo” i Onet tego nie puszcza. Chodzi teraz o to, żeby owo „ścierwo” zastąpić czymś innym, tylko czym?

Rozmawialiśmy dłużej i mój znajomy powiedział, że jemu osobiście jest wszystko jedno, kto będzie rządził i w ogóle jest mu ogólnie wszystko jedno, ale ma jedno marzenie. Chce zobaczyć Kaczyńskich, Ziobrę, Gosiewskiego, Girzyńskiego, Szczygłę w kajdankach, a potem już z radością przeżywać każdy dzień, wiedząc, że wszyscy oni gniją w więzieniu.

Kiedy mu powiedziałem, że jak już PiS przestanie istnieć, to trzeba będzie się pozytywnie za czymś opowiedzieć, odpowiedział spokojnie i bez śladu emocji, że od czasu rządów Mazowieckiego on osobiście nie obstawia nikogo szczególnie, ale chce, żebym zrozumiał, że to wszystko jest nieistotne, wobec tej jednej jedynej emocji:

„Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę”.

Mój rozmmówca ani się nie denerwował, ani nie używał brzydkich słów, ani nie miał szczególnie złej miny. Po prostu chciał mi wytłumaczyć swój stosunek do, jak to określał, „piso-bolszewii”. Nie dyskutował, nie przekonywał, nie był ciekawy moich opinii – po prostu najuczciwiej na świecie tłumaczył swoją społeczno-polityczną postawę.

Przyznam, że osobiście nie sądzę, żeby onet.pl specjalnie ignorował mojego znajomego, urażony słowem „ścierwo”. Jeśli się czyta codzienne komentarze internautów, trudno się słowem „ścierwo” poczuć szczególnie dotkniętym. Nienawiść – czysta, żywa, najszczersza nienawiść do wszystkiego, co reprezentują bracia Kaczyńscy – ubierana jest na forum Onetu w tak fantazyjną retorykę, że tu nie może chodzić o kolejne słowo. I nie o słowach chcę pisać. Chodzi mi mianowicie o ogólne podejście.

Wszyscy jesteśmy okropnie rozdyskutowani, wielu z nas uważa, że ma rację i że ta nasza racja jest tak szczera, że wystarczy krok, a uda się osiągnąć choć minimalne zbliżenie. Jest jednak przy tym tak – i część z nas zdążyła tego boleśnie doświadczyć – że niekiedy po przeciwnej stronie zamiast argumentu spotykamy jedynie prostą, czystą niechęć. Niechęć ta manifestuje się różnie; czasem jest to zdanie typu „A wam tam w PiSie ile płacą za te komentarze?”, a czasem jasne i proste: „Pisiory, zamknąć dzioby”.

Po rozmowie z moim znajomym nagle uzmysłowiłem sobie, że oto po raz pierwszy z taką uczciwością i szczerością zostałem skonfrontowany z całym sednem obecnego sporu. Mój rozmówca nie obrażał mnie, nie złościł się na mnie, nie lekceważył mnie kąśliwymi docinkami. Zwyczajnie przedstawiał stan rzeczy. Chodzi mianowicie o nic innego, jak o najzwyklejszą, najdoskonalszą nienawiść i tyle. Reszta to już tylko tak zwany PR, czy jak mu tam. Gdzie więc miejsce na rozmowę? Gdzie czas na szukanie porozumienia i zgody? Wszędzie może, ale nie w tym temacie.

Mądrzy komentatorzy, znawcy przedmiotu, analitycy bardziej i mniej obiektywni starają się rozpoznać scenę polityczną i społeczną w kraju. Ośrodki badania opinii publicznej mierzą stosunek społeczeństwa do tego czy innego polityka, tego czy innego zdarzenia, a doświadczeni eksperci przedstawiają swoje analizy i proponują rozwiązania. Ostatnio wszyscy zajmujemy się niską oceną społeczną pana Prezydenta. Okazuje się bowiem, że 50% społeczeństwa uważa, że Prezydent powoduje konflikty, 21%, że nie wpływa na nic, 46%, że jest gorszy od prezydenta Kwaśniewskiego, 21%, że zdecydowanie źle wpływa na wizerunek Polski, 58%, że nie reprezentuje godnie Polski, etc. etc. I wszyscy zastanawiamy się, dlaczego, oraz co można i trzeba zrobić, żeby nie było tak źle.

Mnie natomiast wśród pytań sondażowych brakuje jednego, podstawowego: jaki procent z osób badanych i badających żyje od rana do nocy jednym, pięknym marzeniem: by być w końcu tym pierwszym, który wykopie taboret?

 


wtorek, 25 stycznia 2022

To żyje!

 

Cały miniony tydzień nic tu nie pisałem, raz że brakowało mi poważniejszej inspiracji, ale przede wszystkim ze względu na trzydniowe rekolekcje, jakich udzielił nam nasz ksiądz Rafał Krakowiak, w które bardzo nie chciałem się wcinać. Mamy jednak nowy tydzień i choć inspiracje wciąż krążą między napaścią Rosji na Ukrainę, popisami kolejnych naszych sędziów, Omikronem i Tuskiem na hulajnodze, to myślę że już mi dłużej siedzieć jak mysz pod miotłą nie wypada i spróbuję się podzielić pewną dawną już, choć zupełnie jak nową, refleksją. Otóż najpierw stało się tak, że kupiłem sobie wydanie tygodnika „Sieci", żeby przeczytać wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, a tam, tuż obok, jak byk, felieton Jana Pospieszalskiego, w któym ten pisze, że w którejś z prowincji Indii niemal w ogóle ludzie się nie szczepią, i w związku z tym tam praktycznie nie ma COVID-u, by nie wspomnieć o umieralniach pod respiratorami. W związku z tym apeluje Pospieszalski, że oto najwyższy czas, by polski rząd wziął przykład z owej indyjskiej prowincji, machnął ręką na szczepienia i przestał zabijać niewinnych ludzi.  A teraz, parę dni temu, na ulicy na której mieszkam zaparkowało, a następnie spędziło tam cały dzień, BMW z poznańską rejstracją i przylepioną z tyłu gustowną nalepką z błyskawicą Strajku Kobiet i hasłem „Jebać PiS”. Przechodziłem obok tego auta kilka razy, wbijając wzrok w te gwiazdki i ogarniała mnie coraz bardziej świadomość, że poziom szaleństwa jaki ogarnął znaczną część Polski, przekracza wszystko z czym mieliśmy do czynienia dotychczas. Co gorsza, wygląda na to, że tu nie chodzi tylko o tych co „jebią PiS” z pozycji lewicowych, ale także tych drugich, co chyba jeszcze bardziej zdecydowanie wzywają by „jebać PiS”, a przy okazji, ministra Niedzielskiego, premiera Morawieckiego, czy w ogóle polską Służbę Zdrowia, która zamiast leczyć obywateli amantadyną, każe ludziom „nosić szmaty na ryju” i przyjmować „szczypawki”. I to oni też, jak się okazuje, postanowili zwariować od swojego jak najbardziej antykomunizmu i życia w wolności Dzieci Bożych. A pomiędzy tymi dwoma żywiołami stoi Bogu ducha winny rząd PiS-u i stara się dogodzić i jednym i drugim, z sercem na tyle gorejącym, że, jak słyszymy, ledwo co mężowi Kasi Tusk dał półtora miliona złotych, żeby ten mógł ją udobruchać torebką za 30 patyków.

A ja się zastanawiam się, jak to jest w ogóle możliwe, że po tych siedmiu latach, gdy wydawałoby się, że wszystko na tej scenie jest jasne jak słońce, wciąż tak wiele osób, a można odnieść wrażenie, że z każdym rokiem coraz więcej, nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by nawet jeśli świat sie ma zawalić, niech się wali, byleby tylko razem z nim zniknęło wszystko to co się kojarzy z Prawem i Sprawiedliwością. Zastanawiam się nad tym i przypomniał mi się pewien, w pewnym sensie proroczy, tekst, który napisałem na dwa jeszcze lata przed zwycięskimi wyborami roku 2015, i dziś pragnę go przypomnieć, jako być może przynajmniej częściową odpowiedź na tę zagadkę. Proszę posłuchać.

 

 

     Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, pojechałem z moim wujkiem na polowanie. Wujek był lekarzem – wybitnym bardzo zresztą – a przede wszystkim niezwykle dobrym, uczciwym i porządnym człowiekiem. Wspominałem tu zresztą o nim przy okazji apelu o to, by z terenów dawnej Rzeszy wysiedlić całą ludność wraz ze zwierzętami, a na tym, co po nich zostanie, posadzić kartofle.

     Otóż mój wujek, poza tym że pomagał ludziom, a przede wszystkim kobietom, był też zapalonym myśliwym, no i stąd pomysł, by któregoś dnia zabrać mnie na polowanie. Jechaliśmy na to polowanie, a ja mu opowiedziałem dowcip o tym, jak to umarł Breżniew i towarzysze mu w trumnie wywiercili otworki, żeby robaki mogły się kulturalnie wyrzygać. Tu od razu uwaga dla wszystkich tych, którzy najbardziej na świecie nienawidzą nienawiści – szczególnie nienawiści skierowanej przeciwko bolszewii – że tamto był PRL, i wśród normalnych ludzi nienawiść do bolszewii była jeszcze w modzie.

      Otóż ja opowiedziałem wujkowi ten kawał, a on mi powiedział coś takiego: „Kawał dobry, ale pamiętaj, że jak my tam już do tego lasu przyjedziemy, możemy spotkać mojego kolegę myśliwego, Jasia Szczęsnego, który bardzo źle znosi takie żarty, więc mu go nie opowiadaj”. Spytałem oczywiście, kto to taki ten Szczęsny, że go nie śmieszą dowcipy o robakach rzygających Breżniewem, a on mi powiedział, że Szczęsny to dziś już starszy pan, który we wczesnych latach 50-tych został wyrzucony z UB za „nadużycie władzy”. Ja wtedy wprawdzie byłem bardzo młody, ale już się potrafiłem domyśleć, że z kogoś, kto na początku lat 50-tych został wyrzucony z UB za „nadużycie władzy”, musiało być niezłe ziółko. Zresztą ów fakt mój wujek mi natychmiast potwierdził, opowiadając historię o tym, jak to myśliwi kiedyś sobie popili, a on, korzystając z okazji zapytał Szczęsnego: „Jasiu, a jak wyście mordowali tych żołnierzy, to jak to się odbywało? Tam był jakiś sąd, pluton egzekucyjny, jakaś ceremonia?” Na to Szczęsny odpowiedział: „Normalnie Heniu. Normalnie. Brałem giwerę i waliłem w łeb”.

       No więc, to był ów Jasiu Szczęsny, któremu, niech mnie Bóg broni, miałem nie opowiadać dowcipu o Breżniewie.

       Oczywiście potraktowałem słowa mojego wujka bardzo poważnie, ale zacząłem się przy tym zastanawiać nad tym Szczęsnym i jego towarzyszami z lat młodości. Gdzie oni są? Co oni robią? Jak żyją? Czy wszyscy polują, czy może część z nich kocha zwierzęta, i nawet muchy by nie skrzywdziła? Mijały lata, PRL przeszedł do historii, przyszedł kapitalizm, a ja w pewnym momencie usłyszałem, że koledzy Szczęsnego – a kto wie, czy nie i on sam – okupują głównie dwie korporacje: spółdzielnię „Społem” i ogródki działkowe. Dowiedziałem się, że owe dwa podmioty stanowią ostatni realny bastion komuny – tej komuny prawdziwej i nieskażonej upływem czasu –  i wedle jakiejś niepisanej umowy, nie podlegają jakimkolwiek negocjacjom i są  nie do ruszenia. O polowaniach mowy akurat tam nie było. Inna sprawa, że cóż mnie to może obchodzić?

     Dziś przeczytałem w internetowym wydaniu TVN24 wiadomość, że wczoraj późnym popołudniem w Warszawie na ulicy Żwirki i Wigury jakiś pan postrzelił z rewolweru innego pana, no a ponieważ uczynił to jak najbardziej publicznie, został zatrzymany przez policję. Jak się jednak dowiadujemy, obaj panowie byli byłymi wojskowymi, obaj działali w branży działkowej, a człowiek z rewolwerem to wręcz prezes stowarzyszenia owych działkowców. TVN24 podaje za policją, że to nie była wojna gangów, ale zwykłe nieporozumienia na tle osobistym. Dowiadujemy się również, że prezes tych ogródków miał na broń pozwolenie, więc w pewnym sensie jest czysty.

      TVN podaje jednak coś jeszcze. Otóż, jak się dowiadujemy, obaj panowie byli „właścicielami ogródków działkowych”. I sprawa się w ten sposób domyka. Otóż dwóch staruszków pokłóciło się prawdopodobnie o swoje ogródki, a że jeden był byłym wojskowym, i w dodatku miał broń, to wziął i kolegę ustrzelił. Bardzo zabawne. Z komentarzy, jakie czytam pod tą informacją wnioskuję, że faktycznie zabawne.

      A ja się zastanawiam nad czymś już innym. Otóż do zdarzenia, jak już napisałem doszło w biały dzień. Człowiek z rewolwerem, ów rewolwer prawdopodobnie ze sobą nosił zwyczajowo, w dodatku jeszcze – skoro on ani nie próbował uciekać, ani się jakoś szczególnie tłumaczyć – ów emerytowany wojskowy prawdopodobnie też uznał, że skoro go nagle wzięła jasna cholera, to strzelił „do skurwysyna”. No bo co miał robić? Dyskutować o racjach? A skoro tak, to ja też sobie myślę, że jest bardzo prawdopodobnie, że ci staruszkowie, których ja od czasu do czasu spotykam w moim parku, jak spacerują małymi grupkami w tych swoich kurtkach do pasa i czapkach z daszkiem, też są uzbrojeni. I mają naprawdę dużo do opowiedzenia na temat naszej jakże skomplikowanej historii.

      Niedawno spotkałem swojego szkolnego kolegę, który – jak się okazało nałogowy czytelnik mojego bloga – zanim zdążyłem go zapytać o zdrowie, wyskoczył do mnie z jasnym i krótkim pytaniem: „Czy ty uważasz, że ten kretyn Macierewicz mówi prawdę, kiedy gada o tych wybuchach?” Na to ja, zanim jeszcze zdążyłem się go zapytać o zdrowie, odpowiedziałem, że tak, jak najbardziej, wybuchy były. I w tym momencie on dostał takiej cholery, jakiej ja w życiu nie widziałem. I teraz, kiedy wspominam to spotkanie, myślę sobie, że to całe szczęście, że on jest za młody, by polować. A przynajmniej by polować w pewnym bardzo szczególnym towarzystwie.

      Natomiast bardzo bym był ciekawy wiedzieć, ilu ich jeszcze pozostało. Bo zbliżają się wybory, i PiS wygra. A wtedy – niech nas wszystkich Bóg broni.

 

I dziś widzę, że chyba Mu owa obrona nie najlepiej idzie, skoro do Jana Szczęsnego i jego dzieci dołączyli już i ci, co Jego Imię mają wręcz wypisane na swoich piersiach.

 



czwartek, 5 sierpnia 2021

Krótka instrukcja napuszczania jednych na drugiego

 

          Mam oczywiście świadomość, że wszyscy mamy mnóstwo powodów, by się interesować i cieszyć życiem, nie zważając na to, co nam wrzucają media i ci wszyscy którzy je utrzymuja w odpowiedniej kondycji, niemniej chciałbym dziś rzucić okiem na kwestia jak najbardziej dziś dyskutowaną we wspomnianych mediach, a mianowicie zapowiedzianą przez miłościwie nam panujące Prawo i Sprawiedlwość podwyżką uposażeń polityków, począwszy od samego dna, czyli Lechu Wałęsy, a kończąc na obecnym prezydencie Andrzeju Dudzie. Oczywiście dla nikogo z nas tu obecnych zapewne nie ulega cienia watpliwości, że owe sześć tysięcy złotych w sprawie którego od pewnego czasu nieustannie jęczy wspomniany Lech Wałęsa, to wstyd i hańba dla dużego, posiadajacego swoje ambicje państwa w centrum Europy. Każdy z nas jednocześnie wie naturalnie, że oni wszyscy mają swoje osobne sposoby, by zadbać o odpowiedni stadard życia, niemniej jednak, jeśli już mamy się trzymać tego co oficjalne, to, owszem, owe podwyżki nie podlegają dyskusji. I tu wypadałby uznać, że mamy koniec rozmowy, ja natomiast chciałbym wspomnieć o czymś znacznie ciekawszym.

          Jak wiemy, w momencie gdy władza zapowiedziała owe podwyżki, natychmiast odezwał się nie kto inny jak Donald Tusk plus jego świeżo kompletowana drużyna i owej propozycji powiedziała twarde „nie”. To jednak, plus wszystko to co ową deklarację otacza, z mojego punktu widzenia można było przewidzieć od samego początku. Wiadomo było od zawsze, że w momencie gdy pojawi sie propozycja podwyższenia wynagrodzeń polityków, Donald Tusk, a za nim całe to „posłuszeństwo”, którego działania obserwujemy niemal każdego dnia, pokażą że oni są przeciwko, bo to się przecież nie godzi, by politycy zarabiali miliardy, podczas gdy przeciętny nauczyciel historii Jan Kowalski nie wie jak związać koniec z końcem.

        Ja tymczasem mam tu pewną teorię, co do której prawdziwości mam swoje wątpliwości, jednak uważam ją za tyle ciekawą, że chciałem się nią tu podzielić. Otóż kiedy obserwuję ruchy na politycznej scenie, głównie opanowanej przez tak zwaną „totalną opozycję”, a wywołane przez ową zapowiedź podwyżek, odnoszę wrażenie, że – pomijając oczywiście samego Donalda Tuska, który ma głęboko w nosie to, ile będą zarabiali jego dawni znajomi – wszyscy dokładnie posłowie, senatorowie, ministrowie, prezydenci i diabli wiedzą kto jeszcze, wyczekują tej podwyżki jak kania dżdżu. Wszyscy oni razem, wiedząc że PiS i tak zrobi dla swoich co chce, w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, ową podwyżkę oficjalnie będą kontestować.

       Ja się natomiast zastanawiam, co będzie, gdy po tym jak Donald Tusk tych wszystkich swoich rycerzy postawił już do pionu i kazał im wystąpić przeciwko interesom swoim i swoich rodzin, a oni posłusznie pochylili przed nim swoje łby, władza zakomunikuje, że no właściwie to co ogłasza przewodniczący Tusk to święta racja, nie wypada by polscy politycy zarabiali choć grosz więcej niż dotychczas,  i oni wszyscy w tym momencie pozostaną z przysłowiową ręką w nocniku. Kto wówczas zostanie tym głównym przegranym? No i kto zostanie przy tym tym pierwszym wrogiem? No kto?

       Ale myślę sobie jeszcze coś więcej. Otóż gdybym ja był na miejscu Jarosława Kaczyńskiego i został niespodziewanie skonfrontowany z powrotem do kraju Donalda Tuska, z taką perspektywą że on już za chwilę przejmie cały rząd dusz i poprowadzi Polskę do Nowego Wspaniałego Świata, to ja bym właśnie zrobił właśnie to: ogłosiłbym podwyżkę uposażeń dla polityków, a potem już tylko spokojnie czekał aż ten dureń połknie ów haczyk i zrobi to co wszyscy właśnie widzimy, że zrobił. Potem oczywiście bym wystąpił w państwowej telewizji, przeprosił za swój niefortunny i nieprzemyślany pomysł i w ramach zadośćuczynienia za ów błąd od nowego roku w ramach swoistej bonikfikaty pensje politykom obniżył. Ludzie związani z obozem władzy jakoś by sobie oczywiście poradzili, natomiast co z resztą, to już nie moja sprawa. Ogłosiłbym więc akcję „Reset”, a potem bym wrócił do domu, włączył telewizor i spokojnie czekał na informacje na temat tego jak się miewa przywódcza pozycja Donalda Tuska.

       Tak bym zrobił ja i mam bardzo mocne wrażenie, że taki to właśnie był plan. Piszę o nim dziś bez jakiejkolwiek pewności, że mam słuszność i moje koncepcje mają rację bytu, niemniej jestem spokojny. Nawet jeśli się okaże, że wykazałem się odpowiednią przenikliwością, i tak to właśnie się rozwija, to i tak oni o tym nie usłyszą, a nawet gdyby, to i tak już za późno.



 

piątek, 23 lipca 2021

O bankach, pociągach i dobrej nowinie

 

Pisałem tu niedawno o tym, że dzięki wsparciu jakiego polskim rodzinom udziela rząd premiera Morawieckiego, przejechaliśmy się ja i moja żona pociągiem typu pendolino, do Kuźnicy na Półwyspie Helskim, tam i z powrotem, za jedyne 320 zł. Jutro natomiast wybieram się, tym razem już sam, do siebie na wieś, i za tę przyjemność, również z wykorzystaniem wspomnianego pendolino, na trasie Katowice-Warszawa-Biała Podlaska płacę niecałe złotych 60. A zatem, gdyby ktoś mnie pytał,to odpowiem, że jako ktoś, kto w życiu nie posiadał samochodu, działalność polskiego rzadu odczuwam, jako coś nadzwyczaj pozytywnego.

Działalność rządu jednak, jako coś zdecydowanie pozytywnego odbieram z wielu innych powodów. Nie wiem, czy ktoś tu to jeszcze pamięta, ale swego czasu w jednym z zaprezentowanych tu tekstów zwróciłem uwagę na to, że w najbiższej mi okolicy znajduje się kilkanaście banków, niemal jeden obok drugiego, a owo spostrzeżenie wywarło na mnie takie wrażenie, że poświęciłem mu cały tekst, pełen bardzo głębokich refleksji natury ogólnej. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tych dniach zamknięto nagle funkcjonujący tuż obok od lat Bank ING, a ja zdałem sobie nagle sprawę z tego, że od tamtego czasu z kilkunastu placówek pozostały zaledwie cztery, podczas gdy cała reszta została zwyczajnie zlikwidowana, jako, jak rozumiem, nikomu niepotrzebna.

 I to, z mojego punktu widzenia, jest wiadomość jak najbardziej dobra i dobrze rokująca na przyszłość. Dziś więc, ponieważ, jak już wspomniałem, jutro wyjeżdżam a z powrotem będę dopiero w środę, pomyślałem sobie, że dla przypomnienia zostawię Państwa z pewnym starym tekstem, z czasów, kiedy to było jeszcze tak, jak niektórzy bardzo by chcieli, by było znowu. Do usłyszenia, kto wie, czy jeszcze nie przed środą.

 

 

      Mój problem z bankami jest tak stary, jak moje z nimi kontakty. Otóż pamiętam, że kiedyś – przynajmniej pozornie – bank to była taka firma, do której kiedy człowiekowi brakowało na coś pieniędzy, ten się zwracał o pożyczkę, ona dawała mu powiedzmy 5 tys. złotych, w ciągu najbliższych dwóch powiedzmy lat odbierała od niego 6 tys., wszyscy się do siebie uśmiechali, mówili sobie do widzenia, i tyle wszystkiego. Te czasy jednak należą już do zamierzchłej przeszłości. Dziś jest tak, że bank nie czeka aż ktoś komu brakuje pieniędzy zwróci się do niego po pomoc, tylko sam zasadza się na bezbronnych obywateli na ulicach, w zakładach pracy, a nawet tych, niczego się nie spodziewających sprzed telewizorów, i bez względu na to, czy ich potrzebują, czy nie, wciska im każde możliwe pieniądze. I – jeśli człowiekowi się uda – w ciągu najbliższych kilku lat, odbiera od niego dwa lub trzy razy tyle, co mu pożyczył, i interes zamyka. To, jak mówię, jeśli człowiek ma szczęście. Najczęściej jednak jest tak, że bank nie odbiera od niego niczego, tylko wciska mu jeszcze więcej i jeszcze więcej, i kiedy już doprowadzi do tego, że człowiek musi co miesiąc, przez kolejne 5, czy 10 lat, spłacać na przykład trzy tysiące złotych miesięcznie, przestaje go traktować jako swojego klienta, lecz już tylko jako swojego dłużnika… a, tak naprawdę, niewolnika.

      Co bardzo ciekawe, wśród banków nie ma konkurencji. One współpracują ze sobą bardzo zgodnie, a zatem, nie tak jak w przypadku telefonii komórkowej, jeśli dany obywatel korzysta z usług na przykład Banku PKO i BZWBK, nic nie stoi na przeszkodzie, by w dowolnym momencie zaprzyjaźnił się z bankiem, dajmy na to, BPH, lub wspomnianym już Eurobankiem. Owa demokracja wygląda następująco: Niczego nie spodziewający się człowiek zachodzi do Eurobanku, żeby coś tam załatwić, na co, ta, też już wspomniana, biedna, stercząca przed komputerem dziewczyna, mówi mu coś takiego: „Panie Wojtku, widzę tu właśnie u siebie na ekranie, że mamy dla pana bardzo fajną ofertę. Za chwilkę możemy panu udzielić bardzo korzystnego, oprocentowanego na 7,5%, kredytu, w wysokości 12 tysięcy złotych. Przy okazji – bo widzę tu, że ma pan też kredyty w PKO i w BPH – spłacimy za pana tamte zobowiązania, a w ramach naszej oferty, ustalimy panu nas tyle fajny układ spłat, że o ile dziś płaci pan miesięcznie aż 735 zł., to w tym nowym układzie będzie pan miał do płacenia tylko 690 zł. A więc, jak pan widzi, nie dość, że zaoszczędza pan 45 zł., to jeszcze dostaje pan dziś od nas 12 tysięcy. Plus oczywiście fajny firmowy kubeczek. No i co pan powie na kartę z kredytem 3600?”

      I, oczywiście, jeśli spojrzymy, z jednej strony, na kondycję dotychczas działających na rynku banków, a z drugiej tempo w jakim powstają wokół nas coraz nowsze, możemy się domyślić, że najczęściej pan Wojtek przynętę łyka – albo, w wersji optymistycznej, ze względu na te 12 tysięcy, albo w gorszej sytuacji, z powodu tych 45 złotych – pani Jola, czy Żaneta uzupełnia swoją najbliższą nędzną wypłatę o jednorazowe 10, czy 20 złotych, a Eurobank jest już na prostej drodze, by zdobyć kolejnego niewolnika, złapać go za gardło i przydusić do ziemi.

      Znam ludzi, którzy na to wszystko niezmiennie powtarzają jedną i tę samą mądrość: „Jak kto głupi, jego problem”, i oczywiście nie mam innego wyjścia, jak im wszystkim przyznać rację. Jest tak, jak oni mówią. Jak kto głupi, ma za swoje. Zastanawia mnie jednak przy tym jednak kwestia. Wiemy wszyscy bardzo dobrze, że papierosy, alkohol i lekarstwa szkodzą. W związku z tym, jakiś czas temu został wprowadzony powszechny zakaz reklamowania papierosów i mocnych alkoholi. Przy okazji, na poszczególne biznesy nałożono obowiązek, by na każdej paczce papierosów stała jak byk informacja, że palenie zabija, a reklamy piwa zostały uzupełnione ostrzeżeniem, że alkohol szkodzi zdrowiu. Jak idzie o lekarstwa, nawet głupi Rutinoskorbin nie może być reklamowany, jeśli na koniec nie pojawi się standardowy tekst o obowiązku konsultacji z lekarzem, bo inaczej taka tabletka może człowieka zatruć. Ciekawy teraz jestem, czy ci sami liberalni miłośnicy banków, którzy dziś opiewają ludzką wolność i odpowiedzialność za swój los, uważają, że te lekarstwa i te papierosy należy sprzedawać bez tych głupich dodatków dla idiotów. A jeśli uznamy, że w tym akurat nie ma nic złego, to dlaczego na każdym banku nie umieścić następującej na przykład informacji: „Drogi Kliencie! Ostrzegamy: Przekraczając próg naszego banku i zostając naszym klientem, robisz to na własną odpowiedzialność, i jeśli w następstwie tego kroku za kilka lat popełnisz samobójstwo, Twoja rodzina przejmuje wszystkie Twoje zobowiązania, a pretensję kieruje wyłącznie do Ciebie”?

      Ostatnio w telewizji możemy oglądać najróżniejsze tak zwane reklamy społeczne. Czy to dotyczące tego, by nie jeżdzić po pijaku samochodem, czy też, żeby nie sprzedawać dzieciom alkoholu, czy ich zwyczajnie nie bić, czy wreszcie, by się nie obżerać i w ogóle dbać o siebie. Jaki zatem jest dobry argument przeciwko temu, by wśród owych społecznych kampanii nie pojawiły się filmy pokazujące drżących ze strachu przed dzwoniącymi do drzwi windykatorami ludzi, z zablokowanymi przez banki kontami? Że człowiek jest kowalem własnego losu? Przepraszam bardzo, ale to już jest skrajna bezczelność, bo tu widać jak na dłoni, że ten los jest wykuwany przez znacznie szybszych rewolwerowców niż ja, czy ten pan siedzący przed telewizorem i bojący się zasnąć.

      Ja wiem, że myśl, by wziąć banki za mordę jest zwyczajnie śmieszna. No bo jak? Wedle jakiego prawa mielibyśmy pisać ustawy, które ten dotychczasowy przekręt zwyczajnie zresetują? No więc dobrze. Już milczę. Opowiem jednak jeszcze o pewnej mojej przygodzie i zwrócę uwagę na pewien bardzo interesujący aspekt relacji, jakie się utworzyły ostatnio między bankiem, a obywatelem. Otóż pamiętam, jak ponad jeszcze dziesięć lat temu do szkoły, w której pracowałem, przyszło troje pracowników Citi Banku, i podczas długiej przerwy zaproponowali nam – nauczycielom specjalną kartę ze zdjęciem i czterema tysiącami do dowolnego wykorzystania. Wzięliśmy ją wszyscy. Nie wiem, jak inni moi koledzy-nauczyciele, ale ja dziś już tej karty szczęśliwie nie mam. Trwało to niemal dziesięć lat, a walka o to, by ją skutecznie im zwrócić, zasługuje wręcz na osobną relację. Natomiast jakiś czas temu spotkałem pewnego mojego byłego ucznia, ubranego elegancko w garnitur i próbującego sprzedawać te same karty Citi Banku. Ponieważ we mnie akurat klienta miał marnego, zaproponowałem mu, by zaczął chodzić po szkołach i przedszkolach, bo tam ma ludzi z jednej strony odpowiednio biednych, a z drugiej – na bezpiecznych etatach z regularnie płaconym ZUS-em. I na to on mi odpowiedział, że nic z tego, bo wszystkie państwowe placówki tego typu oni już mają dawno obstawione. Dziś muszą szukać gdzie indziej.

      Otóż jest tak, że ja już chyba wiem, co to jest to „gdzie indziej”. Dziś, owo „gdzie indziej” oznacza „wszędzie”. Wystarczy popatrzeć na aktualne reklamy banków, by widzieć, że oni się już wzięli za ludzi bez jakichkolwiek zabezpieczeń, a być może już, nawet bez stałych dochodów. Możesz być biedny, bez pracy i bez przyszłości. Bylebyś jeszcze nie był na liście niewolników. A to już można sprawdzić bez jakichkolwiek papierów, w Internecie w ciągu 5 minut. Inna sprawa, że ostatnio, jak widzę to tu to tam, nawet i ten BIK niedługo przestanie być potrzebny. Bo cóż mogą oznaczać te zachęcające potencjalnych klientów zapewnienia, że kredyt się otrzymuje w ciągu 15 minut i bez żadnych zaświadczeń? Proszę zwrócić uwagę. Kto bierze kredyt, na który nie są wymagane jakiekolwiek zaświadczenia? Kto zgadza się na warunki kredytowe które nie są obwarowane jakimiś dłuższymi, niż piętnastominutowymi terminami? Przecież jest rzeczą oczywistą, że dzisiejsza oferta większości banków kierowana jest przede wszystkim do ludzi, którzy, z jednej strony, są bez pieniędzy, ale za to z odpowiednim poziomem desperacji, a z drugiej, tych, którzy nie mają bladego pojęcia, czy kiedykolwiek będą mieli w ogóle szanse, by ten kredyt spłacać. To do nich właśnie przychodzą dziś właściciele banków i mówią: „No dobra. Chodź. Dostaniesz zaraz, dajmy na to, sześć tysięcy, tylko zostaw nam numer konta, na które przychodzi twoja pensja, numer telefonu i adres. Ach! I jeszcze jeden telefon na wypadek, gdyby ci się coś przytrafiło”.

      Ja wiem, ze ton tego tekstu jest bardzo dramatyczny. Ale, przepraszam bardzo, jaki on ma być, skoro w sposób najbardziej oczywisty mamy do czynienia z najzwyklejszym rabunkiem, i to rabunkiem dokonywanym nie na tych, którzy mają, ale na tych, którzy nie mają i prawdopodobnie już nigdy mieć nie będą. Mamy do czynienia z najbardziej bezczelnym atakiem skierowanym pod adresem tych, którzy praktycznie stoją nad grobem, i sens jest taki, by przede wszystkim ten grób im maksymalnie przybliżyć, a kiedy już zdechną, zabrać im wszystko, co po nich zostanie.

       Czemu banki i ci, którzy ten ich proceder od strony prawnej wspierają, tak postępują? Nie wiem. Nie znam się. Natomiast mam nadzieję, że wolno mi sobie poteoretyzować. Otóż ja mam bardzo mocne przekonanie, że zarówno właściciele banków, jak i legislatorzy, wiedzą świetnie, że przed nami jest kryzys, którego wielu nie przeżyje. W tej sytuacji, i jedni i drudzy, w obliczu tego tsunami, chcą zająć pozycje jak najbezpieczniejsze. Właściciele banków wiedzą, że kiedy ten kryzys się skończy, na tym cmentarzu, wszędzie dookoła będzie wystarczająco dużo pozostawionych kosztowności. I wszystko to oni będą mogli sobie pozbierać. Ci natomiast, którzy pozwalają im się bezpiecznie do tych łowów przygotowywać, zbierają odpowiednie środki na przyszłe przeżycie. I tak to działa.

      Więc co na to możemy powiedzieć my, którzy ani w tym wszystkim bardzo aktywnego udziału nie bierzemy, ani też się na tych wszystkich sztuczkach nie znamy? Jak już powiedziałem, kandyduję do Sejmu, by spróbować wejść w to towarzystwo, rozejrzeć się i ewentualnie coś spróbować w tym kierunku zrobić. Jeśli natomiast okaże się, że zrobić nic się nie da, to pozostanie mi zacząć wrzeszczeć to jedno hasło: „Spalić banki, a ludziom oddać ich pieniądze”. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.



 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...