Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 września 2022

Historia i teraźniejszość, czyli co Donald Tusk sądzi o erotycznym życiu małp

 

         Widząc jak histeria na punkcie podręcznika Wojciecha Roszkowskiego staje się niemal tematem numer jeden na naszej scenie społeczno-politycznej, a jednocześnie podejrzewając, że z wszystkich osób przeciwko podręcznikowi protestujących, przeczytała go może jedna czy dwie (po połowie), książkę zakupiłem i przeczytałem od deski do deski. I od razu muszę się przyznać, że jest to w dotychczasowym moim życiu prawdopodobnie jedyny podręcznik, jaki odpowiednio przestudiowałem, a skoro tak, to chyba już nie muszę zapewniać, że w moim odczuciu jest to lektura ciekawa i czytelniczo satysfakcjonująca. Nie sądzę, bym wśród wszystkich podręczników, jakie zdarzyło mi się spotkać, czy to w czasach szkolnych, czy uniwersyteckich, czy dziś już wyłącznie zawodowych, mógł wskazać wiele równie dobrze i z pożytkiem dla ucznia napisanych.

        I to jest pierwsza rzecz. Druga to ta, że wbrew wtłaczanej nam propagandzie, podręcznik Roszkowskiego to zwykły podręcznik, przedstawiający współczesną historię Polski i świata, w taki sposób by młodzi ludzie, którzy jak wiemy, na temat owej współczesności wiedzą mało, lub zgoła nic, dowiedzieli się choćby w ogólnym zarysie co, skąd, dokąd, po co i dlaczego, a wszystko choćby po to by im łatwiej było żyć i rozumieć to co się wokół nich dzieje. „1945-1979 Historia i Teraźniejszość” Roszkowskiego to książka do noszenia przy sobie, czytania na co dzień, konsultowania różnego rodzaju bieżących dylematów i jeśli ktoś sądzi, że znajdzie tam głównie wyrywki z audycji Telewizji Trwam, czy z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego, jest w dużym błędzie. To jest książka historyczna przeznaczona do nauki histori i zdobywania wiedzy o współczesnym świecie, a publicystyki takiej jakiej moglibyśmy się spodziewać nie ma tam prawie w ogóle. I powtórzę jeszcze raz: to się czyta.

         No ale, jak wiemy, w obecnej awanturze w ogóle nie oto chodzi, a najbardziej dobitnie pokazał to sam Donald Tusk rozbeczawszy się teatralnie i jak najbardziej publicznie na swoje własne słowa o tym, jak to poczęte dzięki metodzie in vitro dzieci dowiedzą się od Roszkowskiego, że są jak zwierzęta i nikt ich nie kocha. Kupiłem więc tę książkę i po bardzo długim poszukiwaniu inkryminowanego fragmentu znalazłem coś takiego. Proszę uważać:

„Od lat sześćdziesiątych XX w. rewolucja seksualna podkopywała także fundamenty życia rodzinnego na Zachodzie. Z czasem codzienną praktyką staly się rozwody i współżycie bez zobowiązań. Wraz z postępem medycznym i ofensywą filozofii gender wiek XXI przyniósł dalszy rozkłąd instytucji rodziny. Lansowany obecnie ‘inkluzywny’ model rodziny zakłada tworzenie dowolnych grup ludzi, czasem o tej samej płci, którzy będa przywodzić dzieci na świat w oderwaniu od naturalnego związku mężczyzny i kobiety, najchętniej w laboratorium. Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli”.

       Czytam ten fragment – jedyny w całym podręczniku dotyczący wspomnianej kwestii – i nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet ów jedyny człowiek, który to faktycznie przeczytał i wypuścił w świat w postaci skandalicznego wręcz fejka, doskonale wiedział, o czym pisze Roszkowski. On musiał na sto procent wiedzieć, że tu nie chodzi o in vitro, lecz o te wszystkie banki spermy i kręcące się wokół nich surogatki, by za ciężkie pieniądze zaspokajać potrzeby homoseksualnych par, mających ochotę na dziecko. On musiał na sto procent wiedzieć, że w tym co tam zostało napisane nie ma śladu kontrowersji, która mogłaby wychodzić poza najbardziej radykalne środowiska LGBTQ i diabli wiedzą, co tam jeszcze. On musiał też wiedzieć, że powyższa opinia to prawda powtarzana od lat choćby przez Kościół Katolicki i nie tylko, w dodatku obdarta z elementów bardziej radykalnych, a przez to może nie pasujących do szkolnego podręcznika. On to wiedział, ale tym bardziej zaatakował.

        Zajrzyjmy zatem do oryginału. Oto fragmenty watykańskiego dokumentu jeszcze z roku 1987 Donum Vitae:

„Interwencja dokonywana na ciele ludzkim nie dotyczy tylko tkanek, narządów i ich funkcji, lecz angażuje również na różnych poziomach samą osobę; pociąga więc za sobą znaczenie i odpowiedzialność moralną, nawet jeśli w sposób domyślny, to rzeczywisty. Jan Paweł II, przemawiając do Światowej Organizacji Lekarskiej, stwierdził z naciskiem: ‘Każda osoba ludzka w swojej niepowtarzalnej wyjątkowości nie jest złożona tylko z ducha, lecz także z ciała, i dlatego w ciele i przez ciało dociera się do samej osoby w jej konkretnej rzeczywistości. Szacunek dla godności człowieka pociąga w konsekwencji obronę owej tożsamości człowieka - 'corpore et anima unus - jedność ciała i duszy' - jak stwierdza Sobór Watykański II (Konst. Gaudium et spes, 14). Właśnie na bazie takiej wizji antropologicznej powinno się znaleźć podstawowe kryteria do podejmowania decyzji, gdy chodzi o interwencje nie w pełni lecznicze, na przykład interwencje, które mają na celu polepszenie biologicznego stanu człowieka” [...]

„Biologia i medycyna zmierzają w swoich poczynaniach do integralnego dobra życia człowieka, gdy przychodzą z pomocą osobie dotkniętej chorobą i słabością z szacunkiem dla godności stworzenia Bożego. Żaden biolog lub lekarz na mocy swojej naukowej kompetencji nie może rościć sobie prawa do decydowania o pochodzeniu i przeznaczeniu człowieka. Zasadę tę należy zastosować w sposób szczególny w dziedzinie życia płciowego i przekazywania życia, gdzie mężczyzna i kobieta realizują podstawowe wartości miłości i życia.

Bóg, który jest miłością i życiem, wpisał w człowieczeństwo mężczyzny i kobiety powołanie do specjalnego uczestnictwa w swojej tajemnicy osobowej komunii, w dziele Stwórcy i Ojca. Dlatego właśnie małżeństwo posiada właściwe sobie dobra i wartości jedności i rodzicielstwa, bez możliwości porównywania z tymi, które istnieją u niższych form życia. Takie wartości i znaczenia porządku osobowego określają z punktu widzenia moralnego sens i granice sztucznych interwencji w dziedzinę przekazywania życia i w początek życia ludzkiego. Interwencje te nie dlatego są do odrzucenia, że są sztuczne. Jako takie świadczą o możliwościach sztuki medycznej, jednak powinno się je oceniać pod kątem moralnym w odniesieniu do godności osoby ludzkiej wezwanej do realizacji powołania Bożego, w darze miłości i w darze z życia”[...].

W odniesieniu do przekazywania innych form życia we wszechświecie, przekazywanie życia ludzkiego posiada swój własny charakter, który pochodzi z samej właściwości osoby ludzkiej. ‘Przekazywanie życia ludzkiego jest powierzone przez naturę osobowemu i świadomemu aktowi, i jako takie jest poddane najświętszym prawom Bożym, prawom niezmiennym i nienaruszalnym, które wszyscy powinni przyjąć i zachować. Nie można więc używać środków ani iść za metodami, które mogą być dozwolone w przekazywaniu życia roślin i zwierząt’.

Rozwój techniki sprawił, że jest dziś możliwe przekazywanie życia bez stosunku płciowego, przy pomocy łączenia komórek rozrodczych w probówce, które wcześniej zostały pobrane z narządów mężczyzny i kobiety. Ale nie wszystko to, co jest możliwe technicznie, jest tym samym moralnie dopuszczalne. Rozumowa refleksja nad podstawowymi wartościami życia i jego przekazywania jest zatem nieodzowna dla sformułowania oceny moralnej w odniesieniu do interwencji technicznych dokonywanych na istocie ludzkiej w pierwszych chwilach jej rozwoju”.

       Przepraszam bardzo, ale co w opinii przedstawionej przez Roszkowskiego w podręczniku „Historia i Teraźniejszość” jest bardziej dyskusyjnego, czy bardziej wręcz oburzającego, niż to o czym piszą kardynałowie? Ktoś powie, że nie może być tak, by moralna nauka Kościoła była brutalnie wciskana do szkół, szczególnie w tak delikatnych kwestiach jak seks. No i dobrze, ale z tego co widzę, tu nie chodzi o to, że Roszkowski w swoim podręczniku uprawia watykańską propagandę, ale że głosi opinie wręcz horrendalne z punktu widzenia współczesnej cywilizacji. Donald Tusk na spotkaniu ze swoimi zwolennikami pobeczał się nie dlatego, że Roszkowski dziatwie szkolnej każe studiować Katechizm Kościoła Katolickiego, ale że zademostrował podłość spoza naszego kręgu kulturowego. No więc może chodzi o to, że on się biedaczek pomylił i sądził, że Roszkowski mówi o dzieciach z in vitro, a nie o zboczeńcach zamawiających sobie dziecko, lub owych dzieci tłuściutką parkę. No ale nawet gdyby tak było, to stanowisko Kościoła jest i w tym wypadku tak radykalne, że przy tym to co nam mówi Roszkowski to sama łagodność. Posłuchajmy choćby Franciszka – ostatnio niemal idola liberalnych elit:

      „Dziś dominuje myślenie i logika fałszywego współczucia: rzekomo pomaga się kobietom w trudnej sytuacji i dokonuje aborcji, czy też proponuje się godne zakończenie życia na drodze eutanazji, czy też dokonuje się naukowego zamachu na życie, produkując dzieci w laboratorium. Dziecko traktuje się jako należność, a nie dar. Używa się też jednych istnień ludzkich, by ocalić rzekomo inne”.

       Czy Donald Tusk, kiedy wzruszenie losem poczętych z in vitro dzieci odjęło mu mowę, wiedział, że kłamie? Gdy chodzi o niego akurat, to ta kwestia jest już dawno za nami. Czy on, kiedy kłamie, to wie że kłamie, nas już od dawna nie interesuje, natomiast efekt jest jak najbarfdziej zabawny. Mniej więcej tak zabawny, jak to co się akurat przydarzyło w dyskutowanej książce prof. Roszkowskiemu. Otóż w części poświęconej kulturze pop, Profesor, ni z gruszki niz pietruszki przywołuje ów żałosny wybryk Beatlesów w postaci piosenki „Why Don’t We Do It In The Road”, pisząc, że pomysł na nią pojawił się w głowie Paula McCartneya, kiedy podczas pobytu w Indiach, zobaczył na drodze kopulujące ze soba małpy i ten widok zrobił na nim takie wrażenie, że postanowił że byłoby czymś fascynującym zapytać, czemu ludzie ze sobą nie kopulują publicznie. A zatem wynika z tego, że Paul McCartney musiał dopiero pojechać do Indii, żeby się dowiedzieć, że zwierzęta nie współżyją w zaciszu alkowy, tylko normalnie, gdzie popadnie i to doświadczenie było dla niego tak dojmujące, że wraz z Johnem Lennonem napisali na ten temat piosenkę.

        Otóż myślę sobie, że to jest dokładnie ten sam rodzaj idiotyzmu, ktory zademonstrował Donald Tusk, dusząc się od łez na myśl o tym, że władza Prawa i Sprawiedliwości, po sfałszowanych oczywiście w przyszłym roku wyborach, obłoży specjalnym podatkiem wszystkie te nowoczesne fabryki do produkcji dzieci, a w dodatku pewnie jeszcze zabroni je zabijać, gdy któreś z nich nie wyjdzie w zaplanowanym kształcie, prezentuje poziom intelektualny gwiazd sceny popularnej późnych lat 60.



 

 

 

czwartek, 10 października 2019

Czy aborcja życia dziecka poczętego w wyniku in vitro jest OK?


      Od czasu gdy na zakończenie kampanii władza postanowiła uraczyć nas tak zwanymi „Taśmami Neumanna”, z każdym kolejnym dniem czekam aż tym razem druga strona spróbuje ową zagrywkę przebić czymś naprawdę mocnym i nieoczekiwanym, i choć do ciszy wyborczej pozostały już tylko dwa dni, plus sobota dla „Gazety Wyborczej”, obawiam się, że na Neumannie ta zabawa się jednak skończy. Wprawdzie wczoraj stacja TVN24 próbowała coś wspominać na temat, przyznaję, że dość zagadkowego pęknięcia balonika pod nazwą „Podkomisja Macierewicza”, no ale niemal w tym samym momencie, zamiast trzymać się tematu i go nieco podrążyć, panowie redaktorzy zaczęli przynudzać na temat wraku tupolewa, którego Jarosław Kaczyński miał Rosjanom odebrać, a ten tymczasem wciąż leży w tej podłej ziemi, i problem się zwyczajnie rozmył. Oczywiście jest szansa, że oni dziś czy może jutro ujawnią jakieś materiały, z których wyniknie, że owa podkomisja to od pewnego przynajmniej czasu zwykły humbug, nakręcany przez ludzi, którzy gdzieś tam w pewnym momencie sami się zapędzili w kozi róg, a potem już nie wypadało im się przyznawać do tej klapy, no ale nawet jeżeli, to będzie to i tak dużo za późno, bo ludzie już zdążą podjąć wyborcze decyzje. Poza tym, przepraszam bardzo, ale kogo dziś obchodzi ten samotny, biedny, nagi wrak, gdy już nie tylko Bank Światowy chwali Polski sukces, ale nawet niemiecki „Die Welt” informuje, że to czego się nie udało zrobić Donaldowi Tuskowi, zrobił  „nacjonalista” Kaczyński?
       A zatem to już chyba faktycznie koniec. A świadczyć o tym paradoksalnie może fakt, że owa cisza nie jest tak do końca ciszą, bo w rzeczy samej można usłyszeć to tu to tam jakieś pomruki, które by świadczyły, że oni jeszcze próbują reagować. O co chodzi? Otóż mam tu na myśli dość często ostatnio powtarzane narzekania, że Prawo i Sprawiedliwość chce całkowicie zakazać stosowania metody in vitro, a tym samym zgotować prawdziwe nieszczęście polskim rodzinom, które tak bardzo pragną mieć dziecko i tak okropnie cierpią z tego powodu, że go mieć nie mogą. Temat ten pojawił się podczas przedwyborczej debaty w studio TVN24, gdzie praktycznie wszyscy jej  uczestnicy, z wyjątkiem przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości, oraz Krzysztofa Bosaka, który jak sądzę bardziej tu reprezentował siebie, niż choćby tego starego satyra, swojego szefa, rwali sobie włosy z głowy i wylewali rzewne łzy nad sytuacją owych kobiet, które są tak strasznie pokrzywdzone przez los i nieludzkie rządy PiS-u. Doszło wręcz do tego, że posłanka Leszczyna wspomniała o „szacunku dla ogromnej potrzeby posiadania dzieci”, a prezes Kosiniak-Kamysz ze wzruszeniem ściskającym mu gardło opowiadał o swojej ledwo co narodzonej córeczce Zosi.
       Już w kolejnym dniu stacja TVN24 zaprosiła do siebie niesławną posłankę Muchę, która komentując słowa ojca Prezydenta, kandydata Jana Dudy na temat „eksperymentalnego” charakteru wspomnianej metody, łamiącym się ze wzruszenia głosem zawołała:
„To obraża ludzi, którzy zostali zmuszeni do tego, żeby skorzystać z tej procedury. To jest dla wielu par jedyny sposób, żeby mieć dziecko. Uważam, że to jest nieludzkie, żeby piętnować tych ludzi, którzy dzięki procedurze in vitro mogą mieć dzieci, żeby, co gorsza, piętnować te dzieci”.
      W tej sytuacje pozwolę sobie na pewien komentarz. Kiedy we wspomnianej wcześniej debacie pojawił się temat in vitro, został on jednoznacznie połączony z kwestią dzietności, której poziom wciąż jest w Polsce dramatycznie niski, z taką oto sugestią, że jedną z tego przyczyn jest to, iż koszta owej procedury nie są finansowane z budżetu państwa. Zdaniem kandydata Zandberga, jedna czwarta polskich par jest bezpłodna i – pomijając już kwestie szacunku dla ludzkich pragnień – aby rodziło się więcej dzieci, należy koniecznie umożliwić owym parom darmowe zabiegi in vitro. Bez tego, Polska się już niedługo wyludni.
      Otóż przepraszam bardzo, ale kiedy słyszę, jak ludzie tacy jak Zandberg, Mucha, czy Leszczyna, że już nie wspomnę o prowadzącej program Monice Olejnik i tym całym Kajdanowiczu, a więc ci sami, którzy w zupełnie innych dekoracjach wznoszą hasła typu „Aborcja to nie zło”, „Pierdolę, nie rodzę”, „Stop piekłu kobiet”, „Aborcja dobra dla kobiecej psychiki”, „Moja cipka nie wasz interes”, „Chcecie dzieci, rodźcie sami”, „Aborcja jest OK”, „Moje jajniki, wasze klęczniki”, „Podziemie aborcyjne dziękuje”, „Zakaz aborcji to tortury”, „Zajmijcie się ciałem Chrystusa”, nagle zaczynają załamywać ręce nad tym, że w Polsce rodzi się za mało dzieci, a winę za to zrzucają na nasze „kościelne gusła”, to ja się pytam, czy oni są tylko bezczelni, czy może zwyczajnie obłąkani. Od kilku lat oni wszyscy stoją na czele krucjaty, której jedynym celem jest doprowadzenie do tego, by można było zupełnie bezkarnie mordować dzieci, które po to przyszły na świat, by w nim żyć, a teraz nagle chcą, byśmy uwierzyli, że im bardzo zależy na tym, by tych dzieci było jak najwięcej? Oto ludzie, którzy jeszcze niedawno biegali po ulicach polskich miast z wieszakami, jako rzekomym narzędziem wyzwolenia polskiej kobiety, której „obłąkana” ideologia pro-life każe rodzić, ludzie którzy jeszcze niedawno szydzili z par, których dzieci obsrywają wydmy we Władysławowie, ludzie którzy jeszcze tak niedawno prowadzili kampanię na rzecz tak zwanych wyzwolonych kobiet i mężczyzn, które zamiast życia w tradycyjnej rodzinie wybierają związki homoseksualne i do życia w tych związkach zachęcają nawet bardzo małe dzieci... i oni dziś nie stąd ni zowąd krzyczą, jakie to nieludzkie, że niejaka „katoprawica” w tak nieludzki sposób nie pozwala kobiecie rodzić?
       Na to ja mam do nich wszystkich już tylko jeden apel: odpieprzcie się może od nas raz na zawsze! Skoro już raz uznaliście, że cywilizacja śmierci jest taka inspirująca, to trzymajcie się jej do końca waszego zafajdanego życia i proszę, nie udawajcie, że we wspomnianym życiu podoba się wam coś więcej niż życia tego atrakcje.
       Za trzy dni wybory i jeśli ktokolwiek liczy na to, że z tym wieszakiem w jednej ręce, a dziecięcymi bucikami w drugiej, wzbudzi sympatię polskich rodzin, może równie dobrze te buciki wsadzić sobie w gardło, a wieszak zacisnąć na szyi.





poniedziałek, 27 lipca 2015

Gdy szatani spoważnieli

W któryś z niedawnych wieczorów, zgodnie z prawie już ostatnio naszą domową tradycją, włączyliśmy telewizor, żeby sobie popatrzeć na program „Szkło Kontaktowe”. Wyjaśniałem to nasze dziwaczne zachowanie jakiś czas temu, więc może dziś już tylko dla przypomnienia: na przykładzie owej, jak by nie było, sztandarowej produkcji propagandowej Systemu, zarówno ja jak i mój syn z prawdziwą ekscytacją obserwujemy, w jaki sposób owa propaganda stopniowo zmienia kierunek, uderzając w znajdującą się pod ścisłą dotychczas ochroną Platformę Obywatelską. Trudno jest mi dziś przewidzieć, jak to się wszystko będzie rozwijać i czy przypadkiem nie będzie tak, że pod koniec roku Maria Czubaszek z Grzegorzem Markowskim będą odbierać telefony od najbardziej uzależnionych od tego sączonego od dziesięciu lat w ich mózgi jadu widzów, tylko po to by ich już tylko wyszydzać, jednak to co już dziś widzimy pozwala na bardzo odważne prognozy.
Podczas wspomnianej na początku dzisiejszej notki doszło do zdarzenia, które nawet na mnie zrobiło wrażenie. Oto proszę sobie wyobrazić, w pewnym momencie prowadzący audycję Tomasz Sianecki poruszył temat in vitro, puścił kawałek sejmowego wystąpienia w temacie posłanki Joanny Muchy, a następnie bez śladu ironii, czy choćby owego charakterystycznego uśmiechu, powiedział co następuje (cytat dosłowny):
„A może tu jednak chodzi o to, że tutaj Platforma i pani Anna Grodzka i w ogóle środowiska lewicowe działają na rzecz lobby tych wszystkich instytucji, które zajmują się zmianą płci. Dzięki temu oni przecież zarobią dużo więcej pieniędzy. Tak jak z in vitro, wie pan, ono jest tylko po to, żeby kasę nabiły sobie instytuty, które się tym zajmują”.
Pierwsza oczywiście myśl, jaka mi przyszła do głowy, była taka, że to może jednak była zaledwie bardzo kąśliwa ironia, i że tak naprawdę Sianecki pragnął jedynie wykpić pewien rodzaj obsesji, zgodnie z którą za każdym rogiem czai się spisek. Jednak nie. Myśmy sobie ten fragment audycji obejrzeli kilkukrotnie i zarówno w głosie, jak i w oczach, jak i w ogóle w całym wyrazie twarzy Sianeckiego, nie było śladu owej kpiny. Ja mam wrażenie, że ja bardzo dobrze znam zarówno Sianeckiego, jak i ten jego słynny, niby ukrywany chichot, tu jednak na jego twarzy malowała się coś, co mógłbym nazwać smutną refleksją.
A później już było tylko lepiej. Towarzyszący Sianeckiemu Artur Andrus, najpierw zrobił minę, jakby mu na łeb spadł 16-tonowy odważnik, a potem wydukał mniej więcej coś w rodzaju: „O, to widzę, że pan tu nam jakieś spiskowe teorie wygłasza”. I na to, wciąż z tym swoim delikatnym, smutnym uśmiechem, Sianecki powiedział coś takiego: „Proszę sobie wyobrazić, że to nie ja. Niech mi pan uwierzy, że to nie ja”.
I bez dodatkowych słów, zmienił temat.
Ktoś mnie zapyta, czy jestem pewien, że mi się coś nie pomyliło, a ja bardzo chętnie odpowiem, że owszem, jestem pewien. Ja naprawdę znam tych cwaniaków bardzo dobrze i bardzo dobrze wiem, co oni potrafią. Był czas, że ja niemal zawodowo studiowałem ich zachowania i zdążyłem się nauczyć każdej z tych ich sztuk. Tym razem jednak, jeden z nich z tą swoją przedziwną deklaracją wyskoczył jak Filip z konopii. Po co? Co mu strzeliło do głowy? Jakie on ma plany? Pojęcia nie mam. Możliwe oczywiście, że zwyczajnie zwariował, ale tego nie wiem. Mówię jak było, a było jak mówię. I nie zdziwię się, jeśli się okaże, że to dopiero początek.

Zachęcam do kupowania naszych książek. Z tego co słyszę, zarówno „Elementarz”, jak i „Marki, dolary…” są już na wyczerpaniu. Jeśli ktoś nie ma, proszę się spieszyć. O dodrukach na razie nie ma mowy. Wszystko można zamawiać pod adresem www.coryllus.pl.

czwartek, 23 lipca 2015

O Mszę dla Polski

Mogę oczywiście czegoś nie pamiętać, czy w ogóle mogło się zdarzyć, że coś przegapiłem, jednak wydaje mi się, że sposób, w jaki przy okazji ledwo co przeżywanego przez nas procedowania przez polski parlament tak zwanej „ustawy o leczeniu niepłodności”, a w rzeczywistości legalizacji metody in vitro w jej możliwie najbardziej liberalnej formie, na to co się dzieje zareagował Kościół, był w całej najnowszej historii Polski absolutnie unikalny. Mieliśmy tu naprawdę bardzo wiele najróżniejszego rodzaju sytuacji, gdzie wielu z nas wręcz modliło się o to, by wreszcie biskupi zabrali głos, a po tamtej stronie pojawiała się albo kompletna cisza, albo jakieś nikomu nic nie mówiące wypowiedzi – bez celu i bez powodu. Tym razem jednak Kościół najwidoczniej uznał, że nie dość, że nie można milczeć, to jeszcze konieczne jest wołanie głośne bardzo, jednoznaczne i adresowane możliwie bezpośrednio. No i na poziomie najwyższym, czyli Episkopatu.
Jaki był wynik tych apeli wiemy już dziś wszyscy, a widząc, w jaki sposób przez wielu, jak słyszę, członków mojego Kościoła, potraktowany został głos Hierarchii wraz z wysyłanymi przez nią wszystkim możliwymi ostrzeżeniami, czuję już nawet nie smutek, ale zwykły lęk. Bo to co przed nami to w moim rozumieniu oczywisty rozłam. Z tego co słyszę, doszło do tego, że już w krótce w jednym konfesjonale będzie siedział ksiądz A, w drugim ksiądz B, tu komunii będzie udzielał ksiądz C, a tam ksiądz D – i do każdego z tych punktów ustawiać się będą osobne kolejki. Aż wreszcie może zareaguje Watykan. A ten chyba jednak ma inne rzeczy na głowie, niż zaglądanie do Polski i rozdzielanie tam politycznie zwaśnionych stron.
W poprzednią niedzielę udaliśmy się na mszę świętą w kościele pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła w Szentendre pod Budapesztem. Pisałem o tym trochę w jednej z poprzednich notek, dziś więc tylko parę dodatkowych refleksji. Ale może jednak zacznę od pewnego dawnego dość wspomnienia. Nie wiem, ilu z nas pamięta Piotra Wierzbickiego, człowieka, który zanim przeszedł do „gazowni”, był naczelnym „Gazety Polskiej”, ale jestem pewien, że jeśli już, to każdy ma swoje powody, by czy to Wierzbickiego szanować, czy go nie lubić. Gdy jednak chodzi o mnie, ja go wspominam za jedno zdanie, które ten zamieścił w swojej książce o tak zwanym „szarym człowieku”, a brzmiało ono mniej więcej tak, że szarego człowieka możemy spotkać w Polsce wszędzie, z wyjątkiem w kościele na Mszy Świętej. W kościele podczas Mszy Świętej, zdaniem Wierzbickiego, ludzie, którzy zwykle choćby i są wyjątkowo szarzy, stają się natychmiast kolorowi. Przypomniał mi się więc ów Wierzbicki, kiedy rozglądałem się ciekawie po kościele w węgierskim miasteczku Szentendre i obserwowałem modlących się ludzi. Były tam więc oczywiście osoby starsze, ale też mnóstwo młodych małżeństw, rodzin z małymi dziećmi, ale też młodzieży, nastoletnich dziewcząt i chłopców. Ponieważ był tragiczny upał, a miejsce ściśle wakacyjne, wszyscy byli ubrani bardzo lekko, to co mnie jednak uderzyło, to fakt, że kobiety, nawet jeśli do kościoła przyszły ubrane w lekkie stroje, po wejściu do kościoła wszystkie – i mówiąc „wszystkie” w najmniejszym stopniu nie przesadzam – wyjmowały z torebek specjalne szale i przykrywały nimi ramiona. I w ten sam sposób zachowywały się zarówno panie w starszym wieku, w wieku średnim, ale też te najśliczniejsze węgierskie dziewczyny, których tam było, jak na moje nerwy, dużo za dużo. One wszystkie wyjmowały ze swoich torebek albo te chusty, albo lekkie sweterki i zakrywały nimi ramiona. A obok nich stali starsi panowie i młodzi chłopcy i wszyscy byli tak piękni i skupieni i rozmodleni, że ja nagle zacząłem sobie zadawać pytanie, czy to możliwe, że oni po wyjściu z kościoła staną się znowu szarzy?
No a potem była już tylko msza i to nabożeństwo, to skupienie i te śpiewy – tak wstrząsające, że ja czegoś takiego u nas w Polsce nie miałem okazji przeżyć. Msza się skończyła, Kościół wstał, wyszedł i tam już na zewnątrz po chwili zrobił się kolejny tłum, złożony z ludzi, którzy sobie tam stali i rozmawiali. A mi tylko udało się jeszcze zrobić parę zdjęć, jeszcze zanim ich było już na tyle dużo, by mi się wszyscy w tym Kościele roztopić. Proszę, rzućmy okiem na jedno z nich. I miejmy nadzieję, że ta ich wiara – i ta wierność – dotrze w jakiś sposób i do nas. Bo, nie oszukujmy się, wyjątkowo ich potrzebujemy.

sobota, 18 lipca 2015

In vitro, czyli zabójstwo o stuprocentowej skuteczności

Tekst o Węgrzech, który piszę od wczoraj i bardzo mi na nim zależy, będzie dopiero jutro, dziś natomiast proponuję najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

Przed kilkoma dniami miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w audycji Katolickiego Radia Podlasie, w której głównym zaproszonym gościem był wybitny polski lekarz-ginekolog, a jednocześnie znany obrońca życia poczętego, którego zadaniem było przedstawienie słuchaczom istotnych faktów związanych z niewyobrażalnym wręcz oszustwem znanym pod nazwą „in vitro”. Ponieważ, jak mówię, sam miałem zaszczytną okazję w owej audycji uczestniczyć, poza tym tak się składa, że wspomniany lekarz jest od lat moim konsultantem, a my znaleźliśmy się właśnie na prostej drodze do zalegalizowania w naszym kraju owego wyjątkowo czarnego procederu, chciałbym podzielić się w tym temacie paroma bardzo krótkimi uwagami.
Otóż z informacji, jakie zostały mi przekazane przez dr. Fąka, wiemy, że skuteczność wspomnianej metody, i to realizowanej w najlepszych ośrodkach i przy użyciu najbardziej zaawansowanych medycznych technik, sięga zaledwie 20 do 30 procent. A należy pamiętać, że kiedy mówimy o owych procentach, mamy na myśli zaledwie skuteczną produkcję rokującego jakiekolwiek szanse przeżycia zarodka. Jaki jest tego ostateczny efekt, a więc, czy dziecko w ogóle się urodzi i czy będzie na tyle zdrowe, by przeżyć, wszystko to pozostaje już poza podstawową statystyką i, jak się zdaje, nikogo kompletnie nie interesuje. Pieniądze zostały zaksięgowane, robota wykonana. I to nie jest niczyja opinia, ale nagie, powszechnie rozpoznane fakty. To że realna skuteczność owej metody nie przekracza paru procent, to fakt, którego nikt kompetentny nie kwestionuje. Metoda in vitro stanowi cywilizacyjny eksperyment, który z medycznego punktu widzenia stanowi niemal całkowitą fikcję, a jego jedyną funkcją jest, z jednej strony, walka z tradycyjną moralnością, a z drugiej, generowanie zysków dla biznesu.
Wielu przeciwników stosowania metody in vitro w znanej nam postaci zwraca uwagę na fakt, że ceną jej legalizacji jest śmierć wielu niewinnych ludzkich istnień. I to jest fakt równie niepodważalny, jak wspomniana wcześniej nieskuteczność owego procederu. To jest fakt równie jednoznaczny, jak to, że tak naprawdę to owa śmierć stanowi jedyny, praktyczny sukces owego czarnego przedsięwzięcia. Tak naprawdę, w ostatecznym rozrachunku, jedyne czym mogą się pochwalić wszyscy ci, którzy postanowili się zaangażować w realizację owych procedur, jest to, że skuteczność owych zabójstw jest bliska 100 procent.
Zdając sobie sprawę z powagi owej konstatacji, chciałbym jednak wskazać na fakt, że zabijanie ludzi w imię różnego rodzaju ideologii nie dość, że nie jest wynalazkiem współczesnym, to w dodatku przez wielu komentatorów traktowane jest jako coś do tego stopnia zwykłego, że wręcz niewartego uwagi, a w związku z tym nie sądzę, by podnoszenie tej kwestii miało dziś dla nas szczególną wartość praktyczną. To co natomiast ma znaczenie, to fakt, że po raz kolejny, tylko po to, by zabić i jednocześnie mieć z tego realny zysk, również po raz kolejny, świat wielu z nas najzwyczajniej w świecie wystawił do wiatru, a myśmy nawet nie jęknęli.

Przypominam, że mam u siebie jeszcze kilka egzemplarzy z wyczerpanego już nakładu książki o „siedmiokilogramowym liściu”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt mailowy na adres toyah@toyah.pl.

czwartek, 2 lipca 2015

In vitro, czyli powrót do Krainy Grzybów

Zgodnie z wczorajszą popołudniową zapowiedzią i mimo różnego rodzaju perturbacji, doszło ostatecznie do mojego występu w audycji Katolickiego Radia Podlasie. Wprawdzie był to udział wyłącznie telefoniczny, co niestety wpłynęło na intensywność przekazu, ale, jak głosi piękne polskie powiedzenie, lepszy rydz niż nic.
Ponieważ wszystko się działo bardzo szybko i część czytelników może nie wiedzieć, w czym rzecz, przypomnę, że wczoraj popołudniu właśnie zostałem zupełnie nieoczekiwanie zaproszony do udziału w rozmowie, jakie Radio Podlasie planowało przeprowadzić z wybitnym lekarzem ginekologiem dr Józefem Fąkiem na temat in vitro. Ponieważ spędzam czas w Sławatyczach, a studio mieści się w Siedlcach, plan był taki, że ktoś tu po mnie przyjedzie i odstawi na miejsce. Niestety, z nieznanych mi przyczyn transport nawalił i kiedy wydawało się, że już nic z tego nie będzie, tuż przed rozpoczęciem audycji postanowiono, że prowadzący ksiądz do mnie zadzwoni, no i ja powiem, co mi tam w temacie i okolicach chodzi po głowie. No i powiedziałem.
Otóż od pewnego już czasu mam bardzo silne wrażenie – wrażenie zresztą, któremu daję tu wyraz na blogu aż nazbyt często – że wszystkie tak bardzo ostatnio modne tematy, takie jak prawa osób homoseksualnych, płeć kulturowa, aborcja, eutanazja, czy wspomniane in vitro, są wprowadzane do debaty publicznej wyłącznie w jednym celu: brutalizacji walki z religią, a skoro z religią, to przede wszystkim z Kościołem Katolickim. W związku z owym przekonaniem chciałbym bardzo znaleźć jakiś sposób, by owo przekonanie ubrać w argument, który byłby na tyle dźwięczny, bym mógł zamknąć dyskusję przynajmniej tu w tej naszej przestrzeni, i przyznam uczciwie, że idzie mi to tak sobie. I oto nagle, podczas wczorajszej rozmowy w Radiu Podlasie pomyślałem o czymś, co wydaje mi się warte uwagi. Kiedy prowadzący ksiądz zadzwonił do mnie i poprosił o komentarz, powiedziałem to, co sobie wcześniej przygotowałem, a więc że moim zdaniem, do czasu gdy nie udzielimy sobie odpowiedzi na podstawowe pytanie, czemu oni to robią i czemu z taką intensywnością, ryzykujemy tym, że pochłonie nas jałowy spór na temat faktów. Bo moim zdaniem, zarówno to, że zarodek nie jest zbiorem komórek, lecz człowiekiem, to, że nie ma czegoś takiego jak płeć kulturowa, to że in vitro nie jest żadną drogą, lecz wyłącznie bardzo nieczystym biznesem, a nawet, jak sądzę i to, że prawo do posiadania dziecka nie jest wartością uniwersalną, jest oczywiste nawet dla najbardziej bojowych aktywistów tak zwanej „religii gender”. A więc nie ma sensu toczyć z nimi sporów o to, czym, kiedy i pod jakimi warunkami jest człowiek, bo to jest teren, na którym tej ich czarnej sofistyki nie pokonamy. Jedynym dostępnym nam argumentem w tej walce jest to, że oni, jako przedstawiciele cywilizacji śmierci, nie są dla nas partnerami.
To znaczy, o tej śmierci nie powiedziałem, bo jeszcze wtedy owa myśl nie pojawiła się wystarczająco mocno i w tak zwięzłej formie w mojej głowie. Jednak po tym, gdy już się rozłączyliśmy i o całej absurdalności owego in vitro opowiadał dr Fąk, o tym, jak ono jest zakłamane, kosztowne, jak nieskuteczne, jak bardzo zbrodnicze i jak wiele nieszczęścia ze sobą niesie, prowadzący audycje ksiądz przypomniał słowa Jana Pawła II o owej właśnie cywilizacji śmierci i ja nagle sobie uświadomiłem, że choć on je wówczas bezpośrednio odnosił do kwestii aborcji, tak naprawdę traktował je znacznie szerzej. Nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy on je wypowiadał, musiał mieć na myśli nie tylko aborcję i eutanazję, ale też wchodzące już wówczas na całego owo nieszczęsne GLBT, z tymi ich małżeństwami, adopcją dzieci, kulturową płcią siedmiolatków, niedawną decyzją Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, z całą rozkręconą wokół niej histerią, z tymi wszystkim paradami równości, a nawet z tą tęczą na Placu Zbawiciela. On musiał wiedzieć, że za tym wszystkim nie tylko stoi jakieś chore pragnienie poprawiania dzieła bożego dla ludzkiej wygody i powszechnego szczęścia, ale śmierć i owej śmierci adoracja. Mam bardzo mocne podejrzenie, że kiedy Ojciec Święty mówił o cywilizacji śmierci, jemu w równym stopniu chodziło o te abortowane dzieci i tych usypianych śmiercionośnym zastrzykiem ludzi starych i chorych, co owych norweskich siedmiolatków, które zależnie od nastroju mogą być i chłopcem i dziewczynką, ale też o te nieco od nich starsze dzieci z Białej Podlaskiej, które również już niedługo miały z taką determinacją zademonstrować swoje prawo do wolności wyboru. Bo trzeba nam wiedzieć, że tak naprawdę nie ma innej walki, jak walka między życiem a śmiercią, a mówiąc bardziej obrazowo, między życiem tu, a życiem w Krainie Grzybów. A jeśli ktoś myśli, ze mnie poniosło, zrobię coś, czego robić nie lubię, ale tym razem może się przydać. Oto link do tekstu, który powinien tu zadziałać, jak ów przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ich trumny: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18248193,Nie_bawia_sie_juz_w_czarne_msze__Gdzie_sie_podziali.html#TRwknd.
Nie udało mi się powiedzieć tego we wczorajszej rozmowie w Radiu Podlasie, mówię więc tu. Mam nadzieję, że jak zawsze z ogólnym pożytkiem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Gdy chodzi natomiast o „Siedmiokilogramowego liścia”, mam ich jeszcze parę egzemplarzy u siebie, a zatem proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

środa, 25 marca 2015

Życie - powtórka

Nie wiem, czy to przez to, że oto właśnie, zapewne wyłącznie po to, by wplątać idącego po zwycięstwo Andrzeja Dudę w temat aborcji, ożywiła się jakaś grupa tak zwanych „obrońców życia”, czy może w związku z tym, że w niedawno zamieszczonej tu notce zacytowałem fragment z dawnego już bardzo tekstu pod tytułem „Życie” i wielu osobom ów fragment bardzo się spodobał, faktem jest, że otrzymałem dość dużo prywatnych próśb o przypomnienie tamtego tekstu sprzed lat. Ja oczywiście najchętniej wymówiłbym się tym, że on znajduje się w mojej książce o siedmiokilogramowym liściu, która w tej chwili kosztuje zaledwie 15 złotych i jak komuś zależy, może sobie ją kupić, ale ponieważ sam do tamtej historii mam prawdziwy sentyment, to proszę bardzo. Dla tych wszystkich, którzy już to czytali, ale chcieliby sobie przypomnieć, ale przede wszystkim dla tych, którzy są tu od niedawna i większości z moich tekstów nie znają, tekst jeszcze z 2008 roku. O zagadce życia.


Wśród wielu zjawisk, z którymi muszę się potykać przez całe moje życie, są też takie, których natury nie udało mi się nigdy zgłębić. Jak sięgnę pamięcią, od zawsze lubiłem wiedzieć, co i jak, i najgorsze, co mnie mogło spotkać to zdarzenia i sytuacje, nad którymi nie dość, że nie potrafiłem intelektualnie zapanować, to jeszcze często miałem wrażenie, że jestem wobec nich kompletnie bezradny. Jedną z tych rzeczy jest i zawsze było to, występujące w pewnych środowiskach, nieprawdopodobnie obsesyjne pragnienie czyjejś śmierci. I nie chodzi mi tu o to zwykłe, wulgarne życzenie śmierci dla kogoś kogo nie lubimy tak bardzo, że w pewnym momencie jedyne co nasza bezradność potrafi stworzyć, to właśnie to straszne rozwiązanie ostateczne. Oczywiście, jest tego dużo, i intensywność tego typu emocji czasem nawet mnie przeraża, ale w sumie wydaje mi się, że więcej w tych gestach i w tych słowach zwykłej złości, która równie szybko przemija, jak i przychodzi, niż czegoś ostatecznego. Więc nie o tym chcę mówić.
Kiedy myślę o tych chorych pragnieniach, to widzę przed sobą ludzi, którzy, z jednej strony, uważają się najczęściej za niezwykle światłych, pełnych współczucia i dobrych intencji humanistów, a z drugiej ich umysły są nieustannie zaprzątnięte jedną myślą. Jak by to można było zrobić, żeby tak poprawić świat, aby ogólny poziom wygody i szczęścia podniósł się znacząco, a jednocześnie jak najmniej ludzi słabszych i siłą rzeczy nie objętych tym pozytywnym wzmocnieniem, ucierpiało? Oczywiście żaden z tych specjalistów od poprawiania natury – bo tu właśnie o poprawianie natury chodzi – nigdy nie przyzna, że oni mają na celu zabijanie. A jeśli nawet wskutek ich pełnych dobrych zamierzeń działań, czyjaś śmierć od czasu do czasu nastąpi, to oni zrobią wszystko, żeby znaleźć dla niej jakąś zastępczą nazwę, albo jakieś szczególnie przekonujące usprawiedliwienie. Najczęściej, w imię właśnie wyższych racji i w imię współczucia i w imię dbałości o to co najważniejsze – czyli właśnie życie. Co za pokrętność!
Ludzie o których mówię są aktywni właściwie stale, tyle że ich aktywność raz jest niższa, a raz wyższa. Potrafią całymi latami coś sobie tam dłubać, coś kombinować, od czasu do czasu rzucić parę słów, by nagle, ni stąd ni zowąd, rozpętać wielomiesięczną kampanię na rzecz albo rozszerzenia prawa do aborcji, albo ponownego zdefiniowania pojęcia eutanazji, czy wreszcie do wprowadzenia takich regulacji prawnych, żeby coś co dotychczas było ze względów biologicznych, czy prawnych niemożliwe, stało się możliwe – choćby tylko troszeczkę. Najczęściej oni wszyscy nie mają w propagowaniu tych swoich cudacznych rozwiązań żadnego osobistego interesu. Wielu z nich, jeśli chcą, żeby można było bezkarnie zabijać dzieci nienarodzone, czy żeby można było bezkarnie skracać męki, w sposób ostateczny, starszym ludziom, czy żeby – jak to ostatnio się przydarzyło pewnemu bardzo wrażliwemu i szlachetnemu posłowi z Krakowa – tak posterować procesem prokreacji, żeby ludzie, którzy nie są w stanie mieć dzieci, jednak te dzieci miały, nie robią tego dlatego, że sami mają kłopot z niechcianą ciążą, niechcianą babcią, czy okropnie chcianym dzieckiem. Oni tę całą swoją aktywność, bardzo często traktują jako działalność społeczną, prowadzoną niemal na takich samych zasadach, jak to się dzieje w przypadku Jerzego Owsiaka i jego Orkiestry. Czysta akcja szczerych serc. Uwaga do osób z tej głupszej strony – to była ironia.
Są też wśród nich tacy również, którzy po prostu zawsze byli zafascynowani tak zwanym rozwojem, tak zwanym postępem, tak zwaną nauką. To o nich, już wieki temu, pisali różni autorzy książek, a autorzy filmów, już dziesiątki lat temu tworzyli horrory, które miały przestraszać wszystkich na tyle wrażliwych, że wiedzieli co się stanie, jeśli człowiek – w swoim szaleństwie – zacznie zastępować Pana Boga. To oni jakimś cudem przetrwali te wszystkie prawdziwe i wymyślone kataklizmy i ze zdwojoną energią, kiedy tylko widzą probówkę wypełnioną jakimś tajemniczym płynem, zaczynają nerwowo dreptać w miejscu.
Więc, jak już wspomniałem na początku, nigdy nie potrafiłem rozgryźć ich do końca. Wydawałoby się, że dla człowieka średnio inteligentnego i średnio wrażliwego, nie powinno stanowić większego kłopotu, żeby zadumać się nad tajemnicą życia, nad życia zagadką i nad tego życia niepowtarzalnym pięknem, żeby nabrać w stosunku do tego życia wystarczającej pokory i żeby raz na zawsze przynajmniej przestać przy tym życiu się niepotrzebnie kręcić. Przecież właśnie całe nasze życie jest związane z nieustannym, bardziej lub mniej mądrym, filozofowaniem. Człowiek może być głupi, może być zły, może być gnuśny i szaleńczo beztroski, ale jednej rzeczy nie można mu odmówić. Tej mianowicie, że przynajmniej raz na jakiś czas, wymyśli sobie jakąś refleksję na temat czasu, który mija, albo śmierci, która jest nieuchronna, albo świata, który jest taki piękny (lub brzydki). A tu nagle, przychodzą ludzie, z pozoru zupełnie psychicznie opanowani, i wtykają swoje spocone paluchy w sprawy absolutnie dla nich niedostępne. Co za tępota! Mówi im się, że nienarodzone dziecko jest człowiekiem i być może chce bardzo żyć. Na nic. Mówi im się, że starszy człowiek, albo choćby i młody, ale cierpiący, też tak naprawdę najbardziej potrzebuje miłości. Jak kulą w płot. Mówi im się, że jeśli ktoś nie może mieć dzieci, to dzieci mieć nie może, a jeśli nagle ktoś wykombinuje, że spróbujemy sprawę obejść troszkę bokiem i przy minimalnych stratach może jakoś się uda to chciejstwo zaspokoić, to w takim myśleniu czai się czyste zło. Pudło.
Czemu tak się dzieje? Wydawałoby się, że wszystko to jest tak oczywiste. Otóż nie. Z jakiegoś powodu, wygląda na to, że jest bardzo duża grupa ludzi, którzy, jeśli w ogóle myślą o życiu, to na poziomie supermarketu. Czyli w kategoriach tylko ceny i jakości. Ja tego nie rozumiem, ale wygląda na to, że tak to właśnie się dzieje. Nawet jeśli któryś z nich się zaduma nad życiem na poziomie nieco wyższym niż to co widzimy, to i tak efekt jest tak okropnie prostacki, że aż wstyd to komentować. Aż nie potrafię uwierzyć, że w odniesieniu do czegoś tak nam bliskiego, jak nasze życie, można osiągnąć tak nieprawdopodobny stan zgłupienia.
Pozwolę sobie na akcent osobisty. Mamy troje dzieci. Każde z nich jest tak nieprawdopodobnie inne, tak niezwykle niepowtarzalne, w tak absolutnie niewytłumaczalny sposób różne o drugiego, że czasem sam się z siebie śmieję, że każde z nich z pewnością jest od innego listonosza. Mamy ich troje. I od czasu, jak zrozumieliśmy, że już więcej dzieci mieć nie będziemy, prześladuje mnie myśl, że ja nigdy już się nie dowiem, jakie by było to czwarte dziecko. Czy to byłby chłopak, czy dziewczynka? Czy to moje czwarte dziecko byłoby takie jak któreś z tych, które są z nami, czy może byłoby zupełnie inne? Jak wpadnę w odpowiedni nastrój, zaczynam się autentycznie denerwować. Bo, choć wiem, że to jest szaleństwo, to świadomość tego, że to potencjalne życie, ta potencjalna osoba właściwie jest na wyciągnięcie ręki, mnie paraliżuje.
I teraz wyobraźmy sobie coś, co źli ludzie lubią lekceważyć, jako płód, czy zygotę, czy plemnik. A co ludzie mniej źli starają się postrzegać w kategoriach społecznych, które - jak wiemy - są bardzo skomplikowane. O czym tu w ogóle można gadać??? Przecież tu żadne słowo się nie mieści. Tu w ogóle nie ma miejsca na dyskusję. Tu jest problem osoby. Osoby niepowtarzalnej. Osoby jedynej. Tu chodzi o boski akt stworzenia. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?
A ta myśl działa w dwóch kierunkach. Opowiem Wam coś jeszcze. Syn mój, kiedy miał trzy lata, może mniej, leżał kiedyś wieczorem w swoim łóżeczku i nagle zaczął okropnie płakać. Płakał tak strasznie, że nie było sposobu, żeby go uspokoić. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, powiedział nam, o co chodzi. Otóż on sobie leżał w tym łóżku, słyszał, jak życie w domu się toczy, jak jego starsza siostra gdzieś tam łazi, jak my sobie coś tam przestawiamy i nagle on sobie pomyślał, JAKIE TO MUSIELIŚMY MIEĆ STRASZNIE SMUTNE ŻYCIE, KIEDY JEGO NIE BYŁO NA ŚWIECIE!
On sobie tak leżał, pomyślał sobie o tym świecie, kiedy on, jako osoba, jako koncepcja, jako kształt, jako dusza, jako nowe życie, był gdzieś – nie wiadomo gdzie – a nasz świat był uboższy o tę jedną, jedyną osobę. I uznał, ze to jest bardzo smutne. I się pobeczał.
Przecież to jest takie proste. Na tyle proste, że nawet trzyletnie dziecko potrafi jakoś to opisać. A tu nagle okazuje się, że pełno mądrych, starszych, wykształconych i bardzo doświadczonych ludzi, nie jest w stanie tego nawet zahaczyć swoją myślą. Co to się dzieje? Czyżby najprostsza, najbardziej podstawowa wrażliwość była towarem aż tak bardzo delikatesowym? Może i tak. Może właśnie o to chodzi. Chodzi o wrażliwość. To by się nawet zgadzało. On w tym roku zdaje maturę, wcześniej ma studniówkę i skarży się, że nie ma z kim na tę studniówkę iść. Czyżby on był tak bardzo inny, że na tym przecież tak nieskomplikowanym polu po prostu odpada? Czyżby miało być tak, że od pewnego poziomu wrażliwości, świat współczesny przestaje istnieć? Czy to możliwe, że część z nas po prostu w pewnym momencie została z tyłu i jesteśmy już tylko obiektami muzealnymi? Jakimś odległym wspomnieniem, na które ludzie prawdziwie związani z dylematami współczesnego świata patrzą jak na dziwadła?
Biedne dziecko. Czy warto to było w tak młodym wieku uderzać w tak wysokie tony? Ciekawe. Warto to było?


A zatem to już załatwione. Zapewniam jednak, że tam jest znacznie więcej tekstów nie gorszych i nie mniej poruszających. Gdyby ktoś miał ochotę, serdecznie zachęcam. Książka nosi tytuł „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, kosztuje zaledwie 15 zł. plus przesyłka i jest do nabycia pod adresem: www.coryllus.pl

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...