Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nałęcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nałęcz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 stycznia 2011

O czynach, ich skutkach i piórach na wietrze

Niedawno, córka moja szła sobie drogą, kiedy nagle, z naprzeciwka, nadeszło kilku jakichś żuli w kapturach. Minęli ją bez słowa, lub może najwyżej z jakimś tępym pomrukiem, ale w pewnym momencie jeden z nich odwrócił się i rzucił w nią kulką. Kulka była twarda, mocno zmrożona, a cios na tyle silny, że Toyahównę bardzo zabolał. Mówi dziś, że naprawdę bardzo. Ciekawe było jednak przede wszystkim to, że ona dostała tą kulką w kark i przez kilka dni, obok tego bólu, miała po tej kulce siny ślad. Denerwuje się więc moje dziecko, że co by to było, gdyby ów żul trafił ją z tą samą siłą i tą samą właśnie kulką w głowę. Ciekawe, co by się stało? Pewnie nic, choć oczywiście pewności nie ma.
Z kolei syn mój miał, jeszcze w gimnazjum, taką przygodę, że gadał na lekcji i nauczyciel, z jakiegoś powodu bardziej wściekły niż zwykle, rzucił w niego ciężkim pękiem kluczy. Na szczęście nie trafił, a więc klucze minęły jego głowę i spadły z hukiem na ławkę obok. Szkoła to szkoła. Nie ma chwili, kiedy się coś nowego i ciekawego nie dzieje, więc chyba nawet nikt – włącznie z samym Toyahem, nie mówiąc o nauczycielu – na to co się wydarzyło nie zwrócił uwagi.
Niedawno na naszym blogu pojawił się jakiś zaangażowany uczestnik naszego życia publicznego i wściekły na mnie za to, że ja się wciąż zajmuję katastrofą smoleńską, poinformował mnie, że jestem „głupim chujem”. Ja się oczywiście nie gniewam. Ani za „głupiego”, ani tym bardziej za „chuja”, ale ponieważ miałem wrażenie, że ów obywatel oczekuje ode mnie jakiejś reakcji, powiedziałem mu, że ja tak naprawdę wcale się nie dziwię temu, że on tak cierpi, bo na jego miejscu też bym się czuł nie najlepiej. I żeby już wiedział do końca, o czym mówię, dodałem, że gdybym ja na przykład rzucił w jego stronę przekleństwo „Zdechnij psie!”, a on by na drugi dzień umarł – to oczywiście miałbym bardzo poważne zmartwienie.
Piszę to co piszę, mówię to co mówię, i mam cały czas poczucie, że poruszam się na obszarze zbyt trywialnym, jak na to, czego niektórzy mogą po tym blogu oczekiwać. W końcu już nasi rodzice, ba – nasi dziadkowie, uczyli nas, że powinniśmy zawsze pamiętać, że czyny mają konsekwencje i to czasem tak poważne, że ani nasze nastroje, ani również intencje, kiedy już dojdzie co do czego, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, nie będą miały tu żadnego zastosowania. Jednak wystarczy się rozejrzeć dookoła, żeby zauważyć, że wśród nas roją się całe tłumy osób, które żyją tak, jakby sądziły, że nie ma bardziej solidnego i skutecznego usprawiedliwienia dla naszych podłości, czy tylko głupoty, jak zapewnienie, że ja tylko żartowałem, lub że się pomyliłem. A więc, nie ma sposobu, żeby to dramatyczne zjawisko zlekceważyć.
Też nie tak dawno, w tekście jaki napisałem dla Warszawskiej Gazety, a następnie umieściłem tu na blogu, zaprezentowałem pewną całkowicie fikcyjną historyjkę o człowieku, który szczerze i w sposób jak najbardziej zrozumiały nienawidził swojego sąsiada, i któregoś dnia postanowił splątać mu figla, który doprowadził do tego, że przez cały splot nieszczęśliwych przypadków, ów człowiek stracił życie. Wymyśliłem, a później opowiedziałem tę historię w jednym celu – żeby własnie pokazać, że czyny mają konsekwencje. I nawet jeśli te konsekwencje okażą się bardzo poważne i bardzo niezamierzone i naprawdę trudne do zniesienia – nic nas nie usprawiedliwia. Trzeba było albo je przewidzieć, albo pójść się przespać. Byłoby wprawdzie nieciekawie, ale za to z całą pewnością znacznie bezpieczniej.
Skoro już znaleźliśmy się w temacie, proszę, zwróćmy na jedną rzecz uwagę. Tuż po tym, jak w pamiętny sobotni poranek, w jednym momencie, czyjaś ręka – czy może zaledwie zła myśl – zmasakrowała na śmierć 96 osób, pojawiły się opinie, również i tu wyrażane, że to co się stało, to czysto metafizyczny znak, w jaki sposób zwykła nienawiść może się nagle zrealizować w czymś jak najbardziej konkretnym. Że zaledwie słowo, złe spojrzenie, czy może choćby rzucone od niechcenia przekleństwo, w jakiś niezbadany sposób staje się nagle własnością czegoś jak najbardziej realnego, i to coś robi już z tym słowem, tym spojrzeniem, czy z tym przekleństwem to co uzna za stosowne. Że mogło dojść do tego typu czarno-magicznego przesunięcia, wspominały też osoby w słynnym filmie Solidarni 2010. No ale to akurat, jak już zresztą z góry można było przewidzieć, okazało się dla wielu zbyt trudne. Ten stopień abstrakcji, gdzie słowo staje się ciałem, przekroczył naturalne intelektualne możliwości zbyt wielu. Dlatego, z jednym drobnym wyjątkiem, ja tu nawet nie wspominam o odpowiedzialności tego typu, gdzie zło chodzi swoimi ścieżkami, a my nawet za nim nie jesteśmy w stanie nadążyć. Ja tu mówię o sytuacji, gdy ciałem staje się prawdziwy, realny gest. Gest w dodatku uświadomiony, a co więcej najprawdopodobniej jak najbardziej zamierzony.
Dziś słyszę, jak tomasz nałęcz zgłasza pretensje do Jarosława Kaczyńskiego o to, że on z kolei wyrzuca Bronisławowi Komorowskiemu małostkowość, która w sposób oczywisty – oczywisty, bo stanowiący fakt, całkowicie poza dyskusją – doprowadziła do śmierci trzech osób. Twierdzi nałęcz, że to co robi Kaczyński, to „superobrzydliwość”. I ja właściwie to rozumiem. Z punktu widzenia nałęcza i całego jego środowiska, prawdziwe horrendum stanowi sugestia, że czyny mają swoje skutki i że nasze człowieczeństwo polega również na tym, że za wszystko co decydujemy się zrobić, automatycznie bierzemy na siebie odpowiedzialność. I że nic nas z tej odpowiedzialności nie zwalnia. Nawet jeśli w tym jednym fatalnym momencie nasza beztroska była prawdziwa, szczera, autentyczna i naprawdę dobroduszna.
A więc tak, panie nałęcz, to rzeczywiście superobrzydliwość wytykać człowiekowi coś, na co on nawet nie miał wpływu. W końcu wy nie jesteście aż tak złymi ludźmi. Możliwe, że tak naprawdę w ogóle nie jesteście ludźmi złymi. Wy przecież nigdy nie chcieliście niczyjej krzywdy, nie pragnęliście niczyjej żałoby, a tym bardziej niczyjej śmierci. No, może najwyżej w gniewie, lub w żartach. A przecież, kto się czasem nie gniewa i komu się nie zdarzy niekiedy pożartować? To świat się okazał okrutny, przez to, że jest taki nieprzewidywalny, taki chaotyczny. A poza tym, wiadomo powszechnie, że człowiek zaledwie strzela, a kule nosi Pan Bóg dla jednych, a wiatr przeznaczenia dla innych. Panu, panie nałęcz, podobnie jak pańskiemu pryncypałowi, nic przecież do tego. Wy zawsze, przez całe stulecia, byliście tylko pierzem rozrzuconym przez kogoś na łaskę wiatrów, mniej lub bardziej okrutnych.
Weźmy mnie. Ja na przykład postanowiłem pańskie imię i nazwisko pisać z małej litery. Czemu to robię? Powiem zupełnie szczerze, ze z czystej, niskiej chęci sprawienia sobie przyjemności. A więc, w pewnym sensie, z czegoś naprawdę mało poważnego. I co, jeśli ktoś weźmie sobie ten mój gest do serca, uzna naiwnie, że pan nie jest nawet człowiekiem, i wyciągnie z tego jakieś dziwne, nie przystające zupełnie do wagi sprawy, wnioski? Mam tylko nadzieję, że całkowicie konsekwentnie, cokolwiek się wydarzy, nie będzie pan miał do mnie żalu. Bo powiem panu uczciwie, to by już było super-hiper-obrzydliwe.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...