Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam "Nergal" Darski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam "Nergal" Darski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 września 2011

O Belzebubie i jego ziomalach

Wybory wyborami, a pisać trzeba. Trzeba, bo tak już się przez te wszystkie lata poukładało, że pisanie stało się potrzebą niemal fizyczną, ale też trzeba, bo ktoś przecież na te teksty czeka i żadne wybory tego nie zmienią. Jednak pisać też trzeba, bo każdy dzień przynosi zdarzenia, które muszą zostać skomentowane i zapisane, by, kiedy za kilka lat do niech wrócimy, one tu były i świadczyły o tym, co nam kiedyś zgotowano.
Przypomniałem sobie właśnie coś, czego akurat nie zapisałem, bo działo się to w czasach, kiedy to o żadnym zapisywaniu mowy nie było, a nawet gdyby i była, to wtedy jeszcze nie było ani tego bloga, ani nawet myśli o nim. Mówię o czasach, które z dzisiejszego punktu widzenia mogą się wydawać bardzo odległe, ale, jeśli tylko ktoś ma odpowiednią pamięć (pamięć jest dobra), będzie umiał sobie przypomnieć obrazy wcale tak bardzo nie odstające od tego, czego jesteśmy osłupiałymi świadkami właśnie dziś. Przypomniałem więc sobie pewien obraz i pewne słowa, których moc mogłaby porazić nawet najbardziej wrażliwe serca i dziś, kiedy stoimy na granicy dwóch cywilizacji, i gdziekolwiek spojrzymy – kamieniejemy.
Otóż dawno dawno temu, jeszcze w latach 90-tych, telewizja nadała rozmowę z Jackiem Kuroniem – jeśli ktoś nie pamięta, był kiedyś taki polityk, ówczesny odpowiednik Jerzego Owsiaka, czy może Bożeny Walter – i w pewnym momencie dziennikarz zauważył, że był niedawno świadkiem sytuacji, kiedy to Kuroń podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Pytanie było – dlaczego? Dlaczego Jacek Kuroń podał rękę Kaczyńskiemu? I wtedy, Jacek Kuroń, człowiek o niezwykłym sercu i wrażliwości, przyjaciel każdego i nieprzyjaciel nikogo, odpowiedział, że kiedyś, kiedy w dawnych komunistycznych czasach, miał on okazję siedzieć w więzieniu, któregoś dnia w jego celi pojawił się były esesman. I Kuroń podał mu rękę. Podał mu tę rękę odruchowo, bo już wtedy był człowiekiem serdecznym i dobrym. Jednak po chwili, kiedy sobie uświadomił, co zrobił, podjął tę decyzję. Decyzję, która zdefiniowała całe jego dalsze życie. Że on od dziś będzie podawał rękę każdemu. I któregoś dnia, po wielu, wielu latach, na jego drodze stanął Jarosław Kaczyński.
Przypomniał mi się ten Kuroń dziś właśnie, przy okazji informacji, na jaką natrafiłem gdzieś w Internecie. Otóż prezydent Komorowski udzielał wywiadu jednej z gazet, i w pewnym momencie pojawiła się kwestia Nergala i sposobu, w jaki prezydenccy urzędnicy, Nałęcz i Nowak oddali mu pokłon, tytułując go odpowiednio „krajanem” i „ziomalem”. Pytanie było takie, czy Bronisław Komorowski akceptuje postępowanie swoich ministrów. Komorowski, jak to on, w pierwszej chwili, prawdopodobnie dla nabrania oddechu, udzielił odpowiedzi takiej jak on sam, a więc w formie plazmy: „Nie akceptuję jakiegokolwiek eksploatowania w celu zdobycia popularności skojarzeń z satanizmem, bo jest mi to bardzo odległe”, a później, kiedy już mu się w głowie wszystko odpowiednio ułożyło, dodał: „Moim ziomalem jest Jarosław Kaczyński”.
Dlaczego ten bon mot Komorowskiego kazał mi wrócić pamięcią do czasów Jacka Kuronia, kiedy to polityka miłości ledwie raczkowała? Otóż uważam, że – jakiekolwiek były uświadomione intencje prezydenta Komorowskiego – gdzieś głęboko w tej czarnej duszy tłukł się dokładnie ten sam sposób myślenia, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku jego wielkiego poprzednika. Uważam że, kiedy prezydent Komorowski uznał za stosowne zauważyć, że skoro „ziomalem” jego ministrów jest Nergal, to jego „ziomalem” jest Kaczyński – on chciał w ten sposób Nałęcza i Nowaka przebić. On chciał tak naprawdę pokazać, że szokowanie nie ma granic. Że jeśli Nowakowi i Nałęczowi wydaje się, że Nergal to już jest „ostatnia stacja”, to się głęboko mylą. Że mamy jeszcze przecież Jarosława Kaczyńskiego, a on – prezydent RP – nie ma żadnych problemów, by kolejne granice przekraczać.
Pisałem niedawno, że, jeśli się przyjrzeć uważnie temu, co się dzieje w popularnym wymiarze życia publicznego, można dojść do wniosku, że cała ta walka, której jesteśmy świadkami i, niejednokrotnie też, uczestnikami, to nie tyle walka między dwoma politycznymi projektami, ale między Dobrem a Złem w wymiarze jak najbardziej dosłownym. Że kiedy nagle, z jednej strony pojawia się problem owego Nergala, z drugiej jesteśmy atakowani obrazkami w postaci ukrzyżowanego Janusza Palikota, a jeszcze z boku dochodzą do nas informacje o tym, jak to Kuba Wojewódzki z Michałem Figurskim utworzyli tak zwany „żywy krzyż”, to wniosek z tego może być tylko jeden: Oto Szatan Wcielony. Oto być może ostatnia już bitwa o duszę Narodu. Jestem bardzo spokojny, jak idzie o jej wynik. Z każdym kolejnym upływającym dniem, widzę, jak bardzo ta nasza jesienna kampania przypomina tę sprzed dwudziestu już lat, kiedy to niegdysiejszy Lech Wałęsa stanął przeciwko zjednoczonym siłom Systemu, i każdy w miarę przytomnie myślący człowiek widział, że z jednej strony jest Wolność, a z drugiej już tylko Urząd, i że Urząd wygrać nie będzie w stanie. Bo to by było wbrew naturze i wbrew fizyce. I to się powtarza dziś. Ja się nie zdziwię, jak Platforma Obywatelska nie uzyska nawet drugiego wyniku. Tak jak Tadeusz Mazowiecki przed laty.
I to jest wiadomość dobra dla nas wszystkich, ale też, jak sądzę, dla Bronisława Komorowskiego. Bo gdyby tak się miało zdarzyć, że Ciemność jednak wygra, dojdzie tym samym do bardzo poważnych rewolucji na szczytach władzy. Władzy prawdziwej. I wtedy przyjdzie moment, kiedy ktoś zjawi się w gabinecie Prezydenta i spyta go, o co to chodziło z tym ziomalem Kaczyńskim. I, naturalnie, przerażony Komorowski powie, że to przecież był tylko taki żart. Że jemu chodziło o coś zupełnie innego. Że on chciał powiedzieć to samo co Nowak, tylko mocniej, i zabawniej. Jednak nikt go już nie będzie słuchał. Bo kiedy mamy do czynienia z Ciemnością w fazie tryumfu, na żarty miejsca nie ma. I biedny Bronisław Komorowski zostanie wydany na pastwę Nergala – Pana Zarazy.
Nawet ja mu tego nie życzę.

Skoro udało się na chwilę oderwać od kampanii, przypominam tradycyjnie o dwóch kwestiach. Mamy tę książkę i mamy ten numer konta. Bardzo będę wdzięczny wszystkim, którzy zechcą się tu odpowiednio zaangażować. Dziękuję.

sobota, 24 września 2011

Jeszcze Nergal, czyli kiedy Pan Bóg przemówił

Nie bardzo wiem, jak to się dzieje, ale mimo, z jednej strony, znacznego upływu czasu od wybuchu tzw. afery Nergala, a z drugiej, owej oczywistości, że współczesne czasy pozwalają tematom żyć góra dwa dni, problem Adam Darskiego i jego niewątpliwej misji, wciąż żyje, i to żyje bardzo aktywnie. Może oczywiście chodzić o to, że sytuacja, w której najbardziej oczywisty przejaw satanizmu uzyskuje oficjalną autoryzację ze strony polskiego państwa, sama w sobie jest na tyle poruszająca, że dwa dni to mało, by się z tego otrząsnąć. Może też być tak, że każde tego typu starcie Dobra ze Złem tworzy napięcie, które trudno ugasić. Może być różnie, natomiast faktem jest, że temat, zamiast niknąć w powodzi innych, bardziej świeżych – zagadka tego ataku wręcz promieniuje. Uważam to za znak, i wierzę, że naszym obowiązkiem jest ten znak przyjąć.
Jeśli opierać się na oficjalnych informacjach, publikowanych czy to w Wikipedii, czy w popularnej prasie, należy zakładać, że artysta estradowy Adam Darski, zwany powszechnie „Nergalem” rozpoczął swoją drogę do sławy w wieku 10 lat, kiedy to wraz ze swoimi przyjaciółmi zapragnął stworzyć zespół muzyczny, który będzie opiewał potęgę Szatana. Ponieważ wszyscy wiemy, że 10-letnie dziecko, choćby ze względu na swoje mikroskopijne rozmiary, nie bardzo jest w stanie grać na normalnej gitarze, ten akurat element biografii Darskiego musimy uznać za rodzaj mitu, natomiast zgódźmy się przyjąć jako fakt, że kiedy on i jego koledzy zdali do siódmej klasy, założyli też swój zespół, a chwilę później nagrali pierwszą płytę, zatytułowaną – jak najbardziej po angielsku – „Endless Damnation”, co się zgrabnie tłumaczy, jako wieczne potępienie. Talent i konsekwencja poprowadziła młodego Darskiego tak, że dziś jest on w świecie uznawany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli pogańskiego rocka, a w Polsce za pierwszego celebrytę i bohatera sztuki popularnej.
Adam Darski, dziś już – wedle tego co nam mówi dostępny przekaz – człowiek 34-letni, swojej publicznej pozycji, wbrew temu, co można by było sądzić, nie zawdzięcza jednak ani temu, że, jak mówią, jest świetnym gitarzystą, ani też temu, że zespół, który stworzył, należy do najlepszych tego typu na świecie, lecz przede wszystkim jednemu i tylko jednemu wydarzeniu, kiedy to podczas jednego ze swoich występów podarł Pismo Święte, rozrzucił strzępy po publiczności, wezwał zebranych by „żarli to gówno”, a Kościół nazwał „zbrodniczą sektą”. A więc to ten właśnie gest, a nie oczywisty muzyczny talent, przyniósł Darskiemu sławę i powszechne uznanie. Nie wypada jednak zapominać, że to wszystko – i to akurat w najlepszym dla Darskiego wypadku – nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby za tym aktem bluźnierstwa stał charakter człowieka otwarcie złego, okrutnego, bezwzględnego i drapieżnego. Gdyby Darski, również poza sceną, opiewał tę śmierć i tę czerń. Tymczasem on, kiedy występuje już przed szerszą, nie interesującą się black metalem, publicznością, pozostaje już tylko niezwykle łagodnym, sympatycznym i szalenie ujmującym człowiekiem, który do tego zna język angielski, jest bardzo oczytany i przedziwnie elokwentny. On – jak mówię, w najlepszym dla siebie razie – pozostałby zaledwie jednym z elementów artystycznego undergroundu, gdyby nie ten jego uśmiech – uśmiech człowieka wesołego, otwartego, pełnego szacunku i tolerancji.
Czy to oznacza, że Adam Darski ukrywa swój satanizm? Ależ w żadnym wypadku! Jakkolwiek by na to nie patrzeć, on go wręcz eksponuje, tyle tylko, że robi to z tym swoim ujmującym uśmiechem i łagodnością, co dla osób bardziej doświadczonych jest całkowicie naturalne, a dla tych już bardziej naiwnych – sensacją. W którymś z biograficznych opracowań na temat Darskiego przeczytałem, że on kiedyś nosił pseudonim „Holocausto”, jednak życzliwe mu, i prawdopodobnie bardziej od niego politycznie świadome otoczenie, doradziło mu tu pewną naturalną ostrożność, i dopiero wtedy przybrał imię owego Nergala. Te same dane biograficzne informują, że Nergal, to ledwo jeden z licznych pogańskich bogów, natomiast, jak idzie o kwestię, czy to jest może bóg artystów, czy może bóg płodności, czy miłości, czy choćby nawet i orgazmu – z tymi poganami nigdy w końcu nie wiadomo – tego już się nie wyjaśnia. A fakt jest jasny jak słońce i czarny jak dusza tego człowieka – Nergal to bóg zarazy, wedle sumeryjskich wierzeń odpowiedzialny za zsyłanie chorób i epidemii. A zatem stoi przed nami ktoś, kto swoim patronem uczynił owego Nergala, i prawdopodobnie, gdyby go spytać, czemu Nergal, on by się tylko uśmiechnął i po raz kolejny opowiedział tę niezwykle zabawną historię o tym, jak to on swoją pierwszą gitarę otrzymał na pamiątkę swojej Pierwszej Komunii Świętej, i od tego czasu śpiewa wyłącznie o miłości i Jezusie.
Po co ja w ogóle tyle pisze o tym Darskim? W końcu on jest dziś już bardzo szeroko znany i odpowiednio oceniony przez wszystkie zainteresowane strony. Otóż piszę o nim tak szczegółowo, przede wszystkim dlatego, że, zanim zajmę się tym, co moim zdaniem jest tu najważniejsze, bardzo bym chciał, żeby nie było tu żadnych nieporozumień. A przede wszystkim, nie chciałbym, żeby i tu pokutowało to dziwne przekonanie, że ten Darski to jakiś potwór i idiota. Lub, co jeszcze gorsze, że to kompletnie nieistotny wyprysk na współczesnej historii naszej popularnej kultury. Bo tego typu wiara, zamiast nam cokolwiek rozjaśniać, wyłącznie nam sprawę zaciemnia, i tym samym uniemożliwia ujrzenie problemu w pełnym jego kształcie. A kształt tego czegoś, to wypisz wymaluj sylwetka owego fantastycznie przemiłego historyka-poligloty z Patriarszych Prudów. I niech nas Bóg broni, byśmy ten szczegół mieli przegapić. Niech nas Bóg Wszechmogący broni.
Ja raz tylko w swoim życiu widziałem Diabła w akcji – w tym sensie, oczywiście, że patrzyłem na niego, słuchałem go i wiedziałem, że to Diabeł. I był to jak najbardziej Adam Darski w telewizyjnym programie zapomnianej już nieco gwiazdy telewizji TVN24, Małgorzaty – co za znak! – Domagalik. Darski siedział, piękny i swobodny, grzeczny i elokwentny, a Domagalik z każdą chwilą była w nim coraz bardziej zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych swoich bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów, było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował.
I przez cały niemal – niemal – czas programu, imię Szatana nie padło ani razu. A rozmawiano o wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. Wreszcie on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu, on tam też nie był po to, żeby zbierać punkty – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak samo jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział – właśnie wtedy – że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? Tego akurat nie wyjaśnił, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechów – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. No i wtedy, już pod sam koniec, wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi, jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej, niż choćby tej jakiejś Biblii.
Od czasu tej audycji minęło już dość dużo czasu, w międzyczasie sumaryjski Bóg zarazy zesłał na Adama Darskiego białaczkę, a Dobry Pan – któż zna Jego ścieżki? – go od tej zarazy wyzwolił. Czy po to, by Darski stał się jeszcze bardziej bohaterem zbiorowej wyobraźni? Czy może z jakiegoś jeszcze innego powodu? Tego nie wiemy i być może nigdy już się nie dowiemy. Faktem jest, że Darski przeżył, i dziś, swobodnie i radośnie, głosi chwałę tego, który go chciał uśmiercić. A ja mam następujące refleksje. Otóż wygląda na to, że całe to zło, które przez ostatnie lata tak skutecznie oplotło Polskę swoją pajęczyną, właśnie dało ostateczne świadectwo. Pierwszy był wymiar sprawiedliwości w osobie niezawisłego sędziego, który zaświadczył, że publiczne zbezczeszczenie Pisma Świętego jest czystym i niewinnym aktem wolnej twórczości artystycznej, i nikomu nic do tego. Po nim przyszły niezależne media, i poprosiły Darskiego, by został ich współpracownikiem i twarzą. Po nich pojawili się niezależni dziennikarze i poinformowali, że Adam Darski i jego poglądy są równie święte jak to niby święte pismo, i wara od nich różnej maści oszalałym z nienawiści do ludzkiej wolności dewotom. Po dziennikarzach przyszedł Prezydent Rzeczpospolitej i głosem swojego wysokiego urzędnika – co ciekawe, reprezentującego jednocześnie rządzącą partię – oświadczył, że Darski jest przyjacielem, a nie wrogiem. Następnie zabrała głos tak zwana Rada Etyki Mediów i ustami swego przewodniczącego wyjaśniła, że Adam Darski to niezależny ekspert i nauczyciel. Wreszcie, już na samym końcu, zabrała też głos najbardziej postępowa część Kościoła Katolickiego, i autorytetem księdza Adama Bonieckiego zaświadczyła, że Adam Darski to żaden satanista, lecz bardzo kulturalny i łagodny człowiek, a o tym, że on nie jest satanistą, poza jego miłym uśmiechem i ciepłym głosem, świadczy najlepiej to, że on temu jednoznacznie zaprzecza.
W ten oto sposób, linia została nakreślona, role zostały rozdane, świadectwo zostało dane. A mnie najbardziej w tym wszystkim oczywiście interesuje miejsce, jakie w tym wszystkim zajął polski Kościół. Ksiądz Boniecki, zauroczony osobistą kulturą i elokwencją Darskiego, wyraził jednocześnie przypuszczenie, że atak na Nergala to atak motywowany politycznie, a Nergal jest tu tylko pretekstem. I ja, wbrew pozorom, gotów się jestem z Księdzem zgodzić. Tak, walka z Nergalem to w dzisiejszej Polsce walka polityczna. Bo wszystko wskazuje na to – a dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – że za tym całym nieszczęściem, jakie w ostatnich latach było udziałem tego Narodu, stoi właśnie Szatan. I ta nienawiść, i cała działalność polityków takich jak Palikot, ów moralny upadek wielu ludzi Kościoła, zamach w Smoleńsku, męczeństwo i śmierć Prezydenta, to szyderstwo, z jakim zostało zbezczeszczone jego rozdarte na strzępy ciało, jego trumna i jego grób, to wszystko co spotkało Krzyż i ludzi ściskających pod tym Krzyżem swoje biedne różańce, i znów ten Palikot, ukrzyżowany w chrystusowej pozie na okładce „Newsweeka”, wreszcie zdrada znacznej części naszych księży i biskupów – to wszystko tak naprawdę była tylko polityka i tylko Szatan. Kiedy więc dziś, czy to w przejawie tryumfu, czy może przeczucia porażki – Bóg mi świadkiem, że bardzo chciałbym wiedzieć, a nie wiem, dlaczego – Szatan powstał z tak strasznym wyciem, myślę sobie, że polski Kościół dostał nagle swoją drugą szansę i mam radosne wrażenie, że polscy biskupi i wielu księży dziś jednak zaczyna wreszcie widzieć to wszystko z właściwej perspektywy. Że to – owszem – jest polityka, tyle że polityka, która stała się placem boju między siłami Zła i Dobra. I że w tej walce, kwestia wyboru stron, to równocześnie kwestia wyboru cnoty, lub grzechu.
Mam naprawdę radosne wrażenie, że dziś, w sytuacji, jaka się przed nami otworzyła, wielu przedstawicieli polskiego Kościoła ujrzało bardzo wyraźnie, że jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, w pewnym momencie oni opowiedzieli się po stronie Zła. Bo dziś to wszystko widać bardzo jasno. Właśnie w głosach ludzi, którzy dają to swoje czarne swoje świadectwo. A Dobry Bóg nie pozwala im zamilknąć.
Na chwilę jeszcze wrócę do rozmowy Małgorzaty Domagalik z Adamem Darskim sprzed miesięcy. Powiedziała wówczas ta nieszczęsna kobieta, że to taki zabawny paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, który, przyznaję, z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”. Przypominam sobie tę niezwykłą reakcję i myślę, że to może było właśnie tak. Że Pan Bóg wyrwał Darskiego z objęć śmierci, by mu kazać działać i nawracać zbłąkanych. Mam szczerą nadzieję, że On wiedział, co robi. I że to Dzieło niedługo stanie się też i naszym udziałem.

Jeśli komuś powyższy tekst się spodobał, lub go w jakikolwiek pozytywny sposób zainspirował, zapraszam do kupna książki, o której informacja podana jest tuż obok, i wspierania tego bloga pod podanym też obok numerem konta. Jednocześnie informuję wszystkich mieszkańców Katowic i okolic, że autor powyższego tekstu kandyduje w tegorocznych wyborach do Sejmu z list Prawa i Sprawiedliwości w okręgu 31 z pozycji 21.

niedziela, 18 września 2011

Powstrzymać Szatana

Rok który nam właśnie upływa, jest oczywiście ważny, ze względu na bardzo wyraźnie rysująca się możliwość wyrwania Polski z rąk tej bandy bezczelnych uzurpatorów, ale również należy go pielęgnować tak jak każdy inny mijający rok, ze względu na kolejne rocznice, czy to naszej hańby, czy też naszego tryumfu. A często jednego i drugiego – tak niezwykle paradoksalnie – równocześnie. Dopiero co minęła – jak zawsze ledwo zauważona – rocznica sowieckiej napaści na Polskę, a już za chwilę, w grudniu będziemy obchodzić równą, trzydziestą rocznicę rzezi na kopalni „Wujek”, i choć do tego dnia zostało nam jeszcze sporo czasu na myślenie o różnych sprawach, wydaje mi się, że okres przedwyborczy powinien nas tu odpowiednio zainspirować. Chodzi mi oto, że nie mam najmniejszej wątpliwości, że sposób w jaki będziemy obchodzić tę rocznicę, ranga jaka tym obchodom zostanie nadana, czy wreszcie ich uroczysty charakter, to wszystko będzie w znacznym stopniu zależało od tego, kto te wybory wygra i kto będzie przez kolejne miesiące Polską rządził. Jeśli to będzie Platforma Obywatelska, możemy być pewni, że wszystko skończy się na tym, że całością zajmie się „Solidarność”, a władza, ze strachu przed wściekłością ludzi, wyśle tam, z jednej strony, ministra Nowaka, z drugiej ministra Boniego, obaj zostawią tam odpowiednie wieńce i zwieją w ciągu dziesięciu minut. I tak minie 30 lat od dnia, w którym komunistyczne państwo polskie dołączyło do długiej listy najbardziej krwawych reżimów powojennej Europy, i jak się okazuje, całkowicie bezkarnie.
Dlaczego uważam, że jeśli po najbliższych wyborach Platforma Obywatelska zachowa władzę, pamięć po tamtych dziewięciu górnikach zostanie ostatecznie sprywatyzowana, a więc oddana w ręce nielicznych rodzin i grupy lokalnych związkowców? Pierwszy powód jest oczywiście taki, że kulturowy i cywilizacyjny wymiar tego projektu, w swoim kalendarzu tego typu zdarzeń nie uwzględnia. A jeśli, ni stąd ni zowąd, gdzieś ktoś coś na ten temat bąknie, to wyłącznie po to, by mieć czystsze sumienie w przypadku, gdy, w ramach codziennej walki, trzeba będzie kogoś oszukać, okraść, czy zwyczajnie zabić. Ludzie tworzący Platformę Obywatelską, i to nie na zasadzie większości, ale wszyscy – od pierwszego do ostatniego – polską historię, polskie bohaterstwo, polską walkę, polskie cierpienie, i w ogóle Polskę, mają w głębokiej pogardzie, a jeszcze częściej w najgłębszej obojętności. Wszyscy oni, jeśli dotychczas jeszcze nie wystawili sztandaru z napisem „Solidarność” na jakiejś aukcji, to wyłącznie dlatego, że jakoś podskórnie czują, że bez tej „Solidarności”, oni dziś byliby najwyżej jakimiś lokalnymi sekretarzami partii, lub kierownikami miejscowego gieesu.
Drugi powód, dla którego uważam, że, w przypadku przegranej Prawa i Sprawiedliwości, jakiekolwiek poważne państwowe obchody 30. rocznicy nie wchodzą w grę, jest taki, że, czy to będzie Donald Tusk, czy ktoś, kto Donalda Tuska po tych wyborach z partii usunie, będzie siłą rzeczy miał na głowie ważniejsze rzeczy, niż zajmowanie się jakimiś górnikami, jakąś kopalnią i jakimiś historiami sprzed 30 lat. No, może prezydent Komorowski coś tam każe Nałęczowi przygotować, ale na tym koniec. Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Taka mianowicie, dlaczego ja nagle zacząłem myśleć o „Wujku” i o tej rocznicy? Otóż to akurat jest, moim zdaniem, na tyle ciekawe, że warto tej sprawie poświęcić najpierw osobny akapit, a następnie już resztę wpisu.
Tak się złożyło, że w zeszłym tygodniu przez trzy dni gościliśmy u siebie dwóch Włochów z Sardynii. Przyjechali oni do Polski, bo chcieli zobaczyć, jak tu jest, a forma ich tu pobytu oparta była na czymś, co się nazywa „couch surfing”. Polega to na tym, że w dzień się zwiedza świat, a w nocy śpi nie w hotelach, lecz u poznanych przez Internet ludzi – oczywiście na zasadzie wzajemności. Tak się złożyło jednak, że starsza Toyahówna, która ich tu zaprosiła, właściwie w przeddzień ich przyjazdu ciężko się rozchorowała, a ponieważ pani Toyahowa pracuje, a młody Toyah i jego najmłodsza siostra się wstydzili, wyszło na to, że Sardyńczykami zajmować mam się ja. W sumie, nie było to ciężkie zadanie, choćby z tego względu, że obaj Sardyńczycy jakoś tam potrafili mówić po angielsku, wszystko ich interesowało i nie byli zbyt wymagający, jak idzie o towarzyszenie im stale i wszędzie. Moja rola właściwie sprawdziła się do tego, by im opowiedzieć o Katowicach i o Polsce, pokazać im jedyne miejsce, którego prawdopodobnie nikt inny by im nie pokazał, a więc okolice kopalni „Wujek” i znajdujące się obok muzeum, a na końcu tego ich pobytu zaprowadzić ich do miejsca, skąd mieli pojechać busem do Auschwitz.
I, powiem szczerze, że jeśli to Auschwitz zrobiło na nich większe wrażenie, niż wizyta w muzeum przy kopalni „Wujek”, to ja nie bardzo sobie mogę wyobrazić, jak to musiało wyglądać. Ja nie mówię, że oni sobie wyrywali włosy z głowy i zalewali się łzami, bo tak oczywiście nie było, natomiast najzwyczajniej w świecie byli wstrząśnięci. Co jednak ciekawsze, oni byli niemal w tym samym stopniu wstrząśnięci tym, czego się dowiedzieli podczas tej wizyty, na temat tego, co się niespełna 30 lat temu wydarzyło w samym środku naszej wspólnej Europy, jak i tym, że oni na temat tych wydarzeń nie mieli dotychczas bladego pojęcia. I wciąż mnie pytali, dlaczego nikt w Europie – a mają wszelkie powody, by tak przypuszczać – nie dość że nie wie, że to w Polsce, a nie pod berlińskim murem, zaczęły się przemiany roku 1989, to nigdy nie miał okazji usłyszeć, że tak jeszcze niedawno, bo zaledwie w grudniu roku 1981, gdzieś w Europie doszło do tego, że z rozkazu władzy, strzałem z odległości 90 metrów snajper zabił strajkującego górnika. Że kiedy zakończyła się pacyfikacja kopalni, milicja i wojsko wywlekało z karetek pogotowia rannych górników, a ratujących ich lekarzy i sanitariuszy biło i zastraszało. Że, kiedy już ci którzy mieli zostać rozstrzelani, rozstrzelani zostali, wszyscy ci, którym udało się ujść z życiem, zostali w majestacie prawa wsadzeni do paki. Oni mnie o to pytali, a ja jedyne co im mogłem na to powiedzieć, to to, że tak się to jakoś porobiło, że przez minione dwadzieścia lat – przez znaczną większość tego czasu władzę w Polsce sprawowali, ludzie, dla których przyszłość – a może jeszcze bardziej teraźniejszość – była znacznie ważniejsza, niż jakieś tam bzdury sprzed lat.
Zresztą oni to mogli zobaczyć bez moich wyjaśnień, zwiedzając to muzeum. Oczywiście, ono nie jest tak wystawne, jak, powiedzmy, Muzeum Powstania Warszawskiego, ale, na swoją własną miarę, stara się być atrakcyjne. A zatem, dla wzmocnienia nastroju, cały czas słychać warkot tych helikopterów, i jest pięknie zrobiona, wielka makieta, przedstawiająca teren kopalni w dokładnie takim kształcie, w jakim zastały go wkraczające czołgi, są zdjęcia, są pamiątki… no i jest ten nieprawdopodobny film. A nad tym wszystkim ten niezwykły krzyż w krzyżu. No i jest człowiek, który tam sobie siedzi i czeka, najczęściej niestety, zupełnie nieskutecznie, na ewentualnych zwiedzających, żeby przyszli i – zupełnie za darmo – zobaczyli ten kawałek historii Polski, Europy i świata. Dlaczego nieskutecznie? No więc właśnie. Odpowiedź jest jedyna i logiczna. Bo tak to się jakoś przez te dwadzieścia lat stało, że Polska straciła dla tych wydarzeń zainteresowanie. A skoro Polska, to i Polacy. A skoro Polacy, to wszyscy – nauczyciele, dziennikarze, politycy, artyści, filmowcy, pisarze… . Opowiedziałem to wszystko naszym gościom z Sardynii, oni na to pokiwali głowami i – jak już wspomniałem wcześniej – pojechali do Auschwitz.
Zbliżają się te wybory, i wedle najświeższych prognoz, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wygra je Prawo i Sprawiedliwość. Wydaje się też jednak możliwe, że do Sejmu wejdzie Janusz Palikot i paru jego ludzi. Jest oczywiste, że – tak czy inaczej – bardzo silną grupę w Sejmie będzie tworzyć Platforma Obywatelska i SLD, a kto wie, czy znowu nie PSL. Ostatnio przestrzeń publiczną wypełnia debata na temat tego, czy to iż niejaki Darski – satanista i bohater kultury masowej – zasłużył na to, by zostać jedną z gwiazd publicznej telewizji. A ja się boję, że – może jeszcze nie w tym roku, ale już niedługo – dojdzie do tego, że przy okazji którejś z kolejnych rocznic rozprawy, jaką w roku 1981 Polska urządziła strajkującym górnikom, władze zorganizują na terenie kopalni „Wujek” wielki wspomnieniowy koncert, przed rozpoczęciem którego uroczyste słowo wygłosi minister Sławomir Nowak z Kancelarii Prezydenta, a którego główną gwiazdą będzie zespół Behemoth.

Jak niektórzy wiedzą, to co ja na tym blogu wypisuję, sprawiło, że straciłem pracę, a jednocześnie możliwość utrzymywania rodziny. Dzięki solidarnej pomocy czytelników tego bloga – a więc też, paradoksalnie, przez te teksty – zarówno my, jak i sam blog, jakoś żyjemy. Dziękując za wszystko, proszę jednocześnie o dalszą pamięć. Kiedy ona się skończy, ten blog umrze śmiercią naturalną. Jednocześnie, zachęcam do kupowania mojej książki. Jest naprawdę dobra. Wystarczy kliknąć w okładkę obok. Tuż nad numerem konta.

środa, 1 czerwca 2011

Paint It Black

Jak może część z czytelników tego bloga wie, po moim mieście poruszam się albo na piechotę, albo komunikacją miejską. Nie wiem, jak to się dzieje i jak to się stało dotychczas, ale kilka dobrych razy zdarzyło mi się napotkać pewną dziewczynkę, w wieku – czy ja wiem? – może 16, a może 17 lat, która zrobiła na mnie wrażenie niezwykłe. Otóż to co się, jak idzie o nią, rzuca w oczy, to przede wszystkim to, że ona swoją twarz ma przyozdobioną kilkunastoma kolczykami. Wszystkie z nich są czarne i oblepiają jej wargi, nos i uszy. Dziewczynka jest blondynką, a więc te kolczyki odbijają się na jej twarzy szczególnie wyraźnie. Jest wiecznie smutna. Czy jest brzydka, czy ładna? Trudno powiedzieć, ale raczej brzydka. Tyle że z kolei, bardzo możliwe, że gdyby ona zechciała się też nad tym zastanowić, to mogłoby się okazać, że jednak jest bardzo ładna. Ale najwyraźniej to akurat nie jest jej zmartwieniem. W dodatku, ona w taki sposób ustawiła sobie swój image, że jej włosy zakrywają jej oczy, co z kolei sprawia, że normalny człowiek – za którego wciąż się niekiedy uważam – zastanawia się już tylko, jak ona jest w stanie znieść tak ciężką niewygodę.
Jednak zastanawiam się jeszcze nad czymś oprócz tego. Otóż, ponieważ widziałem ją kilka razy, jednak zawsze pozbawioną jakiegokolwiek towarzystwa, chciałbym wiedzieć, czy ona jest samotna, czy nie? Czy jest szczęśliwa, czy ma mamę i tatę, czy ma brata i siostrę, czy chodzi do szkoły, czy ma przyjaciół.? Czy jej znajomi ja lubią, czy może uważają ja za dziwadło i idiotkę? A jeśli tak, to czy ona się tym martwi, czy nie? Czasem bawi się ona komórką, chociaż może się i nie bawi, tylko z kimś sobie wysyła esemesy? Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej, to dziecko robi na mnie wrażenie jak najgorsze. Najgorsze w tym sensie, że ja mam bardzo głębokie przekonanie, że ono spada na łeb na szyję.
Spytałem o nią swoją najmłodszą córkę, która zna najróżniejsze typy snujące się po jednej czy drugiej okolicy, opisałem ją najlepiej jak umiałem, ale mi odpowiedziała krotko, że ona się z emo nie zadaje. No tak. Więc wyszło na to, że to dziecko, które mi tak bardzo ostatnio zawraca w głowie, to zwykłe emo. Czy więc nie ma o czym gadać? Otóż chyba jednak nie. Powodów do rozmowy jest przynajmniej kilka, a podstawowy z nich, to ten, o którym już wcześniej wspomniałem. Jaki pojedynczy los stoi za tego rodzaju upadkiem? Córka moja twierdzi, że to jest zwykła wieśniacka moda. A ja sobie myślę, że może i jest to zwykła wieśniacka moda, tyle że to wciąż nie załatwia sprawy do końca. Bo zawsze się można dalej zastanawiać, dlaczego taka akurat moda i dlaczego tych dziwnych mód, nastawionych na to, że człowiek ma wyglądać smutno, brzydko i tak okropnie samotnie, jest tak bardzo ostatnio dużo?
Kiedy tak się snuję po moim mieście, obok tej dziewczynki, mam okazję często widzieć inny typ dziecka. I to jest, jak podejrzewam, coś bardziej już popularnego, a wręcz nagminnego. Mam na myśli ubrane na czarno dziewczyny, wprawdzie bez powbijanych w swoje blade twarze kolczyków, ale za to z jakimiś tatuażami, i obwieszone wszelkiego rodzaju ‘metalową’ symboliką. One wszystkie, niemal bez wyjątku, są okropnie brzydkie, często bardzo grube, i znów – gdyby nie rzucały się tak bardzo w oczy – mogłyby się nagle okazać i ładne i sympatyczne i mądre i wesołe, tyle że one najwidoczniej mają taki właśnie cel. Wyglądać źle i ten swój fatalny wygląd możliwie starannie akcentować. A więc są takie jakie chcą być – grube, wstrętne, z tymi naciągniętymi na swoje ciężko otłuszczone nogi i pupy siatkowanymi rajstopami. Czasem na nie patrzę i myślę sobie dokładnie o tym samym, o czym myślałem przy okazji tamtej blondynki ze zmasakrowaną twarzą. Czy one mają rodziców, dom, brata, siostrę, czy chodzą do szkoły, i czy są w ogóle na tyle przytomne, by się w ogóle zastanawiać nad swoim szczęściem? I nieszczęściem.
Kiedy się nie ma samochodu, kiedy się jeździ tramwajami i autobusami, kiedy się wreszcie chodzi dużo ulicami, a na dodatek ma się ten charakter, który każe jednak zauważać ludzi, można zobaczyć naprawdę wiele. I to zarówno rzeczy pięknych, jak i ohydnych. Rzeczy świadczących o wielkości człowieka, ale tez o jego upadku. A jeśli na domiar wszystkiego ma się naturę chętną do refleksji – choćby tej najprostszej refleksji wiejskiego głupka – naprawdę nie jest łatwo machnąć na ten świat ręką i powiedzieć sobie, że jest jak jest i pora coś zjeść. Pomyślałem sobie o tym wszystkim wczoraj wieczorem, kiedy w telewizji – a jakże – pokazano reportaż, ogólnie rzecz biorąc o tak zwanych ludziach obłąkanych cywilizacyjnie, ale głównie w oparciu o przypadek księdza o nazwisku Piotr Natanek. Szczerze powiem, że tak się jakoś stało, że wcześniej o tym księdzu nie słyszałem, natomiast, jak się okazuje, słyszały o nim wszystkie moje dzieci. Gdzie? Oczywiście w Internecie. Co ksiądz Natanek robi w Internecie? Oczywiście prowadzi w Internecie swoje nauczanie, ale akurat jego popularność nie wynika z tego, co on robi na administrowanych przez siebie i swoich przyjaciół stronach, lecz z bardzo zmasowanego ataku, jaki jest na niego prowadzony właśnie w Internecie. Ksiądz Natanek, jak idzie o wymiar popularny naszego świata, stanowi rozwinięcie przypadku Radia Maryja w wersji hard. Skala kpin skierowana pod adresem księdza Natanka przekracza wszelkie dotychczas nam znane standardy. Ksiądz Natanek to śmiech i szyderstwo Polski nowoczesnej i wykształconej, na miarę niejakiego Konowicza. Wczoraj, księdzu Natankowi telewizja TVN24 poświęciła swój program.
Kim jest ksiądz Piotr Natanek? Otóż, jak można przeczytać w wikipedii, jest to urodzony w 1960 roku Makowie Podhalańskim kapłan, kaznodzieja i rekolekcjonista, były wykładowca Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Jest autorem kilkunastu książek i rozpraw naukowych o charakterze teologicznym. Kiedy na polu kapłańskim i naukowym ksiądz Natanek osiągnął to co osiągnął, uruchomił ośrodek rekolekcyjny o nazwie Pustelnia Niepokalanów, w którym młodzi ludzie pod opieką kapłana i animatorów spędzają czas na modlitwie, katechezie, pracy i wypoczynku. Przy domu rekolekcyjnym cały rok funkcjonuje grupa modlitewna i tak zwane Bractwo Dusz Czyśćcowych. Przy pomocy norweskiej – swoją drogą, to bardzo ciekawe, że ta fundacja ma swoją siedzibę akurat w Norwegii – fundacji pod nazwą Społeczny Ruch Zapotrzebowania Wiary, której filią stała się Pustelnia Niepokalanów w Grzechyni, uruchomił internetową telewizję CHRISTUS VINCIT-TV, w której oprócz transmisji nabożeństw z pustelni nadawane są nagrania z rekolekcji i katechez wygłoszonych przez Księdza. Wraz z młodzieżowym chórem, nagrał też ksiądz Natanek dwie autorskie płyty. Działalność księdza Piotra Natanka została przez Kościół potępiona, a on sam został poproszony o zamknięcie swojej duszpasterskiej działalności prowadzonej w Pustelni Niepokalanów, oraz zaprzestanie publicznych wystąpień i rozpowszechniania w jakiejkolwiek formie swoich nowych i archiwalnych wystąpień.
Pomimo tego, ksiądz Natanek nadal prowadzi swoją działalność duszpasterską, tyle że teraz poszerzoną jeszcze o krytykę komisji teologicznych.
Tego akurat w notce na wikipedii nie znalazłem, podobnie jak nie padło na ten temat słowo we wczorajszym programie w telewizji TVN24, niemniej mam bardzo mocne przekonanie, że gdyby ksiądz Natanek jeździł ze mną autobusem przez moje miasto i nagle spotkał tę dziewczynkę z czarnymi kolczykami powbijanymi w twarz, powiedziałby, że ona jest opętana przez Szatana. Czemu tak sądzę? Otóż świadczyć o tym może to, że, z tego co słyszę, ksiądz Natanek uważa najprawdopodobniej, że ta dziewczynka po raz pierwszy spotkała na swojej drodze Szatana w momencie nawet nie, gdy umieściła sobie w wardze pierwszy kolczyk, ale jeszcze wcześniej – kiedy pomalowała sobie paznokcie na jaskrawo czerwony kolor. Bo tak właśnie przedstawia się przesłanie księdza Natanka. Kiedy dziecko maluje swoje paznokcie na jaskrawe kolory, staje się dzieckiem Szatana. I to jest właśnie przedmiot kpin z tego co ksiądz Natanek robi, co mówi, i kim jest. Ksiądz Natanek wierzy, że kiedy dziecko sięga po książkę o przygodach Harrego Pottera, w tym momencie obok niego staje Szatan. I dlatego z księdza Natanka świat się śmieje.
Otóż ja się z księdza Natanka ani nie śmieję, ani śmiać nie zamierzam. I to wcale nie dlatego, że to co on robi i w co wierzy, i to jak on postępuje, uważam za słuszne. Mowy nie ma. Ja uważam, że ksiądz Natanek jest w bardzo ciężkim błędzie. Uważam, ze typ aktywności, jaki on przedstawia i proponuje, jest w znacznej mierze niemądry, a może nawet i szkodliwy. Jednocześnie jednak uważam, że ksiądz Natanek znalazł się w miejscu, w którym znalazło się bardzo wielu z nas, a mam tu na myśli sytuację, którą po angielsku – tak już mam z tym angielskim – określa się przy pomocy wyrażenia ‘cross-over’. A więc ksiądz Natanek przekroczył pewną granicę, i znalazł się tam, gdzie akurat obca myśl nie jest w stanie sięgnąć. A z tego akurat śmiać się nie wolno.
Ale nie śmieję się z księdza Natanka jeszcze z innego powodu. Otóż uważam, że takich księży jak Piotr Natanek, ale nie tylko księży, bo i osób świeckich, jest na całym świecie całe mnóstwo, i ich poglądy i aktywność są przez ten świat z wyrozumiałością zaakceptowane. Szczególnie choćby w amerykańskich kościołach protestanckich. Księży, którzy uważają, że wyzywające stroje u młodych dziewcząt, moda na tatuaże, zaczytywanie się w przygodach Harrego Pottera, słuchanie muzyki rockowej, świętowanie Hallowe’en, włóczenie się po centrach handlowych, czy nawet oglądanie telewizji – to wszystko oznacza służenie Szatanowi. Dlaczego? Nie wiem dlaczego, ale sądzę, że to jest reakcja na jakieś ciemne procesy, jakie zachodzą nie w ich mózgach, lecz jak najbardziej ciemne procesy zachodzące w otaczającym ich świecie. Ludzie ci widzą, że świat zmierza ku ruinie, i wyciągają z tego takie wnioski a nie inne. I mają do tego prawo. A my nie mamy prawa się z nich śmiać.
Jest jednak jeszcze jeden powód, dlaczego nie śmieję się z księdza Natanka, natomiast mam jak najgorsze zdanie o tych, którzy znajdują rozkosz w układaniu na jego temat najróżniejszych kpin i żartów. W tym samym programie, w którym zaprezentowano nam osobę, działalność i poglądy księdza Natanka i umieszczono je w kontekście nowego cywilizacyjnego obłędu, oddano na chwilę głos niejakiemu Adamowi Darskiemu. Kto to jest Adam Darski? Otóż jest to, jak mówią, zdolny polski muzyk i gitarzysta, szef black metalowego zespołu o nazwie Behemoth – co jak wiemy stanowi jedno z imion Szatana – niekiedy występujący pod pseudonimem Nergal – co z kolei, czego już możemy nie wiedzieć, stanowi imię sumeryjskiego boga zarazy. Adam Darski stał się ostatnio bardzo popularny z trzech powodów. Pierwszy to taki, że jego zespól zrobił autentyczna międzynarodową karierę, drugi to ten, że on sam na pewien czas został chłopakiem popularnej piosenkarki Dody, a powód trzeci to taki, że jakiś czas temu zachorował na białaczkę i szczęśliwie wyzdrowiał. Jest jednak jeszcze jeden powód, dlaczego ów Darski jest osobą tak popularną. Otóż on, kiedy występuje poza sceną, robi niezwykle dobre wrażenie. Jest miły, elokwentny, i w pewien sposób inteligentny. Kiedy ogląda się Darskiego w sytuacji prywatnej, trudno uwierzyć, że to jest ten sam człowiek, który w swojej pracy zawodowej osiąga poziom najbardziej przerażającego dna. Że to jest ten sam człowiek, który, kiedy zarabia na życie, prezentuje poziom obłędu, przy którym to co robi ksiądz Natanek, kiedy wznosi kropidło nad głowami dzieci z jaskrawo-czerwonymi paznokciami, jest zaledwie nudną mżawką.
Ale jest jeszcze coś, jeśli idzie o Darskiego. Ów Darski, kiedy występuje jako ten miły, uprzejmy i inteligentny człowiek i opowiada o tak swojej drugiej twarzy, nigdy nie mówi, że tamto to jest tylko zabawa i kreacja na użytek czegoś, co się popularnie nazywa sztuką. O nie! To co Darski robi jako Nergal jest czymś jak najbardziej poważnym, i to własnie tam on się realizuje jako człowiek. On zresztą co do tego ma swoje bardzo poważne i pogmatwane teorie, w które nie mamy tu czasu, by wnikać, ale które sprowadzają się do jednego zdania „Bóg przegrał”. A więc, kiedy oglądamy Adama Darskiego w akcji, otrzymujemy jednocześnie bardzo poważną propozycję, o bardzo poważnym przekazie. A jeśli do tego weźmiemy pod uwagę fakt, że ten przekaz nie ma nic wspólnego z tym, co współczesny świat – zresztą bardzo niemądrze – uznał za obowiązujące, a więc umiar i racjonalizm, to trzeba uznać, że Adam Darski jest zwyczajnie osobą obłąkaną. Kimś mniej więcej tak samo sprawnym umysłowo, jak owi przywódcy sekt, które to tu to tam wysłały siebie i swoich wyznawców w kosmos.
I oto, wczoraj w telewizji oglądam, jak w programie, którego podstawowym celem jest wskazanie na raptowny wzrost znaczenia tak zwanych sekt i opętań, negatywnym bohaterem tej relacji staje się ksiądz Natanek i… ależ nie! Nie Adam Darski. On tam jest przedstawiony jako ekspert i ofiara prześladowań ze strony sekt. A jego naczelnym prześladowcą jest drugi obok Natanka wariat i obłąkaniec, niejaki Nowak, któremu nie podoba się, że Darski potargał Pismo Święte. Darski w tej relacji stoi przed kamerą ze spokojnym uśmiechem i prosi wyłącznie o tolerancję i zrozumienie. A my wiemy też, że on, jako ktoś kto ledwo co, dzięki swojej wytrwałości, wierze i nadziei, wyrwał się z rąk śmierci, ma szczególne prawo do tego, by od ludzi oczekiwać przynajmniej pewnej łagodności. A telewizja TVN24 przyłącza się do tego apelu, tyle że przyznaje jednocześnie niestety, że na kogo jak na kogo, ale na Natanka i Nowaka liczyć to nie będzie można. Bo oni są zwyczajnie opętani. A ja już wiem, że jeśli będzie do tego potrzebna jakaś teoretyczna podstawa, z pewnością jej dostarczy albo ksiądz Sowa, albo, jeśli Ksiądz będzie zajęty, Szymon Hołownia.
A więc niech mnie piekło pochłonie, jeśli kiedykolwiek będę się śmiał z księdza Natanka i z jego niemądrych uwag na temat czerwonych paznokci. Świat bowiem, który któregoś dnia księdzu Natankowi runął na głowę, zrobił naprawdę wiele, żeby już tylko budzić podejrzenia. I to podejrzenia rozmaite, od ziemi do nieba, od wschodu do zachodu słońca. A jeśli ktoś jedzie sobie tramwajem i nagle widzi to tak strasznie poturbowane dziecko, którego twarz jest tak straszliwie zdemolowana tymi czarnymi kolczykami, i którego oczy są tak kompletnie zasłonięte przed światłem dnia grzywką jasnych jak piasek włosów, z tym smutnym telefonem komórkowym w dłoni, i myśli że nic się nie stało, jest bezużytecznym głupcem, który nie ma żadnego powodu, żeby dłużej zabierać powietrze innym. I to niezależnie od tego, co ksiądz Natanek powie w swoim kolejnym kazaniu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...