Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Zanussi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Zanussi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2020

Między sztuką a sennym koszmarem (repryza)


Ponieważ wyjeżdżam na kilka dni do księdza Krakowiaka na rekolekcje i towarzyskie conieco, zdecydowałem, że do końca tygodnia nie będzie nowych tekstów, natomiast tak by nie pozostawiać Czytelników zdanych tylko na uprzejmość innych autorów, pomyślałem sobie, że będę tu przypominał starsze notki, które uznam za warte przypomnienia, szczególnie dla tych z nas, którzy są tu od niedawna. W tej sytuacji dziś zapraszam do czytania pierwszej z nich, mimo że z roku 2009, wcale nie tak bardzo nieaktualnej, a jednoczesnie zachęcam uczestników tego bloga do zamieszczania swoich refleksji. To naprawdę nie jest nic trudnego.

      Kiedy powstawał wczorajszy mój wpis, najpierw w mojej głowie, a następnie już tu, na tym blogu, wiedziałem naturalnie, że zło które stało się jego tematem, ma dwa końce. Na jednym z nich, co oczywiste, stoi bezpośredni jego sprawca, czyli Roman Polański, natomiast na drugim ci wszyscy, którzy dziś, albo z wyrachowania, albo ze skrajnej bezmyślności, mu klaszczą. I kiedy piszę o klaskaniu, mam na myśli klaskanie dosłowne, a nie tylko zwykłe zrozumienie dla tego, co on przed ponad trzema dekadami zrobił temu dziecku, czy choćby ledwo wybaczenie. Mówię o autentycznym klaskaniu, którego wprawdzie na razie nie słychać, ale które już z całą pewnością widać i co do którego nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że kiedy on już opuści ten areszt i rozpocznie tryumfalny objazd swoich włości, to je usłyszymy. I będziemy patrzeć na te rozjaśnione szczęściem twarze i wiernie wyciągnięte dłonie, by i nas dotknął i by nas raczył zauważyć. I słuchać tego falującego zgiełku radości i ostatecznej satysfakcji.
      I to czego będziemy świadkami, już w żadnej mierze nie będzie przypominało owego, wcześniej już wspomnianego, „płonącego, jastrzębiego tryumfu”, lecz będzie już tylko czystą beztroską radością. Radością tych, którzy po prostu cieszą się, że ten którego kochają, wyrwał się ostatecznie z rąk złych, nicnierozumiejących i tak okropnie niesympatycznych ludzi. A przecież może i nawet zwierząt?
      Wiedziałem więc o tym, że to zło tworzy bardzo szczególną pętlę, choćby dlatego, że to zawsze się tak dzieje. Tak to już na tym biednym świecie jest, że występek nigdy nie działa w izolacji. Zawsze jest tak, że ktoś kogoś krzywdzi, kogoś innego gorszy, a na zewnątrz tego wszystkiego jest zawsze wystarczająco duża grupa tych, których ta ciemność, w ten czy inny sposób, urzeka. To co pozostaje zagadką, to wyłącznie, jak duża będzie ta grupa i kto się w niej znajdzie. Wśród całej plejady najróżniejszych postaci – przyjaciół, znajomych, wielbicieli talentu Romana Polańskiego, czy w końcu tylko ludzi, dla których jest coś zawsze niezwykle interesującego w dociekaniu, jak to zło w gruncie rzeczy złem nie jest – widzieliśmy i znanych artystów, polityków, aktorów, dziennikarzy, czy reżyserów. Widzieliśmy też osoby zupełnie nieznane, dopiero wchodzące na ten rynek, ledwo co aspirujące do tego, by zahaczyć swoim sumieniem o to, co się na naszych oczach dzieje. A więc była Izabela Cywińska i pozostali autorzy listu w sprawie ratowania Polańskiego przed nieludzkim prawem, był Wojciech Pszoniak w nieodłącznym szaliku, był Ryszard Kalisz ze swoją skupioną miną doświadczonego prawnika, ale też nawet pojawił się niejaki Borys Lankosz – postać mi zupełnie nieznana – swoją elokwencją i dyskretnym poczuciem humoru, udowadniając, że ci co go zaprosili do złożenia świadectwa, z całą pewnością wiedzieli co robią.
      Pojawił się jednak jeszcze ktoś, kto – całkowicie nieoczekiwanie – przebił wszystkich pozostałych w tworzeniu tej nowej rzeczywistości końca czasów. Mam na myśli reżysera, Krzysztofa Zanussiego. O Zanussim mam opinię szalenie pogmatwaną. Z jednej strony, uważam, że jego wczesne filmy, takie jak Barwy ochronne przede wszystkim, czy Życie rodzinne, czy nawet Iluminacja, to arcydzieła europejskiego kina, a scenariusze, które sam tworzył, to przykłady naprawdę wielkiej literatury. Nie mam też wątpliwości co do tego, że w czasach gdy dawał się poznać szerokiej publiczności, miał on wszelkie cechy człowieka niezwykle wrażliwego, a kto wie, czy wręcz mądrego. Z drugiej strony, z mojego punktu widzenia, jego twórczość w późniejszych latach, stopniowo, z każdym rokiem, artystycznie i intelektualnie się degenerowała, aż osiągnęła poziom tego czym on się zajmuje obecnie. Czyli sztuki, która pod każdym względem jest tak nieporadna, tak niechlujna i wreszcie artystycznie tak zła, że fakt iż Zanussiemu wciąż ktoś daje pieniądze na to co on robi, może tylko budzić charakterystyczne uniesienie brwi.
      Jest jednak jeszcze coś, co jeśli idzie o osobę Krzysztofa Zanussiego, dręczyło mnie od samego początku. Ile razy go widziałem i słuchałem, to oprócz tego niezmiennego przekonania o tym, że jego ciepły i zrównoważony głos niesie przekaz zawsze bardzo ważny, czułem, że z nim jest coś nie w porządku. Tak jakby ten jego wizerunek był, bardzo dyskretnie, przybrudzony czymś obcym, kompletnie nieopisanym, niedotykalnym, a co – jeśli się kiedyś ujawni – może wywrócić całą naszą opinię na jego temat do góry nogami. Pisząc te słowa, chcę być maksymalnie delikatny, bo cała ta sprawa jego bardzo ciemnej strony – mam wrażenie – jest bardzo delikatna. Chodzi mi o to, że przez te wszystkie lata, kiedy jeszcze zachwycałem się twórczością Zanussiego, miałem bardzo silne poczucie tego, że on, kiedy zamyka za sobą drzwi swojego mieszkania, wyzwala demony. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, o jakich demonach myślę, choćby dlatego, że z demonami jest jakoś tak, że one są jak ludzkie koszmary. Niezliczone i nigdy do końca nieopisane.
      I myślę, że jest to najlepszy moment, by zapewnić wszystkich, że wcale nie mam tu na myśli faktu współpracy Krzysztofa Zanussiego ze służbami. Ani nie wiem, czy wiadomości, które swego czasu podała Gazeta Polska są wiarygodne, ani też – nawet gdyby były bardzo wiarygodne – jego losy jako komunistycznego kolaboranta nie są dla mnie bardzo interesujące. Choćby z tego względu, że ja mam bardzo silne przekonanie, że bezwzględna większość środowiska, które reprezentuje Zanussi, a więc reżyserów i aktorów, współpracowała ochoczo, w ten czy inny sposób, dzień i noc. Mówiąc o tej mrocznej stronie duszy Krzysztofa Zanussiego, mam na myśli coś całkowicie ponad- i poza-politycznego. Coś, co nigdy nie pozwalało mi do końca patrzeć na niego w taki sposób, jak się patrzy na ulubionego, czy nawet pogardzanego artystę. Mówię tu o Zanussim, jako o osobie całkowicie prywatnej. Jako o kimś kto mieszka – nomen omen – za ścianą.
      I właśnie wczoraj, Krzysztof Zanussi wystąpił w programie Moniki Olejnik Kropka nad i. Oczywiście, podobnie jak większość środowiska, był oburzony tym, w jaki sposób i amerykańskie prawo i znaczna część opinii publicznej potraktowała jego kolegę, Oczywiście objaśniał, tak uwodzicielsko jak tylko on potrafi, wszelkie niuanse jakie niesie ze sobą zło. Opowiadał o tego zła psychologii i o tym, jak ludzie są zdeterminowani swoim własnym, osobistym nieszczęściem i jak to ciężar, który na sobie niosą nie pozwala im pokazać całej swojej szlachetności. W pewnym momencie nawet pozwolił sobie na utratę naturalnej dla siebie kontroli, i nazwał tę dziewczynkę, którą Roman Polański tak brutalnie skrzywdził przed laty – prostytutką. Więcej. Nazywając ją w ten sposób, uruchomił w sobie całą dla niej pogardę, która w pewnym momencie stała się wręcz fizyczna. A później na dodatek, starając się relatywizować zło, które uczynił Polański, skierował swoje oburzenie na tych, którzy to zło pokazują palcem, zarzucając im uleganie najniższym instynktom tępej zawiści i pragnienia ludzkiej krzywdy. Więc, zajmując się dziś osobą Krzysztofa Zanussiego, nie kieruję się swoim oburzeniem na to, co u niego jest dokładnie takie samo, jak u pozostałych reprezentantów środowiska, czyli złość, zakłamanie, krętactwo i kompletny brak wrażliwości. W tym co mówił Zanussi znalazłem coś znacznie większego, co stanowczo przekracza wszystko to, czym zabłysnęli jego koledzy. Otóż on, objaśniając urok tego zła, starając się znaleźć dla niego maksymalnie życzliwy opis, odmawiając ludziom prawa do wyrażania moralnego oburzenia, plując wreszcie na to nieszczęsne dziecko swoją napuszoną, pełną wyniosłości pogardą, jednocześnie mówił cały czas o grzechu i o zwycięstwie tego grzechu. Pokazywał świat, który doszedł już do swojego końca, gdzie wszystko już wolno, gdzie zło spowszedniało tak iż już nie wiadomo, co nim jeszcze jest, a co nim już być przestało. Biedna redaktor Olejnik wciąż starała się utrzymać go na powierzchni zdarzeń i czynów, a on jak oczarowany wracał nieustannie do tego zwycięskiego Szatana. Od początku do końca tej audycji, niemal przez cały czas, poruszał się Krzysztof Zanussi na poziomie niemal religijnym. W pewnym momencie, z przerażeniem zauważyłem, że wiele z tego co on mówi, mogłoby się zupełnie uczciwie znaleźć w którymś z ostatnich tekstów, które powstały w ramach tego blogu. Z jedną, bardzo kluczową różnicą. On opisywał to zło jako byt tryumfujący i jednocześnie ludzi, którzy temu złu ulegają, jak całkowicie bezbronne, zdeterminowane, a przez to całkowicie usprawiedliwione, jego ofiary. Pod koniec programu był już tak nakręcony, że już tylko czekałem, aż uniesie w górę ręce i zawoła „Chwalmy Pana, bo oto przyszedł Król Ciemności!”
      Zastanawiam się więc teraz, co sprawiło, że Krzysztof Zanussi – z taką złością mówiąc o tym zgwałconym dziecku – pokazał tę swoją, dotychczas mniej lub bardziej starannie ukrytą, twarz. I przychodzą mi do głowy dwie możliwości. W pierwszą właściwie nie potrafię uwierzyć, więc pozostawię czytelnikom tego bloga, by sami ją sobie może dopowiedzieli. Natomiast druga jest taka, że jest niezwykle prawdopodobne, że to co zrobił Polański, większości osobom z branży nie wydaje się w żaden sposób ani szokujące, ani nawet intrygujące. Oni po prostu uważają się za artystów i wierzą, że jako tacy mogą prowadzić takie życie, jakie sobie wybiorą, a czym ono będzie bardziej szokujące z punktu widzenia jeszcze jakoś tam trzymającego się na równych nogach cywilizowanego świata, tym nawet lepiej. I może być tak, że Krzysztof Zanussi również, zupełnie szczerze i autentycznie, uważa, że nic takiego się nie stało. I kiedy wczoraj u Olejnik wspominał coś o tym, że – owszem – nie jest ładnie krzywdzić seksualnie małe dziecko, to robił to wyłącznie z charakterystycznej dla siebie publicznej ogłady.
      Jest jednak jeszcze jedna ewentualność. Strony praktyczna i teoretyczna całego przedsięwzięcia się tu doskonale uzupełniają. To zło jest czynione przez nich wyłącznie po to, by w ten sposób mogli skutecznie autoryzować swój udział w projekcie już czysto ideowym. A Krzysztof Zanussi, jako osoba niezwykle starannie wykształcona, inteligentna, a przede wszystkim elokwentna, miał jedynie nam przedstawić ogólne założenia tego projektu.




czwartek, 14 sierpnia 2014

Czy do nieba pójdzie Krzysztof Zanussi?

Na początek parę słów bardzo luźno związanego z tematem tej notki wstępu. Otóż, jak może część czytelników tego bloga wie, oprócz zwykłych lekcji języka angielskiego, których od lat mam przyjemność udzielać ludziom w potrzebie, są też te prowadzone drogą internetową, a dokładnie rzecz biorąc przez Skype’a. Wśród moich uczniów znalazł się pewien niezwykły człowiek pochodzący z Łodzi, ale od dziesięciu lat mieszkający i pracujący w Leeds, który sobie tam znakomicie radzi, ale ponieważ bardzo słusznie zwrócił uwagę na to, że ma kłopoty z gramatyką języka angielskiego, a zależy mu na tym, by tu również trzymać poziom, postanowił poprosić mnie o wsparcie. Uczyliśmy się więc wczoraj i jakoś, pewnie trochę przez to, że na tym blogu pojawił się akurat odpowiedni temat, zgadało się nam na temat aktorów, a skoro aktorów to i Daniela Olbrychskiego i obaj się zgodziliśmy, że niezależnie od wszystkiego, to jest, a już na pewno kiedyś był, naprawdę świetny aktor. I w tym momencie Marcin – tak ma na imię mój uczeń – przypomniał mi film, o którego istnieniu ja już skutecznie zdążyłem zapomnieć, nakręcony przez Krzysztofa Zanussiego, z bardzo wówczas jeszcze młodym Olbrychskim i nie tak jeszcze starym Aleksandrem Bardinim, pod tytułem „Zaliczenie”. Przypomniałem sobie ten film, znalazłem go na youtubie, obejrzałem, zachwyciłem się nim tak, jak wieloma innymi polskimi filmami z tamtych lat… i nagle w słupku po prawej stronie trafiłem na coś, co zrealizował ten sam Zanussi, tyle że już w roku 2009 pod tytułem „Rewizyta”.
I powiem szczerze, że to mnie zupełnie wytrąciło z równowagi. Ja wiem, że polskie kino ma się świetnie, że reżyserzy tacy jak Smarzowski, Gliński, Varga, Koterski, Pasikowski, Saramonowicz kręcą nieustannie i każda z tych produkcji jest lepsza od poprzedniej, wiem, że nawet Wajda niedawno nakręcił film o Wałęsie, a przed nami już czeka cała seria filmów o Powstaniu Warszawskim, o tym jednak, że branża jeszcze nie zdążyła wypluć Krzysztofa Zanussiego nie słyszałem. Mimo że się staram zawsze interesować tym, co polska sztuka filmowa sobą dziś przedstawia, byłem przekonany, że Krzysztof Zanussi jest już dziś tylko zapraszanym przez Monikę Olejnik moralnym autorytetem i nikim więcej.
I oto wczoraj trafiłem na ów film z roku 2009, a więc stosunkowo świeży i przyznaję, że oniemiałem. Co to takiego? Sam filmu oczywiście, poza krótkimi bardzo fragmentami, nie obejrzałem, natomiast zajrzałem do Wikipedii i tam znalazłem coś takiego: „Były student filozofii i niedoszły samobójca Stefan, bohater ‘Serca na dłoni’, z kamerą w ręku przeprowadza wywiad z bohaterami innych filmów Krzysztofa Zanussiego sprzed kilkudziesięciu lat: ‘Życia rodzinnego’, ‘Barw ochronnych’ i ‘Constansu’, chcąc uzyskać odpowiedź na pytanie ‘czy warto żyć?’". Ponieważ oczywiście nie wiedziałem, co to takiego owo „Serce na dłoni”, natomiast domyśliłem się, że to pewnie jeszcze jeden z filmów Zanussiego, o którym nie słyszałem, kliknąłem w odpowiedni link i znalazłem następującą informację:
Polska czarna komedia z 2008 roku w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Stefan, młody człowiek w poczuciu życiowej klęski próbuje targnąć się na swoje życie. Konstanty, multimilioner poszukuje serca do przeszczepu. Spotykają się przypadkiem w szpitalu i od tej chwili Konstanty stara się podtrzymać samobójcze zamiary Stefana, ponieważ jest on dla niego pasującym dawcą i w ten sposób szansą na uratowanie życia”.
Aha! Rozumiem więc, że Krzysztof Zanussi, za, jak się domyślam, pieniądze z Instytutu, kręci w roku 2008 nową polską komedię, o której nawet pies z kulawą nogą nigdy nie usłyszy, a już rok później, z tego samego Instytutu, wyszarpuje pieniądze, by kręcić swój nowy film, skazany na podobny sukces, tym razem – uwaga! – oparty na pomyśle, że bohater jego ostatniego filmu odwiedza bohaterów jeszcze wcześniejszych jego filmów, żeby z nimi pogadać na temat życia.
Jak mówię, obejrzałem fragmenty owej „Rewizyty”. Co tam mamy? Oto jakiś młodzian z kamerą video rozmawia z Mają Komorowską, Janem Nowickim i Danielem Olbrychskim o tym, jak oni się czuli wtedy i jak się czują dziś, a na tle tych rozmów oglądamy fragmenty tamtych filmów. Rozmowy dzielą z tamtymi ścinkami czas mniej więcej po połowie i wyglądają mniej więcej tak: „Czy podobało się panu życie w PRL-u?”, pyta młodzian Jana Nowickiego. „Owszem”, odpowiada Nowicki. „Tak samo jak podoba mi się życie dziś”. „A czy uważa pan, że dla mnie byłoby lepiej żyć w PRL-u, czy dziś?” „Oczywiście w PRL-u”, odpowiada Nowicki. „Dzisiejsze pokolenie nie rozumie, czym jest wolność. O, widzę, że mnie kręcisz. Gdybym wiedział, to bym się przyczesał”. I tak dalej w ten deseń. Jak mówię, tam jeszcze gadają Komorowska i Olbrychski, ale raz, że nie chcę tu nikogo dręczyć, a dwa, że to, co tam się dzieje, nie ma dla nas najmniejszego znaczenia. Te dziadki tam siedzą i plotą trzy po trzy, udając, że im o coś chodzi, a my nawet się już nie zastanawiamy, czy oni tak sami z siebie, czy może w oparciu o scenariusz, który im przedstawił ich kumpel Zanussi i kazał wyryć na pamięć. To co się bowiem liczy, to to, że w roku 2009 Krzysztof Zanussi nakręcił za publiczne pieniądze film o sobie i o swoich filmach, zaangażował do niego trzech znanych polskich aktorów plus jednego o statusie nieznanym, których nikt ani nie potrzebuje, ani o nich nie pamięta, chyba że tylko przez to, że oni zawsze mogą nam coś powiedzieć na temat prawdziwych przyczyn Katastrofy Smoleńskiej i roli w niej prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a my nawet o tym nie wiemy. Oto punkt, w którym wybitny niegdyś polski reżyser Krzysztof Zanussi kończy swoją karierę. Oto miejsce, gdzie wybitni kiedyś polscy aktorzy, tacy jak Jan Nowicki, Daniel Olbrychski, czy Maja Komorowska lądują, kiedy się okazuje, że wszystko się już ostatecznie skończyło.
Stan polskiego państwa, na każdym możliwym poziomie, a więc zarówno gdy idzie o politykę, życie społeczne, czy kulturę, znamy aż nazbyt dobrze. Ta nasza wiedza jest tak precyzyjna i tak fizycznie wręcz namacalna, że ona zwyczajnie boli. Jednak przy tym, pewnie trochę przez ten ból, ale i przez te różnego rodzaju wieści, jakie do nas przychodzą dzień po dniu, powoli się do tego wszystkiego przyzwyczajamy i uniewrażliwiamy. Mamy te wszystkie nowe piosenki, te nowe powieści, te nowe przedstawienia teatralne i artystyczne projekty, nowe filmy… i oto nagle pojawia się wiadomość, że pewien wielki polski reżyser filmowy wraz z grupą wybitnych polskich filmowych aktorów zrealizowali nie mówiąc o tym nikomu film o sobie, wzięli za niego pieniądze, ktoś na ten temat napisał jednozdaniową notkę w Wikipedii… o istnieniu której zresztą również niemal nikt nigdy się nie dowie. I możemy się tylko dziwić, cóż takiego się stało, że od 2009 roku mija już pięć lat, a ci nic. Jakby ich System przerobił na podpałkę pod grilla. Jakiż to wielki dramat! Czy im już naprawdę nie zostało nic więcej, jak widok ich kiedyś kolegi Kondrata, kręcącego kolejne reklamy dla grupy ING?
Jak mówię, człowiek, który się przyzwyczai jest w stanie znieść wiele. Dobrze chociaż, że jest ten Youtube. Tam można też trafić na prawdziwe skarby, jeszcze z czasów, gdy zgodnie z postulatem jeszcze jednego z nich, czyli Jana Pietrzaka, Polska była Polską. Choćby ten film o wyżebranym zaliczeniu z młodym Olbrychskim.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje, i nie tylko moje, książki. Jednoczesnie bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziś to jest wszystko co mamy.

wtorek, 29 września 2009

Między sztuką a szarym koszmarem

Kiedy powstawał wczorajszy mój wpis, najpierw w mojej głowie, a następnie już tu, na tym blogu, wiedziałem naturalnie, że zło które stało się jego tematem, ma dwa końce. Na jednym z nich, co oczywiste, stoi bezpośredni jego sprawca, czyli Roman Polański, natomiast na drugim ci wszyscy, którzy dziś, albo z wyrachowania, albo ze skrajnej bezmyślności, mu klaszczą. I kiedy piszę o klaskaniu, mam na myśli klaskanie dosłowne, a nie tylko zwykłe zrozumienie dla tego, co on przed ponad trzema dekadami zrobił temu dziecku, czy choćby ledwo wybaczenie. Mówię o autentycznym klaskaniu, którego wprawdzie na razie nie słychać, ale które już z całą pewnością widać i co do którego nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że kiedy on już opuści ten areszt i rozpocznie tryumfalny objazd swoich włości, to je usłyszymy. I będziemy patrzeć na te rozjaśnione szczęściem twarze i wiernie wyciągnięte dłonie, by i nas dotknął i by nas raczył zauważyć. I słuchać tego falującego zgiełku radości i ostatecznej satysfakcji.
I to czego będziemy świadkami, już w żadnej mierze nie będzie przypominało owego, wcześniej już wspomnianego, „płonącego, jastrzębiego tryumfu”, lecz będzie już tylko czystą beztroską radością. Radością tych, którzy po prostu cieszą się, że ten którego kochają, wyrwał się ostatecznie z rąk złych, nicnierozumiejących i tak okropnie niesympatycznych ludzi. A przecież może i nawet zwierząt?
Wiedziałem więc o tym, że to zło tworzy bardzo szczególną pętlę, choćby dlatego, że to zawsze się tak dzieje. Tak to już na tym biednym świecie jest, że występek nigdy nie działa w izolacji. Zawsze jest tak, że ktoś kogoś krzywdzi, kogoś innego gorszy, a na zewnątrz tego wszystkiego jest zawsze wystarczająco duża grupa tych, których ta ciemność, w ten czy inny sposób, urzeka. To co pozostaje zagadką, to wyłącznie, jak duża będzie ta grupa i kto się w niej znajdzie. Wśród całej plejady najróżniejszych postaci – przyjaciół, znajomych, wielbicieli talentu Romana Polańskiego, czy w końcu tylko ludzi, dla których jest coś zawsze niezwykle interesującego w dociekaniu, jak to zło w gruncie rzeczy złem nie jest – widzieliśmy i znanych artystów, polityków, aktorów, dziennikarzy, czy reżyserów. Widzieliśmy też osoby zupełnie nieznane, dopiero wchodzące na ten rynek, ledwo co aspirujące do tego, by zahaczyć swoim sumieniem o to, co się na naszych oczach dzieje. A więc była Izabela Cywińska i pozostali autorzy listu w sprawie ratowania Polańskiego przed nieludzkim prawem, był Wojciech Pszoniak w nieodłącznym szaliku, był Ryszard Kalisz ze swoją skupioną miną doświadczonego prawnika, ale też nawet pojawił się niejaki Borys Lankosz – postać mi zupełnie nieznana – swoją elokwencją i dyskretnym poczuciem humoru, udowadniając, że ci co go zaprosili do złożenia świadectwa, z całą pewnością wiedzieli co robią.
Pojawił się jednak jeszcze ktoś, kto – całkowicie nieoczekiwanie – przebił wszystkich pozostałych w tworzeniu tej nowej rzeczywistości końca czasów. Mam na myśli reżysera, Krzysztofa Zanussiego. O Zanussim mam opinię szalenie pogmatwaną. Z jednej strony, uważam, że jego wczesne filmy, takie jak Barwy ochronne przede wszystkim, czy Życie rodzinne, czy nawet Iluminacja, to arcydzieła europejskiego kina, a scenariusze, które sam tworzył, to przykłady naprawdę wielkiej literatury. Nie mam też wątpliwości co do tego, że w czasach gdy dawał się poznać szerokiej publiczności, miał on wszelkie cechy człowieka niezwykle wrażliwego, a kto wie, czy wręcz mądrego. Z drugiej strony, z mojego punktu widzenia, jego twórczość w późniejszych latach, stopniowo, z każdym rokiem, artystycznie i intelektualnie się degenerowała, aż osiągnęła poziom tego czym on się zajmuje obecnie. Czyli sztuki, która pod każdym względem jest tak nieporadna, tak niechlujna i wreszcie artystycznie tak zła, że fakt iż Zanussiemu wciąż ktoś daje pieniądze na to co on robi, może tylko budzić charakterystyczne uniesienie brwi.
Jest jednak jeszcze coś, co jeśli idzie o osobę Krzysztofa Zanussiego, dręczyło mnie od samego początku. Ile razy go widziałem i słuchałem, to oprócz tego niezmiennego przekonania o tym, że jego ciepły i zrównoważony głos niesie przekaz zawsze bardzo ważny, czułem, że z nim jest coś nie w porządku. Tak jakby ten jego wizerunek był, bardzo dyskretnie, przybrudzony czymś obcym, kompletnie nieopisanym, niedotykalnym, a co – jeśli się kiedyś ujawni – może wywrócić całą naszą opinię na jego temat do góry nogami. Pisząc te słowa, chcę być maksymalnie delikatny, bo cała ta sprawa jego bardzo ciemnej strony – mam wrażenie – jest bardzo delikatna. Chodzi mi o to, że przez te wszystkie lata, kiedy jeszcze zachwycałem się twórczością Zanussiego, miałem bardzo silne poczucie tego, że on, kiedy zamyka za sobą drzwi swojego mieszkania, wyzwala demony. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, o jakich demonach myślę, choćby dlatego, że z demonami jest jakoś tak, że one są jak ludzkie koszmary. Niezliczone i nigdy do końca nieopisane.
I myślę, że jest to najlepszy moment, by zapewnić wszystkich, że wcale nie mam tu na myśli faktu współpracy Krzysztofa Zanussiego ze służbami. Ani nie wiem, czy wiadomości, które swego czasu podała Gazeta Polska są wiarygodne, ani też – nawet gdyby były bardzo wiarygodne – jego losy jako komunistycznego kolaboranta nie są dla mnie bardzo interesujące. Choćby z tego względu, że ja mam bardzo silne przekonanie, że bezwzględna większość środowiska, które reprezentuje Zanussi, a więc reżyserów i aktorów, współpracowała ochoczo, w ten czy inny sposób, dzień i noc. Mówiąc o tej mrocznej stronie duszy Krzysztofa Zanussiego, mam na myśli coś całkowicie ponad- i poza-politycznego. Coś, co nigdy nie pozwalało mi do końca patrzeć na niego w taki sposób, jak się patrzy na ulubionego, czy nawet pogardzanego artystę. Mówię tu o Zanussim, jako o osobie całkowicie prywatnej. Jako o kimś kto mieszka – nomen omen – za ścianą.
I właśnie wczoraj, Krzysztof Zanussi wystąpił w programie Moniki Olejnik Kropka nad i. Oczywiście, podobnie jak większość środowiska, był oburzony tym, w jaki sposób i amerykańskie prawo i znaczna część opinii publicznej potraktowała jego kolegę, Oczywiście objaśniał, tak uwodzicielsko jak tylko on potrafi, wszelkie niuanse jakie niesie ze sobą zło. Opowiadał o tego zła psychologii i o tym, jak ludzie są zdeterminowani swoim własnym, osobistym nieszczęściem i jak to ciężar, który na sobie niosą nie pozwala im pokazać całej swojej szlachetności. W pewnym momencie nawet pozwolił sobie na utratę naturalnej dla siebie kontroli, i nazwał tę dziewczynkę, którą Roman Polański tak brutalnie skrzywdził przed laty – prostytutką. Więcej. Nazywając ją w ten sposób, uruchomił w sobie całą dla niej pogardę, która w pewnym momencie stała się wręcz fizyczna. A później na dodatek, starając się relatywizować zło, które uczynił Polański, skierował swoje oburzenie na tych, którzy to zło pokazują palcem, zarzucając im uleganie najniższym instynktom tępej zawiści i pragnienia ludzkiej krzywdy. Więc, zajmując się dziś osobą Krzysztofa Zanussiego, nie kieruję się swoim oburzeniem na to, co u niego jest dokładnie takie samo, jak u pozostałych reprezentantów środowiska, czyli złość, zakłamanie, krętactwo i kompletny brak wrażliwości. W tym co mówił Zanussi znalazłem coś znacznie większego, co stanowczo przekracza wszystko to, czym zabłysnęli jego koledzy. Otóż on, objaśniając urok tego zła, starając się znaleźć dla niego maksymalnie życzliwy opis, odmawiając ludziom prawa do wyrażania moralnego oburzenia, plując wreszcie na to nieszczęsne dziecko swoją napuszoną, pełną wyniosłości pogardą, jednocześnie mówił cały czas o grzechu i o zwycięstwie tego grzechu. Pokazywał świat, który doszedł już do swojego końca, gdzie wszystko już wolno, gdzie zło spowszedniało tak iż już nie wiadomo, co nim jeszcze jest, a co nim już być przestało. Biedna redaktor Olejnik wciąż starała się utrzymać go na powierzchni zdarzeń i czynów, a on jak oczarowany wracał nieustannie do tego zwycięskiego Szatana. Od początku do końca tej audycji, niemal przez cały czas, poruszał się Krzysztof Zanussi na poziomie niemal religijnym. W pewnym momencie, z przerażeniem zauważyłem, że wiele z tego co on mówi, mogłoby się zupełnie uczciwie znaleźć w którymś z ostatnich tekstów, które powstały w ramach tego blogu. Z jedną, bardzo kluczową różnicą. On opisywał to zło jako byt tryumfujący i jednocześnie ludzi, którzy temu złu ulegają, jak całkowicie bezbronne, zdeterminowane, a przez to całkowicie usprawiedliwione, jego ofiary. Pod koniec programu był już tak nakręcony, że już tylko czekałem, aż uniesie w górę ręce i zawoła „Chwalmy Pana, bo oto przyszedł Król Ciemności!”
Zastanawiam się więc teraz, co sprawiło, że Krzysztof Zanussi – z taką złością mówiąc o tym zgwałconym dziecku – pokazał tę swoją, dotychczas mniej lub bardziej starannie ukrytą, twarz. I przychodzą mi do głowy dwie możliwości. W pierwszą właściwie nie potrafię uwierzyć, więc pozostawię czytelnikom tego bloga, by sami ją sobie może dopowiedzieli. Natomiast druga jest taka, że jest niezwykle prawdopodobne, że to co zrobił Polański, większości osobom z branży nie wydaje się w żaden sposób ani szokujące, ani nawet intrygujące. Oni po prostu uważają się za artystów i wierzą, że jako tacy mogą prowadzić takie życie, jakie sobie wybiorą, a czym ono będzie bardziej szokujące z punktu widzenia jeszcze jakoś tam trzymającego się na równych nogach cywilizowanego świata, tym nawet lepiej. I może być tak, że Krzysztof Zanussi również, zupełnie szczerze i autentycznie, uważa, że nic takiego się nie stało. I kiedy wczoraj u Olejnik wspominał coś o tym, że – owszem – nie jest ładnie krzywdzić seksualnie małe dziecko, to robił to wyłącznie z charakterystycznej dla siebie publicznej ogłady.
Jest jednak jeszcze jedna ewentualność. Strony praktyczna i teoretyczna całego przedsięwzięcia się tu doskonale uzupełniają. To zło jest czynione przez nich wyłącznie po to, by w ten sposób mogli skutecznie autoryzować swój udział w projekcie już czysto ideowym. A Krzysztof Zanussi, jako osoba niezwykle starannie wykształcona, inteligentna, a przede wszystkim elokwentna, miał jedynie nam przedstawić ogólne założenia tego projektu.

środa, 15 lipca 2009

Docent pozostał

Gdy dowiedziałem się, że zmarł Zbigniew Zapasiewicz, wzruszyłem się bardzo, bo równie bardzo też lubiłem Zbigniewa Zapasiewicza. Lubiłem go jako niezwykle sprawnego aktora, ale również bardzo mi się podobał ten typ postaci, który Zapasiewicz swoim aktorstwem wykreował. Są w historii kina i teatru tacy artyści, którzy pozostają w pamięci, jako pewien typ, który, chociaż w gruncie rzeczy jest czystą fikcją, to wciąż jest przez nas traktowany, jako coś realnego. Taki był Zbigniew Cybulski, James Dean, taki jest Al Pacino, czy Robert deNiro, czy Clint Eastwood. To jest trochę tak, jak z niektórymi muzykami, czy malarzami. John Coltrane, czy Pablo Picasso, czy Billie Holiday. Zostało coś stworzone i już tego nikt nie zmieni, ani nawet nie powtórzy. W polskim aktorstwie, poza wspomnianym Cybulskim i może Tadeuszem Łomnickim, kimś takim był Zapasiewicz.
Jakoś mi żal Zapasiewicza. Być może paradoksalnie, najbardziej za nim tęsknię, kiedy wspominam film Barwy Ochronne, w którym Zapasiewicz, będąc wciąż bezwzględnie tylko sobą, stworzył jednocześnie postać absolutnie odpychającą. Ta własnie rola, jak żadna inna, ukazywała dla mnie coś, co stanowi przykład aktorskiego geniuszu w postaci czystej. Coś tak niesłychanie autentycznego, a jednocześnie przecież tylko wymyślonego, że kiedy człowiek ogląda tę grę, czasem ze strachem dochodzi do wniosku, że może faktycznie musiało coś być w tych starych przesądach, które kazały ludziom grzebać zmarłych aktorów poza murami miast. O tak… Zbigniew Zapasiewicz, to był autentycznie wielki aktor. Tak wielki, że nawet kiedy go oglądam w roli tego skurwysyna z Barw Ochronnych, to myślę sobie, że szkoda, że nie znalem kogoś właśnie takiego. Kogoś kto nawet kiedy kreuje zło, to owo jest zwyczajnie piękne.
Szkoda, że umarł Zapasiewicz, również z powodu, który uświadomiła mi Toyahowa. Otóż powiedziała ona, że kiedy już umarl Holoubek i Kreczmar i Mrożewski i Łomnicki i cały szereg tych naprawdę wielkich polskich aktorów, to jeszcze poczekamy na tych paru i zostaną nam sami tandeciarze, których możemy oglądać albo w tych debilnych komediach, albo w jakichś telewizyjnych serialach, czy może tefauenowskich imprezach, czy choćby tylko w kolorowych pismach i portalach typu pudelek.pl. I tu żona moja ma pretensje właśnie do Zapasiewicza, Stuhra, Englerta, Gajosa, że, korzystając kiedyś pełnymi garściami z tego, co im dali ich starsi koledzy, sami nie wykształcili choćby jednego wielkiego aktora. Tak twierdzi moja żona, a ja się z nią chętnie zgadzam. Bo, choć sam o tym wcześniej nie pomyślałem, to wiem, że ma racje. Oni w końcu odejdą, a po nich zostanie wyłącznie banda nicnieznaczących komediantów, którzy i tak nigdy nie będą potrafili się zdecydować, czy tak naprawdę chcą zagrać w reklamie, czy pokazać na jakiejś gali, czy może się po prostu zaćpać, albo upić i pójść na dziwki.
A jak już nie będziemy mieli nawet aktorów, to wtedy już naprawdę nie zostanie nam nic. Będziemy mieli już tylko Pawła Kukiza, Zbigniewa Hołdysa i może Korę – o ile ta wcześniej nie zwariuje od tych grzybków, o których wspomina w jednym z wywiadów, że są dobre na bibki – którzy i tak niechybnie już wkrótce zostaną politykami, albo dziennikarzami. Głównie dziennikarzami. Bo to się dostaje akurat po koleżeńsku i nie trzeba do tego absolutnie nic, poza dobra orientacją w dość prostym terenie.
Dziś widziałem takiego jednego. Nazywa się Czarnecki i robi za cyngla w Radio Zet. Wystąpił u Małgorzaty Łaszcz w TVN24 i powiedział, że Michał Kamiński nie został wiceprzewodniczącym PE, bo Zieloni zarzucili mu antysemickie wypowiedzi. Kiedy Łaszcz – dbając ewidentnie o renomę stacji – zaprotestowała, że ona akurat nic o tym nie wie, żeby Kamiński rzucał antysemickimi tekstami, ów Czarnecki, z dzielnie podniesioną grzywką, wali – uwaga, uwaga! – że to nie ma znaczenia, czy on rzucał, czy nie rzucał, bo chodzi o to, że tak się o nim mówi w Europie. A Europejczycy są czujni i obserwują, więc jeśli komuś przyjdzie do głowy, żeby coś chlapnąć w Polsce, sądząc, ze nikt się nie dowie, to niech nie liczy na cud. Nieugięta Łaszcz znów tłumaczy temu gnojowi, że ona nic o tym nie wie, żeby Kamiński był antysemitą. A człowiek od Radia Zet swoje. To nie ma znaczenia, bo może i on nic nie powiedział, ale niech mu się nie wydaje, że może sobie gadać, co mu ślina na język przyniesie, bo Europa i tak usłyszy. Więc tak to dziś było.
I tak to jest. A ja – proszę. Zasmuciłem się, że zmarł Zbigniew Zapasiewicz, a i tak wylądowałem tu, gdzie jestem teraz. Ale może to i trochę przez tego Zapasiewicza, a dokładnie przez te jego cudowną rolę i tę straszną postać z filmu Krzysztofa Zanussiego.

sobota, 12 kwietnia 2008

Idą świry, czyli nowa rewolucja kulturalna

W moim poprzednim wpisie o Dodzie i wykształciuchach, poprosiłem salonowiczów o wpisywanie się i dzielenie opinią na temat faktycznych przyczyn lansowania osoby takiej jak Doda przez środowiska opiniotwórcze i, wydawałoby się, z ambicjami.
Reakcja była niezbyt powszechna, co chyba w sumie dobrze świadczy o Salonie24, bo wygląda na to, że nazwa Doda nie powoduje przynajmniej tu jeszcze burzy mózgów, ale otrzymałem kilka interesujących opinii, które dały mi bardzo poważnie do myślenia.
Generalnie koleżanki i koledzy z Salonu twierdzili, że Zanussi bierze się za Dode, bo czuje smród pieniędzy. Podobnie TVN24 i inne telewizje lansują tę przedziwną artystkę, bo wiedzą, że w niej leży część ich sukcesu. Pewnie tak jest. Jednak, podejrzewam, że to nie jest cała odpowiedź.
Katrina przysłała mi link do strony Wprostu, na której pojawiła się informacja o przyznaniu nagrody o nazwie “Świr Roku”. Nagrody otrzymali, między innymi, Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski no i właśnie Doda, która, tak na marginesie, konkurs wygrała. Ciekawy w tej informacji był oczywiście zestaw osób wyróżnionych, bo nagle okazało się, że obok postaci kultowych dla współczesnego inteligentna, jak Wojewódzki i Majewski, ważne miejsce w tym rankingu zajmuje właśnie Doda Elektroda.
O wiele istotniejszą rzeczą jednak jest to, że nagroda świra roku (przypominam, że kiedyś, nie tak jeszcze dawno, słowo “świr” było używane wyłącznie w znaczeniu pejoratywnym, jako po prostu “kretyn”) została przedstawiona i automatycznie potraktowana, jako coś w sumie sympatycznego i wesołego. Nagrodzeni nawet przyszli odebrać wyróżnienia osobiście.
KaZet sugeruje, że go martwi sytuacja, w której ktoś tak prymitywny, jak Doda znajduje wsparcie u artysty tak poważnego, jak Zanussi. A ja sobie myślę, że jest jednak inaczej. Jest odwrotnie - to Zanussi został przyjęty przez Dodę. To ona otworzyła mu drzwi do nowych salonów.
Od pewnego czasu bowiem, w Kraju i też na świecie, doszło do kompletnej rewizji tradycyjnego podziału na masy i elity. I wcale nie chodzi o to, że elity się zdemokratyzowały, ani też o to, że masy się zintelektualizowały. Chodzi o to, że, przepraszam za słowo, elity schamiały. Cały dotychczasowy porządek estetyczny stanął najzwyczajniej w świecie na głowie.
TVN24 kiedyś miał być poważną stacją informacyjną, a TVN zwykły miał im na to zarabiać. Gazeta Wyborcza miała być poważną ofertą dla ludzi ambitnych, a te wszystkie peryferyjne magazyny Agory, jak Logo, ją finansować. Teraz TVN24 zaprasza do studia Dodę, programem Prosto z Polski stara się konkurować z Super Expresem, a Kazimiera Szczuka zamist o literaturze mówi rozmawia z pederastami o opowiadaniach, które napisali. Gazeta z kolei jest taką hybrydą dla debili z ambicjami. Duży, ostry tytuł, duże wyraziste zdjęcie i bełkot, którego nikt ani nie rozumie, ani nie ma czasu czytać. I w efekcie stała się pismem, ktorego nie chcą czytać ani idioci, ani ludzie wrażliwi. Do czasu... ale o tym za moment.
Podobnie z tym nieszczęsnym Zanussim. Kiedy Wajda kręcił “Człowieka z marmuru” zachwycił się młodą, piękną, energiczną dziewczyną, świetną aktorką, i obsadził ją w głównej roli. No ale, jak wiemy historia wraca w postaci karykatury, i tak Wajda miał Jandę, a Zanussi Dodę.
Gdyby więc Zanussi wziął tę Dodę i nakręcił jakiś fajny film, gdzie się będą strzelać i gonić, a Doda będzie chodziła w samych majtkach, to ja bym to zrozumiał. Ale on, jak znam życie, nakręci jakiś kolejny knot o umieraniu, albo o poszukiwaniu sensu, a Doda będzie tam stała jak słup i symbolizowała utraconą młodość, albo coś w tym stylu. I tego też nie będą chcieli tego oglądać ani jedni, ani drudzy. Na razie.
Więc tego nie rozumiem. Po cholerę? Dla pieniędzy? Nie sądzę. Ja się obawiam, że ci wszyscy nasi mistrzowie nie dlatego tworzą i lansują ten cały komercyjny chłam, bo myślą, że na tym można zarobić, ale dlatego, że oni po prostu to lubią. Autentycznie lubią. To jest ich świat i ich emocje.
Miecugow na pewno z wielką przyjemnością ogląda program pt. "Sędzia Anna Maria Wesołowska", albo "Taniec z gwiazdami", red. Wroński na sto procent przegląda magazyn CKM albo Logo i zastanawia się wieczorami, co tu sobie kupić, Morozowski z upodobaniem nagrywa z MTV każdy kolejny odcinek programu pt "Jackass", a Zanussi w gruncie rzeczy podziwia Dodę, bo jest młoda, ładna, wyszczekana i zrobiła karierę. Oczywiście nadal woli słuchać Ewę Demarczyk, ale jednocześnie wie, że nowe jest ważniejsze. No i lepsze.
Bo nowe czasy wymagają elastyczności. Kto nie elastyczny, ten do odstrzału. I tak się tworzy nowe społeczeństwo. Społeczeństwo ludzi, których jedyną umiejętnością będzie obsługa komputera, a jedyną rozrywką na poziomie kultury wysokiej oglądanie Dody u Majewskiego.
A kultura niska przestanie istnieć w ogóle.

piątek, 11 kwietnia 2008

Doda u Zanussiego, Zanussi u Olejnik, Olejnik u Dody

Mija absolutnie fantastyczny dzień. Tak fantastyczny, że można pomyśleć, że taki dzień bezwzględnie musi zwiastować nadejście czegoś superważnego. Na pewno ważniejszego niż wizyta w Sejmie pedalskiego małżeństwa, a może nawet ważniejszego, niż kolejna edycja Tańca z gwiazdami.
Więc przede wszystkim okazało się, że w artystycznym życiu Dody Elektrody pojawił się reżyser Zanussi, i młoda para postanowiła uczcić to wydarzenie występując w programie telewizyjnym Moniki Olejnik. Kto nie widział, powinien żałować, bo Doda wyglądała prześlicznie, miała bardzo ładną bluzeczkę i fajowe rękawiczki, a reżyser Zanussi, jak zawsze porażał elokwencją i ogólnym wdziękiem.
ównie fascynująca była sama wymiana zdań: Doda piszczała, że Zanussi jest kochany, Zanussi mruczał, że pani Doda jest świetna; Doda mówiła, że minister Szczygło to śmigło, a pani Olejnik prosiła, żeby nie mówić do niej "Moniczko", bo ona woli "Moniko".
Miało być cielę z trzema głowami, a tu nagle wpadł deser. Sądziłem, że już nic się nie zdarzy, bo przecież, jak na jeden zwykły czwartek, dostaliśmy i tak za wiele, gdy do red. Rymanowskiego przyszli zaproszeni państwo religijni eksperci i opowiedzieli, jak są okropnie zdenerwowani taką to możliwością, że w Gdańsku arcybiskupa Gocłowskiego zastąpi arcybiskup Głódź.
Sprawa była o tyle dziwna, że nie padła sugestia ani na temat komunistycznej przeszłości arcybiskupa, ani o jego skłonnościach pedofilskich, a poza tym dotychczas wydawało się, że papieskimi nominacjami, czy też odwołaniami raczej lubią się niepokoić słuchacze Radia Maryja, a tu wychodzi na to, że zaangażowana część Kościoła obejmuje znacznie szersze spektrum.
Również i tym razem, krótki raport dla tych, którzy z jakiegoś powodu przegapili ów wieczór w TVN24. Wprawdzie nie było transparentów i haseł, do czego przyzwyczaiły nas panie od Ojca Rydzyka, ale za to pojawił się Lech Wałęsa. Były prezydent mówił króciutko i zapowiedział, że obawia się, że Gdańsk może spłynąć ludzkim gniewem. Był też, a jakże, redaktor Szostkiewicz i ogólnie narzekał. Niestety z nim akurat mam kłopot. Otóż nie wiem zbyt dokładnie, na co narzekał, bo od czasu, gdy po wyborze Benedykta, publicznie w telewizji powiedział, że wybrali starca, bo ma być na krótko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy tylko pan redaktor zaczyna mówić, tracę uwagę i tylko wypatruję z tyłu redaktorskiej czupryny ogonka, no i nie mogę się skupić.
Po nim wystąpił krótko, jak zwykle w nastroju pogrzebowym, red. Gowin, a tuż po nim redaktor Terlikowski zafrasowany wyraził opinię tak pokrętną, że nawet red. Rymanowski nie za bardzo załapał. Jedyny jasny fragment wypowiedzi Terlikowskiego głosił, że wierni mają prawo dyskutować, więc on dyskutuje, ale za moment znów pojawił się Gowin, z klasyczną buzią w ciup, i wyraził żal, że Kościół w Polsce jest tchórzliwy i zniewolony, ale on ma dobrze, bo jest z Krakowa.
Z reporterskiej uczciwości muszę wspomnieć, że był jeszcze poseł Kurski, ale on akurat zaprezentował się bardzo nieciekawie.
W sumie szkoda. Może lepiej było zaprosić posła Jacka do Olejnik, a Dodę z Zanussim przesunąć do dyskusji o Głódziu. Red. Olejnik miała by frajdę tłukąc się intelektualnie z panem posłem, widzowie mieliby satysfakcję patrząc, jak zielony bucik pani redaktor wgniata w ziemię bullteriera z PiS-u , no a my moglibyśmy się dowiedzieć, co o planowanej nominacji arcybiskupa Głodzia myślą znana artystka estradowa i były reżyser. Rymanowski też miałby lepiej, bo i goście zacni i temat piękny, a światło rozumu, postępu i miłości zajaśniałoby takim blaskiem, że starczyłoby może nawet i nadchodzący weekend.
Zacząłem od podejrzeń, że nad Polskę nadciąga coś superinteresującego. Więc mam apel do salonowiczów. Napiszcie, stanie się coś? Czy to tylko TVN24 przeżywa chwilowe intelektualne załamanie? Czyżby redaktorom wymieniono chipy, albo coś w tę stronę?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...