Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 stycznia 2015

O banalnym umieraniu i niezwyciężonych świadectwach

Pytają mnie niekiedy osoby bardziej lub mniej znajome, w jaki sposób ja i moja zona dbaliśmy o swoje dzieci, że one są dziś grzeczne, wrażliwe i stosunkowo niegłupie. Jak ja doszedłem do tego, że one są pobożne, porządne… no i, jak by tego było mało, słuchają dobrej muzyki i lubią dobre filmy? No właśnie. Oto tuż przed Świętami, kupowałem starszej córce prezent pod choinkę, w postaci najświeższej płyty muzycznego zespołu o nazwie Kasabian, który ona lubi, i jakoś się zgadało z człowiekiem, który stał tam obok, i zapytał mnie, czego jeszcze poza Kasabian słucha moje dziecko. Odpowiedziałem mu więc, że wszystkiego, co się nawinie: głównie Beatlesów, ale też Johnny’ego Casha, Elvisa, no i tych nowych, jak Mumford and Sons, czy Alt J. No a inne? Czego słuchają inne moje dzieci. Ja mu odpowiedziałem, że też różnie, ale ogólnie wszystkiego, co dobre i oryginalne. Moje najmłodsze dziecko na przykład – co mnie zupełnie zbiło z pantałyku – słuchało ostatnio Cheta Bakera, ale ostatnio parę razy słyszałem, jak sobie puszcza Swans, innym razem znowu Led Zeppelin, a nawet Hendrixa, a kiedyś o dziwo wpadła w jakiś idiotyczny nastrój, żeby na okrągło puszczać sobie którąś z najstarszych piosenek Budki Suflera. No i wówczas nieznajomy człowiek zaczął się skarżyć, że on od zawsze próbuje zachęcić, również osobistym przykładem, swoją córkę, by słuchała dobrej muzyki, ale jego dziecko pozostaje na te usiłowania głuche i słucha jakiegoś, jego zdaniem, najgorszego syfu, no i w końcu zapytał, jak ja to zrobiłem, że moje dzieci słuchają tego, co ogólnie rzecz biorąc jest częściej lepsze, niż gorsze? A ja mogłem mu powiedzieć to co zawsze odpowiadam w takich sytuacjach: że nie wiem, co takiego zrobiłem i że wydaje mi się, że nic takiego, czego byłbym choćby minimalnie świadomy. Tak to jakoś wyszło, że one po tych wszystkich latach nie słuchają muzyki byle jakiej, nie oglądają byle jakich filmów, nie czytają byle jakich książek, a jak zdarzy im się oglądać byle jakie programy w telewizji, to ze świadomością, że grzeszą. A jak to się stało? Tego nie wiem. Oczywiście mogłem do tego jeszcze dodać to, co znacznie ważniejsze, a więc, że one są mądre, grzeczne, wrażliwe, dobre, pobożne, a jeśli czasem głupie, to w stopniu na pewno bezpiecznym, że nie kłamią i nie oszukują, orientują się mniej więcej, co jest złe, a co dobre, no i że kiedy patrzą na Donalda Tuska, nawet do głowy im nie przyjdzie sądzić, że to nie są oczy złodzieja. Tego już jednak nieznajomemu nie powiedziałem, bo raz, że by mi nie uwierzył, a nie wykluczone też, że uznałby mnie za durnia. A po co, prawda?
Pozostaje więc wciąż pytanie bez odpowiedzi, jak ja i moja żona to zrobiliśmy, że nasze dzieci na ogół nie rozczarowują? Jedno jest pewne – myśmy nigdy nie stosowali świadomie żadnych metod wychowawczych, powiedziałbym, że wręcz nigdy, postępując wobec nich i siebie nawzajem tak jak postępowaliśmy, nie robiliśmy tego z myślą, że tak trzeba, bo to da dobre wyniki. Wręcz odwrotnie – raczej żyliśmy w strachu, że wciąż coś zaniedbujemy, i nawet dziś zdecydowanie częściej widzimy, jak wiele i jak fatalnie zaniedbaliśmy, a nie, jak dużo zyskaliśmy dobrego. Kiedy się tak nad tym wszystkim zastanawiam, to wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek formułowałem wobec moich dzieci jakiekolwiek ściśle określone zasady, to poza oczywiście tym, że trzeba się modlić, chodzić do kościoła i przyjmować Komunię, była tam jedna rzecz stała, a mianowicie prośba o to, by każde z nich zawsze wiedziało, że to co człowiek zrobi, czy powie – lub czego nie zrobi, lub nie powie – ma swoje konsekwencje; by pamiętało, że trzeba się zawsze starać tak postępować, jakby było wiadomo, że każdy nasz krok zostanie dostrzeżony przez kogoś, kto nas oceni wtedy, kiedy się tego nie będziemy nawet spodziewać. Więc to jest ta jedna, jeśli tak ją musimy nazwać, metoda wychowawcza.
Skąd mi przyszło do głowy, by dziś pisać właśnie na ten temat? Bo to, że skądś się ten temat wziąć musiał, jest oczywiste. Otóż wczoraj, w tę piękną niedzielę, kiedy wreszcie spadł tak piękny i tak długo wyczekiwany, prawdziwy śnieg, nadeszła wiadomość, że zmarł znany i, jak się nagle okazuje, powszechnie szanowany, socjolog Edmund Wnuk-Lipiński, i ja nagle sobie uświadomiłem, że to co robi największe wrażenie w przypadku każdej śmierci, a takiej jak ta, wrażenie szczególne, to fakt, że na końcu zostaje tylko to, przez co człowiek został tak naprawdę najmocniej zapamiętany. I tego już nic nie zmieni. Każde nasze słowo, każdy gest, każde spojrzenie zostało kiedyś tam zauważone, często zapamiętane – a niekiedy też nie zapomniane. I przychodzi wreszcie ten moment, kiedy już niczego się nie da cofnąć. Zostaje tylko to. A może być jeszcze gorzej, kiedy oprócz tych słów, tych gestów i tych spojrzeń zostają świadectwa – świadectwa po stokroć mocniejsze niż nawet całe nasze życie.
Dokładnie rok temu w wywiadzie o ile się nie mylę dla Onetu, Edmund Wnuk-Lipiński, próbując przedstawić bardzo mądrą, i pewnie w jego mniemaniu obiektywną i rozsądną analizę socjologiczną, mówiąc o Katastrofie Smoleńskiej użył słowa „banalna”, a o ludziach, którzy ową katastrofę wciąż przeżywają, „sekta”. I niby nic takiego. W końcu to są słowa, które ze wszystkich niemal stron padają niemal codziennie, i nie ma sposobu, by zliczyć inne jeszcze, znacznie gorsze i często znacznie bardziej okrutne. I ja jestem pewien, że dziś już nieżyjącemu Wnukowi-Lipińskiemu mogłoby to co powiedział ujść na sucho, gdyby nie homilia wygłoszona zaledwie parę tygodni po tamtej wypowiedzi, przez znanego nam skądinąd księdza Chrostowskiego z okazji kolejnej rocznicy Katastrofy, podczas której wypowiedział on następujące słowa:
„O ile odniesieniem dla naszej modlitwy jest Kościół, o tyle odniesieniem dla naszej pamięci jest rodzina. Kościół i rodzina! To nie przypadek, że właśnie Kościół i rodzina są w tych latach, a zwłaszcza w tych miesiącach, najsilniej atakowane. W nurcie nasilonych ataków oraz silnego sprzeciwu wobec Kościoła i wobec rodziny trzeba również umieścić całość dramatu z 10 kwietnia 2010 roku, który rozegrał się na przedmieściach Smoleńska. Co się wtedy wydarzyło? Znamy skutki, straciliśmy tam Prezydenta Rzeczypospolitej i Prezydenta Rzeczypospolitej na Obczyźnie, a także wielu wspaniałych i szlachetnych ludzi, których imiona i twarze trzeba na zawsze zapamiętać. Wielu z nich bardzo wiele zawdzięczamy… A przecież przyczyny, okoliczności i przebieg smoleńskiego dramatu są nam znacznie mniej znane, mało tego, wciąż pozostają przedmiotem manipulacji, przekłamań, kłamstw, niedopowiedzeń, przemilczeń, podsuwania fałszywych tropów, mydlenia oczu i mnożenia rozmaitych zastępczych tematów. A to wszystko odbywa się w klimacie arogancji, buty, zakłamania i nade wszystko absolutnej bezkarności. Bezkarności mnóstwa czynów i słów, które do dramatu w Smoleńsku doprowadziły oraz do niego nawiązują i się odnoszą. Doszło do tego, że nawet elementy prawdy stoją na usługach fałszu, a więc nawet prawda została wprzęgnięta na potrzeby kłamstwa. Narasta dezorientacja i zamęt, zaś ich skutkiem jest zniechęcenie i poczucie bezradności. Można odnieść nieodparte wrażenie, że mocodawcom i sprawcom tego zamętu właśnie o to chodzi! Dlatego nasza obecność dzisiaj w tej świątyni oraz przy telewizorach i radioodbiornikach, a także nasza uwaga i refleksja wtedy, gdy będziemy słuchać i przeżywać to, co się teraz tutaj wydarza, jest tak ważna i potrzebna. Jest potrzebna, aby stawiać czoło fali przemilczeń, obłudy i kłamstwa, która gromadzi się i narasta wokół dramatu sprzed prawie czterech lat. Mnożą się i są forsowane najróżniejsze interpretacje i nadinterpretacje. Odwołam się do jednego przykładu, który tuż przed Bożym Narodzeniem szczególnie mnie poruszył. Oto profesor socjologii, honorowy rektor jednej z warszawskich uczelni, powiedział: ‘Część Polaków nie potrafi przyjąć do wiadomości, że prezydent RP i elita władzy zginęli w banalnym wypadku lotniczym’. Można by długo i na wielu płaszczyznach komentować to krótkie zdanie. Cały bolesny dramat został skwitowany określeniem ‘banalny wypadek lotniczy’, a autor tej wypowiedzi ma pretensję, że część Polaków nie chce przyjąć tego do wiadomości. Tymczasem prawda narzuca się samą swoją siłą, swoją oczywistością, a nie tym, czy ktoś potrafi, albo nie potrafi, przyjąć do wiadomości to, co mu się odgórnie podaje, co się forsuje, co się wymyśla i zamyka w okrągłych formułach. Mało tego, właśnie tę część Polaków, która nie przyjmuje do wiadomości, że Prezydent RP i elita władzy ‘zginęli w banalnym wypadku lotniczym’, profesor określa mianem ‘sekty smoleńskiej’! To jest język ulicy – i to tej nie najlepszej. To jest język części publicystów – i to tych, którzy stoją na usługach władzy. Ale to nie jest język nauki, to nie jest język uniwersytetu ani akademii, a zatem to nie powinien być język profesora! Nie jesteśmy sektą, by nie cytować innych inwektyw, które padają pod adresem milionów osób, które nie przyjmują do wiadomości, że Prezydent RP i elita władzy ‘zginęli w banalnym wypadku lotniczym’. To jest język pogardy, a wraz z nim odbywa się i nasila nauczanie pogardy. Boli nas ono i dotyka, bo nikt nie chce, nie lubi ani nie znosi być pogardzany. Już lepiej być pobitym niż wzgardzonym! Boli nas, że inwektywy, złośliwości, etykiety i stygmatyzowanie zastępują żmudne dochodzenie do prawdy i rzetelną dyskusję. Właściwie ta katedralna świątynia staje się, obok innych kościołów, jedynym miejscem, w którym można wołać o prawdę i w którym to wołanie trzeba wręcz wykrzyczeć!”
Powtórzę raz jeszcze to co powiedziałem wcześniej. Edmund Wnuk-Lipiński, prawdopodobnie ani nie wiedząc, że robi coś bardzo wyjątkowego, ani tym bardziej nie spodziewając się, że już za rok okaże się, że ów gest został zauważony i zapamiętany i poświadczony z taką mocą, że położył się cieniem na jego śmierci, powiedział parę z pozoru zupełnie nieistotnych słów. Dosłownie dwa: „banalna” oraz „sekta”. I w odpowiedzi na te słowa pojawiło się świadectwo już nie takie byle jakie, nie takie skromne. I ono już zostanie, choćby nam Szatan wyłupił oczy, zatruł mózgi i zlikwidował pamięć; nawet gdyby się świat skończył – ono pozostanie.
Nie rozmawiałem o tym ze swoimi dziećmi. Nie mówiłem im, że piszę ten tekst. Jest bardzo możliwe, że one go nawet nie przeczytają – większości z nich i tak nie czytają. Ale jestem pewien, że one to, co ja tu mówię, świetnie wiedzą i to wcale nie dlatego, że ja im zaaplikowałem jakąś tajemną formułę, która ich zamieniła w ludzi świadomych tego, kim są i tego, jaka na nich ciąży odpowiedzialność. Tak to po prostu wyszło. Modlę się więc, by Duch nas nie opuszczał.



Przy okazji apeluję, byśmy dobrze w tych dniach myśleli o Coryllusie, któremu runął magazyn z książkami i jedynie prawdziwym cudem – oczywiście że cudem – nic bardzo złego się nie stało. W dodatku, księgarnia działa, jak dotychczas, a wszystkie książki czekają pod adresem www.coryllus.pl.



piątek, 26 grudnia 2014

O ludziach, świadectwach i Bogu który żyje

Wciąż świętujemy, a zatem nowego tekstu nie będzie, natomiast dziecko moje podało mi link do czegoś, co niewątpliwie zastąpić powinno bardzo skutecznie dziesięć tekstów. A zatem radujmy się: Bóg się nam narodził!

sobota, 8 stycznia 2011

Co my tu jeszcze robimy?

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie ostatnio nasz kolega z Gdyni, który w swoim komentarzu pod wpisem o kieszeniach Leszka Balcerowicza zasugerował, że powinniśmy się przestać zajmować jakimś Balcerowiczem, czy Owsiakiem, bo ich tym tylko dowartościowujemy. Wcześniej jeszcze, cos podobnego usłyszałem od naszej koleżanki Ginewry, która napisała, że dla niej nie istnieje TVN, a w związku z tym, teksty, które się tu z TVN-em w treści pojawiają, są jej obce i obojętne. Te dwie opinie – plus może jeszcze zalinkowany przez naszego marynarza tekst Ściosa – kazały mi się zastanowić, po co my tu w ogóle jesteśmy. Po co ja wciąż piszę te teksty i co za potrzebą ich pisania stoi. A przede wszystkim może to, jaki ma sens szarpanie się z tą straszną materią, kiedy widzimy jak na dłoni, żeśmy fatalnie przegrali. I to przegrali już nie tylko z Systemem, ale również ni stąd ni z owąd okazało się, że wlała nam Polska.
Polska? Owszem. Parę dni temu oglądałem – właśnie w TVN-ie, moja droga Ginewro – niezwykle poruszającą rozmowę Sekielskiego z wdową po zamordowanym pod Smoleńskiem Krzysztofie Putrze. Wygląda na to, że jedyną publiczną wypowiedź pani Putra od tamtej strasznej soboty. Z rozmowy tej najbardziej zapamiętałem fragment, jak ona opowiada, że z mężem zawsze starali się wychowywać dzieci na dobrych i dumnych Polaków, i jedno z nieszczęść które ta katastrofa im przyniosła, to to, że dzieci już nie kochają Polski. I to mam mniej więcej na mysli, kiedy mówię, że przegraliśmy najwidoczniej również z Polską. Po co więc tu wciąż sterczeć i pisać? Żeby dowartościować zło?
Kiedy trzy lata temu zacząłem umieszczać na tym blogu pierwsze teksty, robiłem to wyłącznie z czystej potrzeby wypowiedzenia się. A więc to pisanie było czymś na kształt wierszy, jakie ludzie – nie poeci, lecz zwykli ludzie – piszą, nie po to by zdobyć popularność, lub dotrzymać terminu umowy, czy nie wypaść z rynku, ale tylko dlatego, że po głowie chodzą im różne słowa, a oni chcą je tylko urealnić. Kiedy dziś myślę o tym jak to się wszystko zaczęło, wiem, też, że ta pierwotna przyczyna jest wciąż ze mną, i jeśli coś się tu zmieniło, to wyłącznie to, że jest ona jeszcze bardziej intensywna. A więc piszę tak jak oddycham.
Żeby pokazać, jak to działa, opowiem pewną przygodę. Jechałem sobie któregoś dnia z panią Toyahową tramwajem i nagle zaczął mi się układać w głowie cały nowy tekst. Po chwili, wiedziałem dokładnie, jak on się będzie zaczynał, jak się będzie rozwijał, jak go zakończę, jaki będzie długi; miałem go w głowie, każdy jego szczegół, i już potrafiłem tylko myśleć o tym, że dopóki nie wrócę do domu, nie napiszę go i tu go nie wrzucę, to on będzie taki biedny, bezużyteczny i nikomu na nic. Denerwowałem się jak wszyscy diabli, żeby jak najszybciej przyjechać do domu i to co miałem w głowie, napisać. A więc tak to wyglądało. Ten blog był jak wiersz, który staje się dopiero wtedy, gdy go usłyszy czyjeś ucho.
Jednak już po niedługiej chwili, stało się tak, że poza czystą potrzebą powiedzenia tych kilku słów prawdy, pojawiła się walka. Prawdziwa walka, z prawdziwym wrogiem i z prawdziwymi ofiarami. I oczywiście ta część tego pisania też jest wciąż ze mną. A zatem mamy i walkę i potrzebę ekspresji. Jest jednak jeszcze coś, a co pojawiło się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pojawiła się walka. Mam na myśli to wszystko, co sprawiło, że te teksty przestały być potrzebne tylko mi, ale również – a nie wykluczone, że może i bardziej nawet – innym. I tu znów muszę coś opowiedzieć. Od czasu gdy to pisanie stało się oprócz wszystkiego, jeszcze sposobem na utrzymanie mojej rodziny, otrzymuję za te teksty – i za to wojowanie – pieniądze. Żywe pieniądze. I to co mnie wiecznie zadziwia, to to, że wiele osob, na tyle hojnych by ten blog wspierać, z niezwykłym uporem potrzebuje wciąż zaznaczać, że dla nich to co tu mogą sobie przeczytać jest jak woda, powietrze i tlen. I że kiedy oni mi dają swoje pieniądze, to mi przy tym dziękują. I tu już nie ma żartów. Jeśli jest tak, jak oni piszą, to sprawa się robi zdecydowanie bardzo poważna.
Nie pamiętam, kiedy się stało tak, że te teksty zacząłem traktować jako walkę. Wiem, że kiedy jeszcze w Salonie zamieściłem notkę numer 300, zatytułowałem ją tą liczbą, a w samym już tekście nawiązałem do komiksu pod tym samym tytułem i, żeby już zupełnie nie było wątpliwości, o co chodzi, zakończyłem ją zdaniem o zasłoniętym słońcu i walce w cieniu. A więc już wtedy z całą pewnością ten blog służył do zabijania złych ludzi i ich złych myśli, i do niszczenia ich złych dróg. Ale też już i wtedy miał na celu niesienie nadziei, nawet jeśli ta nadzieja miała się sprowadzać tylko do zapewnień o naszej gotowości do walki w cieniu.
Ale to było już dawno, dawno temu, kiedy wszystko – a w tym nawet ten cień – wyglądało zupełnie inaczej. Pozwolę sobie tu przyznać się do pewnych szczególnych myśli, które wówczas chodziły mi po głowie. Otóż był rok 2009, niemal każdy dzień przynosił kolejne wydarzenia, kolejne nadzieje i kolejne porażki, a na tle tego wszystkiego wiele osób namawiało mnie, żebym spróbował opublikować wybór tych tekstów w formie książki. No więc próbowałem, i cały czas przy tym myślałem, że byłoby dobrze, żeby z ewentualną publikacją zdążyć przed wyborczym rokiem 2010. Przede wszystkim dlatego, że jeśli mamy rzeczywiście traktować te teksty jako ten słynny już nóż o sześciu ostrzach, dobrze by było je wykorzystać jako pewnego rodzaju broń. Po drugie jednak, bałem się, że jeśli jakimś cudem i kolejny rok okaże się dla na porażką, to później każda z tych notek przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, i będzie mogła już budzić wyłącznie pogardliwe uśmiechy. Że jeśli Lech Kaczyński nie zostanie ponownie prezydentem, to większość tego cośmy tu przez te wszystkie lata wygadywali, można będzie wyrzucić na śmieci.
Nikt oczywiście nie zechciał wydać tych tekstów w formie książki, nikt nie zgodził się zorganizować im zwyczajnej dystrybucji, nawet Rzeczpospolita nie zgodziła się żadnego z nich wydrukować… więcej, nawet NASZA Gazeta Polska je fatalnie zlekceważyła. A więc zostały sobie wszystkie tu gdzie są i dziś. W Sieci. Ale też przyszedł kolejny rok i pamiętnej kwietniowej soboty wszystko się zmieniło. Kolejne miesiące, to wciąż była walka - jeszcze bardziej pełna nadziei i pewności ostatecznego zwycięstwa – i ta walka, wedle wszelkich danych, skończyła się kompletną porażką. Stoimy tu dziś, wykończeni, potłuczeni, zmarnowani, bez nadziei i bez uśmiechów, pokonani w sposób absolutnie modelowy. A jest jeszcze gorzej, niż można się było spodziewać. Bo o ile wcześniej wydawało się, że możemy przegrać lub wygrać jako naród, to dziś wiele wskazuje na to, że naród wygrał jak najbardziej. Naród ma pełną satysfakcję. Przegraliśmy my. I nagle się okazało, że chyba nie do końca możemy mieć pewność, czy nasze rozeznanie w sytuacji kiedykolwiek było dobre na tyle, żeby się mądrzyć.
Kiedy to piszę, przychodzi mi do głowy nasz kolega Gemba, który kiedyś bardzo dużo tu bywał i w pewnym momencie stał się jednym z podstawowych elementów tego bloga. Po smoleńskim mordzie, a już ostatecznie po lipcowej porażce i po tryumfalnym zwycięstwie Narodu, złożył nasz kolega uroczyście broń, a następnie popełnił rytualne samobójstwo. Odejście Gemby z tego bloga – podobnie zresztą jak uderzający spadek aktywności wielu innych z naszych przyjaciół – każe mi się coraz częściej zastanawiać, o co dziś w gruncie rzeczy walczymy i po co? Coraz częściej zastanawiam się, czy nie jest tak, że z pewnego punktu widzenia, wszystkie te notki, które tu niemal każdego dnia się rodzą, budzą już tylko z jednej strony obojętne wzruszenie ramion, a z drugiej szyderczy śmiech. I czy znów, nie jest tak, jak było na początku, że ja wszystko tu piszę wyłącznie dlatego, że muszę? I że nawet jeśli wciąż są tu ci wszyscy ludzie, którym to pisanie jest naturalnie potrzebne, jest ich coraz mniej, a w końcu i oni stąd odejdą?
Jedno – i to dla sprawiedliwości trzeba tu podkreślić – przynajmniej w tym wszystkim jest pocieszające. Jestem szczerze przekonany, że żadna z notek tu zamieszczonych przed 10 kwietnia nie straciła na znaczeniu i sensie. Wręcz przeciwnie, każde słowo, jakie zostało tu powiedziane ma swoją aktualną moc, a ta moc jest tym większa im większa pewność, że źli ludzie – po to by nam udowodnić, że nie mamy racji – musieli posunąć się do rozwiązania ostatecznego. A więc do eliminacji fizycznej. 10 kwietnia udowodnił nam bardzo jasno, że oni wiedzieli równie dobrze jak my, że jeśli nie uda się zabić Lecha Kaczyńskiego – on najbliższe wybory może bardzo łatwo wygrać. Musieli to wiedzieć. Inaczej , nie posunęliby się do aż tak dramatycznych gestów.
Ale jest jeszcze coś, i to coś tak ważnego, że daje nam szansę na wypełnienie przynajmniej ostatniej części tego dzisiejszego wpisu pewną nadzieją. Otóż wszyscy wiemy, kim jest nasz kolega LEMMING. On tu wprawdzie ostatnio mało komentuje – bo praca i dzieci i w ogóle wszyscy jesteśmy coraz starsi – ale wiem, że u nas bywa i to bywa bardzo często. On to co my tu piszemy czyta i, jak mam prawo podejrzewać, potrzebuje tych słów tak samo, jak bardzo wielu z nas. A kiedyś tak nie było. Trzeba oto tu dziś powiedzieć, że – o czym dowiedziałem się od samego LEMMINGA – kiedy on tu zaczął przychodzić, jemu to wszystko cośmy tu wypisywali, bardzo się nie podobało. Powiedział mi kiedyś LEMMING, że na samym początku, on tu przychodził wyłącznie po to, żeby dostawać na nas cholery. A więc, jeśli on tu potrzebował wciąż wracać, to dokładnie tak samo, jak to wciąż próbują tu wracać jakieś chore ze złości trolle. I po pewnym czasie – tak mi opowiedział LEMMING – on uznał, że bez tego bloga nie umie żyć, i że – co gorsza – on tu znalazł prawdę. Tak było. Jeśli mnie LEMMING nie buja – tak było. Jeśli mnie LEMMING nie buja, on po raz pierwszy w zyciu głosował na Jarosława Kaczyńskiego w czerwcu i lipcu minionego roku. Jeśli mnie nie buja – w głównej mierze dzięki temu blogowi.
A więc to by była pierwsza pocieszająca wiadomość, jaką udało mi się przekazać w tej notce. Jeśli przyjąć, że jest jakieś ziarno prawdy w myśli, że jeśli to co robimy przynieście choć jedno dobro, to warto było. Dla tego jednego dobra – było warto. Żeby dać naszemu koledze dobry powód do refleksji. W tym momencie muszę wrócić do pierwszego pytania, po co? Czemu wciąż tu jestem i czemu wciąż tyle osob chce, żeby ten blog trwał? Oczywiście może być tak, że ta walka wbrew pozorom wcale się nie skończyła. Że to co pisałem wcześniej, a więc, że kto wie, czy wszyscy ci, którzy tak bardzo ulegli rozpaczy, że uwierzyli w to, że to już nie my jesteśmy narodem, ale ci co wygrali na tamtej kwietniowej masakrze, nie jest wcale prawdą. Że trzymamy się nadal mocno i przed nami już tylko lepsze czasy. Wtedy odpowiedź jest prosta – jesteśmy tu by nadal walczyć.
Ale załóżmy, że dopiero teraz zaczyna się ciężki czas. Że ma rację Rymkiewicz, kiedy mówi, że trzeba czekać aż czterdzieści następnych lat, żeby Polska odrodziła się z tego nieszczęścia. Co wtedy? Co można powiedzieć komuś, kto zapyta, po jasną cholerę ja tu przychodzę codziennie, żeby rzucać te słowa dla tych paru już tylko osob, które też nie za bardzo wiedzą, po co im one. Czy ja nie zauważyłem, że tu się ostatnio robi naprawdę pusto? Co można powiedzieć komuś, kto – jak być może nasz kolega Gemba – wie, że to już koniec i nie ma się co nadymać. Otóż odpowiedź jest chyba jednak dość prosta. Tak naprawdę od samego początku chodziło jedynie o to, żeby dawać świadectwo. I tylko o to. A z dawaniem świadectwa jest tak, że kiedy ono pozornie już nikomu nie jest potrzebne, to tym bardziej je trzeba dawać. Chodzi o dawanie świadectwa. Z tą jedna nadzieją, że na jego drugim końcu znajdzie się choć jedna osoba, której to świadectwo ułatwi życie, a – kto wie, kto wie – może też i ktoś, komu to życie uratuje.
Bo wygląda na to coraz bardziej, że ten blog to ani nie klub dyskusyjny, ani nie towarzystwo wzajemnej adoracji, ani tym bardziej nie kolejna intelektualna przygoda na peryferiach nowego, dzielnego świata. Ten blog to miejsce gdzie się daje świadectwo i liczy, że ono dotrze tam, gdzie jest najbardziej potrzebne. I bez względu na to, czy ktoś już z tej potrzeby sobie zdaje sprawę, czy dopiero ma się o niej dowiedzieć.

piątek, 9 kwietnia 2010

O świadectwie pamięci, o znaczeniach i o celu



Kiedy mijała piąta rocznica śmierci Ojca Świętego, leżałem chory, więc nie bardzo miałem jak ją tu zaznaczyć, a i tak jedyny moment, kiedy znalazłem w sobie siłę by pisać, dotyczył tych nieszczęsnych banków. A więc pozostało mi tylko próbować z jednej strony przypomnieć sobie to wszystko, co nieodwołalnie minęło i powoli staje się bardziej historią niż wspomnieniem, a z drugiej jakoś znosić te wszystkie wspomnieniowe popisy ludzi, którzy nie są w stanie jednego dobrego słowa powiedzieć o Papieżu, bez jednoczesnego pokazania sobie i światu, jak należy się nadymać i jak można gardzić.
Mamy tu na tym blogu – Bogu Najwyższemu dzięki – naszego osobistego Księdza, który nas utrzymuje zawsze minimalnie ponad ziemią, a przez to nie pozwala zapomnieć, że jesteśmy aż ludźmi. No i to właśnie Ksiądz tak pięknie nam pokazał niedawno tę niezwykłą modlitwę, a mnie osobiście dziś zainspirował – skromną w gruncie rzeczy – uwagą o pewnym aktorze-kowboju. I przypomniała mi się ta Peggy Noonan, o której mu napisałem w komentarzu, a z nią ten niezwykły tekst, jaki ona – Amerykanka z krwi i kości – stworzyła o odchodzącym już od nas Papieżu. Tekst, który może mówić tylko za siebie. I ja już więcej nic. To dla Was i – oczywiście – trochę też dla siebie. Przetłumaczyłem go najlepiej jak umiałem, wierząc, że to jest świadectwo tak mocne, a jednocześnie tak wieloznaczne, że trzeba je znać. Peggy Noonan – tekst sprzed ponad 5 lat, z 10 lutego 2005 roku, zamieszczony w Wall Street Journal.


Ofiarna dusza

Dużo ostatnio myślę o Janie Pawle II. Podobnie zresztą, jak każdy z nas. Wczoraj, w związku z niedawnym pobytem w szpitalu, Papież nie wziął udziału w uroczystościach Środy Popielcowej w Watykanie.

Środa Popielcowa przypomina katolikom, że któregoś dnia wszyscy odejdziemy z tego świata i, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Apeluje się do nas o odnowę naszego duchowego życia, o rezygnację z drobnych przyjemności i ofiarowanie tego poświęcenia Bogu, przynajmniej do wiosny, czyli do Świąt Wielkiej Nocy.

Długa fizyczna choroba Papieża stanowi część długiego pożegnania, które niesie w sobie znaczenie. Chcę troszkę dłużej dziś porozmawiać o tym, jak ja sama widzę to znaczenie i o tym, jak 18 miesięcy temu spotkałam się z Janem Pawłem II.

________________

Gdy go ujrzałam, pomyślałam sobie: Zobaczyłam świętego o zachodzie słońca. Tak faktycznie, było wcześnie rano, jak czytam w swoich notatkach – 7.30 2 lipca 2003 roku. Piękny poranek, w samym środku najgorszego upału, jaki przeżywał Rzym w minionym stuleciu. Miasto było uśpione, ulice ogłuszone upałem.

Setki ludzi zebrały się na Piazza Del Suffizo, w cieniu Kolumnady Berniniego, marmurowych kolumn otaczających Plac Św. Piotra. Wiał ciepły wiatr, zapowiadając jeszcze gorszy upał, a my wachlowaliśmy się cienkimi, zielonymi wejściówkami na papieską audiencję. Tłum był radosny – świergoczące zakonnice, cykający turyści.

Zbliżała się cotygodniowa audiencja. Wśród nas: grupa głuchoniemych Włochów w białych baseballówkach, z jedwabnymi biało-żółtymi, zawiązanymi na szyi, jedwabnymi chusteczkami. Członkowie chóru z Archidiecezji St. Louis, Grupa sióstr zakonnych z Małej Misji dla Głuchoniemych z Bolonii. Był też człowiek z Monterrey z Meksyku, który przyjechał do Watykanu z żoną i dwójką dzieci. Wraz z gęstniejącym tłumem, stanęliśmy bliżej siebie i zaczęliśmy rozmawiać tak, jak byśmy się znali od zawsze.

  — Czemu państwo tu przyjechali? – spytałam.

  — Zobaczyć Papieża – odpowiedział mężczyzna z Monterrey. &mdash To najważniejszy człowiek w całym chrześcijańskim świecie. Jest samym następcą Chrystusa. – Kiedy po kilku minutach odczytałam mu swoje zapiski, poprosił mnie, żebym poprawiła. Jest najważniejszym człowiekiem w całym świecie.

Rozmawiałam z kobietą w słomkowym kapeluszu, z opuszczonym rondem by chronić się przed słońcem. Nosiła naszyjnik z ogromną białą muszlą. Miała 45, może 50 lat i wyglądała jak nieco już starsza Greta Garbo. Powiedziała, że jest na pielgrzymce. Przeszła już setki kilometrów, odwiedzając sanktuaria maryjne. Z mężem – misiowatym, siwym, brodatym mężczyzną – wyruszyła w maju z Austrii i przybyła na miejsce poprzedniego dnia, 1 lipca. Szli szosami i polnymi drogami. Pokazała mi swój dziennik pielgrzymki. Czystym, wyraźnym pismem udokumentowała każdy kościołek, jaki spotkali na swojej drodze. Jej mąż robił długopisem rysunki katedr. Robił zdjęcia kapliczek i wklejał je do dziennika. – Niech pani popatrzy – powiedziała i pokazała mi stronę, na której narysowała swoją stopę po sześciu tygodniach marszu. Śmieszne kreski kanciastej stopy poniszczonej poprzez przesadnie wielkie odciski. Obok narysowała kremy i bandaże, jakimi przez te tygodnie opatrywała rany. Jak mi powiedziała, codziennie uczestniczyli we Mszy Świętej. A dlaczego tu przyszli?

  — Dlaczego? Zobaczyć il Papa – zrobiła gest, jakby chciała powiedzieć: I dziś mamy kulminację.

Przeszliśmy przez bramki do wykrywania metalu, które najwidoczniej nie działały. Żadnego bzyczenia, żadnych innych odgłosów, nikogo, kto by nas uważniej obserwował. Skierowano nas chodnikiem tuż obok Placu Św. Piotra. Dużo później, kiedy wróciłam tam znowu, jakiś młody ksiądz powiedział – Wydaje się, że ukrzyżowano go dokładnie tutaj, pod spodem. – Pokręciłam głową. – Świętego Piotra. Możliwe, że to było dokładnie w tym miejscu – powiedział i wskazał ręką chodnik.

Weszliśmy do Sali Audiencyjnej Pawła VI, potężnej, betonowej, nowoczesnej struktury, przypominającej typowe ewangelickie kościoły na przedmieściach. W kierunku sceny ustawione były rzędy, przymocowanych do podłogi krzeseł. Ludzie wchodzili grupami, lub pojedynczo, cale ich setki, a później już tysiące. Przesuwałam się razem z nimi i słyszałam wszystkie języki świata: francuski, angielski, hiszpański, niemiecki, czeski. Były tam grupy z Zachodniej Afryki, Niemiec, Polski, Szkocji, Portugalii i Brazylii. Z zajętych już miejsc dotarł do mnie cichy śpiew rumuńskich kobiet w średnim wieku. Kiedy skończyły, podniósł się bardzo energiczny śpiew trzydziestu chłopców i dziewcząt z Białegostoku.

Nagle z przodu usłyszeliśmy szelest. Do sali, tanecznym krokiem wbiegło, śmiejąc się i klaszcząc, kilkadziesiąt czarnych kobiet z Afryki, w długich do ziemi bawełnianych sukniach. Na brzegu swoich sukienek miały wyszyte słowa „Archidiecezja Freetown”. Usiadły obok dzieci z katolickiej szkoły w Rwandzie, które klaskały i potrząsały tamburynami.

Pomyślałam sobie: Jest tu cały Kościół.

Sala się zakołysała. Tu wiwaty, tam bębny, gdzieś z tyłu jakiś cicho śpiewany amerykański spiritual. Różne chóry przejmowały pieśni jeden od drugiego, co sprawiało, że najpierw śpiewała grupa z Santo Domingo, a kiedy ci skończyli, natychmiast zaczynał, w białych frakach, chłopięcy chór z Polski. A kiedy oni kończyli, zaczynała bębnić w swoje bębenki grupa amerykańskich Indian. Ubrani w swoje tradycyjne stroje i w pióropuszach, wyglądali jak piękne pawie. I nagle pomyślałam, że ci tak bardzo różni, a jednak zjednoczeni uczestnicy audiencji, kiedy odbijali się od siebie echem, wzajemnie się wspierając, byli jak żywy symbol Kościoła, każdego dni na całym świecie.

Na scenie coś się poruszyło. Dwaj szwajcarscy gwardziści w swoich pięknych mundurach i czarnych hełmach, weszli na scenę i ustawili się na baczność w samym środku, wyprostowani ze swoimi halabardami. Publiczność zaczęła bić brawo.

Za nimi, pojawił się tłum kardynałów i biskupów, wszyscy na czarno, z czerwonymi i purpurowymi szarfami. A dalej, dwóch papieski szambelanów w białych frakach.

________________

Spojrzeliśmy na lewą stronę sceny. Dojrzeliśmy jakiś ruch.

I to był on, Papież – 20 minut przed czasem. Kobieta stojąca obok mnie, która – jak mi powiedziała – regularnie uczestniczy w audiencjach, zaśmiała się i krzyknęła nad tłumem – Ostatnio, jak już ma przyjść, przychodzi natychmiast!

Papież został wwieziony na scenę. Siedział w brązowym drewnianym fotelu, który z kolei spoczywał na dziwnej, drewnianej platformie na kółkach. Przesuwał się powoli na tym niezwykłym tronie, robiącym jednocześnie wrażenie praktyczne i absurdalnie.

Cały był ubrany na biało, siedząc lekko pochylony do przodu. Biała szata, biała piuska, biała szarfa ze złotymi frędzlami. Gdy wreszcie ów drewniany tron znalazł się w centrum sceny, cała masa kardynałów otoczyła fotel. Pomogli Papieżowi wstać, następnie złapać równowagę, a następnie przejść do białego, miękkiego fotela z wysokim oparciem, a kiedy na nim usiadł, obrócili go przodem do sali.

________________

Tłum wstał i aplauz nie ustawał. Jednak można było odnieść wrażenie, że jest jakiś zduszony, już nie tak pełen radości, jak zanim audiencja się rozpoczęła.

Komża papieża była zbyt krótka – może jakieś 15 centymetrów nad podłogą. Mogliśmy zobaczyć jego białe, bawełniane, sportowe skarpetki. I zobaczyliśmy też znoszone brązowe buty. Oto papież, który nosi stare trzewiki, jak robotnik, jak zwykły człowiek, a nie tradycyjne, jedwabne papieskie pantofle.

  — Kochamy Cię, Ojcze! – ktoś zawołał. — Kochamy Cię, Ojcze Święty!

Z wysiłkiem uniósł głowę. Usiedliśmy. I w tym momencie zrozumiałam sens oświadczenia Watykanu, wydanego ledwie tydzień wcześniej, tuż po moim przyjeździe do Rzymu. Ojciec Święty, stwierdzało Biuro Prasowe, tego lata nie wyjedzie na górskie wakacje, tak jak to robił w latach poprzednich, lecz zamiast tego będzie pracował nad wspomnieniami ze swoich wczesnych lat. Rzym kipiał od plotek: jakież to niesamowite, że taki stary człowiek jest jeszcze w stanie w wolnym czasie pisać książki. To czego obserwatorzy nie zauważyli, to wiadomość, przesłonięta skutecznie przez sam komunikat, że nogi Papieża już nie funkcjonują. Jak miałby chodzić po górach?

Gdy opowiedziałam to pewnemu księdzu w Rzymie, zaśmiał się. Powiedział mi, że Jan Paweł jest bardzo przewrażliwiony na punkcie najnowszych spekulacji dotyczących jego zdrowia, i że całkiem niedawno skarżył się pewnemu amerykańskiemu kardynałowi: „Powiedz tym swoim dziennikarzom, że papież nie potrzebuje nóg, by dbać o Kościół”.

________________

Papież odczytał nam kilka swoich uwag, które miał zapisane na zwykłej, białej kartce wielkości papieru listowego. Jego głos był bardzo niewyraźny i chrapliwy, a kartka drżała mu w dłoniach. Mówił po włosku. Cienki mikrofon był na tyle wrażliwy, że słyszeliśmy, jak między zdaniami Papież ciężko oddycha.

Ludzie w sali wyglądali na zdezorientowanych. I wtedy Papież przemówił po polsku, a jego głos nagle zabrzmiał mocno. I choć większość, siłą rzeczy, nie miała pojęcia, co mówi, wszyscy zamilkli i pochylili się do przodu.

Jego lewa dłoń drżała okropnie. Kiedy czytano tłumaczenie, przechylił głowę i oparł policzek na lewej dłoni, jakby w ten sposób chciał powstrzymać drżenie.

Następnie Papież odchrząknął i zaczął mówić po angielsku. Jednak jedyne słowa, które udało mi się zrozumieć, to „Duch Ośmiu Błogosławieństw”. Dopiero później przeczytałam w relacji Associated Press, że Papież mówił o Psalmie 145, który nazwał „poranną pieśnią chwały”. Kończy się ona, powiedział, „proklamacją panowania Boga nad historią ludzkości”. Przypomina nam też ona, powiedział, że „Pan będzie panował wiecznie”.

Dzieci z Santo Domingo zaśpiewały starą piosenkę: Juan Pablo Segundo, el padre del mundo.

Uniósł prawą dłoń, jakby chciał dać do zrozumienia, że słyszy. I widać było, że ta radość z dawnych lat, kiedy pozdrawiał dzieci śpiewające mu w Nowym Jorku i w Chicago i wołał do nich wesoło, jest już dziś po prostu niemożliwa.

A mimo to, kiedy na niego patrzyłam, w najmniejszym stopniu nie widziałam w nim kogoś chorego i słabego. Zrozumiałam, że mam przed sobą wyłącznie kogoś, kto został uwięziony w całkowicie zewnętrznym bezruchu. A w środku był nikim innym, jak tym samym co zawsze Janem Pawłem.

I pomyślałam sobie: on jest duszą wydaną nam na ofiarę. Jego cierpienie ma znaczenie i sens.

Przez ten ból otrzymujemy naukę.

________________

Zaśpiewał nam jeszcze na koniec, jak staruszek siedzący na słońcu. Większość z nas oczywiście nie rozumiała słów piosenki, ale wiedzieliśmy, że śpiewa ją dla nas, i było w tym coś pięknego i głęboko poruszającego. A więc zwróciłam się do koleżanki – Czy słyszysz, jak śpiewają święci? – spytałam. Wciągałam te słowa jak powietrze i pozwalałam, by wypełniały mą głowę. W pewnym momencie poczułam, jak bym chciała zatkać uszy i już nigdy nie pozwolić im stamtąd uciec.

Następnie Papież uczynił znak krzyża. Podeszli kardynałowie, przyklęknęli przed nim i ucałowali pierścień. Grupa amerykańskich Indian weszła na scenę i też uklękli. Po nich, przed Papieżem pojawiło się kilkadziesiąt świeżo-poślubionych par w sukniach i frakach, z prośbą o błogosławieństwo. Następnie chore dzieci na szpitalnych łóżkach, ludzie na wózkach.

Zawsze mam wrażenie, że Papież, gdyby tylko mógł ograniczyć grupę ludzi, z którymi się spotyka do tych, których lubi najbardziej, nie byliby to ani kardynałowie, ani książęta, ani kongresmani, lecz siostry z najbardziej odległych klasztorów i dzieci z zespołem Downa. Szczególnie te dzieci. Ponieważ one cierpią, a przez to że cierpią w jakiś poważny i niezwykły sposób rozumieją więcej niż większość ludzi. Wszyscy się gubimy w naszych ambicjach, ideach i całym tym rozgardiaszu, ale skromni i ograniczeni są w stanie odczytać to przesłanie bardziej głęboko i kompletnie: Bóg nas kocha, Jego miłość nas otacza, stworzył nas po to, byśmy Go kochali, bawili się z Nim, służyli Mu i byli szczęśliwi.

Znam kobietę, która kiedyś pracowała z upośledzonymi. Dzieci z zespołem Downa prosiły ją często, by pozwoliła im czesać swoje długie blond włosy, a następnie zanurzały się w nich i ginęły w ich pięknie. Dotykały tych włosów, głaskały, i przechodziły przez nie jak przez zasłony. Trzeba genialnego umysłu, by zrozumieć, że długie blond włosy mogą być jak niebo. One wiedziały. A Papież wie, że one wiedzą.

________________

I już audiencja dobiegła końca. Znów przyszli jacyś ludzie i wraz z kardynałami otoczyli Papieża. Podnieśli go, pomogli mu przejść z białego fotela na drewniany tron, i Papież powoli zjechał ze sceny.

Jeszcze raz zwrócił się w naszym kierunku, uniósł prawą dłoń i z wielkim trudem uczynił znak krzyża. I wtedy Polacy zgromadzeni w sali zaczęli śpiewać piosenkę, która przypomniała najbardziej pierwsze początki, autentycznie brzmienie sprzed 25 lat, kiedy to Papież po raz pierwszy pojawił się na watykańskim balkonie i spojrzał na świat. Piosenkę, którą mu śpiewali na każdym przystanku jego długiej służby. W dobrych i złych czasach: „Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!”

Zostałam do samego końca, jeszcze przez dwie godziny. A później odwróciłam się, by spojrzeć na ludzi zgromadzonych za mną, tak bym mogła zapamiętać ich twarze i może któregoś dnia je opisać. I aż zdrętwiałam.

Bo nie było już prawie nikogo. Niemal wszyscy sobie poszli. Zaczęli wychodzić jeszcze zanim Papież na dobre opuścił scenę. Zupełnie jakby skasowali swoje bilety – widziałem staruszka – i już szli dalej, by obejrzeć koty w Koloseum.

Jego całe życie stanowi wygląda jak pożegnalne tourne. On świetnie wie, że w dużym stopniu oni wszyscy przychodzą po to, by móc powiedzieć: „Widziałem Jana Pawła Wielkiego”. A więc cały czas wokół niego unosi się poczucie półmroku od którego nie ma ucieczki.

Wybuchy na przemian radości i smutku wyznaczają jego odejście. Radości, bo nadszedł czas, by ktoś młodszy odcisnął swą pieczęć na naszych czasach. Smutku, bo mamy do czynienia z gigantem, ostatnim papieżem starych czasów. I z jeszcze czymś. Po nim zaczyna się już prawdziwie nowy świat. I wtedy dopiero się zacznie. On był ostatnim owocem starego świata. Jego obecność równie stanowcza i mocna jak sam Watykan.

________________

Jego cierpienie jest jego świadkiem. Ma swój cel. Coś nam mówi…

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...