Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazimierz Grześkowiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazimierz Grześkowiak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2018

O wyższości muzycznej twórczości Kazimierza Staszewskiego nad twórczością Krzysztofa Cugowskiego

      Wciąż pamiętam czas, kiedy to Krzysztof Cugowski, pierwszy wokalista zespołu Budka Suflera, kiedy jeszcze był politykiem Prawa i Sprawiedliwości, w jednym z wywiadów zdradził tajemnicę największego przeboju grupy, zatytułowanego „Sen o dolinie”, oraz kontrowersji z nim związanych. Otóż, jak niektórym z nas wiadomo, piosenka „Sen o dolinie”, która swego czasu zapewniła Budce Suflera ogólnopolski sukces, stanowiła tak zwany „cover” wielkiego przeboju wybitnego amerykańskiego piosenkarza nazwiskiem Bill Withers, „Ain’t No Sunshine”, tyle że z polskim tekstem. Rzecz w tym, że choć Budka Suflera tą piosenką zadebiutowała jeszcze w roku 1974, to przez praktycznie całe długie lata PRL-u, a później również, pies z kulawą nogą nie wspomniał o tym, że ów „Sen o dolinie”, to nie jest piosenka Budki Suflera, lecz owego Withersa i wszyscy fani zespołu byli przekonani, że Budka to hit na skalę światową. Dopiero w końcowych latach III RP, w wywiadzie dla tygodnika zwanego wówczas jeszcze „W Sieci”, Krzysztof Cugowski wyjaśnił, że oni wcale nie chcieli nikogo oszukać, tyle że musieli ukryć nazwisko autora, bo gierkowska cenzura nie pozwoliłaby nagrać im piosenki z repertuaru imperialistycznego artysty. Koniec.
     I to mnie prowadzi do bohatera dzisiejszej notki, a mianowicie Kazimierza Staszewskiego, popularnie zwanego Kazikiem, do którego Cugowski akurat ma się tak, jak Księżyc do Słońca, jednak jakoś się, owszem, ma. Otóż jeden z rozdziałów książki o piosenkach poświęciłem właśnie Kazikowi, w którym podzieliłem się następującą refleksją:
      Muszę przyznać, że ile razy słyszę, jak Kazik wykrzykuję swoje: „Jak powstają twoje teksty? Gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta”, z jednej strony, niezmiennie czuję bezgraniczne wzruszenie i podziw, a jednocześnie bolesne zdziwienie.
      Czemu podziw? Wiadomo. Czy w historii polskiej, a przecież nie tylko polskiej, muzyki popularnej, można znaleźć coś równie wybitnego? Zdziwienie natomiast z tej prostej przyczyny, że ja kompletnie nie rozumiem, czemu Kazik się tak bardzo unosi, kiedy ktoś zwyczajnie chce wiedzieć, jak on to robi. Ja wprawdzie bym go o to nigdy nie zapytał, bo – biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie mam z ludźmi z jednej strony genialnymi, a z drugiej tragicznie przeciętnymi – wiem, jak to jest ze sztuką. Się siada i się albo pisze, albo gra, albo śpiewa, albo maluje. Obojętne. I w ogóle nie ma o czym gadać. Chociaż, jeśli się trochę bardziej nad omawianym przypadkiem zastanowić, to może faktycznie nie ma się czemu dziwić. Bo jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu, to wystarczy Kazika poczytać w jego felietonach, czy – tym bardziej – posłuchać, jak się mądrzy w telewizji, by wiedzieć, że jemu faktycznie na tak zadane pytanie nie pozostaje nic, jak tylko użyć swojego laczka i kopyta.
      A dziś, pozostaje mi tylko do tego dodać jeszcze jedno pytanie. Cóż bowiem innego on mógł powiedzieć? Że to pisanie, to takie grzebanie w śmieciach, z których każdy cymbał o cwanym oku potrafi nagle znaleźć coś nadzwyczaj wartościowego? Kto jak kto, ale sądzę, że on by się na tego typu wyzwanie nie zdobył nigdy.
     Jednak lubię bardzo Kazika, lubię jego piosenki, jego teksty, wreszcie jego sceniczny image i to do tego stopnia, że ostatnio nawet postanowiłem kupić jego dwa koncerty na DVD, by sobie go i posłuchać i pooglądać jednocześnie.
     I oto, proszę sobie wyobrazić, wśród tych piosenek pojawiła się jedna, zatytułowana „W południe”, która, moim zdaniem, jest czymś bezwzględnie najlepszym, co mu kiedykolwiek przyszło wykonywać, zarówno gdy chodzi o melodię, ale też przede wszystkim być może tekst.



      I wszystko byłoby po mojej myśli, gdyby nie dwie kwestie. Otóż piosenka „W południe” nie jest produktem kazikowego talentu, lecz utworem napisanym i skomponowanym przez dziś już boleśnie dla nas nieżyjącego Kazimierza Grześkowiaka, który Kazik zaśpiewał nie zmieniając w nim ani jednej nutki, jednego akcentu, jednego wreszcie westchnienia, do tego stopnia wiernie, że w pewnym momencie nawet owo słynne zachłyśnięcie się Grześkowiaka, tak oryginalne i przypadkowe, też powtórzył.
      Druga rzecz jest poważniejsza. Otóż oglądam ten koncert i widzę, że jemu jak nabardziej zdarza się tam śpiewać tak zwane covery i tu też bez śladu osobistych akcentów, jednak za każdym razem on informuje, czyja jest to piosenka, a czasem też nawet, skąd jej inspiracja. W przypadku Grześkowiaka, nie wspomina o nim jednym słowem. Jednym słowem nie sugeruje nawet, że tym razem to nie on. Leci więc to „W południe”, a zachwyceni fani machają marynarami w przekonaniu, że mają do czynienia z autentyczną sztuką.
      Przeprowadziłem w związku z tym doświadczeniem pewien eksperyment i popytałem wśród znajomych fanów Kazika – a jest ich paru – czy oni mają świadomość, że „W południe” to nie jest jego piosenka. I proszę sobie wyobrazić, że tego nie wiedział żaden z nich, co świadczy o tym, że jeśli on kiedykolwiek ujawnił ten fragment swoich dokonań, to zrobił to na tyle dyskretnie, by wszystko zostało tak jak było, a więc tak jak nas nauczył Krzysztof Cugowski.
      A ja sobie myślę, że to jest jeszcze jeden dowód na to, że Kazik, artysta naprawdę nietuzinkowy, jako człowiek jest wyjątkowym głuptasem. I to też jeszcze raz nam pokazuje pełny sens ewangelicznej przypowieści o talentach, a dodatkowo jeszcze ją poszerza o opis losu tego jednego jedynego talentu, wprawdzie nie zakopanego, niemniej tylko jednego i wykorzystanego, jak się ostateczenie okazuje, ot tak sobie.
      Popatrzmy więc już na sam koniec na coś do końca prawdziwego i w owej prawdziwości wręcz wstrząsającego. Przed Państwem – śp. Kazimierz Grześkowiak.




Mój email to k.osiejuk@gmail.com. Tam proszę się dopytywać o moje książki.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...