Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczna poprawność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczna poprawność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 grudnia 2020

Dlaczego naziści nie lubią margaryny "Palma"?

       Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale od kilku dobrych miesięcy na angielskich boiskach piłkarskich panuje taki obyczaj, że tuż przed rozpoczęciem każdego meczu, piłkarze, sztab trenerski, nie zapominając o sędziach klękają na kilka sekund w geście zadośćuczynienia za wszelkie krzywdy, jakich czarni mieszkańcy Wielkiej Brytanii każdego dnia doznają z rąk białych rasistów. Ponieważ oglądanie angielskiej piłki nożnej jest dla mnie w tej chwili już chyba jedna z ostatnich pasji, zmuszony jestem oglądać ten cyrk i doprawdy nie wiem, kiedy on się wreszcie skończy i czy w ogóle. A, owszem, biorę mocno pod uwagę, że to już pozostanie stałym boiskowym rytuałem po wieczne czasy, zgodnie zresztą z pewną anegdotą, jaką jeszcze pamiętam z czasów komuny, kiedy to gdzieś kiedyś z przemową wystąpił Stalin i kiedy po jej zakończeniu rozległy się huczne brawa, trwały one przez kilka dni i nocy, bo juz nawet po tym jak Josif Wissarionowicz sobie poszedł, nikt z zebranych nie miał odwagi, by jako pierwszy przestać klaskać, bo to mogło dla niego oznaczać śmierć.

      Ktoś powie, że ja przesadzam, bo w końcu gdzie Rzym a gdzie Krym, daję jednak słowo, że o żadnej przesadzie mowy nie ma, ponieważ gdy obserwuję to co się dzieje dziś na świecie, dochodzę do przekonania, że spodziewać się już można naprawdę wszystkiego. Oto choćby wczoraj media podały, że żona piłkarza Lewandowskiego udzieliła okładkowego wywiadu magazynowi dla kobiet „Vogue”, a ponieważ jednym słowem nie wspomniała tam o walce Strajku Kobiet, spotkał ją ze strony wspomnianego strajku taki hejt, że nie wiadomo, czy ona nie będzie musiała jednak za swoje niedopatrzenie przeprosić i ogłosić, że ona jak najbardziej „jebie PiS”.

      Wróćmy jednak na boiska Premier League. Oto w miniony weekend doszło do starcia Southampton z Manchesterem United, w którym urugwajski piłkarz Edinson Cavani dzięki swoim dwóm bramkom ze stanu 2:0 dla Southampton doprowadził do zwycięstwa United 3:2. I proszę sobie wyobrazić, że ów Cavani chodził w glorii bohatera zaledwie kilka chwil, bo, jak ktoś swoim czujnym okiem wypatrzył i o sprawie natychmiast zameldował komu trzeba, jakiś kumpel Cavaniego z Urugwaju wysłał mu na Instagramie przyjacielskie gratulacje, ten w odpowiedzi napisał mu „Gracias Negrito”, no i wybuchło piekło. Wprawdzie zarówno sam Cavani jak i wielu jego kolegów, południowoamerykańskich piłkarzy, zaczęło go usprawiedliwiać, tłumacząc że w takim Urugwaju imieniem „czarnuszek” określa się choćby osoby o kruczoczarnych włosach, a kolega Cavaniego, również Urugwajczyk, Luis Suárez z Atletico Madryd, zaświadczył, że kiedy był dzieckiem, jego rodzice nie wołali na niego inaczej jak „negrito”. Nikt go jednak już nie słuchał, ponieważ natychmiast głos zaczęli zabierać kolejni komentatorzy, i jak się okazało jedyny problem jaki  w tej sytuacji istniał to ten, czy Cavani za swoją podłość powinien zostać zdyskwalifikowany na trzy, pięć, czy może więcej meczów. Sam piłkarz oczywiście w jednej chwili się zamknął, swój wpis na Instagramie natychmiast usunął, a następnie wydał oświadczenie, że on nigdy w życiu nie był rasistą, swojego wpisu nie przemyślał i że wszystkich za to co uczynił, z całego serca przeprasza. Czy coś mu to da? Z tego co widzę, szanse są małe, bo sądząc po aktualnej dyskusji dyskwalifikacja jest pewna, natomiast to co jest dodatkowo rozważane, to paląca konieczność powołania w Wielkiej Brytanii specjalnego ciała, które zajmie się organizacją specjalnych kursów na temat tego, czym jest rasizm, jak walka z nim jest ważna w Wielkiej Brytanii i jakie obowiązki mają tu osoby najwidoczniej wciąż zbyt dzikie, żeby rozumieć, co wypada, a co nie.

       I ja wcale nie żartuję. Kiedy śledzę kolejne wypowiedzi na temat nieobyczajnego wybryku Cavaniego, kwestia ta wraca raz za razem, a wraz z nią argument, że nawet jeśli przyjmiemy, że są kraje na świecie takie jak choćby Urugwaj, gdzie lokalna kultura dopuszcza różnego rodzaju z naszego punktu widzenia dziwne zachowania, to skoro ktoś z tamtego rejonu decyduje się przyjechać do Wielkiej Brytanii, ma się albo przystosować, albo won! I tu właśnie pojawia się propozycja organizacji specjalnych szkoleń dla przybyszów z innego kręgu kulturowego, by mogli się oni zapoznać z tym, co im grozi, jeśli tę swoją kulturę będą próbowali przenieść na obcy grunt, no i żeby nie mogli się już tłumaczyć, że „nie wiedzieli”.

       A ja sobie myślę, że to jest naprawdę piękne, jak to pogrążone w swoim obłędzie lewactwo padło ofiarą swojej własnej broni. Oni tak dużo mówili o tolerancji, szacunku dla odmienności, zrozumienia dla różnorodności środowisk i kultur, że nagle sami zaczęli demonstrować czysty, niczym nie wzruszony rasizm. Bo proszę zwrócić uwagę na to, do czego tu doszło. Oni nie mają pretensji do Cavaniego o to, że on nienawidzi Czarnych, czy choćby nimi gardzi; oni nawet nie twierdzą, że on na temat Czarnych ma jakiekolwiek poglądy, które by się kłóciły z wyznawaną przez nich filozofią powszechnej miłości. Oni zarzucają Cavaniemu wyłącznie to, że jest Urugwajczykiem i nie chce o tym zapomnieć, kiedy przebywa na terenie Wielkiej Brytanii, pracuje tam i zarabia na życie. Oni od niego żądają wyłącznie tego, by zrezygnował z własnej kulturowej, w tym wypadku wyrażanej przez język tożsamości. Oni tak naprawdę zakazują mu używania słowa określającego jeden z kolorów. Ich zdaniem, jeśli on chce powiedzieć, że coś jest czarne, może sobie to robić u siebie w dżungli, a nie na cywilizowanym jak najbardziej Instagramie. 

      Banda pieprzonych nazistów!

      A ja oczywiście bardzo się cieszę, że jestem tu gdzie jestem i mogę wciąż jeszcze bezkarnie się zażerać moim ulubionym murzynkiem na niedzielny deser, tuż po odpowiednio mięsistym kotlecie mielonym, usmażonym jak najbardziej na margarynie „Palma”.



     

 

sobota, 8 czerwca 2019

Gdzie się podziały tamte prywatki?


Powiem uczciwie, że nie wiem dlaczego nagle w przestrzeni publicznej odżyła kwestia relacji między płciowością, a językiem ją opisującym. I wcale nie chodzi mi o to, że nie ma w naszym języku odpowiednich słów, które by nadały znaczenie przedmiotom, czy zjawiskom, związanym z seksem, a które nie brzmiałyby ani zbyt wulgarnie, ani też zbyt nienaturalnie. Dziś mam na myśli wyłącznie coś tak prostego i codziennego jak definiowanie przy pomocy języka dziewczynki i chłopczyka takimi jacy oni są.
Oglądałem niedawno w TVPInfo rozmowę prof. Legutki z jakąś nieznaną mi panią o terrorze politycznej poprawności, który każe językowi ewoluować w taki sposób, by ostatecznie wszelka różnica między kobietą, a mężczyzną została zlikwidowana. Rozmowa była oczywiście zabawna i w swej zabawności ciekawa, to natomiast co mnie zaniepokoiło, to to, że ani wspomniana pani, ani tym bardziej Ryszard Legutko, że już nie wspomnę o prowadzącym spotkanie Bronisławie Wildsteinie, nie zechcieli wyjść poza stare do porzygania żarty na temat tego, jak to gdzieś w Wielkiej Brytanii ktoś zamiast angielskich zaimków „he” i „she” proponuje stosować wspólny dla obu zaimek „they”, a u nas w Polsce proponuje zapisanie w słownikach formy „polityczka” i przedstawić choćby ślad diagnozy. Mało tego: oni nawet nie zechcieli zwrócić uwagi na ową kompletnie niedorzeczną sprzeczność w polityce lewicowych środowisk, które z jednej strony walczą o likwidację podziału między kobietą, a mężczyzną, a z drugiej, z równą determinacją, postulują wprowadzanie do słownika coraz to nowszych form żeńskich.
Jak mówię, nie wiem, skąd się nagle pojawił ten temat, choćby z tego względu, że już ponad sześć lat temu sprawa została ostatecznie załatwiona tu na blogu. Proszę więc bardzo, rzućmy okiem na tamten tekst sprzed lat.  
 
      Jak się dowiadujemy, oto właśnie – a może wcale nie właśnie, tylko dawno temu, ale my akurat dojrzeliśmy na tyle, żeby nam o tym opowiedzieć – w Szwecji ukazała się książeczka dla dzieci, gdzie autor posługuje się wymyślonym zaimkiem osobowym stworzonym ze słów „on” i „ona”, mającym określać coś na kształt trzeciej płci. Autor owej książeczki, jakiś Jesper Lundkvist, twierdzi, że używając wymyślonego przez siebie zaimka, stara się skutecznie walczyć z przesądami, jakie niechybnie wynikają z tradycyjnego przypisywania ludziom określonej płci. Zdaniem tego Lundkvista, ale też, jak się nagle okazuje, przeróżnych intelektualistów z tamtejszych uniwersytetów, dzięki tego typu zabiegowi, dziecko może się skupić na tym, kim jest człowiek, a nie jakaś dziewczynka, czy jakiś chłopiec.
      Niejaka Karin Milles, specjalistka ds. mediów i komunikacji z Uniwersytetu Södertörn skomentowała sprawę następująco: „Obsesyjne zwracanie uwagi na płeć ma negatywne konsekwencje dla jednostki i społeczeństwa. Edukacja najmłodszych powinna zostać wyzwolona z indoktrynacji narzucającej dzieciom role płciowe”.
      Dla nas oczywiście tego typu ekscesy wciąż pozostają egzotyką, i pewnie moglibyśmy na nie machnąć ręką, gdyby nie fakt, że wielokrotnie mogliśmy już zauważyć – a dziś, jeśli tylko się odpowiednio uważnie rozejrzymy, możemy to obserwować wręcz na naszych oczach – że sprawy ostatnio dzieją się naprawdę szybko, i często zupełnie niepostrzeżenie. Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że jednym z naszych posłów – a przy okazji jednym z największych politycznych celebrytów – będzie jakieś monstrum udające kobietę? Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że już za rogiem czają się takie słowa jak „ministerka”, czy może „ministra”, czy „polityczka” – nie dla określenia jakiejś byle jakiej polityki, lecz kobiety uprawiającej zawód polityka? A więc ja osobiście byłbym za tym, by mieć oko na wszystko co się wokół nas czai, byśmy nie musieli pewnego dnia obudzić się z krzykiem.
     Tak się stało, i wspominałem tu już o tym nie raz, że przez wiele lat, właściwie tak długo jak sięgnę pamięcią, grupę zawodową, której nie ufałem wręcz obsesyjnie, stanowili przede wszystkim psycholodzy, a wraz z nimi, niejako w pakiecie, seksuolodzy. Dziś widzę, i zaczynam ten obraz coraz wyraźniej rozpoznawać, że o ile psycholodzy radzą sobie wciąż świetnie i nawet mają przed sobą świetlaną przyszłość, seksuolodzy już wkrótce mogą stanowić gatunek wymarły, grupę istniejącą już wyłącznie we wspomnieniach. A kiedy czytam informacje takie jak ta napływająca do nas ze Szwecji, jestem tego nadchodzącego do nas kataklizmu już niemal pewien.
      Wziąłem do ręki któryś z ostatnich numerów tygodnika „Uważam Rze”, znalazłem tam wywiad ze słynnym polskim seksuologiem Lwem Starowiczem – a więc człowiekiem, którego dotychczas wręcz pasjami nie znosiłem, i – przyznać muszę – poczułem najpierw szok, a potem już tylko zachwyt. Opowiem.
      Rozmowa ze Starowiczem, jak najbardziej na temat płci i seksualności, jest tak niezwykła, że właściwie powinienem ją tu w całości przekleić. Od wczoraj zastanawiam się, jak mogę w skrócie opowiedzieć to co on mówi, i wciąż czuję, że nie ma takiego sposobu, by to wszystko przekazać odpowiednio krótko i dobitnie. No ale muszę spróbować, bo dzieją się rzeczy ważne. Dla czystości narracji, będę się starał unikać zbyt wielu cytatów, jednak proszę traktować znaczną część tego co poniżej jako jak najbardziej cytat. W czym rzecz? Kobieta, która rozmawia ze Starowiczem zaczyna ostro, a mianowicie od pytania: „Kiedyś ideałem był mężczyzna, który polował, rąbał drzewo i potrafił się bić. Dziś panowie używają kosmetyków, noszą spodnie w kwiatki i różowe japonki. Co jest tego przyczyną?” I od tego momentu Starowicz zaczyna snuć swoją opowieść o nowej cywilizacji, a każdy choćby minimalnie wrażliwy czytelnik nie ma innego wyjścia, jak tę opowieść chłonąć z coraz większym przerażeniem.
      A więc tak. To prawda. Duża część mężczyzn niewieścieje. Są tacy, co łączą w sobie cechy męskie i kobiece, podczas gdy inni zupełnie upodabniają się do kobiet. W znacznym stopniu jest to wynikiem bezstresowego wychowania, bardzo często realizowanego wyłącznie przez matki. Ojciec coraz rzadziej stanowi wzór do naśladowania dla synów. Nowy mężczyzna skupia się nie na świecie zewnętrznym, który zawsze przecież stanowił jakieś wyzwanie, ale na sobie, na swoim wyglądzie, na każdej kolejnej zmarszczce na twarzy, na każdej nowej fałdce na ciele. A więc problemem jest współczesna rodzina. Ale są też inne przyczyny. Dzisiejsi chłopcy wychowują się w szkołach koedukacyjnych, co oznacza, że przez cały okres burzliwego dojrzewania przebywają z dziewczynkami. A dziewczynki, jak wiadomo, dojrzewają szybciej od chłopców. W rezultacie męskość jest temperowana, łagodzona. Nie ma wyrazistych wzorców męskich także wśród nauczycieli, który to zawód obecnie niezwykle sfeminizowany. Również harcerstwo – które pobudza rozwój klasycznych męskich cech – nie jest obecnie tak popularne jak niegdyś. Nie ma wreszcie już obowiązkowej służby wojskowej. Tradycyjny świat mężczyzn powoli zanika.
      Tak mówi Lew Starowicz. I znów wraca do rodziny. Kiedyś ojciec był niekwestionowaną głową rodziny, która oczywiście była znacznie większa niż obecnie. Miało się wielu braci, wujów i stryjów, a więc było dużo mężczyzn i męskich wzorców. Teraz bardzo często rodziny są zatomizowane. Małżeństwa mają tylko jedno dziecko, relacje z dalszą rodziną nie są utrzymywane. Kolejna rzecz – współczesne kobiety oczekują od mężczyzny partnerstwa. Mówią: „bądź także moją przyjaciółką, staraj się myśleć tak jak ja". Bardzo często wysyłają tego typu komunikaty, żeby znaleźć partnera o podobnych co one cechach. Chcą, żeby płakał, kiedy one płaczą, razem z nimi wzruszał się, oglądając romantyczne komedie.
      Dziennikarka pyta: „Zniewieścienie to także kwestia wyglądu. Tacy mężczyźni fizycznie upodabniają się do kobiet. Nie jest tajemnicą, że większość kreatorów mody to homoseksualiści. Może to oni kreują takie trendy?” A Starowicz i tu nie pozostawia złudzeń: „Tak, występuje tu pewna prawidłowość. Zarówno kolorystyka modnych obecnie strojów męskich, jak i ich krój są coraz bardziej kobiece. Klasyczny strój męski zaczyna być w zasadzie marginesem w dzisiejszej modzie. Taki strój, czyli koszula i krawat, tak jak kiedyś mundur wojskowy, narzucał mężczyźnie pewien sposób poruszania się, określony chód. Dzisiejszy męski strój – miękkie, kolorowe tkaniny, spodnie opadające do kolan – jest zaś trochę bezpłciowy”. Czy to się dziewczynom podoba? Ależ skąd! Mężczyźni się tak noszą nie po to, by się podobać dziewczynom, ale dlatego, że taka jest moda. Moda jest zaś zjawiskiem niewiarygodnie silnym. Zarówno dziewczyny, jak i chłopcy chcą wyglądać modnie, i kompletnie ich nie interesuje to, że określony strój czy styl nie pasuje ani do osobowości, ani do figury. Moda unisex właściwie została mężczyznom narzucona. Dobrze się w tym czują, bo chcą być modni. A to, jak w tym wyglądają, to już nieważne. Tyle że kobiety traktują ich w sposób pobłażliwy, choćby dlatego, że one również przecież ulegają trendom lansowanym przez środki masowego przekazu. Pewnie nawet czasami kupują swoim partnerom fioletowe spodnie czy inne fikuśne pantalony, bo chcą, żeby ich partner wyglądał trendy. To się dla nich liczy, są z tego dumne. Ale czy kobieta, patrząc na swojego mężczyznę i widząc go ubranego w kolorowe, pstre ubranie, w którym wygląda jak inna kobieta, jest w głębi duszy naprawdę zachwycona? Czy naprawdę czuje do niego pociąg seksualny? Kobiety, które przychodzą do gabinetu Starowicza, często skarżą się, że ich partnerzy przestali już być dla nich atrakcyjni. Są niemęscy, za bardzo delikatni i uczuciowi, podczas gdy one tak bardzo by chciały, by oni jednak byli mężczyznami. A więc kobiety znalazły się w pułapce. Z jednej strony chcą ciepłego i wzruszającego się na każde zawołanie mężczyzny, który będzie uczestniczył przy porodzie i przejmował dużo obowiązków domowych, a z drugiej strony instynkt podpowiada im, że potrzebują partnera z prawdziwego zdarzenia, który nie będzie stanowił emanacji ich własnych cech, ale kogoś, kto się nimi zaopiekuje i będzie wzbudzał w nich pożądanie.
      I wreszcie dochodzi do momentu, który moim zdaniem stanowi najważniejszy i najbardziej szokujący moment całej rozmowy, a może raczej wykładu, i który tworzy znakomity punkt wyjścia do refleksji bardziej ogólnych. Pyta dziennikarka: „A co by było, gdyby nagle wybuchła wojna? Czy mężczyźni, o których mówimy – dbający o paznokcie i wklepujący kremy przeciwzmarszczkowe – potrafiliby walczyć za ojczyznę?” I odpowiedź:
      „Dobre pytanie. Na pewno bitni są kibice piłkarscy – ci na pewno by sobie poradzili na wojnie. Natomiast czy zniewieściali mężczyźni, o których mówimy, wytrzymaliby w okopach? Obawiam się, że byłoby z nimi krucho. Byłoby im niezwykle trudno odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Chyba że byłaby to wojna supernowoczesna. Wtedy można siedzieć przed komputerem z maseczką na twarzy i bawić się w wojnę, naciskając guziki. Ale, jak wiemy, wojna nadal wiąże się ze strzelaniem i walką. Wymaga olbrzymiej wytrzymałości, odwagi i twardości charakteru. W jej brutalnych realiach taki zniewieściały mężczyzna z warszawskiego Nowego Światu raczej by się nie odnalazł.
      I nie ma co liczyć na to, że im więcej łagodnych mężczyzn, tym większy na świecie pokój: „Zagrożenia mogą przecież przyjść spoza Unii Europejskiej. Z krajów, w których trendy cywilizacyjne, o jakich mowa, nie występują. Tam mężczyźni są nadal mężczyznami. Nie byłbym więc tak optymistycznie nastawiony. Zresztą przyczyną wybuchu I i II wojny światowej nie była wcale nadmiernie rozbudowana męskość, tylko szaleństwo. A szaleństwo może pojawić się w każdym mężczyźnie”. Czy też w tych zniewieściałych? Owszem. Tyle że zniewieściały szaleniec raczej nikomu nic złego nie zrobi. Tak opowiada Lew Starowicz.
      Oczywiście uwaga zrobiona przez Starowicza odnośnie potencjalnej wojny i kibiców piłkarskich jako być może ostatnich już żołnierzy nowoczesnego świata, budzi pewien dreszcz. I to dreszcz wcale nie tak dla nas obojętny. Jednak ja wpadłem w naprawdę minorowy nastrój nie przez to, że Starowicz wskazał tak bardzo wyraźnie swym palcem seksuologa na to w właśnie zagrożenie. Ja akurat pomyślałem sobie o tym, co się dzieje pod naszymi nosami, a mianowicie o Polsce – właśnie o Polsce – dzisiejszej. Otóż jest tak, że mam troje dzieci, w tym dwie córki i o ile o niego jestem dość spokojny, to jak idzie o nie, wydaje mi się, że mam powody do zmartwień. Czytam to co opowiada Starowicz, przy okazji oczywiście mam w głowie to wszystko co stanowi wynik moich już osobistych obserwacji i doświadczeń, chodzą mi po wspomnianej głowie rozmowy z ludźmi, których znam, i trochę żałuję, że dziennikarka „Uważam Rze” nie spytała Starowicza o to, jak wyglądają statystyki jak idzie o liczbę zawieranych małżeństw i liczbę małżeństw rozpadających się po roku, czy po dwóch. Ja wiem, że w takiej Anglii na przykład, tak zwane stałe małżeństwa praktycznie już przestały istnieć. Natomiast chciałbym wiedzieć, jak to wygląda w Polsce. I znów, czy młodzi ludzie się jeszcze żenią, czy zakładają rodziny, i czy jeśli już te rodziny zakładają, czy są w stanie je utrzymać dłużej niż przez chwilę? I obawiam się, że możemy tu mieć do czynienia z nie byle jakim kryzysem. Jeśli nawet nie realnym, to na poziomie tak zwanej tendencji, jak najbardziej jednoznacznym.
      Bo o co chodzi? Mianowicie o rodzinę. Jeśli jest tak jak opowiada Lew Starowicz – a nikt kto żyje na tym świecie i ma oczy otwarte, nie ma najmniejszego powodu, by jego słowa kwestionować – to znaczy, że jesteśmy na prostej drodze, by coś takiego jak rodzina przestało w końcu istnieć. A stanie się tak z tego prostego powodu, że te wszystkie ciamajdy w japonkach i „miękkich, kolorowych tkaninach i opadających do kolan spodniach” do tego stopnia będą się skupiały na sobie i na tym by spędzać miło czas w towarzystwie podobnych do siebie znajomych, że kiedy nagle pojawi się propozycja założenia rodziny i jakiejś stabilizacji, to one się zwyczajnie pobeczą ze strachu. Już tak jest. Ja co chwilę słyszę opowieści o dziewczynach, które mają tych swoich chłopaków, których udało im się jakimś cudem poderwać pięć czy więcej lat temu, i które płaczą po nocach, bo wiedzą, że z tego prawdopodobnie już nic nie będzie, a czas na szukanie kogoś innego albo już dawno minął, albo robienie jakichkolwiek ruchów jest już zwyczajnie za duże.
      Więc trochę mi brakuje w tej rozmowie tego elementu. Ale jest jeszcze coś. Starowicz praktycznie w ogóle nie porusza spraw związanych z tym co go kiedyś wydawało się interesować przede wszystkim. A więc z seksem. A ja bym był ciekawy się dowiedzieć, jaką rolę w życiu współczesnego młodego mężczyzny, kandydata na to by stworzyć rodzinę i utrzymać przy okazji gatunek, odgrywa seks jako taki? Pamiętam, czytałem kiedyś amerykański tekst o dzieciach z galerii handlowych, snujących się przez cały tydzień wśród tych świateł, by weekendy spędzać na tak zwanych „imprezach”. Bob Greene, autor tego reportażu, przeprowadził wśród amerykańskich imprezowiczów sondę na temat tego, co oni robią, kiedy balują I okazało się, że tak – owszem – jest alkohol, czasem narkotyki, wszelkie możliwe ekscesy, natomiast seksu jako takiego raczej nie ma. Wygląda na to, że współczesna młodzież seksem się nie interesuje. Czy tak jest? Nie wiem. I dlatego chętnie bym coś na ten temat usłyszał od niewątpliwego specjalisty. Bo jeśli to prawda, to trzeba się tu też zastanowić, dlaczego? Czy za tym stoją przyczyny psychologiczne, czy może już fizyczne? Czy jest może tak, że choćby przez tę powszechną dostępność pornografii, wielu z nich stało się impotentami. Bezpłciowymi, pozbawionymi rozumu i serca impotentami. Na przykład. Nie wiem. I tego mi w tej rozmowie brakowało. Ale, jak wiemy, nasze problemy zaczynają się tam, gdzie dla nich się już dawno skończyły. I może dobrze. Najgorsza byłaby panika.





Wyjątkowo długi ten tekst, no ale przed nami cały weekend, więc można go sobie nawet podzielić na kawałki. Kto tego nie zrobił, niech się cieszy, lub żałuje do wyboru. A ja tymczasem, jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. One są tuż obok, wystarczy kliknąć.


piątek, 23 grudnia 2016

Sen o Białych Świętach

Dziś ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny felieton. Ponieważ jutro Wigilia, a potem dni świąteczne, dziś już tylko wspomniany felieton, a potem zrobimy sobie przerwę, której nie zakłóci nawet wizyta islamskich kolędników-gejów w sali plenarnej Sejmu.

      Ponieważ przed nami Boże Narodzenie, a wokół nas złych emocji wystarczająco dużo, by zdominowały nastrój owej radości, wymyśliłem, że przynajmniej ja dam Czytelnikom odpocząć od tej, przepraszam za określenie, „bieżączki” i opowiem sentymentalną bardzo historię o tym, jak jeszcze niedawno wyglądał świat, który dziś widzimy jako zupełnie naturalny, a takim w żadnym wypadku nie jest. Otóż, jak pewnie część z nas wie, jestem nauczycielem języka angielskiego, a przy tym autorem książki o tym, jak to spisek między wydawnictwami, a szkołami doprowadził do całkowitego upadku nauki języka. Jeden z rozdziałów poświęciłem niegdyś kultowemu, a dziś już niemal całkowicie zapomnianemu podręcznikowi L.G. Alexandra zatytułowanego „New Concept English”. Jak starałem się wykazać we wspomnianym rozdziale, skuteczność podręcznika Alexandra jest nieporównywana z niczym, z czego zmuszeni jesteśmy korzystać dziś, tu jednak, właśnie na okoliczność tych Świąt, chciałbym pokazać przedstawiony tam świat.
      Wiem, że to co zaraz nastąpi, może wielu z nas zszokować, ale nie bójmy się. Ta wiedza jest naprawdę odświeżająca. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w podręczniku Alexandra, Betty chce iść na spotkanie ze znajomymi i pyta swojego tatę, czy może wrócić po 11, a kiedy tato każe jej być w domu wcześniej, mama mówi: „Ależ daj jej klucz do mieszkania. Betty ma 18 lat. Nie jest dzieckiem”. W podręczniku Aleksandra, pan Sawyer rano w drodze do pracy odwozi dzieci do szkoły, natomiast pani Sawyer zostaje w domu, sprząta, gotuje obiad, a po południu przychodzą do niej koleżanki na plotki. W podręczniku Aleksandra, pewna pani przychodzi do sklepu kupić sobie sukienkę, ale niestety wszystkie sukienki, jakie są w sklepie są na nią za ciasne. W podręczniku Aleksandra, pan Wood musi oddać samochód do warsztatu, bo pani Wood wjechała nim w latarnię.     W podręczniku Aleksandra mamy obrazek, na którym śliczna i uśmiechnięta pani gotuje obiad, a jej zlany potem mąż przekopuje ogródek. W podręczniku Aleksandra, pan West właśnie przeszedł na emeryturę, chce się przeprowadzić na wieś i dlatego sprzedaje dom. Pan Hill pragnie dom kupić, ale musi najpierw zapytać żony, na co pan West mówi „Kobiety zawsze mają ostatnie słowo”. W podręczniku Aleksandra, Mary myje naczynia po obiedzie i prosi Johna, żeby zrobił herbatę, a on gapa nie umie nic znaleźć, ale w końcu jakoś z pomocą żony sobie radzi. W podręczniku Aleksandra, na pytanie „Gdzie byłeś w niedzielę” odpowiedź brzmi naturalnie: „W kościele”.
      Takie to są przygody w używanym przed laty podręczniku L.G. Alexandra „New Concept English”. Ale tam jest jeszcze coś, co nas dziś zwłaszcza może zainteresować. Otóż nie dość, że, jak już zauważyliśmy, nikt tam nie ma na imię Ahmed, nie spotkamy tam też innych twarzy, jak białe.
      W końcu to jest podręcznik do angielskiego, i to dla Europejczyków, a nie dla mieszkańców kolonii, prawda?

Zakupy świąteczne wprawdzie za nami, natomiast książki wciąż takie same, zapraszam więc wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wszystko pozostaje na swoim miejscu.

niedziela, 27 września 2015

Gdy przyszli Marsjanie i chcą się przytulić

Nie będę ukrywał, że niezbyt się dobrze czuję w sytuacji, gdy przychodzi mi komentować, i to w dodatku po raz kolejny, sprawę tak zwanych „uchodźców”, jednak obłęd, którego niemal każdego dnia jesteśmy wszyscy świadkami, nie pozwala mi się tak naprawdę zająć czymkolwiek innym. Dlaczego tak mi źle z tym tematem? Przede wszystkim, ja nie bardzo lubię sytuację, kiedy ten blog staje się zbyt mainstreamowy, a trzeba przyznać, że w ostatnich dniach o uchodźcach już rozmawiają nawet dzieci na przerwach w szkole, a gdzieniegdzie nawet przy śniadaniu w przedszkolach. Komu więc potrzebny jestem jeszcze ja? Drugi powód jest może jeszcze bardziej istotny, a chodzi mianowicie o to, że jeśli się wsłuchać we wszystko to, co zostało na ten temat powiedziane, nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek jeszcze ukrył się jakiś oryginalny argument. Pisałem parę razy o tych Erytrejczykach w Szwajcarii, bo miałem wrażenie, że o zagrożeniu, jakie owa historia opisała akurat u nas pies z kulawą noga nie wspomniał… no ale poza tym, cóż można powiedzieć więcej?
I oto nagle doszła do mnie informacja, że Kinga Dunin – gdyby ktoś nie pamiętał, to ta pani, której przez pewien czas usługi seksualne świadczył wybitny polski pisarz Ignacy Karpowicz, za co ona finansowo wspierała jego twórczy komfort – w felietonie zamieszczonym na łamach „Krytyki Politycznej”, zachęcając polskie kobiety do poślubiania syryjskich uchodźców, napisała co następuje:
„Martwimy się o asymilację? Nie ma lepszego sposobu na asymilację niż małżeństwo, jak wiadomo. Miłość jest w stanie pokonać wszelkie kulturowe przeszkody. Przy okazji może niektórzy zmienią schaboszczaka z kapustą na coś zdrowszego. A piękne i liczne dzieci (polskim mężczyznom, jak widać po wskaźnikach, płodzenie słabo wychodzi) staną się wspaniałymi polskimi obywatelami. Mężczyźni zaś będą mieli motywację – żona, dzieci – do wytężonej pracy”.
Ktoś powie, że Dunin to idiotka, w dodatku idiotka wzgardzona przez jakiegoś taniego pederastę, a więc powinno się ją traktować adekwatnie do jej zasług, i ja oczywiście jestem gotów ową argumentację zrozumieć. Rzecz jednak w tym, że już niezależnie zupełnie od tego, co owa Dunin ma w głowie, ona ze swoimi opiniami tworzy część pewnego szczególnego propagandowego frontu, który ostatnio się bardzo uaktywnił i robi wrażenie, jakby miał na celu zorganizowanie nam tu w Polsce takiego piekła, że się z niego nie wyrwiemy przez długie lata. A wszystko z powodu wspomnianego idiotyzmu właśnie.
Co mam na myśli? Otóż u granic Europy stoją już w tej chwili miliony ludzi – w sposób oczywisty i jednoznaczny, kulturowo i cywilizacyjnie nam obcych – w oczekiwaniu na to aż my wreszcie pozwolimy im tu wjechać i zmienić nasze życie na zawsze, a wielu z nas w jakimś nieprawdopodobnym zaślepieniu zaczyna głosić nauki o rzekomej uniwersalnej solidarności i powszechnej miłości, z taką intensywnością, że już tylko można się dziwić, że w naszych galeriach handlowych od rana do wieczora nie jest grany wielki przebój Johna Lennona „Imagine”. I, owszem, trzeba przyznać, że głos Kingi Dunin brzmi tu szczególnie donośnie, co jednak nie zmienia faktu, że ten obłęd zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Przecież nie oszukujmy się, czym jest wczorajsze wystąpienie premier Kopacz na temat miłości i nienawiści, jak w gruncie rzeczy powtórzeniem tego, co nam próbowała powiedzieć Kinga Dunin?
W tej sytuacji, chciałbym bardzo powrócić tu do słynnego filmu Tima Burtona „Marsjanie atakują”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, sytuacja jest taka, że na wiadomość o tym, że lada dzień na Ziemi mają wylądować Marsjanie, wszyscy – dosłownie wszyscy – reagują histerią, którą można porównać już tylko do tego, z czym mamy do czynienia dziś, a co starałem się opisać powyżej. No i w momencie, gdy oni wszyscy w niemal religijnym uniesieniu czekają na tych Marsjan, aż oni przybędą i poszerzą nasze pole wolności, ci lądują, wyciągają swoją fikuśną broń i w sposób najbardziej okrutny niszczą wszystko, co im wejdzie w drogę. Bez dyskusji, bez sentymentów i co ciekawsze, bez śladu zrozumienia sytuacji. Owi Marsjanie to przede wszystkim całkowicie inny wymiar w tym sensie, że gdy my po naszej, ziemskiej stronie mamy cały wachlarz wrażliwości, poczynając od ludzi podłych, głupich i złych, po jedynie dramatycznie naiwnych, tam jest świat, który pod względem moralnym można oceniać mniej więcej tak deskę w przydrożnym płocie.
No i tu Kinga Dunin proponuje, by nasze dziewczyny wychodziły za mąż z tych muzułmanów, bo oni przynajmniej są prawdziwymi mężczyznami. A premier Kopacz wzywa do powszechnej miłości i tolerancji. W tej sytuacji ja mam do opowiedzenia pewną historię. Oto w sklepie w sąsiedztwie pracuje pewna zaledwie 19-letnia, moim zdaniem bardzo ładna i rezolutna dziewczyna. I oto opowiedziała mi ona właśnie, że parę dni temu w sklepie pojawił się pewien bardzo przystojny mężczyzna o śniadej urodzie, powiedział, że jest z Jordanii i zaczął ją namawiać do tego, by się z nim romantycznie związała. Mówił jej, że ona jest najpiękniejsza na świecie, że on ją kocha, że nie może przez nią spać, że jest gotów dać jej nawet tysiąc, a nawet dwa tysiące złotych, by ona z nim poszła na kolację. Ona odmawiała, on wracał na drugo dzień, gonił ja po całym sklepie, prosił by pozwoliła się chociaż pocałować, ostatecznie jednak, widząc, że ona jednak ma swój honor, po kilku dniach zniknął. Opowiedziałem tę historię córce, a ona mi na to, że ona to wszystko zna, bo raz że ma parę koleżanek, które miały tego typu przygody, a dwa że i one mają swoje znajome i z tych wspólnych opowieści wynika, że owi muzułmanie właśnie tacy są; oni krążą po okolicy i próbują wyciągać co się wyciągnąć da. Zgodnie ze znaną nam skądinąd muzułmańską zasadą, że Allah wprawdzie zabronił kłamać, ale zrobił jeden wyjątek, gdy idzie o kobiety. Moje dziecko, jak twierdzi, osobiście zna jedną dziewczynę, która poznała jednego z nich w czerwcu, a dziś są już po ślubie.
W tej więc sytuacji ja już mam tylko dwie rzeczy do powiedzenia. Oto nasz ulubiony artysta Morrissey w swoim czasie zaśpiewał piosenkę – nie, nie o Arabach – której fragment brzmiał następująco:

On nie chce cię zasmucić.
O nie, on ci tylko chce zaimponować.
Chce tylko opanować twoją kulturę
I zaprzyjaźnić się z tobą na zawsze.
Bengali, Bengali,
Zapomnij o swoich zachodnich planach
I zrozum, że życie z tobą jest wystarczająco
trudne.
Ta srebrna obwódka na twoich butach,
Ta gwiazda na kostce, która tak oślepia,
Ten tak wysoki żółty obcas
Przypomina mi, bym ci powiedział
Łagodnie
‘Zapomnij o swoich planach.”
Życie z tobą jest wystarczająco trudne…


No a już na sam koniec, fragment filmu „Marsjanie atakują”. Bardzo znaczący. Życzę wszystkim dobrej zabawy.





Przypominam, że wszystkie książki są do nabycia w księgarni na stonie www.coryllus.pl






Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...