Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demokracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2021

Uncle Joe napada

 

      To co się właśnie stało, dzieje, a prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas dziać się nie przestanie w Stanach Zjednoczonych, uważam za jedno z najbardziej wstrząsających doświadczeń, z jakimi przyszło nam się zmierzyć. Otóż, jak się właśnie dowiedzieliśmy, a wiadomość ta została nam przekazana przy pomocy jednego, szybkiego ciosu prosto między oczy, powszechne przekonanie o tym że prezydent wspomnianych Stanów Zjednoczonych jest napotężniejszym człowiekiem na świecie to żart, a skoro tak, to znaczy że wszyscy znaleźliśmy się w położeniu jak najbardziej dramatycznym. Szykuję się to przedstawienia swojej refleksji na ten temat od paru dni i myślę że jutro wreszcie powiem jak widzę sytuację w jakiej wszyscyśmy się właśnie znaleźli, jednak to dopiero jutro, a dziś w ramach moim zdaniem niezbędnego wprowadzenia chciałem przedstawić tu na blogu notkę jaką na Facebooku zamieścił cytowany już parokrotnie prof. Grzegorz Górski.

      Ktoś powie, że Górski to ktoś kto jeszcze niedawno nie dość że prognozował zwycięstwo w amerykańskich wyborach Donalda Trumpa, to jeszcze owe prognozy podpierał bardzo mądrymi analizami, a zatem mógłby się więcej nie odzywać, ja jednak pragnę zwrócić uwagę na fakt, że niemal wszystko o czym pisał Górski to najprawdziwsza prawda, do tego uzbrojona w jak najbardziej żelazną logikę i podparta argumentami ściśle konstytucyjnymi, tyle że , jak się okazuje, nawet on nie był w stanie przewidzieć tego co się dopiero wydarzy, a fakt ten tym bardziej świadczy o tym, że sytuacja w jakiej się znaleźliśmy jest naprawdę niewesoła.

      Ja o tym będę pisał jutro, dziś natomiast bardzo proszę zapoznać się z tym co nam mówi prof. Górski. Bez tego wprowadzenia nie zrobimy ani jednego kroku dalej.

 

Przez cztery minione lata, przywódcy Partii Demokratycznej łącząc siły z lewackimi mainstreamowymi mediami i wielkimi korporacjami w rodzaju Amazon, Google, Facebook, Apple czy Twitter, miały jeden cel - wszelkimi możliwymi metodami zniszczyć prezydenta Donalda Trumpa. Był on więc m.in.:

- ruskim agentem,

- organizatorem rosyjskiej sieci wpływów w USA,

- rozbijaczem NATO,

- niszczycielem klimatu,

- białym rasistą/nazistą,

- skorumpowanym biznesmenem,

- pospolitym przestępcą....

No może wystarczy.

Aby go obalić wprowadzono w USA cenzurę, wykonywaną przez FB i Twittera oraz główne stacje telewizyjne i portale internetowe.

Uruchomiono i wspierano lewackie bojówki, które na pół roku sterroryzowały pół kraju.

Cynicznie wykorzystywano pandemię, do ogrywania politycznych celów.

Kilka miesięcy temu, gdy lewackie bojówki okupowały budynki federalne i stanowe, atakowały policję i siły federalne, niszczono miasta, okradano sklepy etc., niejaki J. Biden siedział w swojej piwnicy i jednym słowem nie wypowiedział się o tych aktach terroru i niszczenia demokracji amerykańskiej.

Praktycznie ani jeden polityk Partii Demokratycznej słowem nie wypowiedział się o tym, jak niszczona jest demokracja amerykańska i wizerunek Ameryki w świecie. To wszystko służyło bowiem jednemu celowi - pozbyciu się Trumpa.

WCZORAJ ZEBRALI PIERWSZE OWOCE TEGO DZIAŁANIA.

Powtarzam - PIERWSZE, ale ile ich będzie, tego ich wyobraźnia jeszcze tego nie obejmuje.

Za dwa tygodnie przejmą pełnię władzy, którą firmować będą marionetki w postaci ocierającego się o Alzheimera prezydenta, mającą już demencję liderki Izby Reprezentantów, czy słynnej senatorki z Kalifornii, odpowiadającej za kontrolę amerykańskiego wywiadu, która nie tylko nie rozpoznaje już swoich współpracowników w biurze, ale do tego przez całe lata, funkcjonowała w oparciu powiązanych z chińskim wywiadem najbliższych współpracowników.

Opozycją zaś kierować będzie stetryczały, mający chińską żonę i zarabiający setki milionów dolarów rocznie na wwożeniu do USA chińskich produktów, senator Mc Connell.

Reasumując:

Jeśli ktoś chciał mieć lekcję poglądową, jak w historii rozpoczynał się upadek imperiów, to niech sobie odtwarza na You Tubie wczorajsze i dzisiejsze wydarzenia. Przeżywamy upadek pewnego porządku światowego już nie tylko wskutek pandemii, ale również wskutek upadku Stanów Zjednoczonych.

I jeśli ktoś sądzi, że „amerykańska demokracja z tym sobie poradzi”, to dobrze radzę: naprawdę zacznijcie myśleć co się może stać za chwilę, gdy okaże się, że wbrew zapewnieniom CNN i New York Times'a - nie poradzi sobie.

Bo raczej sobie nie poradzi.



 

środa, 13 listopada 2019

O Zjednoczonej Demokracji po raz pierwszy i możliwie ostatni


      Kto wie, ten wie, kto nie, temu chciałem zwrócić uwagę na pewien bardzo moim zdaniem istotny dla tak zwango świata demokratycznego szczegół. Otóż niedawno na Węgrzech doszło do wyborów samorządowych, gdzie skutkiem znanej nam wszystkim sytuacji, wystartowały zaledwie dwa ugrupowania; pierwsze z nich to rządzący na Węgrzech z sukcesem od lat Fidesz, a z drugiej koalicja wszystkich pozostałych partii, od najbardziej radykalnej lewicy do najbardziej konserwatywnej prawicy. Ponieważ w walce o Budapeszt Fideszowi nie udało się uzyskać większości, burmistrzem stolicy Węgier został kandydat zjednoczonej opozycji Gergely Karácsony, uzyskując 50,86% głosów, i w ten oto sposób wolny świat mógł wreszcie ogłosić zwycięstwo na Węgrzech demokracji i sromotną porażkę kandydata Fideszu, Istvána Tarlósa, który spotkał się z poparciem zaledwie 44,10% mieszkańców Budapesztu i okolic..
       Przypomniałem sobie, nie po raz pierwszy zresztą w ostatnich tygodniach, tamtą sytuację, przy okazji tego, co się dzieje u nas w Polsce, a zwłaszcza za każdym razem, gdy z nadzwyczajnym uporem media publikowały mapkę – co ciekawe mapkę wyprodukowaną na owych mediów potrzeby  przez Państwową Komisję Wyborczą – z której wynikało niezbicie, że Prawo i Sprawiedliwość dosłownie przerżnęło ostatnie wybory parlamentarne, zwyciężając zaledwie w kilku wschodnich województwach. Cała reszta kraju, wolą narodu oczywiście, trafiła w ręce zjednoczonej opozycji. Dziś natomiast, kiedy wreszcie rusza nowy parlament, a marszałkiem Senatu zostaje kandydat Platformy Obywatelskiej, Tomasz Grodzki, mam w głowie już tylko obraz tych wyciągniętych w geście zwycięstwa ramion, w uszach okrzyk: „Zwyciężyła demokracja!” i długie, niemilknące brawa.
       Jak wiemy, w całej najnowszej historii polskiego parlamentaryzmu nie zdarzyło się tak, by którekolwiek ugrupowanie, czy też koalicja ugrupowań zdobyły bezwzględność większość. Dotychczas było tak, że wyborcy otrzymywali przeróżne, czasem aż nazbyt liczne oferty, z których mogli wybierać, no i w efekcie ktoś tam te wybory wygrywał. Pierwszym ugrupowaniem, które przekroczyło owe zaklęte 50 procent – oczywiście nie w całej Polsce, ale w wielu miejscach – było Prawo i Sprawiedliwość, a tym samym uzyskało bezwzględną większość w Sejmie. I tak to zadziałała w Polsce demokracja. Jak wszyscy widzimy od wczoraj, marszałkiem Senatu nie zostaje przedstawiciel partii, która uzyskała największą liczbę głosów, ale kandydat jednej z partii formalnie tworzącej tak zwaną „Koalicję Obywatelską”, a w rzeczywistości znanej nam aż nazbyt dobrze „Zjednoczonej opozycji”.
       Czy to jest demokracja? Oczywiście że nie. Demokracja bowiem polega na tym, że różne polityczne siły walczą ze sobą na programy, ludzie z owych programów wybierają to co im najbardziej pasuje, no i w końcu podejmują decyzje. Tu, jak chyba wszyscy widzimy, w ogóle nie było walki na programy. Jedyną partią, która miała jakikolwiek program, było Prawo i Sprawiedliwość i ów program zdobył w wyborach największą liczbę głosów. Cała reszta startowała – podobnie zresztą jak to miało niedawno miejsce na Węgrzech – pod jednym tylko hasłem: „Niszcz faszyzm!”. No i wczoraj własnie ów faszyzm został zniszczony, a ów dziwny lekarz mógł ogłosić zwycięstwo demokracji.
       Okropna jest, przyznam szczerze, ta chwila. Oczywiście, wciąż pamiętam o różnicy między Węgrami, a Polską, gdzie póki co przynajmniej w koalicję z liberałami, zielonymi, oraz lewactwem spod znaku LGBT nie weszła jeszcze Konfederacja. Z drugiej jednak strony, oglądałem wczoraj Krzysztofa Bosaka, który wyglądał na bardzo zadowolonego z faktu, że w tej kadencji Prawo i Sprawiedliwość nie będzie mogło robić, co mu się żywnie podoba, bo skutecznie będzie mu podstawiał nogi demokratycznie wybrany Senat. Konfederacji, jak wiemy, w Senacie nie ma, w Sejmie nawet jej najszczersze chęci nie dadzą rady wpłynąć na stan rzeczy, zastanawiam się natomiast, co by było, gdyby oni jakimś cudem uzyskali te trzy, czy cztery miejsca w Senacie. Bardzo chciałbym to widzieć, jak, czy to Bosak, czy jakiś inny Tumanowicz, podnoszą rękę projektami napisanymi w brukselskich gabinetach. I powiem zupełnie szczerze, że wcale nie uważam, że to jest jakaś szczególna fikcja. W końcu mamy demokrację, czy nie?




piątek, 11 października 2019

Dlaczego nie będziemy kląć jak Sławomir Neumann


Na zakończenie kampanii przedstawiam swój najnowszy tekst z „Warszawskiej Gazety”, Tokarczuk natomiast zajmiemy się w ciszy wyborczej.


       Kiedy ten felieton trafi do kiosków, do wyborów pozostaną jeszcze tylko dwa dni, a ja już dziś, kiedy jeszcze pewien czas na zamartwianie się, jak to ostatecznie będzie, nam pozostał, myślę sobie, że demokracja to jest prawdziwy nóż o sześciu ostrzach. I są chwile, kiedy wielu z nas bardzo chętnie wymieniłoby ową demokrację na cokolwiek, byleby tylko mieć gwarancję, że to coś – obok oczywiście zachowania władzy w rękach tak zwanego „ludu” –  nas za bardzo nie zawiedzie.
       Ostatnie parędziesiąt lat pokazało nam bardzo wyraźnie, że szczególnie gęstej gęsiej skórki na myśl o tym, że człowieka z kartą do głosowania, stawiającego krzyżyk, gdzie mu się żywnie podoba, nie da się w żaden sposób kontrolować, dostają ci, którzy często ową demokrację noszą na sztandarach. Nie wiem, jakie nastroje panowały w szerszych kręgach, ale gdy chodzi o mnie i moich znajomych, przez owe osiem lat, kiedy to Platforma Obywatelska wraz z PSL-em robili z Polską co im przyszło do głowy, myśmy byli oczywiście zmartwieni, ale nawet nam do głowy nie przyszło, by urządzać kolejne awantury, że już nie wspomnę o zapluwaniu innych życzeniami możliwie bolesnej śmierci. Nawet nam przez myśl nie przeszło, by próbować obalać – siłą, czy podstępem –   legalnie wybrany rząd, a na wypadek kolejnej przegranej, grozić Polsce i Polakom niechybnym końcem świata. Wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że owa demokracja to nóż szalejący we wszystkich możliwych kierunkach, ale i tak to on ostatecznie pokaże nam, jaką sobie przyszłość zgotowaliśmy.
       No i jesteśmy dziś tu gdzie jesteśmy, przed szansą – jak się dziś zdaje, wyjątkowo dużą – że tym razem uda się wygrać dla Prawa i Sprawiedliwości kolejną kadencję, a ja mimo to wciąż myślę o tym nożu o sześciu ostrzach, zdecydowanie poza moim zasięgiem, i zwyczajnie się boję, że jakimś niezmierzonym i niedostępnym dla mojej wyobraźni przekrętem losu, wieczorem 13 października okaże się, że to co mi się wydawało, czego byłem wręcz pewien, w rękach demokracji okazało się czymś kompletnie innym i wcale nie po mojej myśli.  Oczywiście, to co teraz piszę, może zostać odebrane jako pewnego rodzaju prowokacja, i ja to bardzo dobrze rozumiem, ale nawet jeśli ewentualność przegranej Zjednoczonej Prawicy mamy traktować wyłącznie jako teorię, to ja wciąż jestem gotów ją przyjąć, jako wynik właśnie demokratycznej woli ludzi, których oczywiście nie rozumiem, z którymi się zasadniczo nie zgadzam, a których nawet nie lubię i tę ich wolę zaakceptować. Skoro bowiem sam zdecydowałem się brać udział w tym systemie, nie mogę się jednocześnie na niego obrażać.
      A zatem na tych parę dni przed wyborami wyrażam mocne przekonanie, że Prawo i Sprawiedliwość wygra te wybory z większością konstytucyjną, ale jeśli się okaże że tak się nie stało, będzie mi oczywiście bardzo smutno, ale zapewniam, że nie zacznę kląć jak Sławomir Neumann.





poniedziałek, 10 grudnia 2018

... i broń Boże nie zakładajmy żółtych kamizelek


          O czym chyba miałem okazję już tu wspominać, Francuzów i Francji nie lubię, w znacznym stopniu ze względów, których nie potrafię wymienić krótko i jednoznacznie. Jest mi tu tym bardziej ciężko, że w życiu miałem okazję poznać zaledwie paru z nich i nawet jeśli każdy z nich mnie zirytował, to wciąż prawdą jest, że ich nie lubię. Do tego dochodzi jeszcze polityka i tu do Francji dochodzą jeszcze Belgia, Holandia, Luksemburg, Niemcy, a więc najbardziej twarde jądro Unii Europejskiej i w ogóle tak zwanego zachodniego świata. W tej sytuacji jest czymś oczywistym, że kiedy gdzieś na tamtych terenach dochodzi do społecznych protestów, odczuwam bardzo nieprzyjemną satysfakcję przytłoczoną uwagą „Widziały gały co brały”. I jest też oczywiste, że kiedy dziś oglądam pokazywane nam niemal każdego dnia francuskie uliczne awantury, nie mogę się opędzić od bardzo złośliwych myśli.
      Przy tym wszystkim jednak muszę zaprotestować przeciwko nadzwyczaj silnej skłonnoości występującej po tak zwanej „naszej” stronie do traktowania tej bandy tępej huliganerii jako sojuszników. Przede wszystkim bowiem, jeśli liczymy na to, że to ów ruch żółtych kamizelek, czy jak oni się tam zwą, doprowadzi do tego, że Zachód znormalnieje, to jesteśmy w wielkim błędzie. Przede wszystkim, z tego co słyszę, to jest w mieście Paryżu zaledwie 10 tys. regularnie rozrabiających ludzi, a więc liczba przypominająca mniej więcej nasz KOD w chwilach jego największego sukcesu, a poza tym, właśnie przez to, że to jest zaledwie ten ich jakiś KOD, tyle że młodszy i bardziej energiczny, lepiej by było dla nas, byśmy nie wskazywali na nich akurat jako na przykład.
       Powtarzaliśmy tu u nas wielokrotnie przy różnego rodzaju okazjach, że jeśli jesteśmy niezadowoleni z władzy, to przede wszystkim powinniśmy mieć pretensje do samych siebie za to, że daliśmy się tak fatalnie oszukać, a jeśli życzymy sobie swój błąd naprawić, to powinniśmy poczekać do najbliższych wyborów i tam się wykazać rozumem i starannością. Kiedy Francuzi parę lat temu wybierali sobie tego lalusia za prezydenta i to w sposób aż tak zdecydowany, wszyscyśmy tu rwali sobie włosy z głowy, jak można było aż tak zgłupieć. Ja niestety obawiam się, że dziś, nawet jeśli już nie tylko 80, ale aż  95 procent francuskiego społeczeństwa będzie żądało dymisji Macrona, to w kolejnych wyborach oni sobie wybiorą kogoś przynajmnie równie beznadziejnego, a sytuacja intelektualna do której oni się doprowadzili i która determinuje ich polityczne i społeczne zachowania, to jest już wyłącznie ich osobista zasługa. I nie oszukujmy się, że tu chodzi tylko o Francję, o to że tam się ostatnio bardzo obniżyły warunki życia i ludzie są rozczarowani. Dokładnie taka sama sytuacja jest we wspomnianej Belgii, Holandii i Niemczech, a także w Hiszpanii, Włoszech i w Austrii, i tu w najmniejszym stopniu nie chodzi o to, że tam masło jest droższe niż w Polsce. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni wszyscy czują, że coś niedobrego się z nimi dzieje, tyle że są już tak ogłupiali, że zaczynają zachowywać się jeszcze bardziej irracjonalnie, niż dotychczas, w tym wypadku przeracając i podpalajac samochody, wybijając szyby w sklepach i rzucając czym popadnie w policjantów.
      Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Jak słyszymy, ów ruch żółtych kamizelek nie ma przywódcy i to podobno sprawia, że z nimi się ciężko dyskutuje. I to jest moim zdaniem coś, co tym bardziej każe nam na nich uważać. Jeśli oni rzekomo nie mają przywódcy, to znaczy, że ów przywódca gdzieś jak najbardziej jest, tyle że póki co nie ma żadnego interesu, by się ujawniać. Wiemy na pewno, że on z jakiegoś powodu nie lubi Macrona i uważa, że trzeba go jak najszybciej usunąć i zamiast niego postawić tam kogoś, kto będzie bardziej odpowiedni. A to tym bardziej oznacza, że owa francuska rozróba to nie jest nasz interes.
       Niedługo mamy kolejne wybory europejskie, jest duża szansa, że wygrają je tak zwane partie polulistyczne i to , a nie jacyś dziwni ludzie przebrani w żółte kamizelki, stanowi dla nas szanse na bardziej komfortowe budowanie lepszej przyszłości. Trzymajmy się tego.

Książka się pisze coraz lepiej i mam wielką nadzieję, że będzie dobrze. Póki co, wciąż przed nami Święta, więc jeśli ktoś myśli o ładnym prezencie, proszę pisać do mnie, a już powiem, jakie są opcje. k.osiejuk@gmail.com

czwartek, 21 grudnia 2017

Marcin Król, czyli zobaczyć Diabła i zwariować

       Jak wiemy, wczoraj wystąpił na konferencji prasowej wiceprzewodniczący Timmermans i ogłosił, że Unia Europejska wszczęła wobec Polski procedurę, która ma nas odpowiednio zdyscyplinować na przyszłość, i jest to oczywiście wydarzenie dnia. Oglądałem przez chwilę wieczorem fragmenty tego wystąpienia, no i tam trafiłem na coś, co mnie autentycznie zainteresowało. Otóż w pewnym momencie zabrał głos dziennikarz francuskiej telewizji i zapytał Timmermansa, czy przypadkiem to, że oni po dwóch czy trzech latach demonstrowania kompletnego braku politycznej  skuteczności wobec Polski, nagle wyskakują z tymi sankcjami, ich nie kompromituje, na co Timmermans odpowiedział, że jest wolność i każdy ma prawo uważać, co chce, a zatem pan dziennikarz może tak myśleć.
     Kiedy skończyłem z Timmermansem i jego pajacowaniem, przejrzałem resztę wiadomości, jakie nam regularnie dostarcza portal tvn24 i trafiłem na coś, co zmieściło się wręcz idealnie w temacie, a przy tym ma wszelkie szanse, by się stać idiotyzmem roku, a może i dekady. Oto w audycji „Fakty po faktach” wystąpił znany jeszcze być może starszym czytelnikom profesor Marcin Król i – tu mniej odpornych czytelników zachęcam do założenia masek gazowych – powiedział co następuje:
      „Zapanowała w naszym kraju tyrania. To jest tyrania większości. Tego obawiali się ojcowie demokracji. Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój tyranii większości. Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tyrania większości to jest także tyrania kłamców i głupców. Ja nie chcę nikogo obrażać i nie będę mówił, kto tutaj jest głupcem, ale myślę, że prawie wszyscy, jak ich widzimy. Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”.
      Mam nadzieje, że wszyscy zrozumieliśmy myśl, która ulęgła się pod czaszką Profesora. Oto ogłasza on, że kiedy tak zwani „ojcowie demokracji” meblowali nam świat, bali się jednego – co będzie jeśli ludzie potraktują ten projekt poważnie, jeśli wszystkie zabezpieczenia gwarantujące utrzymanie kontroli nagle przestaną działać, i jeśli w efekcie ludzie zaczną gadać i robić nie to co się od nich oczekuje, ale to co im w duszy śpiewa? I oto właśnie nadszedł czas, gdy owe obawy zyskały wymiar jak najbardziej realny i okazuje się, że ta cała demokracja to jest jednak diabelska robota.
      Jak mówię, dla wielu Czytelników tego bloga ktoś taki jak Marcin Król to dziś już postać kompletnie nieznana, ja go jednak pamiętam z dawnych bardzo lat, jako niezwykle przenikliwego komentatora, który jeszcze przed wielu laty czuł pismo nosem i dawał wyraz swoim niepokojom. Zapamiętałem choćby pewną jego wypowiedź, która dziś jako żywo stanowi dowód na to, że kto jak kto, ale on wiedział. Wiedział i przestrzegał. Niestety wówczas nikt go nie chciał słuchać i mamy dziś to co mamy. Posłuchajmy więc Marcina Króla z maja 2009 roku, kiedy on, podobnie jak dziś, jako osoba bardzo kulturalna i inteligentna, nie chciał nikogo obrażać, ale miał jeszcze siłę, by dmuchać w ten gwizdek, który oto najwyraźniej właśnie połknął:  
      „Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno”.
      No i proszę! Czyż nie trzeba było wtedy zacząć działać, kiedy widać było wyraźnie, że z tą demokracją tak słodko nie będzie? I nie chodzi mi o to, by od razu strzelać, no ale choćby jakieś małe egzorcyzmy.
     Może nie będę się tu więcej popisywał, tylko normalnie, przypomnę swój tekst jeszcze wcześniejszy, bo z roku 2008. Kto wie, czy to nie tę właśnie notkę miał wówczas na myśli Marcin Król? Kto wie?



     Właściwie, wobec dzisiejszej, a może jeszcze wczorajszej, śmierci tego niewinnego dziecka, traci sens pisanie nawet o Lechu Wałęsie, a co dopiero o innych codziennych potyczkach. Niestety nowe czasy przyzwyczaiły nas do tak przeróżnych barbarzyństw, że nic tu nie zmieni ani jakakolwiek powszechna demonstracja, ani pojedynczy nawet gest. Jedyne, co można zrobić, to uczcić to smutne wydarzenie, pisząc o zjawisku, które stanowi początek i jednocześnie koniec tego samego sznura, czyli o demokracji, jednak demokracji szczególnej, bo demokracji we władzy ciemności.
      Dziś „Rzeczpospolita”, po raz już któryś, relacjonuje rozpaczliwe ruchy wokół sytuacji w Europie po irlandzkim referendum. Już sam tytuł artykułu wieści ciekawą przyszłość: Czy Irlandię można wyrzucić z Unii. Chodzi o to, że niejaki Martin Schultz, niemiecki socjalista, zaproponował, że jeśli Irlandia okaże się jedynym państwem, które nie ratyfikuje traktatu, trzeba będzie być może Irlandię z Europy pogonić.
       Co prawda, nie zostaliśmy poinstruowani, co zrobić, jeśli będą te państwa dwa, ale za to odezwał się inny prawdziwy, znowu jednak niemiecki, Europejczyk, który powiedział, że może nie będziemy Irlandii wyrzucać, ale niech Irlandczycy coś zaproponują.
       I znów, wprawdzie nikt nie powiedział, że jeśli w następnych wyborach w Polsce motłoch wybierze PiS, to niech motłoch zaproponuje co z tym fantem zrobić, ale żeby nie było tak, że to tylko Niemcy popadli w histerię, odezwał się jeden Czech i powiedział, że trzeba zmienić zasady. Mianowicie, demokracja powinna funkcjonować dalej, owszem, tyle, że troszkę zmodyfikowana.
      I teraz jest tak, że ja się na Europie znam mało. To znaczy wiem, gdzie leży jaki kraj i pamiętam, że jeszcze niedawno były niemieckie marki, francuskie franki i włoskie liry, natomiast nie wiem, co Europa kombinuje. Z tego, co dotychczas usłyszałem, wnioskuję, że plan był taki, że najważniejsze kwestie uchwalamy wspólnie, bo jesteśmy jednością i chcemy dawać przykład. Jeśli ktoś natomiast będzie miał inne zdanie, niż wszyscy inni, to się będziemy zastanawiać tak długo, aż wymyślimy, żeby było lepiej. Spodziewałem się oczywiście, że ten głupkowaty pomysł jest tylko strzałem na wiwat i nawet nie narobi większego huku, co ciekawsze jednak, wiedziałem też, że wszystko będzie dobrze, dopóki i ja i oni i każdy będziemy demokratycznie chcieli tak, jak chcą ci, którzy o tym, co należy chcieć, decydują. W momencie, jak ktoś zechce inaczej, to dostanie po uszach. Bo demokracja, jak wiemy, jest okay, pod warunkiem, że pozwala decydować tym, którzy wiedzą lepiej. W telewizji niedawno widziałem posła Niesiołowskiego, który się pieklił, że nie może być tak, żeby paręset tysięcy ludzi decydowało o losach Europy. Ja oczywiście się z nim zgadzam, tylko pragnąłbym się dowiedzieć, kto to taki i z jakiego powodu na samym początku wymyślił system, w którym paręset tysięcy będzie decydowało?
Więc kto to wymyślił, nie wiem, bo aż tak głęboko w ciemność moja głowa nie sięga. Natomiast wiem, po co. Po to mianowicie, żeby można było tym alibi o nazwie demokracja całej wystawionej do wiatru Europie machać pod nosem.
       Demokracja jest oczywiście jakimś tam rozwiązaniem, nawet jeśli wynikającym z chwilowego kaprysu historii, i nawet jeśli wolelibyśmy coś bardziej absolutnego, a przez to bardziej oświeconego, niż rządy tłumu, czy (w rzeczywistości rządy bezwzględnych manipulatorów), to akurat to nie my jesteśmy tymi, którzy demokracją gardzą. W rzeczywistości, to są ci, którzy kiedyś wpadli na pomysł, że najlepszy będzie system, w którym przy pomocy najróżniejszych technik najpierw ogłupi się społeczeństwa, a potem pozwoli im się rządzić zgodnie z wolą ich przedstawicieli – oczywiście przedstawicieli starannie wyselekcjonowanych. Kiedy od czasu do czasu okazuje się, że ci dziwni inżynierowie jak zwykle za bardzo się przejęli swoimi możliwościami i, jak wiele razy wcześniej, nie docenili siły ludzkiego ducha, to my wszyscy musimy z zażenowaniem obserwować, jak w efekcie tej swojej chorej kalkulacji ci wszyscy panowie i panie raz po raz wybuchają gniewem, bo demokracja im nie działa.
      Tak jest oczywiście na całym świecie, że przedstawiciele tej – w ich własnej opinii – mądrzejszej i bardziej światłej części społeczeństwa, męczą siebie i innych nieustannym i notorycznym zawodzeniem skierowanym na pozostałą część grupy, w której przyszło im żyć. I wciąż bezwstydnie krzyczą: “Daliśmy wam tę demokrację, a wy jesteście tacy niewdzięczni”. Ten dziwaczny stan mamy też, owszem, i w Polsce od początku tzw. władzy ludowej, a potem solidarnościowej i wreszcie post-ludowej by skończyć na post-solidarnościowej. Wygrał Wałęsa – naród głupi; wygrał AWS – naród nie zasługuje; wygrał PiS – naród odrzucił demokrację; wygrał Kaczyński – coś chyba z tą demokracją trzeba zrobić. Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo naturalnie decyzję tłumu zagrażają demokracji.
      No i żyjemy w tym pseudodemokratycznym chaosie, gdzie demokracja jest piękna i zła i głupia i niebezpieczna i upragniona i jedyna i najgorsza. A jej jedyny stały, niezmienny i potężny efekt to ten, że raz do roku, a jak trzeba, to i kilka razy do roku, można wypuścić na ulicę bandę poprzebieranych onaninistów, a jak komu przyjdzie ochota, to zabić w majestacie prawa jakieś dziecko.

Nie pamiętam już dziś, co to było za dziecko, nad którym się tak wówczas użalałem, ale obawiam się, że nie było ono ani pierwsze, ani ostatnie. Nic się tu niestety nie zmienia. Tyle tylko może, że Marcin Król zobaczył diabła. I to jest wiadomość nieco optymistyczna. Moje książki jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.


sobota, 26 sierpnia 2017

Śmierć wrogom Ojczyzny, czyli o prawie do wolnych wyborów

      CBOS opublikował kolejny sondaż dotyczący politycznych wyborów Polaków, z którego wynika, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości przebiło kolejny sufit, a ja jestem przekonany, że, choć my, jak wiemy, traktujemy CBOS jako jedną ze swoich bardzo cennych politycznych zdobyczy, wyniki jakie nam przedstawiono są wciąż mocno niedoszacowane. Czemu tak myślę? Z różnych oczywiście powodów, a jestem pewien, że każdy z nich jest wystarczająco mocny, natomiast wystarczy, że przywołam zdjęcie, które tu niedawno opisałem, pewnej kobiety na plaży we Władysławowie, która dała sobie na plecach wytatuować pięknego orła w koronie, a biodra przepasała sobie bluzą z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Otóż sprawa polega na tym, że tego typu obrazek nie stanowi dziś naprawdę nic wyjątkowego. Wokół nas, ni stąd ni z owąd, pojawiły się tysiące ludzi, którzy dotychczas ani się polityką nie interesowali, ani nie głosowali w wyborach, a co może ważniejsze nigdy wcześniej nie mieli powodu, by zastanawiać się nad tym, kim są, a którzy dziś nagle zakładają t-shirty z napisem „Jestem dumny, że jestem Polakiem”. I to oni za dwa lata, być może pierwszy raz w życiu, zagłosują w wyborach. I to właśnie na PiS, dając mu przewagę konstytucyjną. I tego jestem dziś pewien w stu procentach.
      Tym bardziej więc chodzi mi po głowie myśl, by się dziś wstawić za tymi, którzy Polskę kochają, wrogom Ojczyzny życzą niczego więcej jak śmierci, cześć i chwałę Bohaterom głoszą od rana do wieczora, a i tak na Prawo i Sprawiedliwość nie zagłosują, choćby ich przypalano rozgrzanym żelazem, bo tej bandy zakłamych skurwysynów nie znoszą. A przychodzi mi to tym łatwiej, że sam od Prawa i Sprawiedliwości się już pewnie do śmierci nie odwrócę.
      Rzecz mianowicie w tym, że coraz częściej ostatnio w przestrzeni publicznej pojawia się myśl, że którykolwiek polityczny wybór, jaki część z nas podejmie, na poziomie praktycznym jest kompletnie bez sensu, a to z tego względu, że wszystkie strony zaangażowane w tak zwany „spór polityczny” stanowią część tej samej szajki, która nas traktuje wyłącznie jako alibi do systematycznego rozwijania swoich najbardziej nieczystych interesów. Owszem, nasza decyzja, czy zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość, Platformę Obywatelską, czy na, znów tak zwane – swoją drogą, to jest bardzo ciekawe, jak często musimy ostatnio używac tego zastrzeżenia – „ugrupowanie Pawła Kukiza” ma pewien walor moralny, choćby z tego względu, że wszyscy wyznajemy pewne wartości, z pewnego punktu widzenia jednak, każdy z naszych głosów – ale też nasz sprzeciw w postaci zbojkotowania wyborów – na praktycznym poziomie idzie na marne. Za każdym razem bowiem jedyny wybór jaki mamy, to ten, czy głosować na tych, których nam przedstawiono, czy nie głosować w ogóle.
      Pisząc dzisiejszy tekst czuję się zainspirowany przez mojego serdecznego kumpla, Adama Kosterskiego, z którym na ten temat rozmawialiśmy już jakiś czas temu, sprawy jednak wciąż idą swoim tropem, czas mija, a ja uznałem, że nastał znakomity moment, by tu własnie przedstawić ową, moim zdaniem, niezwykle istotną myśl – powtarzam, nie moją, lecz jego – która, gdyby została wprowadzona w życie, niechybnie załatwiłaby nasze problemy raz na zawsze i diabeł jeden wie, czemu wcześniej nie przyszła ona nikomu do głowy. A może przyszła, tyle że od razu wyszła? Może?
      Rzecz w tym, że gdybyśmy szczerze uznali, że nie ma nic lepszego niż demokracja, system wyborczy – i to, jak wiemy, każdy, a nie tylko ten znany nam tu w Polsce – byłby zorganizowany w taki sposób, by na kartach do głosowania pojawiła się dodatkowa kratka z opcją „w tym stanie rzeczy mam was wszystkich w dupie” i żeby ów głos nie był traktowany, jako głos nieważny, lecz jako wyraz pewnej postawy obywatelskiej, która winna być szanowana. Tymczasem, praktycznie w całym cywilizowanym świecie, mamy do czynienia z sytuacją, gdzie, jeśli komuś się polityka w sugerowanym kształcie nie podoba, ma do wyboru trzy możliwości: albo w ogóle nie głosować, albo oddać głos nieważny, albo wreszcie, w poczuciu obowiązku, zagłosować na coś, co uważa za mniejsze zło. Powiedzieć jednoznaczne „nie wszystkim”, w sposób systemowy, nie wolno. Demokracja, z jaką mamy dziś do czynienia, i to, pozwolę sobie powtórzyć, praktycznie na całym świecie, spod swojej protekcji wyklucza tych, którzy nie zamierzają iść na żadne kompromisy. Oni są z automatu zaliczani do grupy – „niezainteresowani”, podczas gdy – a to jest całkiem możliwe – są zainteresowani bardziej niż ktokolwiek inny.
      A jeśli się zastanowić, z praktycznego punktu widzenia, wprowadzenie tego typu poprawki nie powinno stanowić jakiegoś szczególnego problemu. Jest część obywateli, którzy lubią partię A, są też tacy, którzy popierają partię B, są również tacy, których interesuje tylko telewizor i sklep, a o polityce nie mają, i mieć nie chcą, pojęcia – i ci na wybory nie chodzą – ale też są tacy, którzy są polityką bardzo zainteresowani, tyle że w pewnym sensie czują się przez nią zdradzeni, i oni akurat są w kropce. A naprawdę nie ma żadnego technicznego problemu, by na karcie do głosowania uwzględnić również te ich emocje.
      A jednak z jakiegoś powodu, z tego co mi wiadomo, tego typu rozwiązanie nie zostało wprowadzone nigdzie. Ani w Polsce, ani nigdzie na świecie. Dlaczego? Aaaa… to już jest temat na inną rozmowę. Ja tylko zwracam uwagę na problem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Swoją drogą, to że są jeszcze czytelnicy tego bloga, którzy ich wszystkich nie przeczytali, to dla nich zwyczajnie wstyd… no z wyjątkiem sytuacji, że oni akurat w ogóle książek czytać nie lubią. Co ja, przyznaję, znakomicie rozumiem.

wtorek, 13 czerwca 2017

Nie dla idiotów, czyli o tym jak pobito pana Voltaire'a

      Jak wszyscy znakomicie wiemy, od z górą siedmiu lat, na Karkowskim Przedmieściu, 10 dnia każdego miesiąca, grupa zmanipulowanych partyjną propagandą, grupa głównie starszych osób, konsekwentnie urządza demonstrację mającą na celu rzekome uczczenie pamięci 96 osób, zmarłych w wyniku lotniczej katastrofy 10 kwietnia 2010 roku. Program owej manifestacji za każdym razem wygląda identycznie. Najpierw w pobliskiej katedrze odbywa się Msza Święta, a po mszy, tłum oczadziałych z nienawiści osób, w towarzystwie paru zdegenrowanych księży, na zmianę modląc się, lub śpiewając religijne pieśni, dokonuje przemarszu pod Pałac Prezydencki, gdzie prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński, wygłasza wciąż to samo, pełne jadu i nienawiści przemówienie. Po zakończeniu wspomnainej manifestacji, tłum rozchodzi się do domów i zajmuje się swoimi sprawami, aż do kolejnego 10 dnia miesiąca.
      Ponieważ ów pełen kłamstwa i nienawiści rytuał zszargał nerwy grupie światłych i całkowicie wolnych od politycznych uprzedzeń obywateli, ci postanowili, że wprawdzie wbrew prawu, natomiast zgodnie z najszczerszym poczuciem moralnej racji, którą każdy z nich się kieruje, nie staną zgodnie z demokratycznym zwyczajem z transparentami obok owej eksplozji nienawiści, by wykrzyczeć swój sprzeciw, ale użyją fizycznej siły, by ową grupę politycznych szaleńców pozbawić ich konstytucyjnego prawa do wolnej ekspresji.
     Ponieważ Konstytucja RP gwarantuje wolność demonstrowania wszelkich poglądów, o ile tylko owa demonstracja nie narusza konstytucyjnych praw innych osób, a owe seanse smoleńskiej nienawiści zostały wcześniej wyposażone we wszelkie gwarancje ze strony Konstytucji właśnie, wspomniana próba fizycznego zablokowania marszu musiała zostać powstrzymana przez policję. Ponieważ jednak przedstawiciele owej bardziej politycznie świadomej, a przy okazji moralnie nieskalanej części polskiego społeczeństwa uznali, że głoszone przez nich prawo moralne stoi ponad prawami tych, z którymi oni się zasadniczo nie zgadzają, zrobili coś, czego w systemach demokratycznych nie robi się nigdy i nigdzie, zaatakowali policję i tym samym znaleźli się na marginesie owej debaty.
       Oczywiście wspomniane wydarzenie jest szeroko komentowane przez media. Oglądam telewizję, czytam komentarze w Internecie, słucham debat między zaangażowanymi w w ową awanturę stronami i wszyscy się zachowują, jakby ich jedynym zadaniem było podtrzymanie temperatury sporu. Jedni powtarzają swoje argumenty przeciwko wykorzystywaniu religii do siania nienawiści, a drudzy o braku szacunku dla pomordowanych w Smoleńsku osób. I nikt nie chce rozmawiać o problemie wobec którego nagle stanęliśmy, a więc faktycznym zakwestionowaniu odwiecznej zasady – swoją drogą nadzwyczaj często traktowanej z prawdziwym nabożeństwem przez tych, którzy dziś walczą na ulicach z policją – autorstwa niejakiej Evelyn Beatrice Hall: „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę broniła twego prawa do ich głoszenia”. Wszyscy wyłącznie uprawiają partyjną propagandę, która ma ich doprowadzić albo do kolejnego wyborczego zwycięstwa, albo do odzyskania władzy.  
      Swoją drogą, bardzo ciekawe jest to, że przypomniana myśl pani Hall jest zwyczajowo i konsekwentnie przypisywana temu sataniście i mordercy, Voltaire’owi. Czyżby oni już na samym początku zadbali przede wszystkim o to, by to wszystko było tylko na niby?



Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. 

wtorek, 28 marca 2017

Czy Joanna Lichocka lubi ministra Waszczykowskiego?

      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, co znaczna część sympatyków Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie, zupełnie naturalnie, rządu Beaty Szydło, myśli sobie o ministrze Waszczykowskim i jaką przyszłość dla niego planuje, gdyby jednak kogoś interesowało moje zdanie, pragnę tu stanowczo zadeklarować, że jeśli już miałbym kontestować to, co się w ramach tego projektu dzieje, to Witold Waszczykowski nie mieściłby się nawet w pierwszej dwudziestce. Ktoś powie, że ponieważ wszyscy znają moją przewrotność, w owej deklaracji nie ma nic dziwnego, i ja tu od razu muszę złożyć kolejną deklarację. Owszem, ile razy widzę, że wokół czy to jakiegoś wydarzenia, czy choćby pojedynczej osoby zaczyna się zbierać grupa ludzi, która mówi dokładnie to samo, podpierając się dodatkowo dokładnie takimi samymi argumentami, w sposób naturalny wolę się trzymać od nich z daleka. Podobnie jest oczywiście w przypadku Waszczykowskiego. Ja go mam na oku właściwie od pierwszej chwili jak się pokazał publicznie i nie mogłem nie zauważyć, że wrogość jaką on zaczął budzić po wszystkich właściwie stronach politycznej sceny była co najmniej irracjonalna. Jasne, że on nigdy nie robił wrażenia kogoś szczególnie sympatycznego, a jego wypowiedzi zbyt często wskazywały na to, że on się zupełnie nie liczy z tym, co sobie o nim pomyśli iluś tam dziennikarzy, polityków, czy nawet wyborców, dla mnie jednak to ani przez chwilę nie był wystarczający powód, by się na niego zżymać, a tym bardziej odwracać się do niego plecami. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że ja sobie nie przypominam, by on kiedykolwiek powiedział nieprawdę, lub zachował się głupio, czy nieprzyzwoicie. Niedyplomatycznie, owszem. Nieprzyzwoicie, nigdy.
      Jednak nie to jest pierwszy powód, dlaczego dziś Waszczykowskiego postanowiłem bronić. Rzecz w tym, że jeśli mam wskazywać na ludzi związanych z obecnym obozem władzy, których w najlepszym dla nich wypadku nie toleruję, to Waszczykowski nie stanowi dla nich jakiejkolwiek konkurencji. Weźmy choćby wspomnianego tu ledwo co Jarosław Gowin, o którym nawet nie mam ochoty myśleć, a co dopiero po raz kolejny pisać. Bardzo źle również znoszę ministra Glińskiego, czy rzecznika rządu Bochenka. Uważam też, że nie zaszkodziłoby szefem Kancelarii Premiera uczynić kogoś, że tak powiem, bardziej lotnego od Beaty Kempy, a ministrowi Błaszczakowi zdecydowanie odradzić występy w telewizji, tak by nie daj Boże wyborcy nie zorientowali się w końcu, że on nie dość, że ich traktuje jak ostatnich durniów, to jeszcze się tym chwali. Bardzo też bym był szczęśliwy, gdyby, skoro oni już muszą być posłami, do reprezentowania partii w trakcie telewizyjnych debat, zamiast redaktor Lichockiej, czy posła Żalka, Prawo i Sprawiedliwość wystawiało choćby puste wiadro. A tuż już miejsca by zabrakło, gdybym miał wspominać całą tę bandę niepokornych jak jasna cholera dziennikarzy, zaczynając od Marcina Wolskiego, przez Stanisława Janeckiego, a kończąc na Witoldzie Gadowskim. To oni bowiem wszyscy moim zdaniem stanowią prawdziwy problem Prawa i Sprawiedliwości, a nie minister Waszczykowski. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że gdy chodzi o Waszczykowskiego, cokolwiek on zrobi lub powie, nie ma takiej możliwości, byśmy mu mogli zarzucić, że on nas traktuje jak zbieraninę ciemnych ludków, że już nie wspomnę o tym, że przynajmniej nie wygląda, jak znaleziony w bramie menel.
      Waszczykowski to człowiek nieznośnie poważny i niech nikt się nie łudzi, że kiedy on do nas będzie mówił, to choćby na chwilę ową powagę zechce zastąpić nędzną kokieterią. Dziś wszyscy jeden przez drugiego dostają cholery na Waszczykowskiego za to, że ten, kiedy już wszystko rzekomo układało się tak pięknie, ni stąd ni z owąd wyskoczył z pretensjami do Brukseli o sfałszowanie niedawnych wyborów na Przewodniczącego Rady Europejskiej. I nie chodzi mi tu wcale ani o ten cały, mniej lub bardziej zorganizowany „antypis”, ale o tak zwanych „naszych”, którym gapienie się w tę całą politykę, do tego stopnia poprzestawiało klepki we łbach, że gotowi są wręcz twierdzić, że Waszczykowski jest zwyczajnie „głupi”. I pomyśleć tylko, że jeszcze tak niedawno dla każdego z nas to, co właśnie oficjalnie powtórzył minister Waszczykowski, stanowiło jak najbardziej oczywistą oczywistość. Proszę mi pozwolić przypomnieć tu komentarz naszego wybitnego kolegi Orjana, który tuż po owym fałszerstwie napisał co następuje:
„Moim zdaniem, Tusk jest uzurpatorem. Dowód mieści się w pytaniu: ile głosów otrzymał w wyborach Saryusz-Wolski. Powinien mieć w protokołach szczytu 1 głos za (Polski). Jeśli w dokumentach szczytu nie ma takiego wyniku, to znaczy, że wybory nie odbyły się.
Drugie pytanie: ile głosów za, ile przeciw (tu powinno być przynajmniej 1), ile wstrzymujących się zostało zapisane w protokole wyborczym szczytu za Tuskiem. Brak któregoś ustalenia w protokole = wyborów nie było.
Polska nie podpisała konkluzji szczytu. Kwestia, czy wybory należały do szczytu, czy nie należały, ergo brak konkluzji na skutek wyboru nie wpływa, jest tylko interpretacją. Wyborów nie ustala się z interpretacji, lecz z protokołu wyniku wyborów.
W byle spółce z o.o. sąd KRS nie wpisałby takiego ‘wyboru’ Tuska do rejestru. To jest szwabska hucpa, a nie krool Europy.
Czy są argumenty przeciwne? Ale proszę darować sobie argumenty oparte na sile i przewadze. W końcu nie na nich ma polegać demokracja. Raczej inny ustrój”.
      I jeszcze to:
„Czy ktoś potrafi podać wiarygodne źródło opisujące przebieg ponownego ustanowienia Tuska?
Celowo piszę ‘ustanowienia’, bo tam - zdaje się - w ogóle nie doszło do wyborów, co - gdyby tak istotnie było - samo w sobie byłoby urągowiskiem w miejsce demokracji tak drogiej Niemcom i Timermansom wszelkiego lotu.
Otóż nie ma mowy o wyborach wtedy, gdy nie dopuszcza się głosowania na wszystkich kandydatów konkurujących między sobą. Tymczasem, tam - to akurat zdaje się pewne - nie głosowano o wybór między Tuskiem a Saryuszem Wolskim. Już to wystarczy, aby zakwestionować, iż Tusk został wybrany. Jest ‘ustanowiony’, ale nie jest wybrany.
Z kolei samo ‘ustanawianie’ Tuska miało - ponoć - taki przebieg, iż zapytano, kto jest przeciw? Na to podniosła się tylko jedna, polska ręka - przeciw. Dalej nie pytano. Stąd wynika, iż 27 głosów za Tuskiem należy do kategorii Urban legends przy czym ‘Urban’ należy pisać z dużej litery.
Ten moment także składa się na pyrrusowy wymiar sukcesu Tuska. To nie jest zwycięstwo, ale solidna, niemiecka instalacja.
Jednak w skali długookresowej Niemcy jeszcze nigdy niczego nie wygrali tak skierowaną solidnością. Natomiast Pyrrusem nie ma się co zajmować”.
      A więc, czy są argumenty przeciwne? Czy argumentem przeciwnym jest może to, że Waszczykowski jest głupi, bo szkodzi realizacji misternego planu, który ma Polsce zapewnić zwiększone wpływy w przekręcie , który się nazywa „Wspólna Europa”? A może argumentem jest to, że skoro znaleźliśmy się w tak znakomitym towarzystwie jak owa banda uzurpatorów kierowana wspólnie i w porozumieniu przez Timmermansa, Junkera i Tuska, powinniśmy się dostosować i przynajmniej przestrzegać podstawowych reguł dyplomacji? A może tam jest jeszcze coś, o czym nie wiem? Otóż z mojego punktu widzenia, najgorsze co byśmy zrobili, to przejście do porządku dziennego nad owym przekrętem, czy, jak to ładnie określił nasz kolega, „Pyrrusem”.
      Ja nie mam złudzeń, że od naszego gadania ta skamielina choćby stęknie. Mowy nie ma. Dlatego oczywiście polski rząd powinien robić to co do niego należy, mając w perspektywie kolejne potyczki, z których ta, o której dziś rozmawiamy, wcale nie musi być najgorsza. No i mieć na uwadze fakt, że jeśli z następnych wyborów nie wyjdziemy wzmocnieni, nikt nam tego nie wybaczy, a śmiechu, jaki się rozlegnie wokół, nic nie zagłuszy. No a już z całą pewnością powtarzanie sobie, że to wszystko przez Waszczykowskiego, co nie umiał powstrzymać języka, kiedy sytuacja tego wymagała.


Przypominam, że już pojutrze w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich, w których planuję brać osobisty udział. Jak się dziś wydaje, jedynie w sobotę, no ale tym bardziej zapraszam wszystkich, którzy mieliby przyjemność się spotkać. Proszę wypatrywać szczegółów, czy to tutaj, czy na blogu Coryllusa.

wtorek, 28 lutego 2017

Trynkiewicz się ożenił, czyli 25 lat wolności

       Po dwudziestu pięciu latach, jakie upłynęły od czasu, gdy objęcie władzy w Polsce przez koalicję Frontu Jedności Narodu z Solidarnością zostało najpierw uczczone powszechną amnestią, w ramach której wszystkim skazanym na karę śmierci zabójcom zamieniono wyroki na 25 lat więzienia, a następnie świadomość obywatelska osiągnęła poziom rozwoju, na którym nie dość że przestała być w ogóle wymierzana kara śmierci, to jeszcze za barbarzyństwo uznano wyrok dożywotniego więzienia, a my znaleźliśmy się jako społeczeństwo w punkcie dość szczególnym. Oto bowiem okazuje się nagle, że owi najbardziej brutalni mordercy, którzy w normalnych warunkach gryźliby już ziemię, zaczynają powoli wychodzić na wolność, a zarówno państwo, jak i społeczeństwo są kompletnie nieprzygotowane do tego, by się skutecznie bronić przed całą kupą nie dość że całkowicie nieobliczalnych psychopatów, to jeszcze psychopatów najprawdopodobniej dodatkowo zdewastowanych przez lata życia w odosobnieniu.
       Pamiętamy zamieszanie, jakiego dzięki uprzejmości mediów mogliśmy być niemymi świadkami parę lat temu, kiedy to nagle się okazało, że już wkrótce na wolność wychodzi niejaki Trynkiewicz, człowiek, który w roku 1988 brutalnie zgwałcił, a następnie zamordował czwórkę małych chłopców i wedle wszelkich danych, nie ma sposobu, by go, jako człowieka w pełni już wolnego, powstrzymać przed dalszym zabijaniem. Postanowiono więc Trynkiewicza skierować na przymusowe leczenie, gdzie plan był taki, że się go uzna za osobę wciąż niebezpieczną i dzięki temu będzie go można izolować tak długo aż zdechnie. Niefortunnie jednak lekarze-terapeuci ogłosili sukces i kazali Trynkiewicza wypuścić, w związku z czym natychmiast odkryto w jego celi rzekomo pedofilskie materiały plus ludzkie szczątki i kazano mu siedzieć dalej. Wkrótce okazało się, że z tymi szczątkami to była głupia nadgorliwość, Trynkiewicza trzeba było wypuścić, niemal natychmiast jednak, zanim ten zdążył zrobić komukolwiek krzywdę, Sejm błyskawicznie przegłosował tak zwaną „ustawę o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób” i w roku 2014 Trynkiewicza zamknięto w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, a rok później dla pewności znaleziono, jak się zdaje, solidniejsze już materiały pedofilskie, co mu decyzją sądu zagwarantowało bezpieczne pięć i pół roku za kratami. Co będzie dalej, tego oczywiście nie wiemy, ale jestem pewien, że polskie państwo coś tu wymyśli. W końcu czas leci, a bronić się trzeba. Jedyny problem jest taki, że ponieważ Trynkiewicz właśnie się ożenił z kobietą, która ręczy za to, że jest on człowiekiem z natury dobrym i wrażliwym, a ona osobiście nie spotkała w życiu nikogo, kto by miał w sobie tyle ciepła, miejscowi psychologowie mogą mu skrócić ten smutny czas i będziemy jeszcze mieli okazję obejrzeć prawdziwy spektakl.
      Ja tu oczywiście trochę ironizuję, ale nie oszukujmy się – Trynkiewicz to jest zaledwie pierwszy z wielu, co sprawia, że problem mamy bardzo poważny. Oto na przykład właśnie pojawiła się informacja, że już za chwilę będzie trzeba nam tu wpuścić kolejnego beneficjenta pamiętnego święta odzyskania wolności z roku 1989, człowieka nazwiskiem Pękalski, podejrzewanego o zamordowanie w latach 80. i 90. ponad 90 kobiet, a skazanego w roku 1996 na 25 lat więzienia za jedną jedyną 17-letnią Sylwię, biedną wiejską dziewczynę ze wsi Darskowo. Pękalski pojawi się więc wśród nas, jako wolny człowiek, a my, jako społeczeństwo znów będziemy zachodzić w głowę, co zrobić, żeby, skoro się już go nie da normalnie powiesić, to przynajmniej go odizolować w taki sposób, by europejskie instytucje nie miały do nas pretensji. Na szczęście mamy ów fantastyczny ośrodek w Gostyninie i ową jeszcze fajniejszą ustawę o tak zwanych bestiach, co możemy chyba z czystym sumieniem traktować, jako jedyny faktyczny sukces rządów Platformy Obywatelskiej i prezydenta Komorowskiego, a co nam być może umożliwi odizolowanie Pękalskiego na zawsze.
       Przed nami oczywiście kolejne nazwiska, kolejne „bestie” i kolejne kłopoty, a ja już tylko chciałbym zapytać, co komu przeszkadzała owa stara dobra szubienica. Że dr Moczydłowski czułby dyskomfort? Przepraszam bardzo, ale w obliczu dzisiejszych dylematów, w jaki sposób to ma być nasze zmartwienie?


Jak zawsze zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia jego, moje, a także wiele innych znakomitych książek. Koniecznie.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

O stópkach, opornikach i przypinkach z napisem KOD

           Gdyby ktoś nie miał okazji, pragnę poinformować, że od wielu już lat noszę stale przypięty do klapy płaszcza, czy marynarki, antyaborcyjny znaczek przedstawiający stópki dziesięciotygodniowego dziecka. Kiedyś owe stópki były złote, ale niefortunnie je zgubiłem, i dziś mam białe, ale to są wciąż te same stópki od lat. Czemu je noszę? Uczciwie powiem, że nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć krótko, a jednocześnie wyczerpująco. Trochę oczywiście dlatego, że trzymam stronę życia poczętego, trochę też dlatego, że bardzo mi się te stópki podobają i uważam, że dzięki nim również moja ściśle estetyczna wartość rośnie. No ale oczywiście o tym mógłby opowiadać znacznie dłużej i głębiej, tyle że ani nie ma tu na to miejsca, ani też temat nie ten.
       O cóż więc chodzi? Otóż spotykałem się wczoraj z ludźmi bardzo bliskimi, których szanuję i kocham, którzy jednak, gdy chodzi o politykę, zachowują pozycje zbliżone, by nie powiedzieć tożsame z tymi, które znamy z demonstracji KOD-u, oraz innych, stowarzyszonych organizacji. Spotkanie upłynęło w atmosferze przyjaznej, bez jakichkolwiek odniesień do spraw natury ogólnej, jednak kiedy już wychodziłem, mój przyjaciel zauważył wspomniane wcześniej stópki i zapytał: „A co to takiego?” „Stópki”, odpowiedziałem. „Rozumiem, że to taka demonstracja”, zapytał przyjaciel, a ja na to, że owszem, mniej więcej taka sama, jak te przypinki z napisem „KOD”. Pożegnaliśmy się i to był koniec tej przygody. A ja dopiero wtedy zacząłem myśleć.
      Rzecz bowiem w tym, że tu, jak pewnie nigdzie indziej tak wyraźnie, nie ujrzałem różnicy między dwiema postawami, które determinują nasze dzisiejsze wybory, a które, co zostało już stwierdzone wielokrotnie, stanowią źródło naszego dzisiejszego nieszczęścia w postaci autentycznej wojny domowej. Otóż rzecz tak naprawdę sprowadza się do tego, że oni chodzą z przyczepionymi do czapek znaczkami KOD-u, a my nosimy stópki dziesięciotygodniowego płodu i to ukazuje najwyraźniej to co tak naprawdę jest źródłem owej wojny, mianowicie starcie dwóch cywilizacji. Po tamtej stronie my możemy dojrzeć, wbrew temu co się nam może zdawać, naprawdę wiele najróżniejszych postaw, a więc nie tylko dawnych ormowców, czy dzisiejszych humanistów, ale ludzi często niemal dokładnie takich samych jak my, różniących się od nas niemal wyłącznie tym, że my popieramy „dobrą zmianę”, a oni nienawidzą Jarosława Kaczyńskiego i życzą mu gwałtownej, najczęściej bolesnej śmierci. Dlaczego? Tego niestety sobie tu nie wyjaśnimy, ale taka jest właśnie prawda. My walczymy o życie, a oni o coś co nazwali demokracją.
      Prawda wydaje się jednak też być taka, że prawdziwą przyczyną tego dramatu jest też to – a przykład z obiema przypinkami pokazuje to bardzo precyzyjnie – że oni tak naprawdę nas nienawidzą za to, że mamy to, czego im brakuje, a mianowicie tę konsekwencję, organizację, ów moralny porządek, jakiego symbolem są wspomniane stópki. Oni patrzą na nas, widzą ów prosty gest zaczynający się na Kościele, Wierze, patriotyzmie, a kończący się konsekwentnie na walce o ochronę życia poczętego i sprzeciwie wobec wszelkiego typu wynaturzeniom i nagle uświadamiają sobie ów straszny fakt, że tak naprawdę oni wobec tego wszystkiego stoją z pustymi rękami i ze znaczkiem KOD-u przeczepionym do czapki. To jest ów poziom wartości, którzy oni są w stanie określić w sposób w miarę jasny: nienawidzimy PiS-u i bronimy demokracji. A reszta? Z resztą jest różnie, czasem nawet bardzo różnie, natomiast jedyny punkt, gdzie nie ma śladu chaosu, to właśnie ten – nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego.
       Ktoś się zapyta, o co mi chodzi, co takiego chcę dziś powiedzieć. Otóż mój przekaz jest tu bardzo prosty: spór, którego jesteśmy świadkami to nie jest spór ani cywilizacyjny, ani kulturowy, ani nawet polityczny. Tak naprawdę to nie jest nawet spór. W rzeczywistości wszystko się sprowadza do tego, że po jednej stronie stoją ludzie, którzy mają wszystko starannie poukładane i owemu porządkowi dają nieustanne świadectwo, podczas gdy z drugiej mamy tych, dla których tak naprawdę jedyną pewną i niepodważalną prawdą jest to, że nie ma to jak znaczek z napisem „KOD”, reszta natomiast jest do dyskusji.
       Oni i my. Ludzie z przypinką KOD-u, oraz ludzie ze stópkami 10-tygodniowego płodu. Patrzą na nas, wsłuchują się w nasze słowa i się gotują. Niektórzy są tak zdenerwowani, że sięgają po broń.

Przypominam, że nasze książki można niezmiennie kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a że Święta coraz bliżej, zapewniam, że nie widzę wiele innych możliwości, gdy chodzi o solidny prezent pod choinkę.

      

środa, 23 grudnia 2015

Demokracja, czyli Dzień Sądu

Jak doniósł „Super Express”, a owym doniesieniom nikt poza Tomaszem Lisem, włącznie z samym zainteresowanym, nie zaprzeczył, człowiek nazwiskiem Kijowski, najnowsza po zniknięciu Adriana Zandberga, gwiazda naszej politycznej sceny, ma zasądzone alimenty, których nie płaci i jak na dziś, jego zobowiązania sięgają aż 80 tys. złotych. I to jest wiadomość wybitnie inspirująca. Bo oto najwyraźniej wypełnia się to, czego od pewnego czasu, a więc od wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborów, mogliśmy się spodziewać, a co sprowadza się do tego, że nikt z nich nie zna już ani dnia, ani godziny.
Oczywiście ów nieszczęsny Kijowski jest tu tylko nędznym przykładem tego, co znacznie większe i poważniejsze, niemniej jednak przykładem wyjątkowo adekwatnym. Oto mamy jakieś bezdyskusyjnego, już na pierwszy rzut oka, wariata, o którym jeszcze dwa tygodnie temu pies z kulawą nogą nie słyszał, a który w tempie wybitnie przyspieszonym zaczyna robić karierę, jako trybun ludowy, społecznik i polityczny lider, a kiedy wygląda na to, że on w swojej, czy to głupocie, czy to desperacji, uwierzył w swoją historyczną moc, okazuje się z dnia na dzień, że to jest ktoś, kto już za chwilę może iść siedzieć za niepłacenie alimentów, a zaległości sięgają takiej sumy, która sprawia, że mamy do czynienia z bankrutem. I nagle ten oto człowiek okazuje się polityczną sensacją, która będzie ciągnąć lud na barykady.
Telewizja TVN24 parę dni temu, zanim jeszcze kwestia tych alimentów wyszła na wierzch, nakręciła reportaż o Kijowskim utrzymany w kolorystyce i intelektualnym wymiarze dawnych przypinek z dzieciątkiem Gagarin. Pamiętamy, w czym rzecz. Była sobie oto skromna rodzina i miała syna, który od dziecka nie miał innej pasji, jak bezinteresownie pomagać ludziom. Ponieważ był bardzo mądry, grzeczny i śliczny, dziewczyny się za nim uganiały, ale on wolał samotnie nieść pomoc tym, których życie nie popieściło. Jako zdolny uczeń, dostał się bez problemu na studia, które ukończył z wynikiem celującym i natychmiast zdobył dobrze płatną pracę, ale ponieważ jego zadaniem było być wśród ludzi, porzucił drogę kariery i postanowił służyć innym. I tak dalej. Oglądałem ów reportaż i cały czas się zastanawiałem, co takiego za uszami ma to dziwadło? Jak wielkie on musi mieć zmartwienia, by dać się tak fatalnie odstrzelić? No i nagle okazuje się, że, owszem, zmartwienia są poważne, a ucieczka od nich praktycznie wykluczona. No i już po Kijowskim. Dziękujemy państwu bardzo.
Wczorajszy dzień w najnowszej politycznej historii będzie błyszczał blaskiem triumfu wyjątkowego. Oglądałem fragmenty posiedzenia Sejmu, gdzie Prawo i Sprawiedliwość uchwalała zmiany w ustawie o Trybunale Konstytucyjnym, obserwowałem, z jednej strony, wściekłość, a z drugiej całkowitą impotencję wszelkiej opozycji, włącznie z tą medialną, i nagle sobie uświadomiłem, jak wielką siłę stanowi w demokracji autentyczna, niczym, jak tylko publicznym poparciem, nieograniczona władza. Miałem okazję widzieć to częściowo niedawno podczas swojego pobytu na Węgrzech, gdzie z jednej strony widziałem ów czarny sztandar wywieszony w iście kabaretowym proteście na budynku Parlamentu i ową kampanię billboardową, przepraszającą Europę za premiera Orbana, a z drugiej kraj zwykłych, spokojnie spędzających czas ludzi, żyjących swoim życiem i czerpiącym z tego życia wszelkie słodycze. I pomyślałem sobie, że ten stan można osiągnąć tylko wtedy, gdy uzyska się pewność niewzruszonej racji i wspierającej tę rację siły. Tylko wtedy.
No więc oglądałem wczoraj obrady naszego Sejmu i nagle pomyślałem sobie, że to jest właśnie owa demokracja, której nic nie zniszczy. No, owszem, można próbować przeprowadzić tak zwany zamach stanu, czy wojskowy pucz, no ale nie w demokracji, prawda? Demokracja takie ekscesy wyklucza z samej swojej zasady. A zatem, rządzi naród. I mamy to co mamy.
A przy tym mamy też niezależne jak jasna cholera media, takie jak Super Express, które nagle w ramach wypełniania swoich publicznych obowiązków informują o niezapłaconych alimentach Kijowskiego. A ja już tylko czekam na dalszy rozwój wypadków. Bardzo jestem ciekawy, kto jest następny w kolejce. Władysław Frasyniuk? Wspomniany Tomasz Lis? Marek Kondrat? Daniel Olbrychski? Krzysztof Materna? Kto pierwszy podskoczy tak, że trzeba będzie pokazać światu, czym są wolne media? Lista jest baaaaardzo długa, kontroluje ją panna Demokracja, a ja już nie mogę się doczekać.
PS. Już po napisaniu tego tekstu, Marcin Palade, taki spec od sondaży, podał na Twitterze informację, że pierwsi w kolejce są klienci warszawskiej firmy o nazwie Wersal Joanna, a Aleksandra Jakubowska, której przedstawiać nie trzeba, dodała, że o krok przed nimi, czeka owej firmy właścicielka. I tak to właśnie działa demokracja.

Przypominam, że moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl, a jak ktoś mieszka w Warszawie, to jeszcze w paru księgarniach, których nazw nie pamiętam. Proszę pytać Coryllusa.

sobota, 7 listopada 2015

Gdy bycie durniem stało się grzechem wołającym o pomstę do nieba

Trwają katowickie targi książki i muszę przyznać, że jeśli dalej będzie tak jak było wczoraj, mamy szanse mieć prawdziwe wydarzenie. Jeśli dziś będzie tak jak było wczoraj, targi w Katowicach mogą się okazać targami najlepszymi. I nawet jeśli ma się to stać dzięki Muratorowi, który je w tym roku wyjątkowo skutecznie wyjął z rąk naszych słodkich nieudaczników, nie mam nic przeciwko temu. Powtarzam: nie mam nic przeciwko temu. Skoro nasi nie potrafią, niech interesu pilnują oni. Tymczasem przedstawiam najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” z nadzieją, że skoro już tak pięknie wygraliśmy te wybory, nie będziemy psuć tego, co jest zwyczajnie dobre.

W następstwie spektakularnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, pojawiły się głosy, robiące przy tym wrażenie bardzo poważnych, że oto Polska stanęła wobec sytuacji absolutnie wyjątkowej, a w swojej wyjątkowości dramatycznie niebezpiecznej, gdzie po raz pierwszy w jej najnowszej historii całą władzę w państwie, od Sejmu przez Prezydenta po Senat, obejmie jedna partia. Czemu niebezpiecznej? A to z tej przyczyny, że tego typu monopol stanowi proste zagrożenie dla demokracji, którą wszyscy oczywiście kochamy i bez której nas nie ma.
Ktoś powie, że tego typu głosy stanowią bezczelność o wyjątkowej sile rażenia, zwłaszcza gdy dochodzą z politycznych środowisk, które przez minione osiem lat pokryły Polskę taką siecią politycznego terroru, wspieranego dodatkowo przez system sprawiedliwości, media oraz kulturę popularną, że ostatecznie doprowadziły to państwo do takiego poziomu zepsucia, że zmuszony był w końcu zainterweniować sam System i zakończyć tę hucpę.
Powie ktoś, że tego typu pretensję stanowią wyjątkową bezczelność, w sytuacji gdy zgłaszają ją osoby, które na samym początku tak zwanej „transformacji” żyły tym jedynie planem, który sprowadzał się do uczynienia z Polski państwa, na wzór Meksyku, gdzie władzę sprawować będzie jedna tylko partia, wybierana w wolnych wyborach przez zniewolone społeczeństwo konsumentów, a przez to partia wieczna i niezniszczalna.
Ktoś wreszcie powie, że aby się dziś krzywić na rzekomy monopol Prawa i Sprawiedliwości, trzeba być bezczelnym szczególnie, zwłaszcza gdy zobaczymy, w jaki sposób ci sami ludzie, przez minione lata, w sposób zorganizowany i starannie przemyślany, stworzyli układ, w którym nie ma dziś praktycznie sposobu, by zmienić polityczną mapę Polski w jej wymiarze lokalnym, gdzie choćby polska wieś jest zarządzana przez system często przestępczych powiązań, na których czele stoją ludzie bezkarni i niezniszczalni.
Z całą pewnością tego typu głosy usłyszymy i będziemy musieli je uszanować, jako całkowicie słuszne i uzasadnione. To jednak co tu stanowi problem największy, to fakt, że wspomniana bezczelność nie jest ani żartem, ani w istocie rzeczy hucpą. Tu nie ma ani powodu, by z niej szydzić, ani ją tym bardziej lekceważyć. Kiedy ona uznaje za stosowne oburzać się faktem, że w wyniku wolnych wyborów naród zdecydował, że Prezydent, Rząd, oraz Parlament będą reprezentowani przez tylko jedną polityczną ideę, a będzie to idea na tyle silna, że mogą jej ulec połączone siły systemowej propagandy, no a przede wszystkim nie będzie to idea, która już na samym początku została przedstawiona, jako obowiązująca na dziś i na zawsze, my musimy pamiętać, że za owym oburzeniem stoją żywioły doskonale świadome tego, że jeśli to stracą, to stracą wszystko.
A zatem i my wszyscy powinniśmy wiedzieć, o co toczy się gra i jak wielka odpowiedzialność w tej grze spoczywa właśnie na nas. Jeśli uznamy, że to jest zabawa, gdzie raz się jest tu, a raz tam, nie wyjdziemy z piekła.

Przypominam, że jeszcze dziś i jutro od godziny 10 do 18 czekamy z Coryllusem na czytelników w Centrum Kongresowym na stoisku numer 23. A jeśli ktoś ma za daleko, serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

czwartek, 8 stycznia 2015

Gdy demokracja bierze sprawy w swoje ręce

Parę miesięcy temu miejscowy duszpasterz akademicki zaprosił na spotkanie ze studentami pewnego świeżo-nawróconego buddystę, na co dzień studiującego teologię na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Buddysta, wcześniej normalny, tak jak każdy z nas, chrześcijanin, buddystą był, studiując przez kilka lat ową religię i medytując w Indiach pod okiem jakiegoś lokalnego guru, i kiedy osiągnął już taką sprawność, że potrafił widzieć przez ścianę, o lewitacji już nie wspominając, nagle coś mu się stało, uznał, że sprawa wymaga głębszych badań, wrócił do Polski i doszedł do przekonania, że buddyzm jest w takim samym stopniu prawdą, jak chrześcijaństwo i że Bóg miał faktycznie dwóch synów, Jezusa i Buddę. Pozyskawszy tę wiedzę, postanowił zapisać się na studia teologiczne, no a przy okazji przyjąć zaproszenie katolickiego księdza i ogłosić swoje rewelacje młodzieży studenckiej. Na wspomnianym spotkaniu obecna była moja starsza córka, którą ów dziwny człowiek tak zdenerwował, że najpierw podjęła z nim nerwową bardzo dyskusję, prosząc przede wszystkim, by on jej wskazał miejsce w Piśmie Świętym, gdzie wspomniany jest ów drugi syn Pana Boga, a kiedy z tej rozmowy nic sensownego nie wyszło, poszła do księdza i zapytała, czemu on lansuje jakichś satanistów.
Otóż tak – satanistów. Rzecz bowiem w tym, że, jeśli dobrze rozumiem słowa papieża Franciszka, kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana, ta cała tak zwana „religia wschodu”, z ich Sziwą, Wisznu, tą całą reinkarnacją, świętymi krowami, małpami, Gangesem i diabli wiedzą czym jeszcze, to nie jest Pan Bóg i to nie są modlitwy do Niego kierowane. A skoro tak, to chyba nie ma o czym mówić, prawda? Zresztą, jeśli komuś to jest jeszcze mało, niech sobie obejrzy któryś z popularnych filmów o kulturze i cywilizacji Indii i trafi na tę imprezę, podczas której ci święci ludzie wieszają się na penisach, by zobaczyć, że tam naprawdę poza Diabłem nie ma nic.
Parę lat temu, tu na tym blogu, opisałem któryś z serii wystepów w Polsce Dalaj Lamy i obok całej kupy moim zdaniem bardzo konkretnych i sensownych uwag, jakie miałem do niego i jego mądrości, wskazałem też na ów nieustanny, moim zdaniem głupkowaty uśmiech Buddy, jaki ów Dalaj Lama ma od zawsze przyczepiony do twarzy. W komentarzach pod tamtą notka natychmiast pojawiło się kilku mądrali, którzy zarzucili mi brak szacunku do ludzi innej wiary i przekonań i obrażanie było nie było postaci świętej, czyli samego Buddy. No i na to pojawił się człowiek, którego ani nie widziałem wcześniej, ani już nigdy później, który przedstawił się jako prawdziwy i mocno wykształcony buddysta i poinformował nas wszystkich, że ja absolutnie mam rację, dlatego, że Budda jest wszystkim, a więc nawet – to są jego słowa, a nie moje – tak samo pięknym kwiatem lotosu, jak i kawałkiem śmierdzącego gówna. Zdaniem owego komentatora – a powtarzam, że on się przedstawił jako buddysta i ekspert – wszystko co powiemy o Buddzie, będzie prawdą. Nie ma, jego zdaniem, na świecie buddysty, którego jesteśmy w stanie dotknąć opinią na temat Buddy i wszelkich jego wcieleń, bo – powtarzam – on jest wszystkim i niczym, i takie tam. I powiem uczciwie, że to był moment, kiedy ja zrozumiałem przede wszystkim, że Budda jest wcieleniem Szatana. Zrozumiałem jednak przy tym coś jeszcze: jest czymś jak najbardziej oczywistym, że ponieważ dla prawdziwego buddysty nie istnieje coś takiego bluźnierstwo, współczesny świat praktycznie buddystów nie zaczepia. Współczesny świat z całą wypełniającą go kulturą popularną może do woli obrażać żydów, chrześcijan, muzułmanów, bo wie, że wielu z nich albo się zasmuci, albo oburzy, albo wręcz wpadnie we wściekłość, natomiast jaki jest sens dokuczać buddystom, skoro oni zawsze się będą uśmiechać, kiwać głową i palić te kadzidełka. A na koniec, powiedzą agresorowi: „Niewykluczone, że jest jeszcze gorzej. Albo lepiej. Albo nie ma nic. I jest wszystko. Może ciasteczko?”
A więc, z buddystami mamy spokój. Wiadomo natomiast, że gdy chodzi o innych, ci wymagają szacunku, a nam, skoro sami wymagamy szacunku dla siebie, wymagajmy go też od siebie. Stąd, choć osobiście jestem przekonany, że Prawda jest tylko w Jezusie Zmartwychwstałym i jego Kościele, a reszta to zło, niekiedy zło wcielone, uważam, że z tymi swoimi przekonaniami nie powinienem się bez potrzeby i sensu wystawiać, bo komuś to może nie pasować. Wiem też znakomicie, że ponieważ tacy na przykład muzułmanie bywają na punkcie swojej wiary szczególnie wrażliwi, byłoby z mojej strony kompletnym idiotyzmem, rzucać się w ich stronę i albo ich pouczać, albo tym bardziej wyszydzać. Właśnie tak. Byłoby czymś absolutnie głupim, chorym i zasługującym na najgorszą nauczkę, gdybym nagle postanowił, że sensem mojego życia stanie się obrażanie muzułmanów i ich świętych.
Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą już, skąd się dziś wziął ten temat. Oto wczoraj do redakcji pewnego lewicowego paryskiego magazynu, którego profil sprowadzał się do wyszydzania, jak się domyślam, wszystkich prawd, oprócz oczywiście Czterech Prawd Szlachetnych, wpadło dwóch mężczyzn z kałasznikowami i zabili naczelnego plus czterech wesołych rysowników, a na deser jeszcze parę innych osób, w tym policjanta, który próbował im w ich misji przeszkodzić. Już wczoraj tu w Salonie24 pojawiło się szereg opinii, ogólnie rzecz biorąc solidaryzujących się z zamachowcami w tym sensie, że tamci dostali to, o co mniej lub bardziej bezpośrednio prosili. Pewien komentator posunął się nawet do tego, że opublikował tu jeden z bardziej drastycznych obrazków opublikowanych przez tych biedaków, na którym Trójca Prznajświętsza jest ukazana, jako trzech pedałów wzajemnie ze sobą kopulujących. A ja powiem uczciwie, że zamiast się zastanawiać, który z uczestników wczorajszych wypadków jest ten dobry, który zły i który z nich na co zasługuje, staram się zrozumieć, czemu owo rozstrzelane tak bezwzględnie pismo robiło to co robiło? Czemu oni uznali, że to jest to, z czego oni spróbują sobie ułożyć życie – z szydzenia z ludzi pobożnych? Co jakąś bandę paryskich ateistów obchodzą relacje – choćby i homoseksualne – między Ojcem, Synem i Duchem Świętym? Czy oni naprawdę nie mają nic innego, czym mogliby się przejmować? A może oni naprawdę sądzą, że trójkąt wbity w tyłek człowieka z koroną cierniową na głowie, to jest coś bardzo zabawnego? Czy to ma być to słynne lewicowe poczucie humoru?
No ale jest jeszcze coś. Załóżmy bowiem, że oni wszyscy padli ofiarą stworzonej przez siebie propagandy odnośnie rzekomej pedofilii i homoseksualizmu wśród katolickich księży i biskupów, no i ich ta sytuacja doprowadza do takiej cholery, że nie umieją sobie z nią poradzić inaczej, jak przez tego typu szyderstwa. No ale czemu oni się uczepili religii w ogóle? Czemu wreszcie oni się owej religii jako takiej uczepili tak bardzo, że w pewnym momencie robili to co robią z pełną świadomością, że za to mogą wylecieć w powietrze. Z tego co słyszę, zagrożenie od dłuższego czasu było tak poważne, że dziś już w policyjnym prosektorium, redaktor naczelny tego gówna, nigdzie się nie ruszał bez osobistej ochrony? Czemu więc on się aż tak uparł, żeby się brać za bary z wściekłymi terrorystami?
Otóż moim zdaniem, odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna i to z całą pewnością nie chodzi o pieniądze. Oni wszyscy, czy to tamci tam w Paryżu, czy tamci inni w Danii, czy w Niemczech, czy ci nasi w polskim Sejmie, z jakiegoś powodu nie są w stanie znieść tego, że są ludzie, którzy w coś wierzą i dla których są rzeczy naprawdę ważne. Ich życie stało się tak puste i beznadziejne, a droga by z niego wyjść tak odległa i poplątana, że oni w pewnym momencie zrozumieli, że to tak czy inaczej jest już koniec. I wielu z nich uznało, że skoro wyznanie grzechów i przyjęcie Komunii nie wchodzi w grę, jedyny sposób, by mieć jeszcze z tego życia odrobinę satysfakcji, to sobie popatrzeć, jak po tamtej stronie też coś skwierczy. Nawet za cenę życia.
Domyślam się, że część czytelników będzie jednak chciała, bym w końcu powiedział, jak ja oceniam to co się wczoraj wydarzyło w tym głupim Paryżu. Proszę uprzejmie. Już służę opinią. Otóż moim zdaniem nie ma nic ważniejszego niż wolność i demokracja. Każdy zatem robi, co mu pasuje. Jak kto chce, niech strzela, jak kto chce, niech pod te kule się pcha. Trudno żebym ja, zwykły ciemny katolik, im cokolwiek doradzał. Najwyżej mogę się za nich pomodlić.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

piątek, 18 lipca 2014

Dla mojego syna - raport z czasów terroru

Ja wiem, że to może robić wrażenie czegoś okropnie wstydliwego, do czego lepiej albo się nie przyznawać, albo co w ogóle wyprzeć z pamięci, no ale skoro już postanowiliśmy wspólnie, że blog ten będzie wręcz stanowił gest czystej szczerości, opowiem coś o swoim synu. Otóż spędziliśmy ostatnio wspólnie tydzień u mnie na wsi, zajadając się na zmianę jajecznicę na smalcu ze skwarkami, i zupą, którą moja ciocia robi ze wszystkiego, co ma pod ręką, a która smakuje, jak żadna inna zupa na świecie, oraz oczywiście prowadząc najróżniejszego typu debaty z ludźmi, którzy przewalają się regularnie nieustannie przez to święte miejsce, kiedy nagle syn mój zadał mi pytanie: „Czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza?”
Ja oczywiście wiem, że każdy z nas, kto ma na tego typu kwestie perspektywę szerszą niż moje dziecko, wybuchnie szyderczym śmiechem i zapyta mnie, jak to możliwe, że ja tak niestarannie wychowałem swojego syna? Jak to możliwe, że ja – katolik, patriota i Polak – doprowadziłem swoje dziecko do stanu, że ono zadaje tak głupie pytania? Przecież to, że za komuny kolejek do lekarza nie było, a jeśli gdzieś tam się zdarzały, to tylko na takiej zasadzie, że ktoś akurat przyszedł do przychodni przed nami, no i siłą rzeczy trzeba było poczekać (o szpitalach naturalnie nawet nie wspominam, bo to w ogóle nie jest temat). Co ja mówię, za komuny? Toż jeszcze nawet w roku 1995, kiedy moje najmłodsze dziecko miało dwa lata i nagle zostało zaatakowane przez jakąś okropną alergię, nikt nam nie kazał nigdzie ani czekać, ani tym bardziej przychodzić za kilka dni, ani dzwonić na pogotowie, czy jakieś ratownictwo medyczne, ale zwyczajnie poszliśmy do rejonowej przychodni do cudownej pani doktor Layerowej, następnie do szpitala na odział dermatologii dziecięcej, i sprawę załatwiliśmy jednym ruchem z samą panią ordynator. A ten bałwan mnie pyta, czy za komuny trzeba było czekać w kolejce do lekarza? I jak ja mogłem wyhodować coś takiego pod samym bokiem?
Ja, jak już wspomniałem, wiem, że sprawa jest delikatna, jednak choćby przez to, że ledwie wczoraj napisałem tekst o tym, jak to dzisiejsza młodzież jedyne co wie i czym się martwi, to, co takiego się pojawiło na Facebooku i kto przyjeżdża na najbliższy festiwal, chciałbym może ze względu na nich, przekazać kilka informacji na temat PRL-u jaki widziałem osobiście, a które mogą im się przydać, choćby po to, by jako tako zdać maturę z WOS-u. Kwestię pierwszą, a więc dostęp do usług medycznych już sobie wyjaśniliśmy, a ja tylko może na wszelki wypadek dodam, że wbrew pewnym dziwnym mitom, lekarze za komuny pomagali, leczyli, a nawet ratowali życie. Resztę, żeby było czytelniej, prościej, no i łatwiej, przedstawię w parunastu punktach.

1. Za komuny nikt nie głodował. Wprawdzie wszędzie panował syf i nędza, a w roku 1988 nawet na miesiąc przestały ukazywać się kolorowe tygodniki, niemniej można było kupić chleb, masło 250 gram, kiełbasę myśliwską, pomarańcze, banany, a nawet samochód. Co ciekawe, w sklepach była jak najbardziej do nabycia po powszechnie przystepnej cenie cielęcina i baranina. Przyznaję, że kokosów nie było. Inna sprawa, że chociaż dziś są, od dwudziestu czterech lat kupiłem jednego. Raz;
2. Oczywiście każdy miał pracę. Jeśli ktoś pracować nie chciał, był traktowany jak osoba podejrzana, najczęściej współpracownik SB;
3. Za komuny była telewizja, od pewnego czasu nawet kolorowa. Kłamała dokładnie tak samo jak telewizja dzisiejsza, tyle że w sposób bardziej prymitywny i bez porównania łatwiejszy do rozpoznania;
4. Nie istniał obowiązek współpracy ze Służba Bezpieczeństwa. Natomiast powszechnie istniało takie prawo. Kto chciał i się do tego nadawał – był przyjmowany z otwartymi rękoma. Większość nie chciała i żyła spokojnie;
5. Za komuny nie było Internetu i Facebooka. Podobnie zresztą, jak kart kredytowych, osobistych drukarek, punktów xero, telefonów komórkowych i esemesów. Jeśli ktoś chciał napisać do kogoś wiadomość, musiał to robić ręcznie, a jeśli z kimś chciał porozmawiać, to musiał albo do niego zatelefonować (wbrew tu i tam powtarzanym plotkom, telefon, przynajmniej od lat 70-tych, miał każdy), ewentualnie przy okazji umówić się na spotkanie. Faktem jest, że za komuny ludzi się odwiedzali nieustannie;
6. Jeśli ktoś lubił słuchać muzyki Led Zeppelin, Joy Division, lub nawet zespołu Art Ensemble of Chicago, nie kupował płyt w sklepie, bo sklepy sprzedawały niemal wyłącznie płyty artystów krajowych, na których nie było nic słychać i które wyglądały, jak wyprodukowane pokątnie w piwnicy, ale na tak zwanych „giełdach płytowych”, których wszędzie jednak była cała kupa i wszystkie oferowały dosłownie wszystko, co się komuś zamarzyło. W Warszawie każdego roku było znacznie mniej koncertów niż dziś. W innych miastach mniej więcej tyle samo co dziś. W katowickim Spodku w roku 1979 wystąpił Eric Clapton. Z przygodami, ale owszem. Ja byłem;
7. Za komuny, między Katowicami a Krakowem kursowały pociągi, jak na świecie, a nie busy, jak w Afryce. Również, z Katowic do Przemyśla można było dojechać pociągiem, i to w pięć godzin, a nie osiem, jak dzisiaj;
8. Pedofilia, podobnie jak dysleksja, funkcjonowały wyłącznie jako egzotyczne ekscesy i w ogóle nie pojawiały się, jako temat dyskusji;
9. Kto chciał mógł wyjechać na wakacje za granicę – również do Anglii, czy Niemiec Zachodnich – nawet jeśli był znany z wrogości wobec socjalistycznej ojczyzny, jak choćby Radek Sikorski. Musiał się wprawdzie wystać w kolejce po paszport, znacznie krócej jednak, niż dziś do dentysty;
10. Za komuny, kto chciał, mógł oficjalnie i otwarcie nienawidzić komuny i mimo to nie był narażony na gesty pogardy ze strony współobywateli, no a już z całą pewnością, jeśli tylko nie wywiesił w oknie transparentu z napisem „Nienawidzę Ruskich”, nie groziła mu interwencja służb. Inna sprawa, że komuny nienawidzili wszyscy, tak jak dziś PiS-u;
11. Za komuny można było się bezkarnie snuć nocą po mieście, spotykać ze znajomymi, wracać o piątej rano do domu w stanie nietrzeźwym, ryzykując w najgorszym wypadku to, że jakiś znudzony patrol milicyjny człowieka wylegitymuje. Wystarczyło nie drzeć mordy, nie zaczepiać ludzi, nie kląć publicznie, jeśli się było dzieckiem, no i nie krzyczeć „Precz z komuną!”;
12. Za komuny, zupełnie tak samo jak dziś, w sklepach były coca-cola i pepsi-cola, tyle że w restauracjach w butelkach większych niż dziś, a w sklepie mniejszych;
13. Za komuny opieka dentystyczna była powszechna i bezpłatna;
14. Za komuny polscy piłkarze nożni przez kilka kolejnych lat należeli do światowej czołówki;
15. Za komuny „Rok 1984” Orwella był lekturą zakazaną, co nie zmienia faktu, że każdy z nas, jeśli tylko chciał, miał tę książkę w domu – czy to w wersji oryginalnej, czy w tłumaczeniu;
16. Przez całe lata, kiedy Polska znajdowała się pod komunistycznym butem, chłopcy spotykali się z dziewczynami, a dziewczyny z chłopcami. Większość z nich się pobierała i miała dzieci;
17. Ogromna większość Polaków była religijna, uważała ten stan rzeczy za naturalny, i, niezaczepiana przez milicję, chodziła w każdą niedzielę do kościoła. Nikt się z nich nie śmiał;
18. W roku 1975 w głównych polskich kinach został pokazany film „Ojciec Chrzestny” i kto chciał mógł go sobie obejrzeć. Bilety do kina były w cenie symbolicznej;
19. Za komuny, każdy mógł w każdej chwili zostać zamordowany przez milicję, całkowicie bezkarnie i bez powodu, i słyszałem o co najmniej kilkudziesięciu takich osobach, szczęśliwie żadna z bliskich mi osób i znajomych choćby najdalszych nie trafiła do tej ponurej grupy. Co więcej, nie znam też nikogo, kto by od milicjanta oberwał pałką. Martwi mnie to trochę, bo jest to jedna z tych rzeczy, których nie będę wiedział do końca życia: czy to bardzo bolało?
20. Nie było obowiązku chodzenia na wybory, na pochody pierwszomajowe i nie istniał zakaz uczestnictwa w procesji Bożego Ciała;
21. Za komuny był tylko jeden bank, jak się zdaje z działem windykacji w formie szczątkowej. I słusznie. Kredyty ludzie spłacali bez najmniejszego problemu.

Pewnie mógłbym tak ciągnąć tę wyliczankę w nieskończoność, ale raz, że boję się, że zacznę nudzić, a tego się bardzo boję, a dwa, że wierzę, że to powinno wystarczyć. W końcu moje biedne dziecko chciało tylko wiedzieć, czy w PRL-u służba zdrowia była powszechnie dostępna. A w tej sytuacji, te 21 punktów, zupełnie jak 21 postulatów z sierpnia 1980 roku, powinny nas w zupełności usatysfakcjonować.

Jak wiemy, dziś mieszkamy w kraju wolnym, demokratycznym i kapitalistycznym, w związku z czym możemy pisać książki na każdy dowolny temat, wydawać je i je sprzedawać, ale również je kupować w dowolnych ilościach. Jest niestety tego tak dużo, że tak zwana wolność wyboru stała się praktycznie fikcją. Jeśli jednak mogę coś radzić, to polecam księgarnię Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl. Tam każdy zakup jest zakupem najlepszym. Również wolno nam stać ma rogu ulicy, grać, śpiewać, a nawet tańczyć. Co niniejszym czynię. Jeśli komuś ten występ się spodobał, proszę wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...