Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazimierz Kutz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazimierz Kutz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2022

O tym jak nie być jak Tomasz Terlikowski

 

W związku z falą dość zabawnego zainteresowania, z jakim prawa część naszej sceny potraktowała zapowiedź udziału Tomasza Terlikowskiego w evencie Rafała Trzaskowskiego pod nazwą „Campus Polska”, pomyślałem sobie, że zamiast atakować otwarte na oścież drzwi, wygrzebię któryś ze swoich testów sprzed lat, w których wytargałem Terlikowskiego za uszy. I proszę sobie wyobrazić, że wśród wielu, znalazłem dwa takie, które by się doskonale tu dziś znalazły. A ponieważ nie potrafiłem sie zdecydować, uznałem za stosowne połączyć je w jeden i się w ten sposób wspólnie z Czytelnikami Terlikowskim pobawić. Proszę popatrzeć, co mi wyszło.

 

 

 

      Oto pojawiła się informacja, że ma się ukazać nowy tygodnik, zatytułowany „Wprost przeciwnie”, którego zadaniem będzie wsparcie na rynku prasowym bardziej tradycyjnie zorientowanej część opinii publicznej. Dowiedzieliśmy się, że jest on szykowany i że ma stanowić reakcję na przejęcie przez Tomasza Lisa i jego patronów oryginalnego „Wprostu”. Ma on być „nasz”, będą tam pisali sami „nasi” i dzięki niemu „nasi” urosną w siłę, i wszystkim nam przez to zrobi się lepiej. I oto okazało się, że po pierwsze, do współredagowania owego pisma zgłosiła się najpierw cała plejada – jak najbardziej „naszych” – najznakomitszych publicystów, a po drugie, kiedy okazało się, że zaszła pomyłka, bo owo „Wprost przeciwnie” wcale nie jest „nasze”, tylko „ich” – i to jeszcze najprawdopodobniej „ich” w wydaniu turbo – większość z nich w popłochu uciekła, mrucząc pod nosem, że oni nie wiedzieli, że chcieli dobrze i że im się tylko wydawało.

      No trudno. Zdarza się. Wprawdzie ja, gdyby mi ktoś zaproponował, bym został redakcyjnym kolegą Korwina-Mikke, natychmiast bym zaczął coś węszyć, no ale, jak wiadomo, ja jestem inny, więc się tu nie liczę. A więc trudno. Bywa i tak. Z tego też powodu, przyjmuję wyjaśnienia na przykład Sławomira Cenckiewicza, że on się dał wyrolować i nie zamierzam go już dręczyć. Natomiast bardzo mnie zainteresowała reakcja innego chętnego do tworzenia nowego, „prawdziwie prawicowego pisma przeznaczonego dla polskiej prawicy” – Tomasza Terlikowskiego. On, jak czytam, najpierw zgodził się firmować swoim nazwiskiem ten szary projekt, następnie napisał na swoim blogu tekst, promujący pierwszy numer tego czegoś, wraz z otwierającym go głównym tekstem, a kiedy zorientował się, jakie palnął głupstwo, natychmiast rakiem się wycofał, udając, że on nic nie wie, bo jak się to gówno działo, to on akurat siedział w swojej przydomowej kaplicy i się modlił.

      Szczegółów tej kompromitacji nie znam, ale sprawa mniej więcej wygląda tak, że redakcja „Wprost przeciwnie” postanowiła swój pierwszy numer poświęcić, jak rozumiemy, szalenie oczywiście ciekawemu zjawisku, że politycy – wszystkich jak najbardziej opcji – politycznie wykorzystują Kościół i to jest karygodne,  Następnie u Terlikowskiego – jako najpopularniejszego katolika w kraju – zamówiła odpowiedni tekst, Terlikowski go pięknie sprokurował pod tytułem „Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a Redakcja go zamieściła, zdobiąc go okładką, na której Kaczyński i Tusk, przebrani w szaty liturgiczne, udzielają sobie wzajemnie komunii. Takie jaja. Kiedy Terlikowski zobaczył tę okładkę, wpadł w panikę, bez słowa wyjaśnienia usunął swój tekst o tym, jak to ten grzesznik Kaczyński, wraz ze swoim bratem w grzechu, Tuskiem, plugawią naszą wiarę, i – jak już wcześniej wspomniałem – udał, że się akurat modli i o niczym nie wie.

      A mnie się od razu przypomniał pewien dawny koszmar, co do którego dziś już nie jestem w stanie stwierdzić, czy to był autentyczny sen, czy może jakieś nadzwyczaj chore wyobrażenie, ale proszę mi pozwolić go opowiedzieć. Otóż śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem.

To był straszny sen. Śniło mi się, że do tej rozmowy doszło i że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak obiecywała mi redaktor z „Gazety Wyborczej”; że ja powiedziałem dokładnie wszystko co chciałem, mogłem mówić wszystko, co chciałem, i z każdym swoim słowem czułem, że oto wreszcie mam okazję powiedzieć to, co przez tyle lat nam mówić nie pozwalano, i że ja jestem tym, który jako pierwszy, przez swoją determinację i odwagę, powiedział to, co powiedzieć należało.

I śniło mi się, że ten wywiad się ukazał. Dokładnie w kształcie, jaki mi redakcja „Gazety” obiecała, i że żadne moje słowo nie zostało ocenzurowane, i że to był początek mojej kariery, jako przedstawiciela polskiej patriotycznej prawicy.

Od tego czasu zacząłem być zapraszany do różnego rodzaju debat w TVN24, Polsacie i TVP Info. Któregoś dnia wystąpiłem nawet w programie Tomasza Lisa i tam z gorącym sercem broniłem wartości, polskiej tradycji i mówiłem wszystko, co powiedzieć należało. Wreszcie Bogdan Rymanowski zaprosił mnie, jako stałego gościa do programu „Kawa na ławę”, bym przedstawiał tam opinie w imieniu tak zwanych mediów społecznych, a Monika Olejnik zaczęła mnie regularnie gościć w swojej audycji w Radio Zet.

Moja sława w pewnym momencie stała się tak wielka, że mainstreamowe media nadały mi przydomek „Oszołom z Katowic”, a ja sam, ile razy pokazywałem się publicznie, w ten sposób się przedstawiałem: „Hej, witam Was, Kochani! To ja Wasz Oszołom z Katowic. Przyszedłem powiedzieć Wam prawdę. Wbrew propagandzie Tuska i jego postkomunistycznej bandy”.

I wreszcie, w tym niekończącym się koszmarze, w pewnym momencie okazało się, że występuję w programie TVN24 obok Tomasza Terlikowskiego. On, jako Talib z Warszawy, a ja, jako Oszołom z Katowic, rozmowę prowadził redaktor Morozowski, który się praktycznie nie odzywał. Mówiliśmy tylko my. Terlikowski bronił życia poczętego, ja odsłaniałem prawdę o Smoleńsku, a po programie, Morozowski nas uściskał, a my udaliśmy się wspólnie do stołówki ITI, gdzie zjedliśmy polski żurek oraz pierogi z kapustą. Oczywiście na koszt tych zdrajców. No i wtedy się obudziłem.

      Co za wstyd! Co za kompromitacja! Jakież to za dno! A jednocześnie – jakaż to nauka. Nie tylko dla mnie, dla Terlikowskiego, ale też i dla nas wszystkich. Tym się właśnie kończy z jednej strony kłamstwo, a z drugiej głupota. To jest właśnie ten błąd i to jest właśnie ta kara. I wracając do kwestii wspomnianego tygodnika z piekła rodem, Cenckiewicz jeszcze przynajmniej potrafił się zachować. Terlikowski pokazał wyłącznie, że jest niczym więcej, jak rozmodloną szmatą. Czy to mnie zaskakuje? Otóż nie. Jak pisałem już wcześniej, ja nigdy nie byłem na tyle nieroztropny, żeby ufać ludziom tylko z tego powodu, że mi pokażą krzyżyk na szyi, zdjęcie Kaczyńskiego w portfelu, opowiedzą mi dowcip o Piterze i zapewnią, że są przeciwko aborcji i pedałom.

      Wieć myślę sobie, że z Terlikowskiego katolik, jak z koziej dupy trąba, i że jeśli mam wybierać między nim, a jakimś na przykład Kutzem, to nie mam zdania, ale oto mamy Kutza. Opublikował on bowiem tekst o tym że on nie lubi patrzeć na całujących się staruszków, a konkretnie Jarosława Kaczyńskiego i Zytę Gilowską. Żart i satyra Kutza polegały na tym, że prezes Kaczyński i prof. Gilowska to stare pierniki i że jak oni się tak ściskają, to Kutza bierze na śmiech. I to uważam za przypadek niezwykle znamienny. Bo ja akurat miałem okazję oglądać Kutza wczoraj w telewizji, i to co on pokazał, było autentycznie szokujące. Ja nie wiem, ile on ma lat dokładnie, ale nawet jeśli 90, lub 100, to stanu, w jakim on się znajdował, nie usprawiedliwia nic. Przede wszystkim, Kutz praktycznie nie siedział, lecz leżał, mówił tak bełkotliwie, że jego słów w większości nie sposób było zrozumieć, a kiedy ten bałwan Kajdanowicz zadawał mu pytania, ten tylko stękał, by mu powtórzyć, bo on nie dosłyszał. W pewnym momencie zrobiło się tak upiornie, że zacząłem się autentycznie bać, że Kutz za chwilę umrze, zrobi się atmosfera jak z tego skeczu Mony Pytona o krykiecie, i będzie głupio, bo z jednej strony tragedia, a drugiej – powiedzcie państwo sami, jak tu się nie śmiać?

      No ale rozumiem. Sprawa jest poważna, wszyscy się starzejemy i nie ma w tym nic zabawnego. Natomiast mi dziś chodzi o coś znacznie szerszego, a mianowicie o sytuację, w której ludzie, którzy powinni milczeć – gadają. I tu nie ma żadnych ograniczeń. Pełna demokracja. Starzy, młodzi, dzieci, mądrzy, głupi, pobożni, ateiści, nasi i obcy – wszyscy. Widzą, że się coś dzieje, natychmiast się pojawiają i zaczynają nadawać. I ani im do głowy nie przyjdzie, że świat staje jak wryty i zaczyna się już tylko rumienić.

 


sobota, 8 grudnia 2018

Ilu ludziom pomoże Anna Dymna dzięki chorobie Kazia Kutza?


      Przede wszystkim chciałbym wszystkich zainteresowanych poinformować, że zapowiedziana książka się pisze i jeśli dalej będzie się pisała tak jak dotychczas, do końca roku powinna być gotowa. A dziś, tak byśmy tu nie zostali tacy zapomniani przez weekend, przesyłam najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze. Dziękuję za cierpliwość.

      Wiem, że to może zabrzmieć niezbyt ładnie, ale muszę się przyznać do tego, że kiedy dowiedziałem się, że Kazimierz Kutz, kiedyś reżyser, a ostatnio polityk, zamógł na zdrowiu i trafił do szpitala, wprawdzie się nie ucieszyłem, ale żebym się szczególnie zmartwił, to nie powiem. Pewnie trochę dlatego, że kiedy nagle zaczyna odchodzić ktoś, kto przeżył już 90 lat, to traktujemy to bardziej jako coś naturalnego niż szokującego, chociaż w tym akurat przypadku poszło o coś innego. Choć mam swoje powody, by na nazwisko Kutz się krzywić, jedna rzecz zdefiniowała sposób, w jaki o nim myślę dziś. Otóż jeszcze w tak zwanych czasach posmoleńskich wystąpił Kazimierz Kutz w telewizji TVN24  i wspomniał rozmowę ze swoim kumplem, pisarzem Jerzym Pilchem, który z kolei mu opowiedział, jak to gawędził sobie z pewnym góralem i ten wysunął taką oto hipotezę, że Jarosław Kaczyński każąc swojemu bratu lądować w Smoleńsku, zdawał sobie sprawę, że to do jego śmierci, plan jednak był taki, że dzięki temu jego ukochany brat zostanie narodowym bohaterem, a on sam wykorzysta tę śmierć do swej politycznej kariery. A ja jestem przekonany, że to właśnie ta wypowiedź, nawet jeśli nie pierwsza, sprawiła, żę po tych wszystkich latach wciąż tak wiele osób ową insynuacje powtarza z tak wielką satysfakcją
        Jak mówię, to głównie wydarzenie sprawiło, że na wieść o cieżkiej chorobie Kazimierza Kutza, nawet jeśli się nieco zadumałem, nie zburzyło mi to z pewnością zazwyczaj dobrego nastroju. No i to też ten właśnie nastrój pewnie sprawił, że kiedy przeczytałem na Facebooku wyliczenia szefa klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości Piotra Pietrasza odnośnie rocznych zarobków Kutza - swoją drogą, wcale nie tak bardzo wysokich - wzruszyłem jedynie ramionami, zastanawiając się może tylko nad tym, co to Pietrasza w ogóle obchodzi. Kiedy jednak za ten komentarz wylał się na niego wręcz nieprzyzwoity hejt, a jednocześnie dowiedziałem się skąd się w ogóle wziął temat, z wrażenia aż przysiadłem. Oto proszę sobie wyobrazić, że kiedy pojawiła się wiadomość o chorobie Kutza, natychmiast zareagowała zawodowo trudniąca się dobroczynnością Anna Dymna i zorganizowała zbiórkę pieniędzy na neurologiczna rehabilitację reżysera, oświadczając - uwaga, uwaga: „Kaziu to mój ukochany reżyser. Pomoc mu jest naszą wspólną powinnością”.
      Przepraszam bardzo, ale czuję, że mamy do czynienia z tak nieprawdopodobną bezczelnością, a jednocześnie zezwierzeńceniem, że jedyny komentarz, jaki przychodzi mi do głowy, to ten, że najwidoczniej trafił swój na swego. Może i Dymna jest osobą skromną intelektualnie, nie na tyle jednak, bym uwierzył w to, że ona liczy na to, że „Kaziu” pociągnie na tyle długo, by doczekać dnia, kiedy jej fundacja zakończy tę ponurą zbiórkę.
      A skoro tak, to uważam, że byłoby znacznie mądrzej gdyby radny Pietrasz, zamiast brać się za oświadczenia majątkowe tego staruszka, zajął się Dymną.

Wszystkich zachęcam do zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Zachęcam również do kontaktu mailowego pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Tym którzy mieszkają w Warszawie, a lubią mieć wszystko od razu w ręku, polecam fantastyczny sklep Foto-Mag tuż obok stacji metra Stokłosy.


niedziela, 19 lutego 2017

Z życzeniami długich lat życia dla pana Kazimierza Kutza

      W ciągu pamiętnych 10 lat, od jesieni 2005 roku do wiosny roku 2016, kiedy to uznawszy, że najlepszym sposobem najpierw na odzyskanie utraconej władzy, a następnie na utrzymanie jej po wieczne czasy, będzie napuszczenie jednych Polaków na drugich, i to z wykorzystaniem najbardziej skutecznych programów socjotechnicznych, połączone siły Systemu osiągnęły sukces, który moim zdaniem zapisze się na kartach politycznej historii świata. To dzięki owemu, tak skutecznemu, wygenerowaniu wspomnianej nienawiści, którą dziś praktycznie każdy świadomie funkcjonujący obywatel żyje, i która zapewne nie opuści nas do czasu aż umrą ludzie urodzeni po roku 1990, doszliśmy do miejsca, w którym w normalnej sytuacji z całą pewnością nikt z nas nie chciałby się znaleźć. Co mam na myśli, pokażę na własnym przykładzie. Otóż dzięki owemu napięciu, ja sam doszedłem do punktu, gdzie – przyznaję to z prawdziwym wstydem i smutkiem – nie miałbym nic przeciwko temu, by pewni ludzie, których nie lubię, zostali zdmuchnięci z powierzchni Ziemi przez właściwie dowolny kataklizm. Nie powiem, by ich było bardzo dużo. To jest zaledwie parę osób, niemniej jednak złe myśli, jakie ja dziś kieruję pod ich adresem, są co najmniej równie złe, jak te, które oni kierują pod moim. Tak mam i, jak mówię, wcale nie jestem z tego dumny.
     Muszę jednak powiedzieć, że oto stało się coś, co sprawiło, że ja zupełnie niespodziewanie swoje życzenie śmierci zamieniłem na życzenie długiego życia w zdrowiu i w pełnej świadomości tego, co się wokół dzieje, a przedmiotem zmiany, jaka we mnie zaszła, stał się nie kto inny jak Kazimierz Kutz, a więc człowiek, który od wielu lat stoi niemal na czele wspomnianej wcześniej listy mojego wstydu. Oto wspomniany Kutz, dziś już człowiek niemal 90-letni, udzielił wywiadu tygodnikowi „Newsweek”, w którym podzielił się swoimi refleksjami na temat bieżącej sytuacji politycznej w Polsce. Przeczytałem tę rozmowę w całości i z autentyczna satysfakcją muszę stwierdzić, że Kutzowi to co się dzieje w Polsce od półtora roku bardzo się nie podoba nie podoba się do tego stopnia, że, jak sam mówi, gdyby nie był już takim staruszkiem, to by „dał dyla” do jakiegoś Dusseldorfu, czy Brukseli. A ja sobie myślę, że jeśli się dobrze zastanowić, to nas naprawdę nie mogło spotkać nic lepszego, jak widzieć tych wszystkich Kutzów, Palikotów, czy Blumsteinów w jak najlepszym zdrowiu i w możliwie dobrej stanie zmysłów, jak budzą się każdego ranka, zlani potem z przerażenia, że oto ta polska nacjonalistyczna dzicz wdziera im się do domów, by ich wyciągnąć na ulicę i tam zlinczować. Niech oni żyję w zdrowiu jak najdłużej i wierzą w to, że każdy dzień może przynieść to, na co oni z biciem serca tak czekają. Rok, dwa, siedem, siedemnaście, siedemdziesiąt. Niech tak siedzą w tych swoich fotelach i czekają jak najdłużej. I niech powtarzają sobie te słowa:

„Polska stała się krajem destrukcyjnym i ten, kto się na to nie godzi, może się albo prze­ciwko temu buntować, albo spierdalać”.
„Przyznam szczerze, że taka zaśmierdła w cmentarnym patriotyzmie Polska jest mi obca. Po prostu - nieprzy­jemnie w niej żyć”.

„Wychowaliśmy pokolenie ćwoków nierozumiejących własnej histo­rii i procesów toczących się w ich kraju. Tę duchową pustkę natychmiast zagospoda­rowały polskie diabły. Na piedestał wynio­sły złą pamięć”.

„Partia, która dziś rządzi Polską, jest tej złej pamięci destylatem, czyniącym z Polski kraj praktyk postbolszewickich i przeżerającym Polskę kultem nieszczęść”.

„To jest bolszewizm w czystej postaci, a Macierewicz jest bolszewikiem pełną gębą. Tortury serwowane przez niego biednym powstańcom uświadamiają ża­łosny poziom państwa”.

„Ta wredna mentalność rozwija się z upły­wem czasu. Kaczyński jest rośliną wy­hodowaną na złej pamięci. Jego matka była wielbicielką powstań, wychowa­ła synów w łóżku dziadka powstańca styczniowego. Jarosław nie miał w dzie­ciństwie przyjaciół, nie grał w piłkę, nie jeździł na hulajnodze, nie wiedział, co to ulica, nie latał za dziewczynami”.

„Cel [Kaczyńskiego], z którym wcale się nie kryje, to wykarczowanie wszystkiego, co w jego rozumieniu nie jest polskie. Mniejszości, uchodźcy, Unia Europejska, laickość. Negatywny stosunek Ka­czyńskiego do Brukseli bierze się właśnie z chęci odrąbania Pol­sce tej części, dzięki której Europa po rewolucji francuskiej stała się nowoczesna”.

„Nie od dziś wiadomo, że w Polsce wszystko rozstrzyga się na ambonie. A ołtarz uświęca złą pamięć. Przykazanie: ‘Kochaj bliźniego jak siebie samego’ w ogóle nie ma w Polsce zastosowa­nia”.

„Pan Ziobro aż się pali, żeby kogoś opluć i wyrzucić poza nawias społeczny. A pan Kaczyński właśnie odbył ‘kurację wita­minową’ u kolegi z Budapesztu i wraca wzmocniony do działania. Przekonanie, że po wakacjach się zacznie, jest w Polsce powszechne”.

„Pierwszą ofiarą będzie prezes Try­bunału Konstytucyjnego, któremu w grudniu kończy się kadencja. Będzie są­dzony natychmiast. Profesor Rzepliński jest skazany na poka­zowy proces”.

„Wojenne manewry już są przygotowywane. To zaś oznacza pozaustrojowy i pozaprawny zamach na wolność, zwłaszcza na wolność słowa. Polegać on bę­dzie na likwidowaniu ognisk, które zagrażają ideologii”.

„Przecież PiS najchętniej poćwiartowało­by Michnika i Lisa, a następnie rzuciło dzikim stworom na pożar­cie. Te dwa nazwiska są uosobieniem walki, którą ta władza jak na razie przegrywa”.

„Nie mówię, że będą zabijać, ale będą niszczyć. Mieszkam na uboczu, mnie już rzucają czerwoną farbę przez płot i rozklejają nekrologi”.

„Podobny cel mają terroryści. Bo to zmierza w kierunku narodowego terroru. Kaczyński nie kryje, że działania mają być radykalne, atak brutalny, a władza musi wreszcie odnieść sukces. Dlatego ludzi, którzy mają zbyt duży wpływ na społeczeństwo, trzeba z niego katapultować”.

„Teczki mają na każdego, kogo uznają za niewygodnego. Wiedzą, z kim się spotyka, z kim i o czym rozmawia. I w stosunku do takich osób zacznie się wyciąganie haków i karmienie nimi społeczeństwa kupione­go za ‘500+’ i ‘13 zł za godzinę’”.

„Nasze prawicowe doły są naszpikowane nienawiścią. Wi­dać ją gołym okiem na każdym pochodzie PiS”.

„Zacznie się od demonstracji przed domami niewygodnych dziennikarzy. Potem będą im wytaczać procesy. Mogą być sfin­gowane, grunt, żeby kompromitowały. Eliminowały z życia publicznego. A przecież to nie są tylko dziennikarze, także ich rodziny, dzieci. Chodzi o to, żeby odpuścili ze strachu. Natomiast dla tych, którzy nie dadzą się złamać, powstaną współczesne for­my izolacji. Dawniej nazywało się to miejscami odosobnienia czy internowania. Dziś będzie to banicja zawodowa. Człowieka nie trzeba wysłać na cmentarz, żeby pozbawić go życia”.

„Gdy lukę po kulturze za­pełnia zła pamięć, zdewaluowany patriotyzm przybiera formę teatralizacji. W każdej mieścinie rekonstruuje się wydarzenia historyczne. Hordy pseudobojów, żołnierzy wyklętych jeżdżą po kraju”.

„Każdy polityk boi się ulicy. A teraz, gdy mamy ustawę antyterrorystyczną i wła­dza może zakazać demonstracji, groź­ba konfrontacji siłowej staje się całkiem realna”.

„W Brukseli wszyscy zdają sobie sprawę, że Polacy nie zasłużyli na bycie najbardziej skundlonym narodem wspólnoty, do czego prowadzą działania PiS”.

„Wers ‘Jesz­cze Polska nie zginęła, póki my żyjemy’ jest bardzo dramatyczny i proroczy. Trzeba przywrócić jego rozumienie i przeżywanie. Bo Polska naprawdę się rozpada. Gliwieje jak ser. Poprzez obni­żenie poziomu intelektualnego i duchowego, poprzez zdewaluowanie autorytetów nadziej a, że Polska się z tego stanu podniesie, jest słabsza niż kiedykolwiek. Brakuje silnej i konstruktywnej elity. A ta, która rządzi, jest śmiertelnie chora na złą pamięć i tą złą pamięcią infekuje społeczeństwo. Tak naprawdę tej Polski nikt nie chce dziś kochać tak, jak by na to zasługiwała”.

      Oto więc moje życzenia jak najdłuższego życia dla Kazimierza Kutza. A czytelnikom tego bloga pragnę na koniec wyjaśnić, jak to się stało, że ja znam tekst wspomnianego wywiadu. Czy ja może kupiłem najnowszy numer „Newsweeka”, albo wykupiłem elektroniczny dostęp do tych treści? Przecież nie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że, przeszukując Internet, trafiłem na blog zatytułowany pomysłowo bardzo „PiS-Da” i tam ów tekst jest w całości. Co jednak ciekawsze, na wspomnianym blogu zamieszczane są głównie teksty autorów piszących dla „Newsweeka”, właśnie, a więc Wojciecha Cieśli, Michała Krzymowskiego, czy Radosława Omachela. A ja z tego rozumiem, że to jest ich blog i że ta „PiS-Da” to jest ich autorski pomysł.
     Powtarzam. Niech oni żyją nam sto lat!



Zapraszam do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Choćby „Palimy licho”. Tam jest trochę o tym, jak Kazimierz Kutz z kolegami hartowali tę swoją stal.

środa, 28 marca 2012

O reputacji panny bez zęba na przedzie

Pisałem tu niedawno o Lechu Wałęsie akurat nie dlatego, że uważam go za postać wartą stałej dyskusji – choć przyznaję z prawdziwym bólem, że tak właśnie uważam – ale dlatego, by pokazać, właśnie na przykładzie Lecha Wałęsy, do jakiego stanu doszła polska debata. Oczywiście wiemy wszyscy, że przez to, iż Lech Wałęsa był przez całe lata 80 nominalnym przywódcą polskiej tak zwanej „rewolucji”, później został tym nieszczęsnym prezydentem, a dziś jest wciąż jednym z najbardziej znanych Polaków na świecie, nie jest łatwo go nagle zacząć traktować tak, jak on dziś w sposób aż nadto oczywisty zasługuje. A więc z lekceważeniem podobnym do tego, jakie przysługuje jakiemuś, powiedzmy, nocnemu stróżowi z punktu sprzedaży telefonów komórkowych. To co jednak zaskakuje nawet jak na nasze polskie standardy, które przyzwyczaiły nas przecież już niemal do najgorszych ekscesów, to fakt, że Lech Wałęsa wciąż przez znaczną część społeczeństwa traktowany jak autorytet. I to wcale nie w ramach owej tak strasznie perwersyjnej walki politycznej, ale szczerze. Prawdziwe. Z całego serca.
No bo spójrzmy na to raz jeszcze. Pojawia się Lech Wałęsa – ten Lech Wałęsa – ze swoim blogiem i z tym wszystkim, co on tam niemal codziennie pisze, a opinia publiczna swoim jak najbardziej oficjalnym głosem komentuje to z pełną powagą i nawet się przy tym nie zająknie. Nawet się nie zarumieni. Nie mówiąc już o tym, że nikt nie przyjdzie i nie zawoła, że dość już tego. Że tego człowieka i jego gadkę trzeba koniecznie gdzieś schować, bo ona nas, nawet jeśli nikt tego głośno nie mówi, zwyczajnie kompromituje i ustawia – jako kraj i jako naród – w pozycji, tym razem już naprawdę, chorego człowieka Europy. I nie tylko Europy.
Ktoś powie, że mówiąc o tej kompromitacji, wpadam w ton bardzo charakterystyczny dla tych wszystkich mędrków, którzy kiedy myślą o Polsce, nie mają w głowie nic innego jak tylko to, by o nas dobrze mówili na świecie. Otóż nie. Ja nie mam tu na myśli czegoś tak abstrakcyjnego jak zagraniczna opinia publiczna, ale zwykłe interesy. Ja świetnie wiem, że to co zrobił, czy powiedział Jaroslaw Kaczyński czy Donald Tusk nie obchodzi zwykłego Francuza, czy Szweda, zwłaszcza że oni akurat mają swoich własnych głupków w nadmiarze. Ów symboliczny Francuz czy Szwed mają ma nas głęboko w nosie. I to na każdym poziomie – od Smoleńska do Torunia. Oni nawet nie wiedzą, czy Lech Wałęsa wciąż jeszcze żyje, czy już dawno umarł. Co innego natomiast ci, którzy zajmują się globalnymi interesami. O tych możemy być spokojni. Dla nich żaden kolejny wybryk Wałęsy i nasza na niego reakcja nie pozostaną niezauważone. I tego akurat co oni sobie pomyślą o państwie i narodzie dla których ktoś taki jak Wałęsa pozostaje bohaterem, nikt im nie odbierze. I nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do tego by, kiedy nas trzeba będzie trochę porozstawiać po kątach, oddzielać jedno od drugiego.
I ja naturalnie wiem, że nasza reputacja wcale nie najbardziej wisi na Lechu Wałęsie. Że gdyby to tylko chodziło o niego, zawsze można by było powiedziec, że my mamy do niego taki nasz polski sentyment i traktujemy go trochę jak ulubioną maskotkę, która wprawdzie jest już mocno zużyta i gdzieniegdzie nawet pokryta jakimś trudnym do określenia paskudztwem, ale jakoś się do niej przyzwyczailiśmy i głupio wyrzucić. Ja wiem, że o naszej pozycji w świecie interesów, wobec tego wszystkiego co na co dzień wyprawia rząd Donalda Tuska, czy prezydent Komorowski z panią Dziadzią, taki Wałęsa to naprawdę peryferie. Jednak wydaje mi się, że z rządami, i w ogóle władzą, jest trochę inaczej. Jest jakaś dość naturalna skłonność do patrzenia na narody nie w oparciu o to, kogo one sobie wybrały do reprezentowania ich na poziomie władzy, ale kogo biorą jako swoich patronów. A tu – jakkolwiek byśmy się tego nie wypierali – mamy przede wszystkim tego Wałęsę, Bartoszewskiego, Owsiaka, Wojewódzkiego, Palikota, Kutza… a więc typy, łagodnie mówiąc, albo ledwo przytomne, albo po prostu psychopatyczne.
Weźmy tego Kutza. Niedawno, dzięki blogerowi Libickiemu, trafiłem na jego wywiad dla Onetu. Libicki akurat – no ale czego można się spodziewać po Libickim – zwraca w wypowiedzi Kutza uwagę na coś, co pozostaje bez jakiegokolwiek znaczenia, a mianowicie na to, że Kutz smarka na Kościół i w ogóle na religię jako taką. Nie on pierwszy, nie ostatni, no i przede wszystkim wcale nie jest w tym najlepszy. Na mnie akurat zrobiło wrażenie coś innego. Otóż, jak wiemy, Kazimierz Kutz jest staruszkiem mocno już posuniętym w latach, i co gorsza, on nawet nie ma tego co wspomniany wcześniej Bartoszewski, a więc owego pozornego choćby wigoru. Każdy kto miał ostatnio okazję oglądać Kutza w akcji wie, że on doszedł do takiego miejsca, że gdyby go choć lekko puknąć, to prawdopodobnie palec by nam wpadł do środka. A to przecież tylko jeśli idzie o jego stan fizyczny. Psychicznie bowiem jest jeszcze gorzej. Kutz najzwyczajniej w świecie już nawet nie jest w stanie normalnie wyrażać myśli. To co on robi, to czysta, starcza demencja. I ciekawe w tym jest tylko to – ale może i aż to – że jedyną myśl, jaką jeszcze się z tego jego mamrotania da odczytać, to jakieś uwagi o seksie i prawie do tak zwanej „godnej śmierci”. On – zachowując ów stan niemal pełnej utraty przytomności – wciąż coś mówi o kopulacji i o tym, że kiedy on tylko poczuje, że już dłużej nie może, odbierze sobie życie. Posłuchajmy fragmentu wspomnianej rozmowy:
„PO była starą ciotką, której już nikt nie chciał pier... i samej jej się już nie chciało pier... Teraz ta ciotka się obudziła i dostała wigoru. Skończył się ping-pong z Kaczyńskim i jazda na jałowym biegu. Skończył się podział na Polskę Kaczyńskiego i Tuska. Dzisiaj Tusk może współpracować z Palikotem i mają dużo do zrobienia.[Początek kadencji Donalda Tuska robił wrażenie, jakby władza] była w ręku ciotki w przededniu klimakterium. Cały czas wujek Jarosław dobijał się do niewłaściwych drzwi i hałasował, więc można było rządzić nie wyjmując rąk ze spodni”.
Onet oczywiście wszystko należycie wykropkował, natomiast każdy kto wie, co słychać w głowie Kazimierza Kutza wie, że on prawdopodobnie sobie nie folgował. Bo to jest właśnie taki pan. I tak to właśnie w jego wypadku wygląda. Ale popatrzmy dalej:
„Nie chciałbym być ciężarem dla innych. Moim świętym prawem jest decydowanie, kiedy chcę odejść. Trzymanie na siłę ludzi przy życiu jest niegodne. […] Bóg dał nam wolną wolę i prawo do zachowania godności. Eutanazja nie jest samobójstwem, ale prawem do decydowania o odejściu. Ja pewnego dnia sam nieproszony będę chciał powiedzieć: ‘Panie Boże, odchodzę’. Śmierć to sprawa godności. Tak jak życie. Nie odbierajmy ludziom godności do dobrej śmierci. […] Tak mnie matka wychowała. Nie można być obciążeniem dla dzieci, ale i nie można żebrać od dzieci pomocy. Tak trzeba żyć, żeby dzieciom do końca pomagać, ale nie chcieć od nich niczego. Ja swoim dzieciom nie zamierzam sobą zawracać głowy.[…] Zasnę na zawsze. Są różne środki. Nie będę się wieszał, ani podcinał. Zostawię list dzieciom i odejdę”.
I to jest właśnie Kazimierz Kutz. Ktoś, z kim Onet przeprowadza w dwóch częściach wywiad, który następnie jest cytowany przez polskich polityków i komentatorów. Ktoś kto jest jednym z najbardziej popularnych polskich polityków, ktoś kto, jeśli tylko jego kandydatura jest wystawiona w dowolnych wyborach na Śląsku, wygrywa z wszystkimi nawet nie prowadząc odpowiedniej kampanii. Wystarczy nazwisko i reputacja. Właśnie ta reputacja. Reputacja starego, półprzytomnego piernika, szukającego czegoś po kieszeniach spodni. Oto Kazimierz Kutz – senator RP, człowiek, którego przy byle okazji o wypowiedź proszą najważniejsze polskie media, a prosząc o tę wypowiedź nawet nie mają na myśli sprowokowania jakiegoś skandalu, lecz zwyczajnie, zasięgnięcie opinii u kogoś, kto jest niewątpliwym autorytetem dla wielu.
Proszę zwrócić uwagę, o czym Onet rozmawia z Kutzem. Nie o sytuacji politycznej na linii Platforma Obywatelska – Prawo i Sprawiedliwość. W końcu Kutz tak naprawdę politykiem nawet nie jest. On to sam zastrzega. On jest artystą i filozofem, który przyszedł do polityki, by dawać świadectwo wartościom. A więc rozmowa z nim nie służy wyciąganiu od niego deklaracji politycznych, lecz jest wyłącznie pretekstem, by dać mu coś powiedzieć na temat Boga, życia, śmierci, no i oczywiście seksu. Czemu tak? No bo wiadomo, o polityce – a więc o czymś brudnym i nieciekawym – można rozmawiać z jakimś Kaczyńskim, ministrem Kwiatkowskim, czy choćby i Aleksandrem Kwaśniewskim. Z ludźmi takimi jak Władysław Bartoszewski, Maria Czubaszek, Jolanta Kwaśniewska, Zbigniew Hołdys, czy właśnie Kazimierz Kutz rozmawia się o tematach uniwersalnych. Bo to oni są na tyle autorytetami, by obywatelowi wyjaśnić wszystko to, co go gryzie, kiedy już wróci do domu z pracy, zje obiad i chce się pozastanawiać nad życiem. A mój problem polega na tym, że mam bardzo poważną obawę, że to właśnie obywatel sobie takich lektorów wybrał. I to właśnie o obywatelu świadczy jak najgorzej. I to właśnie jak najgorzej świadczy o miejscu, które obywatel zamieszkuje.
Dlatego właśnie słucham tego Wałęsy, czytam rozmowę z Kutzem, wiem, że prawdopodobnie już niedługo w telewizji pokaże się wspomniany Bartoszewski, czy Andrzej Olechowski, i już nie będzie miało zupełnie znaczenia, co wyprawia Tusk z Pawlakiem w sprawie emerytur, i co powiedział Bronisław Komorowski na temat Powstań Śląskich. Bo wszyscy, jak wiemy, polityki nienawidzimy. My tak naprawdę szanujemy tylko swoje autorytety. Kiedyś był to Jan Paweł II. Dziś, kiedy Go nie ma, pozostał nam już tylko Wałęsa, Bartoszewski, Owsiak, a jak ktoś lubi więcej i bardziej, to też może być i Kutz. On też. Do czasu przynajmniej jak już nie uzna, że nie chce być dla nas dłużej ciężarem. I da nam przykład, jak należy wstać i wyjść.

Serdecznie proszę wszystkich, którzy lubią czytać te teksty i mają z nich jakąś satysfakcję, o finansowe wspieranie tego bloga. Również zachęcam do kupowania książki. Niedługo Wielkanoc, a więc prezent będzie jak znalazł.

niedziela, 6 lutego 2011

Epitafium dla ciemności

Miniony tydzień, oprócz zwykłych, bieżących wydarzeń, przyniósł nam niezwykle wyrazistą demonstrację tego, co niektórzy z nas nazywają formowaniem i karmieniem opinii publicznej. W niedzielę, do Szkła Kontaktowego zadzwonił jakiś pan Wojtek, czy Jurek z Bydgoszczy, czy Bielska Białej i zaczął snuć opowieść o dwóch braciach, z których jeden był prezydentem, a drugi politycznym przywódcą, i jak to jeden z nich – ów polityk – któregoś dnia uznał, że jego ukochany brat jest w stanie kompromitującego upadku i żeby ratować go przynajmniej wobec historii… W tym momencie prowadzący program ową fascynującą wypowiedź przerwał, chytrze mrugając do kamery, że on dalszy ciąg zna i uważa, że może lepiej nic już nie mówić.
Kiedy pewna szczególna część społeczeństwa na parę dni zamarła, z jednej strony w oczekiwaniu na dalszy ciąg, a z drugiej w tym niezwykłym napięciu, jakie daje możliwość prowadzenia prywatnego śledztwa w sprawie tyle istotnej co fascynującej, odezwał się reżyser filmowy Kazimierz Kutz, i w tej samej telewizji, tym razem w programie Moniki Olejnik, też opowiedział historię, lub raczej zacytował swojego przyjaciela, pisarza Jerzego Pilcha, który opowiedział historię, opartą na wypowiedzi pewnego wiejskiego mędrca. Otóż początek był taki jak ten z niedzielnego Szkła Kontaktowego, natomiast reszta wyglądała tak, że ów brat-polityk uznał, że lepszy trup-bohater niż żywa niezguła i… I tu też nastąpiła pewna napięcia cisza. Natomiast jak najbardziej został tym razem zapowiedziany finał. Podobno ma on zostać ogłoszony oficjalnie i bardzo publicznie razem z raportem komisji Jerzego Millera w sprawie katastrofy Smoleńskiej. A interesujący nas szczegół – jak już dziś huczy cała Polska – ma się znaleźć w zapisie rozmowy ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich. To właśnie w jej trakcie miała zostać podjęta decyzja odnośnie tego, jak z żywej niezguły zrobić martwego bohatera.
Jak mówię, dziś na ten temat huczy już cała Polska. I, naturalnie, tak jak się można było spodziewać, część opinii publicznej aż przebiera nogami z emocji, co to będzie, kiedy wreszcie opadnie ta mgła i wyjdzie na wierzch najbardziej mięsiste mięso, a druga zamiera w przerażeniu przed kolejną falą kłamstw, pomówień i najbardziej nieludzkiej agresji. Bo choć naprawdę można by było sądzić, że wszystko już było, że mieliśmy okazję poznać zło w stanie nawet nie czystym, ale wręcz odartym ze skóry, że nie ma już takiej podłości, która by nas potrafiła jakoś szczególnie poruszyć – wydaje się, że to zło może mieć w zanadrzu – już na samo pożegnanie – coś bardzo szczególnego.
Oni więc aż rumienią się z podniecenia, a my stoimy jak wmurowani i najzwyczajniej w świecie drżymy. Nie ze strachu, ale z czystej ludzkiej pokory wobec tajemnicy. I znów – jesteśmy my i oni. I znów pojawia się pytanie o szanse i o nadzieje. Otóż myślę sobie, że moje wcześniejsze podejrzenia, że to co się dzieje Królestwie Ciemności, to prawdziwy koniec, to nie złudzenia, nie marzenia, ale stwierdzenie faktu. Tam już nie ma nic. Tylko strach i całkowita desperacja. Bo jeśli rzeczywiście, któryś z najbliższych tygodni przyniesie rewelacje na ten jeden temat, że jeden brat drugiemu bratu powiedział: „Macie lądować”, i że to jest zapisane na jakichś taśmach, to nie ma takiej siły, która by była w stanie nam wyjaśnić, skąd te taśmy się wzięły, i według jakich cywilizowanych zasad one zostały stworzone. No i najważniejsze, kim jest człowiek, który tej rozmowie miał się przysłuchiwać?
A więc tu, po tej stronie, wybuchnie burza, jakiej świat nie widział, natomiast my… co my? Na nas już System dawno przestał liczyć. I liczyć już nigdy móc nie będzie. Bo my jesteśmy nie z tego świata. My jesteśmy ciemni, nieufni, podejrzliwi… i bardzo wierni. Więc i tak już na zawsze pozostaniemy tu, gdzie jesteśmy. W tym przekonaniu, że dopiero pełne rozstrzygnięcie przyniesie ukojenie. A że gdzieś ktoś odgrywa jakieś taśmy? Cóż nam po nich?

Tekst wcześniej ukazał się na solidarnych2010.pl

środa, 2 lutego 2011

Raz jeszcze o ludziach z kosą

Ja oczywiście świetnie sobie zdaję sprawę, że wśród przyjaciół tego bloga jest wielu takich, którzy, kiedy widzą, że ja znów zaczynam pisać o ludziach, czy miejscach, które są nam wszystkim nieprzyjazne, czy wręcz obrzydliwe, tracą cierpliwość i zaczynają ziewać. Tyle że tak się składa, że ostatnie dni przynoszą tak bardzo wyraźną zmianę jakości ataku, jaki System i jego służby kierują w stronę polskiej narodowej świadomości, że nie sposób milczeć. A skoro nie można milczeć, to siłą rzeczy nasze słowa muszą być kierowane również pod adresem tych wszystkich, którzy za tym atakiem stoją. A tam – jak wszystkim wiadomo – nie ma błękitnych duszków, ale żywi ludzie. I to niemal wyłącznie podli i niscy. A zatem, nawet jeśli komuś to co tu się dziś dzieje nie odpowiada, pozostaje mi tylko wyrazić żal, i z uporem trzymać się kierunku, który uważam za słuszny. Tak widzę naszą walkę i mam tylko nadzieję, że się tu bardzo nie mylę.
A zatem w minioną niedzielę do Szkła Kontaktowego – kultowego programu systemowej inteligencji – zadzwonił pewien człowiek i zaczął opowiadać historię: „Było sobie dwóch braci. Jeden był wysokim urzędnikiem państwowym, a drugi ważnym partyjnym przywódcą. Pewnego dnia, kiedy urzędnik państwowy leciał sobie samolotem, szef partii wymyślił sobie, że ponieważ jego brat nie ma żadnych szans na wygranie najbliższych wyborów…”
W tym momencie, prowadzący program przerwał tę opowieść i powiedział, że on właściwie domyśla się, o co może chodzić, i że jego zdaniem lepiej jest już tę narrację zakończyć. Panowie troszkę się poprzekomarzali, ale ostatecznie dziennikarz zwyciężył i nie usłyszeliśmy ciągu dalszego.
Jednak nie ostatecznie i też nie na długo. Otóż wczoraj w programie telewizji TVN24 ‘Kropka nad i’ wystąpił Kazimierz Kutz i w pewnym momencie swojego wystąpienia wyciągnął z kieszeni wycinek z gazety ‘Przekrój’, poinformował, że jest to felieton wybitnego polskiego pisarza Jerzego Pilcha i on by chciał odczytać fragment. I oto usłyszeliśmy, jak Jerzy Pilch opowiada, że u siebie na wsi ma znajomego – lokalnego filozofa i mędrca – który przedstawił mu taką oto refleksję. Otóż Jarosław Kaczyński z całą pewnością musiał wiedzieć, że Lech Kaczyński nie ma żadnych szans na wygranie wyborów prezydenckich po raz drugi i jeśli znów wystartuje, to ta walka może dla niego oznaczać najgorszy rodzaj kompromitacji. I wtedy, jako bardzo przenikliwy i inteligentny polityk, Jarosław Kaczyński doszedł do wniosku, że lepszy zmarły bohater niż żywy trup, no i wymyślił co wymyślił.”
Niestety nie mam pojęcia, czy znajomy Jerzego Pilcha powiedział coś więcej, a jeśli powiedział, to czy Jerzy Pilch miał odwagę, żeby tę myśl poprowadzić odrobinę dalej. A to z tego mianowicie powodu, że w tym momencie Kazimierz Kutz odłożył papier i uśmiechnął się tylko chytrze. Kutz ani nic nie mówił, ani Olejnik też nie dopytywała, a więc wreszcie sam Mistrz nas ostatecznie uświadomił: „Ukazanie się raportu Millera w sprawie smoleńskiej katastrofy może wywołać burzę, szczególnie jak idzie o zapis ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich”. Powiedział Kutz co powiedział i znów dyskretnie zamilkł, a Monika Olejnik zmieniła temat.
A ja się zastanawiam, czemu ona Kutza nie dopytała. Czy dlatego, że bała się – podobnie jak pan ze Szkła Kontaktowego parę dni wcześniej – że Kutz stanie się bardziej wylewny i będziemy mieli kłopot, czy może ona jest już tak głupia, ze w ogóle nie wie, co się dzieje. A może ani jedno, ani drugie, natomiast prawdą jest to, że ona jest doświadczonym pracownikiem mediów, i doskonale wie, w czym bierze udział. A więc i świetnie wiedziała o tym telefonie do Szkła Kontaktowego, i doskonale znała felieton Pilcha, i nawet już wcześniej słyszała o tym wiejskim mędrcu i jego teoriach. Tyle że jej zadaniem było uporządkowanie tego wszystkiego. A więc ona tylko pozostawiła społeczeństwu ten cień tajemnicy. To napięcie. Ten dreszcz, jaki zawsze powoduje udział w prywatnym śledztwie. Żeby ludzie jeszcze przez jakiś czas siedzieli i dumali… i wreszcie wykrzyknęli: „Jest! Wiem! On go zwyczajnie zamordował!”.
To ja powiem krótko. Najpierw Jerzy Pilch – oczywiście sprytnie zasłaniając się jakimś lokalnym fantomem – zasugerował, następnie Kazimierz Kutz rozpropagował na całą Polskę, i wreszcie Monika Olejnik – już w ramach swojej zwykłej codziennej dziennikarskiej roboty – powiedzieli publicznie i oficjalnie, że podczas swojej ostatniej rozmowy z bratem, Jarosław Kaczyński, wiedząc, że lądowanie w smoleńskiej mgle może się zakończyć wyłącznie śmiercią wszystkich pasażerów, wydał mu polecenie, by kazał pilotowi lądować. Zrobił to przede wszystkim dla swojej politycznej korzyści, ale przy okazji z chorej miłości i dbałości o wieczną sławę dla swojego brata. I mówiąc to, ja ani odrobinę nie przesadzam. Tak było. Każdy mógł to usłyszeć na własne uszy. A jak nie usłyszał, to niech wie. To co pozostaje zagadką, to jaką rolę w tym pełnił ów człowiek dzwoniący w niedzielę do Szkła Kontaktowego? I kim on był? Na którym końcu tego czarnego przekazu on stał?
Tego nie wiemy i już pewnie się nie dowiemy. Natomiast wiemy, że doszliśmy do pewnego szczególnego momentu, za którym już tylko rozciąga się czarna noc. I są dwie możliwości – albo zrobimy ten krok dalej, albo jakoś uda nam się pozostać tu i jednak powalczyć.

O bezczelności, która nie kompromituje

Wciąż wraca do mnie sprawa owej czarnej ankiety, przeprowadzonej przez tygodnik ‘Nie’ na temat przyszłości, jaką dla Jarosława Kaczyńskiego planują czołowe osobistości polskiego życia publicznego. Dziś za sprawą Kazimierza Kutza, który oto pojawił się u Moniki Olejnik i pokazał, że mieliśmy całkowitą rację, myśląc System ostatecznie wyraził oficjalną zgodę na traktowanie Jarosława Kaczyńskiego jak bakterię. Jak idzie o samą ankietę, ona istotnie uzyskała pewną skromną popularność, jednak na tym skromnym poziomie już pozostała. W przestrzeni publicznej natomiast pozostało ledwie parę dowcipów i bon motów. Jest więc tak, że osoby bardzo interesujące się polityką – a więc jakieś 30% społeczeństwa – wiedzą mniej więcej o co chodzi, połowa z nich kwestią się interesuje w stopniu minimalnym, a z tych, których sprawa poruszyła, znów połowa się oburza, a druga połowa się cieszy i krzyczy: „Jeszcze jeden!”. A więc sytuacja jest przerażająco typowa, tyle że tych psów jest więcej i są coraz głośniejsze.
W tym miejscu należy oddać szacunek tak zwanej Sieci. Gdyby bowiem nie Internet, prawdopodobnie o tym co się stało, a więc skąd te psy się nagle w takiej liczbie pojawiły, wiedzieliby tylko czytelnicy wspomnianego tygodnika i kilku bardziej aktywnych polityków. Z tego co mi wiadomo, mainstremowe media na temat wspomnianego wydarzenia, jeśli się nawet zająknęły, to tą jąknięcie odpowiednio zginęło w szumie wydarzeń znacznie ważniejszych, czyli że w Egipcie są niepokoje, a Kaczyńscy jako dzieci byli bici. A więc znów, jedyną realną siłą tworzącą tak zwane społeczeństwo obywatelskie okazał się Internet, w tym blogi.
I oto parę dni temu dotarła do mnie informacja, ze Paweł Lisicki, redaktor naczelny jednego z najważniejszych polskich dzienników, a mianowicie Rzeczpospolitej, na swoim blogu umieścił refleksje na temat tego, co z Jarosławem Kaczyńskim robią ludzie znani i utytułowani, jak również na temat reakcji – lub raczej jej braku – na ten zbiorowy pokaz najbardziej brutalnej siły ze strony ogólnopolskich mediów. Zajrzałem, przeczytałem i oto co pisze Lisicki:
„Najgorsze, że za te słowa kawalarzy z bożej łaski nie spotka ani środowiskowa krytyka, ani powszechne potępienie. Dalej będą brylować i pouczać, stroić miny w telewizjach, znacząco pochrząkiwać w radiu, a w napisanych dla gazet i tygodników tekstach występować w obronie tolerancji i przeciw nienawiści. Idę o zakład, że ani się nie pokajają, ani nie znikną. Z ich ust znowu popłyną strumienie frazesów. Dobrze wiedzą, że wobec Kaczyńskiego mogą sobie pozwolić na wszystko i że wszystko ujdzie im płazem. Po prostu całą gębą korzystają z dobrodziejstw systemu, w którym bezczelność nie kompromituje.”
Czytam słowa Lisickiego i myślę sobie, że nic dodać, nic ująć. Sam mógłbym tak napisać. Co więcej, wygląda na to, że Lisicki to prorok jakiś. Ledwo wspomniał o tym strojeniu min, a tu jeden z uczestników tej egzekucji stroi miny u Moniki Olejnik. No, może akurat on nie do końca, bo ze względu na dramatyczny upływ czasu, została mu tylko jedna mina, natomiast czego on nie dał rady, zrobiła za niego pani redaktor.
Ale wracajmy do Lisickiego. On – wiadomo – jest nasz człowiek. On, że tak się brzydko wyrażę, robi w branży od lat, wie, jak jest, i ta wiedza mu zdecydowanie dobrze służy. Zaglądam więc do weekendowej Rzeczpospolitej, by zobaczyć, jak sam Paweł Lisicki odpowiada na swój apel o „powszechne potępienie” Kutza, Palikota, Raczkowskiego i całej reszty owych „kawalarzy z bożej łaski”. Jak on, sumienie polskiego dziennikarstwa, rozprawia się z degeneracją polskiej demokracji. W jaki sposób Rzeczpospolita uruchamia „środowiskową krytykę” sytuacji, gdzie wolno wszystko i jeszcze więcej. Szukam, szukam, szukam… i wreszcie – jest! W weekendowym dodatku Plus Minus Paweł Lisicki przedrukowuje swój wpis z blogu i w ten sposób rozpoczyna swoją krucjatę przeciwko systemowi, w którym „bezczelność nie kompromituje”. Brawo! Oto akt odwagi i zdecydowania. Bez takich ludzi jak Lisicki, my blogerzy bylibyśmy nikim.
Ale skoro już zaszedłem aż tak daleko, to jeszcze chwila na temat Kaczyńskich w wieku szczenięcym. Otóż w tej samej Rzeczpospolitej, nie mogłem nie przeczytać wywiadu Mazurka z Danielem Olbrychskim, w którym ten poinformował nas, że z jego jak najbardziej sprawdzonych informacji wynika, że Kaczyńscy byli w swoich czasach szkolnych dziećmi nielubianymi i bitymi. I tu też należy oddać ukłon Rzeczpospolitej. To musi być prawda, co oni o sobie piszą, że są najbardziej opiniotwórczym dziennikiem w kraju. Świadczy o tym fakt, że już niemal cała Polska huczy od informacji, ze Kaczorów w szkole lali. I wcale już nawet nie chodzi o Olbrychskiego. On się skromnie uchylił. Nawet Kutz się nie liczy. On tylko tę informację potwierdził. Więc liczy się news. Kaczyńskich w szkole lali, bo byli wredni i nieznośni. Teraz już tylko powinniśmy cierpliwie poczekać na serię telewizyjnych reportaży o przyczynach szkolnej agresji. Jednak media to potęga!
Ja tu sobie żartuję, podczas gdy sprawa jest poważna jak sto diabłów. Stoimy na krawędzi i nikt nie wie, co się stanie już nawet nie jutro, ale choćby dziś. Wypada więc zakończyć akcentem poważnym. Paweł Lisicki pisze, że on jest gotów się założyć, że nic się nie zmieni. Uważam, że z jego perspektywy ten zakład jest świetną inwestycją. Tyle że, jak mówię, stoimy na krawędzi, i może się równie dobrze okazać, ze Paweł Lisicki jednak źle ocenił sytuację. Tyle że on się dziś z chytrym błyskiem w oku zakłada, a za chwilę będzie chciał dołączyć do zwycięzców. I zapewne, jako przepustkę, pokaże ten swój blogowy tekst o bezczelności, która nie kompromituje.
Już się nie mogę doczekać.

Znaczna część powyższego wpisu ukazała się wcześniej w solidarnych.pl

poniedziałek, 31 stycznia 2011

O mściwości czarnej jak sto diabłów

Sprawa sióstr Radwańskich – pozornie już tak odległa i nieinteresująca – kazała nam się ostatnio ponownie zadumać na czymś co można zupełnie uczciwie nazwać naciskami, tyle że akurat nie na poziomie oficjalnym, a więc na linii między na przykład Sopotem, Łodzią, a Wrocławiem, ale tu, gdzie żyjemy i pracujemy my, zwyczajni ludzie. Użyłem słowa „naciski”, bo w istocie rzeczy, mamy do czynienia z naciskami, a to, że one ostatnio przybierają postać zwykłego ordynarnego terroru, to już sprawa wtórna. Bardzo istotna, może i decydująca, ale wtórna. Na początku bowiem tego wszystkiego, stoją jedynie skromne, wręcz przypadkowe, od niechcenia, naciski.
Nasze dzielne tenisistki są tu oczywiście wyłącznie pretekstem – bardzo dobrym pretekstem, ale poza tym niczym więcej – niemniej wypada przypomnieć, o co poszło. Wypada przypomnieć trochę po to, żeby ten znak hańby i tu pozostał zapisany i zapamiętany, ale też częściowo dlatego, że kiedy ten tekst będzie się ukazywał w warszawskich kioskach, a następnie na naszym blogu – a może też i znacznie wcześniej – Agnieszka i Urszula Radwańskie, za jak najbardziej rozsądną i słuszną radą swoich bliskich, wrócą na drogę poprawności postaw i szacunku dla obyczaju ustawionego przez System, a więc coś, czego częścią dzięki swojemu talentowi w pewnym momencie musiały się stać. Otóż, mówiąc bardzo krótko, na swojej stronie internetowej, siostry Radwańskie zamieściły link do filmu Dłużewskiej i Lichockiej ‘Mgła’, a obok opublikowały oświadczenie, w którym zaprotestowały przeciwko szkalowaniu dobrej pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Postępek sióstr spotkał się z natychmiastowa reakcją Systemu, który przy pomocy swoich psów bardzo jednoznacznie pokazał obu paniom, na co się porywają. I tyle.
Pojawiły się oczywiście natychmiast głosy, które nas uspokajały, że akurat Radwańskim nic nie grozi, bo są zdolne, samodzielne, bogate i mają z całą pewnością wiele możliwości, żeby się na wściekłość Systemu skutecznie wypiąć. W tym choćby wyjazd z Polski i zamieszkanie gdzieś, gdzie będą miały święty spokój. Problem jest jednak taki, że bycie gwiazdą, a już zwłaszcza gwiazdą pierwszej jasności wcale nie jest takie proste. Człowiek, który osiągnął sukces tego typu, że stał się tak zwanym celebrytą, w sposób niemal automatyczny z tego swojego statutu bycia celebrytą czerpie znaczną część swojej energii. Oczywiście, on może mówić, że go męczy publiczne zainteresowanie, reporterzy, autografy, owa nieustanna presja, ale nie ulega wątpliwości, że gdyby to nagle miało się skończyć, wcale nie byłoby mu łatwiej. Wręcz przeciwnie. I nie ma w tym nic złego. Taki to jest los, takie życie, taka przyszłość i takie szczęście. Znaczna część sukcesu sióstr Radwańskich opiera się na tym, że świat je kocha, media się interesują, a ludzie patrzą na nie z sympatią.
Jeśli dziś okaże się, że one nagle przestały być Isią i Ulą – dwiema ślicznymi, zgrabnymi blondynkami – ale Urszulą i Agnieszka Radwańską – i tylko tyle, i nic ponad to – dla nich to może być szczegół, ale bardzo istotny. Podobnie szczegółem może być to, że głos telewizyjnego komentatora relacjonujący ich występy stanie się nagle zimny, z lekka nutą szyderstwa, ale to również będzie szczegół nie bez znaczenia dla samopoczucia jednej i drugiej. I także, jeśli w tej czy innej francuskiej, czy australijskiej gazecie, nagle przy ich nazwisku pojawi się epitet „polska faszystka”, to one oczywiście to zniosą, ale aż tak lekko, jak można by było sądzić, im nie będzie. A jeśli do tego wszystkiego dojdzie nagle – z ich punktu widzenia może i również szczegół – to, że kiedy one będą miały jakąś drobną przerwę w sowim kalendarzu i wrócą na chwilę do Krakowa i zobaczą, że jedyni którzy chcą ich gdzieś zaprosić na spotkanie, to jakieś chrześcijańskie stowarzyszenie miłośników sportu, a z prośba o wywiad zgłosi się już nie pan z TVN24, lecz dziennikarz z Gazety Polskiej, lub pani z Naszego Dziennika, to ich pieniądze i ich talent i ich sława nagle się okażą czymś, co potrafi kupić wiele, ale już nie szacunek mainstreamu. Bo mainstream nie żąda pieniędzy, lecz wyłącznie wierności.
Zapomnijmy na chwilę o siostrach Radwańskich i spójrzmy na kogoś takiego jak Wojciech Kilar i Kazimierz Kutz. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że Kilar pod każdym względem bije Kutza na głowę. Jest zdolniejszy, bogatszy, znacznie bardziej znany i szanowany w świecie. Kiedy pewnego dnia umrze – a miejmy nadzieję, że ten dzień jest jeszcze bardzo daleki – o jego śmierci usłyszy cały świat i niewykluczone, że na jego pogrzeb przyjadą najwięksi artyści tego świata. Kazimierz Kutz dla niektórych pozostaje wyłącznie lokalnie znanym reżyserem, w dodatku takim, którego największe sukcesy należą do bardzo zamierzchłej przeszłości, podczas gdy dla większości jeszcze jednym człowiekiem z telewizora. Tak się jednak stało, że jeśli idzie o codzienną satysfakcję płynącą z tego, że jest się osobą znaną, szanowaną i lubianą, Wojciech Kilar został tego wszystkiego skutecznie pozbawiony, natomiast Kazimierz Kutz – wręcz odwrotnie. To on jest dziś gwiazdą, to on jest dziś autorytetem, to on jest bohaterem publicznej świadomości. To jego z twarz zna każdy mieszkaniec każdej polskiej wsi, a nie twarz Kilara. Kilarowi, oczywiście, nikt nie odbierze tego, co przez swój talent i swoją pracę zdobył, ale dla mainstreamu już do śmierci pozostanie wyłącznie pisowskim lokajem, a dla gminu – dosłownie nikim. Jeśli w dniu jego kolejnych urodzin, czy przy jakiejś innej okazji, zobaczymy go w telewizji, to możemy mieć pewność, że znaczna część opinii publicznej, jeśli w ogóle zwróci na niego uwagę, nie będzie w nim widziała szlachetnego, mądrego starszego pana, lecz jakiegoś smutnego staruszka, który w dodatku ostatnio jakoś się brzydko posunął. Tymczasem, w lokalnym dodatku Gazety Wyborczej Kazimierz Kutz opublikuje swój kolejny felieton o tym, że dla Jarosława Kaczyńskiego 10 kwietnia, był wyłącznie szczęśliwym podmuchem losu, i dostanie za niego swoje kolejne honorarium.
Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że System, jak już wspomnieliśmy, wymaga stałej wierności, a nieposłuszeństwo każe bezwzględnie i gwałtownie. I ma bardzo wiele sposobów, żeby tę egzekucję skutecznie przeprowadzać. Ledwo co, miałem przyjemność czytać w Rzeczpospolitej rozmowę Roberta Mazurka z Andrzejem Rzeplińskim, szefem Trybunału Konstytucyjnego. Mazurek właściwie przez cały czas idealnie sobie radził z Rzeplińskim, wykazując mu z zimną skutecznością, że on, jako politycznie zaangażowany obywatel, przy obecnym, tak potężnym społecznym konflikcie, jest stroną sporu nawet jako rzekomo niezależny sędzia. I cokolwiek on powie na swoją obronę, jakiekolwiek przedstawi argumenty, nie zmieni to faktu, ze w odbiorze społecznym będzie już zawsze funkcjonował, jako ktoś, kto nienawidzi Kaczyńskich, z pełnymi konsekwencjami tej nienawiści. Andrzej Rzeplińskim więc mówił, ze przez swoje formalne umocowanie, ktoś taki jak on ma sytuację nieskończenie wygodną. Ma pieniądze, jest nietykalny, ma zapewniona wysoką emeryturę i nie ma w związku z tym żadnych doraźnych interesów, które by go wystawiały na jakiekolwiek naciski. Na to przychodzi Mazurek i mu pokazuje fakty. A więc i to, że on jest tak cudownie wolny, że, jak sam mówi, liczba tych którzy „mogą go pocałować w dupę sięga 100%”, Rzepliński zawdzięcza temu, że nienawidzi Kaczyńskiego, i to na tyle głośno, żeby nikt co do tego nie miał wątpliwości.
Ja bym jednak chciał się na chwilę zatrzymać nad argumentami Rzepińskiego co do tych pieniędzy, nietykalności i faktycznej niezależności, i tych 100% całujących go w dupę. Otóż chciałbym wnieść do wypowiedzi Rzepińskiego pewną korektę. To nie jest 100%. Ale 99%. Ten jeden procent natomiast, to ci, których to akurat Rzepliński może pocałować. I tu mamy sytuację, choć pozornie zupełnie inną, to jednak bardzo podobną do tego, co się dzieje wokół sióstr Radwańskich. Rzepliński, nawet jeśli w swoim zaplątaniu tego nie wie, to z całą pewnością czuje, że jego dobre samopoczucie jest w rękach tych, którzy go traktują jak swoją własność. Oni dadzą mu immunitet, dadzą mu świetną pensję, jeszcze lepszą emeryturę, nietykalność, niezawisłość i niezależność. I jak mu to dadzą, nie będą mogli mu ani jednego z tych bonusów odebrać. Przede wszystkim jednak nie będą musieli tego robić, a nawet nie będą chcieli. Im to wszystko na nic. A poza tym, jak wiemy, oni wszyscy są prawdziwymi demokratami i ludźmi jak najbardziej praworządnymi. Oni jedynie zachowają sobie swój wpływ na to, by, Rzepliński się czuł lepiej lub gorzej. Będą przy tym w stanie kontrolować to, czy on będzie funkcjonował jako osoba publiczna, gwiazda i autorytet, czy ktoś o kim pies z kulawą nogą nie będzie słyszał. Jak, nie przymierzając dziś o sędzim Kotlinowskim. A w swojej dobroci i życzliwości są tacy hojni, że mu nawet pozostawią możliwość pewnego, nawet stosunkowo szerokiego, manewru. On natomiast musi tylko bardzo uważać, musi być bardzo ostrożny, ale w gruncie rzeczy decyzja należy do niego. Będzie grzeczny – będzie dobrze. A jak będzie dobrze, to będzie mógł sobie nawet poczuć tę satysfakcję, że liczba ludzi całujących go w dupę sięga pełnej populacji.
Piszę ten tekst i już dochodzą do mnie informacje, że podobno któraś z sióstr Radwańskich już oświadczyła, że to nie ona, ale tato. Że ona uważa, że sportu i polityki nie należy mieszać. Nie wiem, czy to prawda, ale – jak już wspominałem – nie zdziwię się, jeśli rzeczywiście wszystko wróciło na starą ścieżkę. Życzę Radwańskim wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że jeszcze dla nich nic nie jest stracone i że już niedługo zaczną znów o nich mówić tak jak kiedyś, że są miłe, piękne i mądre. Że znów będą Ulą i Isią. Nie zdziwię się też jednak, jeśli okaże się, że już jest za późno. Widziałem oficjalną stronę sióstr Radwańskich. Gdyby to jeszcze chodziło o ten cholerny Smoleńsk, to może by jakoś było. Ale tam aż kipi od bieli i czerwieni. Właśnie od bieli i od czerwieni. Na zmianę. A to o nich świadczy jak najgorzej. System wie wszystko. I jest mściwy jak sto diabłów. No i bardzo, bardzo nieufny.

Powyższy tekst, w miniony piątek okazał się w Warszawskiej Gazecie.

niedziela, 5 grudnia 2010

Nowok, Kuczok i RAŚ - czyli jak zostałem tępym szowinistą z Podlasia

Jak niektórzy wiedzą, mieszkam w Katowicach, i, jak wiedzą też niektórzy, choć mieszkam tu od zawsze, nie jestem w żadnej mierze Ślązakiem. Są też przy tym i tacy -choć ze względu na to, że staram się tu być uprzejmie dyskretny, nie jest ich tak znowu wielu - co wiedzą, że ja do Śląska, Ślązaków i tak zwanej śląskości mam stosunek bardzo, ale to bardzo nieufny. Nie będę tu wchodził w szczegóły, dlaczego tak jest, ale fakt pozostaje faktem – jak idzie o wspomnianą śląskość, na mnie nie za bardzo można liczyć. W jaki sposób przejawia się ten mój kompleks. No, na przykład w taki, że kiedy słyszę jak mówi poseł Tomczykiewicz z Platformy Obywatelskiej, to dla mnie to co on robi nie jest ani czarujące, ani zabawne, ani nawet egzotycznie pociągające, ale dramatycznie obciachowe. Ja wiem, że dla wielu osob nie tylko związanych historycznie i emocjonalnie ze Śląskiem, ale i dla tych, którzy patrzą na Śląsk z zewnątrz, śląska gwara, czy choćby tylko ów śląski ton, to nie lada frajda. Dla mnie – nie. Kiedy słyszę jak mówi Tomczykiewicz, czuję wyłącznie zażenowanie. Jedyna rzecz, jaka mnie w tych okolicach trzyma, to wyłącznie krajobraz i rolada z kluskami. Bez całej tej reszty mógłbym się z łatwością obejść.
Czy to znaczy, że nie mam znajomych Ślązaków, czy że ich towarzystwa unikam? Czy że uważam ich towarzystwo za gorszą część mojej codzienności. Absolutnie nie! Na przykład moim być może najbliższym przyjacielem jest pewien ksiądz (pozdrowienia!), który jest Ślązakiem z krwi i kości i kocham go tak bardzo, że kiedy umrę, nie wyobrażam sobie, żeby mnie kropił na tę ostatnią drogę kto inny. Ale czy to też oznacza, że jeśli wręcz fizycznie nie znoszę kogoś takiego jak Kazimierz Kutz, to dlatego, że on poświęcił swoje ostatnie lata na tworzenie czegoś co się nazywa ‘śląskim mitem’ i szykowanie ustawy, która ma doprowadzić do tego, że wszyscy okoliczni nie-Ślązacy będą musieli nosić specjalne opaski? W żaden sposób. Kutz jest mi postacią przykrą z najróżniejszych powodów, a z nich wszystkich ten akurat, tłucze się gdzieś na samym końcu. Natomiast prawdą jest, że, jak powiadam, gdyby powiedzmy moja córka miała wyjść za mąż za Ślązaka z tradycjami, wolałbym, żeby się jeszcze raz zastanowiła. Inna sprawa, że, jak znam życie, jego rodzice też by nie byli szczególnie zadowoleni. Jak ich - nie rodziców, ale Ich - znam, niewykluczone, że byliby niezadowoleni znacznie bardziej niż ja.
Ale jest jeszcze coś, co, jak sądzę jest bezpośrednim wynikiem tego mojego kompleksu. Otóż ja alergicznie reaguję na wszelkie projekty sygnowane nazwiskiem Piekorz, Kuczok, Uszok, Durczok, etc. Ta moja szajba jest tu tak mocna, że, jak sięgnę pamięcią, jedyną osobą z tych sfer językowych, którą akceptowałem bez słowa sprzeciwu, a co najwyżej z lekkim niekiedy rozbawieniem, był nasz ś.p. ksiądz biskup Herbert Bednorz. Poza tym, proszę się nie gniewać, ale mam jak mam. A niewykluczone, że jest jeszcze gorzej. Na przykład, kiedy niedawno dowiedziałem się, ze PiS w Chorzowie postanowił przeciwko obecnemu prezydentowi miasta zawiązać koalicję z Ruchem Autonomii Śląska, to ja natychmiast pomyślałem sobie, ze posłanka Nowak tak naprawdę nazywa się Nowok, tyle że z jakiegoś powodu postanowiła to ukryć.
Wiem, że ludzie nazywają się różnie i że najczęściej to akurat w żadnej mierze nie zależy od nich. Wiem też znakomicie, że ktoś może nosić nazwisko Misiejuk, lub Sawończuk, by już nie wymieniać tego, które nosi niżej podpisany, a jednocześnie okazać się pierwszej wody bydlakiem. No ale mówię, jak jest. Kiedy ktoś się nazywa Nowak, Bartoszewski, lub choćby – jak zostało wspomniane wyżej – Tomczykiewicz, żadne rasistowskie myśli nie chodzą mi po głowie. Widzę przed sobą wyłącznie jakiegoś matoła. Natomiast przy takim Kuczoku, zrywam się na równe nogi.
O niego zresztą tak naprawdę dziś poszło. Byłem parę dniu temu na wizycie u mojego teścia i – tak jak to zwykle się przy tego okazjach dzieje – wziąłem do ręki Gazetę Wyborczą. Wziąłem tę Gazetę, a razem z nią wywiad z literatem z Chorzowa Wojciechem Kuczokiem. Wiem co niektórzy z czytelników tego bloga już mówią. Ledwo skończył z Mleczkiem, teraz będzie nam zawracał głowę Kuczokiem. No ale co mam zrobić? Niedawno dostałem maila od jakiegoś młodego, nieznanego mi czytelnika, który – sam prowadząc blog – pytał, co trzeba zrobić, żeby mieć takie powodzenie jak Toyah. A ja na to mam tylko jedną odpowiedź – pisać co człowiekowi przychodzi do głowy i starać się to robić najszczerzej najlepiej jak się potrafi. A ja więc właśnie to robię. Przyszedł mi do głowy ten Kuczok i najlepiej, a przy okazji najszczerzej jak umiem, nim się zajmuję.
No więc mamy tego Kuczoka i to co on gada. Sama rozmowa jest już dowcipnie anonsowana na pierwszej stronie Wyborczej tytułem „Polskę mam w discmanie”. Tak przy okazji, ten akurat greps jest autorstwa nie Kuczoka, lecz specjalistów z Gazety. Kiedy się wczytać w Kuczoka, on tak nie mówi, a przynajmniej nie w takiej kolejności i nie z tą przebiegłą sugestią. To jest już czysta akcja ludzi z Wyborczej i kolejny powód dla którego prędzej czy później oni będą musieli za to co robią odpowiedzieć. Natomiast faktem jest, że jeśli wziąć pod uwagę główną zawartość rozmowy z Kuczokiem, to tytuł jest jak najbardziej celny. On i kobieta, która z nim gawędzi rozmawiają praktycznie o jednym – w jaki sposób należy mieć Polskę w dupie. Cała praktycznie rozmowa, to bardzo elokwentne popisy Kuczoka ograniczone do charkania w stronę Polski i o oczywiście – jakże by inaczej – Kościoła. Mam bardzo poważne podejrzenie, że tym akurat razem, jeśli Gazeta Wyborcza postanowiła z Kuczokiem pogadać, to nie z powodu jego rzekomych talentów literackich, ani ze względu na coś czego on ostatnio dokonał, ale po to tylko, by dosolić Polsce i Kościołowi. A to z jakiej okazji? Nie wiem. Możliwe, że z rozpędu.
Warto zwrócić uwagę na metodę, jaką przyjął Kuczok przy okazji swojej wypowiedzi, bo jest ona z jednej strony bardzo szczególna, a z drugiej nudna do porzygania. Otóż wspina się Kuczok na wyżyny swojego dowcipu i swojej literackiej maestrii, żeby wokół Polski i Kościoła zrobić jak najwięcej iście kabaretowego dymu. Retoryczna intensywność szyderstw, jakich ów człek nam dostarcza, jest wręcz porażająca. A jednocześnie skarży się Kuczok, jak to jemu jest w dzisiejszej Polsce ciężko wyrazić jedną marną opinię na temat Kościoła. Jaki to on jest zastraszony i sterroryzowany, jak on musi uważać na każde swoje słowo. Efekt tego obłędu jest taki, że z jednej strony czytamy coś takiego jak: „Faszyści wypaczyli symbolikę swastyki w analogiczny sposób do tego, jak się latem paczyło znaczenie krzyża na placu pod Pałacem Prezydenckim”, albo „Zachęcam nasz Episkopat, żeby opodatkował swoją owczarnię – zobaczymy wtedy, jak prędko ten kierdel w popłochu rozbiegnie się po lasach”, czy wreszcie „Krzyż na Giewoncie to najbardziej przyciągające pioruny miejsce w Polsce. Może więc Krzyż to nie tarcza, tylko magnes na nieszczęścia”, a z drugiej, w samym środku tej wścieklizny takie oto wyznanie: „Dziesięć lat temu nie przyszłoby mi do głowy uważać na to co mówię w wywiadzie do gazety. Teraz się zastanawiam, czy przez to, co powiem, nie będę miał procesu, albo czy nie zaczną mi odsyłać książek.[…] Nie da się tak żyć; kiedy człowiek musi nieustannie uważać na gesty i słowa, to jest jak próba gry w piłkę nożną na polu minowym.”
Ktoś powie, że zarówno sam Kuczok, jak i kobieta która z nim gada, jak i w ogóle sama Gazeta Wyborcza są tak typowi, że naprawdę nie warto się nad nimi pochylać. Możliwe. Może i ja za bardzo się angażuję w coś, co nie zasługuje nawet na splunięcie. Jednak kiedy się zastanowić, to nasza przestrzeń publiczna ostatnimi czasy wypełniła się gnojem (że nawiążę tu do twórczości Kuczoka) tak niesłychanym, ze 99 procent tego z czym mamy do czynienia, zasługuje nie dość że nie na splunięcie, to nawet nie na wzruszenie ramion. A Kuczok? On jednak – i będę się tu upierał – jest postacią nawet jak na te wyśrubowane przecież standardy, szczególną. Proszę spojrzeć choćby na to. On przez całą swą wypowiedź, nie dość że jest szalenie odważny i bezkompromisowy, to jeszcze nie ma jednego momentu, gdzie można by dojrzeć u niego zwątpienie, czy choćby wahanie. To co on mówi i jak mówi, stanowi najczystszy przykład wręcz rewolucyjnego obłędu. Ani jedno zdanie z jego wypowiedzi na temat Polski i Kościoła nie zawiera frazy „być może”, „chyba”, „myślę że”, czy „nie wiem”. Jednocześnie jednak nawet mu powieka nie drgnie, kiedy głosi jak następuje: „Katolicyzm jest dogmatyczny, a ja cenię sobie ludzi wątpiących”. Oto zalękniony, poskręcany w wątpliwościach filozof, w starciu z bezwzględnym toruńskim terrorem!
A zatem, mam mocne przekonanie, że w tym makabrycznym tłumie najgorszego rodzaju żulowni, Kuczok jest postacią na tyle wybitną, że czemuż to miałbym nie poświęcić mu choć jednego wpisu? Swoje dwa swego czasu otrzymał ode mnie Stefan Chwin, więc jeśli Kuczok dostanie raz, krzywda nikomu się nie stanie. Poza tym, tak jak to często w tego typu przypadkach bywa, sam Kuczok jest tu akurat tylko pretekstem, żeby powiedzieć coś więcej. Podobnie jak pretekstem jest i ta kobieta, która z nim przeprowadziła ten zdumiewający wywiad, i gazeta, która ten wywiad pod takim a nie innym tytułem zamieściła. To o co tu chodzi najbardziej, to sprawa, którą poruszyłem już nieco wcześniej, a mianowicie, z jakiej to okazji Gazeta Wyborcza wysłała swojego dyżurnego cyngla, żeby przepytał kogoś takiego jak Kuczok z tematów, o których on nie ma najmniejszego pojęcia, poza tym jednym – że Polska śmierdzi, a Kościół razi syfem?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie leży trochę w tym, co się ostatnio w Polsce dzieje, jeśli idzie o tak zwany Ruch Solidarni 2010, a więc projekt w znacznym stopniu skupiony wokół wartości symbolizowanych przez Kościół i Krzyż, a trochę w zupełnie niezależnej od bieżących zawirowań nienawiści, jaką System od zawsze czuje wobec jednego i drugiego. Mówił o tym niedawno Jarosław Marek Rymkiewicz: „Myślę, że obecne ataki na Kościół są bardzo dobrze przemyślane - tu nie chodzi tylko o ateizację społeczeństwa, może nawet w ogóle o nią nie chodzi. Ludziom, którzy tak widowiskowo atakują religię i lżą ludzi wierzących, jest z pewnością kompletnie obojętne, czy ktoś wierzy, czy nie wierzy w Boga, czy ktoś chce być zbawiony, czy nie chce. Im chodzi o coś innego - o to mianowicie, żeby zniszczyć podstawy polskości.”
A więc, jak sądzę, za zaproszeniem Kuczoka do rozmowy o Kościele i Polsce stoi wyłącznie okazja do kolejnego splunięcia w to, dzięki czemu wciąż żyjemy. Nie chodzi o to, że Kuczok jest wybitnym pisarzem, a zawsze dobrze jest dowiedzieć się, co wybitny pisarz ma do powiedzenia na tematy różne. Przede wszystkim, nie ma mowy, żeby na miano wybitnego zasługiwał ktoś, kto jest autorem czegoś tak strasznego, jak choćby to: „Siostra, widząc, że brat sam wraca o porze nie tej z najnieprzyzwoitszych, mogła już zdjąć szlafpalto i w spokoju oddać się wieczornym modłom w swoim pokoiku, a wtedy brat, zamarkowawszy uprzednio drzwi zamknięcie, puścił się w skarpetkach samych (żeby było bezszelestnie) do piwniczki, wciąż nieprzytomną w snu objęciach kobiecą kobietę w swoje objęcia jawne ujął i wbiegł z nią po dwa stopnie niesiony pożądaniem z powrotem na pięterko, do swojego pokoiku, do łóżka ją złożył i usiadł opodal w fotelu, dysząc z przejęcia.” Poza tym, jest oczywiste, że gdyby Kuczok nie dawał pełnej gwarancji, że każdym swoim słowem spełni wszelkie oczekiwania, jakie ma wobec niego System, gówno by od Gazety Wyborczej dostał, a nie możliwość bezkarnego i publicznego robienia z siebie idioty.
To jest bowiem ten czas. Czas niszczenia, jak to określa Rymkiewicz, „podstaw polskości”. I teraz już nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić do pierwszych moich uwag na temat śląskiego kompleksu, jaki z prawdziwym wstydem cierpię. Otóż bardzo bym chciał, żeby w tym stanie rzeczy, który nam sterczy przed nosem, ludzie tacy jak Durczok, Kuczok, Kutz, czy Piekorz zajęli się wyłącznie pielęgnowaniem śląskiej kultury, której najwyższym osiągnięciem jest w moim rozeznaniu rolada z kluskami, o ile nie uznamy, że bardziej tu zasłużone są owe niemieckie piosenki biesiadne, wypełniające z głośników ulicę Wolności w Chorzowie. I żeby przy okazji, skoro już koniecznie muszą się zajmować polityką, zajmowali się nią w ramach polskiego państwa, a nie tworzyli jakieś dziwaczne projekty o nazwie „Ruch Autonomii Śląska”. Bo, jeśli jednocześnie, demonstrują w stosunku do Polski aż taką nienawiść, z jaką mamy do czynienia w przypadku takich ludzi jak Kutz, Kuczok, czy jego towarzyszka Piekorz, to nie będą się mogli dziwić, jeśli w zwykłych Polakach zaczną budzić wyłącznie niechęć. I to niestety niechęć już na samo brzmienie ich nazwisk. A więc spotka ich coś, co w niektórych środowiskach spotyka ludzi, którzy mieli pecha, że się nazywają Warszawski, czy Guzman. A złość na nich będzie już tak wielka, że nie pomoże im nawet zapewnianie, że wielu z nich to porządni ludzie i dobrzy Polacy.
Już na sam koniec, muszę wyjaśnić, dlaczego tego typu tekst, a więc refleksje w dużym stopniu nie mające z Warszawą nic wspólnego, zamieszczam również w Warszawskiej Gazecie. Otóż ten brak związku jest pozorny. Bo oto też z tego samego wydania Gazety Wyborczej dowiaduję się, że w Sejmie leży już jakiś wniosek, pilotowany między innymi przez posła Kazimierza Kutza w sprawie uznania Ślązaków za grupę etniczną, a ich gwarę za język regionalny, i że w Platformie Obywatelskiej „zarysowuje się polityczna wola” w tej sprawie. A ja sobie myślę, że jeśli za tymi ruchami ma iść coś, co mistrz Kuczok określa jako „podlewanie kalafiorów na działkach”, to Warszawa jest miejscem równie dobrym jak każde inne, żeby któremuś z nich dać w dziób. Nawet jeśli za to, przez porządnych, od pokoleń wiernych Bogu i Ojczyźnie Ślązaków, zostanę oskarżony o chamstwo, rasizm i białoruskie kompleksy.


Powyższy tekst jest niemal wiernym powtórzeniem artykułu zamieszczonego w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie.

niedziela, 9 maja 2010

Jak uczłowieczyć Kazimierza Kutza?



Kazimierz Kutz ma ten talent, że każde jego pojawienie się, właściwie już w momencie wejścia, jeszcze zanim zacznie oddychać, zanim się odezwie, ledwo przy pierwszym ruchu, przy próbie wygodnego ułożenia się w fotelu, budzi u normalnego człowieka podenerwowanie. Przyznaję, że nie wiem do końca, czym to jest spowodowane. Czy on zawsze był taki? Czy może osiągnął tę właściwość dopiero pod koniec życia? Czy może za tym stoi to jego przekonanie, że nawet kiedy będzie miał dwieście lat – on autentycznie robi wrażenie, jak by wierzył, że to jest coś co on akurat jest w stanie osiągnąć – wszystkie najpiękniejsze kobiety świata, będą z jego imieniem na ustach kładły się i otwierały oczy? Nie wiem. Faktem jednak jest to, że Kazimierz Kutz ma w sobie tę naturalną siłę starego nauczyciela, którego boją się nawet najwięksi bandyci, bo mają poczucie, że naprzeciwko nich stoi nie człowiek, lecz coś dziwnego, w dodatku skonstruowanego przez jakiegoś mechanika-idiotę, który ponieważ ani nie wiedział do końca, jak to coś robić, ani przede wszystkim po co, wyszło mu urządzenie kompletnie bezużyteczne i w dodatku produkujące wyłącznie chaos.
Przyznam szczerze, że gdyby jakimś cudem miało się zdarzyć, że ktoś by mi zaproponował spotkanie z Kutzem, to bym odmówił. Jestem sobie wyobrazić swoją rozmowę z Palikotem, z Niesiołowskim, nawet ze Sławomirem Nowakiem. I wcale nie chodzi mi tu o to, że oni wszyscy są od niego młodsi. W końcu, nawet z Bartoszewskim – w co wierzę głęboko – dałoby się spędzić chwilę bez jakiś gorszących sensacji. Z Kutzem już nie. I nawet nie chodzi o politykę. W ogóle nie mam tu na mysli dyskusji na jakikolwiek temat. Z Kutzem nie mógłbym rozmawiać choćby i o pogodzie, bo jego sama obecność musiała by na mnie podziałać całkowicie demobilizująco. Ja myślę, że on powoduje u ludzi trochę taki stan, jaki to w swojej piosence Margaret On The Guillotine przedstawił mistrz naszych serc Morrissey: „And people like you make me feel so old inside – please die”.
Niestety, na spotkanie z tym dziwnym człowiekiem zdecydowała się Elżbieta Jakubiak. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że, nawet jeśli ona brała pod uwagę to, że tym gestem ryzykuje bardzo dużo, w dodatku gdy ta rozmowa z Kutzem nie będzie dotyczyła ogólnej polityki i takich tam przepychanek, ale tematu jak najbardziej żywotnego i aktualnego, czyli tej czarno-białej jak nigdy w historii świata kampanii, to nie mogła się spodziewać, że Kutz przekroczył w międzyczasie granicę, która, nawet jeśli tylko pozornie, to jednak coś tam porządkowała. Nie mogła się więc spodziewać tego co ostatecznie Kutz zrobił i – niestety, co przyznaję z bólem – sprawiło, że ona poległa. Ta plazma, ten tłuszcz, ten pył, ta lawa ją zwyczajnie przygniotła. Cóż takiego się stało? Otóż Kazimierz Kutz – domyślam się, że demonstracyjnie przebrany do swojego występu w studio w taki frywolny strój drobnego biznesmena z prowincji na wyjeździe w Zakopanem – w pewnym momencie wyrzucił z siebie tę pogardliwą minę starego satyra i wyśmiał Jakubiak, że się lansuje na czarno. Że mimo że żałoba już się dawno skończyła, to ona zakłada na siebie te czarne bluzki, robi smutne miny i próbuje w ten sposób na Kutzu zrobić wrażenie.
W pierwszej chwili, miałem wrażenie, że Jakubiak się zwyczajnie rozpłacze. Że z tego oburzenia i szoku, jaki w niej wywołała uwaga Kutza, ona się po prostu popłacze. I niemal tak się stało. Jakubiak, z trudem powstrzymując łzy, zaczęła Kutzowi tłumaczyć, że ona wciąż płacze nad wszystkimi swoimi przyjaciółmi, którzy zginęli pod Smoleńskiem i zaczęła wymieniać po kolei te nazwiska. I wtedy on, zamiast się zamknąć, zaczął się na nią wydzierać, podkreślając cały czas, ze żałoby już nie ma i ona ma zmienić strój, bo tak jak ona teraz przed nim siedzi, jest niewiarygodna i budzi wyłącznie zażenowanie. Oczywiście sytuacji nie ratował ten tefauenowski głupek, dla którego to co się działo w jego studio prawdopodobnie tylko stanowiło świetny news. A więc nie próbował Kutza ani powstrzymać, ani nawet nie zwrócił mu uwagi, że przekracza linię, którą sam nawet sobie wytyczył.
Ja natomiast zastanawiałem się już tylko, co ja bym zrobił i co mogłaby zrobić Jakubiak, w tej niezwykłej, i przede wszystkim zaskakującej sytuacji. Oczywiście można by było wyjść ze studia, tak jak to kiedyś zrobił Cymański, zostawiając za sobą być może parę ostrych słów pożegnania. Ale myślę sobie, że to by nic nie dało. Może najwyżej na chwilę. Po paru już jednak dniach zostałaby tylko z tego informacja, że posłanka Jakubiak pokłóciła się z reżyserem Kutzem i obrażona wyszła ze studia. Nic nowego. I przychodzi mi do głowy, że ona – ona, nie ja – powinna była Kutzowi strzelić w tak zwany pysk. Powinna była zwyczajnie wstać i najmocniej jak tylko potrafi walnąć go w łeb. Najlepiej z taką siłą, żeby on spadł z fotela. Jestem głęboko przekonany, że nikt nie mógłby mieć do niej jakichkolwiek pretensji, nawet gdyby waląc go w mordę, nie płakałaby. Nawet gdyby robiąc ten cudowny i jedyny w swoim rodzaju zamach wykrzyknęłaby coś w stylu „Jak śmiesz, psie!” Jestem pewien, że w publicznej opinii, Jakubiak byłaby już wyłącznie bohaterem, choćby nawet całe sprzymierzone zło III RP wrzeszczało, że jest inaczej. Ten gest byłby zapamiętany na zawsze i już wiecznie funkcjonowałby w historii jako idealnie ludzkie, najczystsze, najbardziej sprawiedliwe i niezwykle bohaterskie wystąpienie prawdziwego wojownika. A co najważniejsze, Kutz wyglądałby przez tę krotką chwilę jak kompletny idiota. A więc jednocześnie, przez ten jeden krótki moment, byłby już tylko i wyłącznie człowiekiem. Starym, skończonym, na zawsze skompromitowaną kupą nieszczęścia. I niewykluczone, że nawet dla niego to by stanowiło jakąś szansę. Nawet gdyby miał jeszcze żyć choćby tylko jedną sekundę dłużej.

środa, 4 marca 2009

Twarze, czyli kto nam zwinął szminkę?

Jechałem dziś przedpołudniem tramwajem do pracy i w pewnym momencie z przeciwnej strony nadjechała kolumna prezydencka i szybko pojechała w kierunku uniwersytetu. Ponieważ jestem oddanym członkiem tak zwanych (w niektórych kieszeniach salonowej Polski) Czarnych Szwadronów Czwartej RP, wpadłem w bardzo dobry nastrój, który - przy pięknej pogodzie i zupełnie wbrew fatalnemu kryzysowi - trzyma mnie do teraz. Kiedy już ujrzałem śmigającego ulicami mojego miasta Prezydenta, popadłem w chorobliwą już w mojej sytuacji zadumę i w ramach tej zadumy zacząłem sobie myśleć o – właśnie nie za bardzo wiem, czy już ministrze, czy jeszcze tylko doradcy – Michale Bonim. A skoro już zaczął mi po głowie chodzić Boni, to za chwilę pojawiły się już i kolejne gwiazdy, a wśród nich Kazimierz Kutz.
Co ja chcę od Kutza i Boniego, skoro dzień jest – jak już wspomniałem – piękny, a na dodatek Pan Prezydent zadaje szyku w moim mieście? Nic szczególnego. Zwykłe maleńkie refleksje. Jak idzie o Boniego, przyszedł mi on do głowy z tej prostej przyczyny, że nagle sobie uświadomiłem, że w ostatnich dniach jakoś tak się dzieje, że ile razy Platforma Obywatelska chce się pokazać, jako grupa pracusiów, i to na dodatek pracusiów z pomysłami, wystawia przed kamery właśnie Boniego. Jest to sytuacja o tyle ciekawa, że jak wszyscy powinniśmy jeszcze pamiętać, debiut tego człowieka w rządzie premiera Tuska był wielce oryginalny. Kiedy Premier zorientował się, że jemu brakuje ludzi odpowiednio zawziętych i jednocześnie fachowych, wyciągnął skądś tego nieszczęsnego kapusia i dziwkarza i ogłosił, że Polska własnie trafiła w ręce prawdziwie zawodowe. Niestety, w tym samym momencie okazało się co się okazało, Boni się ze wstydu posmarkał i niemal natychmiast został gdzieś wepchnięty i przykryty jakąś szmatą, by nie straszyć tych nielicznych już zwolenników Platformy, dla których problem komunistycznej agentury wciąż wydawał się problemem realnym.
Takie to były początki. Wprawdzie wciąż jesteśmy bardziej na początku, niż u końca tej chorej przygody, ale intensywność i konsekwencja upadku Donalda Tuska, jego ministrów i sympatyków najwyraźniej sprawia, że wszystko na tyle przestaje mieć znaczenie, że i tę szmatę z Boniego też już można było bezpiecznie zdjąć. Po ciężką cholerę przejmować się jakimś drobnym donosicielem, kiedy i tak wszystko w rejonach przyrządowych działa bez jakiejkolwiek kontroli, każdy robi to co chce, a publiczność robi wrażenie coraz mniej zainteresowanej? W sytuacji kiedy minister Hall wymyśla, żeby do podstaw programowych współczesnej polskiej szkoły wprowadzić czary, wodne żyły i karty Tarota, i pies z kulawą nogą się tym nie przejmuje, co komu zaszkodzi jakiś Boni? Skoro już nawet nie można mieć stuprocentowej pewności, że to co nam publicznie pokazują media, to jeszcze prawdziwy Donald Tusk, a nie jakaś japońska zabawka najnowszej generacji, to jakie znaczenie dla kogokolwiek może mieć to, że nową twarzą naszego rządu stał się komunistyczny agent? Wszystko jedno.
Więc myślałem sobie o twarzach i przypomniała mi się twarz Kazimierza Kutza z wczorajszej audycji 24 Godziny. Jak może część z Was wie, w środowiskach związanych z najbardziej salonowym europejskim salonem, po raz kolejny już w ciągu ostatnich parunastu lat wykluła się myśl, żeby ludzi, którzy z naszego punktu widzenia na śmierć sobie zapracowali, zabijać nie tylko gdzieniegdzie, ale w ogóle gdzie popadnie. Więc sprowadzono do tefauenowskiego studia tego dziadunia i poproszono o opinie na ów ważki temat. Kutz gadał standardowo, więc nie ma nawet co się zatrzymywać, ale ja zwróciłem uwagę na jeden, dla mnie zupełnie fantastyczny, fragment. On w pewnym momencie powiedział coś takiego, że ostatnio ten problem ludzi, których należy zabić powraca i jeszcze niedawno mieliśmy tego Janusza Switaja, a teraz mamy tę matkę i jej czterdziestoletniego syna. I kiedy pomyślałem, że kompletnie nie rozumiem po kie licho wyciągnął on tego Świtaja, którego niemal cudem udało się wyrwać z rąk morderców, Kutz powiedział mniej więcej tak: „Wprawdzie ten Świtaj to tam ten…”. I tu urwał temat. I wtedy pomyślałem sobie, że oto mamy człowieka, któremu pomysł eliminacji ze świata ludzi chorych jest tak drogi, że nie jest on w stanie wyksztusić z siebie słowa ‘życie’, o ile to życie nie jest podparte przymiotnikiem ‘straszne’, ‘bolesne’, ‘nieludzkie’, czy po prostu ‘nieprawdziwe’. I pomyślałem sobie, że oto mamy przed sobą kolejną twarz Platformy Obywatelskiej. Człowieka, który jak ma powiedzieć „Świtaj żyje”, to się zaczyna krztusić i mu wychodzi coś podobnego do „tam ten”.
Tak to właśnie było. Jechałem sobie do pracy i myślałem o tych dwóch łbach Platformy Obywatelskiej. Wreszcie prawdziwych, niczym nie osłoniętych twarzach. Twarzach bez pudru i bez makijażu. I właśnie przed chwilą, zanim zacząłem pisać ten dzisiejszy tekst, otworzyłem telewizor, a tam, na maleńkiej scenie stał sam premier Tusk, ze wszystkich stron otoczony tłumem jakichś starszych pań. Stał więc sobie Premier, z mikrofonem w ręku i pląsał po tej scenie, jak artysta rozrywkowy, i ja pomyślałem, że może on właśnie został piosenkarzem i to już jest ten obiecany New Age, ale dałem głośniej i okazało się, że Donald Tusk nie śpiewa, tylko akurat spotyka się z paniami z tzw. Uniwersytetu Trzeciego Wieku i rozprawia o sprawach poważnych. I tu, podobnie jak w przypadku wcześniej Kutza, wszystko się odbywało na normalnym poziomie, tyle że może tym razem Pan Premier był jeszcze bardziej śliski i bardziej obły, niż zwykle. Ale i tu zwróciłem uwagę na coś co mnie troszkę bardziej poruszyło. Kiedy Tusk opowiadał, zebrane panie od czasu do czasu przerywały mu rzęsistymi brawami. Jednak tylko wtedy, gdy on mówił coś w stylu: „nie będziemy padać na kolana przed biskupami”, czy „Kościół będzie się zajmował swoimi sprawami, a my swoimi”. Ów antyklerykalny nastrój na sali był tak uderzający, że aż nawet ja – człowiek który niejedno widział i słyszał – poczułem się dziwnie.
I pomyślałem sobie, że oto mamy trzecią twarz tej nowej, a jakże już starej, władzy. Twarz dobrze jakby nam znaną. A jednak jakoś nową. I choć Premier wił się jak piskorz, żeby i zasłużyć sobie na entuzjazm zebranych kobiet i też za bardzo nie podskoczyć kardynałowi Dziwiszowi, widać było wyraźnie, o co i jednej i drugiej stronie chodzi. I w czym leży cały sens tego, co się tam wyprawiało. I tak właśnie nagle ujrzałem te trzy twarze całkowicie razem – jedną twarz starej bolszewii, jedną nowego faszyzmu i jeszcze jedną – zupełnie nowiuteńkiej Europy.
Smutno. Ale też i dobrze. Smutno – wiadomo dlaczego. A dobrze? Bo zawsze jest dobrze kiedy prawda zaczyna wychodzić na wierzch. I niech tak już pozostanie. Na samym wierzchu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...