Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 maja 2023

Gdy rośnie popyt na empatię

 

        Myślę że nawet jeśli nie poświęciłem tu owej kwestii osobnej refleksji, to musiałem w ten czy inny sposób wspominać o cholerze, jaka mnie bierze na widok tych wszystkich osób, które prezentując się na publicznej scenie, obok dotychczasowej flagi Unii Europejskiej, tęczowych barw ruchu LGBT i ośmiu gwiazdek układających się w wezwanie do „jebania PiS-u” dziś już od ponad roku uważają za stosowne dokładać do swoich obsesji niebiesko-żółtą flagę Ukrainy, a często w towarzystwie deklaracji „Nienawidzę Putina i PiS-u”. I nie stanowi mojego głównego problemu to, że oni wszyscy jeszcze rok temu gotowi byli skoczyć w ogień, by przed atakami PiS-u bronić fizycznej tężyzny i politycznego geniuszu  wspomnianego Putina, ale przede wszystkim chodzi o to, że tak strasznie dużo jest osób, które na jeden gwizdek są w stanie zerwać sie na równe nogi i realizować wszelkie narzucone im – słuszne, czy niesłuszne – zadania. Oczywiście, gdy chodzi o Ukrainę i jej walkę z Rosją, jestem całym sercem z Ukraińcami, a wręcz uważam, że unicestwienie tego strasznego ruskiego imperium leży w najlepiej pojętym interesie Polski i całego świata. Jest jednak coś co moje nadzieje na owo zwycięstwo mocno tłumi, a mianowicie podejrzenie, że za tym całym światowym ruchem na rzecz Ukrainy nie stoi szczere pragnienie zniszczenia Rosji, ale jakiś paskudny socjotechniczny zabieg o wciąż niezbadanych intencjach. Dokładnie tak samo, jak nie wierzę, że ci wszyscy z nas, którzy wciąż wykrzykują hasła na chwałę przynależności Polski do Unii Europejskiej, czy ruchu na rzecz wolności seksualnej, miali tak naprawdę na sercu jedno czy drugie. Uważam, że wszyscy ci ludzie zwyczajnie nie potrafią otworzyć ust, czy choćby ruszyć palcem, jeśli wcześniej ktoś zaufany ich nie poinformuje, że tak trzeba.

      I kiedy wydawało mi się, że wspomniane hasło „***** *** i Putina”, to jest już szczyt tego zidiocenia, zamordowany przez występnych rodziców został chłopczyk imieniem Kamil i wystarczyła chwila, by wszyscy – tym razem już po obu stronach społecznego i politycznego podziału – dostali małpiego rozumu i gwałtownie potrzebują wyrazić swoje oburzenie okrucieństwem jakie ujrzeli. I choć oczywiście sposób wyrażania owego oburzenia jest różny – jedni apelują o zaostrzenie kar, włącznie z przywróceniem kary śmierci, a inni o objęcie ową karą przede wszystkich ministra Czarnka i premiera Morawieckiego, którzy do śmierci tego dziecka rzekomo doprowadzili – wszystkich łączy jedno: nagły przypływ świadomości odnośnie tego, co się w patologicznych środowiskach dzieje jak świat długi i szeroki od kto wie czy nie dziesięcioleci, wynikający z tego autentyczny szok, no i konsekwentnie wręcz zalew propozycji, których realizacja ma podobno doprowadzić do likwidacji problemu.

      Jak mówię, informacje o kolejnym zatłuczonym na śmierć dziecku docierają do nas regularnie i od wielu lat. Niemal nie ma miesiąca, byśmy się nie dowiedzieli o kolejnym coraz bardziej drastycznym przypadku – jeśli nie w Polsce, to gdzieś w Ameryce, czy w Anglii, lub w Szwecji – gdzie jakieś ćpuny zamordowały pozostające pod ich opieką dziecko. Sam pamiętam, jak kilka lat temu przez cały kraj przeleciała informacja o parce, która się tak odurzyła dopalaczami, że „coś” – a ja akurat wiem, co – kazało im maleńkie niemowle wsadzić do piekarnika i je w tym piekarniku zwyczajnie upiec. Przepraszam bardzo, ale jak długo sprawa ta była omawiana w mediach, a tym bardziej w naszych domach? Dzień? Dwa? I nie oszukujmy się, wcale nie chodziło o to, że wówczas jeszcze w Polsce rządziła Platforma Obywatelska i to ona kontrolowała publiczną telewizję. Rzecz bowiem w tym, że wtedy ci co trzymają wspomniany wcześniej gwizdek uznali, że moment nie jest odpowiedni, i tak zwany przeciętny obywatel nie otrzymał informacji, której zawsze tak chętnie wyczekuje.

      Zmarło dziecko zamordowane przez rodziców w mieście Częstochowa i wszyscy zachodzimy w głowę, co można było zrobić, żeby ono żyło i dlaczego tego nie zrobiono. A ja uważam – i stąd między innymi ten dzisiejszy tekst – że nie można było nic zrobić z wielu powodów, i co gorsza, na tę patologię nie ma ludzkiej siły. Przede wszystkim, sam owej patologii charakter i sposób w jaki ona funkcjonuje, praktycznie uniemożliwiają jej kontrolowanie. Owszem, gdyby mój sąsiad liberał donósł na nas, że kiedy my tu gościmy nasze wnuczęta i traktujemy je niezgodnie z nowoczesnymi europejskimi przepisami, a ów donos byłby napisany zgrabnie i przekonująco, gdyby w dodatku został dostarczony do jakiegoś odpowiednio rozgrzanego urzędnika, to ja sobie jestem w stanie wyobrazić, że do naszego mieszkania wkroczyłby MOPS z decyzją sądu w ręku i towarzystwem pana policjanta, i oni by nam te dzieci bez słowa odebrali. Jakie jednak oni mają szansę w konfronatcji z bandą upalonych idiotów, z którymi nie można nawiązać jakiejkolwiek rozmowy i z których każdy ma w kieszeni nóż, którego w każdej chwili może użyć? Ale to przecież nie wszystko. Nawet gdyby założyć, że opieka społeczna i policja dostana odpowiednie wsparcie, a sądy będą egzekwować prawo tak jak należy, w jaki sposób będzie mozna wytyczyć granicę między autentyczną patologią, a czymś, co może, owszem, robić wrażenie patologii, ale w żadnym wypadku nią nie jest? No właśnie, sądy: w jaki sposób zmusić ten skorumpowany i zgnuśniały to szpiku kości system, by ten w tego typu sprawach wydawał przemyśłane, sprawiedliwe i szybkie wyroki? Jaka jest gwarancja, że ewentuana reforma systemu nie skończy się tym, że za łeb zostaną wzięte rodziny najbardziej bezbronne? A mówiąc o bezbronności, wcale nie mam na myśli dzieci.

       No i wreszcie kary. Mateusz Morawiecki, po raz pierwszy w całej swojej karierze, strzelił dramatyczne głupstwo i zabierając głos na temat owego Kamilka, uznał za stosowne podzielić się wiadomością, że on osobiście jest zwolennikiem kary śmierci. Co za bzdura! Część z nas ma być może w pamięci mękę 10-letniej Ame Deal, która najpierw, przez całe lata była w najbardziej okrutny sposób dręczona przez swoją rodzinę, a następnie zamknięta na sześć godzin w skrzynce metr na metr i pozostawiona na sześć godzin w najstraszniejszym upale, by tam umrzeć w nieludzkich cierpieniach. Otóż wszyscy jej oprawcy zostali skazani na karę śmierci... i co? Czy od tego czasu amerykańskie patusy boją się tknąć swoje dzieci palcem? Pamiętamy być może historię dwojga Polaków z Coventry, którzy w sposób tak straszny, że tego się nie da opisać, zadręczyli swojego synka na śmierć. O tym co się w tym domu dzieje, wiedziała szkoła, opieka społeczna, policja... i co? Sytem zadziałał? Pewnie że nie. Tyle wszystkiego, że oni oboje dostali dożywotnie wyroki i po kilku miesiącach jedno i drugie, w „niewyjaśnionych okolicznościach” popełnili w więzieniu samobójstwo. A niby co? Kiedy oni powoli zadręczali to dziecko na śmierć, to nie wiedzieli, że nawet jeśli w Wielkiej Brytanii nie ma kary smierci, to oni pobytu w więzieniu nie przeżyją? No, może wiedzieli, a może nie, ale co z tego? Co im ta wiedza by dała i co ta wiedza da tym wszystkim, którzy „na zgubę tego świata po tym świecie krążą”? I kto jest w stanie cokolwiek tu zmienić? Minister Czarnek, a może Donald Tusk z Marcinem Kierwińskim? A może my wszyscy, pod warunkiem, że wydamy z siebie wspólnie potężny ryk oburzenia i on zburzy ów mur obojętności? Tak, na pewno...

      To co się dzieje w tylu naszych domach woła o pomstę do nieba, ale niestety na to realnej i dobrej rady nie ma. A ja, jeśli już wolno mi na chwilę uciec w politykę, współczuje temu rządowi. Bo nie widzę sposobu, żeby czy to Premier, czy Prezes, czy którykolwiek z ministrów mógł dziś stanąć przed publiczną opinią i powiedzieć, że pozostaje nam w sytuacji jaką mamy, podobnie jak mnie dziś tutaj,  wyłącznie wzywać na pomoc świętego Michała Archanioła. Muszą więc brnąć w narzuconą nam wszystkim narrację i czekać aż się po raz niewiadomo już który okaże, że jak zwykle szczęśliwie diabeł przegrał.



wtorek, 14 września 2021

Kto im przyniósł ten kij, kto im podkuł te buty

 

Cudem zupełnym odnalazły się dwa jeszcze egzemplarze mojej książki „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, z nadzwyczajnym wstępem naszego księdza Rafała Krakowiaka, i dziś już praktycznie nie do zdobycia. Jeśli ktoś jest gotów za nią zapłacić 200 zł, bardzo proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dla przypomnienia, o czym mowa, powracam do tekstu jeszcze sprzed ośmiu lat, jak najbardziej w temacie i niestety wciąż na czasie.

 

 

      Żona moja wprawdzie, ile razy zaczynam coś pomrukiwać na temat tego, że kiedyś było lepiej, na mnie krzyczy, a co gorsza robi to dokładnie w taki sam sposób, jak to ma w zwyczaju w chwilach, kiedy ją informuję, że mnie bolą nogi, albo, że w ogóle jestem zmęczony. Dlaczego „co gorsza”? Dlatego mianowicie, że to wskazuje wyraźnie, iż nie mamy do czynienia ze sporem intelektualnym, ani nawet historycznym, ale ze zwykłym stwierdzeniem faktu, że moje opinie nie mają tu żadnego znaczenia, bo jestem starym, wiecznie marudzącym dziadem. A zatem, to, co mnie spotyka, to jeszcze jeden wariant tej samej, jakże irytującej, choć klasycznej wręcz, insynuacji ograniczającej się do słów: „Jesteś pijany i zdenerwowany”.

      A mimo to, są sytuacje, kiedy ja jestem absolutnie przekonany, i nie ma siły, która by mnie tu przesunęła choćby o milimetr, że było lepiej. No, weźmy na przykład ostatnie wydarzenia: O ile czegoś nie przegapiłem, nie wydaje mi się, żeby kiedyś matki i ich partnerzy tłukli na śmierć swoje małe dzieci. Nie przypominam sobie, bym za Gierka, czy nawet za Jaruzelskiego, ale też i nawet za Wachowskiego, czytał tyle na temat tego, że gdzieś jakaś para – najczęściej dziewczyna i jej chłopak, lub kolega chłopaka – najpierw, połamali swojemu paromiesięcznemu dziecku sześć żeber, a następnie je, zapewne w humanitarnym odruchu skrócenia cierpień, zabili. Może czegoś nie pamiętam, ale też nie przypominam sobie, bym gdzieś czytał, że jacyś młodzi wsadzili swoje paromiesięczne dziecko do piekarnika i je upiekli, bo doszli do przekonania, że ono jest Golumem.

      A więc, musimy jednak przyjąć, że coś się dzieje. Że ów natłok wydarzeń tego typu nie może być wynikiem jakiegoś szczególnego przypadku. To nie jest tak, że, czy to z powodu globalnego ocieplenia, czy może jakichś plam na słońcu, czy może wejścia Polski do europejskiej wspólnoty, nagle matki i ojcowie w Polsce zaczęli po kolei i masowo zabijać własne dzieci. Nie wierzę również w to, że owa fala zabójstw jest spowodowana tym, iż rodzice sobie popili i stracili rozum, albo że przyszli goście, w telewizji był ciekawy program, dziecko się darło, no i ktoś tam nie wytrzymał. Nie sądzę wreszcie, że to wszystko jest z tej biedy, tej beznadziei i tego powszechnego lęku o przyszłość; że ci młodzi są tak zestresowani, że czasem zwyczajnie im nie wytrzymują nerwy, no i się odgrywają na tych najsłabszych.

      To wszystko, moim zdaniem, możemy bardzo łatwo wykluczyć, choćby z tego względu, że za komuny ludzie chlali wcale nie mniej, niż dziś, telewizja – ze względu na ubogość oferty – potrafiła wciągać znacznie bardziej, niż dzisiaj, no i wreszcie ludzie też mieli swoje zmartwienia, prawda? A może się mylę? Może nie mieli?

       Poza tym, ja mam bardzo mocne przekonanie, że gdyby tu szło o wódkę, nawet tę sprzedawaną gdzieś po trzy złotę za flaszkę, czy zwykłe zbydlęcenie, to byśmy coś na ten temat słyszeli. Uważam, że gdyby to o to chodziło, do nas by natychmiast przyszedł jakiś psycholog i wytłumaczył, jak to do tego typu nieszczęść dochodzi. Tymczasem tu mamy kompletną ciszę. Dowiadujemy się, że gdzieś znów, skutkiem ciężkiego pobicia, zmarło jakieś niemowlę, i poza tym, o tych, którzy je zamordowali nie wiemy nic. Można by uznać, że, zwyczajnie, coś jednemu czy drugiemu strzeliło do łba, i stało się. Jaka więc tu jest tajemnica?

      Otóż, moim zdaniem, tu musi chodzić o narkotyki. I nie jakieś szczególnie wyrafinowane, bo te jednak kosztują, ale albo o zwykłą trawę, albo jakieś dopalacze. A więc to, co jest przez część jak najbardziej oficjalnego establishmentu wręcz reklamowane, jako całkowicie naturalne i bezpieczne.

      Gdyby stało się wiedzą powszechną, że któraś z tych mam, z którymś z jej tak zwanych partnerów, czy kolegów partnera, czy z byłym partnerem, się zwyczajnie tak najarali, iż od tego dymu by się im poprzewracało we łbach, należałoby się zainteresować tak zwanym kontekstem. A to mogłoby się już okazać bardzo niewygodne. I nie można by sprawy zamknąć jakąś pozorowaną dyskusją w telewizji, czy na łamach prasy, z której wniosek byłby tylko taki, że może lepiej zalegalizować, bo to, co dziś jest na rynku, to jakieś świństwo. Trzeba by było uczciwie i do końca odpowiedzieć na parę pytań i podjęć kilka poważnych kroków. A jednym z pierwszych byłoby wyciągnięcie z tej knajpy, gdzie całkiem niedawno ucinał sobie z Robertem Mazurkiem pogawędkę, Kamila Sipowicza i postawienie przed prokuratorem. A to nie leży w niczyim interesie. Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że faktycznie w niczyim.

      Przychodzi kolejny dzień i znów czytamy, że gdzieś w Polsce, jak to śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, „Łódź Kaliska albo Kutno”, zostało zatłuczone na śmierć kolejne małe dziecko, a potem oglądamy tę wychudzoną, czarnowłosą wampirzycę, i jakiegoś durnia w czapce, lub w kapturze, jak ich wloką do radiowozu, lub po schodach do budynku któregoś z komisariatów. I znów ani słowa o tym, co się tak naprawdę stało. I obawiam się, że się tego nie dowiemy tak długo, aż to wszystko, Bóg da, wreszcie trzaśnie. No i wtedy się dopiero przerazimy.



 

środa, 2 grudnia 2020

O tym, jak zwykły hamburger potrafi zdławić wyrzuty sumienia

       Pewnego dnia w maju 1978, 25-letni mieszkaniec  pewnej wioski w Kaliforni nazwiskiem Robert Alton Harris poprosił swojego młodszego brata Daniela, by ten pomógł mu obrabować bank. 2 lipca, Daniel ukradł z domu sąsiada dwa pistolety i obaj udali się do San Diego. Dwa następne dni bracia przeznaczyli na zakup amunicji, oraz konkretne już próby przed atakiem, by 5 lipca na parkingu przed miejscowym centrum handlowym zauważyć dwóch 16-letnich chłopców, Johna Mayeskiego i Michaela Bakera, gdy ci siedzieli w zielonym fordzie Mayeskiego i jedli hamburgery. Mayeski i Baker byli bliskimi kuplami, którzy spędzali wesoło ów dzień, świętując w ten sposób świeżo uzyskane przez Mayeskiego prawo jazdy i kiedy zobaczyli zbliżające się Zło, nie zdążyli nawet zareagować.  Robert Harris przesunął chłopców na tylne siedzenie, sam siadł za kierownicą forda i ruszył przed siebie, Daniel natomiast, w drugim samochodzie pojechał za nimi. W pewnym momencie Robert przystanął, kazał chłopcom wysiąść i uklęknąć. Chłopcy posłusznie padli na kolana i zaczęli się modlić. Wtedy Robert powiedział: „Przestańcie się mazać i umrzyjcie jak mężczyźni” i obu zastrzelił. Po wszystkim obaj wrócili do domu i tam, zgłodniawszy nieco, zjedli niedokończone przez Mayeskiego i Bakera hamburgery. Po godzinie, kiedy się już najedli, pojechali do wcześniej upatrzonego banku, zrabowali 2000 dolarów, a ponieważ, jak się okazało, jedyną rzeczą którą potrafili robić naprawdę dobrze, to zabijać, po następnej niecałej już godzinie zostali zatrzymani, osądzeni, posadzeni, a sam Robert Alton Harris po 14 latach kolejnych apelacji, odroczeń i całej serii protestów ze strony organizacji broniących praw człowieka, 21 kwietnia 1992 roku zmarł w komorze gazowej w więzieniu San Quentin.

        O tym co się działo między jedną a drugą śmiercią, w swojej książce „The Way Things Ought To Be”, w rozdziale poświęconym temu w jaki sposób światowe lewactwo walczy z prawem i sprawiedliwością, bardzo interesująco pisze Rush Limbaugh, mnie jednak dziś akurat nie interesuje ani samo morderstwo, ani ów wyrok śmierci wydany na Harrisa, ani nawet te 14 lat, którymi mógł się on jeszcze cieszyć zanim ostatecznie zszedł nam z oczu. To o czym dziś myślę, to te hamburgery, które obaj braci wsunęli zaraz po morderstwie, no i ów głód jaki ich w tym momencie nagle nie wiedzieć czemu dopadł. Bo o co chodzi? Otóż parę dni temu zobaczyłem w telewizji występ kilku uczestniczek tak zwanego Strajku Kobiet, jak one na zmianę opowiadały o tym, jak to dokonały pierwszej aborcji w życiu i jedyne co potem poczuły to niesamowity głód, a ja, pisząc ten tekst, chciałem im – ale też tym wszystkim ich przyjaciółkom z branży – zakomunikować, że nie mają się tak znowu czym chwalić. Z tego co już wiemy, tego typu reakcja w tego typu sytuacji jest jak najbardziej normalna.



 

 

 

 

 

czwartek, 11 czerwca 2020

Czy pod pokładem SS Mantola przewożono ludzinę


      Na fali antytrumpowego obłędu, który w pewnym momencie doprowadził do kolejnej po wydarzeniach roku 1992 próby podpalenia Ameryki, a dziś odbija się żałosną czkawką również w w Europie, chciałbym zwrócić uwagę na news, który wprawdzie znalazł swoje miejsce we wczorajszych doniesieniach, niemniej w moim pojęciu, został dramatycznie niedoceniony. Otóż jak się dowiadujemy, w Wielkiej Brytanii podjęto, póki co dość skuteczną, próbę niszczenia pomników upamiętniających dawnych brytyjskich kolonizatorów. Czemu owa wiadomość aż tak mnie zainteresowała? Otóż rzecz w tym, że z tego co zdążyłem przez lata zaobserwować, Wielka Brytania jest wręcz zbudowana na pamiątkach po swoich bohaterach, i to niezależnie od tego, czy mamy na myśli pamiątkowe tablice, pomniki, czy wręcz muzea, czy pałace. A ciekawostka z tym związana jest taka, że niemal każda z owych pamiątek dotyczy osób, które w ten czy inny sposób organizując i realizując rzeź, o jakiej ani stary Adolf, ani jeszcze starszy Józef nawet nie mogli marzyć, zapisali się też w historii Imperium, jako jego budowniczy. Słucham więc dochodzących do nas z Wysp informacji, że kolejny pomnik któregoś z owych brytyjskich bohaterów został utopiony w Tamizie i myślę sobie, że jeśli to tak dalej pójdzie, to oni z całą pewnością w końcu zostaną pozbawieni swojej historii na zawsze.
       W tej sytuacji, by może nieco przybliżyć ów problem, pozwolę sobie zaprezentować fragment rozdziału z mojej ostatniej – i chyba faktycznie już ostatniej – książki o Brytyjskim Imperium właśnie, zachęcając oczywiście do jej kupowania. Do tego jeszcze wrócę pod koniec tej notki, na razie jednak, proszę o uwagę:
      Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest powszechnie znane pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu, gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś, czy w ogóle swoją okolicę i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego akurat wrażenia nie robić, setki lat później przybrało kształt państwa opiekuńczego, a więc państwa, któremu, jak to się powszechnie określa, los człowieka nie jest obojętny.
      Pierwsze jednak workhouses pojawiły się dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach 30-tych XVI wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu. W odpowiedzi na nową i nie do końca dla rządzących wygodną sytuację, królowa Elżbieta, przy pomocy ustawy o pełnej nazwie Act for the Relief of the Poor, a w skrócie znanej jako Poor Law Act, w roku 1601 zleciła, by każda parafia otworzyła na swoim terenie dom, w którym ludzie starzy i chorzy będą mogli znaleźć schronienie i opiekę. Czemu tak postąpiła? Nie wiadomo. Niektórzy twierdzą, że to wyłącznie z dobrego serca.
        Dopiero jednak gwałtowny wzrost ludności Wysp, jaki nastąpił w XIX wieku, kiedy to liczba mieszkańców Anglii, Walii i Szkocji podskoczyła z 10 do 45 milionów, przy jednoczesnym rozwoju nowych technologii, które przede wszystkim zaczęły zastępować tradycyjne rolnictwo, ale może w głównej mierze dzięki serii tragicznych lat nieurodzaju, doszło do sytuacji, że już w latach 30-tych okazało się, że dotychczasowe formy pomocy ludziom biednym stają się zwyczajnie nieefektywne.
      W odpowiedzi na nowe potrzeby, w roku 1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić wszelkiej publicznej pomocy.  Pojawił się też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. Większość z osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych umiejętności, poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku. Jednak, teoretycznie przynajmniej, założenie było takie, że XIX-wieczny workhouse miał stworzyć ludziom takie warunki pracy, by stała się ona najcięższą z możliwych, a to z kolei po to, by wszyscy ci, którzy są wprawdzie biedni, ale wciąż jeszcze na tyle sprawni, by wykonywać bardziej wymagające prace, jednak się nie zgłaszali, ponieważ jednak w brytyjskich miastach bieda była wówczas tak dojmująca, że ludzie najzwyczajniej w świecie umierali na ulicach, dla części z nich ów workhouse stanowił być może już ostatnią szansę, by żyć.
        Wraz z nadejściem XX wieku workhouses gromadziły już niemal wyłącznie  ludzi starych, słabych i chorych, natomiast ludzie biedni, ale jakoś tam jednak jeszcze sprawni, wciąż przysłowiowymi zębami i pazurami czepiali się zwykłego życia poza jego murami, co w roku 1929 doprowadziło do uchwalenia kolejnej ustawy, umożliwiającej miastu przejąć lokalny workhouse i uczynić go częścią państwowego systemu opieki zdrowotnej. 
       Mimo tego jednak, znaczna ich część wciąż funkcjonowała jako osobne jednostki. Dopiero ustawa z roku 1948, wprowadzona pod nazwą National Assistance Act, zastąpiła wcześniejsze Poor Law, i owe przedziwne obozy pracy zostały ostatecznie pozamykane.
       Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej niechybnie by zmarli z głodu, mogli znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a następnie pozwolić mu zdechnąć pod byle płotem.
      I to jest pierwszy powód, dla którego sugestię, że projekt pod nazwą workhouse powinniśmy traktować, jako sposób na walkę z biedą, zdecydowanie odrzucić. Drugi powód wydaje się być jeszcze bardziej przekonujący, a stoi za nim czysta praktyka w postaci samej metody, zgodnie z którą przeciętny workhouse był zorganizowany. W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, aby ci, co żyli jeszcze na ulicy, doskonale wiedzieli, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w tamtych czasach i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.
       I wcale nie trzeba było być biednym, by się tam znaleźć. Niekiedy wystarczyło, że ktoś stracił pracę, czy się rozchorował i przez to trafił na tę czarną listę. W ten sposób dochodzimy do punktu, w którym wypada nam się zastanowić, w jakim celu – nawet zakładając, że intencje samej Elżbiety były czyste, w co należy oczywiście wątpić – Imperium uznało za stosowne wprowadzić ów system i to w takiej, a nie innej formie. Do tego jednak potrzebujemy przyjrzeć się bliżej, jak on wyglądał. Otóż o tym, co się tam działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie, każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie. No i może przede wszystkim – i to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by tam już na służbie Imperium budować jego potęgę, choćby przez pracę na rzecz zwiększenia brytyjskiego eksportu. Choćby tylko dwie instytucje, działające pod nazwami Home Children i Philanthropic Farm School, w latach 1850-1871 wysłały do kolonii ponad 1000 chłopców. Natomiast w roku 1869 dwie bardzo ambitne panny, Maria Rye i Annie Macpherson, podjęły działalność sprowadzającą się do wyciągania z obozów całych grup, czy to zgarniętych z ulic sierot, czy też odebranych rodzicom dzieci, i wysyłania ich do Kanady.  Kanadyjskie władze za każde dostarczone dziecko płaciły owym dobrym kobietom drobne honorarium, jednak większość kosztów była pokrywana z funduszów dobroczynnych lub z puli wyznaczanej regularnie przez Poor Law. Ile w sumie było tych dzieci, nie wiadomo, natomiast biorąc pod uwagę fakt, że wedle danych jak najbardziej oficjalnych przez owe obozy przewinęło się w sumie 60 milionów (tak, tak – mówimy o milionach!) ludzi, ich liczba musiałaby z pewnością robić wrażenie.
       I wydaje się, że nie trzeba specjalnej inteligencji, by w tym momencie połączyć trzy zupełnie osobne, lecz znajdujące wspólny punkt, świadectwa, których sami Brytyjczycy wcale nie ukrywają. Pierwsze z nich to szeroko dostępne informacje na temat przyjętego przez Imperium systemu edukacji, który zawsze i przede wszystkim miał służyć Imperium, a to przez zbudowanie bezwzględnego, bezlitosnego i pozbawionego jakichkolwiek skrupułów brytyjskiego pana. Drugie, to choćby intelektualne dzieło wielkiego brytyjskiego myśliciela i twórcy, George’a Bernarda Shaw, którego niezliczone wypowiedzi na temat teoretycznych podstaw owej wielkiej idei, jaką jest Imperium, mogłyby śmiało konkurować z niesławnym „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. No i wreszcie owe częściowo już zapomniane, ale wciąż istniejące świadectwa ludzi, którzy widzieli, w jaki to sposób Imperium zbierało z ulic owe śmieci, z których na i tak przeludnionych Wyspach nie było najmniejszego pożytku, a mogli się jak najbardziej przydać na Karaibach, w Indiach, w Afryce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Wszak, jak to wyraźnie swego czasu napisał znany nam skądinąd królewski czarownik John Dee, Imperium nie ma granic. I to nawet jeśli część tego świata nazwę England będzie wymawiać jako  [i:nklant], a czasownik remove [ri:mu:f], co tak pięknie nam zaprezentował jak najbardziej brytyjski autor Roald Dahl, w swojej wspaniałej powieści o Diable pod tytułem „The Witches”.
       A zatem to jest ów tekst, ze wspomnianej przeze mnie książki. Jeszcze raz zachęcam wszystkich do jej nabywania, tyle że może już bezpośrednio ode mnie, ponieważ moja współpraca z Kliniką Języka się ostatecznie zakończyła i ja już tam nie mam nic do szukania. Kontakt wszyscy znają. Na wszelki wypadek przypominam: k.osiejuk@gmail.com




sobota, 3 marca 2018

Kto uczy nasze dzieci miłości do sztuki?

      Reżimowe media podały, jak rozumiemy, w ramach walki o oczyszczenie śrdodowiska, że któryś z sędziów gdzieś w Polsce kazał wypuścić z aresztu pewną Luizę, która dwa lata temu poderżnęła gardło swojemu sąsiadowi, starszemu już człowiekowi, i dziś, w związku z tym, że Diabeł jeden wie, gdzie ona się podziewa, cała okolica żyje w strachu, że Luiza się nagle ujawni i zechce zrobić krzywdę kolejnej osobie. Skąd ten lęk? Otóż, jak się dowiadujemy, Luiza, wówczas jeszcze 18-letnia, wiejska dziewczyna, jeszcze zanim zamordowała człowieka i została potraktowana przez prawo z odpowiednią uwagą, znana była z tego, że krążyła po okolicznych cmentarzach, niszczyła nagrobki, bezcześciła krzyże oraz święte figury, oraz, naturalnie, paliła Pismo Święte, no i to wszystko w świadomości ludzi prostych łączy się dziś w jedną całość, która powoduje ów strach.
     Czemu sędzia po dwóch latach puścił Luizę wolno do domu? Okazuje się, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami, nie można bowiem przetrzymywać w areszcie osoby podejrzanej choćby o najcięższe przestępstwo bez procesu dłużej niż dwa lata, jeśli nie ma ku temu specjalnych powodów, no a w przypadku Luizy owych powodow sędzia się nie dopatrzył i, jak sam mówi, inaczej postąpić nie mógł. No i, co już zostało powiedziane, dziś Luiza krąży w sobie tylko i jej demonowi-stróżowi miejscu, a ludzie boją się o życie swoje i bliskich.
      Cała ta historia, już sama w sobie, robi oczywiście pewne wrażenie i nic by pewnie nie zaszkodziło, gdybym tu w tej chwili ułożył odpowiednio mocny komentarz i sprawę zamknął, gdyby nie fakt, że jest w niej coś, co mnie zaintrygowało znacznie bardziej, niż sama zbrodnia i ewentualny brak kary. Otóż – i tu, jak już nie jeden raz wcześniej, czuję wdzięczność wobec mojej córki, która przeprowadziła dla mnie odpowiednia kwerendę – okazuje się, że Luiza była uczennicą liceum plastycznego w Nałęczowie, co pewnie nie miałoby większego znaczania, gdyby nie fakt, że w ten oto sposób ona dołącza do całej grupy znanych nam satanistów, o których przy róznych, mniej lub bardziej drastycznych, okazjach informowały media. Czy to bowiem będziemy wspominać tę poetkę z Białej Podlaskiej, czy tamtego poetę z Poznania, czy autorów projektów takich jak festiwal Unsound, czy Kraina Grzybów, które dla jednych, drugich i trzecich stanowiły deklarowane wręcz źródło inspiracji, wychodzi na to, że współczesny satanizm jest bardzo mocno związany ze współczesną sztuką. I odwrotnie – współczesna sztuka często jest budowana na estetyce śmierci.
      Nie pamiętam w tej chwili, czy to było w zeszłym roku, czy może jeszcze wcześniej, ale swego czasu pisaliśmy tu o wielkim satanistycznym widowisku, jakie zostało z nadzwyczajną pompą zorganizowane w Szwajcarii przy okazji zakończenia budowy oraz uroczystego otwarcia najdłuższego tunelu na świecie. Oglądaliśmy fragmenty owego widowiska, z autentycznym drżeniem przeżywaliśmy każdą minutę tego upiornego teatru i wydawało się, że to jest coś naprawdę wyjątkowego. Tymczasem, odnoszę ostatnio coraz częstsze wrażenie, że to wcale nie był wyjątek, lecz zaledwie reguła.
     Proszę sobie wyobrazić, że parę dni temu, przerzucając leniwie stacje w swoim telewizorze trafiłem na muzyczny kanał o nazwie Mezzo, a tam nadawano ni mniej ni więcej, tylko przedstawienie „Dziadka do orzechów” Czajkowskiego w wykonaniu baletu Teatru Wielkiego w Genewie. Przyznam się, że w pierwszej chwili byłem pod autentycznym wrażeniem i to do tego stopnia, że choć zarówno operę, jak i balet z wszelkimi przyległościami, ze szczególnym uwzględniemienm muzyki Czajkowskiego, mam w minimalnym zainteresowaniu, pomyślałem sobie, że to jest tak wysoki poziom pod każdym możliwym względem, że ja bym nie dość, że poszedł sobie to obejrzeć, to niewykluczone, że wysiedziałbym na tym czymś pełne dwie godziny. Wystarczyło jednak kilka minut, kiedy, widząc co tam się dzieje, a raczej czując ów wszechobecny smród śmierci, który znałem wcześniej choćby ze wspomnianego otwarcia tunelu, zacząłem się naprawdę bać. Ja oczywiście nie mam sposobu, by poza wrzuceniemem tu owego parominutowego fragmentu, opisać, w czym rzecz, jednak proszę mi uwierzyć: tam nie ma ani Arlekina, ani Kolombiny, ani tych śnieżynek, ani nawet tych baletnic. A w momencie kiedy pokazuje się Cukrowa Wieszczka i jej Książe, to człowiek ma już tylko ochotę ze strachu wejść pod fotel. Bo na zewnątrz jest już bowiem tylko ów wszechogarniający smutek i unosząca się w powietrzu śmierć. Taka to jest, jak się okazuje, owa nowoczesna szwajcarska estetyka.
     I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam, bo to jest tylko taka zabawa. W końcu nawet ja muszę przyznać, że w odróżnieniu choćby od tego, co widzieliśmy przy okazji otwarcia tunelu, tu nawet nie ma tych potworów z rogami. Owszem, z tego co zdążyłem zauważyć, tam na tej genewskiej scenie istotnie nikt nie miał ani rogów, ani ogona. Zaledwie maski na twarzach i to też nawet nie każdy z nich. Otóż nie. To nie jest w żaden sposób zabawa. To jest znak. A jeśli komuś się wydaje, że taki znak to nie znak, to niech zajrzy do liceum plastycznego w Nałęczowie, Warszawie, czy tu w Katowicach i popatrzy, co tam malują ostatnio te dzieci, bo ja się nie odważę. 



Zachęcam oczywiście wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania też i moich książek. Przypominam, że jedną z nich, „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, można zamawiać bezpośrednio u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, z dedykacją jak najbardziej w cenie.
     






środa, 4 października 2017

Daleko od szosy, czyli jak się to robi w Arizonie

Wygląda na to, że krótka historia moich kryminalnych kawałków, które tu nam raz w miesiącu umilały czas, dobiega końca, jednak wciąż pozostają jeszcze dwie bardzo interesujące historie, z których pierwszą przedstawiam dziś. Bohaterami będą dziś panie.


      W miejscowości Florence, w amerykańskim stanie Arizona, w działającym przy miejscowym Towarzystwie Historycznym muzeum, wśród wielu lokalnych pamiątek, można również trafić na elegancką gablotkę, w której znajduje się stryczek, na którym 21 lutego 1930 roku zawisła niejaka Eva Dugan. Wielu Czytelnikow w tym dokładnie momencie z całą pewnością zada sobie pytanie, cóż takiego uczyniła owa nieszczęsna kobieta, że najpierw trzeba ją było powiesić, a następnie przez kolejne dziesiatki lat czcić jej pamięć w tak szczególny sposób. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że nic takiego. Jej pech polegał przede wszystkim na tym, że przyszło jej żyć w czasach, gdy stara biblijna zasada „oko za oko, ząb za ząb” była powszechnie traktowana przez prawo z najwyższą powagą i naprawdę nie trzeba było się wykazać ani szczególną morderczą pomysłowością, ani nawet szczególnym okrucieństwem, by skończyć aż tak fatalnie. Ale było w historii Evy Dugan coś jeszcze, co sprawiło, że ona na tego typu wyróżnienie zasłużyła bardziej, niż inni współczesni jej zabójcy. Otóż kiedy wspomnianego 21 lutego pamiętnego roku Eva Dugan najpierw, zwracając się do sądu, który skazał ją na śmierć, oświadczyła: „Umrę w swoich pięknych kozaczkach na nogach i w pełnym zdrowiu, a samo to jest już czymś więcej, niż to, czym wy, dupki, będziecie się mogli kiedykolwiek w swoim życiu pochwalić”, następnie poprosiła, żeby, wbrew jej wcześniejszym życzeniom, nie wieszać jej jednak w jej pięknej jedwabnej sukience, żeby ta się „nie pomięła”, a w końcu z dumnie podniesioną głową powiedziała, że nie ma nic więcej do dodania, poza tym, by strażnicy więżienni nie trzymali tak mocno, bo jeszcze nie daj Boże „ludzie pomyślą, że ona się boi”,  ostatecznie otworzyła się pod nią owa fatalna otchłań, a szarpnięcie jakie nastąpiło, urwało jej głowę. Wedle zpisanych relacji, w tym właśnie momencie, kiedy owa głowa potoczyła się im pod nogi, pięciu świadków egzekucji, trzech mężczyzn i dwie kobiety, zemdlało, a już w 1934 stan Arizona, ze względów jak najbardziej humanitarnych, zrezygnował z szubienicy na rzecz komory gazowej. I to zatem Evie Dugan i jej ponuremu przypadkowi przypisuje się ów rewolucyjny w gruncie rzeczy gest.
     Wypada jednak przynajmniej parę słów powiedzieć na temat tego, co takiego Dugan zrobiła, że przez to ostatecznie zdecydowano urwać jej głowę. Stało się zatem tak, że, urodzona w roku 1878 gdzieś w Ameryce, prawdopodobnie w okolicach Nowego Jorku, Dugan najpierw zawędrowała aż na Alaskę, gdzie zatrudniła się jako piosenkarka w kabarecie, a następnie przeniosła się do Arizony, gdzie zatrudniła się jako gospodyni domowa u miejscowego hodowcy drobiu, niejakiego Andrew J. Mathisa. Nikt jej wprawdzie za rękę nie złapał, natomiast w wyniku krótkiego, choć ściśle poszlakowego procesu, ustalono, że któregoś dnia owa dziwna kobieta zatłukła swojego dobroczyńcę siekierą, skradła mu samochód i wszystkie znajdujące się w domu pieniądze i zwiała gdzie pieprz rośnie. Na temat pięciu mężów, których podobno Dugan miała wcześniej, a którzy gdzieś się w międzyczasie zawieruszyli, nikt już nie wspominał.
       Od roku 1930 minęło już dużo czasu i choć Dugan pozostaje do dziś jedyną kobietą, która stan Arizona zdecydował się przynajniej spróbować powiesić, jest doprawdy wiele ciekawych historii związanych z poruszanym dziś tematem. My byśmy się może dziś skoncentrowali na trzech kobietach, które wciąż jeszcze żyją, natomiast co do których przyszłości stan Arizona ma ściśle określone zamiary i prędzej czy później, jak znamy życie, je zrealizuje.  Dwie z nich to przypadki niemal tak mało ciekawe, jak to, co uczyniła niemal już sto lat temu Eva Dugan.
       Shawna Forde to, wedle wszelkich znanych nam standardów, pospolita wariatka, która jako swój cel życiowy postawiła walkę z nielegalną imigracją z Meksyku, wspólnie z paroma innymi wariatami założyła ruch pod nazwą Minutemen American Defense Corps., a nastepnie uznała, że najlepszym sposobem na pokonanie wszelkiego zła tego świata będzie zabijanie Meksykanów. Zgodnie z tym założeniem, 30 maja 2009 roku, wraz z kilkoma, równie jak ona obywatelsko zaangażowanymi towarzyszami, napadła na dom 29-letniego obywatela Stanów Zjednoczonych Raula Floresa, zabijając jego i jego 9-letnią córeczkę, oraz ciężko raniąc żonę. Z tego co wiemy, sama Forde osobiście nikogo nie zabiła, natomiast ponieważ to ona zorganizowała całą akcję i to ona wreszcie wydała ostateczną komendę, poległa tak samo jak faktyczny zabójca i dziś czeka na swój dzień.
     Drugą z osadzonych dziś w jednym z więzień w Arizonie i czekających na śmierć trzech kobiet jest niejaka Wendy Andriano. I ona, podobnie jak Forde, nie ma zbyt wiele do powiedzenia, by wzbudzić nasze szczególne zainteresowanie.  Została skazana na śmierć w roku 2004 po tym, jak w miejscowości Ahwatukee zabiła swojego męża, którego z jakichś powodów nie mogła dłużej znieść. Swoją zbrodnię Andriano zaplanowała w taki sposób, że najpierw przyprawiła swojemu mężowi zupę jakimś środkiem przeciwko domowemu robactwu, następnie pozbawiła go przytomności, waląc go po głowie krzesłem, by w końcu wbić mu w kark kuchenny nóż. Obrona Andriano oczywiście tłumaczyła, że to co się stało było wynikiem wieloletniego dręczenia owej biednej kobiety przez męża-brutala, jednak sąd uznał, że sprawa była o wiele bardziej pospolita, a więc związana z tym, że Andriano się zakochała, swojego męża miała dość i wymyśliła to co wymyśliła. A więc standard. A że w stanie Arizona standardy póki co są traktowane dokładnie tak samo, jak absolutne wyjątki, stało się to co się stało i w związku z tym Wendy w końcu będzie musiała umrzeć przed czasem.
     No i wreszcie mamy historię ostatnią, z ostatnich dosłownie dni, a dotyczącą kobiety nazwiskiem Sammantha Allen i jej zaledwie 10-letniej kuzynki, Ame Deal. Historię autentycznie nie z tej ziemi. Spróbujmy się jej jednak przyjrzeć nie od strony sprawczyni, lecz ofiary.  Ame Lynn Dea urodziła się 24 lipca 2000 roku gdzieś w Pensylwanii ze zwiazku niejakiej Shirley Deal i jej męża Davida Deala. Po kilku latach najróżniejszych, choć dość zwykłych dla pewnego typu osobników przejść, rodzina, z trójką dzieci, przeniosła się do domu matki owego Davida i jego siostry, Cynthii Stoltzman, w Phoenix, skąd Shirley została ostatecznie wyrzucona na zbity pysk, z tym co miała na sobie. Rodzina przez całe lata przenosiła się z miejsca na miejsce, jednak za każdym razem, wedle relacji sąsiadów, dzieci, w tym z jakiegoś powodu szczególnie Ame, były bardzo często dręczone, bite i narażane na wszelkie rodzaju, często najbardziej wymyślne cierpienia. I oto nadszedł dzień, kiedy stało się nieszczęście. Córka napomkniętej tu już Stoltzman, również naturalnie wspomniana wcześniej Sammantha Allen, za karę, że Ame rzekomo zjadła bez pozwolenia lody,  zamknęła dziewczynkę w szafce na buty metr na metr i zostawiła ją tam, by się udusiła. Jak ustalił sąd, zanim Ame została wciśnięta do szafki, by tam ostatecznie umrzeć, była zmuszana przez swoją kuzynkę do wykonywania serii odpowiednich gimnastycznych ćwiczeń,  w tym biegania przez godzinę w temperaturze niemal 40 stopni. W śledztwie, rodzina Allen przyznała, że Ame faktycznie była szczególnie dręczona, jednak owo zachowanie było usprawiedliwione tym, że wszyscy podejrzewali, że ona akurat jest dzieckiem nieślubnym. Sammantha i jej mąż John Allen 27 lipca 2011 roku zostali aresztowani pod zarzutem morderstwa, ale również wcześniejszych przestępst związanych z dręczeniem dziecka.  Ojciec dziewczynki został uwolniony od zarzutów bezpośrednio dotyczących śmierci swojej córki, natomiast, owszem, został skazany na 14 lat więzienia za jej systematyczne dręczenie, do czego sam się zresztą przyznał. 10 sierpnia 2011 roku babcia Ame, Judith, jej siostra Cynthia, oraz oczywiście Allenowie zostali formalnie oskarżeni o wszelkiego rodzaju zbrodnie wobec owego biednego dziecka. Cynthia Stoltzmann 13 września 2013 roku skazana została na 24 lata więzienia. Judith Deal, babcia Ame, przyznała się do winy i dostała 10 lat.
     No i wreszcie przyszedł czas na ową Sammanthę. Ona i jej mąż zostali oskarżeni o morderstwo. Sammantha została uznana winna morderstwa pierwszego stopnia i niespełna miesiąc od dnia, kiedy ukazuje się ten tekst, 7 sierpnia 2017 roku, skazana na śmierć. Jej mąż, John Allen ma najprawdopoodbniej przed sobą podobny wyrok, jednak jego proces zaplanowany dopiero na 9 września tego roku.
     A my? Co my? My już tylko możemy powiedzieć, że nie możemy się doczekać.
     Oto Arizona w roku 2017. Trzy kobiety czekają na dzień, w którym przyjdzie im zakończyć swoje podłe życie. Na pierwszym planie mamy oczywiście ową Sammanthę i jej męża, w tle natomiast wciąż pojawia się ów niezwykły wprost obraz Evy Dugan, gdy ów sznur odrywa jej głowę. A my pozostajemy z wciąż tym samym pytaniem: cóż to jest takiego owa sprawiedliwość?


Zapraszam jak zawsze do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można niezmiennie kupować moje książki. Swoją drogą, bardzo polecam.

niedziela, 9 lipca 2017

O nieznanych urokach londyńskiego Notting Hill

     W ten piękny niedzielny poranek proponuję na chwilę wrócić do naszych crime stories, a konkretnie do miejsca i wydarzeń, które zapisały się w historii pod nazwą Rillinton Place. Czemu tak? Przede wszystkim dlatego, że nie przychodzi mi dziś do głowy nic innego godnego uwagi, a jednocześnie na tyle inspirującego, by mi nikt nie zarzucił, że wrzucam tu jakieś śmieci, po drugie dlatego, że nagle sobie uświadomiłem, że ten akurat tekst, wtedy, kiedy go publikowałem w wydawanym przez Piotra Bachurskiego miesięczniku „Bez Cenzury”, nam jakoś dziwnie umknął, no a po trzecie wreszcie, to jest naprawdę pierwszej klasy historia, którą warto znać. Zapraszam.


      Trudno jest mi określić czas, kiedy świat współczesnej cywilizacji doszedł do tego momentu, że nawet za najcięższe i najbardziej okrutne zabójstwa można dostać co najwyżej 30 tysięcy lat więzienia, gdy natomiast chodzi o Wielką Brytanię to znany jest nam on niemal co do dnia, a wiąże się z dwoma nazwiskami, Iana Brady i Myry Hindley i niesławnymi „morderstwami na wrzosowiskach”. Rzecz w tym, że owa szczególna parka, czyli Hindley – swoją drogą lesbijka –  i jej kumpel Brady, w latach 1963 – 1965, udręczyli seksualnie, a następnie zamordowali pięcioro dzieci: 16-letnią Pauline Reade, 12-letniego Johna Kilbride’a, również 12-letniego Keitha Bennetta, 10-letnią Lesley Ann Downey, oraz 17 letniego Edwarda Evansa, a następnie wywiozła ich ciała na pobliskie wrzosowiska i ukryła tak skutecznie, że do dziś mały Keith wciąż pozostaje niepochowany. Ponieważ oboje konsekwentnie odmawiali współpracy, reszta tych dzieci została odnaleziona dopiero po 20 latach.
      I to jest oczywiście wiadomość straszna, to jednak co nas tu dziś interesuje najbardziej, to to, że, kiedy Brady i Hindley czekali w więzieniu na rozpoczęcie procesu, przyszedł kluczowy rok 1965 i Wielka Brytania wprowadziła ustawowy zakaz stosowania kary śmierci i kiedy rok później sędzia wydawał wyrok na obu, nie pozostawało mu nic innego, jak skazać ich na dożywocie. Efekt tego jest taki, że Myra Hindley żyła jeszcze przez 35 lat i zmarła w więzieniu dopiero w roku 2002, niemal 80-letni Brady natomiast wciąż tam sobie jakoś organizuje czas, zanim wpadnie w mroki piekieł.
      Choć to jest już niemal nieistotne dla naszej opowieści, warto może wspomnieć, że w pogrzebowych uroczystościach Hindley wzięło udział zaledwie kilka osób, a zanim jej ciało zostało skremowane, 20 lokalnych zakładów pogrzebowych odmówiło jej obsłużenia, a park, w którym była partnerka Hindley rozrzuciła jej prochy, przez długie lata był chroniony w obawie przed aktami wandalizmu.  
      A pomyśleć, że wystarczył jeszcze jeden rok, byśmy dziś w ogóle nie musieli ani wspominać Hindley, ani zadręczać się tym, co słychać u Brady’ego, a niewykluczone, że zarówno on, jak i ona, rozmyliby się w naszej pamięci dokładnie tak samo, jak niejaki John „Reg” Christie, człowiek podobnie zasłużony dla historii ludzkości, który, jeśli dziś budzi jakiekolwiek emocje, to najczęściej podczas wycieczek w londyńskim House of Horrors, gdzie jego woskowy model dynda z sufitu, regularnie strasząc dzieci, ich mamy i co bardziej wrażliwych tatusiów. A przyznać trzeba, że był czas, kiedy jego nazwisko było z trwogą szeptane od Londynu po Manchester. Dziś jednak jest, jak jest, przede wszystkim dzięki temu, że dnia 15 lipca 1953 roku, w londyńskim więzieniu Pentonville, kat nazwiskiem Albert Pierrepoint, usłyszawszy, że Christiego swędzi nos, poinformował go, że „już niedługo ten kłopot będzie miał z głowy” i chwilę później go zwyczajnie powiesił.
      Cóż takiego uczynił ów Christie, że Pierrepoint nie zechciał go nawet przed śmiercią podrapać? Aby się tego dowiedzieć, musimy cofnąć się jeszcze głębiej w przeszłość, aż do roku 1899, kiedy to w wiosce Northowram niedaleko Halifax w hrabstwie Yorkshire producentowi dywanów nazwiskiem Ernest Christie urodził się długo oczekiwany syn. Stary Christie miał już pięcioro dzieci, ponieważ jednak były to same dziewczynki, można podejrzewać, że swoim przyjściem na świat sprawił John swojemu ojcu pewną radość. A sprawienie radości Ernestowi to był wyczyn nie lada. Z tego co dziś o nim wiemy, był to człowiek raczej niesympatyczny, małomówny, bardzo surowy w stosunku do rodziny, nic więc dziwnego, że kiedy zdążył się przyzwyczaić do tego, że ma syna, a ten stanął mocno na nogi, zaczął go traktować, jak całą resztę, a więc głównie twardą ręką. Dzieciństwo Johna było tym bardziej niełatwe, że jego starsze siostry, idąc za przykładem taty, traktowały młodszego brata w jedyny sposób, jaki im przychodził do głowy, czyli bez litości i bez współczucia. Zapewne w reakcji na owo traktowanie, matka Johna stała się w stosunku do niego dramatycznie nadopiekuńcza, co doprowadziło do tego, że przez rówieśników traktowany był głównie z szyderstwem i pogardą.
       Mimo to nie był dzieckiem głupim. W wieku 11 lat, w uznaniu dla swojej wysokiej inteligencji i matematycznych umiejętności, uzyskał stypendium i został przyjęty do szkoły średniej. Ponieważ miał też ładny głos, śpiewał w kościelnym chórze. Po ukończeniu szkoły znalazł pracę w kinie, jako asystent specjalisty od obsługi projektora. W roku 1916 wstąpił do wojska, a następnie został wysłany do Francji, by walczyć na wojnie. Tam też ucierpiał na skutek ataku gazowego, w wyniku czego najpierw na trzy lata stracił głos, a potem już do końca życia mówił wyłącznie owym szeptem, który w końcu miał się stać tak złowieszczo legendarny.
       Przez całe również życie miał Christie problemy z potencją. Jego pierwsze próby nawiązania kontaktu z kobietami skończyły się porażką, przez co zmuszony był na co dzień znosić obelżywe przezwiska typu „Reggie-No-Dick”, czy „Can’t-Do-It-Christie”, a jedyne kobiety, które były w stanie go tolerować, to te, które zgadzały się robić to za pieniądze.
      W roku 1920 Christie poznał w Sheffield niejaką Ethel Simpson, która zgodziła się go poślubić, jednak ponieważ w dalszym ciągu korzystał z usług prostytutek, po czterech lat małżeństwo się rozpadło. Ethel została w Sheffield, a Christie wyjechał do Londynu.
       Przez kolejną dekadę Christie z jednej strony próbował jakoś żyć, a z drugiej stopniowo zaczął się obsuwać w stronę mniej lub bardziej poważnych przestępstw, takich jak oszustwa, czy kradzieże, co sprawiło, że znaczną część tego czasu spędził w więzieniu. W roku 1929 został oskarżony o ciężkie pobicie prostytutki, i skazany na pół roku ciężkich robót.
      Nigdy nie zrozumiemy, jak to się stało, że dopiero z tak brutalną historią na plecach, udało mu się pogodzić z żoną, ale tak się to stało i para zamieszkała wspólnie w londyńskim Notting Hill, wówczas zdecydowanie bardziej przypominającym dzisiejsze dzielnice Łodzi, gdzie się zabija małe, płaczące dzieci, niż to, z czego Notting Hill znane jest obecnie, w mieszkaniu na Rillington Place 10, dziś miejscu równie niesławnym, jak jego lokator.
      Po wybuchu wojny, Christie, mimo swojej przestępczej historii zatrudnił się w policji, gdzie poznał kobietę, która następnie – jeszcze jeden niezbadany grymas losu – zgodziła się zostać jego kochanką i zapewne, jeśli tylko wciąż zyje, do dziś jest wdzięczna losowi, że poznała go zaledwie w początkach jego kariery.
      Pierwszą osobą, do zamordowania której Christie się przyznał, była Austriaczka o nazwisku Ruth Fuerst, w wolnym czasie trudniąca się prostytucją. Wedle swoich własnych zeznań, zaprosił kobietę do swojego mieszkania, a następnie dostał tak zwanych nerwów i ją w złości zamordował. Najpierw ukrył jej ciało pod podłogą, jednak po paru dniach przeniósł je do ogrodu, gdzie je zakopał.
      W roku 1943 rzucił pracę w policji i podjął pracę jako urzędnik. W nowym miejscu poznał kobietę nazwiskiem Muriel Amelia Eady. Zaprosił ją do siebie, w niezwykle podstępny sposób pozbawił ja świadomości gazem z kuchenki, nieprzytomną zgwałcił, po czym udusił i zakopał w ogrodzie obok Ruth Fuerst.  
     Przed Wielkanocą roku 1948, do domu na Rillington Place wprowadził się niejaki Timothy Evans z żoną Beryl i córeczką Geralidine. Pod koniec roku 1949 Evans, na co dzień pijak i awanturnik, poinformował policję, że jego żona nie żyje, a jej śmierć nastąpiła po wypiciu jakiegoś nieznanego płynu mającego spowodować aborcję, a który on z kolei kupił od nieznanego mężczyzny. Jednocześnie powiedział Evans policji, że ciało Beryl znajduje się w dole kanalizacyjnym. Ponieważ po przybyciu na miejsce, policja nie znalazła żadnego ciała, Evans zmienił zeznania i powiedział, że to Christie zaproponował Beryl aborcję i to on ją przy tej okazji zabił, a gdzie ukrył zwłoki, nie jest mu wiadome. To Christie też miał namówić Evansa, by na jakiś czas opuścił Londyn, podczas gdy on zajmie się zarówno ciałem Beryl, jak i opieką nad dzieckiem, którego on już zresztą więcej nie widział.  Policja wznowiła poszukiwania i ostatecznie w pralni z tyłu ogrodu znalazła ciało Beryl, a obok niego ciało dziecka. Badania wykazały, że zarówno matka, jak i dziewczynka zmarły skutkiem uduszenia i że Beryl dodatkowo przed śmiercią została pobita. Ostatecznie Evans stanął przed sądem oskarżony o zabójstwo dziecka, skazany na śmierć, a następnie powieszony. Głównym świadkiem oskarżenia w procesie był Christie i mimo że jego przestępcza kariera powinna była wzbudzić u sędziego wątpliwości, jego ewentualny udział w zbrodni nie był ani przez chwilę przez sąd rozważany.
      Egzekucja Evansa musiała zrobić na Christie wrażenie na tyle, że przez trzy kolejne lata, poza grzecznym chodzeniem do burdeli, trzymał się standardu ustalonego przez czasy i miejsce, w których przyszło mu żyć. Wprawdzie ujawienie przy okazji procesu Evansa kryminalnej przeszłości Christiego doprowadziło do tego, że ten po raz kolejny musiał zmienić pracę, to jednak wreszcie nadszedł dzień 14 grudnia 1952, kiedy to Christie udusił w łóżku swoją żonę, rodzinę poinformował, że Ethel wyjechała w nieznanym kierunku, następnie zrezygnował z pracy, zarejestrował się jako bezrobotny, sprzedał obrączki, zegarek żony i jej meble, by ostatecznie podrobić jej podpis i opróżnić jej konto w banku. W ciągu kolejnych trzech miesięcy, od stycznia do marca 1953 roku, Christie zamordował trzy kolejne kobiety. Pierwszą z nich była Kathleen Maloney, okoliczna prostytutka, dwie kolejne to Rita Nelson, która przybyła z Belfastu odwiedzić swoją siostrę w Londynie, oraz Hectorina MacLennan mieszkająca w Londynie ze swoim chłopakiem. Wszystkie kolejno zaprosił do swojego mieszkania na Rillington Place, gdzie tradycyjnie najpierw ugościł je w kuchni, oszołomił gazem, następnie nieprzytomne zgwałcił, a potem udusił przy pomocy sznurka. Ciała zamordowanych kobiet ukrył w specjalnie do tego przygotowanej kryjówce za kuchnią.
     Wkrótce potem Christie wyprowadził się z Notting Hill i wynajął mieszkanie w innej części Londynu. Kiedy właściciel Rillington Place zorientował się, że mieszkanie zostało zwolnione, zgodził się, by inny lokator z piętra wyżej korzystał z kuchni Christiego, w ten oto sposób odkryte zostały zwłoki trzech zamordowanych przez niego dziewcząt i policja rozpoczęła zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą. Gdy Christie dowiedział się, że jest ścigany, opuścił swoje nowe mieszkanie i przez kilka dni błąkał się po Londynie, spędzając czas głównie w pubach. 31 marca 1953 roku, niespełna miesiąc po zamordowaniu ostatniej z dziewcząt, został aresztowany przez policjanta, podczas rutynowej kontroli. Przy sobie miał zaledwie kilka monet i stare wycinki z gazet na temat procesu Timothy Evansa.
      W śledztwie przyznał się do siedmiu morderstw, w tym do zabójstwa Beryl Evans. Winą za śmierć Geraldine obarczył jednak Evansa. W trakcie procesu, który rozpoczął się 22 czerwca 1953 roku i odbywał się przed tym samym sądem, przed którym trzy lata wcześniej stawał Timothy Evans, Christie oskarżany był jednak tylko o zabójstwo żony Ethel. Obrona wnosiła o uznanie Christiego za osobę niepoczytalną, a on sam twierdził, że nic z okoliczności tamtych zabójstw nie pamięta, sąd jednak wniosek odrzucił i po półtoragodzinnej naradzie skazał go na śmierć przez powieszenie, które niemal natychmiast po ogłoszeniu wyroku zostało zgodnie ze sztuką przeprowadzone przez dokładnie tego samego kata, który wcześniej wykonał wyrok na Evansie.
     I to już jest prawie koniec tej historii. Może tylko przydałoby się już na sam koniec zwrócić uwagę na te daty – daty z naszego, dzisiejszego punktu widzenia, wprost niezwykłe. Proces Christiego rozpoczął się 22 czerwca, a on sam trzy tygodnie później już wisiał. To jest dopiero tempo godne autentycznej sprawiedliwości.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Bardzo polecam każdą z nich.





środa, 28 czerwca 2017

Charles Whitman - refleksja na temat refleksji

      Niedawno pewne wrażenie na miłośnikach kina zrobił amerykański film pod tytułem „Tower”, a moim zdaniem owo wrażenie, jakkolwiek by ono było wielkie, jest i tak zbyt małe. Zachęcam więc wszystkich do odpowiedniej aktywności i do zainteresowania się owym dziełem, a z myślą o tych, którzy mają już tu pewne plany, pragnę zaprezentować swój tekst, jaki ukazał się w najnowszym numerze magazynu „Bez Cezury”. Swoją drogą, bardzo polecam.

     


     Przy okazji wcześniej tu opowiadanej historii, wspomnieliśmy o tym, że lato roku1966 w Stanach Zjednoczonych było o tyle szczególne, że to wtedy właśnie, w ciągu zaledwie paru miesięcy, doszło tam do serii zabójstw, których autorzy do dziś są wspominani we wszystkich poważnych analizach traktujących czy to o ludzkim opętaniu, czy zaledwie o tym, jaką zagadką potrafi się okazać ludzki mózg i jego pokrętne ścieżki. W naszych refleksjach zajęliśmy się więc człowiekiem nazwiskiem Robert Benjamin Smith, który kto wie, czy nie przez to, że nie mogąc znieść owego nędznego publicznego statusu, na jaki skazało go owo tak przeraźliwie nieciekawe nazwisko, postanowił osiągnąć szczyty popularności zabijając pięć kobiet równie niewinnych jak owa  3-letnia dziewczynka, której się tam, podobnie jak wszystkim pozostałym, nieszczęśliwie zdarzyło znaleźć.
     Wydaje się jednak, że skoro już postanowiliśmy się przyjrzeć sposobowi, w jaki owo Boże stworzenie, o którym sam Pan powiedział, że było bardzo dobre, jakimś niezbadanym cudem osiągnęło aż tak niski poziom upadku, wypada rzucić okiem na to, czego dokonał niejaki Charles Whitman. A trzeba nam wiedzieć, że nie mamy tu akurat do czynienia z jakimś pierwszym z brzegu durniem, którego rodzice chlali, dziewczyny nie kochały, a koledzy podstawiali mu nogę, ale z autentycznym bohaterem i wojownikiem, któremu, jak się po czasie okazało, pewnego dnia wyrosło coś na mózgu i nie chciało ustąpić.   
     Ów Charles Whitman, typowy „All American Kid”, urodził się 24 czerwca1941 roku w Lake Worth na Florydzie, jako najstarszy syn niejakich Margaret i Charlesa Adolphusa Whitmana Jr. Czy to przez tego Adolfa, czy z jakichś innych powodów, stary Whitman, choć skutecznie dbał o rodzinę, wymagał od żony i dzieci bezwzględnego posłuszeństwa, które oczywiście wymuszał siłą. Sam Charles jednak wspominany był jako spokojne i grzeczne dziecko, w dodatku o niezwykłej wręcz inteligencji, w wieku zaledwie sześciu lat szacowanej na poziomie 139 IQ. Jak się przedstawiało religijne życie starego Whitmana, źródła nie podają, natomiast matka była bardzo pobożną rzymską katoliczką, a dzieci chowane były w tej samej co matka wierze i przez pewien czas nawet służyły jako ministranci w miejscowym kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa.
     Jak wyglądała kwestia praktyk religijnych Whitmana seniora, jak już wspomnieliśmy, nie wiadomo, natomiast wiadomo, że był on zapalonym kolekcjonerem broni i od najmłodszych lat trenował swoich synów w strzelectwie. Jego pierworodny okazał się mistrzem nad mistrze. Jak stary Whitman zeznał po latach, „Charles jako szesnastoletni chłopak był w stanie trafić wiewiórkę prosto w oko”. W wieku 11 lat Charles, jako najmłodsze dziecko w historii skautingu, wstąpił do harcerstwa, a gdyby ktoś myślał, że jemu w głowie było tylko strzelanie wiewiórkom w oko, powinien się dowiedzieć, że już w wieku 12 lat owo niezwykłe dziecko grało na fortepianie jak nikt z jego rówieśników, jednocześnie próbując osiągać sukcesy jako dziennikarz lokalnej prasy. Ponieważ teksty, jakie wciąż publikował, przynosiły wymierne dochody, w pewnym momencie jego finansowa pozycja osiągnęła poziom, gdzie mógł sobie kupić motocykl marki Harley Davidson i przy jego pomocy zadawać szyku w najbliższym towarzystwie.
      Po ukończeniu liceum z jednym z najlepszych wyników, wbrew woli ojca, zgłosił się Charles  na ochotnika do United States Marine Corps, gdzie w trakcie 18-miesięcznej służby osiągnął wszystkie możliwe wojskowe zaszczyty, w tym ten jeden za mistrzostwo w szybkim strzelaniu z dużej odległości do ruchomego celu.
      Po zakończeniu służby w Marines, uzyskawszy znakomite wyniki z egzaminów z matematyki i fizyki, Charles został przyjęty na studia politechniczne na Uniwersytecie Stanu Teksas. I to właśnie wtedy, jak raportują wspomnienia osób, które miały z nim kontakt, Charles zaczął wykazywać ślady pewnego rodzaju obłąkania. To też właśnie mniej więcej w tym czasie, jak wspomina jeden z jego ówczesnych kolegów, któregoś dnia pozwolił sobie na refleksję, że jeśli człowiekowi uda się przyjąć odpowiednią strzelecką pozycję, to  jest w stanie pokonać całą armię.
     Czasy mijały, w międzyczasie rodzice Whitmana się rozwiedli, on sam poznał ładną dziewczynę, którą poślubił, no i wreszcie nadszedł dzień 31 lipca 1966 roku, kiedy to Charles Whitman w lokalnym sklepiku kupił lornetkę i nóż, a następnie wrócił do domu i zaczął pisać swój pożegnalny list:
      „Nie do końca rozumiem, co mnie zmusza do pisania tego listu. Prawdopodobnie chodzi o to, by jakoś usprawiedliwić to co właśnie zrobiłem. Daję słowo, że ostatnio autentycznie sam siebie nie rozumiem. Wydawałoby się, że jestem przeciętnym, w miarę inteligentnym człowiekiem, jednak w tych dniach, i nawet nie mam pojęcia, kiedy to się zaczęło, najwyraźniej padłem ofiarą bardzo dziwnych, kompletnie irracjonalnych myśli”.
      We wspomnianym liście poinformował również, że planuje zamordować swoją matkę i żonę, prosząc jednocześnie, by kiedy już sam umrze, zostały na jego mózgu przeprowadzone badania, które stwierdzą, czy jedną z przyczyn takiego a nie innego zachowania, nie były intensywne bóle głowy, które ostatnio przeżywał.
      Tuż po północy Charles Whitman udał się do domu swojej mamy, a następnie zakupionym świeżo nożem pozbawił ją życia. Obok zwłok pozostawił notatkę o następującej treści:
      „Właśnie odebrałem życie mojej mamie. Bardzo jest mi z tego powodu smutno. Jeśli istnieje niebo, jestem pewien, że ona akurat już tam jest. Zapewniam wszystkich, że bardzo ją kochałem”.
       Następnie wrócił do domu, gdzie tym samym nożem zamordował swoją żonę. I tu również zostawił list:
       „Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może pomyśleć, że brutalnie zamordowałem dwie kobiety, które prawdziwie kochałem. W rzeczywistości jednak nie chodziło mi o nic innego, jak zrobić skutecznie to co zrobić należało. Jeśli moja polisa ubezpieczeniowa jest wciąż ważna, moim życzeniem jest to, by zostały z niej spłacone moje długi. Cokolwiek z tego zostanie, niech zostanie anonimowo przekazane na dowolną fundację na rzecz zdrowia psychicznego. Może uda się znaleźć sposób, by tego typu tragedii można było w przyszłości uniknąć. Psa proszę przekazać teściom. Kathy bardzo go kochała”.
      1 sierpnia 1966 roku o godzinie 11.35 Whitman pojawił się w kampusie Uniwersytetu Stanu Teksas. Przedstawiwszy się, jako człowiek, przysłany tam w celu dostarczenia sprzętu na wieżę obserwacyjną, najpierw zabił, lub ranił kilka przypadkowych osób, a następnie wspiął się na 28 piętro owej wieży i stamtąd, przy pomocy myśliwskiej strzelby, otworzył ogień do przechodzących w pobliżu przypadkowych osób. Pierwszą osobą, jaką pozbawił życia był nienarodzony jeszcze syn 18-letniej studentki nazwiskiem Claire Wilson. Wilson, będąca w ósmym miesiącu ciąży, przechodziła akurat obok wraz z niejakim Eckmanem, kiedy Whitman oddał swój pierwszy strzał i trafiając Wilson w brzuch zabił jej dziecko. Eckman rzucił się koleżance na pomoc i wtedy Whitman strzelił po raz drugi, zabijając Eckmana na miejscu. No i od tego momentu zaczęło się coś, co popularna literatura określa mianem piekła. Whitman, przyjąwszy upragnioną pozycję idealnego snajpera, po kolei zabijał każdą osobę, która mu się pojawiła w zasięgu wzroku.  W rezultacie jego ofiarą padło czternaście, głównie bardzo młodych kobiet i mężczyzn, a trzydzieści jeden zostało mniej lub bardziej poważnie rannych. Ostatecznie owa egzekucja została przerwana, kiedy dwóm oficerom policji udało się dostać na okupowaną przez Whitmana platformę, by tam go najzwyczajniej na świecie zabić. Może zgodnie z wyrażonym wcześniej przez samego Whitmana życzeniem, a może po prostu zgodnie z obowiązującymi powszechnie procedurami, zostały przeprowadzone odpowiednie badania i w rzeczy samej w mózgu owego dziwnego człowieka odkryto pojedynczy guz, który to, jak ocenili specjaliści, mógł spowodować ów niesłychany wybuch agresji. Co więcej, drogą bezpośrednich wywiadów, stwierdzono, że jeszcze zanim doszło do ostatecznego rozstrzygnięcia, Whitman zwracał się o pomoc do szeregu psychiatrów, skarżąc się na swoje mordercze obsesje, jednak żaden z nich mu nie pomógł.
      Mnie jednak zastanawia coś kompletnie innego, związanego już bezpośrednio z tym co miało miejsce w okolicach owej wieży 1 sierpnia 1966 roku między godziną 11.30, a 12.30 w ów straszliwie upalny dzień. Właśnie tak. Chodzi o godzinę 12.30. Otóż, jak już wspomnieliśmy, pierwszą ofiarą Whitmana padło nienarodzone dziecko Claire Wilson.  Sama Wilson leżała na rozpalonym betonie wrzeszcząc z bólu i rozpaczy, a Whitman, mimo że miał ku temu wszelkie zdolności, do niej nie strzelił. On musiał w sposób oczywisty ją widzieć, wiedzieć, w jakim jest stanie, a mimo to pozwolił jej tam spokojnie cierpieć, oddając się zabijaniu wszystkiego, co się pojawiło w okolicy, obok tej biednej dziewczyny. Mało tego. Jak się dowiadujemy, w pewnym niejaka Rita Starr Pattern nie wytrzymała i rzuciła się w stronę Wilson wyłącznie po to, by ją w jej agonii pocieszyć. I do niej Whitman – mimo że jak najbardziej mógł – również nie strzelił. Leżała więc Pattern przy Wilson przez całą godzinę wspierając ją swoją solidarnością, a Whitman wciąż czekał aż pojawi się kolejny śmiałek, natomiast te dwie dziewczyny konsekwentnie oszczędzał. Mało i tego. Oto, nie mogąc znieść tego co się dzieje, po godzinie, dwóch mężczyzn, James Love i John Fox, postanowiło zaryzykować i rzuciło się na pomoc obu dziewczynom, wynosząc je z tego strasznego miejsca i uwalniając je z tego co teraz dla nich musiało stanowić piekło wręcz realne. No i kiedy oni je stamtąd ewakuowali, Whitman strzelał w stronę każdej najdrobniejszej ruchomej plamki, która pojawiła się w zasięgu jego wyszkolonego do perfekcji wzroku, tę czwórkę jednak oszczędził. Jakby ich nie widział. A może widział i strzelał, tyle że z jakiegoś powodu trafić nie potrafił, co też by było bardzo ciekawe?
      Tego się już nie dowiemy. Natomiast ja wciąż próbuje go sobie wyobrazić, jak tkwi na tej wieży i zabija wszystko co się rusza i z jakiegoś niezrozumiałego powodu decyduje się darować życie matce, której właśnie zabił nienarodzone dziecko, a poza nią wszystkim tym, którzy, nie zważając na swoje osobiste bezpieczeństwo, ruszyli jej na ratunek? Czy to możliwe, że w tym właśnie momencie po raz pierwszy w swoim nędznym życiu Charles Whitman ujrzał światło? Pewnie nie, ale cóż nam szkodzi nad tym podumać?

Jak zawsze zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzi można kupować moje książki.




poniedziałek, 27 marca 2017

Peter Sutcliffe, człowiek którego zdradził diabeł

Już wkrótce ukaże się kolejny numer miesięcznika „Polska bez cenzury”, w którym przyszło mi regularnie zamieszczać różne kryminalne kawałki, a zatem dziś może tu na blogu umieszczę tekst, który znalazł się w wydaniu poprzednim, o takim jednym Sutcliffe’ie. Bardzo się starałem, żeby to nie była jeszcze jedna okazja do głupich dreszczy. Polecam.


      Niejednokrotnie zastanawialiśmy się, czemu jedna piosenka, znacznie lepsza i ciekawsza od drugiej, nie budzi tak wielkiego zainteresowania, jak tamta? Czemu film zdecydowanie wybitniejszy od innego nie jest tak nagradzany, jak tamten? Czemu książka naprawdę znakomita nie jest tak popularna, jak jakieś oczywiste badziewie? Czemu historyczne wydarzenie o naprawdę wielkiej mocy nie może się równać z czymś zupełnie nieważnym, natomiast z jakiegoś powodu popularnym? Czemu wreszcie człowiek naprawdę wybitny w swojej dziedzinie pozostaje całkowicie nieznany w porównaniu z kimś, kto owszem, coś tam w życiu zrobił, jednak naprawdę nic choćby w połowie tak znaczącego?
      Przypomniałem sobie ów dylemat przy okazji historii Brytyjczyka nazwiskiem Peter William Sutcliffe, który zapisał się w historii, jako tak zwany Rozpruwacz z Yorkshire. Ów przydomek „Rozpruwacz” zdobył Sutcliffe z tej oto okazji, że w latach 1975-1980 z niezwykłą brutalnością zamordował co najmniej 13 kobiet i co najmniej siedem zamordować usiłował. Ponieważ większość z jego ofiar trudniła się prostytucją, a brutalność, z jaką Sutcliffe działał, bardzo przypominała to, co znamy z historii słynnego Kuby Rozpruwacza, media natychmiast skojarzyły go z owym prawdziwym bohaterem nie tylko wiktoriańskiej Anglii.
      Tymczasem wydaje się, że to czego dokonał tamten człowiek, nie może się nawet równać z dokonaniami Petera Sutcliffe’a. Przede wszystkim musimy pamiętać, że ów do dziś nie zidentyfikowany człowiek grasujący po Londynie w roku 1888, zamordował te pięć biednych kobiet w ciągu jednego tylko roku, a potem rozpłynął się w londyńskiej mgle i świat o nim już nigdy nie usłyszał. Sutcliffe natomiast nie pozwolił o sobie zapomnieć przez pięć długich lat, no i na sumieniu miał znacznie więcej ofiar, niż jego słynny rodak. A zatem skąd ta niesprawiedliwość w traktowaniu obu. Czyżby poszło o to, że każdy z nich miał piar na innym poziomie?
      Ja mam tu oczywiście swoją teorię, która sięga znacznie dalej i głębiej niż tylko do odwiecznych praw rządzących rynkiem kultury popularnej, które z całą pewnością miały tu coś do powiedzenia, a więc choćby i te związane z podejrzeniem, że owe pięć tak zwanych „kanonicznych” morderstw z roku 1888, nie stanowiły indywidualnego gestu jednego pomyleńca, lecz tworzyły część ogólnego rytuału satanistycznego, którego nieodłączną częścią była ówczesna Anglia. I moim zdaniem to właśnie te same siły, które wydały wyrok na tamte kobiety, dbają o to, by ich dzieło tworzyło również współczesną historię człowieka. Inna sprawa, że sposób w jaki brytyjska policja owemu Sutcliffe’owi dała wręcz wolną rękę, by robił co mu przyjdzie do głowy też nie stanowi powodu do szczególnej dumy. A zatem, nawet jeśli Sutcliffe będzie nazywany dalej Rozpruwaczem z Yorkshire, nigdy nie zostanie bohaterem ludzkiej świadomości. Dziś więc zrobimy ten wyjątek i porozmawiamy o nim.
      Urodzony w roku 1946, dorastał w typowej angielskiej robotniczej rodzinie. Jak wielu jego kolegów, kiedy skończył 15 rok życia, rzucił szkołę i potem, przez kolejne lata, trochę pracował, trochę był z pracy wyrzucany, a trochę się snuł po mieście bez celu. W 1974 roku poślubił dziewczynę nazwiskiem Sonia Szurma. Dzieci nie mieli, natomiast Sonia pracowała jako nauczycielka i to właśnie dzięki jej pracy, Sutcliffe’owie kupili dom i nikt ani przez chwilę nie przypuszczał, że oto tuż obok rodzi się coś tak strasznego. Wedle relacji ludzi, którzy go znali, w żadnym momencie swojego życia nie wysyłał Sutcliffe jakichkolwiek sygnałów, że dzieje się z nim coś złego.
      Pierwszego ze swoich wielu ataków Sutcliffe dokonał już w roku 1969, kiedy to uderzył napotkaną przypadkowo prostytutkę w głowę zawiniętym w skarpetkę kamieniem. Policja bardzo łatwo wpadła na trop Sutcliffe’a, ponieważ jednak kobieta nie chciała się angażować w sprawy karne, sprawa została natychmiast zamknięta. Po sześciu latach, Sutcliffe zaatakował niejaką Annę Rogulską uderzając ją młotkiem w głowę i rozcinając jej nożem brzuch. Kobieta przeżyła, jednak już nigdy nie odzyskała zdrowia. Krótko potem, dokładnie w ten sam sposób, zaatakował Olivię Smelt, bijąc ją młotkiem w głowę i kalecząc nożem, jednak i ona szczęśliwie przeżyła. Kolejną ofiarą Sutcliffe’a została przypadkowo napotkana dziewczynka, 14-letnia Tracy Browne, która mimo, że pięciokrotnie uderzona w głowę młotkiem, zdołała uciec i przeżyła. Co ciekawe, podała też policji wręcz fotograficzny rysopis Sutcliffe’a, którego policja jednak ani wtedy, ani nigdy później, nie uznała za godny zainteresowania i mimo że Sutcliffe przez długie pięć lata kręcił się im niemal pod nogami, pozwoliła mu bezkarnie działać.
      Dopiero za czwartym razem Sutcliffowi udało się doprowadzić swoje czarne dzieło do końca. Wilma McCann została najpierw dwukrotnie uderzona w głowę młotkiem, a następnie ciężko okaleczona, w wyniku czego zmarła. W roku 1976 Sutcliffe zamordował kobietę nazwiskiem Emily Jackson, najpierw tradycyjnie pozbawiając ją młotkiem przytomności, następnie wielokrotnie raniąc śrubokrętem w szyję, piersi i brzuch. Parę miesięcy później ofiarą Sucliffe’a padła 20-letnia Marcella Claxton. Sufcliffe uderzył ją w głowę młotkiem, jednak z niewiadomego powodu, zostawił żywą. W lutym roku 1977 Sutcliffe najpierw zatłukł na śmierć niejaką Irene Richardson, a następnie rozczłonkował jej ciało. Dwa miesiące później jego ofiarą padła Patricia Atkinson, prostytutka z Bradford.
      Po kolejnych dwóch miesiącach Sutcliffe zamordował 16-letnią Jayne MacDonald z Leeds i to wydarzenie miało znaczenie szczególne z dwóch względów. Przede wszystkim dlatego, że Jayne była młodą dziewczyną, w żaden sposób nie związaną z prostytucją, strach padł już na wszystkie kobiety. Druga natomiast rzecz to ta, że Sutcliffe zabił Jayne przez pomyłkę i, jak sam wielokrotnie twierdził, tu jest mu z tego powodu „cholernie przykro”. Jayne MacDonald pracowała jako sprzedawczyni w sklepie, a w sobotę 25 czerwca, jak zwykle, poszła ze znajomymi do baru. Tam poznała 18-letniego chłopaka, z którym się zaprzyjaźniła. Wspólnie spędzili resztę wieczoru, około 1.30 rozstali się, chłopak poszedł do domu, a Jayne na postój taksówek. Ponieważ akurat taksówek nie było, zdecydowała, że wróci do domu na piechotę. No i tam właśnie wytropił ją Sutcliffe i sądząc, że widzi jakąś późną dziwkę, zaszedł ją od tyłu, uderzył młotkiem, kiedy upadła, zaciągnął ją i na pobliski plac zabaw, tam uderzył ją jeszcze raz, zdarł z niej ubranie, kilkanaście razy ranił nożem w pierś i w plecy, a następnie poszedł do domu.
      Miesiąc później Sutcliffe ciężko poranił Maureen Long, jednak czymś spłoszony, zostawił ją, by zmarła. W październiku ofiarą Sutcliffe’a padła prostytutka z Manchesteru, Jean Jordan. Los tej biednej kobiety jest dla nas szczególnie poruszający i to nawet nie przede wszystkim dlatego, że tego, co jej uczynił Sutcliffe, nie powstydziłby się nawet Rozpruwacz londyński, ale przez to, że ta właśnie historia niesie ze sobą przekaz tak głęboki, że ona sama starczyłaby za osobną opowieść. I choć, jak już wspomnieliśmy, w przypadku Sutcliffe’a nie mamy w żadnym wypadku do czynienia z zabójstwami rytualnymi, tu akurat pojawia się coś, co być może przez swego rodzaju magiczność, robi jeszcze większe wrażenie i daje jeszcze więcej do myślenia.
      Jak już wspomnieliśmy, sposób, w jaki Sutcliffe potraktował ciało Jean, w niczym nie przypominało, owszem, bardzo brutalnych, jednak wciąż pozostających w owym szczególnym standardzie, wcześniejszych czynów. A wszystko zaczęło się tak że Sutcliffe wynajął prostytutkę, najpierw wręczył jej nowiusieńki banknot pięciofuntowy, następnie wsadził ją do swojego samochodu, wywiózł w odludne miejsce i tam zadał jej kilkanaście ciosów młotkiem w głowę, zwłoki zaciągnął w krzaki i wrócił do Leeds. Po pewnym czasie uświadomił sobie, że zapomniał zabrać banknot, który jako całkowicie nowy i pochodzący z najświeższej wypłaty, jeśli wpadnie w ręce policji, łatwo doprowadzi go do zguby. Przestraszony czekał na wiadomości, a kiedy minął tydzień i nie pojawił się ślad informacji o zamordowanej prostytutce, postanowił wrócić do ciała Jane i odebrać swój banknot. Przyjechał więc na miejsce, odnalazł Jane i pierwsze co zrobił, to przeszukał jej torebkę. Niestety banknotu nie znalazł. Zaczął więc przeszukiwać ubranie, no i tam oczywiście również pięciu funtów nie było. Czy to w wyniku niespotykanego aktu opętania, czy tylko strachu przed czymś, czego zrozumieć nie potrafił, uznał, że znajdzie swój banknot nawet jeśli będzie musiał rozerwać ciało Jane na strzępy, co zresztą uczynił. Na koniec jakimś znalezionym w pobliżu kawałkiem szkła odciął Jane głowę i tam również nie znalazłszy banknotu, cały roztrzęsiony, wrócił do Leeds. Oczywiście w końcu policja znalazła owe pięć funtów, który Jane starannie schowała w małej bocznej kieszonce torebki, okazało się przy tym, że Sutcliffe przecenił profesjonalizm policji i mógł działać dalej.
      14 grudnia Sutcliffe zaatakował prostytutkę z Leeds nazwiskiem Marilyn Moore. Szczęśliwie ofiara przeżyła i przekazała policji jego rysopis, wciąż bez efektu. W styczniu roku 1978 Sutcliffe znów zaatakował. Tym razem jego ofiarą padła Yvonne Pearson, 21-letnia prostytutka z Bradford. Jej ciało zostało znalezione dopiero po dwóch miesiącach pod wyrzuconą na śmietnik kanapą. Również w styczniu, Sutcliffe zamordował 18-letnią prostytutkę nazwiskiem Helen Rytka. W roku 1978 uderzył jeszcze tylko raz, zabijając niejaką Verę Millward.
      Minął rok zanim zaatakował ponownie. W kwietniu 1979 roku zamordowana została 19-letnia urzędniczka Josephine Whitaker, stając się jednocześnie pierwszą z ostatnich sześciu ofiar Sutcliffe’a, nie prostytutek, lecz zwyczajnych kobiet. 1 września zamordowana została Barbara Leach, 20-letnia studentka. W kwietniu 1980 roku Sutcliffe został zatrzymany za jazdę po pijanemu. Czekając na rozprawę, zabił kolejne dwie kobiety, 47-letnią Marguerite Walls oraz 20-letnią studentkę Uniwersytetu w Leeds, Jacqueline Hill. Przypuścił jeszcze trzy kolejne ataki, na szczęście wszystkie trzy kobiety przeżyły.
      Wreszcie, 2 stycznia 1981 roku, Sutcliffe został zatrzymany, kiedy jechał samochodem w towarzystwie 24-letniej prostytutki, Olivii Reivers. Ponieważ okazało się, że tablice samochodu są sfałszowane, Peter Sutcliffe został ostatecznie aresztowany i wreszcie sprawdzony bardziej dokładnie.
      Czy to przez wyrzuty sumienia związane z wręcz skandalicznymi zaniedbaniami policji, czy też z naturalnego poczucia oburzenia ogromem tych zbrodni, mimo wielokrotnie potwierdzonego faktu, że Sutcliffe jest jednoznacznie obłąkany, brytyjski sąd uznał go za osobę w pełni świadomą swoich czynów, skazał go na wielokrotne dożywocie i wpakował prosto do więzienia. Już na samym początku swojego pobytu w Parkurst na wyspie Wight, niejaki James Costello wbił Sutcliffe’owi w policzek potłuczony kubek, oszpecając go do końca życia. Jednak już w roku 1984, kiedy okazało się, że nie da się dłużej ukrywać prawdy, ostatecznie Sutcliffe trafił do legendarnego szpitala psychiatrycznego Broodmoor. Jednak nawet i tam, nie mógł się czuć bezpiecznie. Najpierw niejaki Paul Wilson próbował Sutcliffa udusić kablem od słuchawek, niestety jego krzyki usłyszało dwóch innych pacjentów i Sutcliffe przeżył. Krótko potem, człowiek nazwiskiem Ian Key zaatakował Sutcliffe’a zwykłym długopisem marki Pelikan, wybijając mu jedno oko i uszkadzając drugie. Zapytany, czemu to zrobił, powiedział: „Jemu te dziewczyny podobno kazał zabić Bóg. Ja go chciałem zabić na życzenie Szatana”.
      22 grudnia 2007 roku Sutcliffe został ponownie zaatakowany, kiedy to niejaki Patrick Surdeda rzucił się na niego z kuchennym nożem, próbując wydłubać mu drugie oko. I tym razem jednak Sutcliffe miał szczęście i nóż jedynie rozciął mu policzek. 17 lutego 2009 roku lekarze dali się przekonać opinii publicznej, że Sutcliffe już jest całkowicie zdrowy i może opuścić szpital, co oczywiście oznaczało powrót do więzienia i na co sam zainteresowany nie miał najmniejszej ochoty. Po wieloletniej jednak batalii, w roku 2016, Sutcliffe został ostatecznie przewieziony do więzienia Frankland w Durham i z tego co wiemy, dziś, poza normalnymi dolegliwościami wieku starczego, martwi go głównie to, że to drugie oko mu ostatnio niebezpiecznie nawala i że kiedy zupełnie oślepnie, nie będzie mógł oglądać telewizji, co pod koniec życia stało się dla niego podstawową rozrywką.
      A my kończąc to wspomnienie możemy już tylko się po raz kolejny zadumać nad potęgą tak zwanego pijaru. W końcu, nie oszukujmy się: to że sława takiego Kuby Rozpruwacza zdążyła przyćmić kogoś takiego, jak Peter Sutcliffe, stanowi rażącą niesprawiedliwość. I tego faktu nie usprawiedliwia nawet fakt, że londyńskiemu rozpruwaczowi nie dane było pójść do więzienia i przeżyć tam aż tyle ciekawych przygód.


Przypominam że już w najbliższą sobotę pojawię się w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich, organizowanych każdego roku w Arkadach Kubickiego. Najprawdopodobniej będę tam tylko w sobotę, no ale jeśli porządnie powieje, kto wie czy nie zostanę do niedzieli. Proszę wypatrywać szczegółowych informacji, no i korzystać z oferty naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...