Myślę, że przynajmniej część z nas miała
okazję, jeśli nie obejrzeć, to przynajmniej usłyszeć, o amerykańskim serialu
telewizyjnym zatytułowanym „Young Pope”, czyli „Młody Papież”, a skoro
usłyszeć, to z pewnością też być świadkiem pewnej związanej z tym filmem
kontrowersji. Otóż problem polega na tym, że ów serial to z jednej strony
klasyczna hollywoodzka produkcja, z takimi gwiazdami jak Jude Law, czy Diane
Keaton w rolach głównych, a z drugiej, że jej pierwszym pozytywnym bohaterem
jest, jak najbardziej autentyczny, katolicki papież, kolejny z całego szeregu
tych, którzy byli przed nim, a jednocześnie człowiek pod każdym względem
idealny. Mało tego, wartość owego papieża nie polega na tym, że za nim stoi
całe zepsucie współczesnego świata, a on, jako jego zwiastun, wprowadza ów z
dawna przez neoliberalną kulturę wyczekiwany nowy porządek. Wręcz przeciwnie,
ów papież, grany przez aktorsko zupełnie niezwykłego Jude’a Law, reprezentuje
tę część współczesnego Kościoła, przy którym nawet papież Benedykt XVI poczułby
się taaaaki malutkl. Jako młody papież, Jude Law, to z punktu widzenia emocji wyrażanych przez najbardziej konserwatywną część współczesnego Kościoła ktoś absolutnie doskonały,
i, co najważniejsze, jako taki jest we wspomnianym filmie pokazany w sposób
pełny i maksymalnie uczciwy.
I kiedy wydawałoby się, że sprawę mamy,
przynajmniej częściowo, załatwioną, pojawiają się schody. Otóż podczas gdy owa
konserwatywna część Kościoła na emisję filmu zareagowała albo entuzjazmem (bloger
Ochman, czy red. Adamski z tygodnika „W Sieci”) ewentualnie, jak choćby nasz znakomity
komentator Betacool, który swoją drogą zainspirował mnie do napisania tej notki, zaczęła zachodzić w głowę, czy przypadkiem nie mamy do
czynienia z jakąś ukrytą bardzo starannie prowokacją, odezwali się również
zdeklarowani dotychczas wrogowie Kościoła, i tym razem o dziwo, już bardzo
jednoznacznie, oświadczyli: „Choć wprawdzie moim zdaniem Bóg nie istnieje, a
Kościół Katolicki to siedlisko wszelkiego zła, przyznaję, że ten papież jest
okay”. Część zresztą poszła nawet dalej i zadeklarowała: „Gdyby papież był
taki, jak ten tutaj, to kto wie, czy bym się nie nawrócił?”
W tej kompletnie zatem schizofrenicznej
sytuacji wypada mi zająć jakieś stanowisko. Wprawdzie ze wspomnianego filmu obejrzałem
zaledwie jeden odcinek, jednak powiem tak. To jest faktycznie pierwszorzędna
robota pod każdym możliwym względem, czyli scenariusza, gry aktorskiej, zdjęć,
reżyserii, no i samej produkcji, która musiała kosztować niemało. Ogląda się to
bardzo dobrze, każda kolejna minuta wypełniona jest po brzegi, sam papież, co
potwierdzają niemal wszyscy, jest bez zarzutu, lepszy niż moglibysmy sobie zażyczyć,
a ja mimo to nie widzę żadnego powodu, by oglądać odcinki pozostałe. Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta. Film „Młody
papież”, zaczynając od tytułu, a kończąc na tych wszystkich grepsach
pokazujących, jak to powinien wyglądać prawdziwy, uczciwy, katolicki
integrysta, to czyste, niczym nie skażone kłamstwo, w dodatku kłamstwo w sposób
oczywisty zamierzone i bardzo starannie opracowane. Przede wszystkim, każdy
normalnie myślący człowiek wie, że to co widzimy na filmie to oczywista fikcja.
Nie ma takiej możliwości, by – pomijając oczywiście moment, kiedy moce
piekielne ową Skałę przemogą – Jude Law został papieżem. Po drugie, i jak
najbardziej konsekwentnie, każdy szczerze wierzący katolik doskonale rozumie,
że nie ma nic gorszego dla przyszłości Kościoła Powszechnego, by na Jego czele
stanął ktoś kto będzie reprezentował zaledwie drobną Jego część. Ale jest
jeszcze trzecia strona tego przekrętu. Otóż moim zdaniem, jedynym celem tego
filmu było zniechęcenie jak największej liczby wiernych do uczestnictwa w
Komunii. Celem owego projektu było wyłącznie pokazanie katolikom na całym
świecie, że, może i oni mieli szczerą wiarę i dobre intencje, ale niech się już
może przestaną oszukiwać: prawda istnieje wyłącznie na ekranie telewizora.
Jaka nauka z tego płynie dla nas? Powiem
szczerze, że żadna. Mamy fajny film, jeśli ktoś ma ochotę i okazję, może sobie
go obejrzeć – osobiście nie zniechęcam – i się powzruszać, natomiast my,
ludzie, którzy mężnie każdej niedzieli, wraz z naszymi braćmi w wierze, stajemy
przed Najświętszym Sakramentem i prosimy Boga o to, by nam pozwolił któregoś
dnia wziąć udział w Swojej Chwale, wiemy bardzo dobrze, że w tym całym, że tak
to ujmę, „Planie”, chodzi o coś znacznie poważniejszego – a przy okazji i ważniejszego
– niż o to, byśmy mieli fajnego papieża,
nawet gdyby się miało okazać, że on nie toleruje pedałów i imigrantów.
Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do
kupienia moje książki.