Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PJ Harvey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PJ Harvey. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2014

O pasji, bez której nawet do piekła nie przyjmują

Kiedy w zeszłym tygodniu polska drużyna narodowa przegrała na Stadionie Narodowym ze Szkocją, zebrani w studio telewizyjnym specjaliści od piłki nożnej zachodzili w głowę, jak to się stało, że białoczerwoni przegrali, skoro nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jeśli porównać umiejętności piłkarzy Szkocji i Polski, to Szkoci nie mają nic do gadania. No i w pewnym momencie odezwał się któryś z nich i zwrócił uwagę na to, jak grał wprowadzony przez Szkotów do gry w ostatnich minutach meczu Andrew Robertson. I nie chodziło o to, że on swoją piłkarską klasą i umiejętnościami przyćmił pozostałych graczy, że on grał tak, że najwięksi piłkarze świata mogli się tylko czerwienić, ale o to, że wiedząc, że przed nim zaledwie 20 minut zwykłego, towarzyskiego meczu, który ani niczego nie rozstrzyga, ani nawet niczego mu nie załatwia, on grał, jakby walczył o swoje życie. Wszedł na to boisko i świat dla niego przestał istnieć.
Przypomniał mi się tamten mecz i ci telewizyjni mądrale wczoraj, kiedy być może trochę na fali dyskusji tu na blogach, a trochę przez to, że ostatnio dużo słucham Nicka Cave’a i PJ Harvey, i ta muzyka nas mocno przepełnia, moja córka poinformowała mnie, że piosenkarz Maleńczuk z piosenkarką Jopek jakiś czas temu postanowili nagrać piosenkę wcześniej zaśpiewana przez Cave’a właśnie i PJ Harvey pod tytułem „Henry Lee”. Ponieważ oryginalne wykonanie plus dołączony do niego teledysk uważam za autentyczne dzieło sztuki, od razu postanowiłem sprawdzić Maleńczuka i Jopek… no i okazało się to co okazać się musiało. Żeby jednak moje wrażenia opisać, przejdę do kolejnego akapitu.
Otóż ja od wielu już lat mam bardzo silne wrażenie, właściwie przechodzące w pewność, że polscy twórcy, i to nie tylko piosenkarze, ale także reżyserzy filmowi, autorzy książek, publicyści, aktorzy, kompozytorzy w swojej pracy spełniają się w taki sposób, że czytają, oglądają, czy słuchają dzieł obcych twórców, których podziwiają, i w pewnym momencie strzelają sobie flaszkę i mówią: „Okay! To ja też tak zrobię”. Przykład z piosenką „Henry Lee” jest tu wręcz modelowy. Maleńczuk, jako artysta, że tak powiem, osłuchany, z całą pewnością zna i podziwia sztukę Nicka Cave’a, od początku znał i podziwiał piosenkę „Henry Lee”, i któregoś dnia pomyślał sobie, że a czemuż to on nie mógłby zrobić tego samego; i to nawet nie w taki sposób, że on napisze własną piosenkę o podobnej melodii, harmonii i temacie i zatytułuje ją jakimś fajnym angielskim tytułem, powiedzmy „Happines Is Easy” tak jak to robiła notorycznie inna gwiazda polskiej piosenki, czyli zespół Myslovitz, ale zwyczajnie zaprosi do współpracy którąś z polskich piosenkarek, ona będzie udawała PJ Harvey, on Cave’a i będzie szał. Co pomyślał, to wykonał, no i mamy tę Jopek i Maleńczuka, jak śpiewają Cave’a i PJ Harvey, dokładnie w ten sam sposób, w tym samym tempie, w tym samym nastroju, tyle że w tle, nie wiedzieć po cholerę, słyszymy dźwięki zrzynane bezwstydnie i bezpośrednio od Portsihead.
Tak jak ów cover jest doskonałym przykładem pewnego szczególnego upadku polskich twórców, tak jeszcze większe pewnie robi wrażenie upadek samego Maleńczuka. Człowiek, który swego czasu, niezależnie od całej kupy przeróżnych deficytów, których mu życie nie oszczędziło, był najprawdopodobniej najwybitniejszym i najbardziej oryginalnym polskim muzykiem i autorem piosenek, dziś nie jest w stanie, ani chyba też w chęciach, wyprodukować nic ponad kolejny cover, kolejnej gwiazdy, którą on podziwia. Czemu się tak dzieje? Czemu on kiedyś potrafił, a dziś już nie? Otóż ja mam na to odpowiedź prostą. Maleńczuk kiedyś miał w sobie pasję i z tą pasją żył i tworzył, a dziś jej nie ma. On wciąż zajmuje się tym co zawsze, z tego żyje i czerpie z tego jakąś tam przyjemność, ale to wszystko odbywa się na poziomie, na jakim operuje kierowniczka sklepu odzieżowego, którą jeśli zapytać o wrażenia z pracy, odpowie, że było fajnie. I to jest też poziom dziennikarza Warzechy, reżysera Smarzowskiego, literata Kuczoka, czy kompozytora Preisnera. I to wszystko.
A więc chodzi przede wszystkim o pasję. W czasie dyskusji pod tekstami na temat polskiej twórczości patriotycznej, jakie ukazały się ostatnio na tym blogu i blogu Coryllusa, wciąż wracały dwa pytania, które można by sprowadzić do wzoru „dlaczego nie artysta X, i skoro nie X, to kto?” I na to ja odpowiadałem niezmiennie, że artysta X nie, ponieważ artysta X swój talent traktuje jak kurwa swoje ciało, i że jeśli nie artysta X, to już nikt inny, bo reszta jest jeszcze bardziej zdemoralizowana. I jeśli dziś piszę ten tekst, trzeci już na ten sam temat, to nie dlatego, że nie mam nic ciekawszego do powiedzenia, ale ponieważ mam nieprzemijające wrażenie, że wielu z nas wciąż nie rozumie, w jakim miejscu znalazła się Polska, jeśli idzie o to, co w ostatecznym efekcie tworzy wielkość każdego narodu.
My wiemy, że polska piłka nożna spada coraz niżej w światowych rankingach, że polska nauka znalazła się ostatnio już nawet za państwami tradycyjnie uważanymi za cywilizacyjnie stojącymi najniżej, że polskie kino już nie tylko jest gorsze od kina brytyjskiego, czy amerykańskiego, ale od absolutnie każdego, włącznie z libijskim, czy irańskim, czy że wreszcie taki Tomasz Lis to jest zaledwie nędzna karykatura jakiegoś Waltera Cronkite’a sprzed 50 lat; wiemy nawet, że KC Louis to znakomity komik, a Abelard Giza to komik dramatycznie wręcz żałosny, z jakiegoś jednak powodu wielu z nas gotowych jest przegryźć gardło każdemu kto powie, że raper Tadek z całą swoją twórczością jest do niczego. Dlaczego? Bo przecież on jest wielkim polskim patriotą, a nam tak bardzo brakuje tych serc.
Otóż moim zdaniem problem z Tadkiem, ale również z zespołami Armia, DePress, Darkiem Malejonkiem, jego córkami, i w ogóle z całą resztą tego rynku, zarówno patriotycznego, jak i satanistycznego, jest taki, że oni robiąc to co robią, czują wyłącznie znużenie i żal, że nie udało im się zrobić kariery na jaką zawsze zasługiwali. A ponieważ żyć trzeba, coś tam od czasu do czasu dłubią.
Wspominałem o tym w jednym z komentarzy, ale powtórzę to i tu. Otóż kiedy pracowałem w szkole miałem ucznia klasycznego hiphopowca, który ze swoim bratem, również klasycznym hiphopowcem tworzyli w domu na domowym komputerze swoją ukochaną muzykę. Tworzyli tę muzykę, pisali do niej teksty, no i gdzieś to tam wrzucali, żeby ktoś jeszcze mógł tego posłuchać. Jaki to był poziom? Dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po dwóch nastoletnich zapaleńcach, którzy ani nie chcą się uczyć, ani spotykać z dziewczynami, ani czytać książek, czy chodzić do kina, ale wciąż im w głowie tylko ten hip hop. A więc z jednej strony dowodzący prostego amatorstwa, a z drugiej o takim potencjale, że trudno było tego słuchać bez wzruszenia.
Jeśli idzie o blogera Tadka, podejrzewam, że jego sytuacja jest podwójnie tragiczna. Od czasu gdy on przestał śpiewać o swoim życiu, które mu dokuczało jak kamyk w bucie, o kumplach, którzy zawiedli, czy dziewczynach, które zdradziły, a przerzucił się na żołnierzy wyklętych, stracił to wszystko, co mogło go uczynić artystą, czyli pasję. Ja nie twierdzę, że dla Tadka żołnierze wyklęci to tylko pretekst, nie oskarżam go o to, ze on tak naprawdę tę Polskę ma w nosie, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że kiedy on nagrywa kolejny klip, czy pisze kolejny tekst do kolejnej piosenki, jest – przy zachowaniu wszelkich proporcji, oczywiście – dokładnie w tym samym nastroju, w którym jest Łukasz Piszczek, kiedy wychodzi na Stadion Narodowy, by reprezentować Polskę przeciwko Szkocji. On też przecież nie chciał, żeby Polska przegrała. On też chciał zdobyć dla Polski gola.
W filmie „24 Hour Party People” jest scena, która pokazuje absolutne początki zespołu Joy Division. Przychodzą ci wtedy jeszcze młodzi chłopcy do słynnej Haciendy, żeby spróbować tam się jakoś wkręcić, i ktoś mówi perkusiście zespołu, że ma siąść do perkusji i grać, grać, grać tak długo aż się nauczy. No i on siada i gra, gra, gra i gra, czas mija, wszyscy powoli o nim zapominają, potem zaczynają wychodzić każdy do swoich zajęć, a on gra i gra i gra, i w końcu zostaje zupełnie sam, ale ponieważ kazano mu ćwiczyć, to on ćwiczy ten jeden stały najprostszy na świecie rytm aż wreszcie ktoś go zauważa i mu mówi, żeby spierdalał. No i on sobie idzie, żeby na drugi dzień wrócić i próbować od nowa.
Czytałem też kiedyś o pierwszym spotkaniu Rolling Stonesów z Dylanem, kiedy to Brian Jones, grając na harmonijce, wiedząc, że słucha go Dylan, był podobno tak zdenerwowany, że w pewnym momencie z ust zaczęła lecieć mu krew. I takich historii, gdzie widzimy, jak ludziom potrafi zależeć, jest cała masa. I mówię to o różnych ludziach, nie wyłączając z tego durni i nikczemników, bo jak wygląda prawdziwa pasja można najlepiej też zobaczyć, oglądając pierwszy lepszy występ zespołu Behemoth.
No właśnie – Behemoth i ten Nergal. Przyznaję, że już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, jak ich wszystkich pochłania piekło. A w oczekiwaniu na ten piękny dzień, liczę też że w międzyczasie ujrzę ich upadek, jako artystów. I już wiem, kiedy to nastąpi. Przyjdzie bowiem kiedyś moment, że ten satanizm przestanie się sprzedawać, Nergal przeżyje cudowne nawrócenie i zacznie śpiewać chrześcijański rock. Wtedy dopiero zobaczymy, co znaczy stracić tak zwaną moc i pasję. Nie talent, ale moc i pasję.
Na koniec refleksja osobista. Wczoraj pod poprzednią notką kolega Beczka zamieścił komentarz, w którym zasugerował, że teksty które ja piszę są bardzo dobre, by nie powiedzieć najlepsze. To ja go z tego miejsca pragnę zapewnić o dwóch rzeczach: pierwsza to ta, że owszem, one pewnie faktycznie są najlepsze, druga natomiast jest taka, że ja jestem pewien, iż w momencie gdy ktoś mnie namówi, bym znów zaczął pisać bieżące polityczne komentarze, ja stracę do tej roboty serce, a ten blog w jednej chwili zejdzie do poziomu jakiegoś Krzysztofa Feusette, albo czegoś jeszcze gorszego. Bo to jest jedyny możliwy kierunek. Innego nie ma. Jest tylko tamto albo to:







poniedziałek, 10 marca 2014

Ojczyznę trzeba kochać i szanować, a głupców tępić

Pewnie ci z nas, którzy śledzą tylko teksty publikowane w Salonie24, a na to co się ukazuje pod toyah.pl nie zaglądają, tego nie wiedzą, ale w swoim czasie kilkakrotnie pisałem o tym, jak to nasza starsza córka, nie mogąc znaleźć normalnej, a więc po prostu płatnej pracy w swoim zawodzie, a jednocześnie nie chcą stracić kontaktu z zawodem, zapisała się na studia podyplomowe we Wrocławiu, gdzie przez pewien czas była studentką Krzysztofa Szwagrzyka. Tu akurat nie mam pewności, ale wydaje mi się, że o tym też pisałem, jak to od czasu tamtych wykładów ona nie ma marzeń większych od tego jednego, by znaleźć się wśród tych, którzy pod okiem dr. Szwagrzyka zajmują się odszukiwaniem i identyfikowaniem grobów polskich żołnierzy zamordowanych przez polskie państwo po zakończeniu II Wojny Światowej. Fakt jest bowiem taki, że ona, przy wszystkich swoich pasjach i codziennych zainteresowaniach, przy pracy, którą wreszcie znalazła i która otwiera przed nią wcale nienajgorsze perspektywy, wie jedno: cokolwiek będzie robiła w życiu, a nie będzie to polegało na siedzeniu w tej świeżo rozkopanej mogile i oczyszczaniu przy pomocy specjalnego pędzelka czaszki kolejnego polskiego bohatera, jej życie nie będzie pełne. Taka ta jej obsesja i taki jej patriotyzm, czy, jak to określają pewnego rodzaju intelektualiści – karma.
Ze względu na jedno i drugie, ile razy widzę gdzieś nazwisko Krzysztofa Szwagrzyka, czy spotykam informację o artykule, czy telewizyjnym programie, gdzie pojawia się nazwa „Żołnierze Wyklęci”, natychmiast alarmuję w tej sprawie moją córkę, no a potem już muszę cierpliwie wysłuchiwać jej niekończących się relacji.
I tak też było kilka dni temu, kiedy w portalu wpolityce.pl przeczytałem, że TVP będzie nadawać program o Żołnierzach Wyklętych, tyle że z punktu widzenia kultury popularnej reprezentowanej przez współczesną polski rock. Przyznaję uczciwie, że choć nieszczęśliwie dla nas nie udało się nam o tym programie zapomnieć, i dać się pochłonąć przez codzienne sprawy, takie choćby jak kolejna kolejka Premier League, czy kolejny skok Kamila Stocha, obejrzeliśmy zaledwie jego pierwsze pięć, czy może dziesięć minut, po czym całkowicie zdruzgotani estetycznie, emocjonalnie i moralnie udaliśmy się do swoich zajęć.
O co poszło? Powiem może tak. Otóż tak się złożyło, że wczoraj przez jakieś trzy godziny spędziłem w autokarze, w którym byłem zmuszony do tego, by słuchać radia RMF, gdzie najpierw swoje ulubione piosenki puszczała Agnieszka Chylińska, by ostatecznie ustąpić miejsca zwykłej dyskotece, i to co tam leciało wprawiło mnie w nastrój tak ponury, że nagle poczułem, że jeśli natychmiast się nie pomodlę, stanie się coś bardzo złego. Muzyka, którą puszczało radio RMF była tak zła, że to zło w pewnym momencie przybrało wymiar niemal fizyczny, a ja sobie pomyślałem, że oto narodził się Demon.
Jeśli ktoś myśli, że ja teraz bardzo złośliwie napiszę, że piosenki Darka Malejonka, zespołu DePress, czy owych dziewczyn znanych jako Panny Wyklęte są jeszcze gorsze od oferty RMF-u, myli się. Tak bowiem nie jest. One nie są gorsze ani od Chylińskiej, ani od tego, co ona słucha, ani od tego jakiegoś discopolo, puszczanego przez krakowskich radiowców; one nie są od tego wszystkiego gorsze, bowiem startują w zupełnie innej konkurencji, a żeby wyjaśnić, o jaką konkurencję mi chodzi, powiem tylko, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek z nas będzie się zastanawiał, dlaczego ogólnopolskie stacje głównego nurtu nie grają piosenek Darka Malejonka, czy owych Panien Wyklętych i przyjdzie mu do głowy myśl, że to pewnie przez to, że główny nurt nienawidzi Polski, będzie miał racje tylko częściowo: owszem, to prawda, że główny nurt Polski nienawidzi, Polską gardzi i najchętniej by ją sprzedał za kolejną działkę koki, czy jeszcze jedną flaszkę, natomiast RMF nie puszcza tej muzyki wyłącznie dlatego, że oni mimo wszystko dbają o poziom – poziom, który mnie przeraża, i o którym myślę sobie bardzo brzydko, ale jednak poziom, który pewnego rodzaju artystycznych ekscesów tolerować nie może.
Ktoś powie, że to kompletnie nie ma sensu, by się znęcać nad jakimiś dennymi amatorami, i to bez względu na to, czy owi amatorzy reprezentują szczery satanizm, czy mniej lub bardziej autentyczną pobożność. Owszem, skoro spędziłem te trzy godziny w autokarze słuchając muzyki satanistycznej, i moje serce zwyczajnie tego nie wytrzymało, mogę coś na ten temat napisać, choćby po to, by się pożalić, natomiast naprawdę nie ma powodu, bym się miał znęcać nad jakimiś nieudacznikami, którzy postanowili śpiewać czy to umęczonym Jezusie, czy o umęczonym rotmistrzu Pileckim – ich sprawa, ich ewentualnie grzech.
Otóż nie do końca. Nasz problem polega na tym, że skoro już wszyscyśmy się tak bardzo zaangażowali w tę naszą Polskę, i tak bardzo wierzymy w to, że Ona jest czymś, o co należy dbać i bronić przed wszelkim złem, powinniśmy też z całą mocą tępić każdy przypadek, gdy owa Polska jest traktowana z pogardą przez bandę głupców, którym się wydaje, że się na niej mogą najpierw przejechać bez ważnego biletu, a potem jeszcze coś z tego dla siebie wyciągnąć. Powinniśmy każdy tego typu przypadek pokazywać palcem i zadbać do samego końca, by ten palec nam nawet nie zadrżał.
Ale jest jeszcze coś. Chodzi o to, że obserwowany dziś przez nas wszystkich ruch tak zwanego „patriotycznego przebudzenia”, właśnie przez to, że on był tak bardzo wyczekiwany i powstaje, jak się zdaje, w reakcji na kłamstwo cyniczne w sposób wręcz niewyobrażalny, będzie nic niewarty, jeśli oparty zostanie na kłamstwie równie cynicznym i na równie potężnej pogardzie, jak ta, przeciwko której rzekomo występuje.
Ale jest i jeszcze gorzej. Jeśli bowiem to zło, któremu postanowiliśmy się przeciwstawić, operowało pod tym swoim czarnym patronatem, mnie ewentualny wstyd i hańba tych, którzy tym sterują, nie obchodzi, jednak jeśli tym razem za tę naszą nędzę ma się wstydzić Polska, to ja bardzo przepraszam, ale mowy nie ma, żebym jak się tu zamknął choćby na chwilę. Jeśli taka Maria Peszek, Agnieszka Chylińska, czy zespół Bayer Full wystawia tę swoją nędzę, robi to w imię jakichś dziwnych wartości, które są mi kompletnie obojętne, a świat się z nich śmieje – mnie to w najmniejszym stopniu nie rusza. W momencie jednak, gdy istnieje poważna obawa, że przedmiotem tego szyderstwa stanie się Polska – a jeśli to ma się w ten sposób odbywać, to my tego nie unikniemy – to cała sytuacja robi się już bardzo poważna.
Polska bowiem to jest coś zbyt poważnego, żeby jacyś nieudacznicy mogli sobie po niej bezkarnie jeździć. Tu nie dość, że za darmo nic nie ma, to jeszcze cena wejścia jest absolutnie najwyższa, a gapowicze mają być traktowani z najwyższą surowością. Bo to są tak zwane imponderabilia. Popatrzmy, jak to robią inni.
W swojej książce o zespołach wspomniałem o brytyjskiej piosenkarce PJ Harvey. Otóż ona niedawno wydała płytę pod tytułem „Let England Shake”, która stanowi, słodko-gorzki, jak to się nieraz mówi, hymn dla wielkiej Anglii, którą PJ Harvey wbrew wszystkiemu najzwyczajniej w świecie kocha. „Let England Shake” to 12 bardzo patriotycznych piosenek, jednak jeśli ktoś się spodziewa, że ów patriotyzm jest choćby w ułamku tak bezpośredni, a przez to tandetny, jak to do czego jesteśmy przyzwyczajeni tutaj, jest w dużym błędzie. Patriotyzm PJ Harvey jest tak wielopiętrowy i tak głęboki, że tu zwyczajnie nie ma miejsca na prosty przekaz, typu „Niech żyje Anglia”.
Ale jest jeszcze coś. Płyta „Let England Shake”, to zdaniem niektórych i najlepsza płyta w dorobku PJ Harvey, i jedna z najwybitniejszych płyt, jakie zostały w zeszłym roku wydane w Wielkiej Brytanii. „Let England Shake” to autentyczne dzieło sztuki, a więc coś, na co Anglia, tak jak ją widzi PJ Harvey i ci, którzy tę płytę kupują, zasłużyła. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby ona była choć trochę gorsza, Anglia by zwyczajnie tę PJ Harvey z tymi jej pomysłami pogoniła. Bo akurat Anglia na ten rodzaj bezczelności, gdzie ktoś próbuje wobec niej grać choćby minimalnie nieczysto by zwyczajnie nie pozwoliła. Bo Anglia się za bardzo szanuje, by do jej reprezentowania wyznaczała jakichś tanich magików. A sami Anglicy też doskonale to czują, że, jeśli ktoś już postanawia oddać Anglii cześć, ma to robić na poważnie.
No i na koniec coś bardzo smakowitego również dla naszego kumpla Coryllusa. Producenci projektu pod nazwą „Let England Shake” wynajęli irlandzkiego artystę nazwiskiem Seamus Murphy, by do każdej z tych piosenek nakręcił 12 klipów video, i z tego co widzę, tu też wymagania były postawione bardzo jednoznacznie: nie ma mowy o jakiejkolwiek uldze – tu wszystko ma być na poziomie najwyższym. Popatrzmy więc, jak to się robi tam, gdzie ludzie szanują siebie, ale też szanują swoje państwo. Tam gdzie patriotyzm to coś więcej, niż tylko parę tanich gestów zrobionych w przekonaniu, że będzie jak będzie, że damy radę. I, proszę, niech nikt nie próbuje mi mówić, że gdzie Chylińskiej do PJ Harvey, a Żulczykowi do Murphy’ego? Bo to oczywiście pewne wagę ma jak najbardziej, ale na poziomie, o którym dyskutujemy jest zupełnie bez znaczenia.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...