Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Halicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Halicki. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 września 2011

Fanga w nos, czyli czas na realną politykę

Ten blog stał się ostatnio tak bardzo się stał nadęty, że jego poważny nastrój udzielił się i mnie samemu. Doszło do tego, że kiedy wczoraj w telewizji obejrzałem występ polityka Platformy Obywatelskiej Andrzeja Halickiego i w mojej głowie pojawiła się myśl, że będę musiał napisać tekst o Halickim, w którym go najzwyczajniej w świecie wdepczę w błoto, w jednej chwili moje usta wykrzywiły się w pogardliwym grymasie i kolejna myśl – że co jak co, ale poziom trzeba trzymać i Halicki będzie musiał zwyczajnie poczekać, aż ja zostanę jego kolegą posłem i wtedy mu zwyczajnie, jak prawdziwy prostak ze wsi, dam po psyku. O tak. Właśnie tak. Podejdę do niego, dam mu po prostu w pysk, i w ten sposób rozpocznę swoją parlamentarną karierę.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że z punktu widzenia wielu osób, tego typu fizyczne przywracanie powszechnego i uniwersalnego porządku w świecie dawno wyszło z mody, i rzeczywiście ostatnie prawdziwe egzekucje można wyłącznie zobaczyć przy okazji jakichś kibolskich potyczek, czy może na góralskich weselach – choć tu akurat mam już pewne smutne wątpliwości. Jednak, mimo że sam właściwie – pomijając oczywiście czasy szkolne – nigdy nie miałem okazji, ani osobiście, ani w większej grupie, zaprowadzać owego porządku, zawsze głęboko wierzyłem, że są sytuacje, a jest ich wcale nie mało, kiedy rozwiązania ostateczne okazują się być jedynymi sensownymi.
Zanim jednak przejdę do Halickiego – a jak już się pewnie można domyślić, jednak w końcu przejdę – powiem bliżej, co mam na myśli, na przykładzie może znacznie bardziej barwnym. Otóż jakiś czas temu opowiedział mi pewien mój kolega o czymś co zostało nazwane „Człowiek-Motyl”. Konkretnie chodziło o pewnego obywatela o artystycznym usposobieniu, który, w ramach jakiegoś swojego intelektualnego projektu, uznał za stosowne przebrać się za motyla, jako ów motyl, wbić się w przechodzącą przez miasto procesję Bożego Ciała, i skutecznie przeszkadzać ludziom w modlitwie. Kiedy o nim usłyszałem, szczerze powiem, ten obraz nie wywołał we mnie większych emocji. Stało się jakoś tak, że usłyszałem tę frazę: „Człowiek-Motyl”, pomyślałem sobie, że no tak, to jest typowe, i wkrótce o sprawie zapomniałem. Niedawno jednak w jakiejś gazecie zobaczyłem zdjęcie tego dziwadła. Zdjęcie jak najbardziej w akcji, a więc była tam ta procesja, ci zdziwieni ludzie, no a wśród nich ów człowiek w damskich rajstopach z przyczepionymi skrzydełkami. I tym razem, nie będę ukrywał, mnie ruszyło.
Przede wszystkim, ja w ogóle okropnie źle znoszę – zgoda, to może być mój kompleks – ludzi, którzy wpieprzają się w nie swoje sytuacje i zaprowadzają tam swoje porządki. I to już niezależnie od polityki. Bez względu na to, czy mamy do czynienia ze Świadkami Jehowy, czy przedstawicielami jakichś alternatywnych ruchów demonstrujących swoje alternatywne obsesje, czy nawet pojedynczego wariata, wbiegającego goło na boisko podczas piłkarskiego meczu – to wszystko wywołuje we mnie daleko posunięty niesmak. Może nawet właśnie ten golas na trawie jest tu najlepszym przykładem dysonansu, o którym mówię. Ja jakoś nie umiem sobie wyobrazić, co się dzieje w głowie kogoś takiego, kto siedzi sobie w domu, wypije herbatę, wyjrzy przez okno, przejrzy gazetę, rzuci okiem w telewizor i nagle zaczyna nim kręcić obsesyjna myśl, żeby na przykład wryć się na czyjeś wesele w przebraniu niedźwiedzia, zerwać pannie młodej welon i uciec. A wszystko pod hasłem wolności ekspresji. Pomijając oczywiście całe szaleństwo tego postępku, mnie na przykład byłoby zwyczajnie wstyd. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć sytuację, gdyby to była większa grupa performerów, ale samemu?
Drugi problem, jaki mam z tego typu zachowaniami, jest już bardziej merytoryczny. Bo oto zwyczajnie nie godzi się rozbijać czegoś, co jest całkowicie niewinne i niegroźne. Jest tak dużo różnych podłości i zwykłych głupstw, przeciwko którym można protestować, natomiast nie widzę żadnego powodu, by niszczyć coś, czego jedyną przewiną jest to, że tego nie rozumiemy. Niedawno oglądałem w telewizji rozmowę z jakąś rodziną, gdzie mąż i żona siedzieli w studio boso, on wyglądał jak Jezus, ona jak Janis Joplin i opowiadali, jak to oni mieszkają gdzieś na wsi i jedzą tylko pokrzywę, a jak im dziecko zachoruje, to mu wkładają do skarpetek cytrynę. Osobiście uważam, że ci państwo mają nie po kolei w głowie, natomiast gdybym się nagle dowiedział, że jakiś performer – niech by nawet się miało okazać, że członek młodzieżówki PiS – na wieść o tym, że tam coś takiego się dzieje, przebrał się w garnitur, pojechał tam do nich na wieś rozstawił przed ich domem grilla i zaczął demonstracyjnie wpieprzać karkówkę, to ja bym go, gdybym tylko mógł, stłukł do nieprzytomności. Najchętniej batem.
A zatem wracamy do wspomnianej na początku egzekucji i wspomnianego wcześniej „Człowieka-Motyla”. Obejrzałem więc to zdjęcie, gdzie on lezie w tym absolutnie bezwstydnym przebraniu, tylko po to by niszczyć – najzwyczajniej w świecie niszczyć – i pomyślałem sobie – wiem, pamiętam, że to Twój pomysł, ale niech tak już zostanie ze względów formalnych – że jedyne co można by w tej sytuacji zrobić, tak by sprawiedliwości stało się zadość i by świat nabrał z powrotem oryginalnych barw, to wypuścić na tego mądralę parę chłopaków w dresach, z wielkimi krzyżami na łańcuchach i z białym orłem i napisem „Polska” na plecach, lub, jak ktoś jest bardziej wrażliwy, kilku starszych panów z ciupagami, i mu przykładowo wpieprzyć. Zerwać mu te skrzydełka, ściągnąć mu te rajstopy przez głowę i kopniakami go wynieść z okolicy w jakąś boczną uliczkę. Tak, by choć na chwilę normalny świat nie był dręczony jego widokiem, a on sam, żeby odebrał lekcję dobrego wychowania. Bo to jest właśnie temat tych rozważań. Dobre wychowanie.
Andrzej Halicki występował wczoraj w telewizji u Rymanowskiego i ani nie miał przypiętych skrzydełek, ani nie rozstawił tam grilla, ani nawet nie przyniósł, wzorem swojego starszego kolegi Palikota, wibratora. W ogóle wyglądał tak, jak porządny polityk powinien w telewizji wyglądać, siedział prosto i nawet ani razu nie splunął. Natomiast w jego występie było coś takiego, że żadna z tych rzeczy nie była absolutnie potrzebna do tego, by zwykły człowiek o podstawowej ludzkiej wrażliwości miał już tylko ochotę złapać go za klapy, wyciągnąć z tego studia na ulicę i wrzucić do najbliższego kontenera ze śmieciami. Nagle wyszło na to, że aby osiągnąć ten stan najbardziej bezczelnej i podłej agresji, jaki inni osiągają na przykład dopiero przez przebranie się za motyla i zakłócenie modlitwy, wystarczy być i robić miny. I tak to właśnie było z posłem Halickim. Ktoś mi od razu powie, że jeśli ja widzę posła Halickiego, który robi miny, i zaczynam się denerwować, to musi znaczyć niechybnie, że mnie się od tej polityki już pomieszało w głowie. Jednak będę się trzymał swojej oryginalnej myśli. Halicki zasługuje na lanie. I to lanie poważne. Ja bowiem nie pamiętam publicznej sytuacji, kiedy to jeden polityk, w tak pełny sposób skonfrontowany z faktami, aż tak kłamał i robił to w sposób aż tak bezwstydny. Cały program, w którym Rymanowski przepytywał Beatę Kempę i Andrzeja Halickiego a konto ostatnich wydarzeń, sprowadzał się do tego, że Halicki, odpowiadając na pytania, albo najbezczelniej w świecie kłamał, albo sam wymyślał własne kłamstwa, a kiedy czy to Kempa, czy sam Rymanowski wręcz go błagali, żeby już przestał, on robił te swoje miny, jakby chciał się zwrócić już tylko do telewidzów i powiedzieć im, że on już naprawdę z tymi ludźmi nie umie wytrzymać.
I znów, ktoś mi powie, że takie ekscesy już mogliśmy oglądać wielokrotnie, no i ja nawet byłbym w stanie się na to zgodzić, tyle, że z jakiegoś powodu tym razem to wszystko w jakiś sposób się zmultiplikowalo, tworząc obraz absolutnie nie do zniesienia. Ja mógłbym tu naprawdę przez kolejne strony opowiadać, jak poseł Halicki wymyślał kolejne kłamstwa, które następnie były mu natychmiast, czy to przez Kempę, czy przez Rymanowskiego, wytykane, a on w odpowiedzi na te uwagi kłamał znowu, a kiedy tamci znów mu tłumaczyli, że są jednak pewne granice, on wznosił oczy ku niebu i, udając jaki to on już jest bezradny wobec ludzkiej głupoty, wzdychał. Tyle że to nic nie da. Bo, przyznaję, to trzeba było widzieć. Bez obrazu, ów koncert pozostaje wyłącznie cieniem – owszem, czegoś czego mieliśmy okazję doświadczać wielokrotnie, ale jednak tylko cieniem.
Czasem wielu z nas przeżywa swego rodzaju tęsknotę za sytuacją, kiedy to taki Halicki, czy Pitera, czy jakiś inny emisariusz Platformy Obywatelskiej wyznaczony na odcinek medialny, robi to co robi, gada to co gada, a na to, ktoś z tak zwanych naszych, jednym krótkim zdaniem kładzie go na obie łopatki. I program się kończy. Ja sam u siebie zauważam ten typ emocji, że nagle przychodzi mi do głowy, że oto ja bym powiedział to, czy tamto, i prawda by wreszcie zatryumfowała. Po obejrzeniu występu Halickiego dochodzę do wniosku, że są sytuacje, kiedy słowo z pewnym typem bezczelności musi przegrać. Że jest pewien typ postaw, na które nie działa ani słowo, ani argument, ani kpina, ani wstyd. I wtedy nie pozostaje nic innego jak – przepraszam za dosadność – walić w mordę. I wtedy dopiero można liczyć na to, że wszystko się ustabilizuje i uzyska odpowiednią, oryginalną równowagę. Przychodzi Andrzej Halicki do studia i z kpiącym uśmiechem mówi, że Beata Kempa sama sobie wysłała ten email, bo przez to może dziś urządzać jedną konferencję prasową po drugiej, i robić sobie darmową kampanię. Kempa w tej sytuacji wyjaśnia, że ona w tej sprawie nie urządziła ani jednej konferencji prasowej, Rymanowski potwierdza, że konferencji prasowych nie było, na co Halicki wydyma pogardliwie usta, wznosi oczy ku niebu, jakby chciał powiedzieć „No nie! Z kim to ja muszę pracować?”, w tym momencie dostaje fangę w nos i z hukiem spada pod stolik. Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego? I przy tym wychowawczo bardziej skutecznego? Osobiście, w tej trudnej sytuacji, w jakiej się dziś znaleźliśmy, nic takiego nie widzę. Może ewentualnie tak zwany kop w dupę.
Dziś, w związku z moim kandydowaniem, otrzymałem do wypełnienia bardzo obszerną ankietę, w której jedno z pytań dotyczyło tego, czym się zamierzam zając w moje pracy sejmowej w pierwszej kolejności. Wciąż siedzę, gapię się w tę rubryczkę i cały czas mi chodzi po głowie jedno zdanie: „Dać w ucho Halickiemu”. No ale to chyba nie jest jeszcze ten czas, prawda? Może najpierw, podstawię mu nogę, a na bardziej zaawansowane środki przyjdzie jeszcze czas? Nie da się jednak ukryć, że czas na realną politykę nadchodzi.
To jest zaledwie jeden z pewnie już znacznie ponad tysiąca tekstów, jakie tu powstały. Jeśli komuś się on spodobał, a ma ochotę poczytać sobie więcej takich, tyle że w porządnym książkowym wydaniu, zapraszam do kupowania mojej książki. Droga do księgarni tuż obok. O jedno kliknięcie w tę śliczną okładkę. No i, jak zwykle, wciąż bez zmian, proszę o bezpośrednie wspieranie finansowe tego bloga. Numer konta podałem też tuż obok. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...