Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gnuśność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gnuśność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 kwietnia 2022

O tym jak brak modlitwy, różańca, pokuty i jałmużny uczynił z papieża Franciszka schizmatyka

 

       W swojej poprzedniej notce, zwróciłem uwagę na – dla mnie absolutnie wstrząsający – fakt, że ludzie wydawałoby się nie dość że tak jak większość z nas pobożni, to jeszcze z ową pobożnością obnoszący się w glorii ekspertów, wydają się nie mieć kompletnie świadomości, czym jest grzech w wymiarze społecznym i czym, w tym samym ujęciu, jest modlitwa. Obserwując całą serię kierowanych przez owych specjalistów ataków przeciwko papieżowi Franciszkowi, nie mogłem się nadziwić jak wszyscy oni, kierując się wyłącznie swoimi politycznymi obsesjami, kompletnie tracą świadomość, jak bardzo nasza nieustanna modlitwa, nasze codzienne czynienie dobra, nasze „miłowanie” nieprzyjaciół i wreszcie zaniedbywanie tych naszych chrześcijańskich obowiązków ma znaczenie nie tylko dla nas, ale dla całego świata. Nie potrafiłem tego zgnuśnienia zrozumieć, zwłaszcza gdy nie ma dziś praktycznie dnia, byśmy ze wszystkich stron nie słyszeli apeli o to, by się modlić o pokój na Ukrainie i na całym, tak bardzo dotkniętym różnymi nieszczęściami, świecie. Jak można – będąc człowiekiem Wiary – nie rozumieć, że owo wezwanie to nie jest próżny gest, podobny do życzeń urodzinowych, czy świątecznych, ale potencjalnie coś wręcz rozstrzygającego. A mówię o ludziach, którzy przy byle okazji to tu to tam wzywają do „szturmu modlitewnego”, nie tylko za czyjeś zdrowie, za czyjeś życie, ale niekiedy nawet za pomyśłnie zdany egzamin na prawo jazdy. To oni wierzą w to, że ów szturm działa, czy nie? I czy wierzą, że brak tego szturmu może mieć znaczenie, czy nie? I czy oni nie wiedzą, że każdy grzech, a w tym również grzech zaniedbania, zawsze niesie skutki społeczne?

        Myślałem o tym przez ostatnie dni i nagle przypomniałem sobie coś, co każe mi wierzyć, że oni ani o niczym nie zapomieli, ani nie są tak głupi, jak by się mogło wydawać. Rzecz bowiem wyłącznie w tym, że każdy z nich zapewne przez wspomniane wcześniej obsesje, postanowił to wszystko na chwilę odłożyć na bok i wrzasnąć jednym głosem: „A gdzie w tym wszystkim jest jakakolwiek moja wina?!” Oto parę już lat temu przedstawiłem tu tekst o tym jak to w telewizyjnym programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” on sam plus trzech jego pobożnych znajomych, redaktorzy Grzegorz Górny i Sebastian Kratiuk, oraz ksiądz Isakowicz – Zaleski, załamywali ręce nad papieżem Franciszkiem, który rzekomo rozważa zniesienie swoim papieskim autorytetem obowiązku kapłańskiego celibatu. Wszyscy oni po kolei grzmieli na temat wielkiej schizmy w Kościele, do jakiej z pewnością dojdzie jeśli Papież się „nie opamięta”, ksiądz Isakowicz dziękował każdemu z nich za to, że mówi coś, czego „jemu mówić nie wolno”. W końcu jednak i on się przełamał i zagrzmiał otwartym tekstem:

Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”.

      I w tym oto momencie zabrał ponownie głos główny kościelny ekspert prawicowych mediów Grzegorz Górny i poinformował, że w tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak „modlitwa, różaniec, pokuta oraz jałmużna”.

      A ja dziś sobie nagle przypominam ową modlitwę, różaniec, pokutę i jałmużnę za nawrócenie papieża Franciszka i przede wszystkim już wiem, że oni jednak wiedzą, że każde zło ma wymiar uniwersalny, że my za nie jesteśmy zawsze w jakiś tam sposób odpowiedzialni i, co najważniejsze, naszą modlitwą i dobra czynienie możemy to zło pokonać. Oni to wiedzą, tyle że przez swoją gnuśność, beztroskę i zwykłe zaniedbanie, często pozwalają temu złu się bezkarnie panoszyć. Ciekawe, czy którykolwiek z nich, na czele z księdzem Isakowiczem-Zaleskim ma dziś świadomość, że przez swój brak konsekwencji po opisanym telewizyjnym występie są współwinni temu, że papież Franciszek doprowadza ich do cholery, zarzucając im tak niesprawiedliwie, że to również dzięki nim Ukrainę dziś prześladuje to straszne nieszczęście.



 

poniedziałek, 4 września 2017

Czy ksiądz Boniecki to człowiek ciepły i miły?

Informował nas już o tym Gabriel, a ja muszę tę smutną informację potwierdzić, że faktycznie pewne narastające od pewnego czasu kłopoty na rynku spowodowały dość poważny kryzys sprzedażowy w samym wydawnictwie. Nie muszę chyba wspominać, że owe problemy dotykają i nas tu osobiście, co w połączeniu z różnymi nieoczekiwanymi, a często bardzo finansowo wyczerpującymi zawirowaniami tu na miejscu, spowodowało, że zmuszony jestem prosić stałych czytelników tego bloga o doraźne – mam nadzieję, że jednorazowe – wsparcie dla tego bloga. Ponieważ mamy już za sobą podobne, tyle że na znacznie większą skalę, doświadczenie, mam nadzieję, że zwłaszcza ci, którzy są tu od zawsze, znają drogę. Jeśli potrzebne będą bardziej szczegółowe informacje, bardzo proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl. Bardzo dziękuję. A tymczasem zapraszam do paru zupełnie nowych refleksji na tematy już bardziej ogólne.

Jak część z nas z pewnością zauważyła, po kilku latach słodkiej nieobecności, pojawił się w mediach ksiądz Adam Boniecki i, jak się należało spodziewać, swój powrót ogłosił w taki sposób, by wszyscy ci, co za nim tęsknili, dostali w jednej chwili to, czego im brakowało najbardziej plus jeszcze trochę. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że z prośbą o skomentowanie tego wszystkiego, co komentarza od księdza Bonieckiego wymagało, zgłosił się nie kto inny, jak telewizja TVN24, a więc ktoś, kto prawdopodobnie na temat misji Kościoła ma do powiedzenia jeszcze więcej, niż „Gazeta Wyborcza”, która z kolei w tej dziedzinie, jak wszystkim wiadomo, jest autorytetem najwyższym.
Rozmowa z księdzem Bonieckim jest bardzo długa i zahacza o wszelkie możliwe tematy, od Krzyża w Sejmie po marsze KOD-u, ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwa fragmenty, pierwszy, związany z przyjacielskim gestem, jaki swego czasu ksiądz Boniecki wykonał w stosunku do satanisty Nergala, a drugi, dotyczący oceny Jarosława Kaczyńskiego, jako człowieka. Zapytany przez dziennkarkę stacji TVN24 o epizod z Nergalem, Boniecki odpowiada tak:
„Darł Biblię niejeden raz. Przynosili mu i on ją darł jak szalony. Ten numer programu się podobał widzom. Uważam i tak napisałem, że to chamstwo. Z Nergalem rozmawiałam w życiu raz, może 15 minut. Odkryłem wtedy, że jest człowiekiem rozsądnym, miłym, ciepłym. Nie darł się, jak to robi na scenie, nie przewracał oczami. Po prostu miły człowiek. Podarował mi swoją książkę. Przeczytałem. Nie są to ‘Księgi Pielgrzymstwa i Narodu Polskiego’, ale sporo można się o autorze dowiedzieć. Miałem wrażenie, że dla niego największą wartością jest sukces jego zespołu. Behemota. To jest dla niego najważniejsze. Warte każdej ceny. Zobaczył, że darcie Pisma Świętego ściąga mu publiczność, więc darł”.
Zanim przejdę do drugiej części, chciałbym zwrócić uwagę na jeden fragment zpowyższej wypowiedzi, kiedy to Ksiądz mówi o Nergalu, że to człowiek „rozsądny, miły i ciepły”. Proszę popatrzeć: widzi Nergal znanego katolickiego księdza i przychodzi mu do głowy pomysł, by zrobić sobie z nim zdjęcie i zamieścić je na Facebooku. Podchodzi więc do księdza, z miłym uśmiechem i bardzo grzecznie, przedstawia się i prosi o wspólną fotografię, prezentując mu jednocześnie swoją książkę z osobistą dedykacją. Czemu to robi, my oczywiście już wiemy, natomiast to co jest w tym najciekawsze, to nie intencje Nergala, lecz reakcja księdza Bonieckiego, który robi wszystko, o co Nergal go prosi i, jak widzimy, w przekonaniu, że to jest do czego zachęcał Jezus, do dziś jest ze swojej postawy bardzo zadowolony. Dlaczego? Bo przecież wiemy, że ten cały satanizm to zaledwie zwykły biznes, a najważniejsze i tak jest to, gdy człowiek jest „miły i ciepły”.
Tyle na temat Nergala. W dalszej części rozmowy pojawia się jednak element prawdziwie złowieszczy, w postaci Jarosława Kaczyńskiego, a więc, jak się domyślamy, kogoś kto najpewniej nie jest ani miły, ani ciepły, ani, tym bardziej, rozsądny, a co może jeszcze ważniejsze, kto w żaden sposób nie kieruje się kaprysami publiczności. Posłuchajmy jednak samego księdza Bonieckiego:„Myślę, że nie jest mu łatwo. Żyje w stanie wielkiego napięcia. Jego wybuch, kiedy w bardzo nieelegancki sposób obrażał parlamentarzystów, pokazał, że w nim jest jakieś straszne ciśnienie niechęci, wrogości, strachu. I już nawet nie chodzi o to, co mówił, bo człowiek różne rzeczy mówi w gniewie. Ale jeśli ten człowiek, w takim miejscu, w takim momencie, przestaje panować nad sobą… to jest niepokojące. Do jakiego stanu on się doprowadził! Już jedna iskra wystarczy, żeby spowodować wybuch. Człowiek, który jest spokojny, pewny swojej drogi, tak nie działa”.
A my już wiemy, jak działa człowiek, który jest spokojny, pewny swojej drogi, bo nauczył nas tego sam ksiądz Boniecki. Taki człowiek działa jak Nergal. No ale nie każdy tak potrafi. By tak postępować, trzeba mieć w sobie pewne ciepło.
Prowadzę ten blog już od niemal dziesięciu lat i przyznaję, że zdarzyło się parę razy, że pojawił się temat, wobec którego poczułem paraliżującą bezradność. I to, z czym do nas dzis zawitał ksiądz Boniecki jest dla mnie wyzwaniem nie lada. Gapię się w to, co już napisałem i nie mam pojęcia, jak z tego nieszczęścia wyjść. I oto czytam, jak ów dziwny ksiądz tłumaczy powody, dla których postanowił zapuścić brodę. Oddajmy mu głos po raz ostatni:
Ludzi, którzy się golą trzeba raczej zapytać: po co codziennie podejmują tę mordęgę, żeby się golić? Żeby zapuścić brodę, właściwie nic nie trzeba robić. Raz w miesiącu pani fryzjerka mi tę brodę podcina”.
A więc o to chodzi. Nie trzeba nic robić. Zero. Człowiek, siedzi, broda rośnie, raz na miesiąc fryzjerka ją przystrzyże i jest dobrze. Wprawdzie można by było zapytać, po co ją w ogóle podcinać, Czyż w końcu nie liczy się tak naprawdę jedynie ciepło i rozsądek? Rozsądek i ciepło? My jednak wiemy coś jeszcze, o czym w sposób oczywisty ksiądz Boniecki z prawdziwą radością zapomniał: gnuśność. A że człowiek wygląda jak wygląda? Co robić? W końcu nie wypada lekceważyć oczekiwań publiczności.

Wszystkich czytelników tego bloga z całego serca zachęcam do kupowania moich książek. Tu. To są dobre książki. Ani w Matrasie ani w Empiku na tego typu emocje liczyć nie ma co.

sobota, 16 kwietnia 2016

Pan Kukiz już się zbliża - repryza

Dziś po raz kolejny wspominamy Pawła Kukiza, swego czasu zdolnego muzyka i aspirującego polityka, który pewnego dnia zobaczył karuzelę, wskoczył na nią i natychmiast z niej zleciał. Przed nami drugi odcinek, w postaci notki jeszcze z roku 2014 pod tytułem „Pan Kukiz już się zbliża”. Zapraszam:

W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy Kukiz, w celu zaatakowania polskiej wiary, polskiej religijności, polskiego Kościoła, w więc de facto Polski, napisał i rozpowszechnił w publicznej przestrzeni osobistą parodię eucharystycznej pieśni „Pan Jezus już się zbliża”, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi, i tak – przyznaję to z prawdziwa przykrością – miał w sobie pewien artystyczny poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki
”.

Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwilętemu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.

Zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

wtorek, 23 grudnia 2014

Tym razem bez życzeń. Nie tym razem.

Myślę że każdy, nawet ów mniej uważny, czytelnik tego bloga wie, że, jak to śpiewał swego czasu Mistrz, „tu się psia nędza nikt nie oszczędza”. A skoro tak, to czytelnik ten też wie, że w pierwszym szeregu tych, co do których nikt się tu nie oszczędza, stoją tak zwani „dziennikarze niepokorni”. Oni na tym blogu są tępieni w sposób bezwzględny i systematyczny od lat i jak wiele na to wskazuje, sytuacja ta już raczej się nie zmieni – przynajmniej do czasu, gdy jakaś nieoczekiwana rewolucja ich raz na zawsze najzwyczajniej w świecie stąd wymiecie.
O co autor tego bloga i komentujące na nim stale osoby mają do owych „niepokornych dziennikarzy” pretensje? Otóż po pierwsze o to, że oni są słabi; zwyczajnie słabi. Pod względem umiejętności czysto dziennikarskich, niemal stuprocentowa większość z nich to amatorzy i to amatorzy z całkowitego przypadku. Po drugie, niemal stuprocentowa większość z nich – choć tu mam wrażenie, że wyjątków nie ma – pozostaje całkowicie obojętna w stosunku do sprawy, o którą rzekomo walczą. I tego jestem pewien. Gdyby każdego z nich spróbować prywatnie zaczepić w którejkolwiek ze spraw, które dręczą na co dzień każdego z nas, oni by jedynie wzruszyli ramionami i powiedzieli nam, by im nie zawracać głowy. Po trzecie wreszcie zarówno sami autorzy dostarczanych prawicowej opinii publicznej tekstów, jak i ich dysponenci, są głęboko przekonani, że oni wszyscy uprawiając tę swoją działkę, mają do czynienia z takimi durniami, że choćby oni stoczyli się do poziomu najniższego, nikt z tych bałwanów tego nie zauważy. Ja mam pretensję do polskiego tak zwanego „dziennikarstwa niepokornego” o to, że oni, z jakiegoś kompletnie dla mnie niewyjaśnionego powodu, żyją w głębokim przekonaniu, że nie ma takiego idiotyzmu w ich wykonaniu, który ja na przykład byłbym w stanie dostrzec. No i sobie używają. I za to ich tu na tym blogu tępię bez żadnej litości. Tych bezczelnych idiotów, tę ich gnuśność i wręcz karykaturalną bezmyślność.
Ponieważ jednak ta walka trwa już tyle lat – przypominam, że mój pierwszy tekst, zamieszczony jeszcze w roku 2008 pod dawnym adresem toyah.salon24.pl, dotyczył osoby i publicystycznej działalności Rafała Ziemkiewicza – mam wrażenie, że pojawiająca się tu od czasu do czasu krytyka owej „niepokornej publicystyki”, przez niektórych z nas traktowana jest jako swego czasu rytuał. Chodzi mi o to, że uważam za bardzo prawdopodobne, że kiedy my tu zajmujemy się gnojeniem jakiegoś Skwiecińskiego, czy Zaremby, pewna część czytelników uważa, że to jest tylko taka zabawa; że wszystko się bierze stąd, że autor tego bloga ma taki a nie inny charakter, a ów charakter tworzy autpmatycznie charakter tych tekstów. Otóż możliwe, że tak się niekiedy dzieje, jednak nie w tym wypadku. Gdy chodzi o kwestie dziennikarstwa – w tym przed wszystkim (inne naszej tu uwagi raczej nie zajmuje) dziennikarstwa prawicowego – tu żartów nie ma. Tu wszystko się toczy na poziomie jak najbardziej poważnym.
Myślę, że nadszedł czas – a niech już będzie, że przy okazji zbliżających się Świąt – by pokazać, w czym rzecz, i to w taki sposób, by każdy z nas zrozumiał powagę sytuacji. Oto wczoraj, powiem szczerze, że nie bardzo nawet wiem dlaczego, zacząłem bardzo solidnie przeglądać kolejne wiadomości ukazujące się na portalu wpolityce.pl, który, o czym niektórzy z nas mogą nie wiedzieć, jest internetową ekspozyturą popularnego prawicowego tygodnika opinii „W Sieci”. I proszę sobie wyobrazić, że najpierw natknąłem się na tekst niejakiego (daje słowo, że ja tych redaktorów nie znam) Tomasza Domalewskiego, „wieloletniego redaktora krakowskiego ‘Dziennika Polskiego’”, który nas informuje, że premier Kopacz skompromitowała się udzielając wywiadu magazynowi „Viva” i dziś ma o tę kompromitację pretensję do „Vivy”, zamiast do siebie. „Zarówno sama Pani Premier, jak też cały fraucymer biegający za nią, zestaw doradców, opiekunów medialnych i tych od propagandy, został ośmieszony wyłącznie na własne życzenie, z powodu własnych niedostatków. Wiadomo jakich. I bicie przedświątecznej piany, próba zamiany próżności w obfitość ilorazu niczego nie zmieni. Lustereczko nie kłamie”, pisze Domalewski, a czytelnikowi pozostaje już tylko zachodzić w głowę, o co poszło. Czy Kopacz powiedziała coś głupiego, a ci zamiast ją ocenzurować, ową wpadkę puścili? Czy może „Viva” zamieściła jakieś kompromitujące ją zdjęcie? A może oni czegoś na czym Premier bardzo zależało, nie puścili? Oczywiście, zaciekawiony, o co mogło pójść, że to aż Kancelaria Premiera musiała interweniować, poszperałem w Sieci i odpowiedź znalazłem: chodziło o to, że „Viva” Kopaczowej założyła jakiś ciuch i obok właściwego tekstu zamieściła też reklamę sklepu, który owym ciuchem handluje. A więc reklama. Tyle że o tym już ani słowa. Dlaczego? To proste. Wówczas mogłoby się okazać, że my, a więc z punktu widzenia Domalewskiego i redaktorów portalu banda skończonych, nic nie wartych durniów, nie daj Boże, nie zrozumielibyśmy z tego nic, no i nie wiedzielibyśmy, że w najbliższych wyborach należy głosować na PiS, a nie na Platformę. A więc najlepiej jest po prostu obrzucić Kopacz szyderstwami i liczyć, że one nie okażą się zbyt wyszukane.
Po Domalewskim pojawia się tekst podpisany przez „Zespół wpolityce.pl” i zatytułowany „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyniku wyborów samorządowych”, i tu już nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z akcją opartą na zasadzie „ci durnie i tak nie wyjdą poza tytuł”. Bo co takiego się dzieje? Otóż z tekstu zamieszczonego na prawicowym portalu wpolityce.pl dowiadujemy się, że 68 procent osób które wzięły udział w wyborach wierzy w oficjalnie podane wyniki, natomiast z tych, którzy w wyborach udziału nie wzięły, w oficjalne dane wierzy zaledwie 48 procent. Jeśli się jednak tych ludzi spytać, co należy w tej sprawie zrobić, zaledwie 7 procent chce, by policzyć jeszcze raz wszystkie głosy. Oczywiście to nie przeszkadza „zespołowi w polityce.pl”, by tytułować swój tekst zdaniem: „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyników wyborów samorządowych”. Czemu tak? Sprawa jest jasna. Chodzi o to, byśmy my, banda idiotów, którzy ani nie umieją czytać, ani tym bardziej myśleć, wykonali robotę za panów dziennikarzy.
No i wreszcie mamy na koniec autentyczny rodzynek. Oto przed nami tekst człowieka nazwiskiem Tomasz Rakowski, który pod spodem przedstawia się jako: „Informatyk, przedsiębiorca, podwójny absolwent Politechniki Gdańskiej. Zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010. Publikował w pierwszym ‘Uważam Rze’. Współpracownik Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Katolik, konserwatysta, homosceptyk. Dumny z tego, że jest Polakiem. Interesuje się kinematografią” (daję słowo, nic nie zmyślam). I oto okazuje się, że ów Rakowski ma dla nas naukę, w jaki sposób powinniśmy zareagować na to, że sieć EMPiK uznała za stosowne do swojej akcji promocyjnej zaangażować muzyka Adama Darskiego i gwiazdę telewizji TVN24 Marię Czubaszek, nazywanych przez Rakowskiego „satanistą” i „aborcjonistką”. Otóż zdaniem Rakowskiego powinniśmy pójść do EMPiK-u, wrzucić do koszyka towar za ciężkie pieniądze, przyjść do kasy, a kiedy kasjerka to wszystko nabije do kasy, odwrócić się na pięcie i odejść z honorem. Taki to jest plan. Rakowski, abyśmy – banda tępych durni – wszystko do początku do końca zrozumieli, opisuje nam punkt po punkcie, jak to wszystko on sam dla nas zrobił. Otóż (daję ponowne słowo honoru, że nic nie zmyślam) zaszedł ów człek do EMPiK-u, nawrzucał do koszyka przeróżnego towaru i ustawił się w kolejce do kasy. Kiedy przyszła na niego kolej, okazało się, że trzeba będzie zapłacić aż 500 zł. Tu pozwolę sobie zacytować cały odpowiedni fragment tekstu na prawicowym portalu wpolityce.pl:
- A co ze zniżką?
- Nie mogę, niestety.
- To jak to? Dla całej rodziny, na pół tysiąca zakupy i żadnej zniżki?
- Niestety.
- No cóż – skapitulowałem sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem portfel. Brak gotówki.
- Można kartą? – zapytałem naiwnie.
- Można! – rozwiała moje obawy pani kierownik. Odgarnęła włosy. Jej wyciągnięta w moim kierunku ręka zawisła w powietrzu. Od mojej dłoni, w której trzymałem plastykowe pieniądze dzieliło ją kilka centymetrów.
I w tym momencie następuje atak:
- Jak się nazywa ta sieć księgarń, która reklamuje się przy pomocy satanisty? – Zmieszanie na jej twarzy było nie do ukrycia. Kobiecie odjęło mowę. Oczy zaczęły uciekać na boki, jakby w geście obrony jej ręka po raz kolejny wyciągnęła się w kierunku mojej karty. - Nie wiem – bąknęła. - No nie pamięta pani? – nie odpuszczałem - No ten satanista. Wie pani, nie chciałbym, żeby doszło do jakiejś pomyłki. On tam jeszcze występuje z jakąś starszawą panią, aborcjonistką.
I tak jeszcze przez chwilę nasz rycerz „zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010” pognębia funkcjonariusza Systemu i wreszcie triumfalnie ogłasza: „A to w takim razie będzie rezygnacja” i z tym obrazem zostawia nas, bezmyślne wyborcze mięso, które z całą pewnością się ucieszy, że nasze media, panie, napisały, że ten Nergal to satanista, ta Czubaszek morduje małe dzieci, a kasjerka z EMPiK-u to jakiś tępy leming. A jeśli się nie ucieszy, to wyłącznie dlatego, że sami jesteśmy lemingami.
I ten cały, tak bezczelny przekręt, firmują Jacek i Michał Karnowscy – nasi czołowi prawicowi publicyści.
Powtórzę jeszcze raz. Ten blog działa już od siedmiu lat i naprawdę można się było przyzwyczaić. Można było również sobie pomyśleć, że to wszystko jest zaledwie taką umową między nami a nimi, gdzie my tu będziemy się na nich złościć i im dokuczać, a oni będą dalej robić to co robią, dla naszego i wspólnego dobra. Otóż nie. To tak nie działa. Bo tu nie chodzi ani o nas, ani o nich. Tu chodzi o Polskę. A jeśli w tej walce o Polsce pojawiają się jacyś – powiedzmy to wreszcie otwarcie – ruscy cwaniacy, to dla nich nie będzie litości. Oni będą niszczeni jak najgorsze robactwo. Nawet – a może szczególnie – w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

Przypominam że nasze książki, w tym moja najnowsza o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

niedziela, 5 maja 2013

Gdy mainstream powoli zdycha

Od wielkiej, wstrząsającej i tak dramatycznie symbolicznej budowlanej katastrofy w Bangladeszu minął już dziesiąty dzień, i wygląda na to, że najważniejsze polskie media znalazły wreszcie powód, by zacząć o sprawie wspominać. Czy przyczyną owego gwałtownego wzrostu zainteresowania tym niewyobrażalnym wręcz nieszczęściem było to, że liczba śmiertelnych ofiar przekroczyła 500, a, jak wiemy, istnieje pewien typ skretynienia, który pozwala człowiekowi reagować wyłącznie na przekaz najprostszy, i tu liczba 500 wydaje się być czymś równie niemal fantastycznym, co zdjęcie zakrwawionego ciała uzupełnione o fotografie zapłakanych twarzy tych, co przeżyli, czy może poszło o coś innego – nie wiem. Wiem natomiast, że sytuacja, w której organizacje tak potężne, jak „Gazeta Wyborcza”, Onet, TVN24, czy „Gazeta Polska”, bez śladu zawstydzenia, 10 dni po zdarzeniu, mówią nam: „A czy państwo słyszeli, że w zeszłą środę w Bangladeszu zginęło ponad 500 osób?”, to jest naprawdę nie byle co.
Trochę po to, by przypomnieć, w czym rzecz, ale też przez tę prostą prawdę, że są rzeczy, o których należy mówić za każdym razem, gdy tylko nadarzy się okazja, powiem raz jeszcze, o co chodzi. Otóż 24 kwietnia, w stolicy Bangladeszu Dhace, zawalił się ośmiopiętrowy budynek, w którym szyto ubrania z przeznaczeniem dla międzynarodowych sieci sklepów odzieżowych, takich jak Primark, czy Benetton. Rzecz w tym, że kiedy dzień wcześniej stwierdzono zagrożenie, ewakuowano obsługę mieszczących się w budynku sklepów i banku, natomiast szwaczkom kazano przyjść do pracy, jak co dzień. No i one akurat pracowały, kiedy wszystko runęło.
To jest jedno. Druga rzecz jest taka, że przez niemal tydzień po tragedii, główne polskie media, jeśli w ogóle informowały o tym, co się stało, to akurat tyle, by z jednej strony nikt broń Boże nie wpadł w zły nastrój, a jednocześnie, by zawsze można się było zasłonić tym, że jakaś tam informacja przecież była. Światowe agencje dzień po dniu donosiły o coraz wyższej liczbie zabitych, wiadomo już było, że ta liczba przekroczyła 400, a w Onet, TVN24 i TVP – niemal idealna cisza. Trochę mi żal, że nie czytam już „Rzeczpospolitej”. Mógłbym powiedzieć, na której stronie oni to podali.
Kiedy piszę ten swój dzisiejszy tekst, czytam, że bengalscy ratownicy doliczyli się już niemal 600 ofiar, i proszę sobie wyobrazić, że tę informację znalazłem na Onecie. Kiedy jednak pisałem o tym u siebie na blogu, a było to i tak już pięć dni po, wszystko co na ten temat wiedziałem, przeczytałem w angielskiej Wikipedii. Jak idzie o polskie strony, jedyne, co na ten temat znalazłem, to była notka na jakimś maleńkim lewicowym portalu o nazwie lewica24.pl. Dziś, jak mówię, wystarczy wpisać hasło „Bangladesz”, a na samej górze mamy dzisiejszy Onet. Wreszcie. 10 dni po 24 kwietnia!
A więc, co się stało? Za jaką przyczyną 10 dni od dnia, kiedy ten przesiąknięty ludzką krwią, potem i udręką budynek zamienił się w zbiorowy grób, nasi specjaliści od budowania idealnego społeczeństwa konsumenckiego, postanowili zmienić front? Otóż mam wrażenie, że wszystko jednak zaczęło się od tego bloga, a jeśli ktoś myśli, że mi się za dużo wydaje, jeśli sądzę, że ci mądrale z Onetu, czy TVN24 nie mają nic lepszego do roboty, jak śledzić to, co ja tu piszę, to go od razu spieszę uspokoić. Ja aż tak pewny swego nie jestem. Pojawił się tu natomiast pośrednik w postaci „Gazety Polskiej Codziennie”. Otóż, w czwartek 2 maja otrzymałem informację od jednego z czytelników, że o tym, co się wydarzyło w Bangladeszu, poinformowali „nasi”, a jak idzie o nich, to ja jednak biorę pod uwagę to, że jeden z drugim tu bywają. Ponieważ przy tym, przy całym moim szacunku dla Tomasza Sakiewicza i jego niezawisłości, niezależności i, że tak powiem, „offowości”, ten projekt to jak najbardziej poważna część mainstreamu, mam podejrzenie, że szefostwo TVN24, a za nim cała reszta tej bandy uznali, że nie da się dłużej udawać, że jest okay… no i mamy, to co mamy. Inaczej widzieć tego nie potrafię.
Na koniec, mam już tylko jedną refleksję. Jeśli niedługo nadejdą czasy, kiedy to każda kolejna informacja podana przez „Newsweek”, „Politykę”, TVP, czy Onet, lub TVN24, będzie się zaczynała od słów: „Jak się dowiadujemy z blogów…”, będzie to oznaczało, że jesteśmy już prawie w domu. A oni – i tu akurat mam na myśli jednych i drugich – w dupie. Już się nie mogę doczekać.

Jeśli ktoś znalazł w tym tekście źródło dobrych refleksji i zwykłej codziennej satysfakcji, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję i proszę nie odchodzić.

sobota, 30 stycznia 2010

O siedmiokilogramowym liściu



Są rzeczy które mnie nurtują może nieco bardziej niż wszystko to, co może od czasu do czasu człowieka nurtować. Nie wiem na przykład, jak to się stało, ze kiedy byłem małym jeszcze chłopcem, stałem się tak bardzo otwarty na muzykę. Wspominałem już tu chyba kiedyś, że kiedy miałem zaledwie piętnaście lat, słuchałem z niezwykłym napięciem jazzu, który nawet z punktu widzenia moich dzisiejszych doświadczeń, mógłby być uznany za zbyt ekstrawagancki. Pamiętam że kiedy w roku 1969 Led Zeppelin wydali swoją pierwszą płytę, a zatem jeszcze wcześniej, nie mogłem ani na moment przestać słuchać choćby tego dziś już klasycznego Dazed and Confused. A pierwsze King Crimson? To był przecież ten sam rok. A miałem przecież dopiero lat 14. Rozumiałbym to pewnie jakoś lepiej, gdyby moi rodzice byli ludźmi w jakikolwiek sposób umuzykalnionymi, gdyby którekolwiek z nich grało na jakimś instrumencie, gdyby mnie do muzyki w jakikolwiek sposób zachęcali. Gdyby chociaż w moim domu muzyka grała nieustannie. Ale nic z tego. To było wyłącznie we mnie. Dziwne.
Niedawno bardzo pisałem o tym, że moi znajomi, tak się jakoś złożyło, są w większości ludźmi w ten czy inny sposób wybitnymi. Wczoraj spotkałem się z moim starym kolegą, który oprócz tego że jest moim kolegą, jest autentycznie wybitnym artystą. Przyniósł mi ów mój kolega swoje nagranie sprzed iluś tam lat, którego wcześniej nie znałem i które w żaden sposób nie było podobne do czegokolwiek co wcześniej słyszałem. Siedziałem i słuchałem tego w zauroczeniu i pytam go, jak to jest, że on puszcza coś takiego komuś, kto ani nie ma muzycznego wykształcenia, ani w ogóle ogólnego muzycznego pojęcia, ani nawet nie umie na głupiej gitarze zagrać Domu wschodzącego słońca, i liczy na to, że coś z tego będzie. A on mi (słuchajcie, słuchajcie!) mówi, że to właśnie dla takich jak ja muzyka w ogóle powstaje.
Brzmi to tak jak bym się chwalił, ale proszę zwrócić uwagę, że chodzi mi o coś zupełnie przeciwnego. Ja wręcz chcę podkreślić, że to co tu się dzieje, nie jest w żaden sposób moją zasługą. Ani moją, ani moich rodziców, ani sytuacji, ani miejsca, ani czasu. Tu nie ma mowy o zasługach czyichkolwiek. Tu jest tylko zagadka. Coś spada na człowieka i od tego momentu już sobie jest. I nie ma nikogo, kto by potrafił pokazać palcem jedno choćby bardzo skromne dla tego wytłumaczenie. Poza tą muzyką jestem – też o tym wspominałem – głupi jak but. Nie mam żadnego oczytania. Kiedy rozmawiają ludzie wykształceni, najczęściej nie rozumiem, o co im chodzi. Gdyby ktoś mnie siłą zmusił do pisania testu na inteligencję, to najprawdopodobniej uzyskałbym z niego jakieś pięćdziesiąt punktów. Jeśli nie mniej. Niedawno mój kolega don esteban kazał mi przeczytać książkę jakiegoś Blooma. Tak się składa, że mam tę książkę, bo już dawno temu ktoś mi kazał ją kupić, ale oczywiście nawet nie przeczytałem pierwszej strony. A więc gapię się w tę okładkę i myślę, że może gdyby ten Bloom śpiewał, albo grał na trąbce, to ja bym się do niego zabrał. A tak?
Ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie dręczy. Jest coś jeszcze, co jest już bardzo osobiste, i nawet nie wiem, czy mi wypada o tym pisać, ale w końcu ten blog jest już od dawna konfesyjny jak cholera, więc może i to zniesie. Otóż chodzi o to, że ja mam bardzo poważny kompleks na tle kłamstwa i krętactwa. I to jest ciekawa sprawa. Gdyby poprosić tu jakiegoś psychologa, pewnie by mi wytłumaczył, że to wynika z jakichś moich starych doświadczeń, które tak mnie załatwiły na całe życie. Jednak, choć bardzo się staram to zbadać, nic mi mądrego nie przychodzi do głowy. Moje życie układa się dla mnie od dzieciństwa tak, że ani mnie nikt nie skrzywdził, ani ja nikogo szczególnie nie skrzywdziłem, ani nie miałem złych snów, ani w ogóle nic wokół mnie nie stwarzało nigdy takich napięć, bym się miał jakoś szczególnie stresować. No, może z wyjątkiem szkoły, gdzie byłem uczniem raczej marnym i ten czas akurat wspominam nienajlepiej. Ale przecież nie ja jeden. A więc, tu mamy kartę czystą. A mimo to, to kłamstwo mnie zwyczajnie dewastuje.
Zauważyłem to też stosunkowo wcześnie. Jeszcze za najbardziej czarnej komuny, ja się autentycznie od rana do wieczora dławiłem z oburzenia, ile razy słyszałem co oni wygadują. I tu, podobnie jak w przypadku muzyki, nie miałem żadnego powodu, żeby się czuć jakoś wyróżniony. Wprawdzie moi rodzice nie byli tak zwanymi ludźmi systemu, ale – jak to jest u zwykłych wieśniaków – też nie angażowali się w walkę w jakikolwiek sposób. U mnie w domu ani nie śpiewało się patriotycznych pieśni, ani nie chodziło się na demonstracje, ani nie czytało na głos Sienkiewicza. Powiem więcej. Moi rodzice nawet nie byli szczególnie pobożnymi ludźmi w tym sensie, żeby jakoś mieli tę swoją religijność demonstrować. Zero. Normalnie się żyło i jeśli Mama lub Tato wspominali coś na temat polityki, to wyłącznie w formie zalecenia, żeby uważać, bo wezmą i zabiją. A ja, jeśli komunistów nienawidziłem z całego serca, to nawet nie za to, że ta ich ideologia była zła i nieludzka, a Polsce brakowało suwerenności, lecz wyłącznie za te ciągłe kłamstwa, które – jak mówię – mnie z dnia na dzień demolowały. Skąd to się brało? Nie wiem. A mimo to, kiedy przyszło do tego – też tu już o tym była mowa – że miałem się zdecydować, czy nie pójść na współpracę, to wiedziałem, że prędzej zgodzę się stracić wszystko, niż powiem skurwysynowi tak.
Czemu o tym wszystkim piszę? Powód jest jak najbardziej prozaiczny. Mój kolega, wspomniany tu już dziś don esteban, miał tu wczoraj chyba, krótką wymianę z innym moim kolegą LEMMINGIEM, na temat tego, jak pochodzenie, narodowość, czy cholera wie co tam jeszcze, wpływa na to, kim, lub czym, czym człowiek się staje. I w pewnym momencie, don esteban rzucił ot tak sobie, że może ja kiedyś coś na ten temat napiszę (tak to działa, prawda?). A ponieważ szanuję moich kolegów i wiem, że mam w stosunku do nich zobowiązania, zmartwiłem się bardzo, że jednak nic z tego nie wyjdzie. No bo co ja mogę mądrego powiedzieć w tak sformułowanym temacie? A jednak piszę. O tym, co tworzy człowieka. Co sprawia, że człowiek jest zły, lub głupi, lub wrażliwy, lub tępy jak deska w dworcowym szalecie, a może mądry bardzo, lub bardzo głupi, lub dzielny lub ewentualnie tchórzliwy? Co sprawia, że jeden człowiek z największym okrucieństwem dręczy innych ludzi, a co nim powoduje, że ktoś stojący tuż obok nad tymi ludźmi wyłącznie płacze? Czy to może być narodowość? Co za bzdura!!! Jak można mówić o narodowości, podczas gdy nawet coś tak kameralnego jak rodzina, nie jest w stanie wpuścić w ten świat maleńkiego nawet podmuchu czegoś przewidywalnego? Oczywiście, bez pewnych podstaw, takich już najbardziej niewzruszonych, może być naprawdę ciężko, ale cała reszta naprawdę przychodzi już naprawdę nie wiadomo skąd.
Jest coś takiego jak wrażliwość, rozum, czułość. Jedni mają i jedno i drugie i trzecie. Inni zaledwie jedno. Dlaczego? Skąd? Bóg jeden wie. I to chyba by była odpowiedź na wszelkie pytania, które nas otaczają, ile razy spotykamy kogoś osobiście, lub jedynie o kim słyszymy, i chcemy wiedzieć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlaczego? Bóg jeden wie. Ten, który jest wszędzie i stwarza nas i ich i wszystko każdego dnia. I wszystko wprawia w ruch. A my, jeśli tylko będziemy otwarci na to co dostaliśmy, z pewnością nie będziemy potrzebować już nic więcej. Moja najmłodsza córka któregoś dnia, jeszcze jesienią, przyszła do domu i powiedziała: „Liść spadł mi na głowę. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby on ważył siedem kilo. Przecież zabiłby mnie jak nic!”. Ciekawe, prawda? Czasem mam wrażenie, że niektórym z nas na głowy spadają te siedmiokilowe liście. I zabijają ich, zanim jeszcze ci zdążą się na dobre ucieszyć, że spotkało ich tak wielkie szczęście.
Również nam, tu piszącym, byłoby moim zdaniem dobrze się zastanowić, skąd się biorą te wszystkie nerwy, te awantury, te oskarżenia i podejrzenia. Pojawia się często taka opinia, że część z nas jest, jak to się określa, „zadaniowana”. Że to co ja tu piszę, to nie efekt moich przemyśleń, lecz konsekwentna realizacja czyjegoś planu. I że to co piszą jacyś mądrale od Tuska, to też nie pochodzi z ich serc, lecz z kieszeni, lub czarnych teczek. A zatem, że każdy jest wystarczająco mądry, żeby być też wystarczająco wrażliwym i czułym. A ja myślę, że nie. Że to wszystko jest szczere jak diabli. Że nawet kiedy ktoś bezczelnie kłamie, to robi to ze szczerego serca. Nawet jak ktoś kogoś krzywdzi, to tez jest głęboko przekonany, że tak trzeba. I to co ja piszę, jest szczere jak diabli, i tak samo szczere jest to co pisze ktoś kto mnie uważa za idiotę. Problem jest jedynie w tym, że niektórzy z nas dostali ten swój talent i zamiast go z pokorą przyjąć i wykorzystać, to najpierw się wściekli, że chcą więcej, i w efekcie nawet to co mieli - zmarnowali.
I już na sam koniec, powiem coś jeszcze. Proszę wszystkich psychologów, psychiatrów i innych specjalistów od ludzkiej duszy, żeby się nie mądrzyli bardziej niż trzeba. Bo sami wiedzą dokładnie tyle samo co ja. Czyli nic.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...