Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja śmierci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja śmierci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lutego 2021

Czy jeszcze jesteśmy ludźmi?

 

Dziś chciałbym przedstawić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, interesujący sam w sobie, ale tu dla nas stanowiący pewne istotne uzupełnienie do pewnej notki sprzed tygodnia. Bardzo zachęcam.

 

 

 

      Podczas jednej z niedawnych debat prowadzonych tu i ówdzie, zwróciłem uwagę na fakt, że w publicznej przestrzeni, zamiast tradycyjnych określeń „kobieta” czy „mężczyzna”, pojawiła się forma „osoba” i w związku z tym spostrzeżeniem najpierw dokonałem pewnego procesu myślowego, a następnie wyjaśniłem, że owa „osoba” to skutek coraz silniejszego w pewnych przestrzeniach przekonania, że tradycyjne określanie płci jest już passé, a w związku z tym, tak naprawdę osoby znane nam dotychczas jako kobiety lub mężczyni są zaledwie nic nie znaczącym odpryskiem czegoś co stanowi dziś pełen wachlarz przeróżnych manifestacji ludzkiej seksualności. Dokonawszy owej konstatacji uznałem że choćby czytelnicy „Warszawskiej Gazety” należą do owego wymierającego już gatunku mężczyzn i kobiet, wypierani przez jakieś dziwadła przedstawiające się jako „transgender”, „osoby niebinarne”, „queer”, czy diabli wiedzą co jeszcze. Tymczasem, jak się okazuje, oceniając aktualny stan rzeczy nie przewidziałem, że ja sam już wedle najnowszej nomenklatury nie jestem mężczyzną, ale kimś, kto jest określany jako „mężczyzna cis”, a moja żona już nie jako „kobieta”, jak dotychczas, lecz jako „kobieta cis”.

      Kim jest ów „mężczyzna cis”? Wedle zebranych przeze mnie informacji, „mężczyzna cis” to zwyczajnie ktoś kto urodził się jako mężczyzna, jako mężczyzna został zakwalifikowany przez opresyjny system, i mimo lat, jakie upłynęły od jego narodzin, wciąż się uważa za mężczyznę. Podobna oczywiście sytuacja występuje w przypadku „kobiet cis” i to jest kierunek, w którym sprawy się dziś jednoznacznie rozwijają.

      Ktoś więc zapyta czy w tym gąszczą politycznej poprawności jest jeszcze miejsce dla mężczyzn i kobiet w kształcie, że tak to określę, klasycznym. Otóż, jak się okazuje, kobiety i mężczyźni bez jakichkolwiek dodatków przetrwali, tyle że w nadzwyczaj szczególnym wydaniu. Jak się okazuje, na miano kobiety, ewentualnie mężczyzny jak najbardziej zasługują mężczyźni, którzy w pewnym momencie swojego życia uznali, że są kobietami, oraz, jak najbardziej naturalnie, kobiety, które zapragnęły nagle zostać mężczyznami. Jedni i drudzy, wedle obecnie obowiązujących reguł, są kobietami i mężczyznami bez jakichkolwiek zbędnych uzupełnień. Ludziom takim jak my natomiast przysługuje określenie „mężczyzna cis”, oraz „kobieta cis”.

      Wszystko co dotychczas napisałem brzmi jak jakaś ponura ironia, jednak w rzeczywistości stanowi coś jak najbardziej realnego. Wedle nowych ustaleń, podjętych wcale nie tylko u nas w Polsce, ale obowiązujących w szerokim świecie, mianem kobiety lub mężczyzny mogą się określać – jeśli oczywiście tylko wyrażą takie pragnienie – jedynie osoby do niedawna w cywilizowanym świecie określane mianem transwestytów, ewentualnie, gdy uwzględnimy tak zwany głos ludu, zboczeńców. A zatem, wedle wszelkich znaków na niebie i Ziemi, tak zwana Cywilizacja staje wobec zupełnie wyjątkowego wyzwania: czy uda się nam zachować porządek rzeczy, do którego zostaliśmy przyuczeni i przyzwyczajeni? Ktoś może powiedzieć, że dzisiejszy felieton to zaledwie żart, więc nie ma się czym przejmować. Przepraszam bardzo za to że przynoszę złe wieści, ale dziś nie żartujemy.



 

wtorek, 19 stycznia 2021

Mijają lata, a my znów mamy się zamknąć?

 

Jeśli ktoś z nas jeszcze od czasu do czasu ogląda Wiadomości TVP, z całą pewnością miał okazję obejrzeć krótką scenę z jednego z brytyjskich szpitali, gdzie w chwili gdy piszę ten tekst jest z zimną krwią zabijany przez tamtejszy wymiar sprawiedliwości pewien człowiek, tak się tym razem składa że nasz rodak. Kto miał okazję widzieć tę scenę, podobnie jak ja musiał przeżyć widok owej zalanej łzami twarzy człowieka, który, jak wiele na to wskazuje, przynajmniej czuje że jest prowadzony na egzekucję i nie ma już żadnej nadziei, że – tak jak to wielokrotnie zdarzało się skazanym na śmierć okrutnym mordercom – w ostatniej chwili przyjdzie rozkaz wstrzymania owej fatalnej procedury. Większość z nas wreszcie zapewne wie, że choćby nasz rząd – tak dzielnie interweniujący u brytyjskich władz w kwestii wstrzymania tej egzekucji i zgody na powrót naszego rodaka do Polski – zagroził w odwecie Wielkiej Brytanii wymordowaniem wszystkich przebywających na terenie naszego kraju Brytyjczyków, oni tu akurat nie ustąpią. Dlaczego? Bo z jednej strony, zdają sobie znakomicie sprawę z tego, że gdy chodzi o stan w jakim znajduje się ów człowiek, a z drugiej, że gdyby to się miało okazać, to w ten sposób nie dość, że owa kultura obozu koncentracyjnego, jakiej oni od lat hołdują, uległaby pełnej kompromitacji i za wiele wcześniejszych, podobnych aktów, trzeba by było odpowiedzieć. Módlmy się więc za pana Sławomira, by Miłosierny Bóg zechciał przyjąć go do Siebie, a ja tymczasem jedyne co mogę zrobić, to przypomnieć pewien swój tekst jeszcze z lutego 2009 roku.

 

 

 

 

      Miałem bardzo szczery zamiar nie odezwać się słowem ani na temat planowanego zabójstwa, ani też ostatecznej egzekucji Eluany Englaro. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja po prostu – i zupełnie dosłownie – nie mam siły wchodzić w dyskusję z ludźmi, dla których okazja przyłożenia ręki do pozbawienia życia człowieka chorego, czy jedynie słabego, jest tak atrakcyjna, że na tym poziomie oni po prostu ze swoim człowieczeństwem sobie nie radzą. Drugi powód to ten, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród ludzi wrażliwych na świętość ludzkiego życia jest wystarczająco dużo osób bardziej kompetentnych i wymownych ode mnie. I że oni o wiele bardziej przekonująco wyrażą to wszystko, co w tych smutnych czasach chodzi po mojej biednej głowie.

      I pewnie miałem rację. Przez minione dni bardzo uważnie słuchałem i czytałem wypowiedzi ideowo bliskich mi osób, najpierw proszących o litość dla dziś już zmarłej kobiety, a ostatnio już tylko apelujących o opamiętanie na przyszłość. A przyszłość ta nie rysuje się bardzo jasno. Jeszcze kilka lat temu, zwolennicy teorii mówiącej, że to zdrowi i silni mają pierwszeństwo w kolejce do uroków życia, prowadzili bardzo energiczną akcję na rzecz aborcji na początku tego życia i eutanazji na jego końcu, z tym zastrzeżeniem, że im chodzi zaledwie o jakość życia osób poddawanych eliminacji. Obecnie obserwujemy sekwencję prowadzącą raczej do poprawiania jakości życia tych, którzy pozostają.

      Proszę zwrócić uwagę. Eluana Englaro nie musiała być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Ona nie musiała być stymulowana zewnętrzną aparaturą, która nie pozwalała jej umrzeć. Jej nie podawano specjalnych środków, które umożliwiały jej oddychanie, trawienie, czy jakiekolwiek inne życiowe czynności. Ją tylko trzeba było nakarmić, gdy była głodna i dać pić, kiedy była spragniona. Bo sama tego robić nie potrafiła. No i trzeba pewnie było do niej czasem mówić, licząc na to, że uda nam się do niej dotrzeć. Bo to że myśmy nie słyszeli, co ona mówi do nas, to już wiemy. Okazało się, że i to było dla świata zadaniem zbyt obciążającym. Więc umarła.

      Dlaczego postanowiłem, mimo wcześniejszych postanowień, napisać ten tekst? Otóż zainspirowały mnie tu trzy zdarzenia. Pierwsze, to wczorajsze wystąpienie Kazimiery Szczuki, którą powiedziała, że na wieść o śmierci Włoszki, ona jest „szczęśliwa”. Drugie, to dzisiejszy wstęp do pewnego wpisu w Salonie i słowo „ulga”. Trzecie zdarzenie, to dzisiejszy tytuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” – „Kościół nie chce grać w spektaklu Berlusconiego” i wyjaśnienie, że – szczęśliwie – sprawa zabójstwa Eluany Englaro jest już powoli wyciszana, bo właśnie Kościół nie chce brać udziału w czymś – z punktu widzenia „Gazety” – brudnym i nieszczerym.

      Te trzy przesłania nagle mi uświadomiły, jak dalekośmy już przez całe te nowoczesne czasy doszli. Jesteśmy tak samo źli, jak byliśmy tysiące lat temu, tak samo okrutni i tak samo samolubni, tyle że chwalimy się już czymś zupełnie innym. Nasze zło i nasza bezwzględność już nie są powodem do chwały. I to już wiemy. Więc o tym już nie mówimy. Teraz zabijamy i prosimy ciszę. Jesteśmy źli i nawet jeśli dzięki temu złu, czujemy radość i ulgę, to wolimy się z tym za bardzo nie wynosić. Nasze szczęście wolimy konsumować w milczeniu. I to jest coś zupełnie świeżego. Na to warto zwrócić uwagę. Warto przysłuchać się tej ciszy.

      Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego jeszcze raz postanowiłem zabrać na ten temat głos. Uczennica szkoły, w której pracuje moja żona zmarła niedawno w wypadku na snowboardzie. Miała 18 lat, w tym roku miała zdawać maturę i zginęła. Oglądamy sobie właśnie jej zdjęcia ze studniówki i jest nam okropnie przykro. A ja sobie myślę, że gdyby ten wypadek był mniej tragiczny, to może ona by żyła. Może by żyła tak jak przez 17 lat żyła, zamordowana przez cywilizowany świat, Włoszka. Wszyscy my, którzy wciąż jesteśmy pod tak okropnie przejmującym wrażeniem tej młodej śmierci, byśmy z nią byli. Najpierw byśmy próbowali ją uzdrowić, a gdyby okazało się, że współczesna medycyna wciąż nie jest wystarczająco gotowa, dawalibyśmy jej jeść i pić, gdybyśmy tylko się domyślali, że tego od nas chce. I dalej byśmy z nią byli, mówilibyśmy do niej, spędzalibyśmy z nią czas i żałowalibyśmy tylko, że jesteśmy zbyt głupi, żeby zrozumieć co ona do nas mówi. Aż wreszcie, za ileś tam lat, przyszedłby ktoś, kto by powiedział, że już ma dość tego czekania, a za nim przyszedłby ktoś inny i powiedział, że on już nie może się doczekać tego szczęścia i tej ulgi, a na końcu przyszedłby jeszcze ktoś i powiedział, że on nam wszystkim może to, czego nam potrzeba, załatwić. I by załatwił. Tak sobie właśnie pomyślałem.

      I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby – umierając – miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…



 


czwartek, 2 lipca 2015

In vitro, czyli powrót do Krainy Grzybów

Zgodnie z wczorajszą popołudniową zapowiedzią i mimo różnego rodzaju perturbacji, doszło ostatecznie do mojego występu w audycji Katolickiego Radia Podlasie. Wprawdzie był to udział wyłącznie telefoniczny, co niestety wpłynęło na intensywność przekazu, ale, jak głosi piękne polskie powiedzenie, lepszy rydz niż nic.
Ponieważ wszystko się działo bardzo szybko i część czytelników może nie wiedzieć, w czym rzecz, przypomnę, że wczoraj popołudniu właśnie zostałem zupełnie nieoczekiwanie zaproszony do udziału w rozmowie, jakie Radio Podlasie planowało przeprowadzić z wybitnym lekarzem ginekologiem dr Józefem Fąkiem na temat in vitro. Ponieważ spędzam czas w Sławatyczach, a studio mieści się w Siedlcach, plan był taki, że ktoś tu po mnie przyjedzie i odstawi na miejsce. Niestety, z nieznanych mi przyczyn transport nawalił i kiedy wydawało się, że już nic z tego nie będzie, tuż przed rozpoczęciem audycji postanowiono, że prowadzący ksiądz do mnie zadzwoni, no i ja powiem, co mi tam w temacie i okolicach chodzi po głowie. No i powiedziałem.
Otóż od pewnego już czasu mam bardzo silne wrażenie – wrażenie zresztą, któremu daję tu wyraz na blogu aż nazbyt często – że wszystkie tak bardzo ostatnio modne tematy, takie jak prawa osób homoseksualnych, płeć kulturowa, aborcja, eutanazja, czy wspomniane in vitro, są wprowadzane do debaty publicznej wyłącznie w jednym celu: brutalizacji walki z religią, a skoro z religią, to przede wszystkim z Kościołem Katolickim. W związku z owym przekonaniem chciałbym bardzo znaleźć jakiś sposób, by owo przekonanie ubrać w argument, który byłby na tyle dźwięczny, bym mógł zamknąć dyskusję przynajmniej tu w tej naszej przestrzeni, i przyznam uczciwie, że idzie mi to tak sobie. I oto nagle, podczas wczorajszej rozmowy w Radiu Podlasie pomyślałem o czymś, co wydaje mi się warte uwagi. Kiedy prowadzący ksiądz zadzwonił do mnie i poprosił o komentarz, powiedziałem to, co sobie wcześniej przygotowałem, a więc że moim zdaniem, do czasu gdy nie udzielimy sobie odpowiedzi na podstawowe pytanie, czemu oni to robią i czemu z taką intensywnością, ryzykujemy tym, że pochłonie nas jałowy spór na temat faktów. Bo moim zdaniem, zarówno to, że zarodek nie jest zbiorem komórek, lecz człowiekiem, to, że nie ma czegoś takiego jak płeć kulturowa, to że in vitro nie jest żadną drogą, lecz wyłącznie bardzo nieczystym biznesem, a nawet, jak sądzę i to, że prawo do posiadania dziecka nie jest wartością uniwersalną, jest oczywiste nawet dla najbardziej bojowych aktywistów tak zwanej „religii gender”. A więc nie ma sensu toczyć z nimi sporów o to, czym, kiedy i pod jakimi warunkami jest człowiek, bo to jest teren, na którym tej ich czarnej sofistyki nie pokonamy. Jedynym dostępnym nam argumentem w tej walce jest to, że oni, jako przedstawiciele cywilizacji śmierci, nie są dla nas partnerami.
To znaczy, o tej śmierci nie powiedziałem, bo jeszcze wtedy owa myśl nie pojawiła się wystarczająco mocno i w tak zwięzłej formie w mojej głowie. Jednak po tym, gdy już się rozłączyliśmy i o całej absurdalności owego in vitro opowiadał dr Fąk, o tym, jak ono jest zakłamane, kosztowne, jak nieskuteczne, jak bardzo zbrodnicze i jak wiele nieszczęścia ze sobą niesie, prowadzący audycje ksiądz przypomniał słowa Jana Pawła II o owej właśnie cywilizacji śmierci i ja nagle sobie uświadomiłem, że choć on je wówczas bezpośrednio odnosił do kwestii aborcji, tak naprawdę traktował je znacznie szerzej. Nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy on je wypowiadał, musiał mieć na myśli nie tylko aborcję i eutanazję, ale też wchodzące już wówczas na całego owo nieszczęsne GLBT, z tymi ich małżeństwami, adopcją dzieci, kulturową płcią siedmiolatków, niedawną decyzją Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, z całą rozkręconą wokół niej histerią, z tymi wszystkim paradami równości, a nawet z tą tęczą na Placu Zbawiciela. On musiał wiedzieć, że za tym wszystkim nie tylko stoi jakieś chore pragnienie poprawiania dzieła bożego dla ludzkiej wygody i powszechnego szczęścia, ale śmierć i owej śmierci adoracja. Mam bardzo mocne podejrzenie, że kiedy Ojciec Święty mówił o cywilizacji śmierci, jemu w równym stopniu chodziło o te abortowane dzieci i tych usypianych śmiercionośnym zastrzykiem ludzi starych i chorych, co owych norweskich siedmiolatków, które zależnie od nastroju mogą być i chłopcem i dziewczynką, ale też o te nieco od nich starsze dzieci z Białej Podlaskiej, które również już niedługo miały z taką determinacją zademonstrować swoje prawo do wolności wyboru. Bo trzeba nam wiedzieć, że tak naprawdę nie ma innej walki, jak walka między życiem a śmiercią, a mówiąc bardziej obrazowo, między życiem tu, a życiem w Krainie Grzybów. A jeśli ktoś myśli, ze mnie poniosło, zrobię coś, czego robić nie lubię, ale tym razem może się przydać. Oto link do tekstu, który powinien tu zadziałać, jak ów przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ich trumny: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18248193,Nie_bawia_sie_juz_w_czarne_msze__Gdzie_sie_podziali.html#TRwknd.
Nie udało mi się powiedzieć tego we wczorajszej rozmowie w Radiu Podlasie, mówię więc tu. Mam nadzieję, że jak zawsze z ogólnym pożytkiem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Gdy chodzi natomiast o „Siedmiokilogramowego liścia”, mam ich jeszcze parę egzemplarzy u siebie, a zatem proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Aby gender uratował małżeństwo Małgorzaty i Donalda Tusków

Kiedy moje dzieci były jeszcze bardzo małe, tu gdzie mieszkamy, zamiast banków, lombardów, punktów sprzedaży kebabów, czy tak zwanych „szmateksów”, były księgarnie, restauracje, piekarnie, i różnego rodzaju punkty świadczące tak zwane usługi, w tym bardzo sympatyczny, i oczywiście zaprzyjaźniony, sklep z zabawkami i w ogóle artykułami dla dzieci, pod nazwą „Ono”. Podczas jednej z wizyt w „Ono” trafiłem na pewną, robiącą wrażenie osoby niezwykle inteligentnej, kobietę, która uznała za stosowne podzielić się ze mną spostrzeżeniem, że kiedy ja próbuję przebierać między ciuchami dla chłopców i dziewczynek, popełniam bardzo poważny błąd, dlatego, że na początku tego czegoś stoi bardzo niebezpieczne przekonanie, że między jednymi a drugimi istnieje jakakolwiek różnica, która miałaby być przenoszona na poziom ofert sklepów dziecięcych. Jej akurat chodziło o kolory: różowy i niebieski, ale z całego owego wykładu zapamiętałem i to, że rzecz wcale nie ograniczała się do kolorów.
Ponieważ lubię sobie pogadać, a w tamtej konkretnej sytuacji miałem do powiedzenia znacznie więcej, niż to, by owa pani się ode mnie odpieprzyła, opowiedziałem jej parę świeżych stosunkowo jeszcze historii, dotyczących właśnie moich dzieci. Otóż tak się złożyło, że któregoś dnia szedłem sobie z moją córką po czymś, co w Katowicach nosi nazwę Osiedla Paderewskiego i nagle córka moja zauważyła ten straszny pomnik, który tam sobie stoi na samym środku tego placu przy samym wejściu. Spostrzegła ów pomnik i oczywiście spytała, co to takiego. Ja jej na to odpowiedziałem, że to jest pomnik, a ona mnie zapytała – do dziś pamiętam jej wypowiedź słowo w słowo –„Jak robi pomnik?” Właśnie tak: Jak robi pomnik?
Innym razem, po paru kolejnych latach, tym razem z moim synem, przechodziliśmy przez cmentarz na ulicy Francuskiej. No i tak się składa, że tam, blisko tego cmentarza znajduje się – a może się kiedyś znajdował, a dziś już nie, tego nie wiem – wysoki komin. I proszę sobie wyobrazić, że pierwsze pytanie, jaki mi zadał mój syn w kwestii wspomnianego komina, było dokładnie takie samo, jak pytanie córki sprzed lat, a mianowicie: „Co to?”
Odpowiedziałem, jak najbardziej zgodnie z prawdą, że to jest komin, tyle że tu akurat moje dziecko nie zapytało mnie, jak robi komin, ale – tak, tak, zgadli Państwo – „jak się na to włazi?”
Opowiedziałem te dwie anegdoty inteligentnej pani w sklepie z konfekcją dziecięcą, i poprosiłem ją, żeby – skoro ona jest taka mądra – mi wyjaśniła, jaki ja uczyniłem błąd, że doprowadziłem swoje dzieci do stanu takiego opętania, że jedno chce przedmioty zdobywać, a drugie chce poznawać ich naturę? Co ja w swoim podejściu do kwestii wychowania swoich dzieci spieprzyłem, że moja córka nie chce się wspinać po pomnikach, a mój syn ma w dupie informację dotyczącą odgłosów wydawanych przez kominy? Czy to, co się stało w naszym domu, jest wynikiem tego, że ja mojej córce, kiedy jeszcze była niemowlęciem, kupowałem różowe śpioszki, a synowi niebieskie? A może tu nie poszło o kolory, ale o sprawy daleko bardziej poważne, jak na przykład dobór zabawek, czy sam rodzaj ubioru? Czy to możliwe, że pierwszy mój i mojej żony błąd nie sprowadzał się do niewłaściwego wyboru kolorów ciuchów, ale samych ciuchów? Czy to możliwe, że ja miałem swojemu synowi, kiedy ten już podrósł na tyle, by móc sam sobie wybierać strój, dawać do wyboru spodnie i spódniczkę, i czekać aż on za mnie podejmie tę decyzję?
Zadałem tej pani te pytania, ale przyznam, że już dziś nie pamiętam, jak ona na nie zareagowała. Domyślam się jednak, że mnie nie przekonała, a najpewniej, uznając mnie za zacofanego durnia, się na mnie obraziła i oddaliła z godnością. Natomiast wiem niemal na pewno, że gdyby do tej rozmowy doszło dziś, po tych wszystkich latach, ona by mnie błyskawicznie postawiła do pionu? Jak? Dokładnie oczywiście nie wiem, bo jestem słabo zorientowany w bieżących genderowych teoriach, ale nie mam wątpliwości, że ona by już tam coś wymyśliła.
Dziś dotarła do nas informacja, że słynna i historycznie uznana brytyjska sieć handlowa „Marks & Spencer” podjęła decyzję, by system organizacji sprzedaży na stoiskach z odzieżą dziecięcą organizować w taki sposób, by ubrania dla chłopców i dziewczynek nie były rozdzielone, a poza tym, by użycie różowego koloru zostało ograniczone do niezbędnego minimum. I to, przyznaję, stanowi dla mnie news absolutnie pierwszej ważności. Trochę oczywiście ze względu na to, że poszło o tak zwanego popularnie Marksa i Spęsera, a więc coś, co trwa nieprzerwanie i z wielkim sukcesem od ponad stu już lat, a jednocześnie mimo to, że sprawa mnie akurat już kompletnie nie dotyczy. Moje dzieci są duże, syn jest mężczyzną, córki są kobietami, a w dodatku, o ile się dobrze orientuję, różowy kolor ani jednym, ani drugim do niczego nie jest potrzebny. Natomiast, owszem, sprawa mnie mocno zainteresowała, bo tu widać bardzo, bardzo dokładnie, jak oni walczą. I ta ich determinacja, żeby nasz świat unicestwić, musi robić wrażenie.
Donald Tusk, jak nas informuje portal tvn24, powiedział – swoją drogą, to bardzo ciekawe, że on wciąż jeszcze wydaje z siebie jakiekolwiek dźwięki – że to, co ja sobie myślę na temat tego całego „gender”, z jego, Tuska, perspektywy, jest „niemądre”, i że on dawno „większych głupstw” nie słyszał. Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, tu od lat panuje zasada, znakomicie wyrażona kiedyś, w starych, dobrych czasach PRL-u, że „tu się psia nędza nikt nie oszczędza” przez Wojciecha Młynarskiego, a zatem ja nie widzę powodu, bym się miał oszczędzać dzisiaj, i pozwolę sobie zaapelować do premiera polskiego rządu, żeby przy okazji kolejnego kryzysu małżeńskiego, jaki musi niechybnie nastąpić między nim, a jego żoną Małgorzatą, on się przebrał w różową sukienkę i wciągnął do noska tak zwaną „ścieżkę”. Gdyby nie wiedział, jak to się dokładnie robi, niech się zwróci do eksperta Piesiewicza, a ten go z całą pewnością poinstruuje. Jak im to pomoże, pojęcia nie mam i mieć nie mogę, ale jestem pewien, że jakoś pomoże. Im na pewno.
A wtedy chętnie pociągnę dalej tę rozmowę.

Proszę uprzejmie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Państwa pomocy, jesteśmy skończeni. Dziękuję.

niedziela, 6 stycznia 2013

Edward Gierek - Legenda o wilku Lobo

Nie umiem powiedzieć, czy tak jest rzeczywiście, czy może ta moja ocena ma jakąś wadę, ale mam wrażenie, że nie tylko dla mnie, ale dla każdego, kto mieszka tu na w Katowicach, czy, ogólnie rzecz biorąc, na Śląsku, Edward Gierek to postać zdecydowanie bardziej szczególna, niż każdy inny komunista, zaczynając od Bieruta i Gomułki, a kończąc na Millerze, Kwaśniewskim, czy Jaruzelskim. I nie chodzi mi o ocenę Gierka, jako zbrodniarza, czy bohatera, jako człowieka, który chciał dobrze, czy może chciał – tak jak każdy z nich – źle, ale o to, że, dla wielu z nas tu na miejscu, Gierek to w ten czy inny sposób – sąsiad.
Zarówno tu, jak i w swojej najnowszej książce, zdarzyło mi się wspomnieć o Parku Kościuszki, a więc miejscu dla mnie kultowym, miejscu, z którym jestem związany od urodzenia, i którego prawdopodobnie nie opuszczę do śmierci, tak jakoś jednak wyszło, że przy tej okazji nie wspomniałem ani słowem, że tuż obok, wręcz za płotem, znajdował się dom, w którym ów Gierek – władca Polski, a przez to, jak, niemal z automatu, jakiś Husak, czy Honecker, jeden z władców Wschodniej Europy – sobie w wolnym czasie mieszkał. Nie wspomniałem też, że przez wiele lat, od czasu jak tak zwana „solidarnościowa rewolucja” przejęła w Polsce władzę, aż do dnia jego śmierci, dom obok mojego parku, który dla Edwarda Gierka postawiło komunistyczne państwo, został przearanżowany, i bezpośrednim sąsiadem Stanisława i Edwarda Gierków został pierwszy solidarnościowy – a więc jak najbardziej nasz – wojewoda, Wojciech Czech, wspaniały człowiek, mąż fantastycznej kobiety, ojciec cudownych dzieci, które przez wiele lat miałem okazję uczyć na tak zwanych „korkach”.
Wcześniej, państwo Gierkowie sąsiadowali z człowiekiem nazwiskiem Rechowicz. Rechowicz był rektorem Uniwersytetu Śląskiego, i wcześniej, zanim się przeprowadził bliżej Gierka, był moim sąsiadem. Myśmy mieszkali na siódmym piętrze, a Rechowiczowie na czwartym. Mieli syna, chyba Andrzeja, który chodził do tego samego liceum co ja, i trochęśmy się znali. Kiedy ja już jakoś zdałem te maturę i rozpocząłem swoje wieloletnie boje o to, by dostać się na anglistykę, uczennicą mojego liceum została Stasia Gierkówna, wnuczka Edwarda. Jak najbardziej z oczekiwaniami. Sam w końcu dałem jakieś dwa złote na budowę basenu, który został zaprojektowany z myślą o tym, że kiedy wreszcie to dziecko osiągnie odpowiedni wiek, szkoła musi być gotowa na jego przyjęcie.
Jeśli ktoś sobie już w tej chwili pomyślał, że ja i Gierek byliśmy kumplami, to go muszę wyprowadzić z błędu. Ja go nigdy nawet nie widziałem na oczy, natomiast, jeśli o tym wszystkim piszę, to wyłącznie po to, by wskazać na fakt, że dla mnie Gierek, to zdecydowanie ktoś inny niż Jaruzelski, czy Gomułka. Nie mówiąc już o jakimś Kani.
Po co to wszystko? Otóż powód jest jeden, i tylko jeden. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że jeśli ktoś mnie pyta o PRL, to ja mogę gadać godzinami. Ledwo co, wydałem nawet na ten temat książkę. Natomiast, jeśli ktoś będzie chciał, żebym napisał jakiś fantastyczny tekst o Jaruzelskim, Urbanie, Kiszczaku, Gomułce, czy o młodym Kwaśniewskim, czy Millerze, to przepraszam bardzo, ale ja przede wszystkim nie mam na ich temat nic do powiedzenia, a poza tym nie uważam ich za dostarczycieli jakichkolwiek inspiracji. Co innego Gierek. Ten mieszkał tuż obok mojego parku, jego sąsiadką była pewna fantastyczna dziewczynka i imieniem Ofka, na basen dla jego wnuczki moi rodzice dali całe dwa złote… ach, i byłbym zapomniał – przez pewien czas uczyłem pewną okulistkę, która była zatrudniona w osobistym gabinecie Ariadny Gierek. A tu można opowiadać, a opowiadać.
I oto nagle okazuje się, że cała publiczna uwaga w Polsce skupiła się na Edwardzie Gierku. Dlaczego? Diabli wiedzą. Podobno poszło o to, że Leszek Miller zaproponował, by rok 2013 uczynić rokiem Gierka, no i to wystarczyło, żeby podniosła się wrzawa. Chodzi o to, że trzeba ustalić, czy ten Gierek to był szubrawiec, czy może było coś, co go od innych odróżniało na korzyść. Z głosów, które dotychczas zdążyłem zauważyć wynika, że Gierkowi ten rok nie przysługuje, bo on był takim samym komunistą, jak oni wszyscy, a może nawet i gorszym, bo bardziej poddanym Kremlowi. No i jeszcze te radomskie ścieżki zdrowia, to też jego robota.
Do tego jeszcze dochodzi tak zwana „sprawa Kaczyńskiego”. Jak niektórzy pamiętają, swego czasu, w wypowiedzi dla jednego z Karnowskich i Zaremby, Jarosław Kaczyński wypowiedział się o Gierku stosunkowo ciepło, a później ową ocenę powtórzył jeszcze w kampanii przed sfałszowanymi wyborami w roku 2010, co tym razem oczywiście stało się już sprawą publiczną. Dziś, już chyba od tygodnia, cała Polska nie może się uspokoić, i debata na temat Gierka i Kaczyńskiego rozwija się w najlepsze. Nie o Kaczyńskim i Millerze, nie o Kaczyńskim i Tusku, nie o Kaczyńskim i Komorowskim, nie o Kaczyńskim i Sikorskim, nie o Kaczyńskim i Kaliszu wreszcie, nie o Kaczyńskim i tych wszystkich poległych w Smoleńsku, których – przepraszam bardzo – nie Gierek z Jaroszewiczem załatwili, ale ktoś znacznie nam bliższy. O Gierku. I ewentualnie o tym, co to ten Kaczyński tam naplótł.
Powiem szczerze, że kiedy słyszę te wszystkie głosy, kiedy dochodzą do mnie te wszystkie popisy jak najbardziej naszej, prawicowej, patriotycznej jak cholera, elokwencji, chce mi się zwyczajnie rzygać. Najzwyczajniej w świecie, chce mi się rzygać. Oto nasi patrioci mają problem – co z tym Gierkiem? W tej sytuacji, ja w tej chwili mam do nich tylko jedną prośbę: zejdźcie mi z oczu. Na zawsze. Nie chce was słyszeć, nie chce was widzieć, nie chcę was znać. Jesteście nieprzytomni. Precz!

Jak już może ktoś zauważył, znów startujemy w konkursie Onetu. Ciekawe, co oni zrobią tym razem? Póki co, na razie mamy czas zgłoszeń. Jak już się wszystko zacznie, dam znać. Póki co, zachęcam do kupowania mojej ostatniej książki, którą Gabriel sprzedaje ostatnio w bardzo ciekawym pakiecie. Tam ani o Gierku, ani o Tusku za wiele nie ma, ale naprawdę zależało mi, żeby była ciekawa. Wszystkich też przyjaciół tego bloga proszę o wspieranie go tak jak dotychczas. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...