Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2020

Rush Limbaugh: Aborcja, czyli o odmowie współpracy


Wczoraj trafiłem na informację, że w Krakowie znaleziono ledwie żywego zalanego krwią kibica Cracovii, czy może Wisły, który wcześniej został zmasakrowany przez grupę uzbrojonych w maczety kibiców Wisły czy może Cracovii. Po rannego przyjechało pogotowie, karetka odwiozła go do szpitala, tam lekarze się nim zaopiekowali, no i kibic dochodzi do siebie. Rzecz natomiast w tym, że kiedy on tylko odzyskał przytomność, oświadczył policji, że nic nie wie, nic nie widział, nic nie pamięta i żeby się od niego odczepić. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że w tej sytuacji najlepiej by było, gdyby oni go natychmiast uwolnili z tych bandaży, odłączyli go od tego, do czego go wcześniej podłączyli i odwieźli go tam, skąd go w pierwszym rzędzie zabrali, i że może napiszę coś na ten temat. Jednak już po chwili uznałem, że zamiast tego przetłumaczę fragment tekstu znanego nam tu Rusha Limbaugh na temat aborcji i to nam naświetli problem może nawet jeszcze lepiej. Warto.    


       Staram się nie angażować w dyskusje na temat aborcji. Rzadko bardzo zdarza się, by one powodowały zmianę jakichkolwiek poglądów. Pojawiłem się jednak ostatnio na pewnym urodzinowym przyjęciu, gdzie posadzono mnie obok pewnej nadzwyczaj inteligentnej, dobrze wykształconej pani, która od razu dała mi do zrozumienia, że ma ze mną do omówienia parę kwestii. Chodziło o aborcję. Od samego początku naszej rozmowy ustawiła mnie kobieta ta w pozycji stereotypowego broniącego życia szaleńca, co naturalnie dla niej oznaczało nietolerancyjną, pozbawioną podstawowej wrażliwości męską szowinistyczną świnię, która swoją wolę pragnie narzucić zarówno jej, jak i wszystkim innym kobietom. Gdy owa pani zarzuciła mi, że jedyny powód dla którego jestem za życiem, to ten, że ograniczenie prawa do aborcji uczyni łatwiejszym pozbawienie kobiet dominującej roli w społeczeństwie, poczułem się zmuszony do tego by się bronić. Odpowiedziałem jej więc, że moje poglądy nie mają z tym nic wspólnego, co zresztą jest absolutną prawdą. Jest wręcz tak, że ona przedstawiła swoją ocenę kompletnie fałszywie. Prawda bowiem wygląda zupełnie odwrotnie. To właśnie walczące feministki występują przeciwko życiu, bo to im otwiera drogę do uzyskania dominacji nad mężczyznami. I wierzcie mi, dla nich to jest niczym innym jak walką o władzę właśnie. One w gruncie rzeczy próbują  narzucić swoją wolę reszcie społeczeństwa, a zwłaszcza mężczyznom. Nie muszę tu wspominać, że moje argumenty nie zrobiły na mojej rozmówczyni szczególnego wrażenia. Na kwestię aborcji nadal patrzyła tak jak większość feministek.
      Nie wiem oczywiście, czy kobieta z którą rozmawiałem tego wieczoru podczas kolacji, kiedykolwiek w swoim życiu przerwała ciążę, czy nie. To w żaden sposób nie jest moja sprawa. Jednak jeśli rzeczywiście tak było, jestem pewien, że ona ani przez moment nie pomyślała, że swoim gestem wyrządza krzywdę społeczeństwu jako całości. A prawda jest taka, że jeśli pomnożymy jedną aborcję przez 1,5 miliona, a następnie uzyskaną liczbę pomnożymy przez 20 lat, czyli okres gdy aborcja w Stanach Zjednoczonych jest legalna, otrzymamy zapierającą dech w piersi liczbę 30 milionów. To właśnie stale rosnąca rok po roku liczba zamordowanych dzieci sprawiła, że pod koniec lat 70. George Bush zdecydował się zmienić swoje stanowisko w tej kwestii. Powiedział on wówczas, że jest przekonany iż tak ogromna liczba zabiegów przerywania ciąży przyczynia się do powszechnego upadku moralnych standardów w amerykańskim społeczeństwie.
      Nie kwestionując w żadnym wypadku wszelkich praw oraz przywilejów, jakimi cieszą się Amerykanie, powstaje pytanie, jak można było doprowadzić do tego, by pozwolić ludziom na arbitralnie podjętą rezygnację z tej części obywatelskiej odpowiedzialności, jaką stanowi obowiązek ochrony życia? A nie możemy nie przyznać, że niektóre z naszych ludzkich zachowań społeczeństwo jako całość odczuwa i owe zachowania akurat powinny podlegać pewnym regulacjom. W przeciwnym wypadku, wszystko co uczynimy, wielokrotnie pomnożone, może doprowadzić do zniszczenia tego co tworzy państwo i naród.
       Spójrzmy na problem handlu narkotykami. Są ludzie którzy twierdzą, że powinniśmy zalegalizować  kokainę oraz heroinę. W ten sposób ów proceder przestałby być traktowany jak przestępstwo, a tym samym skończyłaby się związana z tym przemoc. Poza tym przecież, ludzie szukający przyjemności w narkotykach będą dalej robić to co robią, niezależnie od tego, czy ich zachowanie zostanie określone jako przestępcze, czy nie. Prawda jest jednak taka, że to iż ludzie zawsze będą łamać prawo, w żaden sposób nie stanowi argumentu za jego likwidacją. Gdyby się na to zgodzić, państwo musiałoby usankcjonować, a wręcz zacząć promować zachowania, które ze społecznego punktu widzenia są w sposób oczywisty szkodliwe. Ten sposób myślenia przypomina nadzwyczaj ostatnio modną politykę polegającą na darmowej dystrybucji prezerwatyw w szkołach i więzieniach. W ten bowiem sposób wysyłamy do społeczeństwa wiadomość, że zachowanie, które do tego w pierwszej kolejności doprowadziło jest okay, a ów pogląd oparty  jest na fałszywym przekonaniu, że ludzie tak czy inaczej będą bez opamiętania kopulować. Skoro tak więc jest, to możemy ów sposób rozumowania doprowadzić do jak najbardziej logicznej konkluzji: jedynym powodem dla którego prawo jest łamane, jest owego prawa istnienie. Ludzie będą łamać prawo tak czy inaczej.  Będą kraść, rabować i zabijać. Jedynym więc rozwiązaniem jest likwidacja pojęcia prawa, a przy okazji pozbycie się policji. Tym sposobem doprowadzimy do likwidacji przestępczości.
     Rzecz jednak polega na tym, że pojęcie dobra i zła, oraz tak zwanej podstawowej przyzwoitości musi być zachowane i stale pielęgnowane. A osiągnąć to możemy jedynie przez objęcie naszych zachowań pewnymi konkretnymi ograniczeniami, określane przez nasze prawo, które wyrasta z odwiecznych zasad moralnych, bez których żadne społeczeństwo nie jest w stanie funkcjonować.
        Łatwo jest powiedzieć, że jeśli ktoś zdecyduje się wstrzyknąć sobie heroinę, jedyną osobą, jakiej on szkodzi jest on sam.  To jednak jest oczywistą nieprawdą. W momencie gdy ktoś przystaje być odpowiedzialnym człowiekiem, i staje się bezwartościowym obywatelem, tym samym, pośrednio, czy bezpośrednio, sprawia kłopot każdemu, kto w pewnym momencie uznał, że jest odpowiedzialną częścią społeczeństwa. Narkomani niszczą swoje rodziny, a finansowane przez państwo ośrodki, w sytuacji gdy oni sami znajdą się w sytuacji bez pomocy, muszą się troszczyć o ich kondycję. Dodatkowo, wielu z nich, już jako osoby niepełnosprawne, będzie będzie musiało liczyć na finansową pomoc państwa.
      Jeśli zatem zalegalizujemy to zło, nasz społeczny sprzeciw wobec takich przestępstw jak morderstwo, również ulegnie erozji. Niszczenie moralnej tkanki społecznej stanowi bowiem proces stopniowy i wyjątkowo podstępny. Przychodzi on do nas niemal niezauważalnie. Kiedyś dzieci na podwórkach bawiły się plastikowymi rewolwerami i nożami. Dziś wychodząc do szkoły nastolatkowie pakują do plecaka prawdziwy pistolet i prawdziwy nóż. Dziś dziecko zabija inne dziecko, tylko dlatego, że tamto szturchnęło je w przejściu. Ludzkie życie przestało się liczyć. A legalna aborcja odegrała tu swoją rolę i to jest bardzo dobry powód, byśmy ją potraktowali jako niebezpiecznego intruza.



piątek, 5 lipca 2019

Czy Tomasz Sakiewicz kolejną nagrodę św Grzegorza I Wielkiego przyzna siostrom Godlewskim?


     Przepraszam bardzo, ale dziś zacznę od poziomu, który w normalnych warunkach by mnie postawił w sytuacji, gdzie każde następne słowo będzie kompletnie zbędne. Ponieważ jednak mam za sobą parę dobrych lat walki o tak zwaną reputację, wiem, że przynajmniej stali czytelnicy tego bloga udzielą mi odpowiedniego kredytu. Otóż nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale w polskiej pokulturowej niszy istnieje zjawisko określane nazwą „siostry Godlewskie”. Ja akurat o owych siostrach wiem bardzo niewiele, natomiast, z tego co słyszę, one jakąś tam popularność zyskały i to do tego stopnia, że o ich obecności przypominają niekiedy nawet największe polskie media – jedne i drugie. Wczoraj natomiast jedna z nich zaprezentowała się na Twitterze, z którego, owszem, regularnie korzystam, i owym występem wywołała autentyczne poruszenie. Proszę rzucić okiem i, naturalnie, uchem.



       Wyżej zacytowana prezentacja, jak mówię, wywołała tam oczywisty wstrząs, który jednak nie wyszedł poza proste szyderstwa, połączone ze zwykłymi na Twitterze popisami dowcipu. Ja jednak, jak się okazuje, w swojej naiwności, uznałem, że pani Godlewska została zwyczajnie wynajęta, czy to przez Grzegorza Schetynę, czy prezydent Gdańska Dulkiewicz, w tym oto celu, by skompromitować polskie barwy w świecie i tym samym odebrać PiS-owi parę punktów w sondażach, no i ów rzekomy manewr skomentowałem jak najbardziej należycie.
       Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, że moja najmłodsza córka, którą traktuję jako swojego głównego doradcę w sprawie współczesnego popu, choćby i tego okupującego dno skaliste, poinformowała mnie, że w tym, co widzę i słyszę nie ma za grosz polityki. Jeśli ktokolwiek chce do tego dorabiać akcenty polityczne, to jedynie my, biedni durnie, tracący czas na Twitterze. Występy sióstr Godlewskich, owszem, są kierowane do ludzi korzystających z Internetu – bo dziś w praktyce innego medium nie ma –  jednak tych tylko, którzy najpewniej o istnieniu jakiekolwiek debaty, a tym bardziej politycznej, nie mają bladego pojęcia. Projekt pod umowną nazwą „siostry Godlewskie” jest kierowany do tej części polskiego społeczeństwa, która tak naprawdę, jeśli w ogóle wygląda za okno, to tylko po to, by zobaczyć tam coś śmiesznego. Niedawno całkiem pisałem o filmach Patryka Vegi i tu, jak sądzę, zatoczyliśmy pewne koło. Otóż wedle opinii mojego dziecka, pewna część polskiego społeczeństwa – a może ich wielkość w porywach dochodzić do dobrych kilkunastu milionów – dla której zarówno filmy Patryka Vegi, jak i występy sióstr Godlewskich mają cel wyłącznie rozrywkowy, gdzie wszystko się sprowadza do tego, by zobaczyć kogoś kto jest od nas głupszy, to są ludzie mili i sympatyczni, jednak bardzo słabo nadający się do zwykłej gadki.
      Siostry Godlewskie, w tym i ta, której występ pokazałem wyżej, są opłacane nie przez polityków, ale zwykłych managerów rozrywki. Jak oni na tym zarabiają, tego oczywiście nie wiem, no ale też ja się nie koniecznie obracam w tamtych rejonach. Faktem jest jednak, że – znów wedle relacji mojej córki – jest znaczna część polskiego społeczeństwa, której intelektualne zainteresowania nie sięgają ani trochę dalej i oni są gotowi za ów komfort płacić. Jak? Nie wiem. Możliwe, że siostry Godlewskie to wyłącznie naganiacze, a pieniądze idą gdzieś wyżej. Jak mówię, nie znam się, więc nie wiem.
       Faktem jest, że moja córka zapewnia mnie, że w powyższym występie siostry Godlewskiej nie ma śladu polityki. Ona jest tu wyłącznie po to, by powiedzieć: „ Patrzcie, jaka jestem głupia”.
      Mówi mi też córka, że nie powinienem się tego typu zdarzeniami zajmować. Ja jednak jestem chyba bardziej od mojego dziecka przytomny i postanawiam się wszystkiemu bacznie przyglądać. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy oni nie uznali właśnie, że nastał świetny moment, by poszerzyć nieco target. A jeśli tak, to ja mam tu jednak pewne zobowiązania.

wtorek, 23 października 2018

O terrorze w świecie wewnętrzynym i zewnętrznym


       Tuż przed wrzuceniem tego tekstu oglądam TVP Info, a tam w tonie najbardziej entuzjastycznym informacja, że w gminie Czyżew, dotychczasowy burmistrz miasta, kandydatka Prawa i Sprawiedliwości zdobyła 92 procent głosów, tym samym osiągając najlepszy wynik w kraju. Pan w studio pyta znajdującego się na miejscu kolegę, skąd taki sukces, a odpowiedz jest szybka i prosta: to wszystko przez to, że pani burmistrz wiele zrobiła dla miasta i mieszkańców i oni za to ją w taki sposób wynagrodzili. I to jest oczywiście zarówno fantastyczna wiadomość, jak i piękna nauka o tym, jak to ciężka uczciwa praca zostaje doceniona, ja bym jednak o wiele bardziej był zadowolony, gdyby reporterzy TVP Info pojechali do Wałbrzycha, Lublina, Warszawy, Olsztyna, Kielc, Krakowa, Łodzi, Częstochowy, Legionowa, czy Gdańska i tam poszukali inspiracji gdy chodzi o to, za co bywamy nagradzani, a za co karani. Tu bowiem odpowiedzi mogłyby na nas zrobić wrażenie jeszcze większe.

       I pewnie jeszcze dłużej pozostawalibyśmy w stanie owego zagubienia poznawczego, gdyby nie to, że są ludzie, którzy odobnie jak my stawiaja sobie różne ciekawe pytania, a co więcej, mają kompetencje, by na nie szukać pogłębionych odpowiedzi. Być może, część Czytelników pamięta, jak parę lat temu na tym blogu opublikowałem tekst swojego kolegi, wybitnego psychoterapeuty z Katowic, Gerarda Warcoka zatytułowany „O dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy, o terrorze w wewnętrznym i zewnętrznym świecie, oraz o pierwiastku twórczym i życiodajności”. Proszę zatem sobie wyobrazić, że owa praca jest wciąż w toku, dziś już licząc 70 stron i mamy nadzieję, że już niedługo będzie gotowa do wydania w formie osobnej książki, a tymczasem chciałbym tu przedstawić jeden z jej rozdziałów, zatytułowany „Opór przed zmiana na lepsze”. Bardzo proszę.

      
      W nieświadomym dążeniu do przywrócenia rajskiej niewinności niewiedzy dochodzi do zasupłania się na nowe i dobre. Sprzyja temu poczucie, że znane, nawet jeśli jest złe, to jest do przewidzenia, a więc paradoksalnie pod kontrolą. W sytuacji, gdy powstaje jakikolwiek spójny obraz świata przy braku poczucia bezpieczeństwa i zdrowej pewności siebie, dysonans poznawczy jest szczególnie trudny do psychicznego strawienia. Kruchy aparat psychiczny, dążąc do zachowania spójności, usuwa informacje, które burzą ład, nawet ten zbudowany z fałszywych przesłanek. Ludzie nie wierzą, że może być dobrze, a tego, co nieznane, boją się, gdyż nie czują się wystarczająco pewnie. Mniej lub bardziej świadomie dążą do zachowania swojskiego świata z lęku przed destabilizacją, jaka może nastąpić wraz z z nowym.
            Niektórzy wymyślają sztuczne zagrożenia. Uzasadnione obawy i normalne niepewności potęgują w umyśle do męczących przesadnych skrajności. Konstruują swoje życie w oparciu o poszukiwanie problemów i ciągłe niezadowolenie. Świadomość irracjonalności takiej postawy i własnej wobec niej bezsilności nasila karzące poczucie winy.
            Przyjęcie czegoś dobrego dla siebie w takich warunkach  staje się kłopotliwe, a nawet wzbudza poczucie „bycia pasożytem”. Trudno takim osobom się wyrwać z błędnego, niszczycielskiego kręgu.
            Nieświadomy mechanizm projekcji własnych nieakceptowanych, ciemnych stron, powoduje, że pojedyńcze osoby i całe grupy oraz idee są obsadzone nieadekwatnymi merytorycznie ocenami. Przykładem może być określenie polityka, że „...jest  jak Hitler”, a na pytanie: ile osób zabił? - po chwili zaskoczenia można usłyszeć: „jest gorszy, bo zabija wzrokiem” (i niekończące się najgorsze złorzeczenia). Każdy może być autorem i adresatem projekcji.
            Jak trudno być kontenerem dla odrzucanych przez ludzi ich własnych niechcianych części osobowości doświadczają na co dzień w swych gabinetach psychoterapeuci. Niezwykłą odporność na agresywne ataki mają politycy, niektórzy prawdopodobnie dzięki poczuciu słuszności swej misji.
            Rzutowanie na świat zewnętrzny swych najmroczniejszych bądź niewygodnych i nieakceptowanych stron, pozwala człowiekowi zachować dobre mniemanie o sobie i emocjonalną równowagę. Im silniejszy nieświadomy lęk przed powrotem wyprojektowanego na obiekty zewnętrzne zła, tym bardziej dramatyczne są obrony wyprojektowanych treści.
        Doprowadza to (także ludzi postrzeganych w swym otoczeniu  jako dobrych), do masywnych ataków wściekłości i totalnej dewaluacji swych oponentów. To, że nawet zwykła odrębość w politycznych sympatiach, błyskawicznie odwraca  przyjaciół od siebie oraz skłóca boleśnie  rodziny, wskazuje jak groźny  jest nieświadomy lęk przed własnym psychicznym cieniem i przed grożącą destabilizacją psychiczną w przypadku wycofania projekcji z obiektów zewnętrznych. Czasem wyprojektowane treści bezwiednie powracają do ich autorów w postaci przejęzyczeń, np. „dość dyktatury kobiet!” - skandują równo i bez namysłu uczestnicy wieców w „obronie uciemiężonych kobiet”. Rzutowanie własnych sympatycznych właściwości na wybrane „obiekty” powoduje ich idealizację i wybaczającą pobłażliwość wobec wszelakich przewinień. Nieświadome lokowanie w tychże „obiektach” zewnętrznych własnych dobrych cech może pozbawiać człowieka poczucia, że sam dysponuje dobrą życiową energią i że może mieć jasne, pogodne życie. W takich warunkach trudno jest wejść na drogę prawdziwego wzrostu psychicznego.
            Irracjonalne zacietrzewienie się na przyjmowanie do wiadomości „niewłaściwych” faktów bądź na ich emocjonalne zaakceptowanie, uruchamia popęd agresji oraz poczucie własnej siły i pychy. Raźniej jest pałać złością i tzw. świętym oburzeniem niż zwyczajnie po ludzku się wstydzić. Wstydliwe zakłopotanie błędnymi wyborami życiowymi oraz poczucie utraconego potencjalnego dobra potrafi usztywnić człowieka w nieadekwatnym interpretowniu świata według własnego „nieświadomego psychicznego kodu”. Zmiana, nawet na lepsze, niekiedy jest utożsamiana się z poczuciem własnej porażki i unicestwieniem dotychczasowego życia.
            Taktyka „spalonej ziemi” działa w zewnętrznym i wewnętrznym świecie człowieka. Sporo jest przypadków ludzi, którzy zakochują się w osobach  czy ideach, które wiodą do zguby. Przykładem może być młoda kobieta zaangażowana w wymarzone od dzieciństwa studia, która obdarzyła swą miłością mężczyznę uzależnionego od alkoholu i narkotyków, mającego z przeróżnych powodów liczne problemy ze sobą i w życiu. Nie przeszła obojętnie wobec „uchodźcy” z normalnego życia. Szlachetnie i szczerze dążyła do jego uratowania. Problemem jest to, że jednocześnie zaczęła rujnować swoje dotychczasowe życie. Studia utraciły wartość, przestała dbać o siebie, o swoje ciało i o zwykłe ludzkie potrzeby i ambicje. Mimo powtarzających się coraz dotkliwszych nadużyć i upokorzeń od obiektu swej miłości – sama nie jest w stanie odeń się oderwać, szczególnie gdy jest ciągle omamiana. Nieatrakcyjne i bezsensowne wydają się zgliszcza, na które miałaby powrócić. Musi być dalej walczącą o coś, mimo wiedzy, że to ją niszczy. Terroryzuje samą siebie i swe najbliższe otoczenie. Im więcej się w coś inwestuje, tym trudniej pogodzić się z utratą nietrafionej inwestycji. Czasem taki mechanizm funkcjonowania powtarza się przez całe życie, jak echo nie wyleczonych urazów z przeszłości.
            Podobnie dzieje sie w przestrzeni publicznej. Brak zdrowych granic i nieumiarkowanie, np. w przyjmowaniu „uchodźców” może doprowadzić do zguby pojedyńcze osoby i całe państwa.
            „Opór przed zmianą” – „nie dam za wygraną”  utrzymuje człowieka w mniemaniu, iż jest bytem rozstrzygającym. Ratuje od lęku przed nowym, nieznanym życiem bądź pustką. Ludzie  trzymają się tego co mają  wewnątrz i na zewnątrz siebie. Czymś zwykłym jest widok dziecka, które zawstydzone i ukarane przez matkę lgnie do jej nóg.
            Czasem wystarczy raz się oparzyć, by się chronić lecz niekiedy ludzie przywierają do ognia destrukcyjnej miłości, skwierczą i roztapiają się, aż do zatracenia własnego Ja.
            Dochodzi do zamknięcia się w błędnym kole: poczucie niespełnienia i nieżycia w emocjonalnej i etycznej prawdzie potęguje lęk przed śmiercią i „zawieszenie się” w rozwoju.
Tkwi się w ułudzie zatrzymania czasu. Gdy otoczenie jawi się jako nieprzyjazne i zagrażające rodzi się silne napięcie wewnętrzne, lęk i wrogość. „Mężnieje” postawa schizo-paranoidalna i podążanie dalej na swej życiowej drodze staje się tak trudne, jak przejście w mgle przez pole minowe pod ciągłym ostrzałem. Przy wewnętrznym chaosie trudno jest podążać za swoimi naturalnymi potrzebami. „Hakiem” na którym człowiek się zawiesza jest ujednoznacznianie się własnych życiodajnych pragnień z pokusami i zakazanym owocem. Ich zaspokojenie mogłoby strącić z dotychczasowego raju i doprowadzić do totalnego upadku.
Nawet jeśli coś zaczyna robić dla siebie to z reguły tego nie kończy. Na przeciwnym biegunie są ci, którzy zajadają się zakazanymi „owocami” nie bacząc na to czym są one naszpikowane.
            Innym powodem zatrzymania się w psychicznym rozwoju jest pułapka tkwiąca w światopoglądzie, że „wszystko jest możliwe”. Zdarza się, że młodzi ludzie nie podejmują pracy i innych życiowych aktywności, by nie utracić cudownego przekonania, iż  „mogą stać się tym, kim zechcą”. Świadomość, że sami się oszukują bynajmniej ich nie wzmacnia.  Ma miejsce oscylowanie między skrajnościami: poczuciem swej wielkości bądź małości i całkowitym „opasaniem”  a „rozpasaniem” w ekspresji emocji i dążeniu do tzw. „bycia sobą”.
            Gdy nie ma mocnych fundamentów i kośćca psychika próbuje ratować się poprzez nasilenie  usztywnienia, które prowadzi do braku adekwatnych reakcji na ostrzegawcze sygnały. Narastają szkody i sprzeniewierzanie się samemu sobie. Przychodzi coraz większa niepewność siebie, często przewrotnie zamieniana na pyszałkowatość. Wstyd zmienia się z emocji naprawczej w zadręczanie się i silną złość skierowaną na siebie, bądź wyprojektowaną na świat zewnętrzny. Własne działania torpedowane są przez negatywne myśli i uczucia na swój temat. Traci się twórczą ciekawość i ochotę na zwykłe ludzkie aktywności.
            Niektórzy oswajają się z rolą nieudacznika, ofiary bądź chorego. Wcale nie tak rzadko staje się to stylem życia i źródłem utrzymania. Zdolność wytrzymywania  złego traktowania siebie – dowartościowuje, a brak męczeństwa powoduje, że człowiek czuje się „nic nie warty”.
            Powrót do zdrowia staje się kryzysem. Destrukcyjna władza, która upada, podrywa się do desperackiego ataku. Pacjent wystepuje przeciwko psychoterapii. Podobnie dzieje sie od wieków w życiu społecznym. Na powitanie rodzacej się „jasności” zjawia się „komitet sił ciemności”. Wtedy dochodzi czasem do aktów  terroru, powtarza się tragiczna biblijna „rzeź niewiniątek”.
            Szkodzący obiekt może nabrać wartości pozytywnej ponieważ przetrwał agresywne zachowania i fantazje. W relacji z destrukcyjną władzą rodzi się „miłująca destrukcja”. Zdarza się, że niektórzy od dzieciństwa budują swą siłę i niekiedy samych siebie w dawaniu odporu rodzicowi – dyktatorowi. Wzorcem relacji z innymi osobami staje się bycie w wiecznym konfliktcie. Odważna walka z siłami destrukcji dostarcza poczucia dumy i zostaje sposobem na życie. Nieumiejętność i niechęć „zwykłego” istnienia może prowadzić do poszukiwania kolejnych wrogów, coraz częściej urojonych. Dla kobiet i mężczyzn pasją staje się wtenczas kontrolowanie innych.  Obrońcy pokrzywdzonych przepoczwarzają się w terrorystów. Niektórzy gnębienie ograniczają do obszaru własnej głowy. Żyją w irracjonalnym lęku, iż mogliby kogoś skrzywdzić, często dotyczy to osób, które najbardziej kochają.
            Chwilową ulgę od wrogich myśli znajdują w innym rodzaju umęczenia, np. w  zapracowywaniu się, na siłowni oraz w odurzaniu się.
            Zjawiające się wątpliwości na temat miłości do władzy, która jest destrukcyjna, rozpraszają tzw. autorytety. Najczęściej są to fałszywe autorytety bądź ludzie zasłużenie kiedyś podziwiani i lubiani, którzy z różnych powodów przeszli na „ciemną stronę mocy”. Jak pisał C. G. Jung, zło często kroczy pod wzniosłymi sztandarami. Media kreują gwiazdorów, celebrytów i różnych opiniotwórczych wyroczni, namaszczając ich na współczesne wzorce.
        Trwa żonglerka celebrytami – opiniodawcami. W zależności od doraźnych potrzeb, jedni nagle zapadają się jak pod ziemię, inni wyłaniają się z mroku.
            Innym podstępnym autorytetem, do którego odwołują się wewnętrzni i zewnętrzni tyrani, jest rozsądek. Prawda jest jednak taka, że czasem osiąga się znacznie więcej, postępując pozornie wbrew rozsądkowi. Gdybyśmy wszyscy mieli się kierować wyłącznie rozsądkiem, nawet i ten tekst, by nie powstał.


Skoro już zwracamy się tu do osób odważnych, zachęcam do kupowania moich książek. Będą jak znalazł, a wszelkie informacje są dostępne pod adresem k.osiejuk@gmail.com.




niedziela, 19 stycznia 2014

Coryllus: Pułapki, czyli Janina Jankowska puszcza wodze

Zanim przejdziemy do głównej części dzisiejszej notki, parę słów wstępu. Gabriel Maciejewski, znany nam skądinąd, jako Coryllus, zamieścił wczoraj w Salonie24 tekst, w którym przedstawił następującą tezę: Gdyby gdziekolwiek w cywilizowanym świecie doszło do zdarzenia takiego, jakie miało miejsce niedawno w Suwałkach, a więc gdyby skutkiem zaniedbań władzy, straciło życie Bogu ducha winne 15-letnie dziecko, doszłoby tam do rozruchów na skalę globalną. A jeśli do tego typu wydarzeń nie doszło w Polsce, to wyłącznie dlatego, że polskie społeczeństwo jest całkowicie i dramatycznie wręcz niezorganizowane.
Napisał więc Gabriel ów tekst, a administracja Salonu w jednej chwili ów tekst usunęła, informując zainteresowanych, że zaatakowane przez Gabriela władze nie zgadzają się na takie traktowanie, a kierownictwo Salonu24 nie ma innego wyjścia, jak tylko postępować zgodnie z instrukcjami.
Ponieważ przede wszystkim uważam, że Gabriel ma rację, i że gdyby do zdarzenia takiego, jak to w Suwałkach doszło we Francji, Wielkiej Brytanii, czy Holandii, wszystkie te kraje najzwyczajniej w świecie stanęłyby w ogniu, no a poza tym, w mojej opinii, wobec incydentu suwalskiego, w ogniu powinna stanąć cała Polska, pomyślałem sobie, że ocenzurowany przez redakcję Salonu24 tekst Coryllusa opublikuję tu, na tym blogu. To akurat należy mu się bezsprzecznie. Posłuchajmy.

Wczorajszy dzień, był wprost ciężki od znaczeń. Komentatorzy zamieścili na naszym blogu link do nagrania ze stanu wojennego, gdzie widać Tumanowicza w mundurze jak opowiada ile będzie kosztowała wołowina bez kości, a ile schab. Potem zaś Tadeusza Mosza, który w programie Monitor Rządowy powtarza to samo. Tumanowicz jest dziś nie do odnalezienia, choć jeśli żyje to życzę mu zdrowia. Mosz zaś został ekspertem od ekonomii pokazującym się we wszystkich telewizjach i dającym głos we wszystkich rozgłośniach. O czym mówi? O wielkiej jumie, o tym, że zabiorą nam wszystko, bo to taka nowa kultura. Nawet schab i wołowina bez kości co ją 30 lat temu Tumanowicz zachwalał się nie uchowa. Mosz mówi o tym wprost w TOK FM, ale nikt poza blogerami tego nie komentuje, bo wszyscy uważają, że to jest tak zwana „naturalna kolej rzeczy”, problemy nasze zasadzają się na czym innym, nie na tym, że ciągle jesteśmy zagrożeni rabunkiem. Ian Thomas napisał wczoraj korespondujący z moim tekst – o wielkiej jumie. Napisał, że periodyki takie jak „The Economist” nawet nie kryją się z tym, że zbliża się czas kiedy rządy państw będą musiały wyprzedać wszystko co cenne korporacjom, by w ogóle przetrwać. Ciekawe co się stanie jak nie zechcą wyprzedawać? Ciekawe co się stanie, jak 20 milionów ludzi powie – nie! Ja nie wiem, ale może Wy spróbujecie sobie to wyobrazić. I nie mówię tu o Polsce, ale o społecznościach o wiele lepiej zorganizowanych, o społeczeństwach, w których organizacje, poważne i mające wpływy mają długą, liczącą setki lat tradycję. Weźmy taką na przykład Japonię, przychodzą jumacze i mówią: musicie nam sprzedać górę Fuji, udzielimy wam na to kredytu. I co? Japończycy mówią: dobra, wyciągajcie te swoje umowy. Nie wierzę. Japonia się nie sprzeda. Jeśli jednak jest tak jak napisał Ian Thomas to w Polsce nie zostanie kamień na kamieniu, bo nie ma tu nic i nie ma nikogo, kto mógłby się przeciwstawić złu. Nie ma żadnej organizacji. Wszystkie stworzone są przez banki i służą temu jedynie, by usprawnić jumę. Jeśli zaś ktoś miałby coś przeciwko nie będą sobie nim nawet zawracać głowy, przesunie się takiego wprost do zbioru określonego jako „świry i fantaści”, który ma część wspólną ze zbiorem „antysemici i faszyści”. I koniec. Reszta nabierze wody w usta i będzie się zajmować tym, co tam akurat ma pod ręką, pisaniem dysertacji naukowych, wyprawami wysokogórskimi w celu spotkania szatana na szczycie K2, albo czymś równie frapującym.
Doszliśmy bowiem do tego, że komunikaty dotyczące nadchodzącego złodziejstwa lecą w prime time i przetykane są teledyskami, my zaś nie możemy się temu w żaden sposób przeciwstawić, bo z miejsca wpadamy w pułapkę bez wyjścia. Zanim ją opiszę, chcę powrócić do tego co napisał wczoraj Toyah. W Suwałkach powiesił się chłopiec, którego zabrano z domu i umieszczono w ośrodku wychowawczym. W normalnych warunkach, w warunkach, kiedy ludzie czują ze sobą jakąś więź i wspólnotę ośrodek ten powinien zostać spalony, podobnie jak samochód rzecznika praw dziecka i samochody wszystkich radnych miasta Suwałki oraz burmistrza i jego żony. Tak bowiem reaguje żywa i zainteresowana swoim dobrem wspólnota kiedy ginie jeden z jej członków. Jak wiecie do niczego takiego nie dojdzie, ponieważ Polacy nie są wspólnotą, są gromadą gamoni, którymi pomiatać może kto chce. I jeszcze będzie taki typ zbierał oklaski, przyszedł bowiem cywilizować dzikich i narzucać im standardy oraz promować jakość.
To nie jest tak, że w Polsce nie ma żadnych wspólnot. Tak się składa, że one są, tworzą je właśnie ludzie tacy jak rzecznik praw dziecka, radni miasta Suwałki, burmistrz i jego żona. Są oni we wspólnocie opłacanej przez banki i strzeżonej prawem, której nie może zagrozić żaden przypadkowy wisielec, a niechby był nawet nieletni. Racją bytu tej wspólnoty jest odbieranie dzieci biednym i doprowadzanie ich do samobójstwa, a następnie szukanie prawnych usprawiedliwień dla stworzonego przez siebie ambarasu, którego nikt nie odważy się nazwać tragedią. Problem z zawiązywaniem wspólnoty w Polsce ma bowiem naturę złożoną i ja już o tym pisałem wielokrotnie nie używając jednak słowa wspólnota, tylko słowa hierarchia. Żeby powstała, jedna czy druga, jak zwał, tak zwał, potrzebny jest budżet. Bez budżetu ani rusz. Są jednak organizacje, wspólnoty i hierarchie, które tworzone były bez budżetu. Japonia jest tego przykładem, tam było i jest nadal mnóstwo organizacji bez budżetu, które musiały zdobyć go w trakcie działań, nie lekkich przyznajmy. Coś jednak musi być w miejscu tego budżetu prawda? A co? Misja rzecz jasna. No i teraz przyjrzyjmy się jak wygląda opis misji w tekstach tuzów myśli państwowotwórczej takich jak Janina Jankowska. Ja zachęcam do przeczytania tekstu Jankowskiej, bo on moim zdaniem ściśle koresponduje z wypadkami w Suwałkach. Oto powiesiło się dziecko, a Jankowska pisze o tym, że ludzie Gowina zorganizowali spotkania w różnych punktach stolicy i tam coś opowiadali. I każe nam wyobrażać sobie, jakby było świetnie, gdybyśmy się tak zbierali i dyskutowali o naszych problemach, o tym co w czasach Tumanowicza nazywane było „bolączkami”. Wtedy, kiedy już wszyscy by opowiedzieli jakie mają bolączki, można by wynająć zespół ekspertów, który wyciągnęli by z tego samą esencję i na jej podstawie ułożyli program partii politycznej, która byłaby wreszcie taka jak trzeba. No i cóż tu rzec? Ja widzę wprost ile budżetów zaplanowała dla swoich kumpli Janina Jankowska i widzę jak fantastycznie przebiegałoby ich dzielenie, jak szampańska atmosfera by temu towarzyszyła, być może nawet wynajęto by jakiegoś barda z gitarą, by te wypadki opiewał. Podobnie jak dawniej różni bardowie opiewali różne inne wypadki, nie wspominając przy tym ani o Tumanowiczu ani o Moszu. I nie ma Janina Jankowska za grosz wstydu, pisząc te brednie. Wie bowiem, że i tak nie da się dla nas nic zrobić, jesteśmy przegrani, a z przegranymi się nie trzyma.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ci z nas, do których dotarło w jakiej sytuacji się znajdujemy nie potrafią zrobić nic więcej poza udawaniem, że wszystko jest w porządku, krańcowi zaś desperaci szukają jakichś zastępczych sukcesów, a to w sporcie lokalnym, a to w rajdzie Paryż-Dakar, a to w swojej pracy zwanej z nieznanych mi przyczyn pracą zawodową, choć celniej byłoby nazwać ją pracą zawodną.
Jedynym wyjaśnieniem tego obłędu jest strach przed wpadnięciem w pułapkę, czyli znalezieniem się w jednym ze zbiorów posiadających część wspólną, o których już tu pisałem. Janina Jankowska za nic na świecie nie napisze o tym powieszonym, tak jak wielu z piszących tu ludzi nie napisze o zagrożeniu, o którym raczył nas poinformować Tadeusz Mosz. Wiara bowiem w to jest po prostu passe, a tym co w życiu każdego człowieka najważniejsze jest bycie trendy…
Dlaczego jest tak trudno? Głównie z powodu braków punktów odniesienia, która służą ludziom słabo rozgarniętym do opisu tego co za oknem. To znaczy takie punkty są, ale skonstruowane bardzo przemyślnie. Oto wczoraj jeden z czytelników porównał moje książki do książek Łysiaka. Ja nie wiem, czy są na świecie dwie bardziej różne stylistyki, ale jemu to nie przeszkadza. Gdybym chciał się szczegółowo zastanawiać co takiego sprawia, że jakiś pan uważa inaczej, powiedziałbym, że tempo narracji. On widzi, że książki Łysiaka to pewien dość dynamiczny sposób opowiadania, widzi, że u mnie jest podobnie i to wyczerpuje w jego mniemaniu całą kwestię. Z wieloma ludźmi jest podobnie. Kwestia tych ocen jest poważna, moim zdaniem i nie chodzi tu wcale o mnie ani nawet o Łysiaka. Chodzi o to, by człowiek używający pewnych pojęć, tych samych w dodatku, których z całym spokojem używa w radio TOK FM Tadeusz Mosz, był z miejsca jasno określony. W dodatku określony negatywnie. Dla mnie bowiem porównanie do Łysiaka nie jest komplementem. Myślę, że dla wielu czytelników również. Łysiak jednak załatwia takich jak ja z miejsca.
Kiedy zaczynamy pisać i mówić o ekonomii, o jumie, o tym o czym na pierwszych stronach piszą dziennikarze „The Economist” wpadamy natychmiast na ludzi, którzy mają do tych komunikatów stosunek prawie taki sam jak my, ale jednakowoż różniący się w szczegółach. I ja mam tu przykład bardzo jaskrawy, ale nie mogę Wam go pokazać, mogę go jedynie opisać. Widziałem wczoraj grubą książkę w złotej oprawie zatytułowaną w sposób niezwykle bezpretensjonalny. „Wiem wszystko” brzmiał tytuł tej książki. Jej autor zaś podpisał się fikcyjnym nazwiskiem o dość charakterystycznym brzmieniu: Roger Oskar Chrześcijański. Książka dedykowana była synom autora i miała także podtytuł, który brzmiał: złota seria.
Autor namęczył się bardzo pisząc swoje dzieło i rozprawił się na jego kartach ze wszystkimi groźnymi siłami, które czyhają na naszą własność i życie. Zaczął od czasów dawnych, od starożytności i po kolei rozprawiał się ze wszystkimi spiskami wszechświatowymi jakie udało mu się zdemaskować. Znacie to dobrze, illuminaci, różokrzyżowcy, templariusze, jezuici, banki Londynu i Watykanu współpracują ze sobą by zniszczyć życie istot czystych i dobrych. I to jest ściana, na której się rozwalamy. Rogerowi Oskarowi Chrześcijańskiemu nikt nie powie, że jest podobny do Łysiaka. Nikt też nie będzie lansował jego książek. Jego się wyciągnie z kieszeni w jednym czy drugim kluczowym momencie i powie: o, o pacz pan, prawie to samo tu jest napisane co u pana, a jaki poziom syntezy. Nie ma pan z nim szans. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie na 4 stronie okładki. Widzimy tam samego Rogera Oskara, jego żonę i synów przebranych w stroje muszkieterów. I cóż ja tu mogę rzec? Nic, powiem tylko, że widzę jedyną drogę ucieczki z tej pułapki – ku konkretowi. Jeśli więc mamy tych muszkieterów nie oglądajmy ich przez lupę skonstruowaną przez Aleksandra Dumas, ale poczytajmy co oni tam wyczyniali w rzeczywistości i kto im płacił.
Mamy więc sytuację następującą, Mosz i „The Economist” mówią nam prawdę w oczy. Wypadki suwalskie prawdę tę w naszych głowach osadzają mocno i konkretnie, na to wszystko przychodzi Jankowska i udaje, że nie widzi wisielca, a najważniejsze co się Polsce przytrafiło w ostatnim czasie to mitingi Gowina. No i jesteśmy my, którzy chcemy się do tego wszystkiego jakoś odnieść i uczynić to w sposób taki, by ludzie dostrzegli to co mają przed samym nosem. I wtedy włącza się Łysiak i autorzy tacy jak pan Chrześcijański. I koniec.

poniedziałek, 24 października 2011

Zanim zaczną płonąć

Nigdy w życiu – nigdy! – nie używałem suszarki do włosów. Powiem wręcz zupełnie szczerze, że do czasu jak założyłem rodzinę i stopniowo zaczęliśmy się powiększać, byłem przekonany, że suszarka do włosów, to jest fanaberia typowa dla zakładów fryzjerskich i że nie istnieją jakiekolwiek dobre powody, by te urządzenia zalegały na półkach zwyczajnych domów. No ale oczywiście – sam, naturalnie, pozostając swoim przekonaniom wierny do końca – dziś wiem bardzo dobrze, że bez suszarki do włosów ani rusz. Jakiś czas temu jednak, suszarka do włosów, której używają moje obie córki, żona i syn, z jakiegoś przedziwnego powodu, uległa spaleniu, przez kilka tygodni wszyscy oni próbowali sobie jakoś bez niej radzić metodami harcerskimi, aż wreszcie żona moja doszła do wniosku, że nas stać na nową i w ten sposób udaliśmy się do katowickiego centrum handlowego o nazwie „Silesia City Center”, a konkretnie do sklepu „Saturn”. W ten oto sposób, dzięki spalonej suszarce do włosów, mogę sobie teraz pozwolić na pewną porcję refleksji i się nimi tu podzielić.
O katowickiej galerii „Silesia City Center” pisałem już przed laty, w kontekście wystawionego tam stoiska z antykaczystowskimi gadżetami, takimi jak kubki, przypinki, czy T-shirty. To tam właśnie można było zaopatrzyć się w znaczek z dwoma kartoflami, czy kubek z napisem „Ojciec Dyrektor”. Dziś tego stoiska już nie ma, zamiast niego natomiast jest inne, sprzedające beczki z proteinami dla osób pragnących uzyskać dobrą sylwetkę. Dzisiejsze „Silesia City Center” jest też znacznie większe, niż parę lat temu, światło oświetlające poszczególne sklepy robi wrażenie bardziej intensywnego, być może niosąc trochę wspomnienie niedawnej wizyty w tym miejscu słynnej Paris Hilton. Poza tym, czasy się właściwie nie zmieniły. Tak jak przed laty, alejkami „Silesia City Center”, tam i z powrotem, spaceruje tłum wyszykowanych mężczyzn i kobiet, którzy po ciężkim tygodniu zarabiania na życie, przyszli tam, by przede wszystkim się pokazać i poczuć tę odrobinę satysfakcji, że są częścią świata, a przy okazji, najpierw sobie coś kupić, a potem pójść na kawę i ciasteczko. Lub lody.
Poszliśmy więc z moją żoną po tę suszarkę, i nagle doznałem olśnienia. Nagle zrozumiałem, że ów dumny i szczęśliwy tłum, który zjawił się tam w tak odświętnym nastroju, nie ma absolutnie żadnych innych pragnień jak to jedno jedyne, by nikt nigdy nie odebrał im tej świadomości, że cokolwiek się będzie działo, zawsze wreszcie przyjdzie ta sobota, kiedy oni będą mogli założyć na siebie piękny strój, wsiąść w samochód i udać się na te niezwykłe zakupy. Zakupy wręcz rytualne, a skoro rytualne, to jedyne w sposób autentyczny wartościowe.
Dlaczego oni się boją, że mogą to stracić? Na to odpowiedź jest bardzo prosta. Ostrzeżenie to słyszą każdego dnia, od rana do wieczora, od lat. Czy to w formie bezpośredniego przypomnienia, że pierwszą decyzją rządu Kaczyńskiego będzie likwidacja galerii handlowych, lub wizji Polski, która znajdzie się w stanie wojny jednocześnie z Niemcami i z Rosją, a wtedy, nie tylko nie będzie tych galerii, ale w ogóle nic. No bo wiadomo – wojna to wojna.
A więc, jeśli spojrzeć na społeczną sytuację w Polsce po kątem aspiracji i lęków, niewątpliwym sukcesem rządu Donalda Tuska jest to, że mimo ogólnoświatowego kryzysu, mimo ogromnego, i wciąż rosnącego, deficytu budżetowego tu u nas, w Polsce, mimo tego że ceny rosną w tempie zastraszającym i mimo właściwie już oficjalnie formułowanych zapowiedzi, że przyszły rok i rok następny przyniosą nam cios, z którego wielu z nas się nie podniesie, znaczna część wyborców nie dała sobie wytłumaczyć, że obecny rząd, nawet gdyby jakimś cudem postanowił się zabrać za ratowanie kraju, nie jest w stanie tego zrobić, bo jest przeżarty korupcją, kłamstwem i fatalnym otępieniem, z którego już go nie jest w stanie wyrwać nic. To jest autentyczny sukces tego rządu. To że przy istnieniu bardzo jasnej i przejrzystej kontrpropozycji, znaczna część wyborców uznała, że, owszem, jest źle, ale ponieważ może być jeszcze gorzej, to jak jest, można wciąż jednak jakoś wytrzymać. Wystarczy zamknąć oczy zatkać uszy i starać się żyć tak jak się żyło dotychczas. A więc chodzić do pracy – póki ona jest – i w sobotę dać się zapędzić do czystego, dobrze oświetlonego sklepu.
Ja oczywiście zdecydowanie wolałbym, żeby to wszystko potoczyło się inaczej. Żeby przede wszystkim w roku 2007 Prawo i Sprawiedliwość zachowało władzę, żeby to Zyta Gilowska w dalszym ciągu mogła prowadzić nasze finanse, i żeby dziś ta sama Zyta Gilowska nie musiała nam, ogłupiałym obywatelom, tłumaczyć, co to dla nas oznacza, że wszyscy – od dzidziusia po ledwo zipiącego staruszka – zadłużeni jesteśmy co najmniej na 20 tys. zł. Wołałbym też, żeby jednak Prawo i Sprawiedliwość lepiej poprowadziło tę kampanię, i żeby Platforma Obywatelska była już dziś odsunięta od zajmowania się naszymi sprawami. Niestety, wszystko, jak widać, idzie w kierunku dokładnie przeciwnym w stosunku do tego, co ja sobie wyobrażałem. Niestety, wygląda na to, że dopiero gdy kostka masła zachowa swoją cenę, pod warunkiem, że jej waga zmniejszy się do 100 gramów, oficjalna informacja potwierdzi fakt, że ten manewr wynika z potrzeby ratowania deficytu, a na naszych handlowych galeriach zawisną kartki z napisem „Zamknięte z powodu braku klientów”, a nie „Zamknięte na podstawie decyzji premiera Jarosława Kaczyńskiego”, stanie się to, co się powinno było stać już dawno temu – Naród się przebudzi.
Niedawno, w jednym z artykułów, jakie tu regularnie zamieszczam, pozwoliłem sobie na pewne dramatycznie smutne porównanie naszej społecznej sytuacji do sytuacji tamtej niezapomnianej dziewczyny, sterroryzowanej przez dwóch bezwzględnych bandytów, którzy dzień i noc wieźli ją ze sobą na śmierć pociągiem, i która, z jednej strony, czepiała się ich łaski, w owym pełnym desperacji przekonaniu, że jeśli tylko będzie grzeczna, to oni się nad nią ulitują i dadzą jej przynajmniej żyć, a z drugiej już tylko w kompletnym milczeniu błagała nas o pomoc. Byśmy przyszli, i nawet jeśli ona nie znajdzie w sobie dość odwagi, by się od nich odwrócić, wyrwali ją z ich rąk. I kiedy dopiero co sunąłem z panią Toyahową alejkami galerii „Silesia City Center”, w kierunku sklepu „Saturn”, by kupić jakąś w miarę tanią suszarkę do włosów, a wokół mnie krążyły piękne sklepy i ludzie, tak bardzo pragnący dopasować się swoim pięknem do tamtego piękna, pomyślałem sobie, że niech nas Bóg broni, byśmy – kiedy oni się wyrwą z tego szoku – nie zostali przez nich zmiecieni wraz z całą resztą. Za to, że w czasie gdy oni liczyli na naszą solidarność, myśmy zajęli się kręceniem jakichś dziwnych, bardzo doraźnych interesów. Choćby po to, by starczyło na suszarkę.
Przy okazji, gdyby komuś przyszło do głowy, że mógłby się do tej suszarki dorzucić, to będę zobowiązany. Można to robić na dwa sposoby. Albo przez kupowanie książki o liściu, albo przez zasilanie naszego konta. Wszystko się bardzo dobrze i z pożytkiem dla wszystkich przyda. Dziękuję serdecznie.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

My ludzie z hipermarketu Auchan

Miniony weekend spędziłem w Warszawie, podejmowany przez mojego serdecznego kolegę Michała Dembińskiego. Michał Dembiński, jak niektórzy z nas z całą pewnością wiedzą, jest cudownym człowiekiem, uroczym kompanem, szczerym Polakiem, wspaniałym patriotą i serdecznym antykomunistą. Michał Dembiński urodził się w Londynie, w Londynie się wykształcił, w Londynie miał dom i wspaniałą pracę, i któregoś dnia pieprznął tym wszystkim i ze swoją rodziną przeprowadził się do Polski, bo czuł się Polakiem, Polskę zawsze kochał, i zawsze życzył jej jak najlepiej. Dziś Michał Dembiński głosuje, i tak długo jak sytuacja będzie tego wymagała, będzie głosował na Hannę Gronkiewicz Waltz na poziomie Warszawy, Bronisława Komorowskiego na poziomie kraju, oraz Davida Camerona na poziomie Wielkiej Brytanii, której razem z Polską wciąż jest obywatelem. Przy okazji Michał Dembiński ślubuje sobie uroczyście, że zrobi wszystko, by na polskie losy nigdy najmniejszego wpływu miał Jarosław Kaczyński i jego towarzystwo. Prawdopodobnie też z tego względu Michał Dembiński nie bardzo lubi rozmawiać na temat Smoleńska i tego wszystkiego co się tam stało.
Pamiętam, jak kiedyś Michał Dembiński, w ferworze którejś z debat na tym blogu, napisał, że na Ursynowie, w obrębie którego ma on piękny dom, „pies z kulawą nogą nigdy nie zagłosuje na PiS”. Z myślą, która stała za tą informacją polemizowaliśmy tu, jak sądzę dość skutecznie, a w pewnym momencie, o ile dobrze pamiętam, z odsieczą przybył nam nawet StudentSGH – człowiek zdecydowanie nie z naszego gangu. Mówię „z myślą”, bo oczywiście co do faktów, nie mieliśmy najmniejszych podstaw, żeby dyskutować. Co najwyżej mogliśmy pogardliwie wydąć usta, wzruszyć ramionami i – gdybyśmy chcieli być złośliwi – odpowiedzieć, że owszem, świetnie zdajemy sobie sprawę, że na Ursynowie nie mamy najmniejszych szans. Podobnie jak w Magnitogorsku. Lub pokiwać w zamyśleniu głową – gdybyśmy uznali, że tu nie ma co żartować.
Przypomniał mi się ów michałowy komentarz sprzed wielu miesięcy w minioną sobotę, kiedy zaszliśmy wspólnie do lokalnego supermarketu o nazwie Auchan, by na okazję naszego długowyczekiwanego spotkania kupić parę flaszek i coś do nich. Byłem tam już parokrotnie wcześniej, ale muszę przyznać, że nigdy nie miałem ani powodu, ani odpowiedniej inspiracji, żeby się wokół siebie rozglądać baczniej niż poza przestrzeń zajmowaną przez półki z towarem. Pamiętam tylko, że za każdym razem miałem wrażenie, że – choć sam sklep jest tej samej wielkości co każdy inny tego typu – jest tam znacznie więcej ludzi niż gdzie indziej, że mijane wózki są znacznie bardzie przepełnione, a przy kasach stoi znacznie więcej ludzi. I oto teraz, być może przez tę ogólną atmosferę jaka panuje w Polsce, a może z jakiegoś innego, nieuświadomionego przeze mnie powodu, zacząłem bardzo intensywnie przyglądać się naszym współzakupowiczom, i to na dodatek pod tym jednym tylko kątem – jako ludziom, wśród których gdyby nagle się pojawił kulawy pies, to on też by nie zagłosował na PiS. Gdyby pojawił się tam ten z jedną nogą kulawą pies, gdyby miał do wyboru Hannę Gronkiewicz Waltz i Czesława Bieleckiego, podobnie jak jego pan i sąsiedzi i znajomi pana, wybrałby Hannę Gronkiewicz Waltz.
Przyglądałem się tym ludziom tak intensywnie, że w pewnym momencie nawet wystraszyłem się, że ktoś to zauważy i mi coś powie. Ale kiedy już zacząłem, nie mogłem się powstrzymać. Patrzyłem na nich, a po głowie tańczyła mi ta jedna myśl. Że Michał miał bezwzględną rację. Nikt z nich nigdy nie zagłosuje na PiS. Mowy nie ma! I teraz, skoro już to sobie wyjaśniliśmy, muszę trochę opowiedzieć o tych ludziach. Ludziach, których kompletnie nie znam, ale których widziałem i którzy zrobili na mnie takie wrażenie. Otóż – nie wiem, może to jest kwestia w ogóle Warszawy, o której Michał mówi, że ona jest znacznie bliżej Londynu, niż Radomia – mam wrażenie, że ludzie, którzy mijali mnie w minioną sobotę w ursynowskim Auchanie, byli ludźmi bardzo, ale to bardzo zadowolonymi. Zadowolonymi przede wszystkim, że jest sobota i po pracowitym tygodniu oni wszyscy mogą się spotkać tu na zakupach, że wokół mają w bród wspaniałego, kolorowego towaru, że ten towar jest tani i w bardzo przystępnej odległości od ich dłoni, że te wózki są wystarczająco pojemne, żeby się w nich wszystko co oni sobie wypatrzą zmieściło. Ale też zadowoleni, że przez ten pracowity tydzień udało im się uczciwie zarobić na te zakupy, że w ogóle dobrze im się wiedzie, na tyle, że mają i ładne fryzury, ładne buty i w ogóle są bardzo dobrze ubrani. To być może przede wszystkim – że oni naprawdę dobrze wyglądają. A na nich, na zewnątrz czekają ich samochody, które są niemal tak ładne jak oni sami, a których bagażniki są wystarczająco pojemne, żeby zmieścić wszystko, co oni za chwilę wyjmą z auchanowskich wózków. I pojadą za chwilę do swoich domów, gdzie będzie na nich czekał kolejny bardzo sympatyczny weekend, który postarają się wykorzystać – tak jak co tydzień – jak najlepiej. I ostatnią rzeczą jakiej będą potrzebować w tym wszystkim, to Jarosław Kaczyński i jego obsesje.
Czy ja może sugeruję, że ludzie, których widziałem w minioną sobotę w warszawskim Auchanie, mają jakiś szczególny defekt? Że może oni są od nas gorsi. A może że oni w ogóle są jacyś inni? Nie bardzo. Owszem – oni są trochę inni, ale wcale nie na tyle, żebyśmy mieli ich jakoś szczególnie potępiać. Mogę nawet przyjąć taką ewentualność, że w swoim podstawowym wymiarze, oni są dokładnie tacy sami jak i my, a więc przede wszystkim nastawieni na to, żeby tego co już mamy nie stracić, żeby nikt im nie próbował mieszać w naszym życiu. Mój kolega Michał Dembiński opowiedział mi, że jest jeden rysunek Mleczki, który jemu bardzo, ale to bardzo się podoba. Oto stoi sobie młody król Kazimierz Wielki, a jakiś jego doradca mówi mu tak „Pamiętaj Kaziu. Zastałeś Polskę drewnianą. I lepiej nic nie kombinuj”. A więc, zupełnie paradoksalnie – wbrew intencjom Mleczki i podejrzeniom Michała – moglibyśmy uznać, że ludzie z Auchana na Warszawskim Ursynowie są jak ten doradca młodego Kazia Wielkiego. Oni bardzo proszą, by nie kombinować.
A więc w pewnym sensie są tacy jak my. Skromni, zwykli ludzie. Ludzie uczciwie pracujący, starający się dobrze wychować swoje dzieci, a niewykluczone, że wielu z nich już w niedzielne przedpołudnie z tymi dziećmi udający się na mszę do pobliskiego kościoła, gdzie, niekiedy wręcz siedząc obok nas, będą śpiewać pobożne pieśni i modlić się za pomyślność Ojczyzny. Tacy sami jak my, tyle że może trochę bardziej zamożni, a przez to bardziej przywiązani do swoich marzeń. A w tym przywiązaniu, naprawdę bardzo liczący na to, że będzie już tylko lepiej. Oczywiście, nie od razu, może też nie aż w takim stopniu, jak by to sobie wyobrażali, może nawet nie dzięki najlepszym, najmężniejszym i najzdolniejszym ludziom, może nawet dzięki ludziom nie do końca mądrym, kompetentnym i uczciwym. No ale mamy, co mamy. Mogło być lepiej, ale też spójrzmy na to co za nami. Popatrzmy wreszcie choćby na ten sklep. Czyż on, ze swoim jakże funkcjonalnym przepychem nie świadczy o tym, że jesteśmy na dobrej drodze? No i jeszcze jedno. Oni lubią Polskę i bardzo nie chcą, by na tej Polsce cokolwiek kładło się cieniem. Więc po co im taki PiS?
I to mnie prowadzi do wyjaśnienia, czemu w ogóle postanowiłem, przy tak neutralnym w gruncie rzeczy temacie, jego bohaterem uczynić mojego kolegę Michała Dembińskiego. Otóż przede wszystkim chodzi o to, że ja mam wrażenie, że on jest bardzo dumny z Polski, uważa że Polska to piękny kraj, który daje duże nadzieje na dobre i pełne dobrej satysfakcji życie. On patrzy na Polskę i widzi kraj, który niekiedy jeszcze wygląda jak Anglia lat 60-tych, czy Stany Zjednoczone lat 30-tych, ale wszystko idzie powoli do przodu. Z oporami, ale idzie. I dobrze jest być Polakiem, dobrze mieszkać w Polsce, dobrze jest tu umierać. I naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby go co do tego pozbawiać złudzeń, mówiąc, że wcale nie jest tak słodko. Żeby go pozbawiać co do tego złudzeń, mówiąc że to jest kraj, który nam skradziono i to w najbardziej parszywy i podły sposób. I że to zrobili ludzie gorsi od najgorszych moskali. Tyle że on wiedząc to wszystko, nie rozumie, że Polskę można kochać nie za to czym ona jest, ale wbrew temu, czym ona jest. I chyba też nie wie, że nawet kiedy któregoś dnia te wszystkie Auchany się zawalą, a ludzie próbując spod nich uciec swoimi samochodami do swoich pięknych domów, do nich nie dojadą, bo utkną na nowowybudowanych, a już kompletnie rozwalonych drogach, a jeśli już im się uda dojechać, to zobaczą, że ich domy, skutkiem ostatnich opadów, są zalane przez lokalne podtopienia, to tę Polskę wciąż kochać warto i warto tu zyć i umierać. I że kiedy wtedy nagle Polska się przebudzi, a na je czele stanie przywódca na miarę Jarosława Kaczyńskiego, to ta Polska nadal będzie piękna. Więcej – będzie piękniejsza. I myślę, że tego on nie rozumie. I myślę też sobie, że – choć on akurat, przez swoją historię, stanowi przykład dość szczególny – właśnie przez tę szczególność świetnie symbolizuje tę zagadkę, która nas tak od długiego już czasu zadręcza.
To więc jest pierwszy powód. Drugi to taki, że Michał Dembiński napisał autentycznie znakomity tekst, który swego czasu zamieścił na swoim blogu, i właśnie zgodził się, bym go umieścił tutaj. A ja – nie chcąc go już w jakikolwiek sposób uzupełniać swoim komentarzem – pomyślałem, że napiszę do niego swoisty wstęp, właśnie w postaci tego wpisu. Jak mówię tekst Michała to tekst moim zdaniem wybitny, ale ma w sobie przy okazji to coś, co z całą pewnością wymaga uzupełnienia polemicznego. I bardzo bym chciał, żebyśmy tu ten tekst przeczytali, i go podziwiając, jednocześnie mu dołożyli – tak brutalnie jak tylko potrafimy. To jednak dopiero jutro.

Post Scriptum – Dla wszystkich tych, którzy swego czasu przejęli się moimi wynikami badań dotyczących Gazety Wyborczej, przedstawiam najnowszą aktualizację. Okazuje się, że papier na którym drukowany jest ten dziennik ostatnio bardzo obniżył poziom. O ile jeszcze rok temu, przy pomocy jednego wydania można było skutecznie umyć po dwa duże okna w dwóch pokojach, dziś ta sama ilość materiału z trudem wystarcza na jeden pokój i zaledwie początek drugiego. Chyba trzeba będzie się przerzucić na Rzepę, zwłaszcza że ceny są już podobno zbliżone.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Wyborcze strzępy, etc.

Wypadałoby jakoś posumować to co się wczoraj wydarzyło, a ja mam wrażenie, że większą część tego, czego czytelnicy tego bloga po mnie mogą dziś oczekiwać, powiedziałem w dwóch poprzednich wpisach. A więc przede wszystkim to, ze dopóki Jarosław Kaczyński żyje i stoi na czele tego wielkiego, wspaniałego ruchu, jesteśmy bezpieczni, ale też i to mianowicie, że w skali lokalnej polska polityka jest tak straszliwie nędzna, że jeśli jest coś, czym się można ekscytować, to wyłącznie kolejne wynaturzenia. Dziś mogę najwyżej do tego dodać dwa uzupełnienia. Wygląda na to, że odejście Jarosława Kaczyńskiego w jakiejkolwiek formie zamknie dla Polski wszelką nadzieję, i że w związku z tym przed nami dwa bardzo doraźne zadania – przede wszystkim przygotowanie się do uzyskania dobrego wyniku w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych i wzmocnienie PiS-u pod kątem przywództwa.
Wypadałoby jakoś podsumować wczorajszy dzień, a wszystko co mi chodzi po głowie, to strzępy obrazów, wypowiedzi i parę bardzo chaotycznych refleksji. Mam jednak nadzieję, że jakoś sobie i dziś z tą materią poradzimy. W końcu, jak słusznie zauważył Perry w cudownym filmie Fisher King, w śmieciach zawsze można znaleźć coś naprawdę ważnego.
Z informacji, jakie do nas docierają, duże miasta nie poszły do wyborów, a Platforma niebezpiecznie zbliżyła się do trzydziestoprocentowego poparcia. O czym to może świadczyć? Jak to zwykle bywa, o wszystkim i o niczym, ale dla kogoś kto im tak jak ja życzy jak najgorzej, są tu do odnalezienia co najmniej dwa dobre tropy. Pierwszy to taki, że najbardziej solidny i tępy elektorat PO jest już nimi ciężko znudzony. Nie sądzę przy tym, żeby ta umysłowa nędza powszechnie określana jako „młodzi, wykształceni z dużych miast” nagle znalazła w sobie dość intelektualnej siły, żeby uznać, że Donald Tusk ze swoją Ekipą to kompletne kłamstwo i porażka. Aż tacy sprytni to oni nie są. Po prostu się znudzili. Można mieć więc nadzieję, że przynajmniej do ponownej legalizacji dopalaczy, oni mogą pozostać w tym stanie. Drugi natomiast dobry ślad to ten związany już z formą w jakiej znajduje się stały elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Widać dziś bardzo jasno, że 30 procent to poziom, jaki dla PiS-u jest jak najbardziej dostępny. My czasem spadamy do tych 23 czy 24, czasem podchodzimy do 30 i może trochę więcej, natomiast zlecieć z 50, czy niekiedy nawet 60 procent społecznego poparcia na 30, to jest, że tak to brutalnie określę, upadek na ryj.
I to jest refleksja pozytywna. Cała reszta niemal niestety jest już bardzo smutna. Otóż wczoraj wieczorem w którejś z telewizji miałem okazję słuchać i oglądać Michała Kamińskiego, i powiem zupełnie uczciwie, że w pewnym momencie poczułem na plecach ten zimny podmuch, jaki się pojawia, kiedy nagle doświadczamy czegoś całkowicie obcego, a jednocześnie w żaden sposób przyjemnego. Na Kamińskiego mam oko od czasu, gdy jeszcze sam osobiście nie miałem pojęcia, co on kombinuje i czym się zajmuje po godzinach, ale zobaczyłem go w jego nowym wizerunku. Pisałem tu kiedyś o tym, że pani Toyahowa nie może się nadziwić patrząc na tę z jej punktu widzenia jawną niesprawiedliwość, polegającą na tym, że jest cała grupa publicznie uznanych, a czasem i hołubionych mężczyzn, którzy wyglądają tak parszywie, że gdyby jakakolwiek kobieta pojawiła się w telewizyjnym studio choćby w jednym procencie w takim jak oni fizycznym stanie, to by ten występ był jej występem ostatnim. Nawet Magdalena Środa, która jak wiemy potrafi wiele, ma przynajmniej umyte włosy i się nie poci. Nawet minister Kopacz, nawet jak nie umyje włosów i śmierdzi papierosami, założy na siebie jakiś elegancki kostium. Ludzie tacy jak Daukszewicz, Semka, Najsztub, czy właśnie Kamiński robią wrażenie wyłącznie wypudrowanych i spryskanych dezodorantami meneli. I teraz nagle pojawia się ten Kamiński z łysą pałą, jakby chciał powiedzieć, że owszem, do dziś wizerunek PiS-u nie był najlepszy, ale teraz już będzie okay.
Zobaczyłem więc jakiś czas temu tego Kamińskiego i pomyślałem sobie, że do jasnej cholery, co ten człowiek musi mieć w głowie, że on jest w stanie wymyślić coś takiego! Jak on musi być strasznie nieprzytomny – a może tylko zakochany w sobie – żeby odstawić coś tego typu. Jak ja mam szanować i wierzyć człowiekowi, który nagle doprowadza się do takiego stanu, i robi to najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że tak będzie lepiej dla wszystkich! Czy przypadkiem nie jest tak, że jemu się coś stało w głowę? No ale niech będzie. Wygląd jest czymś, czym akurat ja nie powinienem aż tak bardzo się podpierać, żeby komuś dokuczać. W końcu mi też by się tu wiele przydało. Ale, jak wspomniałem, słuchałem Kamińskiego wczoraj w tym przedziwnym wieczorze wyborczym i nagle – kompletny szok. Kamiński mówi o Jarosławie Kaczyńskim i wygłasza coś takiego: „Jarosław Kaczyński wraca do swojego starego języka nienawiści”.
JĘZYKA NIENAWIŚCI! Oto przychodzi nie kto inny, jak Michał Kamiński i zaczyna nam opowiadać o Jarosławie Kaczyńskim, używając argumentu z językiem nienawiści. A ja sobie myślę, że ja naprawdę wiele rozumiem. Ja wiem, czym jest polityka, czym są odejścia i na co można sobie pozwolić przy okazji niektórych politycznych zwrotów. No ale w wypadku Michała Kamińskiego mamy do czynienia z sytuacją, gdzie on prawdopodobnie już za tydzień zacznie używać terminu „kaczyzm” i gadać coś o „Borubarze” i „Irasiadzie”. Nie minął dobrze tydzień od czasu jak Michał Kamiński zaczął coś przebąkiwać o tym, że on już nie lubi Jarosława Kaczyńskiego – i proszę! Mamy już nienawiść. Co to za ludzie tam się kręcili przez ostatnie lata? Czym oni się zajmowali, kiedy nikt nie patrzył? Czy to możliwe, ze oni dzień i noc krążyli obok biednego Lecha Kaczyńskiego, robili nieustanne wrażenie, a za jego plecami szykowali coś, co można dziś uznać za ostateczne rozwiązanie? Nie do wiary! Miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach Migalskiego bredzącego o tym, że Kaczyński źle kieruje partią, czytałem wypowiedzi Kluzik, która posuwała się do tego, by sugerować, że z głową Prezesa faktycznie jest coś nie w porządku, ale NIENAWIŚĆ? JĘZYK NIENAWIŚCI??? Czy to już jest opętanie, czy może jemu zwyczajnie pękły szelki?
A więc ten fragment wypowiedzi Michała Kamińskiego jest jednym z najmocniejszych przeżyć, jakie mnie spotkały od wczoraj. Ten właśnie fragment jego wypowiedzi budzi we mnie tak strasznie dużo refleksji, że myślę sobie, że będę chyba musiał poświęci osobny wpis czemuś, co już dziś na swój prywatny użytek nazwałem ‘anatomią prowokacji’. Próbuję sobie wyobrazić przede wszystkim Lecha Kaczyńskiego, ale też i Jarosława i wszystkich działających przez te minione lata w ramach Prawa i Sprawiedliwość, tak bardzo zaangażowanych w budowanie lepszej Polski ludzi, i nagle widzę twarz Michała Kamińskiego, która tworzy do tego wszystkiego potężny billboard, i słyszę tę jego gadkę o „języku nienawiści”. Pięknie. Doprawdy pięknie. Będzie z całą pewnością trzeba jeszcze nad tym pomyśleć.
Ale jest jeszcze coś, już naprawdę same strzępy, o czym chciałem dziś opowiedzieć. Otóż myślę o nas. O ludziach, którzy mieszkają obok nas. W Olsztynie najlepszy wynik uzyskał człowiek (sic!) nazwiskiem Małkowski. Warszawiacy uznali, że Gronkiewicz-Walc będzie lepszym prezydentem niż Bielecki, no i w ogóle że nie ma jak pani Hania! W Opolu i okolicach mniejszość niemiecka otrzymała więcej głosów niż PSL. U nas w Katowicach cała kupa ludzi postanowiła głosować na coś co się nazywa Ruch Autonomii Śląska, a więc na bandę najzwyklejszych wariatów. W Łodzi mieszkańcy doszli do wniosku, że Witold Waszczykowski – człowiek, który jaki jest, każdy wie – jest gorszy od wszystkich, w tym od jakiegoś Darka z SLD. W Mysłowicach wyborcy uznali, że już lepiej glosować na niejakiego Osyrę, którego sława określa w sposób wręcz karykaturalny, byle nie na kogoś kto kandyduje z ramienia PiS-u. Przyglądam się mapie tych wyborów, i co chwilę natrafiam na informację, która poraża nie na poziomie sporu PO – PiS, ale zwyczajnie, po ludzku. I myślę sobie – ależ oni nas załatwili! Co oni z nas zrobili! Tak chyba jeszcze nie było.
Wypada w tej sytuacji jakoś się pocieszyć. Otóż oczywiście dobrze jest wiedzieć, że Polska Wschodnia stoi niewzruszona. Piękna, niepokonana, wielka. Patrzymy na tych ludzi, myślimy o nich, i możemy mieć pewność, że cokolwiek się stanie, oni tam zostaną i będą dawać to swoje świadectwo.
No i jeszcze jedno. Wczoraj, kiedy doszły mnie pierwsze informacje o frekwencji, zacząłem grzebać w Internecie, żeby zobaczyć jak to było podczas wcześniejszych wyborów. No i trafiłem na Poznań i Województwo Wielkopolskie podczas wyborów prezydenckich. Dwie rzeczy. W tej nieszczęsnej Wielkopolsce, na jej wschodnich granicach zupełnie nie wiadomo skąd znalazły się cztery skromne powiaty, skromnie skupione: kolski, kaliski, turecki i koniński. Jak oni tam przetrwali! Jacy tam muszą żyć mili ludzie! Jak miło jest sobie o nich dziś pomyśleć!
I już prawie na sam koniec. Sam Poznań. Trzy obwody, w których najwięcej głosów otrzymał Jarosław Kaczyński:
- Dom Pomocy Społecznej, ul. Mińska 14 - 80,88 proc.
- Dom Pomocy Społecznej, ul. Sielska 13 - 79,37 proc.
- Dom Pomocy Społecznej, ul. Ugory 18/20 - 48,48 proc.
Trzy obwody, w których najwięcej głosów dostał Bronisław Komorowski:
- Areszt Śledczy w Poznaniu, ul. Młyńska 1 – 95,26 proc.
- Oddział Zewnętrzny Aresztu Śledczego w Poznaniu, ul. Nowosolska 40 – 89,68 proc.
- Siedziba Rady Osiedla Lotników Wielkopolskich, ul. J. Nagórskiego 16 – 86,48 proc.
No i apel do tych, którzy jak zawsze w takich razach będą potrzebowali mi powiedzieć coś strasznie złośliwego. Nie wysilajcie się. Ja znam każde Wasze słowo. Każde Wasze wzruszenie. Każdy Wasz grymas.
I jeszcze pozdrowienia dla Rady Osiedla Lotników Wielkopolskich. Swoją drogą, co Wam strzeliło do głowy z ta nazwą? Robicie sobie jakieś jaja?

środa, 17 listopada 2010

Do roboty! Do roboty!

W zeszłym tygodniu wspomniałem o wrażeniu, jakie na mnie zrobił billboard nalepiony gdzieś na kamienicy mojego miasta, a przedstawiający Donalda Tuska z łagodną twarzą Starszego Brata z powieści Orwella, informujący mnie o tym, że oto nastał koniec polityki i zaczęło się prawdziwe i piękne budowanie. Od tego czasu zmieniło się tyle, że tych billboardów wyskoczyło nam jeszcze więcej, z identycznym przesłaniem i z dokładnie tą samą przerażającą estetyką, tyle że z różną, ze tak powiem, fabułą. Okazuje się, że Donald Tusk buduje nam nie tylko drogi, ale też mosty i inne obiekty, gdzie, jak tylko zechcemy, będziemy mogli rozstawić grilla, a może nawet poodbijać piłkę. Bylebyśmy już tylko nie politykowali.
A więc zaczął się czas budowania. I powiem zupełnie szczerze, że gdy słyszę tę wiadomość, ogrania mnie dwojakie uczucie. Z jednej strony przypomina mi się najbardziej mięsisty PRL, z jego naturalną pogardą i obrzydzeniem do wszelkiej polityki uprawianej bez koncesji, a z drugiej czuję autentyczny strach, że przy znanej nam determinacji tej ekipy, oni faktycznie mogą zamienić Polskę w wielki plac budowy, który nie skończy się ani z Euro 2012, ani z rokiem 2020, kiedy nam przestanie spływać z Brukseli, ani nawet w roku 2032, kiedy to minister Boni ma zamiar przedstawić nam jakieś niespodzianki, ani w ogóle już nigdy. Każdy z nas będzie musiał raz w miesiącu, a może nawet co tydzień, coś wybudować. I to niekoniecznie most, czy drogę, ale cokolwiek. Bylebyśmy mogli zająć czymś umysł w taki sposób, by już nie myśleć o polityce. My będziemy budowali, a zza okna będzie na nas spoglądał Donald Tusk i ten napis: „Nie politykuj. Buduj”.
I myślę sobie, że to chyba jednak o to chodziło, kiedy trzy lata temu Platforma Obywatelska przejmowała rządy. Nie o miłość, nie o czyste szpitale, dobrze opłacanych nauczycieli. Nawet nie o porachowanie się z tak zwanym kaczyzmem. Chodziło o to, żeby doprowadzić do reaktywacji kolektywu, tyle że w bardziej nowoczesnym krajobrazie. Żadnej polityki, żadnego filozofowania, żadnych dyskusji. Będzie się już tylko budować.
Czy to znaczy, że o polityce w ogóle nie będzie wolno gadać, ktoś się zaniepokoi? Właśnie tak. O polityce ani słowa. Można będzie najwyżej krytykować bumelantów. Ewentualnie obmyślać jakieś dla nich kary. Choć to akurat może już nie będzie konieczne. Sama krytyka może wystarczyć. Jak to będzie wyglądało? Trudno powiedzieć, ale myślę, że już dziś możemy obserwować pewne do tych nowych czasów przymiarki. Kiedyś już o tym pisałem na tym blogu, ale nic nie zaszkodzi przypomnieć. Zwłaszcza, że okazja jest ku temu dobra.
Pisałem o tym już kiedyś, ale myślę, że nie jest zły moment, żeby to przypomnieć. Otóż parę lat temu byliśmy nad morzem w Kuźnicy. Któregoś dnia na plaży pojawił się człowiek z rodziną i telefonem komórkowym. Najpierw przez telefon pozałatwiał bieżące sprawy biznesowe (chodziło o ustawienie programu artystycznego na dyskotekę, czy jakieś wesele), a później, zgodnie ze wskazówkami Donalda Tuska poszedł grać ze swoim małym synkiem w piłkę. Wszystko odbywało się tradycyjnie. Pan Tato wrzeszczał, pokazywał żółte kartki, wywalał się, groził kartką czerwoną. W pewnym momencie dziecko zapytało, jak się nazywa w ich drużynie bramkarz. W tym momencie pan Tato uśmiechnął się porozumiewawczo do współplażowiczów i powiedział: "Borubar".
Pomyślałem sobie wówczas, że nie jest wykluczone, że człowiek ten jest wybitnym gitarzystą basowym, albo klarnecistą, albo świetnym tzw. dyrektorem artystycznym do spraw organizacji letnich imprez muzycznych. Możliwe też, że dobrze gra w piłkę nożną. Nie ulegało dla mnie jednak wątpliwości, że politycznie pan Tato zorientowany był na tyle tylko, na ile wymagała od niego chwila. On wiedział akurat tyle ile miał wiedzieć. A więc na przykład, że na dowolną kwestię może odpowiedzieć - tak jak w tej grze o nazwie pomidor - jedynie "Borubar". I dziś sobie myślę, że to jest właśnie ów dopuszczalny zakres politykowania, na który będziemy mogli liczyć. Człowiek o którym piszę, to – jak można prognozować – typowy budowniczy przyszłości. Czy on będzie budował scenę i tworzył nagłośnienie dla występu jakiegoś artysty estradowego, czy może będzie inżynierem na budowie, będzie przede wszystkim budował, a w przerwie na kanapkę, spróbuje jedynie ocenić postępy prac.
Byle w tym nie było za dużo polityki, a przynajmniej nie polityki w sensie tradycyjnym. Coś może bardziej jak przed laty u Tuwima. Czyste, histeryczne zainteresowanie obrazami i gestami, bez broń Boże jakiejkolwiek próby syntezy i wyciągania wniosków. Coś takiego:
Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.
***
Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań - na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.
***
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...
***
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
***
I znowu mówią, że Ford... że kino...
Że Bóg... że Rosja... radio, sport wojna...,
Warstwami rośnie brednia potworna...


Gdyby Julian Tuwim pisał dziś, a chciałoby mu się nie daj Boże wpaść w tandetną publicystykę, to pewnie zamiast tego "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo..." napisałby, że Kluzik... że Kaczory... że Ziobro... że rura... No i może Borubar. Bo akurat on jest zawsze dobry.
I tyle by było tej polityki. Reszta, to by już było tylko budowanie. A gdyby spróbował – mówię o Tuwimie – komukolwiek objaśniać, o co mu chodziło, to by się go skierowało na inny odcinek robót i tam by już znalazł sobie odpowiednie zajęcie. A gdyby w chwilach refleksji, podniósł głowę, zobaczyłby billboard z Donaldem Tuskiem i usłyszał ten głos: „Nie gadać! Budować!” – i znów by się wziął do roboty.

Powyższy tekst został wcześniej opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

piątek, 21 maja 2010

Rozmawiać warto



Sytuacja jest bardzo nieprosta. Wiadomo, że po wczorajszym występie, jaki mi wczoraj przypadł w udziale, wiele osób czeka na jakieś refleksje, wiele z tych osob ma oczekiwania bardzo ściśle określone, a ja jestem ograniczony z jednej strony osobistą niezręcznością całej sytuacji, a z drugiej pewnym rodzajem dyskrecji, która nie pozwala mi na przykład plotkować. A nie ulega wątpliwości, że napisać trzeba. Proszę więc pozwolić mi, że to co tu napiszę, będą to zwykłe, luźne i bardzo surowe refleksje, wynikające głównie z przekonania, ze to jest właśnie to, co powiedzieć należy. A zatem – mówmy.
Przede wszystkim bardzo chciałbym wyjaśnić, że mój udział w programie Janka Pospieszalskiego miał taką formę a nie inną, bo taki właśnie był plan. A jednocześnie – i bardzo chcę to tu podkreślić – była to jedyna rzecz, jaką przed programem konsultował ze mną jego autor. Ani on, ani nikt inny, ani mnie nie informował, co mam mówić, jak mam mówić, ani nawet ile mam mówić, a jedyne co mi zostało przekazane, to powód, dla którego zostałem zaproszony do programu i że powinienem być maksymalnie zwięzły, żeby broń Boże nie zabrakło mi czasu. Wspominam tu o tym z takim naciskiem, bo przed programem byłem mocno przekonany, że skoro mam być na miejscu godzinę przed rozpoczęciem programu, to po to, by wszystko wcześniej odpowiednio przećwiczyć. Że Pospieszalski najpierw zapyta mnie, co planuję mówić, potem powie mi, co z tego ma zostać, a o czym mogę zapomnieć, ostrzeże mnie, że mam nikogo nie obrażać, że mam nie kląć i że w ogóle mam uważać, bo to telewizja i takie tam. A więc nic z tego. Niemal cały ten czas spędziłem w kawiarni żłopiąc kawę, poznając osoby zaangażowane w ten program i zbijając bąki. Do studia wszedłem jakieś pięć minut przed startem. Pełna realizacja idei, że rozmawiać jest warto.
Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to to, że – odmiennie od standardów obowiązujących w tego typu programach, gdzie zaprasza się publiczność – nikt nie informował tej młodzieży na specjalnie przygotowanych kartkach, kiedy mają klaskać, kiedy wzdychać, kiedy buczeć, a kiedy się śmiać. Gdyby oni wszyscy nagle posnęli, albo dostali głupawki, to w studio nawet nie było osoby, która by mogła sytuację ratować. A więc znów – rozmawiać warto.
To tyle, jeśli idzie o kwestie ogólne. Co do osób zaproszonych do dyskusji, nie powiem ani słowa, bo wszystko co na ich temat miałem do powiedzenienia, powiedziałem to w swoim czasie na tym blogu. Gdybym miał te moje teksty dziś przeredagować, to z całą pewnością nie z poczucia krzywdy, jaką tym dziwnym ludziom wyrządziłem, ale wyłącznie z powodu tego niedosytu, jaki wciąż czuję. Resztę, wszyscy, którzy ten program mieli okazję widzieć, znają i z pewnością sami potrafią wszystko odpowiednio skomentować. A plotek – jak już napisałem wyżej – i tak nie mam zamiaru puszczać.
Jedna rzecz mnie zaskoczyła niezmiernie. Otóż Ludwik Dorn w pewnym momencie postanowił opowiedzieć telewidzom i osobom w studio historię o ptasiej grypie. To co mnie zaskoczyło – nawet przy zachowaniu moich wszystkich dotychczasowych wątpliwości co do jego osoby – to fakt, ze on tę historię opowiedział po raz dziesiąty od dwóch już lat, w dodatku używając dokładnie tych samych słów i tych samych zdań, co tyle razy wcześniej. Kiedy go słuchałem, świetnie wiedziałem, że on nie powie „ptak”, ale „ptaszysko”, i że kiedy wspomni o tym, że on zatelefonował do premiera Marcinkiewicza, to z całą pewnością zaznaczy, że on był wtedy ministrem i taki telefon to było dla niego ot taki sobie gest. Ciekawe, prawda?
Żałuję bardzo, że nie udało mi się zamknąć mojej wypowiedzi tym już ostatnim, kończącym zdaniem. Ja wiem, że i tak mówiłem dłużej niż to sobie wcześniej wyobrażałem, ale bardzo chciałem - wiedząc, że z pewnością pojawi się temat kradzieży tych zdjęć - powiedzieć, że nie może być tak, że kiedy wyprodukowane jest kłamstwo o takiej sile rażenia, takiej żywotności i takich konsekwencjach, komuś, kto chce to kłamstwo ujawnić zamyka się usta, krzycząc: „złodziej”. Chciałem bardzo to powiedzieć, bo byłem przekonany, że ten argument z kradzieżą jest jedynym praktycznie argumentem, który – pozostając kompletnie poza merytoryczną przestrzenią całej dyskusji – może być tu użyty. Bo przecież nie ulega najmniejszych wątpliwości, że cała ta gadanina Karnowskiego o tym, że to wcale nie jest tak, że dziennikarze mają jakieś ukryte intencje, jest idealnie pusta. Chodziło o tę kradzież. I tylko o nią. Bo nawet jeśli założyć, że publikując ten szalik w pełnej okazałości, a nie w zmanipulowanym bezczelnie fragmencie, pogwałciłem czyjeś prawa, to jest akurat tak, że w kontekście o którym mówimy, te akurat prawa – podobnie zresztą jak ich właściciel – są kompletnie bezwartościowe. Chciałem to powiedzieć, Pospieszalski mi przerwał i oni już mogli sobie na mnie poużywać, choćby tylko pogardliwie się krzywiąc.
Z drugiej strony, dobrze się stało, że nie miałem więcej czasu, bo biorąc pod uwagę reakcję Hartmana i Mistewicza na moje słowa i nastrój, w jakim już wtedy byłem, można się poważnie było obawiać, że jeszcze chwila, a ten program by się skończył czymś kompletnie nieprzewidzianym już po piętnastu minutach. Podobnie, jestem pewien, że formuła, jaką dla tego programu przyjął Jan Pospieszalski jest idealna. Nie ma takiej możliwości, żeby dopuścić do bezpośredniej dyskusji między zawodowymi komentatorami, a zaproszonymi do tego programu przedstawicielami opinii społecznej. Oni i my, to – pomijając różnice oczywiste, a więc zawodowe przygotowanie, doświadczenie i tak zwane obycie – dwa kompletnie różne światy. I mówiąc o tych światach wcale nie chcę sugerować, że ta różnica działa akurat na ich korzyść. Oni już dawno przestali być przedstawicielami jakiejkolwiek opinii publicznej. Oni reprezentują już tylko wyłącznie siebie i swoje beznadziejne uwikłanie. Każda zwykła wymiana poglądów między dowolnym, w miarę poukładanym człowiekiem z poza tak zwanej branży, a którymkolwiek z nich, skończyłaby się dla każdego z nich totalną katastrofą. I to nie dlatego, że oni są głupi, a my mądrzy. Albo że oni wiedzą mniej, a my więcej. Ale wyłącznie dlatego, że my jesteśmy wolni, a oni nawet już zapomnieli, czym wolność jest.
I to jest moja osobista już nauka z tego wczorajszego doświadczenia. To i jeszcze coś. Że warto rozmawiać. Nawet jeśli tylko po to, żeby ci, którzy się powinni bać, bać się zaczęli.

wtorek, 30 marca 2010

O debacie na kluczyk i sprężynkę



Nie wiem, czy to przez dokument Sekielskiego, czy przez komentarze, które wyrażały niedosyt z powodu braku czegoś równie interesującego, tyle że na temat oszustw dziennikarzy, czy z jakichś jeszcze dodatkowych powodów, ale gdzieniegdzie przebija się dyskusja na temat tego, czego świat pospólstwa i prostactwa – przez niektórych zgrabnie opisywany jako „bydło” – może wymagać właśnie od dziennikarzy. I oczywiście nawet z tych strzępów informacji, jakie do nas docierają, wynika, że nie ma takiej bezczelności, której nie wypowiedziałby dziennikarz, szczególnie ten, który najbardziej płacze nad jakością polskiej debaty.
Niedawno media – zaczynając na czymś co się nazywa Tygodnik Podhalański chyba, a kończąc na poważnych ogólnokrajowych przekaźnikach – wzięły się za któregoś z senatorów PiS-u, jakiegoś górala, który, wprawdzie wyłącznie u siebie w domu, ale zrobił z siebie idiotę, a może tylko ujawnił swój idiotyzm, w obecności ukrytego mikrofonu z kamerą. I oczywiście dziś, po całym zdarzeniu, najbardziej wesołe jest słuchanie, jak ten góralski wesołek opowiada o swoim poświęceniu dla Polski i Polaków, i jakim to dla niego zaszczytem jest służba publiczna. No ale, skoro już się wszyscy pośmialiśmy, to wypadałoby znaleźć coś nowego i może niekoniecznie w gronie polityków – którzy i tak już wiemy, jacy są skorumpowani – ale może bardziej na tej polityki obrzeżach.
Zacznijmy jednak od polityki. Ale polityki sprzed wielu, wielu lat, jeszcze z czasów tuż pokomunistycznych, kiedy to głównymi hartownikami dzisiejszej stali były obecne gwiazdy dziennikarstwa, i to on tworzyli podwaliny dzisiejszej debaty. Był otóż w telewizji program, który nie pamiętam już jak się nazywał i nie bardzo nawet pamiętam, kto go prowadził, a który polegał na tym, że się zapraszało do studia całą bandę polityków, z każdej możliwej strony sceny, i kazano się im kłócić. Siedzieli więc ci politycy na telewizyjnych krzesełkach i całkowicie niedostępni w tym zgiełku dla przeciętnego telewidza, darli mordy, robiąc przy tym mądre miny i udając, że wszystko jest na swoim miejscu. Prowadzący program nie musiał właściwie nic robić, poza tym tylko, że gdy któryś z uczestników jakimś cudem przebił się przez ten harmider, a w słuchawce pojawił się komunikat: „Zrób z nim coś, bo tego nie lubimy”, przerywał mu i kierował tę niby-dyskusję na bezpieczny tor. Pamiętam że częstym gościem w tym programie był mój partyjny i salonowy kolega Ryszard Czarnecki i że zawsze bardzo liczyłem na to, że kiedyś może uda mu się powiedzieć coś takiego, co oczywiście nie będzie miało większego znaczenia, ale za to będzie jakimś takim świadectwem. I pamiętam, że zawsze to moje czekanie kończyło się jednym marzeniem: żeby Czarnecki wstał – program leciał podobno na żywo – powiedział wszystkim, żeby się pieprzyli i wyszedł. Żeby po prostu wstał, spojrzał na to całe barachło z pogardą, i wyszedł. Może i po drodze, niedbałym gestem wywracając kamerę.
Nie zrobił tego nigdy. Cały swój wysiłek, cierpliwie od początku do końca, koncentrował na tym, żeby tam jednak wytrwać i od czasu do czasu coś powiedzieć. A ponieważ nie udawało mu się nigdy nic sensownego zakomunikować, po pewnym czasie uznałem, że on tam siedzi wyłącznie po to, żeby siedzieć. Żeby tam być i żeby nie dać nikomu okazji do przypuszczeń, że jego tak naprawdę nawet nie ma. No i więc siedział. Podobnie jak cała reszta tych biednych polityków i społecznych aktywistów, uczepionych swojej szansy bycia osobą publiczną, z jedną myślą w skołatanej głowie – że za tym studiem jest już tylko niebyt. A wokół nich kręcił się kwiat polskiego, rodzącego się, niezależnego dziennikarstwa i tworzył fundamenty nowoczesnej pluralistycznej debaty.
Od tego czasu, wydaje się że ani nic już nie jest ani takie same, ani – co grosza – nie ma nawet sposobu, by określić to co jest w jakikolwiek sensowny sposób. Debata uzyskała ten swój współczesny kształt, który oczywiście widzimy, który naturalnie możemy nawet ocenić, ale już nie potrafimy choćby nazwać. Stała się ona bytem całkowicie autonomicznym, kompletnie osobnym, w żaden sposób już nie związanym z jakąkolwiek realną postacią tego świata. Nie jest nawet już metadebatą. Gdybym chciał żartować, to mógłbym pewnie powiedzieć, że tradycyjny podział Państwo – Kościół został uzupełniony przez nowy byt, który nazywa się Debata. Tyle że żartować nie ma co.
I nie ma też co już liczyć na to, że ktoś stanie i wyjdzie. W debacie, której kształt dopiero co poznajemy, ale od którego nie potrafimy już uciec, nie ma miejsca ani na wychodzenie, ani nawet na jakikolwiek protest. Co najwyżej można przyjąć wobec niej rolę biernego obserwatora, jak to się dzieje przypadku gdy zajdziemy do zoo czy na tradycyjne teatralne przedstawienie, bez ryzyka, że ktoś nam narobi na kolano. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło bojkot TVN-u, bojkot ów stał się natychmiast częścią debaty, a więc przestał w jednej chwili być bojkotem. Więcej – jeszcze nawet dziś, wspomniana stacja, od czasu do czasu, z lubością puszcza stare migawki, na których widać polityków PiS-u jak to oni pięknie i interesująco, i jak niezwykle medialnie, bojkotują coś, co w ich mniemaniu było złem i na ten protest zasłużyło. Wychodzić ze studia też się raczej już nie da. Co to bowiem za demonstracja, gdy najczęściej człowiek siedzi w jakimś pomieszczeniu, przed sobą ma kamerę, w uchu jakąś słuchawkę, a do krawata przyczepiony mikrofonik? Przed kim wychodzić, dla kogo, po co? Żeby później to pokazywano na youtubie, obok zdjęć jakiejś islandzkiej czy fińskiej prezenterki, która spadła z fotela i narobiła wokół śmiechu co niemiara?
To tu zresztą otwiera się pole do prawdziwej medialnej rywalizacji. Wczoraj do TVN-u zaproszono posła Palikota, który – o dziwo – przez cały czas skupiał się na wewnętrznej polityce i jeśli kogoś obrażał to ewentualnie swojego partyjnego kolegę Schetynę. Widząc że program się kończy, a atmosfera siadła dramatycznie, prowadzący, którego nazwiska pamiętać sobie nie życzę, wręcz rzutem na taśmę, ni z gruszki ni z pietruszki, poprosił Palikota, żeby coś powiedział o Lechu Kaczyńskim. No i Palikot powiedział. Że Kaczyński jest już nawet nie trupem, że wygląda tak fatalnie, że aż niedobrze się robi kiedy się na niego patrzy, że trzeba zrobić wszystko żeby go nie zmuszać do wysiłku, jakim musi być kampania, bo nam może po prostu kartofel paść. No i wtedy dopiero ten topiarz fryty zakończył program radosnym „dziękuję”. A ja sobie myślę, że to i tak dopiero początek. To nie może być finał. Przed nami czasy kiedy nikt już nie wystąpi w telewizji, o ile nie przyjdzie do studia nago, nie wywali się na mordę, albo nie wyrzyga, albo przy wejściu nie zelży prowadzącego grubym słowem. Nie musi to być zresztą całkiem naprawdę. W końcu, co jest naprawdę? Już wielki Ridley Scott nam wbił do głowy w zakończeniu Blade Runnera ten złowieszczy okrzyk: „That’s too bad she doesn’t live! But then again, who does?”
Proces cywilizacyjnej manipulacji trwa na całego. Też wczoraj wystąpił w TVN-ie artysta muzyczny Maciej Maleńczuk. Nie mogę się tu powstrzymać przed pewną refleksją. Moim zdaniem ów Maleńczuk to – obok starego Kazika – absolutnie najwybitniejszy polski muzyk. To jak on śpiewa, jak gra na gitarze, jak komponuje i jakie teksty tworzy, jest moim zdaniem absolutnie unikalne. Z drugiej strony, on ma wszystko, co tworzy standard przeciętnego artysty – czy to aktora, czy muzyka, czy piosenkarza – a więc jest tak głupi jak tylko jest to w biologii możliwe. A zatem, mimo wszystko, tworzy w swoim geniuszu całą artystyczną przeciętność. Oglądałem ten występ z jednego powodu, i akurat nie chodzi tu o to, że chciałem sobie posłuchać głosu Maleńczuka. To akurat, że tam nie będzie już żadnej muzyki, wiadomo było z góry. Przyczyna była mianowicie taka, że, jak już od kilku dni anonsowała telewizja TVN, podczas nagrywania programu doszło do skandalu, artysta Maleńczuk demonstracyjnie opuścił studio i że całość będzie można sobie obejrzeć właśnie w poniedziałek.. Niezastąpiony Onet przybliżył nam nawet kulisy całego wydarzenia i pomógł stworzyć atmosferę nerwowego oczekiwania. Dzieci mi powiedziały o tym co się kroi, przełączyły kanał na zwykły TVN, i się zaczęło.
Najpierw przez kilka minut leciał normalny kisiel, w pewnym momencie prowadzący program coś tam powiedział na temat tego, że artystom wcale nie wolno więcej niż innym, i takie tam, i w tym momencie Maleńczuk mówi, że owszem – wolno. Wstaje i wychodzi ze studia. Konsternacja. Nikt nie wie, co się stało, czy on wyszedł naprawdę, czy to możliwe, że tak po prostu wstał i wyszedł, czy wróci, no ale trudno, hmmm… musimy sobie jakoś radzić… I nagle – proszę. Wraca Maciej Maleńczuk, przebrany w jakąś ślubną suknię i śpiewa nam piosenkę. A więc tak to wygląda po latach. Ponieważ właściciele mediów jakoś nie doczekali się zwykłych, ludzkich odruchów ze strony ogólnie biorąc bydła, przejęli również i tamte obowiązki, i sami się wzięli za tworzenie debaty, już od początku do końca. A więc wczoraj właśnie okazało się, że zwykły człowiek stracił ostatnią już szansę na zademonstrowanie swojej autonomii wobec Systemu. Teraz już nie zostało nic. Od dziś debata zaczęła się tworzyć sama, ze wszystkimi swoimi ekscesami, wszystkimi możliwymi – i niewyobrażalnymi dotychczas – dziwactwami i szaleństwami. Od dziś już wszystko będzie robione w ramach tej debaty – a więc politycy będą spadali z krzeseł, będą się tłukli po pyskach, będą obrażali siebie nawzajem i prowadzących, a jeśli któryś z nich nie przyniesie świńskiego łba, albo wibratora, to mu się wszystko dostarczy na miejscu. Od czasu do czasu, któryś z nich wstanie i krzyknie: „J...ć ch….ów!” i wyjdzie ze studia. A jak nie będzie chciał, to mu się zagrozi, że jeśli się będzie zapierał, to zniknie z publicznego obiegu, jak wielu przed nim. I będzie już chodził jak w zegareczku.
A jeśli ktoś zechce sam z siebie wyjść ze studia, albo powiedzieć coś szokującego, to nawet nikt tego nie zauważy, bo i tak studyjna kamera już w tym czasie będzie nurkowała pod stolik, żeby zrobić zbliżenie na kupę. Albo coś innego.

sobota, 13 marca 2010

Idzie wiosna



Pogoda w Katowicach jest dziś najgorsza jaką można sobie wyobrazić. Normalni ludzie na taki dzień mówią ‘syf’, a ludzie jeszcze bardziej normalni informują po prostu, że sypie mokry śnieg, jest zimno i lepiej nie wychodzić z domu, bo na tej breji, która pokrywa chodniki można sobie połamać ręce albo nogi. Mimo to ludzie łażą jak zwykle. Wiem coś o tym, bo sam dziś wyszedłem z domu i miałem okazję obejrzeć sobie moje miasto i moich homeboys na żywo, w pełnej okazałości.
Jest tak, że ja właściwie w każdą sobotę – słońce czy deszcz – wychodzę z domu, choćby po to, żeby kupić to wszystko co mi Toyahowa napisała na kartce. Dziś jednak, zanim kupiłem to mleko i kartofle, udałem się ze starszą Toyahówną na rynek, żeby wziąć udział w wiecu, jaki zorganizował poseł Marek Migalski w obronie białoruskiego chłopaka, niejakiego Ivana Mikhailau, którego Łukaszenka najpierw wsadził do pudła, a następnie kazał wyrzucić z uczelni, na której ów chłopak studiował prawo. Wiec, jak każdy tego typu wiec. A więc stali młodzi ludzie, trzymając w dłoniach kartki z literami tworzącymi imię i nazwisko studenta z Białorusi, był poseł Migalski, który w kilku słowach przedstawił sprawę i poprosił o podpisywanie się na liście, która leżała obok na stoliku i która później miała być wysłana do Łukaszenki. Była też ekipa TVP, która zrobiła parę ujęć i przeprowadziła krótką rozmowę z Posłem. I byliśmy my. Czyli ja i Toyahówna. No a wokół ten sobotnio-marcowy syf.
No i byli też ludzie. Jak na ten ponury, sobotni dzień, nawet nie tak mało. Pewnie trochę przez to, że to ten nieszczęsny, kompletnie zdewastowany przez PRL, katowicki rynek, poprzecinany we wszystkich kierunkach przez sunące tramwaje, z których nieustannie wysiadają ludzie, przyjeżdżający do centrum, po to by zakupy w tych dwóch, szkaradnych i kompletnie idiotycznych domach towarowych, lub żeby się zanurzyć w nieszczęście o nazwie ‘ulica 3 Maja’ i kupić sobie tanie buty. Bo to już przecież niedługo wiosna.
Wiec w obronie białoruskiego studenta trwał krótko, może dziesięć minut wszystkiego, w międzyczasie obok przeszło może kilkadziesiąt osób. I to co mnie uderzyło, to fakt że ani jedna z nich – przepraszam, jedna była – nie zatrzymała się, ani żeby zapytać, co się dzieje, ani żeby posłuchać Migalskiego, ani nawet żeby warknąć pod nosem, że znowu ta pieprzona pisobolszewia urządza jakiś cyrk. Z wszystkich osob, jakie przez te kilkanaście minut trwania tego niby-wiecu przechodziły obok, niemal nikt się tym co się dzieje nawet nie zainteresował. Miałem wręcz wrażenie, że niemal nikt nawet nie zauważył, że cokolwiek się dzieje.
Od tego smutnego południa minęło już kilka godzin, nawet sam poseł Marek Migalski umieścił w Salonie odpowiednią relację z tego, paradoksalnie przecież, w sumie niezwykle pięknego zdarzenia, a ja mam bardzo silne przekonanie, że trzeba to co się stało jakoś skomentować. Że nie można tych kilku przedziwnych minut w środku mojego miasta pozostawić bez żadnej refleksji. Pierwsza więc byłaby oczywista – Katowice to właśnie takie miasto. Miasto ludzi, którzy nigdy nie byli szczególnie otwarci na ekscesy jakiegokolwiek rodzaju. A przyznać trzeba, że walka o los jednego, nikomu nieznanego białoruskiego studenta, to nie byle jaki eksces. To miasto już takie jest. Robi zakupy i wraca do domu. A tu jeszcze taki brzydki marzec.
Druga refleksja jest już bardziej, że tak powiem, polityczna. Otóż mam wrażenie, że powoli świat zewnętrzny przestaje ludzi obchodzić. A już kompletnie nieważna staje się polityka i tak zwane życie publiczne. Sklep, telewizor, poranne wydanie Metra – to już maksimum. Pisałem tu niedawno, że z mojego punktu widzenia, rezygnacja Donalda Tuska ze startu w wyborach prezydenckich to bardzo dobra wiadomość. Choćby z tego względu, że bez niego, Lech Kaczyński pozostaje już jedyną rozpoznawalną postacią z tej aktualnie urzędującej, czy dopiero co potencjalnej grupy. Ja autentycznie jestem przekonany, że gdyby dziś w południe, pod katowickim teatrem zjawił się, równie niezapowiedziany i równie samotny jak Marek Migalski – Marszałek Komorowski, lub Radosław Sikorski, efekt byłby bardzo podobny. To miasto by nic nie zauważyło. Ludzie nawet by nie wiedzieli, kto to tam stoi i gada. Nikt ani by nie zaczął bić brawa, ani tym bardziej nie zacząłby wykrzykiwać obelg. No może gdyby to był Palikot. Może on by potrafił wzbudzić przynajmniej szmer.
Czy to dobrze, czy to źle? Nie wiem. Na dłuższą metę, nie wiem. Ksiądz by pewnie powiedział, że to źle. Bo wszystko co obiektywnie marne i puste – jest złe. No ale żyjemy w czasach, gdy już naprawdę możemy liczyć tylko na doraźność. Dziś, gdy jutro może nawet nie nadejść, nie pozostaje naprawdę aż tak wiele, żeby myśleć, a co dopiero planować. A więc, z mojej perspektywy – perspektywy mściciela i krzyżowca – tak jak jest, jest dobrze. Też już o tym pisałem. Gdy przyjdzie dzień sądu, pozostaniemy tylko my. Reszta obudzi się w poniedziałkowy poranek, wezmą po dwa Apapy na twarz i udadzą się do pracy

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...