Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba Wojewódzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba Wojewódzki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2025

Czy Piotr Gliński, podobnie jak większość z nas, jest nazistą?

 

Popularny niegdyś piosenkarz Bruce Springsteen, jak wielu z jego pokolenia, postanowił odświeżyć pamięć o sobie i udał się w trasę koncertową po Europie, gdzie nigdy zresztą nie był jakoś szczególnie hołubiony, i w trakcie występu w Niemczech uznał, że akurat tam nic tak nie poruszy publiczności, jak kilka odpowiednio obraźliwych gestów pod adresem prezydenta Trumpa, no a przy okazji da mu odpowiednią promocję w mediach, tak by jak najwięcej osób zorientowało się, że faktycznie kiedyś jakiś Springsteen faktycznie kręcił się po muzycznej scenie.

Zakomunikował więc Springsteen co zakomunikował, a szum jaki się podniósł zaskoczył nawet mnie, który od tak zwanych artystów sceny wymaga dokładnie tyle samo co od wszelkich innych artystów, czy to stolarstwa, krawiectwa, ciastkarstwa, czy ślusarstwa, a wśród owych wymagań absolutnie nie ma tego, by oni mieli, a w dodatku jeszcze artykułowali, poglądy na tematy nie związane z wykonywanym przez nich zawodem. A zatem też, kiedy dowiedziałem się, co Bruce Springsteen sądzi na temat Donalda Trumpa i współczesnej Ameryki, nawet nie uznałbym za stosowne wzruszyć ramionami, gdyby nie fakt, że, owszem ramionami wzruszył Donald Trump i Springsteenowi odpowiedział, no i zaczął się armagedon. Dziwne? Owszem, bardzo, no ale co ja mogę na to poradzić?

Ponieważ nałogowo słucham muzyki i gdziekolwiek pojawia się jakikolwiek muzyczny temat, to i ja tam przybiegam, obserwuję na Facebooku profil pod nazwą Far Out Magazine, no i zawsze zostawiam tam jakiś swój ślad. Nie inaczej było wczoraj, kiedy to redakcja zainicjowała debatę na temat awantury między Donaldem Trumpem, a artystami wszystkich krajów złączonymi w nienawiści do Ameryki pod aktualnym przywództwem. Napisałem więc tam komentarz, w którym zwróciłem uwagę na oczywisty fakt, że Bruce Springsteen jest zaledwie mocno już wyblakłym odpryskiem zlewaczałego środowiska, a Trump pozostaje wciąż „one and only”, więc to co tysiące piosenkarzy, muzyków, pisarzy, aktorów, malarzy i tzw. intelektualistów mają na jego temat do powiedzenia nie ma najmniejszej wagi. I proszę sobie wyobrazić, że mój komentarz wywołał falę pełnych oburzenia reakcji, gdzie na jedną zwróciłem szczególną uwagę. Otóż pewna pani napisała do mnie, żebym sobie przypomniał, bo najwidoczniej już zapomniałem, że był kiedyś człowiek o nazwisku Hitler i że ów Hitler to był wypisz wymaluj Trump, a ja sobie od razu pomyślałem, że gdyby to miało jakikolwiek sens, to bym jej napisał, że takich Hitlerów to my tu w Polsce mamy pod dostatkiem, i to od lat: Kaczyński, Macierewicz, Kamiński, Czarnek, a ostatnio nawet pojawił się Hitler w trzech osobach, czyli Nawrocki, Menzen i Braun. No ale sensu nie było, więc się zamknąłem.

Nie trzeba było jednak długo czekać, by dostrzec, że tu już problemem nie są pojedyncze osoby, nawet jeśli w nazistowskiej trójcy, ale cały kraj. Popularny wśród widzów telewizji TVN komik Kuba Wojewódzki zamieścił na swoim instagramowym profilu następujący rysunek.





Jak widać, nie przedstawia on Jarosława Kaczyńskiego z hitlerowskim wąsikiem, ani też unoszącego dłoń w nazistowskim pozdrowieniu Karola Nawrockego, ale Polskę, spod której, jak pająk spod brudnej, śmierdzącej szmaty, wyłazi czarna swastyka. A zatem, jak widzimy, nasi artyści poszli krok dalej w stosunku do artystów amerykańskich, czy jakichkolwiek innych. Im już nie wystarczy ogłosić, że oto nazistowski element próbuje atakować Polskę; dziś sytuacja jest ich zdaniem taka, że owym elementem nazistowskim stała się sama Polska. Jak to się stało? Ano tak, że ponad połowa z nas to naziści, którzy swój nazizm zadeklarowali w niedzielnych wyborach, nie głosując na Rafała Trzaskowskiego, Szymona Hołownię i Magdę Biejat. A nie Zandberga? Nie. Okazuje się, a poinformował o tym ze swojego łoża boleści Tomasz Lis, że Zandberg, odmawiając przekazania swoich głosów na Rafała Trzaskowskiego, postąpił jak niemieccy komuniści, którzy tak naprawdę mieli bezpośredni udział w doprowadzeniu do władzy Adolfa Hitlera.

Tak wygląda więc dziś sytuacja przed drugą turą wyborów prezydenckich i dobrzy, wrażliwi, inteligentni, pełni miłości i empatii ludzie zastanawiają się czy znajdzie się wystarczająca większość, która zdepcze tego pająka i wyrwie Polskę z owej nazistowskiej sieci. My tu natomiast pewnie jesteśmy ciekawi, kto to taki – no bo przecież nie Kuba Wojewódzki – zaprojektował i wykonał wspomniany wyżej rysunek. Otóż jego autorem jest poznański plastyk, niejaki Szymon Szymankiewicz, który jest wprawdzie jeszcze mniej publicznie rozpoznawalny od Bruce’a Springsteena, ale okazuje się, że w antypolskiej i antycywilizacyjnej branży zajmuje pozycję wystarczająco istotną, by swego czasu nawet nasz minister kultury Piotr Gliński uznał za stosowne wspomóc go w jego działalności finansowo. Zapoznałem się z człowiekiem i jego twórczością i wszystko, co chciałem wiedzieć, już wiem. Otóż Szymankiewicz wygląda jak przeciętny utatuowany od góry do dołu libek, gada jak oni wszyscy, a nagrodzona przez Piotra Glińskiego sztuka dzieli się na trzy części. Otóż są to przede wszystkim antykatolickie karykatury, gdzie mamy albo pomalowanego na żółto Jana Pawła II, albo krzyż z nałożoną na jego podstawę prezerwatywę, czy znów krzyż, gdzie zamiast tabliczki z napisem INRI umieszczona jest tabliczka z akronimem LGBT; dalej Szymon Szymankiewicz prezentuje plakaty typowo antypolskie, czyli orła przemielonego w maszynce do mięsa, pisany gotykiem napis „Nur Fur Polen”, znak Polski Walczącej stylizowany na logo sieci McDonald’s, Polską zawieszoną na proaborcyjnym wieszaku; a na końcu, jak rozumiem w celu uzupełnienia swojej oferty elementem pozytywnym, szereg rysunków z tryzubem oraz z niebiesko-żółtą flagą. I to na to wszystko Szymon Szymankiewicz poprosił ministra Glińskiego o pieniądze i je dostał.

I teraz na koniec potrzebuję wyjaśnić, po ciężką cholerę napisałem ten w gruncie rzeczy zbedny komoletnie tekst. Otóż ja nie wiem, czy Karol Nawrocki zostanie prezydentem Polski, nie wiem też, czy Bruksela kiedykolwiek wypuści nasz kraj ze swoich brudnych łap, nie wiem też oczywiście, czy Donald Tusk umrze w swoim łóżku, czy w więzieniu, ale wierzę i mam wielką nadzieję, że Piotr Gliński już nigdy nie będzie ministrem w polskim rzadzie, choćby i do spraw sportu.

sobota, 30 maja 2020

Gdy Zatoka Sztuki trafia na wykop.pl



       Jak pewnie wciąż pamiętają stali czytelnicy tego bloga, w czasach dziś już dawno zamierzchłych, w przestrzeni internetowej funkcjonowało – i to z pewnymi sukcesami – trio Coryllus, Toyah, Kamiuszek. Dziś z owego projektu tak naprawdę został już tylko Coryllus ze swoim wydawnictwem oraz z parunastoma komentatorami na portalu „Szkoła Nawigatorów”. Gdy chodzi natomiast o mnie i Kamiuszka, to coś tam oczywiście skrobiemy, natomiast trzeba przyznać, że utrzymujemy pewien, niestety dość rzadki, kontakt, podczas którego wymieniamy się różnymi refleksjami i tak nam mija nasze wspólne, jak i jak najbardziej również osobne życie.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że mój drogi kumpel Kamiuszek przysłał mi wczoraj wiadomość o następującej treści: „Wisi to od trzech dni i cisza”, a do owej wiadomości dołączył link do pewnego zamieszczonego na Youtubie filmu. Ja oczywiście ów film tu za chwilę umieszczę, zanim jednak to nastąpi, wrócę do swojego najnowszego felietonu dla „Warszawskiej Gazety” – bardzo źle swoją drogą przyjętego przez red. Bachurskiego – w którym zasugerowałem, że całe owo zamieszanie, którego w ostatnich dniach byliśmy świadkami, a którego przyczyną był kolejny film Sylwestra Latkowskiego na temat pedofilii, to zwykły humbug, którego zarówno cel jak i autorstwo – bo przecież wiemy, że Latkowski to jest zaledwie figurant – stanowią całkowitą tajemnicę, a emocje, które ono w nas biednych obserwatorach wywołało, to coś co już za chwilę przeminie z przysłowiowym wiatrem.
       Zdenerwował się na mnie red. Bachurski w przekonaniu, że przede wszystkim gdy chodzi o Sylwestra Latkowskiego, niezależnie od tego, co on ma za paznokciami, to prawdziwy bohater, który ryzykując życiem postanowił stanąć na przeciw pedofilskiej mafii, i z tego choćby względu powinien być przeze mnie oszczędzony. Drugą ofiarą mojego felietonu miał rzekomo paść prezydent Sopotu Karnowski, który zdaniem Bachurskiego, mimo swoich ściśle określonych politycznych koligacji, znalazł w sobie tę uczciwość, by stanąć wobec wspomnianej mafii okoniem.
       W swojej mailowej wymianie postawiłem się swojemu było nie było Naczelnemu postawić okoniem, tłumacząc mu możliwie jak najdelikatniej, że w tym co mu się zdaje, jest zwyczajnie naiwny i jakoś się nam w sumie ostatecznie nam dogadało. I proszę sobie wyobrazić, że w tym własnie momencie dostaję od mojego kolegi Kamiuszka wiadomość z linkiem, który mnie prowadzi do czegoś, co moim zdaniem świadczy o tym, że red. Bachurski moich najnowszych refleksji w pierwszym momencie zwyczajnie nie docenił.
       Czy to znaczy, że od dziś powinniśmy sądzić, że wszystko to, co zobaczyliśmy w filmie Latkowskiego, to bezczelne kłamstwo? Otóż nic podobnego, a tak naprawdę jest wręcz odwrotnie. To co tam oglądamy, to dramatyczne niedopowiedzenie. Z nieznanego mi powodu, to co postanowił zrobić, Latkowski zaledwie zaczął, a ledwie co zaczął, to zakończył. Zupełnie jakby z jednej strony chciał się nam zaprezentować jako nieustraszony rycerz ukrytej prawdy, a z drugiej panicznie się bał, że w każdej chwili może tak dostać w łeb, że z tego rycerstwa nie pozostanie nawet wspomnienie i trzeba będzie już tylko się tłumaczyć z jakichś zaszłości.
      A zatem, tak zresztą jak wspomniałem we wspomnianym felietonie, to co pokazuje nam Latkowski to skoro już nie cała prawda, to przynajmniej droga do niej. I kiedy to piszę, muszę wspomnieć o wiadomości, którą otrzymałem od Kamiuszka oraz przesłanego linku, który nas prowadzi do czegoś, co zarówno pod względem realizacyjnym jak i czysto informacyjnym przewyższa produkcję TVP o głowę, jeśli nie o dwie, czy trzy. Film, o którym Kamiuszek mi pisze, że wisi na Youtubie od trzech dni i pies z kulawą nogą się na jego temat nie zająknie, to jest coś, co z jednej strony zarówno Latkowskiego jak i jego sponsorów odstawia na bocznicę, a z drugiej pokazuje w sposób absolutnie bezlitosny to, czego mieliśmy tak naprawdę nie wiedzieć, pomijając jakieś niewinne tak naprawdę plotki.
        Popatrzmy więc na to co póki co można oglądać na Youtubie i zobaczmy jak bardzo to jest ważniejsze od tego całego zamieszania z filmem Latkowskiego i tych wszystkich w gruncie rzeczy tanich grepsów wałkowanych w koło tu i tam. No i powtórzmy słowa Kamiuszka: „Wisi to od trzech dni i cisza”. A jeśli komuś przy tej okazji zrobi się smutno, to obiecuję, że osobiście pozostaję w pełni solidarny.





czwartek, 21 maja 2020

O robieniu w dupę, pojedynczo i grupowo


       Miałem dziś plan by pisać o Trójce, czyli o 3 programie Polskiego Radia, i o aferze z ową Trójką związanej, jednak niemal rzutem na taśmę Sylwester Latkowski za pośrednictwem TVP przedstawił swoją zapowiadaną od lat drugą cześć dokumentu sprzed lat o pedofilach, i wygląda na to, że – choć wcale nie znajdziemy się aż tak daleko od tematu – Trójka będzie jednak musiała poczekać do jutra. Obejrzałem ów film i gdy chodzi o całość, mam dwie refleksje. Przede wszystkim, tym razem Latkowski miał do dyspozycji nieco lepszy sprzęt, w związku z czym dźwięk tym razem był na tyle dobry, że można usłyszeć coś ponad ówczesny bulgot, no i w międzyczasie pojawiły się też drony, a więc i sam film nabrał dodatkowej atrakcyjności. Poza tym, wszystko wypadło jeszcze gorzej, bo o ile przed laty pojawiło się przynajmniej nazwisko Krzysztofa Zanussiego w charakterze podejrzanego, to dziś w najlepszym wypadku zaledwie artysty estradowego Nergala, oraz aktora Szyza i to zaledwie jako ewentualnych mimowolnych świadków.
       Gdybym powiedział, że do Sylwestra Latkowskiego mam stosunek pełen ponurego dystansu,  byłbym tu wybitnie wstrzemięźliwy. Faktem jest bowiem, że dla mnie Latkowski to ktoś, do kogo nie zdecydowałbym się zbliżyć choćby na pół metra, a to z tej obawy, że przede wszystkim tego doświadczenia bym nie przeżył, a jeśli nawet, to bym po tym kontakcie nie odkaził się nawet przy pomocy płynu, który nam dostarczył Orlen. Nie zmienia to oczywiście faktu, że bez względu na to, jakie intencje dziś Latkowskim kierują, ja nie wykluczam, że wszystko co on w swoim filmie pokazuje, to najprawdziwsza prawda. Powiem więcej – a to też jest powód, dla którego uważam jego film za kompletnie bez znaczenia – to o czym on tam opowiada, wiem i bez jego łaskawego udziału, a nawet gdybym nie wiedział, to bym realność opisanych sytuacji obstawiał w ciemno. Czemu? Odpowiedź na tego typu pytanie, mam od dawna przygotowaną: bo czemu nie?
        Jest dla mnie bowiem od czasów, gdy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem, zupełnie oczywiste, że są na świecie ludzie z pieniędzmi i z seksualnymi obsesjami, które za te pieniądze mogą i zaspokajać i jednocześnie owe obsesje skutecznie ukrywać przed wzrokiem ciekawskich. Od czasu gdy zacząłem samodzielnie myśleć wiedziałem, że na pewnym poziomie władzy finansowej, a przez to  politycznej i towarzyskiej, dzieją się rzeczy – szczególnie w tak zwanej sferze obyczajowej – o których ludziom takim jak my nawet się nie śniło. Jedynym problemem więc jest już tylko to, czy ich wszystkich uda się kiedyś jakimś cudem normalnie albo powystrzelać, albo przynajmniej posadzić.
      A zatem, nie mam najmniejszych wątpliwości, że faktycznie od roku 2007 do 2015 – w sumie ciekawa jest owa koincydencja, prawda? – pewien cwaniak z Trójmiasta, działający na zlecenie innego cwaniaka, zbierał z ulic młodziutkie śliczne dziewczynki i rozdawał je za pieniądze wspomnianym ludziom z pieniędzmi. Nie dziwi mnie też więc, że skoro w ów proceder były zaangażowane i pieniądze i ludzie z tymi pieniędzmi, a w dodatku mówimy o latach 2007-2015 oraz o Trójmieście, to i jego uczestnicy do dziś pozostają praktycznie bezkarni. I powtarzam raz jeszcze: ani Latkowski ani TVP do tego bym to wiedział nie są mi do niczego potrzebni, zwłaszcza gdy oni wręcz stają na głowie, by robić wrażenie jakby się o tym wszystkim przed chwilą dowiedzieli.
        I pewnie bym dziś nad tym wszystkim się nawet nie zatrzymał, gdyby nie pewien szczegół. Otóż w rozmowie zorganizowanej przez telewizję już po emisji filmu, Latkowski nagle opowiedział o tym, jak to pewien telewizyjny gwiazdor ma od lat taki zwyczaj, że każe sobie organizować castingi, w których młodzi chłopcy się przed nim prężą i próbują go uwieść swoimi wdziękami, a on niezmiennie z tych trzech wybiera najmłodszego, no i następnie go wykorzystuje podczas swoich pedofilsko-homoseksualnych ekscesów. W tym momencie zebrani w studio doznali ciężkiego szoku, a prowadzący spotkanie redaktor poprosił nieśmiało, by Latkowski ujawnił nazwisko gwiazdora. Kiedy ten stanowczo poinformował, że tego zrobić nie może, redaktor zapytał, czy można przynajmniej dowiedzieć się w jakiej stacji telewizyjnej ów zboczony pedofil jest zatrudniony i wówczas, po dłuższym, przeciągającym się nieznośnie zastanowieniu, zdradził Latkowski, że chodzi oczywiście o TVN.
       A ja w tym momencie muszę ten tekst czym prędzej kończyć, zanim dostanę takiej cholery, że zacznę brzydko mówić, i pragnę tylko przypomnieć, że jeszcze w roku 2016 ten sam Sylwester Latkowski, o którym dziś tu rozmawiamy, w rozmowie na Twitterze z nikim innym jak z Karoliną Korwin Piotrowską napisał zupełnie otwartym tekstem, że on się zwrócił do dyrektora Miszczaka, by poprosił może swojego pracownika Kubę Wojewódzkiego, by ten, kiedy zaciąga do korporacyjnego kibla młodych chłopców, prosił ich najpierw o dowód tożsamości.
        O co chodzi? Otóż jak widzimy, nazwisko Kuby Wojewódzkiego w interesującym nas kontekście  znane jest powszechnie już co najmniej od czterech lat, a więc jak by nie było od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość zdążyło wygodnie zająć swoje pozycje  i nie stało się dokładnie nic. Mało tego. Okazuje się, że niemal jak jakieś ciężkie szyderstwo wraca do nas ten sam Latkowski, z tą samą informacją, tyle że dziś w formie zagadki, której zadanie w dodatku umożliwia mu zarządzana przez jak najbardziej polski rząd polska telewizja publiczna. A my wszyscy zrywamy się na równe nogi, krzyczymy „O Boże!”, by w międzyczasie dowiedzieć się, że takich jak my widzów tego wieczora przed ekranami telewizorów pojawiło się aż 3,5 mln i oni na tę wiadomość zareagowali dokładnie tak samo: "O Boże! Ciekawe, który to?"
        W kresie pandemii telewizja nieustannie wprowadza kolejne formaty, zarówno rozrywkowe, jak i edukacyjne. Rozrywka już była, a zatem czas na to, by pojawił się jakiś program o tym, jak można robić ludzi w dupę. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to jestem pewien, że Kuba Wojewódzki chętnie wyjaśni.



sobota, 29 października 2016

O tym jak rząd Prawa i Sprawiedliwości próbował skorumpować Kubę Wojewódzkiego

Było tak, że słynna telewizyjna gwiazda, Kuba Wojewódzki, jechał swoim wypasionym Ferrari skądś dokądś i w pewnym momencie osiągnął prędkość 200 km/godz. Tak się jednak niefortunnie zdarzyło, że w tej samej dokładnie w chwili, kiedy na liczniku Wojewódzkiego pojawiła się liczba 200, przy drodze pojawił się policyjny patrol, który najpierw oczywiście Wojewódzkiemu prędkość zmierzył, a następnie na swój szczególny sposób poprosił go, by się zatrzymał. Wojewódzki, jak przystało na szanującego się obywatela, zamiast swoją bryką wiać gdzie pieprz rośnie, usłuchał wezwania policjantów i przyhamował. Podczas gdy dotychczas wszystko odbywało się zgodnie z tak zwanym harmonogramem, czyli z jednej strony mieliśmy bezczelnego idiotę, a z drugiej tak zwanych „good guys”, wszystko się nagle odwróciło i policjanci, rozpoznawszy Wojewódzkiego, zamiast ukarać go mandatem za niebezpieczną jazdę, poprosili go, by pozwolił sobie zrobić wspólne zdjęcie, a następnie puścili go wolno. Oto odpowiedni obrazek.


I wszystko to by prawdopodobnie trafiłoby do tak zwanego kosmosu, gdyby nie to, że Kuba Wojewódzki, znany idiota, postanowił się owym zdjęciem publicznie pochwalić i opublikował je na tak zwanym Instagramie, a tym samym dwóch biednych funkcjonariuszy, plus tego jeszcze biedniejszego, któremu kazali jedynie cykać to zdjęcie, najzwyczajniej w świecie wysypał. Że przy okazji też siebie, to już inna historia. W końcu, co nas obchodzi jakiś Wojewódzki?
Jak się możemy domyślać, ponieważ Wojewódzki jest osobą ogólnie znaną, zdjęcie z policjantami natychmiast zaczęło robić karierę i ostatecznie dotarło do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Mariusza Błaszczaka, który stanął przed następującym dylematem. Otóż on miał do dyspozycji trzy możliwości: pierwsza to taka, że mógł sprawę zlekceważyć i udać, że nic o niczym nie wie, druga, a więc przyznać, że owszem wie, ale nie uważa, żeby stało się coś interesującego, ewentualnie – i to jest wyjście trzecie – złożyć doniesienie o przestępstwie, a policjantów, już w ramach swoich własnych prerogatyw, ukarać. Błaszczak wybrał oczywiście rozwiązanie ostatnie, w efekcie czego policjanci zostali ukarani naganą, a sam Wojewódzki został skazany przez sąd na 3 tysiące kary.
Co ja na ten temat mam do powiedzenia? Otóż informacji jest parę i żadna z nich w żaden sposób nie jest optymistyczna. Przede wszystkim, jak się okazuje, żyjemy wciąż w kraju, gdzie ktoś tak niski jak Kuba Wojewódzki jest w stanie kontrolować prawo, a to jest wiadomość wyjątkowo zła. Druga z nich jest taka, że policja w Polsce jest wciąż skorumpowana, a biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy na poziomie Kuby Wojewódzkiego, przed nami dużo pracy. Trzecia i pewnie najmniej istotna, to ta, że Kuba Wojewódzki jest jeszcze większym kretynem, niż my tutaj mogliśmy się przypuszczać. Czego on się mianowicie spodziewał, publikując to zdjęcie na tym całym Instagramie? Że ci policjanci dostaną nagrody za solidną służbę, a on sam zostanie kierowcą roku? A może on myślał, że to co on u siebie w domu wrzuca do Sieci, jest dostępne tylko dla niego i jego znajomych? Powiem szczerze, że diabli wiedzą, co mu się w tym głupim łbie kotłowało, efekt jednak jest taki, że on musi zapłacić 3 tysiące, a policjanci najlepsze mają dopiero przed sobą.
I historia ta jest oczywiście wystarczająco ciekawa, by te refleksje zakończyć, jest jednak coś, co moim zdaniem przerasta wszystko, co ona była w stanie wygenerować. Otóż nagle się okazuje, że, podczas gdy trudno sobie wyobrazić sytuację bardziej jednoznaczną, reakcja znacznej części społeczeństwa jest taka, że Błaszczak, kierując zawiadomienie o przestępstwie, a policjantów karać naganą, się skompromitował. Kiedy czytam komentarze w Sieci, otrzymuję przekaz jednoznaczny: Błaszczak zrobił z siebie kompletne zero. Jakby tego było mało, obok całej kupy prostych internautów, zabrał też na Facebooku głos sam Wojewódzki, i zamiast przeprosić za swoją tępotę i się choć na moment zamknąć, szydzi z Błaszczaka, że nie umie rozróżnić, kiedy sytuacja wymaga interwencji, a kiedy możemy strzelić sobie fotkę.
Właśnie trafiłem kolejną opinię, że to co się stało, świadczy o tym, że Błaszczak to zero. Ktoś powie, że ten blog osiągnął poziom, którego tolerować się nie da. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co moim zdaniem powinno robić wrażenie. Chodzi mianowicie o to, że skoro, jak widzimy, nawet coś tak oczywistego i jednoznacznego jak numer z Wojewódzkim, u pewnej części opinii wywołuje wyłącznie szyderstwa pod adresem PiS-u, to znaczy, że stoimy pod ścianą. Skoro dla wielu z nich zamieszczone powyżej zdjęcie to jest dowód w procesie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, to znaczy, że lepiej już nie będzie. Jesteśmy dramatycznie wręcz podzieleni i nie oszukujmy się, to nie jest tak, że naprzeciwko siebie mamy bandę głuptasków. To są ludzie dokładnie tacy sami jak my, tyle że oni uważają, że PiS ma się odpieprzyć od Wojewódzkiego, bo PiS jest zły, a jaki jest Wojewódzki, nie ma najmniejszego znaczenia.
Przez wiele lat, przyznaję uczciwie, że byłem optymistą, Dziś, po tym jak przeczytałem kilka komentarzy na temat Wojewódzkiego i jego Ferrari, nie mam najmniejszych wątpliwości, że możemy liczyć wyłącznie na cud. Módlmy się więc wszyscy o opamiętanie dla tych, którzy, co by o nich nie mówić, są naszymi braćmi.

Moje książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam.

sobota, 14 lutego 2015

Jakie interesy prowadzą bracia Karnowscy z Kubą Wojewódzkim?

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że popełniam grzech ciężki, i to w dodatku podwójny. Znów bowiem będzie o portalu wpolityce.pl, a jakby tego było mało, to jeszcze o Kubie Wojewódzkim. Sumienie jednak nie pozwala mi milczeć, bo oto wczoraj na portalu wpolityce.pl najpierw trafiłem na tytuł „Wojewódzki wygwizdany na konferencji TVN. Showman uciekł ze sceny z opuszczoną głową”, a następnie przeczytałem cały tekst i mimo, że swoje doświadczenia już mam, a wraz z nimi skórę twardą jak jasna cholera, oniemiałem. Co się mianowicie okazuje? Otóż TVN zorganizował imprezę, podczas której miał przedstawić tak zwaną ramówkę na kolejny rok, no i w pewnym punkcie jakiejś niby konferencji prasowej, wspomniany Kuba Wojewódzki poczuł się źle, dyskretnie i bez słowa wyszedł, zgromadzona publiczność, jak donosi portal, go wygwizdała, i to sprawiło że prawicowa opinia publiczna aż zawyła z uciechy. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że podobno Wojewódzki miał spuszczoną głowę, kiedy wychodził, i to jest zdaniem owej opinii fantastyczny argument przeciwko wrogom Polski. Trzeba go tylko trochę podrasować uwagami na temat tego, jak to „’Król TVN’ po raz kolejny udowodnił, że ma w nosie dziennikarzy, fotoreporterów i publiczność. Wygląda na to, że lekceważy też stację, która mu płaci i go promuje”. A to już w ramach troski o standardy.
Otóż ja nie wiem, jak ta impreza była zorganizowana i wedle jakiego scenariusza, nie mam bladego pojęcia, kto, po co i na jakiej zasadzie na nią przyszedł, no i oczywiście nie wiem, dlaczego tych wszystkich fanów telewizji TVN tak bardzo oburzyło wyjście Kuby Wojewódzkiego, wiem natomiast, że prawicowy portal wpolityce.pl, kłamie jak zawsze, tyle że, mam wrażenie, ostatnio coraz bardziej i coraz bezczelniej. Jak pewnie już zauważyliśmy, tytuł owego sensacyjnego, jak rozumiem, newsa przekazanego nam przez portal braci Karnowskich sugeruje, że podczas ogłaszania owej ramówki doszło do jakiegoś skandalu, którego bohaterem był Wojewódzki, publiczność go wygwizdała, no jemu nie pozostało już nic innego, jak tylko „z opuszczoną głową” i przy akompaniamencie gwizdów się z sali „ulotnić”. Tymczasem z dalszej części artykułu dowiadujemy się, że przede wszystkim kolejność była odwrotna, a więc Wojewódzki najpierw wyszedł, rzekome gwizdy były później, a jakby tego było mało, stacja nie ma do niego pretensji, bo jak się okazuje Wojewódzki był zwyczajnie chory i nie miał siły ani tam siedzieć, ani gadać. I tyle. To wszystko. I w efekcie z tego wszystkiego nie wiemy już nic, nawet tego, czy rzeczywiście tam były jakieś protesty, czy może one były zaledwie pobożnym życzeniem – lub, jak nas ostatnio nauczył, Łukasz Warzecha, „wishful thinking – redaktorów patriotycznego portalu. A więc, powtarzam: nie mamy nic. Prawie.
Napisałem „prawie”, bo faktycznie, jeśli się nad tym, co się tu wyprawia zastanowić, coś tam jednak mamy, a mianowicie świadomość, że rodzaj kłamstwa wciskany nam przez Karnowskich i ich drużynę zaczyna powoli przeganiać to, z czym mieliśmy do czynienia przez minione 25 lat ze strony najczęściej reżimowych mediów. Tego było naprawdę wiele, włącznie z ostatnią hucpą związaną z narciarską aktywnością Andrzeja Dudy, ale ja pamiętam dwa starsze przypadki, moim zdaniem naprawdę poruszające. Pierwszy z nich dotyczył tytułu w „Gazecie Wyborczej” głoszącego, że Prymas Polski trafił do więzienia, podczas gdy, jak się okazało, on tam zaszedł tylko ze świątecznym błogosławieństwem, a drugi kiedy ta sama „Wyborcza” poinformowała, że Jarosław Kaczyński oświadczył, że dla niego polityka to tylko okazja do zarabiania pieniędzy, podczas gdy on powiedział jedynie, że jeśli polityka ma się sprowadzać tylko do pobierania poselskiej diety, to on za taką politykę dziękuję.
Otóż ja dziś mam wrażenie, że tak zwani „nasi” przebili wszystkie owe poziomy już dawno i teraz już tylko pikują w dół. Piszę o tym od pewnego już czasu, napominam, przestrzegam, biję na alarm, niekiedy wręcz wpadam w nastrój, który niektórzy z nas określają, jako chamstwo – wszystko na nic. I ja już naprawdę się nie dziwię, gdy mnie ktoś pyta, po ciężką cholerę, ja wciąż o nich piszę. No ale ja nie jestem w stanie tego co się dzieje lekceważyć z jednego prostego powodu: ja chcę wiedzieć, czemu oni to robią. Dlaczego „nasi” kłamią, jak bure suki? Jedno wiemy na pewno, a mianowicie to, że oni wiedzą, że kłamią. Oni wiedzą, że Wojewódzki wyszedł z tefauenowskiej imprezy, bo się źle czuł i że prawdopodobnie nikt go nie wygwizdał, natomiast z jakiegoś powodu potrzebują nas okłamywać. Pojawia się więc kwestia, że skoro kłamią i wiedzą, że kłamią, to czemu to robią, no i tu możliwości są dwie: kłamią, bo uważają nas za durniów, którzy kupią wszystko, a im bardzo zależy, żeby nas wciąż karmić tą informacją, że Wojewódzki to kretyn, którego już nawet inni kretyni nie znoszą, albo kłamią, żeby wszyscy ci, którzy Wojewódzkiego bardzo lubią, a nienawidzą Polski, wiedzieli, że nie ma nic gorszego, jak polska prawica i polski patriotyzm, że nie ma nic ważniejszego, jak tę Polskę tępić do końca, a przy okazji zbliżających się wyborów, głosować nawet na tego nieszczęsnego Komorowskiego, bo kiedy wygra Duda, za nim przyjdą Karnowscy i wtedy będzie najgorzej.
A więc powtarzam: Karnowscy i spółka kłamią świadomie i celowo, a nam już tylko pozostaje się dowiedzieć, czy oni są tak głupi, czy tak cwani. Ponieważ z natury jestem człowiekiem życzliwym i wyrozumiałym, a nigdy nie potrafiłem się do końca zorientować, czym tak naprawdę jest owa mityczna głupota, jedno i drugie skreślam, natomiast obstawiam gnuśność. Jak zawsze zresztą.

Wszystkich stałych i przypadkowych czytelników tego bloga zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, w tym dwie pierwsze, wydane pod imieniem Toyah, już niemal na wyczerpaniu.

czwartek, 18 września 2014

Nasi, czyli o reputacji, której zszargać nie damy

O Tomaszu Terlikowskim, tak by jego nazwisko umieścić w towarzyszących zwykle notkom tagach, pisałem dokładnie dziesięć razy i uważam, że to bardzo dużo. Nie mówię, że za dużo, ale tylko tyle, że dużo. Dlaczego dużo? Otóż, jak wiemy, Tomasz Terlikowski jest nikim więcej, jak zaledwie tak zwanym „katolickim publicystą”, a biorąc pod uwagę, że owych publicystów występujących, jako katolicy, jest dziś w Polsce znacznie, znacznie więcej, niż publicystów ekonomicznych, politycznych, kulturalnych i sportowych razem wziętych, należy uznać, że to nie jest nic na tyle szczególnego, by się tu czuć wyróżnionym. A mimo to, ja o Terlikowskim napisałem dotychczas co najmniej dziesięć notek, a więc więcej niż choćby o Kazimierzu Kutzu, księdzu Bonieckim, Nergalu, Marii Czubaszek, czy nowym kumplu Terlikowskiego, Kubie Wojewódzkim, a więc ludziach, jak by nie było, znacznie od Terlikowskiego ważniejszych i chyba jednak inteligentniejszych.
Czemu tak? Otóż rzecz sprowadza się do tego, że moim zdaniem, żadna z wyżej wymienionych osób nie szkodzi tak bardzo mojemu Kościołowi, jak Tomasz Terlikowski i środowisko, w imieniu którego on się pokazuje i wypowiada, Uważam ponadto, że owo szkodzenie jest wyjątkowo skuteczne, a że przez to, Terlikowski nagle z nikogo, stał się kimś, i to kimś na tyle zasłużonym, że kiedy już zdarzy mu się umrzeć, nad jego grobem wdzięczni towarzysze odegrają Międzynarodówkę z pewnością nic nie zaszkodzi mieć na niego oko i ile razy się on nam pokaże, tępić go bez litości. Na przykład, kiedy on wystąpi w programie Kuby Wojewódzkiego tylko po to, by się później pochwalić, że kiedy ta lalunia wpychała mu w nos swój biust, to on „starał się na nią nie patrzeć”.
Wczoraj otrzymałem wiadomość od ostatnio odnoszącego tu pewne sukcesy blogera podpisującego się Integrator i dowiedziałem się niezwykle interesującej rzeczy. Otóż trzeba nam wiedzieć, że Integrator, niezależnie od swojej działalności w Salonie24, prowadzi internetowe pismo pod nazwą „Tygodnik Solidarni” i zapragnął w nim skupić najlepszych jego zdaniem publicystów tak zwanych „społecznych”, a więc publikujących w Internecie. Powiem szczerze, że na dziś nie wiem, ilu i których piszących mu się udało tam w sumie zebrać, natomiast owszem, z całą pewnością publikowane są tam teksty moje i Coryllusa. Ostatnio Integrator przeczytał któryś z tekstów Witolda Gadowskiego, a ponieważ tekst mu się bardzo spodobał, zwrócił się do niego z prośbą o współpracę. I proszę sobie wyobrazić, ze Gadowski, w bardzo nieprzyjemnym i wrogim tonie, odpisał Integratorowi, że on nie życzy sobie publikować tam, gdzie publikują „Toyah i ten drugi” i żeby mu nie zawracać głowy, bo on „pracuje w innym fachu”.
Kolega Integrator jest postawą i zachowaniem Gadowskiego bardzo rozczarowany i pyta mnie, jak to jest, że ktoś się może aż tak zawziąć, no i jakie kompleksy za czymś takim stoją. A ja mu na to odpowiadam, że ja akurat Gadowskiego świetnie rozumiem. Mamy tu na przykład w Salonie24 coś co się nazywa „lubczasopisma”, ja dostaje nieustanne propozycje, by to tu to tam publikować i myślę, że gdybym nagle gdzieś tam zobaczył Gadowskiego, też bym się poczuł nieswojo. Po jasną cholerę psuć sobie reputację? A zatem, jeśli Gadowski uważa, że zgadzając się na umieszczanie swoich tekstów w miejscu skażonym obecnością „Toyaha i tego drugiego” naraziłby siebie na utratę reputacji, Bóg z nim. Uczciwość przede wszystkim.
Tyle że zwróćmy uwagę na to, że Witold Gadowski, nieważne jak się będzie starał, kontaktu ze mną, czy z Coryllusem nie uniknie. Dlaczego? Bo my jesteśmy wszędzie. Choćby i tu, w Salonie24. A przez to, że on sam jest jeszcze bardziej wszędzie, niż my, nie uniknie też towarzystwa osób, przy których Coryllus i ja jesteśmy naprawdę aniołami, że wspomnę tu choćby nazwisko samego pana generała Kiszczaka. A więc, wygląda na to, że tak naprawdę, jeśli Gadowskiemu chodzi tylko o nas i naszą obecność, to tylko do pewnego stopnia, do tego mianowicie, w którym zaczynają się prawdziwe interesy. Do tego, gdzie Gadowski pozostaje kimś takim, jak my, a więc nikim, czyli choćby w internetowej gazecie Integratora. No może jeszcze, gdyby Integrator płacił, albo chociaż dał na flaszkę, a tu nawet tego.
Czemu ja zmieniłem temat? Czemu zamiast ciągnąć o Terlikowskim, zacząłem rozmyślać o Gadowskim? Otóż dlatego mianowicie, że ja słyszałem, że w odróżnieniu od zwyczajowej praktyki, gdzie występującym w programach telewizyjnych się nie płaci, Wojewódzki płaci. A skoro płaci, to dla mnie cała dyskusja na temat tego, dlaczego Tomasz Terlikowski zgodził się, jak sam przyznaje, bez żadnych warunków wstępnych wziąć udział w programie Wojewódzkiego, jest pozbawiona sensu. On tam poszedł dokładnie na takiej samej zasadzie, jak Witold Gadowski pójdzie wszędzie tam, gdzie mu zagwarantują specjalne traktowanie, czy to w postaci jakiejś drobnej sumy, czy choćby przyjaznego poklepania po pupie, nawet jeśli będzie się tam musiał zobaczyć z blogerami Coryllusem, czy Toyahem.
Jest jeszcze jednak bardzo moim zdaniem ciekawy aspekt owej wspólnej dla obu panów historii, przed opisaniem którego nie umiem się powstrzymać. Otóż ja muszę przyznać, że zdarzyło mi się kilka razy czytać to co pisze Gadowski. Na ogół blogów niezaprzyjaźnionych nie czytam w ogóle, lub prawie w ogóle, natomiast Gadowskiego, jak mówię, parę razy przeczytałem. I mogę się oczywiście mylić, ale z tego, o czym on sam w paru miejscach nie potrafił nie wspomnieć, mam bardzo mocne przekonanie, że on chleje, chleje bardzo, i to, jeśli tylko jest taka możliwość, chleje za cudze. Powtarzam, mogę się tu mylić, ale to jest wrażenie, jakie odniosłem z paru przeczytanych przeze mnie tekstów Gadowskiego. W ten sam sposób, jak obserwuję od jakiegoś czasu Gadowskiego, obserwuję też Terlikowskiego i tu z kolei – tu też oczywiście moje oceny opierają się wyłącznie na podejrzeniach – mam bardzo silne wrażenie, że on cierpi na coś, co lekarze nazywają „seksoholizmem”, tyle że połączonym z bardzo silną, motywowaną religijnie, potrzebą ekspiacji. A zatem, przyszła mi do głowy refleksja taka, że tak jak Gadowski nie zgodzi się pisać w „Tygodniku Solidarni”, bo tam nikt mu nie postawi flaszki, tak samo Tomasz Terlikowski zgodził się – niewykluczone, że motywowany całkowicie podświadomie – wystąpić w programie Kuby Wojewódzkiego, bo z jednej strony bardzo liczył na to, że on mu pozwoli powąchać którąś z tych swoich ciź, a on z kolei będzie się w tym czasie modlił i postara się na nią nie patrzeć.
Taka to moja refleksja na koniec tego, przyznaję, dość chaotycznego tekstu, ale żeby już tak zupełnie nie zostawiać Czytelnika z niczym, powiem może już na sam koniec, że w ostatecznym rozrachunku, chyba jednak wolę Gadowskiego. Gdyby on któregoś dnia – a ten dzień, z przyczyn oczywistych, nigdy nie nastąpi – został zaproszony do udziału w programie Kuby Wojewódzkiego, wziąłby w nim udział stawiając tylko jeden warunek – coś porządnego dla przepłukania gardła po programie. A moim zdaniem porządna flaszka to naprawdę gra warta świeczki. Jeśli idzie natomiast o te cycki, to przepraszam bardzo, ale mimo że dobijam już do sześćdziesiątki, a więc wiek mam jak najbardziej odpowiedni, nie widzę najmniejszego powodu, żeby się aż tak stoczyć. Nie aż tak.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do odwiedzania księgarni Coryllusa, gdzie wprawdzie nie ma ani książek Terlikowskiego ani Gadowskiego, ale są za to można kupić choćby mój Elementarz, w którym wyjaśnione jest niemal wszystko. Wprawdzie, jak wiele na to wskazuje, moje prośby o wspieranie tego bloga stają się ostatnio dość żenujące, ale ponieważ nie mam wyjścia, to jeszcze raz bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego, każdy kolejny dzień pozostaje ponurą zagadką. Dziękuję.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Michał Figurski już nie lubi Marysi Peszek

W poprzedniej notce, tej z felietonem z „Warszawskiej Gazety”, wspomniałem – swoją drogą, chyba niedobrze, że tylko wspomniałem, bo tak naprawdę to był główny temat i sens owego tekstu – o wywiadzie, jakiego tygodnikowi „Wprost” udzielił człowiek nazwiskiem Michał Figurski. Myślę, że większość z nas wie, kto to taki ów Figurski, na wszelki wypadek jednak krótko przypomnę. Figurski to człowiek, który od lat już wielu, tworząc dziennikarską parę z Kubą Wojewódzkim (o nim też słyszeliśmy), znany jest z tego, że, jak to mówi młodzież, „obsrywa” wszystkie świętości kojarzone z wymiarem tradycyjnie opisywanym przez trzy słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna. Publiczna działalność Figurskiego – podobnie, jak jego biznes partnera Wojewódzkiego – osiągnęła tak znaczący sukces, że ostatecznie w polskiej przestrzeni publicznej, obok być może Kazimierza Kutza, Janusza Palikota ze zgrupowanymi wokół niego onanistami, oraz kilkoma pisarzami, nie ma ludzi w sposób tak jednoznacznie oczywisty identyfikowanymi z antypolską propagandą i prostym zaprzaństwem.
Publiczna działalność Figurskiego i Wojewódzkiego w pewnym momencie osiągnęła ten poziom, że dobrzy ludzie, którzy, jak wiemy, zawsze potrzebują wiedzieć, skąd się bierze to zło, które nas otacza, zaczęli grzebać w historii i znaleźli informacje wskazujące, że Wojewódzki to syn stalinowskiego prokuratora, natomiast Figurski urodził się w Moskwie, jako dziecko komunistycznego urzędnika. O Żydach informacji żadnych akurat już nie było, ale, jak znamy życie, tu też pewne pole manewru się otwiera.
I oto dziś, Michał Figurski, człowiek, o którym można jeszcze niedawno było sądzić, że przez serię bardzo niefortunnych wystąpień, jego kariera ulegnie ostatecznemu załamaniu, a on sam skończy na wysypisku polskiego nie tylko dziennikarstwa, ale w ogóle życia publicznego, udzielił wywiadu tygodnikowi „Wprost”, gdzie stwierdził, że dla niego Polska stanowiła zawsze wartość największą, słowo „Ojczyzna” budziła w nim wyłącznie pełne łez wzruszenie, że on każdego 1 sierpnia o godzinie 17.00 staje wyprostowany na baczność, by oddać hołd Powstańcom Warszawy, natomiast gdy już idzie o jego rosyjskie zaszłości, to kiedy pierwszy raz usłyszał o Katyniu poczuł wstyd z powodu swojego – jakże niezawinionego przez siebie – pochodzenia.
A kariera, a Wojewódzki, a te wszystkie skandale? Otóż to był tylko teatr, w dodatku tak naprawdę firmowany nie przez Figurskiego, ale przez Wojewódzkiego, z którym Figurski, owszem, się koleguje, ale tak naprawdę ideologicznie oni zawsze się różnili w niemal stu procentach. Figurski, jak czytamy w rozmowie „Wprostu”, zawsze całym sercem był z Ojczyzną, on nawet kiedyś zadzwonił do swojej przyjaciółki Marysi Peszek i zwrócił jej uwagę, że przy całym swoim dla niej szacunku, on nie jest w stanie słuchać jej piosenki o tym, że ona ma Polskę w dupie. Bo dla Figurskiego nie istnieje jakikolwiek dylemat: gdy dojdzie do wojny Polska – Rosja, on, mimo swojego pochodzenia, korzeni, rodzinnych związków i tego tatuażu wydzierganego cyrylicą na ramieniu, będzie walczył ramię w ramię z polskimi patriotami.
Ktoś mi powie, że mnie ponosi, że są granice absurdu, a moja skłonność do żartów jest na tyle znana, że już nikt nie da się na nią nabrać. Proszę więc uprzejmie; oto cytat:
Daleko mi do radykała, ale pewne zginąłbym pierwszego dnia wojny. Bez żadnego pomyślunku wyszedłbym walczyć z każdym, kto podniósłby rękę na mój kraj, na moją rodzinę. Za kraj, za ojczyznę. Jestem wielkim fanem Marysi Peszek. Bardzo mnie zabolała jej piosenka: ‘Sorry Polsko, sorry Polsko, wybacz mi, nie przeleję za ciebie ani jednej kropli krwi’. To się kłóci z moim światopoglądem. Zadzwoniłem, powiedziałem jej o tym. Myślę, że patriotyzm trzeba w sobie hołubić. Żal mi, że tak bardzo nie szanujemy polskiej flagi, że patriotyzm sprowadzany jest do pieniactwa i obrzucania się kamieniami na Krakowskim Przedmieściu”.
Czasy są takie, że można uznać, że możliwe jest już wszystko, a oburzać można się na to, że z jakiegoś powodu nie wychodzą nam esemesy, w tym samym już stopniu, co na to, że jakaś zaćpana para ugotowała swoje dziecko w piekarniku, bo uznali, że spłodzili Szatana. W tym świecie występ Michała Figurskiego dla tygodnika „Wprost” może więc wzbudzić już tylko wzruszenie ramion. Ja bym jednak sprawy nie lekceważył. Tu tak naprawdę nie chodzi ani o Figurskiego, ani o Peszek, ani o Wojewódzkiego, ani nawet o Wojciecha Cejrowskiego, o którym Figurski mówi „Wojtek”. Rzecz w tym, że staliśmy się ostatnio obiektem ataku, o jakim wcześniej świat nie słyszał. Chodzi o to, co tak znakomicie w swojej powieści o ludziach i zwierzętach opisał George Orwell. Fikcja się realizuje w świecie realnym, a jak sobie z tą sytuacją poradzimy, zależy już tylko od nas.

Serdecznie wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nie przeżyjemy nadchodzącego tygodnia.

piątek, 15 sierpnia 2014

Wojna nowego typu, czyli o dobijaniu jeńców

Ponieważ mamy święto, kolejny numer „Warszawskiej Gazety” ukazał się już wczoraj, a nam więc pewnie nie zaszkodzi zapoznać się już dziś z moim najnowszym tam felietonem. O naszych i nie-naszych.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że czytelnicy „Warszawskiej Gazecie” są ludźmi na tyle roztropnymi, że gdy przychodzi do nich ktoś, kogo oni widzą po raz pierwszy w życiu, albo tym bardziej, o kim wiedzą, że to jest znany łajdak i krwiopijca, i informuje ich, że właśnie przyszedł z dobrą nowiną, oni najzwyczajniej w świecie albo go dokładnie przepytają, albo, co bardziej prawdopodobne, wyrzucą na zbity pysk tam gdzie płacz i zgrzytanie zębów. Wiem to bardzo dobrze, niemniej chciałbym dziś zwrócić uwagę na pewne zjawisko – zjawisko zdecydowanie niebezpieczne – które, moim zdaniem, zaczyna ostatnio zataczać szerokie kręgi, a które niesie w sobie jednocześnie taką porcję bezczelności, że zaczynam się poważnie zastanawiać, czy ono przypadkiem nie stanowi część projektu większego, nad którym my już możemy nie mieć kontroli, a który ostatecznie doprowadzi nas do stanu, gdzie już, jak w słynnym „Folwarku zwierzęcym” Orwella, nikt nie będzie wiedział, który z nas to człowiek, a który to świnia.
Co mam na myśli? Otóż mam wrażenie, że od pewnego czasu, z zastanawiającą wręcz częstotliwością, media informują nas o kolejnych nawróceniach w gronie tak zwanych celebrytów. Oto okazuje się, że każdy kolejny dzień przynosi nam informację, że ktoś znany nam dotychczas z tego, że na co dzień zajmował się wtykaniem polskiej flagi w psie kupy, głosił, że bycie Polakiem to coś, co może imponować najwyżej w Sudanie, czy w Północnej Korei, i że do smoleńskiej masakry doszło wyłącznie dlatego, że szef całej tej eskapady był pijakiem i głupkiem, nagle okazuje się być polskim patriotą, który już od wielu lat, każdego 1 sierpnia o godzinie 17, pręży się na baczność, by uczcić pamięć Powstańców, a jeśli idzie o dzisiejszą politykę, on jest całkowicie neutralny, bo dla niego liczy się tylko Polska. A dlaczego myśmy o tym wcześniej nie wiedzieli? No bo tak to akurat wyszło, sami państwo rozumiecie: praca, interesy, towarzystwo, brak czasu, drobne błędy w ocenie, a więc w sumie życie. To życie.
Mieliśmy więc już kilka owych wskrzeszeń, ostatnio, trochę pewnie przez zauważalny wzrost sondażowego poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, natomiast wszystkie one autentycznie giną przy ostatnim z nich. Oto, jak donosi tygodnik „Wprost” – tak, tak; to ci, co zostali ostatnio wyznaczeni do przearanżowania polskiej sceny politycznej – poinformował w specjalnie na tę okazję przeprowadzonym wywiadzie, że Michał Figurski, a więc człowiek, który dotychczas znany był z tego, że jego ambicją jest co najmniej zostać ojcem chrzestnym prawnuka Jerzego Urbana i zrobić z tego event na skalę ogólnopolską, właśnie zrozumiał swoje błędy, oświadcza, że tak naprawdę wszystko to przez złe towarzystwo Kuby Wojewódzkiego, ale od dziś on już pragnie służyć tylko Polsce.
Sondaże, proszę państwa, nie kłamią. Sprawy idą ostro. A my pamiętajmy o jednym: jeńców tym razem nie bierzemy.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam są tylko rzeczy dobre. A kto na kupowanie książek na razie ochoty nie ma, może zechce wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej hojności, nie przeżyjemy.

sobota, 22 lutego 2014

Mikołaj Lizut jest nasz! Po nim idzie Wojewódzki.

Wbrew temu, co można by sądzić, nie jestem oczywiście ani na tyle pewny siebie, ani też zaczadzony swoim rozdętym ego, żeby się tu czuć do końca pewnym swego, ale faktem jest – i dawałem temu tu wyraz niejednokrotnie – że ja większość ekscesów czy to naszych dziennikarzy, czy polityków mam skłonność tłumaczyć ich ciężkim uzależnieniem od alkoholu. Czemu pisząc o tym, czynię owo szczególne zastrzeżenie? Otóż i sam to chętnie przyznaję, a i wielu moich znajomych może to potwierdzić, ile razy ktoś przede mną postawi flaszkę choćby i 10 letniego Laphroaiga, ja się natychmiast bezradnie uśmiecham. Nie zmienia to jednak faktu, że ja doskonale wiem, co by było, gdybym choćby został ważnym posłem Prawa i Sprawiedliwości, w dodatku Prawa i Sprawiedliwości trzymającym bezwzględną władzę na każdym możliwym poziomie, w dodatku pozostającym w świadomości, że to co robię nie ma żadnego moralnego sensu – otóż ja bym pewnie tylko chlał. I to ostro.
Jak mówię, przekonanie, że każda moralna zagadka, z jaką się musimy zmierzać od tylu już lat, prowadzi mnie do jednego i tego samego rozwiązania: oni najzwyczajniej w świecie chleją, i to chleją tak, że już nic nie ma znaczenia. Oto rejony, gdzie liczy się już tylko obietnica kolejnej okazji, w przynajmniej równie dobrym jak poprzednio towarzystwie. Kto owe szczególne okolice zamieszkuje? Z czysto procesowych względów wolałem zawsze się od wymieniania konkretnych nazwisk powstrzymywać, i oto nagle jeden z nich się nam sam objawił. Oto Stefan Niesiołowski dał się wmanewrować Mikołajowi Lizutowi i jemu kumplowi Kubie Wojewódzkiemu i przyznał, że jego życie to chlanie na umór w towarzystwie przypadkowym, obojętnym i nieokreślonym.
Co ta wiedza daje nam, pozostaje kwestią ściśle drugorzędną; w końcu trudno doprawdy, byśmy się mieli przejmować tym, że Niesiołowski chleje i w dodatku jest od tego chlania tak uzależniony, że przez to zatracił instynkt samozachowawczy. To co mnie w tym wszystkim naprawdę ciekawi, to zachowanie tak zwanych „naszych” mediów. Oto portal wpolityce.pl, ten sam dokładnie, który niedawno rozpętał kampanię nienawiści wobec Kuby Wojewódzkiego za to, że ten wskazał palcem ludzką podłość i zawodowy upadek jednego z ich kolegów dziennikarzy, dziś nagle wpada wręcz w zachwyt w stosunku do tego samego Kuby Wojewódzkiego za to, że ten – używając dokładnie tych samych metod dziennikarskiej prowokacji – skompromitował już nie swojego kumpla, lecz nielubianego przez nich polityka.
Nagle się okazuje, że już nie ma powodu, by drwić z Wojewódzkiego, wyzywać go od najgorszych i pomstować na upadek współczesnych mediów. Oto ni stąd niż owąd się dowiadujemy, że dziennikarskie zaangażowanie Wojewódzkiego zasługuje na uznanie. W końcu on skompromitował Niesiołowskiego, a to coś naprawdę poważnego.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ten fałsz i to kłamstwo jest aż tak bezczelne, jest w dużym błędzie. Możliwe, że w najbliższym numerze tygodnika „W Sieci” ukaże się tekst Krzysztofa Feusette, gdzie nikt już niczym się nie będzie przejmował, a pochwały pod adresem Wojewódzkiego i Lizuta pójdą szerokim frontem. Dziś, redakcja portalu wpolityce.pl nie wymienia nazwiska ani Kuby Wojewódzkiego, ani Mikołaja Lizuta, ani nazwy programu, ani nazwy stacji, natomiast publikuje odpowiedni filmik, i jest na tyle otwarta, że nawet nie zamazuje twarzy Wojewódzkiego i Lizuta. Z tekstu jaki na ten temat znajdujemy na portalu wpolityce.pl dowiadujemy się tylko tyle, że któryś z radiowych dziennikarzy, w którejś z radiowych audycji, przedstawiając się imieniem Mikołaj, zadzwonił do Niesiołowskiego i go skutecznie skompromitował. No i że to jest autentycznie wspaniałe wydarzenie.
I ja to oczywiście świetnie rozumiem. W końcu trzeba się szanować. Jakby to wyglądało, gdyby to co mógł już dawno zrobić jeden czy drugi Karnowski, Łukasz Warzecha, czy Krzysztof Feusette, zrobił jakiś „51 letni podstarzały nastolatek” imieniem Władysław, czy jakiś cyngiel z Gazowni? To już lepiej niech się okaże, że mieliśmy po prostu do czynienia z prawdziwą dziennikarską robotą w wykonaniu niewidzialnej ręki. A nuż ktoś pomyśli, że to musiał być któryś z „naszych”.

Bardzo proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy on nie ma żadnych szans, a my wraz z nim. Dziękuję.

niedziela, 16 lutego 2014

Dziennikarze wszystkich opcji - łączcie się!

Zmuszony jestem zacząć tę notkę od lekkiego ponarzekania. Otóż ja oczywiście spodziewałem się, że mój tekst sprzed paru dni, zatytułowany „Czy Walt Disney próbuje zamordować Artura Wosztyla?” spotka się ze zrozumieniem częściowym, natomiast faktycznie, tego, że on natrafi na ścianę niezrozumienia całkowitego, pod uwagę nie brałem. W tej sytuacji, zrobię coś, czego się wstydzę tak samo, jak objaśniania dowcipów, i czego w związku z tym zwykle nie robię, ale powiem może bardzo krótko, o co mi chodziło.
Otóż uważam, że jest czymś w dzisiejszej Polsce absolutnie przerażającym, że przez jakąś dla mnie kompletnie niepojętą medialną manipulację, sprawy tak wręcz kluczowe dla naszego codziennego bytowania, jak Katastrofa Smoleńska, czy owa opisywana przez tygodnik „W Sieci” seria skrytobójczych mordów popełnianych na świadkach owej katastrofy, zamiast stać się znakiem, symbolem i sztandarem naszej walki, są systematycznie wykorzystywane, również przez nas samych, jako… nawet nie wiem, jak to nazwać – pewien rytuał służący niczemu innemu, jak wspólnej zabawie? Rytuał, w którym coś tak bezprecedensowego, jak zaplanowana i wykonana przez państwo egzekucja 96 niewinnych osób, i, konsekwentnie, równie brutalna śmierć kolejnych 20 ludzi, którzy musieli umrzeć, bo tak zadecydował System, stają się zaledwie kolejnym tematem, opracowywanym podczas posiedzeń redakcyjnych kolegiów.
Chodziło mi o to, że jeśli dochodzi do tego, że prasowa informacja o tym, że System w ciągu minionych lat z zimną krwią zamordował 20 niewinnych osób, ma robić na nas dokładnie takie samo wrażenie, jak informacja, że Walt Disney podobno był antysemita i homofobem, to znaczy, że z nami stało się coś bardzo niedobrego.
Wczoraj zamieściłem kolejny tekst, którego celem było – niech będzie, że brutalne i pełne zwierzęcej nienawiści –uderzenie w polskich dziennikarzy. O co poszło tym razem? O to mianowicie, że w ramach swojej działalności zawodowej, podszywając się pod właśnie wypuszczonego z więzienia wielokrotnego mordercę – pedofila Trynkiewicza, Kuba Wojewódzki zadzwonił do redaktora naczelnego „Super Expressu” i zaproponował mu sprzedaż swoich pamiętników, na co ów dzielny redaktor zgodził się bez namysłu. Wybuchła oczywiście klasyczna awantura, i na owe odgłosy walki natychmiast przybiegli tak zwani „nasi” dziennikarze, żeby dorzucić do tego swoje trzy grosze, i proszę sobie wyobrazić, że żaden z nich nawet się nie zająknął o tym, że oto jesteśmy świadkiem kolejnego dowodu na upadek świata, jaki znaliśmy dotychczas, natomiast każdy z nich postanowił zająć się kibicowaniem jednej ze stron.
Czemu tak? Otóż moim zdaniem – i owo zdanie starałem się wyartykułować w jednym i drugim tekście – problem polega na tym, że tam, w owej branży dziennikarskiej, tak naprawdę panuje pełna solidarność celów i idei. Tak naprawdę, każdy z nich, i to niezależnie od tego, czy mówimy o Kubie Wojewódzkim, Sławomirze Jastrzębowskim, Macieju Pawlickim, czy Rafale Ziemkiewiczu, wie, że czasy są takie, że albo się coś sprzeda, albo nie, i jeśli się sprzeda, to się żyje, a jeśli się nie sprzeda, to się zdycha. I kropka.
Oto Maciej Pawlicki, człowiek, który w swojej nieprawdopodobnej więc odwadze i bezkompromisowości, nie zważając na to, że oto wszędzie w koło zorganizowane grupy płatnych zabójców mordują ludzi niewygodnych dla Systemu, napisał tekst ujawniających ów proceder. I ja bym pewnie bardzo się zachwycił jego dziennikarską i czysto ludzką postawą, gdyby nie ostatni, zamykający całość owej strasznej relacji, akapit. Bardzo dramatycznie nawiązując do Durrenmatta, Pawlicki pisze:
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?
Przepraszam bardzo, ale do kogo dokładnie zwraca się Maciej Pawlicki? Do mnie może, czy do tych miłych ludzi z trójką dzieci, których co niedziela spotykam na mszy w kościele? No dobra… pewnie do mnie nie, bo ja w końcu, jak wiemy, jakoś tam walczę. Wprawdzie nie jak Pawlicki z Karnowskimi, ale jakoś owszem. A więc może do nich. To oni, zdaniem Pawlickiego, się dali skundlić? To oni zgodzili się na to, by zostać obywatelami „Priwiślańskiego Kraju”. Co oni zatem mają zrobić, by zasłużyć na dobre słowo spod palca Macieja Pawlickiego, dziennikarza szalenie poczytnego prawicowego tygodnika. Pojechać do Warszawy i kamieniami obrzucić pałac na Krakowskim Przedmieściu, czy może siąść tam wspólnie na ławeczce, oblać się benzyną i podpalić, tak jak tamten biedak, którego nazwiska już dziś nawet nie pamiętamy? A może nie trzeba uciekać się do tak drastycznych środków? Może wystarczy kupować tygodnik „W Sieci”, tak by pod względem liczby sprzedawanych egzemplarzy pokonał on „Politykę” i „Newsweek”? Czy to Pawlickiemu wystarczy, żeby ci ludzie zasłużyli na jedno dobre z jego strony słowo?
Otóż ja się obawiam, że to tak naprawdę chodzi o to tylko. Niech oni w każdy poniedziałek kupią kolejny numer tygodnika, w którym publikuje Pawlicki, i będzie git. No a jeśli im szkoda pieniędzy, to niech się może rzeczywiście lepiej podpalą. Pawlicki wtedy napisze o nich ładny artykuł, jego jeden kumpel Korsun narysuje na ten temat fajny obrazek, a drugi jego kumpel Karnowski zapowiedź owych wzruszeń da na okładkę, i może te sześć złotych wybuli kto inny.
A więc o to zapewne w ogólnym rozrachunku chodzi. I Jastrzębowskiemu, i Ziemkiewiczowi, i Pawlickiemu, i Wojewódzkiemu? O to, by nikt, broń Boże, nie zgasił światła. Bo diabli wiedzą, co się wtedy stanie z naszymi kredytami.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

sobota, 26 października 2013

O Kubie Wojewódzkim z włosami na rudym żelu

Tradycyjnie - tyle że tym razem może nieco wcześniej - przedstawiam najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety", tym razem o Wojewódzkim. A jak ktoś zacznie uderzać w ów irytujący ton typu "Że też potrzebujesz się zajmować kimś takim jak Wojewódzki", to daję słowo, że się obrażę.

Na pytanie, za co nie lubię Kuby Wojewódzkiego, wbrew pozorom, byłoby mi niełatwo odpowiedzieć. Mam wrażenie, że każda próba zracjonalizowania owej niechęci skończyłaby się porażką, bo ja naprawdę nie uważam, że Wojewódzki jest większym idiotą, czy chamem od swoich sławnych kumpli. Niedawno na przykład miałem okazję obejrzeć w Internecie występ kilku dziennikarzy radia RMF, jak odstawiają jakiś kabaret, i uważam, że oni akurat od Wojewódzkiego są i głupsi i bardziej podli. A mimo to, nie ma osoby publicznej, której życzyłbym gorzej, niż Kubie Wojewódzkiemu.
Zatem więc, u podstaw moich emocji związanych z Wojewódzkim stoi niechęć całkowicie bezinteresowna. Ja go widzę, i marzę już tylko o tym, żeby go dopaść na tak zwanym „mieście” i kopnąć w tyłek. A skoro w mojej głowie pojawiają się takie marzenia, to zaczynam natychmiast fantazjować, co by było, gdyby do tego faktycznie doszło. Spotykam Wojewódzkiego na ulicy, zachodzę go od tyłu, daję mu kopa w tyłek… no i co teraz? Czy Wojewódzki rzuca się na mnie, obezwładnia mnie jednym ruchem i dostarcza policji? A może wali mnie pięścią w twarz, ja się przewracam nieprzytomny na chodnik, a on z godnością odchodzi? Otóż nie. Moim zdaniem, gdybym dopadł Wojewódzkiego na mieście i go kopnął w zad, on by się sfajdał ze strachu. I to nie dlatego, że ja jestem taki groźny, ale dlatego, że to jest właśnie ktoś taki. Dla mnie Wojewódzki to człowiek, który kiedy występuje w telewizji, potrafi zadawać szyku, pokazywać, jaki z niego bohater, obrażać ludzi, obmacywać zaproszone do studia panny, natomiast zwykły kopniak w zadek doprowadza przyprawia go o palpitacje. Dlaczego? Bo to jest taki typ, który poczuje tego buta w dziurze, i musi uznać, że oto nadeszła śmierć.
Oczywiście, ani te moje marzenia nigdy się nie zrealizowały, ani z oczywistych względów zrealizować nie mają szans, natomiast z prawdziwą satysfakcją przyjąłem wiadomość, że ktoś podszedł do Wojewódzkiego na odległość bezpośredniego kontaktu i wylał mu na łeb słoik z tak zwaną sraką. Czemu mnie to tak ubawiło? Dokładnie z przyczyn, które opisałem wyżej. A więc nawet nie ze względu na bezpośrednią reakcję zainteresowanego, która musiała być warta paru lat życia, ale na to, co nastąpiło potem. Otóż w pierwszej chwili Wojewódzki pobiegł się obmyć, następnie przez siedem godzin odzyskiwał przytomność, a wtedy poczuł pieczenie, i popędził na policję z zawiadomieniem, że ktoś go oblał kwasem. Policja, oczywiście, widząc, że ma do czynienia z wariatem, odesłała go na pogotowie, tam stwierdzono, że nic się nie stało, i dziś mamy już tylko, z jednej strony, prawdopodobnie obłąkanego Wojewódzkiego, powtarzającego, że został męczennikiem, z drugiej media opowiadające o tym, że faszyści oblali Wojewódzkiego kwasem, no a z boku normalną, ryczącą z śmiechu publiczność. Naprawdę, są chwile, dla których warto żyć.

Plan był taki, by do Krakowa na targi jechać tylko dziś, jednak z paru bardzo istotnych względów, w tym chęci spotkania z pewną bardzo ważną dla mnie osobą, która jest tu z nami od samego początku, która dziś zjawić się nie mogła, a jutro - owszem, będę tam z wszystkimi książkami raz jeszcze, jutro. Serdecznie zapraszam.Choćby po to, by się spotkać i pogawędzić.

niedziela, 14 października 2012

Komu kredyt - gdy demokracja dopada każdego

Ostatnio parę razy zdarzyło mi się, czy to tu, czy tam, zajmować czystym popem – wczoraj na przykład w Salonie24 zamieściłem dość prosty paszkwil na piosenkarkę Marię Peszek – a, jak wiemy, niewiele trzeba, by temat uruchamiał temat, a potem temat kolejny, no i w ten sposób pomyślałem sobie, że podzielę się tu pewną refleksją, która tak naprawdę pozbawiona jest większej głębi, ale ponieważ może mieć pewną wartość terapeutyczną, więc czemu miałbym się powstrzymywać, prawda?
Otóż niedawno starsza Toyahówna zmusiła mnie, bym wysłuchał gdzieś w Sieci zapisu czegoś co swego czasu w BBC zainicjował niejaki Victor Lewis-Smith, co dziś w Polsce pospolicie nazywa „wkręcaniem”, i co z najwyższym upodobaniem praktykowane jest przez różnych radiowych przygłupów, którym się wydaje, że znaleźli prawdziwy samograj, do którego nie trzeba mieć ani inteligencji, ani talentu, a wystarczy jeden cudzy stary pomysł. Ponieważ jedyne radio jakie mamy, znajduje się w kuchni i jest stale ustawione na tak zwaną „radiową dwójkę”, osobiście raczej nie korzystam, a więc o tym, że owo „wkręcanie” to prawdziwa plaga wiem z relacji dzieci i znajomych. Kiedyś nawet zastanawiałem się, czy gdyby trafiło na mnie, dałbym się nabrać i od razu zdecydowałem, że w żadnym wypadku, i to wcale niekoniecznie dlatego, że ja wszystkie obce połączenia – a jak wiemy, ostatnio one się mnożą – natychmiast, głównie z braku czasu, rozłączam, ale przez to, że to naprawdę nie jest duży kłopot poznać, że ktoś sobie z nas robi jaja, zwłaszcza gdy owym jajcarzem jest jakiś bałwan z radia. No ale ponieważ moje dziecko kazało mi słuchać, to i słuchałem.
Nie wiem, co to było za radio natomiast telefony były dwa, oba w dość podobnej sprawie, z tym samym „dowcipnym” pomysłem – pierwszy do aktora Cezarego Pazury, a drugi do celebryty Kuby Wojewódzkiego. Chodziło o to, że dziennikarz, udając – na tyle na ile sobie tę sztukę wyobrażał i na ile ją potrafił wykonać – kobiecy głos, kazał obu po kolei odpowiadać na jakieś kompletnie absurdalne urzędowe pytania.
I oto proszę sobie wyobrazić, że Pazura w pierwszej chwili przede wszystkim starał się być grzeczny, jednak już po chwili idiotyzm tych pytań zaczął go najwyraźniej bawić. Rozmowa więc wyglądała trochę tak, że on na zmianę albo tłumaczył tej „kobiecie”, że ona ma jakąś kompletnie bezsensowną pracę, gdzie jej każą się kompromitować, i żeby mu dała spokój, albo pytał, czy to nie jest przypadkiem jakiś żart. W końcu, cały czas bardzo rozbawiony, powiedział, że to jest coś tak głupiego, że on musi to opowiedzieć znajomym, no i zabawa się skończyła.
Z Wojewódzkim, proszę sobie wyobrazić, było już zupełnie inaczej. Wojewódzki od początku do samego końca trzymał bardzo poważny fason, typu „to co pani robi to skandal” i „jak pani śmie w ten sposób ze mną rozmawiać?”. Bardzo chciałbym być dobrze zrozumiany. Do Wojewódzkiego dzwoni facet, piszczącym głosem – takim jak mogą robić mali chłopcy, kiedy ich się poprosi, by udawali kobietę – przedstawia się jako pracownica jakiegoś towarzystwa kredytowego, i zadaje mu jedno jedyne pytanie: „Jakie pan ma wykształcenie”, a on się zachowuje, jakby świadomość tego, że jest wielką telewizyjną gwiazdą tak go paraliżowała, że ani przez chwilę nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś śmie z niego sobie żartować. Mało tego. On nie dość, że udowadnia, że zwyczajnie nie odbiera już rzeczywistości, to z tą „kobietą” rozmawia tak jakby dla niego liczyło się tylko jedno: żeby ludzie nie traktowali go w taki sposób, jakby on był nikim.
Powiem szczerze, że te pięć może minut zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie, a to głównie przez to, że w pewnym momencie owa rozmowa zaczęła się układać w taki sposób, że już naprawdę trudno było się zorientować, kto tu jest prowokatorem, a kto ofiarą. Ta „pani od kredytów” cały czas mówiła: „Ależ proszę pana, ja chcę tylko wiedzieć, jakie pan ma wykształcenie, bo ja to muszę wysłać do banku”, a ten bałwan wciąż się tak nadymał, że jeszcze tylko brakowało, żeby „jej” powiedział, że „ona” nie wie, z kim rozmawia, i że wyśle na „nią” swoich adwokatów. A z drugiej strony, coś go powstrzymywało przed tym, by wyłączyć telefon.
W pewnym momencie doszło do czegoś takiego: „Powiem pani tak, jako człowiek, który zajmuje się komunikacją… jestem dziennikarzem” „O! Dziennikarzem, to jakie to będzie wykształcenie?” „Proszę pani, sposób prowadzenia tej rozmowy jest kategorycznie zły i ja nie życzę sobie tego tonu egzekwowania pytań”. Dokładnie tak.
Czas na jakieś podsumowanie. Otóż moim zdaniem, w tym wszystkim sa same dobre wieści. Miło jest oczywiście widzieć, że nawet w tym środowisku są jakieś różnice w poziomie. Gdyby miało się okazać, że to wszystko jest syf, który jest wyznaczany przez ludzi takich jak Wojewódzki, byłoby naprawdę marnie. Druga sympatyczna wiadomość jest taka, że, jak wiemy, telefon do Wojewódzkiego był w sprawie kredytu, który Wojewódzki dostanie, jeśli się okaże, że ma odpowiednie wykształcenie. I proszę sobie wyobrazić, że on nie zrobił tego co zrobiłbym – i wciąż robię – ja, a więc nie odpowiedział: „Dziękuję, nie jestem zainteresowany” i nie odłożył słuchawki, tylko się oburzał, że oni mu proponują jakiś kredyt i robią to bez odpowiedniego szacunku.
Powiem więc, że to jest coś. To jest coś bardzo, ale to bardzo fantastycznego. Reakcja Kuby Wojewódzkiego na to, że bank chce mu dać jeszcze jeden kredyt, jednak robi to jakby rozmawiał z jeszcze jedną, kolejną szmatą. Czemu on się tak wyłożył? Myślę, że tu by się przydał jakiś psycholog. Mam swoją teorię na ten temat, ale się nie będę wysuwał przed szereg.

Serdecznie namawiam do wspierania tego bloga. Czy to przez kupowanie książek - można nawet bezpośrednio u mnie, ale za to z osobistą dedykacją - czy przez zwykłe wsparcie finansowe. A ja zapewniam, że tego nie zmarnuję. Dziękuję.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Kuba Wojewódzki przyjechał po nasze dzieci

Jest poniedziałek, a więc kolejny tydzień i kolejne szanse. W dodatku pogoda idealna, ciepło a zarazem rześko w powietrzu, na niebie troszkę chmur, trochę słońca – chce się żyć. Chce się wierzyć. Poza tym, wiosna, a więc, jak to ładnie podkreślił w minioną sobotę Jarosław Kaczyński, lato za pasem, a z latem musi nadejść sierpień. Inaczej być nie może.
Z samego rana poszedłem z psem mojej młodszej córki na spacer, a tam jeszcze ładniej, bo to i zielona trawa, nowiutkie liście na drzewach, gdzieniegdzie woda po nocnych deszczach, a więc również trochę miłych wrażeń dla samego zwierzęcia.
I oto nagle w tym niemal świątecznym nastroju otrzymałem esemesową wiadomość od właścicielki psa, z informacją, że w mieście przebywa Kuba Wojewódzki, w związku z czym nauka w katowickich liceach została zawieszona i cała młodzież została wysłana na spotkanie z ową gwiazdą polskiego dziennikarstwa. Esemes obok owej sensacyjnej informacji zawierał do mnie prośbę, żebym natychmiast się z moim dzieckiem skontaktował.
W pierwszej chwili wystraszyłem się, że sprawa polega na tym, że Kuba Wojewódzki moje dziecko próbuje wciągnąć do swojego jaguara, i ja z psem mamy przybiec z pomocą i celebrytę zagryźć na śmierć, jednak już po chwili przypomniałem sobie, że moja córka jest przecież bardzo dobrze wyszkolona i wie, że każdego napotkanego pedofila ma kopać w jądra, a palcami wykłuwać mu oczy, więc szybko się uspokoiłem, że możliwości są dwie – albo chodzi o to, bym pomógł jej wezwać pogotowie dla uprzątnięcia zwłok, albo nie stało się nic, tylko mam tam przyjść i zwolnić dziecko z politycznego coachingu.
Okazało się jednak, że rzecz polegała jeszcze na czymś innym, czego wcześniej nie wziąłem pod uwagę. Ona mianowicie ze spotkania z Wojewódzkim wyszła sama, natomiast była tak wstrząśnięta, że musiała mi koniecznie przekazać tę wiadomość osobiście. Że Wojewódzki to idiota. Czy to oznacza, że moje dzieci tego wcześniej nie wiedziały? One to akurat wiedzą od zawsze, podobnie zresztą jak od zawsze mają w głowie instrukcję postępowania na wypadek kontaktu z pedofilem. Tu jednak doszło do tego, że ten człowiek w ten piękny wiosenny poniedziałek osiągnął poziom, który nawet ją poraził. I ona to właśnie chciała mi opowiedzieć. No i opowiedziała.
Nie mam zamiaru powtarzać tu choćby nie wiem jak ciekawych plotek, bo myślę, że mimo wszystko nie warto. Może tylko, żeby dać wyobrażenie o tym, co tam się działo, poza zwykłym pluciem na Telewizję Trwam i zachęcaniem do czytania „Gazety Wyborczej” i oglądania TVN-u, powiem, że w pewnym momencie Wojewódzki powiedział, że jeśli ktoś myśli, że on jest zwykłym telewizyjnym pajacem, to się bardzo myli. Dlatego, że owo pajacowanie to są tylko pozory, za którymi ukryte jest bardzo głębokie przesłanie. Że każdy jeden, choćby i najbardziej żenujący, greps Wojewódzkiego kryje bardzo głęboką myśl na współczesne tematy. I że na tym właśnie polega dziennikarstwo najwyższej próby. Edukacja przez zabawę.
Spytałem moją córkę, dlaczego, korzystając z okazji, nie zabrała głosu i nie powiedziała Wojewódzkiemu, co on nim sądzi, albo przynajmniej go nie opluła. I proszę sobie wyobrazić, że ona bardzo chciała – i jedno i drugie – ale niestety nie było takiej możliwości. Otóż przyjazd Wojewódzkiego do Katowic był tak wielkim wydarzeniem, że spotkanie z nim odbywało się w kilku salach. To znaczy, ponieważ w sali głównej, gdzie on się znajdował, nie było już wolnych miejsc, wszystkie pozostałe sale wypełniono napływającą z całego miasta młodzieżą, i wstawiono jej tam wielkie telebimy, na których można było widzieć Mistrza i słuchać Jego słów. I ona niefortunnie trafiła do jednej z nich.
Skorośmy sobie pożartowali, na koniec mała, i już w żaden sposób wesoła, refleksja.
Niedawno minęły dwa lata od śmierci Anny Walentynowicz. Kiedy Ona jeszcze żyła, została przez lokalnych działaczy Solidarności zaproszona tu na Śląsk. Ponieważ miałem ten zaszczyt, że chciała, bym jej się pokazał na dworcu, przesunąłem obowiązki i stawiłem się na miejscu. Niestety, pociąg z Gdańska był opóźniony niemal dwie godziny i już nie udało mi się jej ani przywitać, ani już nigdy więcej zobaczyć. Czekali też na nią organizatorzy któregoś ze spotkań w Gliwicach i od jednej z pań dowiedziałem się, że dzwoniła ona do kilku gliwickich liceów z propozycją spotkania z panią Walentynowicz. Wszyscy – dosłownie wszyscy – dyrektorzy szkół z którymi ona się kontaktowała, odmówili, tłumacząc się jakimiś kompletnie niedorzecznymi powodami.
Dziś widzę, że coś drgnęło. Domyślam się, że dzisiejsze spotkanie z Kubą Wojewódzkim to efekt nowej polityki edukacyjnej rządu premiera Donalda Tuska.

Od dnia w którym Anna Walentynowicz była na Śląsku wydaje się, że minęły wieki i zmieniło się wiele. Ona została zamordowana, ja straciłem pracę. Ona nie żyje, ja piszę te teksty aby żyć. Jeśli ktoś uważa, że może sobie na to pozwolić, a i widzi ku temu dobry powód, proszę wesprzeć ten blog wpłatą na podany obok numer konta. Zachęcam również do kupowania mojej książki z wyborem starych felietonów z tego bloga. Znajdzie tam też tekst o Annie Walentynowicz, o którym „Gazeta Polska”, kiedy jeszcze nie była objęta nakazem bojkotowania niezależnych blogerów, napisała, że to „najpiękniejszy” tekst jaki kiedykolwiek został napisany o Annie Walentynowicz. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...