Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielokulturowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielokulturowość. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 maja 2010

Vineeta Gupta, czyli Polacy nie gęsi - dla Was z wdzięcznością



Mija kolejny miesiąc, kiedy to dzięki uprzejmości czytelników tego bloga, można zyć, pisać i mieć nadzieję na to, że jakoś wspólnie dotrwamy nowego roku szkolnego. Chciałbym znów, jak już raz sobie pozwoliłem, podziękować wszystkim za pomoc, która i z pewnością świadczy o Was i – mam nadzieję – o mnie.
A zatem, bardzo dziękuję najpierw Arturowi i wszystkim moim druchom Paypalowcom a dalej, Pawłowi z Warszawy za codzienne kupowanie tej gazetki. Jestem absolutnie wstrząśnięty. LEMMINGOWI za stałe wsparcie, zachętę, pomoc i solidarność. Mojemu koledze Traube za stałą obecność. Juliuszowi za determinację i stałą obecność. Ginewrze. Państwu Mitkom z Niemiec za solidarność i determinację. Mojej przyjaciółce Ginewrze. Joli z Warszawy za to, że znów ty byłaś. Krzysztofowi ze Szczecina za to, że znów tu wpadłeś. Piotrowi z Warszawy za stały abonament. Ewie z Warszawy – bardzo dziękuję. Mirkowi z Krakowa za solidarność. Krzysztofowi z Białegostoku z uściskiem dłoni na drugi koniec Polski. Agenturze Kłodzka.- dobrze Was mieć. Krystynie z Warszawy z nadzieją na spotkanie. I Tobie Koziku. Bożenie z Gdańska z radością, że i Gdańsk jest nasz. Sławkowi z Sosnowca – z radością, że i Sosnowiec jest nasz. Państwu Wieczorkom z wiarą, że się kiedyś odwiedzimy. Witkowi z Warszawy za stałą obecność. Annie z Olsztyna za stałą obecność. Tomkowi z okrzykiem, że i Wrocław jest nasz. Mojemu Człowiekowi z Pruszkowa… nie myślcie sobie – Pruszków też zdobyty. I Tobie Sławku – do Warszawy. I Tobie Jolu z Sieprawa. Bardzo.
Bardzo jeszcze raz dziękuję i proszę o pamięć jeszcze może do końca lata.
Zgodnie ze zwyczajem, Wam właśnie dedykuję ten wpis. Jeszcze z grudnia 2008. Bez szczególnych odniesień. Lubię go. I tyle. Nazywa się „Vineeta Gupta, czyli Polacy nie gęsi”. Baaaaardzo długi, ale – mam nadzieję – smaczny:
Z wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry - no i oczywiście mój Przemyśl - moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, ze nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.
Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.
Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, w swoich garniturach, jeżdżą do pracy w City po to, żeby w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.
Niedawno w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. Bez odpowiedzi.
Parę dni temu, w Rzeczpospolitej, przeczytałem artykuł o tym, że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół, jak i Królową, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według relacji Rzepy, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i - tak naprawdę - najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie, usunął się na sam koniec kolejki.
Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale - przyznam - niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.
Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.
Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy euro, ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.
Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, ze mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. W artykule w Rzeczpospolitej, wypowiada się na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła."
Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu pisze, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje - zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny - co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta.

czwartek, 11 grudnia 2008

O wyższości czarownika nad docentem



Mój wczorajszy tekst, dotyczący upadku czegoś, co się powszechnie nazywa ‘cywilizacją chrześcijańską', ku mojemu ubolewaniu, sprowokował dwojaką reakcję. Albo został zlekceważony, na co wskazywałaby bardzo niewielka liczba komentarzy, albo kazał niektórym zarzucić mi rasizm, a nawet antysemityzm (sic!). Oczywiście, napisało do mnie też kilku użytkowników, którzy skomentowali te moje refleksje w sposób przede wszystkim merytoryczny, a również czasem niezwykle przyjazny - za co jestem im bardzo wdzięczny - ale, jak mówię, ogólne wrażenie miałem takie, że jeśli ktoś w ogóle uznał, ze warto było to czytać, to głównie po to, żeby mi dosolić. Naturalną koleją rzeczy, wydawałoby się, powinno być to, że lepiej by mi było zająć się jakimś innym tematem, albo w ogóle na pewien czas zwolnić, ale co zrobić, jeśli męczy mnie ta wielokulturowość bardzo i nie daje spokoju? Trudno. Najwyżej Wy sobie trochę ode mnie odpoczniecie.
Więc zacznę tak. Kiedyś, jeszcze w zamierzchłych czasach komuny, miałem kolegę, który studiował architekturę w Gliwicach. Opowiadał mi on pewnego razu, że mają na roku takiego jednego kumpla, który pochodził z Afryki. Któregoś dnia, na wykładzie z ekonomii politycznej kapitalizmu, czy socjalizmu - wówczas to było obojętne, bo i tak chodziło o jedno - któryś z tych specjalistów od prania mózgów tłumaczył im coś na temat tego, że życie jest formą istnienia białka i że te religie i takie tam, to wszystko jest nic nie warte. I wtedy, ten jego czarny kolega powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale on ma inne doświadczenia. I opowiedział historię o tym, że u nich we wsi - w tej Zambii, czy gdzieś tam - jest pewien czarownik, który potrafi tak zrobić, że pokaże palcem na kogokolwiek, kogo sobie upatrzy i ten znika. Następnie, ten przebiegły czarownik pokaże palcem na tego kogoś jeszcze raz, i on się pojawia na nowo. Ponieważ ten specjalista od propagandy wprawdzie był bolszewicką swołoczą, ale nie koniecznie był głupi, zapytał studenta sprytnie, jak ten czarownik może pokazać palcem na kogoś, kogo nie widać, bo zniknął. Student wzruszył ramionami i odparł, że on nie ma pojęcia, ale myśli, że skoro on jest czarownikiem, to jakoś to potrafi. Docent w tym momencie odpadł.
Przypomniała mi się ta historia niedawno, właśnie przy okazji moich rozmyślań nad wielokulturowością, wpływem jednych kultur na inne i nad tym, jak to jest, ze jedne kultury upadają, a inne trwają w najlepsze. Otóż myślę sobie, że jest rzeczą absolutnie oczywistą, że w sytuacji, kiedy spotka się jakaś grupa ludzi, powiedzmy dziesięcioosobowa, czy - by trzymać się bliskich mi porównań - wielkości klasy szkolnej, nie ma takiej możliwości, żeby wewnątrz tej grupy panowała idealna równość i braterstwo. Oczywiście, oni mogą żyć w zgodzie, mogą nawet być bardzo solidarni i lojalni wobec siebie, mogą nawet wszyscy bardzo się przyjaźnić, ale zawsze będzie tam ktoś, a często nawet i parę osób, które będą ważniejsze i po prostu lepsze. Ktoś, kogo zdanie będzie się bardziej liczyło, niż zdanie innych, ktoś, kto będzie swoich przyjaciół reprezentował na zewnątrz i ktoś, kto będzie symbolizował tę grupę. Jak to się dzieje, że jedni zostają przywódcami, a inni nie? Jak to się dzieje, że ktoś nagle zaczyna bardziej błyszczeć niż inni? Czy jest to może wynik tego, że on jest mądrzejszy? Czy może chodzi o to, że jest bardziej bezczelny? Czy może bardziej przystojny? Oczywiście, każda z tych rzeczy ma znaczenie, ale to co się liczy najbardziej, to wewnętrzna siła, jaka emanuje z tej osoby. Ta właśnie siła, wynikająca z jego pewności siebie, wierności zasadom, świadomości racji, sprawia, że wszyscy zaczynają go szanować zgadzają się by jego poglądy, jego koncepcje i jego pomysły dominowały. Czy przywódcą może zostać chłopak lub dziewczyna, którzy od samego początku przyjmują pozycję wyczekującą i ogłaszają wszem i wobec, że oni gotowi są dyskutować? Nigdy.
Mówimy o wielokulturowości. W moim przekonaniu, jeśli idzie o ten wymiar, który powyżej przedstawiłem, nie ma większej różnicy między grupą szkolną, a wielokulturowym społeczeństwem. Nie ma takiej możliwości, że w sytuacji, kiedy spotkają się różne kultury, czy cywilizacje, uda się między nimi stworzyć taką harmonię, że każdy stara się żyć dla siebie i dzielić się swoimi bogactwami z innymi, a jak przyjdzie potrzeba, zrezygnować z czegoś w co wierzy, na rzecz kogoś innego. Nie jest to możliwe w relacjach między ludźmi, a tym bardziej w relacjach między kulturami. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że ludzie są zdecydowanie bardziej elastyczni od kultur. Kultury są stare, niewzruszone i pewne swego. Dlatego też, podobnie jak w klasie szkolnej, w sytuacji zderzenia kultur, zawsze kultura silniejsza, bardziej pewna swojej wartości, bardziej przywiązana do swojej tradycji i swojej wiary, nie dość że wygra, że pozostanie silna, to jeszcze zacznie stopniowo wpływać na kulturę słabszą, a w efekcie ją przejmować.
Parę dni temu, w telewizji, przy okazji swojej wizyty w Polsce, występował Dalajlama. Przyszedł do studia w swoim tradycyjnym pomarańczowym stroju, boso, z gołymi ramionami, odsłoniętą pachą, założył nogę na nogę w ten sposób, że jego bosa stopa była skierowana prosto w kierunku kamery. Pomyślałem sobie wtedy, że oto mamy do czynienia z kulturą w pewnym sensie wyższą. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że Dalajlama w tej naszej telewizji wyglądał wyjątkowo ekscentrycznie, ze swoją bosą stopą i wystawioną pachą, ale ani jemu, ani prawdopodobnie nikomu z widzów nie przyszło do głowy, że oto przed nami odstawia się jakąś - jak to lubią mówić młodzi - wieś. Każdy bowiem wiedział, że to co widzimy, to wielka, stara kultura, że ten który do nas mówi, to wybitny przedstawiciel tej kultury i że tak jak jest właśnie ma być.
Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby do studia telewizyjnego przyszedł Marek Jurek z dużym krzyżem na piersiach i - powiedzmy - przeżegnał się przed rozpoczęciem rozmowy? Przecież z punktu widzenia religii, którą on reprezentuje, nie stałoby się nic szczególnego. W chrześcijaństwie, znak krzyża jest gestem powszechnym i w żaden sposób nie powinien wywoływać jakichkolwiek emocji. Co tam znak krzyża! Niechby on wspomniał, że w zeszłą niedzielę, kiedy był na mszy w kościele, to coś tam się zdarzyło. Ja już widzę te rozbawione twarze ludzi, którzy kiedy patrzą na Dalajlamę, kiwają z nabożeństwem głowami i wzdychają, jakiż to święty człowiek.
No ale dobrze. Jurek to polityk - marny bo marny - ale zawsze, więc może nie wypada mu mieszać swojej wiary do występów w telewizji. Wprawdzie Dalajlama trochę też, no ale wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Pomyślmy więc, co by się działo, gdyby w tzw. dobrym towarzystwie jakiś katolik powiedział, ze on dziękuje za kiełbaskę, no bo dziś piątek. Czy to dobre towarzystwo pochyliłoby się nad katolikiem ze zrozumieniem? Ależ w życiu! Przede wszystkim wszyscy by uznali, że to jest jakiś nawiedzony wariat i dyskretnie by zaczęli chrząkać.
Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że my, jako chrześcijanie, nie zrobiliśmy dokładnie nic, żeby pokazać światu, że z nami nie ma żartów. Do częstochowskiej kaplicy włażą jacyś zagraniczni turyści w czapkach i nawet im do głowy nie przyjdzie, ze gdyby podobnego gestu bluźnierstwa dopuścili się w meczecie, w buddyjskiej świątyni, czy w synagodze, już by było po nich. Inna sprawa, że oni, gdyby planowali wizytę w Taj Mahal, albo gdzieś w tureckim meczecie, to wcześniej przeszukali by wszystkie przewodniki i strony internetowe, żeby przypadkiem nie wyskoczyć z czymś głupim.
Proszę sobie przypomniec, co się wyprawiało wśród komentatorów przed wyjazdem pana prezydenta do Japonii. Jak oni się zastanawiali, co w Japonii wypada, a co nie wypada w Korei, a jak jeść, jak stać, jak mówić, jak milczeć. I wszyscy okropnie się martwili (albo się cieszyli), co to będzie, jeśli Prezydent nagle zrobi coś takiego, że tamta kultura tego nie przyjmie. Kiedy przyjeżdża do Polski ktoś z Kuwejtu, Seulu, Jerozolimy, czy Osaki, nikt się nie zastanawia, czy ten ktoś przypadkiem nie zrobi głupstwa w postaci odmówienia kieliszeczka czystej wyborowej. Że już nie wspomnę o wystawianiu gołej nogi do kamery telewizyjnej.
Jakie więc szanse w wielokulturowym społeczeństwie ma chrześcijanin, który pragnie zamanifestować swoją kulturę, tradycję, swoją wiarę? Dokładnie żadne. Owszem, on może sobie się cichutko pomodlić, może położyć na wigilijnym stole opłatek, może nawet zaśpiewać z sercem i wiarą kolędę, ale niech nie liczy na to, że on będzie mógł to samo - z tą samą powagą - zaprezentować na zewnątrz. Natychmiast zaczną go pokazywać palcem i krzyczeć, że jest bezczelny, agresywny, nietolerancyjny, a przede wszystkim nawiedzony. I on to wie. I dlatego siedzi cicho. Nie pcha się. I efekt jest oczywisty. Wszędzie gdzie dochodzi do starcia kultury chrześcijańskiej, i kultury - powiedzmy - wschodniej, w sposób naturalny zaczyna dominować kultura wschodnia, a efektem tego jest to, że wszystko co dotychczas jakby wyrastało z chrześcijaństwa, zostaje zredukowane do jedynie obyczaju, który może być przestrzegany tylko o tyle o ile nie przeszkadza innym, natomiast wszystko co istnieje na zewnątrz tej kultury i tej cywilizacji, zachowuje pełną autonomię, a nawet - w pewnym sensie - status czegoś oficjalnego.
Blog, który prowadzę jest blogiem politycznym, więc wypadałoby jakoś przynajmniej wspomnieć o polityce. Proszę uprzejmie. Dziś mój salonowy kolega Free Your Mind (jeszcze raz, gratulacje z powodu rozpoczęcia ósmej setki) przedstawił wspaniały komentarz dotyczący zachowania grupy nawiedzonych europejskich ideologów, którzy przyjechali do prezydenta Czech Klausa i go najzwyczajniej w świecie opieprzyli http://freeyourmind.salon24.pl/106133,index.html . FYM nie może pojąć, jak coś tak oczywiście bezczelnego i chamskiego, mogło nie wzbudzić odruchu protestu u korespondenta Polskiego radia we Francji, Tomasza Siemieńskiego. Więcej - nie dość, że nie wzbudziło odruchu protestu, to wywołało wręcz brawa. FYM uważa, że są rzeczy w tak oczywisty sposób haniebne, głupie i przykre, że normalny człowiek nie powinien w żaden sposób pozostać wobec niech obojętny. Zapomina jednak mój wybitny kolega, że to nie tylko Siemieński uważa, że politycy z Brukseli postąpili słusznie. Oni sami też tak uważają. Uważam, że każdy szczerze wierzący Europejczyk nie da powiedzieć złego słowa na to, co się stało. Dlaczego? Bo oni są jak sekta. Pisałem już o tym na blogu FYM. Ale powtórzę tu raz jeszcze. Oni są po prostu jak sekta. A jeśli ich to obraża, to niech będzie - religia. Wielka, potężna, nieustraszona religia. A jej wyznawcy są jak krzyżowcy - dumni, pewni swego i gotowi polec za to w co wierzą. To że oni obstawili zło, nie ma najmniejszego znaczenia. Tu się liczy tylko siła wiary. W tej sytuacji, nie ma takiej możliwości, że Tomasz Siemieński nagle uzna, że może warto by było troszkę się wstrzymać. Mowy nie ma! Oto wiara prawdziwa.
Jestem przekonany, że gdyby któregoś dnia, jakieś brukselskie ciało postanowiło, że wszyscy urzędnicy wyższego szczebla pracujący w Brukseli, będą w czasie oficjalnych okazji występować tylko w majtkach i w łyżwach na nogach, oni nie dość że natychmiast zaczęliby się tak nosić, ale robiliby to z dumą i z poczuciem misji. Jestem również pewien, że Tomasz Siemieński w jednej chwili uznałby, że tak jak jest, jest dobrze, a ktokolwiek by stwierdził, że to idiotyzm, zostałby przez Siemieńskiego wyśmiany i oskarżony o brak tolerancji. Albo wręcz antysemityzm. A cała kupa politologów, socjologów i psychologów wyjaśniłaby w telewizji, jak to się dzieje, że polskie społeczeństwo - katolickie i zaściankowe - nie potrafi kulturalnie odpowiedzieć na wyzwania nowej ery?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...