Każde dziecko, które uczyło się o magnetyzmie wie, że opiłki żelazne odgrywają istotną rolę w każdym szkolnym eksperymencie, który ma na celu wyjaśnienie jak fenomen ten działa.
W marcu 1949 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej ustaliła, iż w walce z amerykańskimi hegemonami i ich neo-imperialistycznymi lokajami, blok socjalistyczny potrzebuje Naukowców. Ogromne ich rzesze. W związku z tym nauki ścisłe powinny zajmować czołowe miejsce w każdym planie lekcji, ustępując jedynie naukom Marksizmu-Leninizmu. Laboratoria muszą być wyposażone i zaopatrzone. Aby nauczyć dzieci z ZSRR, PRL, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii i Węgier, czym jest magtnetyzm, potrzebne były Magnesy. No i opiłki żelazne, bez których Magnesy pozostałyby jedynie małymi podkowami pomalowanymi na czerwono.
Oczywiście Magnesy pochodziłyby z Magnitogorska, największego ośrodka przemysłu metalurgicznego w ZSRR. Ale skąd wziąć opiłki....?
Polskiej stronie udało się przeforsować pomysł, aby fabryka znalazła się w województwie Ełkskim, na wiejskich terenach PRL, które przed wojną były wiejskimi terenami Trzeciej Rzeszy.
W wielkim socjalistycznym trudzie i znoju pracującego proletariatu, ogromny kombinat produkujący opiłki żelazne powstał nieopodal miasteczka Nienacko (ludność. 15 tys.), na polach, gdzie dotychczas uprawiano buraki. Z powodu braku materiałów budowlanych, sabotażu ze strony reakcyjnego i antysocjalistycznego elementu polskiego społeczeństwa, bumelanctwa, pijaństwa i zacofania, uroczyste otwarcie Zakładów Opiłków Żelaznych im. Postępu Leninowskiego w Nienacku (NZOŻ) odbyło się dopiero w listopadzie 1956 r.
Aby ułatwić transport opiłków (pakowanych w 100 kg workach, szytych z chińskiego jedwabiu) zbudowano szerokotorową linię kolejową z ZSRR do Polski, a tory o normalnym rozstawie przekazywały towar na południe i zachód do bratnich demokracji ludowych.
NZOŻ zatrudniały na pełnym etacie ponad 3000 Nienackowian. Linie produkcyjne były pełne wykwalifikowanych pracowników, którzy cierpliwie piłowali sztabki żelaza i pieczołowicie zamiatali ciemnoszary proszek w małe porcje, które były sprawdzane każdorazowo pod mikroskopem (żeby były odpowiedniej jakości), zanim zostały wysłane do swoich miejsc przeznaczenia. Socjalistyczne normy były ustalone i stale przekraczane.
W zakładzie w Nienacku pracowali nie tylko robotnicy. Był tam również duży dział administracji i kadr, departament transportu i konserwacji, no i księgowość. A ponieważ Polska Rzeczpospolita Ludowa istniała dla dobra robotników, istniał tam również fundusz socjalny, prowadzony przez oficjalne związki zawodowe. Pracownicy opiłków NZOŻ mieli swoje własne sanatorium w górach Złotosolnych, nieopodal granicy czechosłowackiej. Mieli też swoje własne sklepy, gdzie takie luksusy jak musztarda, sznurówki, nożyczki do paznokci czy lokówki do włosów były dostępne nawet wtedy, gdy okoliczne sklepy świeciły pustkami.
I w taki oto sposób fabryka wywiązywała się ze swoich zobowiązań, a dzieci w szkołach od Magdeburga do Władywostoku mogły się uczyć, jak działa zjawisko magnetyzmu. Z siedmiu kominów buchały gęste kłęby czarnego dymu, który pokazywał jak produktywna była fabryka; pociągi kursowały przywożąc sztabki żelaza, a wywożąc worki opiłków. Bywało, że rozliczano się z fabryką płacąc w zamian traktorami, czasami ropą naftową, a czasami nie płacono w ogóle. Były lepsze czasy, były gorsze czasy, ale wszyscy mieli pracę. Wszystkim w Nienacku – fryzjerom, taksówkarzom, a nawet pani z prywatnej pracowni kapeluszy, jakoś udawało się przeżyć od pierwszego do pierwszego.
W tym cichym zakątku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, z dala od kosmopolitycznej wielkomiejskiej inteligencji, wszyscy w fabryce harowali po to, aby ze sztabek żelaza wyprodukować coś, co pozwoliłoby młodym socjalistycznym uczniom przekonać się naocznie, na czym polega siła magnetyzmu.
Przyszedł rok1968, a potem rok 1970. Wydarzenia tych lat jakoś ominęły Nienacko bez echa. Pracownicy nadal piłowali żelazo, a z głośników zawieszonych w halach produkcyjnych słychać było fragmenty utworów Marksa, Engelsa i Lenina, czytane przez członków zakładowego komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
Ale w roku 1980, gdy fala strajków solidarnościowych przetoczyła się przez naród, coś nagle pękło. Pracownicy się zbuntowali, domagając się praw, o których im się nigdy wcześniej nawet nie śniło. Zarząd zakładowy wprawdzie wreszcie uległ, jednak piętnaście wspaniałych miesięcy wolności brutalnie przerwał Stan Wojenny, a potem nigdy już nic nie było takie same. Wielu młodych ludzi wyemigrowało na zachód.
Wielki Człowiek z Partii, który zarządzał fabryką został zwolniony. Ktoś bardziej stanowczy, ktoś spoza lokalnego układu, bez rodziny czy znajomych w mieście, ale z odpowiednimi znajomościami w Warszawie i w tamtejszych ministerstwach, zajął jego miejsce.
Kolejna fala zmian nadeszła w roku 1988. Gdzieś wybuchały jakieś strajki – ludzie z Partii byli przerażeni. Z Warszawy napływały coraz to nowe pogłoski jakoby komunizm miał wkrótce upaść. Rok później odbyły się Wybory. Pracownicy, pełni obaw, co się stanie z ich fabryką, nie mogli się skupić na pracy. Wreszcie udało się przekształcić państwową firmę w Przedsiębiorstwo Materiałów Naukowych im. M. Sędziwoja S.A., w którym Skarb Państwa posiadał 100% akcji.
Wolność. Prywatyzacja. Wolny Rynek. Dolary i marki niemieckie legalnie sprzedawane na ulicach! Zachodnie produkty, choć w kosmicznych cenach, były dostępne wszędzie. Można było być wierzącym czy patriotą – nikt nie zwracał na to uwagi! Ludzie z Partii zaczęli jeździć mercedesami.
Ale w niedługim czasie zamówienia z Bułgarii na opiłki przestały napływać do fabryki. Związek Radziecki rozpadł się, Czechosłowacja też. Ministerstwa edukacji tych państw nawet nie odbierały telefonów. Sytuacja wyglądała źle. Jeśli nikt nie będzie kupował opiłków, fabryka zbankrutuje, wszyscy stracą pracę…
Panowie z „Solidarności” pojechali do Warszawy i jasno przedstawili sytuację: „Jeśli zamkniecie Nienackie Zakłady Opiłków Żelaznych, to całe miasto wpadnie w nędzę,” powiedzieli. „Utrzymajcie fabrykę jeszcze przez jakiś czas, a my poszukamy nowych rynków zbytu na zachodzie, przeprowadzimy restrukturyzację zakładu, zainwestujemy w nową technologię, abyśmy mogli produkować opiłki w nawet bardziej wydajny sposób. „Nie dobijajcie naszej fabryki! Znajdziemy etaty dla waszych krewnych i znajomych!” Zadziałało. Warszawa nie zamknęła fabryki.
Szukając oszczędności, departamenty zaopatrzeniowe szkół od Bonn do Ottawy nagle uświadomiły sobie, że mogą kupować opiłki z Polski po cenach niższych niż dotychczas.
W ciągu 18 miesięcy Zakłady w Nienacku całkowicie zmieniły listę swoich odbiorców – z krajów wschodnich na zachodnie, gdzie płacono w twardej walucie. Pojawił się nowy rodzaj młodych menadżerów ze znajomością języków obcych i doskonałymi umiejętnościami negocjacyjnymi. Nowi menadżerowie byli coraz bardziej widoczni w strukturach zakładu. Jakoś udało im się utrzymać fabrykę przy życiu.
Starsi pracownicy, związani z zakładem od samego początku, przeszli na emeryturę, sanatorium zostało sprzedane, a linie kolejowe zaczęły rdzewieć, ponieważ transport opiłków przejęły teraz lekkie samochody dostawcze. Mimo to, fabryka coraz bardziej się zadłużała i każdego roku przynosiła coraz większe straty. Koszty związane z utrzymaniem środków trwałych i wypłatami dla pracowników były zbyt wysokie w porównaniu z poziomem przychodów ze sprzedaży opiłków.
Marszałek i wojewoda województwa Ełckiego doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli fabryka zbankrutuje i miasto popadnie w biedę, pojawią się poważne problemy natury politycznej. Więc choć reprezentowali różne opcje polityczne, postanowili razem znaleźć środki na utrzymanie fabryki.
Minęło dwadzieścia lat. Ministerstwo Skarbu Państwa sprywatyzowało tysiące mniejszych i większych przedsiębiorstw państwowych, ale fabryka opiłków żelaznych w Nienacku nadal pozostała własnością publiczną.
Po każdych wyborach parlamentarnych zwycięska partia przejmowała kontrolę nad Ministerstwem Skarbu Państwa, wymieniając dotychczasowych sekretarzy stanu, podsekretarzy, dyrektorów, naczelników i kierowników, zastępując ich swoimi ludźmi - osobami zaufanymi, bliskimi strukturom partii. Nowi dyrektorzy, z kolei, wymieniali prezesów i członków zarządów przedsiębiorstw państwowych, takich jak Przedsiębiorstwo Materiałów Naukowych im. M. Sędziwoja S.A. w Nienacku. Prezes i członkowie rady nadzorczej byli wybierani spośród członków partii, ich znajomych lub rodziny. Nieważne z której byli partii – UW, SLD, ZChN, PSL, PiS, PO – przejmowali spółkę i dalej wymieniali kadry średniego szczebla, rozdając etaty swoim kolegom i członkom ich rodzin.
Po każdych wyborach ponownie wymieniano kadry, obsadzając stanowiska ludźmi, którzy nie mieli pojęcia o biznesie opiłkowym i których, szczerze mówiąc, niewiele to obchodziło. Dalej pobierali wynagrodzenie, jeździli służbowymi samochodami i pracowali nie wysilając się zbytnio. I tak aż do następnych wyborów, po których znów następowała wymiana kadr.
W halach produkcyjnych zachodnioniemieckie maszyny do piłowania, kupione za czasów Gierka, już dawno się zepsuły, więc sztabki żelaza znów piłowano ręcznie, tak jak to miało miejsce w latach 50-tych.
Na każdego pracownika piłującego żelazo przypadały dwie osoby, które obliczały płacony przez niego podatek VAT. Kolejne trzy osoby obliczały składki ZUS-owskie, zdrowotne i socjalne, wypełniały formularze BHP i notowały wypadki przy pracy (17 przypadków połamanych paznokci w październiku 2010 r.).
Z funduszu socjalnego, którego czasy świetności dawno już minęły, wciąż opłacane były suto zakrapiane wyjazdy integracyjne oraz liczne szkolenia dla pracowników. Prezes zarządu, dyrektorzy i menedżerowie – wszyscy jak dawniej mieli do dyspozycji samochody służbowe z kierowcą.
Tysiące przedsiębiorstw państwowych w branżach takich jak budownictwo, komunikacja czy usługi finansowe już dawno zostały sprywatyzowane. Ich właścicielem jest dziś w przeważającej części kapitał zagraniczny. Przedsiębiorstwa te, zarządzane obecnie według najlepszych światowych wzorców i w pełni doinwestowane, pod względem wydajności mogą doskonale konkurować z najlepszymi firmami na świecie.
A w Nienacku nadal wszystko idzie po staremu. W wielkich magazynach tony opiłków rdzewieją, nie mogąc znaleźć nabywców gotowych zapłacić za nie jakąkolwiek cenę. Departamenty zaopatrzeniowe szkół zachodnich już dawno temu znalazły źródło jeszcze tańszych opiłków o wyższej jakości – sprowadzają je teraz z Chin.
Przedsiębiorstwo Materiałów Naukowych im. M. Sędziwoja S.A. zatrudnia obecnie około 1850 osób. Liczba mieszkańców Nienacka spadła do 10 000, a bezrobocie w powiecie wzrosło do 26%. W tej sytuacji zamknięcie fabryki byłoby katastrofą dla miasta i jego restauratorów, fryzjerów i kapeluszników.
Tak więc polscy podatnicy nadal wydają miliony złotych miesięcznie aby utrzymać fabrykę, mimo że nikt już nie potrzebuje jej produktów. Władze lokalne i politycy w Warszawie nie powinni udawać, że nic się nie dzieje. Jak długo jeszcze polscy podatnicy będą musieli utrzymywać takie zakłady?
Autor chciałby serdecznie podziękować Annie Świerk za pomoc w tłumaczeniu tego wpisu, który oryginalnie ukazał się na blogu autora (http://jeziorki.blogspot.com/2010/05/iron-filings-factory-economic-parable.html) w wersji anglojęzycznej.