Kiedy niedawno przez Polskę, jak meteoryt przeleciała wiadomość, że Lech Wałęsa postanowił na swoim blogu wkleić własny tekst – a mówiąc „własny” chcę powiedzieć, że autentycznie własny, a więc napisany osobiście przez siebie, bez udziału doradców i korektorów – z jednej strony poczułem lekkie podniecenie, no bo dobrze wiedziałem, czego się mogę spodziewać, z drugiej jednak, zdawałem sobie sprawę, że na wiele akurat liczyć nie mogę, bo najlepsze już i tak prawdopodobnie było. Otóż parę dobrych lat temu, w reakcji na, dziś już nie bardzo pamiętam jakie, zdarzenie, ale zapewne było to coś związanego z Jarosławem Kaczyńskim, Wałęsa zamieścił na swoim blogu następujący tekst (oczywiście nie muszę zapewniać, że szacunek dla naszego laureata pokojowego nobla nie pozwala mi wprowadzać tu jakichkolwiek zmian):
„Ha ha Brudasy polityczne ,no właśnie ,czy nie jest tak właśnie ? że Ci ludzie [popaprańcy ,małpy z brzytwą ,paranoicy] są najbardziej skoncentrowani w pobliżu Kaczyńskich ,polityka Rydzyka , Macierewicza , Walentynowicz , Olszewski i jeszcze kilku .to żadna filozofia ,orjętacja polityczna ,czy pomysł polityczni , to brudasy politycznie”.
Czyż więc nie mam racji, mówiąc, że w tym wypadku wszelka konkurencja nie ma w praktyce żadnych szans? To co wtedy krążyło w mediach, w mojej świadomości, pozostaje autentycznym dziełem sztuki. Ja sobie zwyczajnie nie wyobrażam, by ktokolwiek był w stanie wytworzyć coś podobnego – i to niezależnie od tego, czy ów akt twórczy pochodziłby z umysłu wyjątkowo chorego, czy równie wyjątkowo przewrotnego. Uważam, że to jedno zdanie – bo, jak widzimy, jest to zdanie – jak żadne inne, pokazuje, że umysł człowieka jest kosmosem. I niech mi nikt nie mówi, że takie teksty w zamkniętych zakładach psychiatrycznych są codziennością. Tam z pewnością bywa różnie, jednak nigdy nie uwierzę, że w tej różnorodności może się wydarzyć coś podobnego. Poza tym – choć, przyznaję, osobiście nie mam zbyt dużego osobistego doświadczenia z ludźmi obłąkanymi – jednak to co wiem, każe mi sądzić, że oni akurat w tym swoim szaleństwie na ogół trzymają pewną wewnętrzną logikę i porządek. W końcu, nie bez powodu, czasem się twierdzi, że prawdziwe obłąkanie to zaledwie szczególna odmiana geniuszu.
A zatem, kiedy media podały, że oto Lech Wałęsa poinformował nas o swoim sobowtórze w motorówce, zainteresowałem się, choć wiedziałem, że fajerwerków już nie będzie. No i, okazało się, że wcale nie jest tak źle. Ten człowiek wciąż ma pewne możliwości.Posłuchajmy (znów z pełnym szacunkiem):
„W trybie natychmiastowym oddaję do Prokuratury tą informacje i tych co publikują w tym Tych z Torunia .
To jest nie tylko Oczernianie kłamstwami ,ale też podważanie prawdy Historycznej i mojej roli od początku od skoku przez płot i dalej .
Żyją jeszcze świadkowie z obu stron konfliktu , należy to dokładnie że szczegółami wyjaśnić .
Pojawia się po raz KOLEJNY koncepcja jakoby dowieziono mnie na strajk motorówką .
Przysięgam na wszystkie świętości , że ja w tym nie uczestniczyłem ,Więc sobowtór .
Jeśli taki scenariusz był realizowany przez służby ,są dowody i świadkowie to BYŁ WYROK ŚMIERCI NA MNIE.
PYTANIE JEST TYLKO JAK MIAŁ BYĆ WYKONANY .
CZY NA ZASADZIE ZABIĆ AGENTA PRZY POMOCY STOCZNIOWCÓW?
CZY SOBOWTÓR WYPROWADZAŁ NA MIASTO STOCZNIOWCÓW A TAM KTOŚ KOŃCZY DZIEŁO ?.Innej możliwości nie ma .
Dlatego należy to potraktować bardzo poważnie i wyjaśnić wszystkie elementy.
Prośba o pomoc i o takową się zwracam do Prezydenta ,Premiera , Min Sprawiedliwości , ABW ,Prokuratury."
Ja zdaję sobie sprawę, że pisząc dziś o Lechu Wałęsie, stawiam siebie i ten blog w sytuacji dość podejrzanej. Zwłaszcza że tekst ten do pewnego stopnia jest powtórzeniem czegoś, co już parę tygodni temu napisałem do „Warszawskiej Gazety”. W końcu od samego początku plan był taki, by tu się nie zajmować bzdurami, o których można przeczytać gdzie indziej, lecz stwarzać pole do refleksji znacznie szerszych. A Wałęsa? Któż to jest dziś Wałęsa? Jest jednak przede wszystkim tak, że – co ja oczywiście zauważyłem, a jak idzie o innych, to nie wiem – ostatnio zajmowanie się przez mnie sprawami ważnymi i poważnymi nie wydaje się robić na większości z tych, dla których ten blog przecież powstał, jakiegoś szczególnego wrażenia, a poza tym jednak i tu chodzą mi po głowie sprawy naprawdę duże. Znacznie większe od tego, co się stało z głową Wałęsy.
Niedawno oglądaliśmy sobie w telewizji brytyjski film dokumentalny o królowej Elżbiecie II. I proszę sobie wyobrazić, że w części poświęconej międzynarodowej działalności Królowej pokazano tylko trzech polityków: Mandelę, Reagana i właśnie Wałęsę. Najwięcej było Mandeli, ale trochę to pewnie dlatego, że jedną z tez filmu było to, że między Królową a Mandelą istnieje bardzo poważna przyjaźń, że oni prywatnie bardzo się lubią i że właściwie nie ma miesiąca, by sobie nie słali listów. Reagan – wiadomo. Natomiast jak idzie o Wałęsę, to pokazywano go faktycznie dość dużo, ale praktycznie w jednej tylko sytuacji – przy wielkim zastawionym wspaniałymi potrawami stole podczas oficjalnej kolacji, jaką na jego cześć wydala Królowa.
Otóż to. Na jego cześć. Ja pamiętam, jak Wałęsa był z tą wizytą w Londynie. Pamiętam też, jak go spytano o wrażenia, a on odpowiedział, że było okay, tyle że łóżko było tak duże, że on nie umiał znaleźć „swojej Danuśki”, i z tego była kupa śmiechu. Dziś oglądałem ten dokument, który pokazywał najlepiej jak tylko Brytyjczycy potrafią, cały ten przepych i dostojność brytyjskiej monarchii, tę historię i tę wciąż jednak potęgę, i nagle zobaczyłem ten stół i tego Wałęsę i pomyślałem sobie, że wręcz nie było takiej możliwości, by on tę presję wytrzymał. Oczywiście, również wcześniej, zanim on jeszcze został tym prezydentem, wszystko mu się waliło na tę jego biedną głowę, która z każdym dniem była już tylko coraz bardziej poturbowana. Jednak to co się działo już po – to musiała być prawdziwa psychiczna katastrofa. No i dziś mamy to co mamy. Z jednej strony ten pałac, ten stół, tę królową, a z drugiej tego sobowtóra w motorówce.
Ale pojawia się też jeszcze coś innego, co właściwie sprawę owego wałęsowego szaleństwa stawia w zupełnie innym świetle. Oto podczas niedawnej demonstracji warszawskich feministek, ktoś w tym tłumie wypatrzył Seweryna Blumsztajna – innego zasłużonego dla polskiej demokracji działacza – jak niesie tablicę z napisem – uwaga, cytat, i jednocześnie przeprosiny za dosadność – „Pierdolę nie rodzę”. Oczywiście, w Internecie natychmiast pojawiły się spekulacje, co Blumsztajn chciał przez tę deklarację ogłosić i co mu się takiego stało w głowę, że w ogóle wpadł na pomysł, by ogłaszać to w takiej właśnie formie. Co do głowy, właściwie zapanowała pełna zgoda: Blumsztajn zwariował. Jak idzie natomiast o sam kształt tego wariactwa, to opinie są dwie”: 1. Blumsztajn zwyczajnie rezygnuje z rodzenia i ogłasza to w sposób demonstracyjnie drastyczny; 2. Blumsztajn wybiera seks dla przyjemności, tu również posiłkując się ekspresją standardową raczej w środowiskach patologicznych. Ponieważ, jak wiadomo Seweryn Blumsztajn jest mężczyzną i to już dość posuniętym wiekiem, na jedno i drugie nie ma najmniejszego wpływu, a więc jego deklaracje są pozbawione sensu. A więc znowu, pozostaje obłęd.
Ja się natomiast zastanawiam, co się takiego stało, że Blumsztajn zwariował? W końcu, możnaby sądzić, że on sobie w nowej Polsce znalazł bardzo spokojną i bezpieczną przystań. Towarzystwo ma takie o jakim pewnie zawsze marzył, przepracowywać się nie musi, na brak pieniędzy chyba nie narzeka, popularność ma na tyle dużą, żeby z jednej strony być jakimś tam celebrytą i czuć to łaskotanie w sercu, a z drugiej nie musieć się chować po kątach przed łowcami autografów i nie być wyśmiewanym na różnych internetowych portalach. A więc czemu on się nagle znalazł, jak, nie przymierzając, jakiś Gabriel Janowski, czy Kazimierz Świtoń, a więc ludzie, którzy zwyczajnie zostali zaszczuci przez Nową Polskę?
Ktoś powie, że on pewnie chleje. No i dobrze. Tak oczywiście może być, tyle że nie on jeden, a przecież nie wszyscy od razu wychodzą na ulicę i robią z siebie durniów. Ja na przykład uważam, że większość polskich dziennikarzy chleje, a mógłbym na palcach jednej ręki (no, powiedzmy, obu) wyliczyć tych, którzy z tego zwariowali, i w dodatku to widać. Z pewnością chleją politycy, chleją artyści, chleją pisarze, a przecież żaden z nich nie wychodzi na ulicę z napisem „Pierdolę nie rodzę”. Nawet młode kobiety tego nie robią. A tu? Proszę. A więc, co to za cholera? Co się tam takiego dzieje?
We najnowszym tekście dla „Warszawskiej Gazety” (swoją drogą, polecam) napisałem, że moim zdaniem „Gazeta Wyborcza”, czy może nawet szerzej – Agora, tworzy wokół siebie stan swoistej zarazy. Że każdy kto się tam na dłużej zatrzyma, musi stracić zmysły. Że to jest trochę tak, jak mieliśmy okazję oglądać sobie w filmie Carpentera „Coś”, czy w późniejszych „Alienach”, gdzie nagle pojawia się to coś, co wgryza się w ludzki organizm i go przeobraża na swoje podobieństwo. I myślę, że to porównanie jest dobre, no i obiekt tego porównania też nie najgorszy. Tyle że jest pewien problem. To jest przecież nie tylko „Gazeta Wyborcza”. W końcu weźmy tego nieszczęsnego Wałęsę. Co on ma wspólnego z Michnikiem, poza tym, ze kiedyś Michnik go hołubił szczerze, a dziś pewnie mniej szczerze? Otóż zapewne jednak coś ma. I nie jest wykluczone, że to coś też ma Blumsztajn i jeszcze paru, po wszystkich stronach sceny. Musi coś być takiego, co ich dotknęło zupełnie niezależnie od atmosfery panującej w redakcji „Wyborczej”. Coś bardzo, ale to bardzo mało ekologicznego. Cóż to może być takiego? Hmmm… Chętnie bym jeszcze tu trochę pogrzebał, a kto wie, czy nie doszedł do jakiś ciekawych konkluzji, ale ponieważ ostatnio czytelnikom tego bloga kompletnie się odechciało komentować, a mi te komentarze są potrzebne jak woda, proszę to potraktować, jako zachętę do uprzejmej aktywności. Jak więc myślicie, co to takiego ich łączy?
Oczywiście przypominam, że tak się fatalnie złożyło, że ja prowadzę ten blog również po to, aby żyć. A zatem, jeśli ktoś lubi i może, to bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok numerem konta. No i proszę kupować książkę. Naprawdę jest dobra. Dziękuję.