Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2019

Wybory już za dwa tygodnie, a my pamiętamy o Józku

Obraz
Do wyborów pozostały zaledwie dwa tygodnie, a ja wciąż – nie powiem, że bardzo często, ale, owszem, od czasu do czasu – zadaję sobie pytanie, czemu ja się tak zaparłem, by na Prawo i Sprawiedliwość nie dość, że głosować, to jeszcze do takiego właśnie wyboru kogo się da zachęcać. I w tym momencie przychodzi mi do głowy parę odpowiedzi, z których być może ta najbardziej dżwięczna nosi imię Józek. Czemu Józek? Otóż 20 kwietnia 2012 roku zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, poświęcony pewnemu człowiekowi, w moim rozumieniu zniszczonemu przez funkcjonujący tu u nas w tamtych latach system, w sposób absolutnie modelowy. Pamiętam tamten czas, a wraz z nim parszywy los, na jaki ów czas Józka skazał, i dziś, jak mówię, ile razy się zastanawiam, czemu trzeba zrobić wszystko, by tamten koszmar nigdy już do nas nie wrócił, wśród paru różnych odpowiedzi pojawia się i ta: Chodzi o to, by Józek nie był już nigdy pozbawiony radości życia. Proszę mi pozwolić, że wrócę

O Romanie, który się zasmarkał

Obraz
Ja oczywiście zdaję sobie znakomicie sprawę z tego, jak wielkie temat dzisiejszej notki może wzbudzić w Czytelnikach podejrzenia, że oto dostałem ciężkiej obsesji na punkcie Romana Giertycha. Otóż zapewniam, że nic takiego się nie dzieje. Problemem bowiem nie są moje ewentualne obsesje, lecz przede wszystkim fakt, że ów Roman ostatnio doznał pewnego niebezpiecznego wzmożenia i gdzie się nie obejrzeć, to on tam już na nas czeka ze swoimi spostrzeżeniami, a poza tym dzisiejszy tekst to mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, który ja, ze względu na cykl wydawniczy owego tygodnika, pisałem jeszcze w miniony poniedziałek. A zatem przedstawiam dziś swoje refleksje na temat aktywności owego dziwnego człowieka i zapewniam, że z nim się tym samym pożegnamy na wiele lat, jeśli nie na całe życie... o ile oczywiście on nas znów nie zainspiruje swoim kolejnym wybrykiem.          Przyznaję, że pisząc te słowa, czuję się dość niepewnie, a to dlatego, że nie dość że poświęcam je oso

O chuju, dupie i kupie kamieni

Obraz
      Wczorajszy dzień upłynął mi pod kątem przeżywania najnowszego spotu wyborczego Platformy Obywatelskiej, gdzie zwykła polska rodzina – mama, tata, dwoje dzieci i dziadek – siedzą przy stole i rozprawiają na taki oto temat, że rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły ich do stanu, gdzie oni już nie znają ani dnia ani godziny. Spot był na okrągło nadawany przez oglądaną przez mnie stację TVP Info, a ja mam wciąż w głowie twitt niesławnego Romana Giertycha, który zapowiadając ową prezentację, z jednej strony zapewnił, że to będzie najmocniejsze uderzenie tej kampanii, a z drugiej, wyraził poważne wątpliwości co do tego, czy Jacek Kurski zdecyduje się zaprezentować pisiorom owo wejście smoka.        Dziś, jak już wspomniałem, TVP Info, kosztem wręcz znacznie ciekawszych informacji, na okrągło pokazuje nam ów klip, a podstawowa informacja idzie taka, że ta rodzina na ekranie, to nie jest żadna rodzina, tylko wynajęci aktorzy, dotychczas znani ze wspominanych niedawno tu na tym bl

Vive la Hate, część piąta i ostatnia

Obraz
      Czy nam się to podoba, czy nie, oto pierwszą gwiazdą kampanii stała się kobieta o nazwisku, czy może zaledwie artystycznej ksywce, Jachira. Przyznaję, że zanim ona osiągnęła swoje 15 minut, ja o niej miałem pojęcie między bladym i żadnym, natomiast dziś widzę w niej autentyczną nadzieję dla wręcz druzgocącego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w nadchodzących wyborach. Uprzedzam tu jednak, głównie przypadkowych czytelników tego bloga, że pisząc to, wcale nie mam na myśli takiej sytuacji, że owa Jachira tak skompromituje promującą ją antypisowską koalicję, że na tę biedaczkę głosu nie odda nikt poza paroma onanistami, którzy właśnie odebrali swoje dowody osobiste i postanowili z nich skorzystać. Otóż nic podobnego. Ja wobec Jachiry mam prognozy znacznie bardziej dalekosiężne i dziś pragnę je tu przedstawić.           Zanim jednak przejdę do rzeczy, proszę mi pozwolić zacząć od problemów, jakie się pojawiają wokół tej dziwnej kobiety. Otóż my tak naprawdę w ogóle nie mamy pojęc

Klaudia Jachira, wielka nadzieja Dobrej Zmiany

Obraz
      Czy nam się to podoba, czy nie, oto pierwszą gwiazdą kampanii stała się kobieta o nazwisku, czy może zaledwie przydomku, Jachira. Przyznaję, że zanim ona osiągnęła swoje 15 minut, ja o niej miałem pojęcie graniczące z bladym i żadnym, natomiast dziś widzę w niej autentyczną nadzieję dla wręcz druzgocącego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w nadchodzących wyborach. Uprzedzam tu jednak, głównie przypadkowych czytelników tego bloga, że pisząc to, wcale nie mam na myśli takiej sytuacji, że owa Jachira tak skompromituje promującą ją antypisowską koalicję, że na tę biedaczkę głosu nie odda nikt poza paroma onanistami, którzy właśnie odebrali swoje dowody osobiste i postanowili z nich skorzystać. Otóż nic podobnego. Ja wobec Jachiry mam plany znacznie bardziej dalekosiężne i dziś pragnę je tu przedstawić.           Zanim jednak przejdę do rzeczy, proszę mi pozwolić zacząć od problemów, jakie mamy z tą dziwną kobietą. Otóż my tak naprawdę w ogóle nie mamy pojęcia, kim jest ta pani.

Czy Mariusz Kozak-Zagozda wymyślił Borubara?

Obraz
       Swój pierwszy zbiór felietonów, zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” opublikowałem w roku 2011, natomiast rok później ukazała się książka niejakiego Sławomira Kmiecika zatytułowana „Przemysł pogardy”. Mimo że ów Kmiecik okazał się na tyle uprzejmy, by w swojej relacji z lat nienawiści wspomnieć również i moje teksty, książkę tę dziś wspominam bardzo niechętnie z dwóch względów. Pierwszy powód jest taki, że, moim zdaniem, problemem w ogóle ani nie jest, ani nigdy nie była, pogarda, pogarda, o której tak pięknie pisał Zbigniew Herbert, prosząc nas by nas nie opuszczała nasza „siostra Pogarda”, bo „oni wygrają”. Problemem realnym nie jest bowiem pogarda, która z natury rzeczy jest dobra i zasługująca na pielęgnowanie, lecz nienawiść – upiorna i zła, i, co najważniejsze objawiająca się w formie plazmy, której nie można ani zdefiniować, ani nawet pokazać palcem.       I to też stanowi drugi powód, dla którego książka Kmiecika mi się nie podobała. Jestem mia

Pięć krótkich kawałków na pożegnanie lata

Obraz
No i minął nam kolejny miesiąc, a wraz z tym nadeszła kolej na nowy odcinek „Wezwanych do tablicy”, a więc krótkich kawałków, które publikuję w miesięczniku „Polska Niepodległa”. Życzę miłej zabawy. Sytuacja na publicznej scenie tak się nam w tych dniach ułożyła, że nie pozostaje mi nic innego jak dzisiejszy odcinek „Wezwanych do tablicy” poświęcić tak zwanym „świrom”.   Żeby temat wprowadzić z odpowiednim przytupem, zacznę może od świra nr 1, a więc popularnego aktora Wojciecha Pszoniaka. Otóż, jak już większość z nas wie, w Sieci ukazała się seria spotów, w których mniej lub bardziej znane gwiazdy salonów III RP zachęcają Polaków do udziału w zbliżających się wyborach hasłem „Nie świruj, idź na wybory”. Co jednak tu najbardziej interesujące, owa zachęta jest skonstruowana w taki sposób, że zanim zostanie wypowiedziane kluczowe wezwanie, każdy kolejny aktor zachowuje się, jak osoba z poważnym psychicznym oraz fizycznym defektem, czyli jak choćby ów chłopak zawleczony przez swo

Powrót człowieka z grzybami

Obraz
Dziś   będzie trochę dziwnie, bo żeby jakoś zacząć tę notkę, muszę wrócić do tekstu, który zamieściłem tu jeszcze w roku 2017, pod tytułem „Czy w Ministerstwie Kultury powstaje Departament Grzybów”. Przepraszam, ale inaczej się nie da, a sprawa jest nadzwyczaj poważna:       Przyznaję uczciwie, że to całe moje pisanie od czasu do czasu natrafia na mur, na który nie jestem w stanie znaleźć sposobu i ostatecznie stoję wobec niego bezradny, ze spuszczoną w pokorze głową. I wcale nie chodzi o to, że tego czegoś nie rozumiem, czy tym bardziej nie umiem znaleźć dla jego opisania odpowiednich słów. Wręcz przeciwnie: ja to coś rozumiem znakomicie, a odpowiednich słów jest dużo za dużo i właśnie przez to owa materia przybiera kształt plazmy, której początku ani końca nie widać, a przez to nie wiadomo nawet, z której strony można do niej próbować podejść. W tej oto zatem sytuacji często nie pozostaje mi nic innego, jak pozwolić, by owa plazma przemówiła sama za siebie.       Oto w koment

Jak przeżyć w gąszczu idiotów?

Obraz
      W obliczu zbliżających się wyborów targają mną dwa odczucia. Jedno, wydawałoby się kompletnie nierealne, że jakimś cudem, wbrew wszelkim znakom na niebie i tu na dole, okaże się że jest wśród nas wystarczająco dużo osób na tyle oczadziałych szeptaną propagandą, że ich głos pozbawi Prawo i Sprawiedliwość większości nie tylko konstytucyjnej, która wydawałaby się zupełnie oczywista, to większości w ogóle. Drugie natomiast, zupełnie oczywiste, że przede wszystkim, kiedy obserwuje się z jednej strony nadzwyczajną wręcz klasę wspomnianego PiS-u, a zwłaszcza premiera Morawieckiego, a z drugiej to czym każdego niemal dnia raczą nas towarzysze z Koalicji Obywatelskiej i zgromadzonych wokół niej środowisk, mam niemal pewność, że ta banda idiotów musi te wybory przegrać z kretesem.       Ktoś mnie może spytać, czemu, mimo że, jak sam twierdzę, sytuacja jest zupełnie przejrzysta, ja wpadam w stan aż takiej agresji. Otóż jest tak że ja autentycznie dostaję cholery, kiedy widzę, jak ludzie

Redaktorzy niezłomni kontra psia kupa

Obraz
Skoro mamy sobotę, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wrzucić tu mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Zwłaszcza że on w żaden sposób nie odstaje od tego, z czym mamy do czynienia na co dzień.         Nie mam pojęcia, jakie dziś, kiedy piszę ten tekst, interesy reprezentuje gazeta „Super Express”, ponieważ nieustanna zamiana politycznych ról między niemieckim Springerem, a obywatelem szczycącym się owym niezwykłym nazwiskiem Benbenek sprawia, że zaczynam tracić orientację. Zwłaszcza że czym bardziej zbliża się czas wyborów, tym bardziej wśród tego dziwnego towarzystwa zaczyna się kotłować. Otóż ostatnio trafiłem na nadzwyczaj ciekawy tekst zamieszczony we wspomnianym „Super Expresie”, a dotyczący jeszcze tak niedawno pierwszej nadziei Koalicji Obywatelskiej, czyli Donalda Tuska, którego celem, jak się zdaje, było przywrócenie do społecznej świadomości dawnego mitu o wielkości tego człowieka. Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia w tym temacie „Super Express”:      

Przepraszam, czy ktoś nam tu ześwirował?

Obraz
       Szeroko komentowana w nie związanych z opozycją mediach kampania zatytułowana „Nie świruj, idź na wybory”, zatacza coraz szersze kręgi i przyznaję, że robi wrażenie nawet na mnie, a więc kimś, kto już swoje przeżył i dziś ma skłonność do tego, by na tego typu wybryki reagować ze wzruszeniem ramion. Oglądam więc aktorów Pszoniaka, Łukaszewicza, czy ukochaną przez mnie przed laty Annę Nehrebecką, jak z zawzięciem szydzą z ludzi genetycznie upośledzonych i, poza tym, że mam do czynienia z oczywistym – nie bójmy się tego słowa – „wieśniactwem”, myślę sobie, że sposób w jaki ów skandal jest komentowany, a wraz z tym, sposób myślenia komentatorów, świadczy o tym, że również oni bardziej reprezentują owo „wieśniactwo”, niż świat wrażliwości i rozumu.         Aby dojść do sedna sprawy, a jednocześnie wytłumaczyć się z owego „wieśniactwa”, chciałbym opowiedzieć o pewnym człowieku, który przed laty mieszkał w moich Sławatyczach i zachowując się dokładnie tak, jak to, wykorzystując s