Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2016

Pożegnanie z Ciemną Doliną (repryza)

Kiedy przyszła pierwsza wiadomość o tym, że potężne trzęsienie zrównało z ziemią Katmandu i jego okolice, powiem szczerze, że poczułem bardzo szczególny dreszcz emocji. Czy to przez to, że mam już swoje lata i dorastałem w czasach, gdy każde dziecko nie tylko wiedziało, co to takiego Katmandu, ale nawet i to, że stolicą Albanii jest Tirana, Islandii Rejkiawik, Irak i Iran to nie to samo, a nawet i to, że przywódca tego drugiego nazywa się Reza Pahlavi, czy może z tego względu, że dla mnie sama nazwa Katmandu była czymś znacznie więcej, niż nazwą jeszcze jednego miejsca na kuli ziemskiej, a i to też niekoniecznie dlatego, że Cat Stevens swego czasu nagrał bardzo piękną piosenkę pod takim właśnie tytułem, kiedy się dowiedziałem, że tego miasta już być może nie ma, ogarnęły mnie refleksje znacznie głębsze, niż dzieje się to zwykle, gdy się dowiaduję, że kolejny rejon na ziemi nawiedził kolejny kataklizm.
Otóż dla mnie, i jak sądzę dla wielu moich znajomych z czasów młodości, Katmandu to było coś naprawdę szczególnego, a więc też i dziś, to co Katmandu spotkało, jest dla mnie zdarzeniem szczególnym; powiedziałbym, że wręcz symbolicznym. Koniec tego miasta to Gest, dla którego ja zwyczajnie nie znajduję słów i jedyne co mi przychodzi do głowy, to użycie wobec niego wielkiej litery.
Popatrzmy więc już może tylko na serię zdjęć, tak by każdy z nas, kiedy tylko przyjdzie mu do głowy się zadumać, jaka to kultura, jaka cywilizacja i jak niezwykłej urody i magii miejsce właśnie oberwały, będzie wiedział, o czym mówi.




Oczywiście, serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować książkę o paleniu licha. Polecam serdecznie.

niedziela, 3 lipca 2016

Dla Kuby Błaszczykowskiego, z miłością i podziękowaniem

Spotkałem się w piątkowy wieczór na piwie z byłym uczniem i w pewnym momencie naturalnie rozmowa zeszła na Euro 2016. Co ciekawe jednak, nie rozpamiętywaliśmy tego, co dzień wcześniej spotkało naszą drużynę, nie dyskutowaliśmy na temat naszych mniej lub bardziej wykorzystanych, czy straconych, szans, ale rozmowa się skupiła na owym niezwykłym wybuchu owego patriotyzmu, którego, jak się zdaje współczesny świat dotychczas nie widział i już nie zobaczy. Kiedy już doszliśmy do porozumienia co do tego, że owo patriotyczne uniesienie, którego widoczną manifestacją było to, że całkowicie niezależnie od tego, jak dobrze nasi piłkarze grali i co osiągnęli, my jesteśmy gotowi oddać za nich życie, stanowi zagadkę nieobjaśnioną, postanowiliśmy podjąć próbę przynajmniej opisania tego niezwykłego zjawiska. I tu stała się rzecz absolutnie przedziwna. Mój uczeń, człowiek, który dotychczas przy okazji naszych kontaktów zajmował pozycję, którą, nawet jeśli określimy, jak irracjonalną, to w sposób dla nas zdecydowanie nieatrakcyjny, powiedział, że jego zdaniem to co się dzieje wokół polskiej reprezentacji ma wymiar ściśle religijny. Co ciekawe, on owej perspektywy nie potraktował z ironią, ani tym bardziej z szyderstwem, ale, wręcz przeciwnie, oświadczył, że dla opisania tego, z czym mamy do czynienia, on nie znajduje innego sposobu, jak odniesienia do „dotknięcia Maryi”. Dokładnie tak. On uznał, że owo uniesienie, któremu on sam uległ, musi mieć źródło w geście, którego my tutaj nie jesteśmy w stanie opisać inaczej, jak przez świętą interwencję, z jakiegoś powodu skierowaną na Polskę właśnie.
Od naszej rozmowy wydarzyły się dwie rzeczy, które dla mnie mają wartość podstawową. Pierwsza z nich związana jest z odbywającym się właśnie w Gdyni muzycznym festiwalem Opener, na którym aktualnie czas spędza moja młodsza córka. Wedle jej relacji, kiedy Polacy grali z Portugalią, a na głównej scenie festiwalu odbywał się koncert dla niektórych głównej gwiazdy festiwalu, amerykańskiego zespołu Red Hot Chili Peppers, w pewnym momencie doszło do sytuacji, kiedy to jedna część publiczności poszła oglądać mecz do specjalnie na tę okazję utworzonej „strefy kibica”, a ci, co zostali, śledzili to, co się dzieje, na swoich telefonach.
Ktoś powie, że to nic takiego. Medialna propaganda, która została nadmuchana wokół występów polskiej drużyny, a o której sam pisałem tu parę dni temu, zrobiła swoje. To jest typowy przykład społecznej manipulacji, o której każdy student socjologii, czy psychologii, uczy się na pierwszym roku. I ja, jako osoba odpowiednio doświadczona, jestem w stanie ten rodzaj objaśnienia przyjąć. Ja zdaje sobie sprawę z siły propagandy i z tego, co ona potrafi zrobić z ludzkimi emocjami. A więc możliwe, że te setki tysięcy ludzi ubranych w białoczerwone barwy i całkowicie jednocześnie śpiewające polski hymn, to zwykły produkt. Możliwe. Jest duża szansa, że się niepotrzebnie podnieciłem. Jednak tu pojawiło się coś jeszcze.
Otóż, jak pokazały – diabli zresztą wiedzą, po co – kontrolowane przez System media, jeden z naszych piłkarzy, Kuba Błaszczykowski, człowiek, który, jak by nie patrzeć, załatwił polskiej drużynie turniejową porażkę, przyjechał do swojej rodzinnej wsi o nazwie Truskolasy i tam już na niego czekali wszyscy, żeby mu pokazać i powiedzieć, jak go kochają i jacy są mu wdzięczni za jego wysiłek. I wówczas on wygłosił tekst, w którym podziękował najpierw zebranym za miły gest, potem swojej babci, za to, że mu poświęciła część swojego życia, potem swojej mamie, która – w co on głęboko wierzy – patrzy na niego z nieba, a na końcu – „mimo wszystko” – swojemu tacie, który „nauczył go zasad”. Powiedział to piłkarz Błaszczykowski i się rozpłakał.
I tu czytelnikom, którzy nie znają sprawy, należy się wyjaśnienie. Otóż jeden z najwybitniejszych piłkarzy kontynentu, Kuba Błaszczykowski, był wychowywany przez swoją babcię dlatego, że któregoś dnia, na jego oczach zresztą, jego tato zamordował mamę. I to nie jest plotka. To jest fakt. Sam Błaszczykowski o tym wielokrotnie opowiadał. Dlaczego, w jakich okolicznościach – tego nie wiem, ale tak on sam to opowiedział. Dziś, po tym, jak nie strzelił karnego, tym samym eliminując polską drużynę z Euro 2016, przyjeżdża do swojej wsi gdzieś w Polsce i dziękuję ojcu – temu ojcu – za to, że mu wpoił zasady, którymi on się do dziś kieruje.
Owego niezwykłego wystąpienia Kuby Błaszczykowskiego wysłuchałem wczoraj. Z moim uczniem spotkałem się przedwczoraj. Gdyby kolejność była odwrotna, uważam, że nie byłoby o czym gadać. To bowiem w tej wypowiedzi znajdujemy odpowiedź na pytanie, co takiego jest w naszej Polsce, że – wbrew wszystkiemu – Matka Boża ma ją w Swojej opiece. Czegoś takiego bowiem dzisiejszy świat nie dość, że nie zna, to nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić. A co dopiero mówić o świecie piłki nożnej?

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje i nie tylko moje – książki. Polecam.

wtorek, 13 stycznia 2015

O stanie ducha dobrego satanisty słów parę

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sens pisania o czymś, co równie dobrze może się już za chwilę okazać kompletną fikcją, jest bardzo wątpliwy, niemniej z zeszłotygodniowymi wypadkami w Paryżu wiąże się tyle kwestii natury jak najbardziej jak najbardziej nas dotyczącej, że wypada chyba jednak kilka jeszcze słów na ten temat powiedzieć. Oto, zgodnie z zapowiedzią sprzed paru dni, jutro ukazuje się kolejny numer tygodnika „Charlie Hebdo” i, również zgodnie z zapowiedzią, jego nakład ma osiągnąć okrągły milion egzemplarzy. W dodatku, jak właśnie zostaliśmy poinformowani, ów numer ma zostać przetłumaczony na 16 języków, tak by nie tylko Francuzi, ale również Anglicy, Niemcy, Hiszpanie, a kto wie, czy i nie Polacy, byli w stanie zrozumieć głębie owego francuskiego humoru.
No i dobrze. Ja znam ten rodzaj promocji. W końcu, z tego co słyszę, tomik poezji Zuzi z Białej Podlaskiej dziś już chodzi na Allegro po 200 zł i niewykluczone, ze już niedługo nastąpi dodruk i przy odpowiednich wiatrach, nie tylko cena może wzrosnąć, ale również i ta poezja zostanie przetłumaczona na 16 języków. To co mnie jednak przy okazji tej informacji zainteresowało naprawdę bardzo, to wypowiedź niejakiego Richarda Malika, prawnika redakcji, który oświadczył, że w kolejnym numerze jak najbardziej ukaże się karykatura Proroka, bo, gdyby oni mieli zrezygnować z szydzenia z religii „to wszystko nie miałoby sensu”. Czy ukazujący się jutro numer pisma będzie również zawierał rysunki przedstawiające Jezusa z przebitymi dłońmi, stopami i bokiem, w cierniowej koronie na głowie i włażącym Mu w tyłek Duchem Świętym, tego ów Malik nie powiedział, ja jednak podejrzewam, że jak najbardziej, no bo jaki sens miałoby publikowanie karykatur Proroka, gdyby obok nie było też karykatur Jezusa? Prawda?
Uprzedzając zapewne pytania odnośnie walki o ów sens, Malik wyjaśnia, że oni muszą robić to co robią, dlatego, że dla nich szydzenie nie tylko z religii, ale w ogóle z wszystkiego, nie jest wynikiem jakiejś szczególnej koniunktury, lecz „stanem ducha”. Oni inaczej już nie mogą, bo gdyby przestali szydzić i obrażać postacie przez innych uważane za święte, wyparliby się samych siebie, a więc równie dobrze, jak rozumiem, mogliby przestać żyć. Bez tego szyderstwa, oni nie byliby ludźmi, lecz jakimś kosmicznym pyłkiem nie wartym ludzkiej uwagi. Mówi Malik tak:
„Można powiedzieć wszystko, co się chce, najgorsze rzeczy, i my je mówimy, na temat chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, bo ponad pięknymi sloganami na tym właśnie polega ‘Charlie Hebdo’”. I ja oczywiście nie bardzo potrafię zgadnąć, czy ten Malik nie panuje nad tym, co chce powiedzieć, czy go tak przetłumaczyli nasi specjaliści od języków obcych, ale i tak rozumiem, że jeśli tam tych szyderstw nie będzie, nie będzie też samego tygodnika. No bo o czym oni mają pisać? O homoseksualnym lobby trzymającym w garści rynek literatury, sztuki i kultury, czy pedofilii wśród polityków, a może Międzynarodowym Funduszu Walutowym, czy o Wielkim Oriencie? Przecież nie. My rozumiemy, że jest wolność słowa i w ogóle demokracja, ale w końcu bez przesady. Faszyzm nie przejdzie, prawda?
A więc już wiemy, że „Charlie Hebdo” nie ugnie się przed antysemicką i antywolnościową presją. Ja jednak wciąż i od nowa oglądam serię niedawno opublikowanych przez niemiecki dziennik „Bild” zdjęć, na których możemy sobie zobaczyć, jak podczas owego zabawnego eventu, kiedy to cała kupa polityków, upozowanych na demonstrantów, postanowiła sobie strzelić słitfocię, prezydent Autonomii Palestyśnkiej Abbas wykorzystał Donalda Tuska, by się ustawić tuż obok kanclerz Merkel, a następnie go porzucił jak papierek po cukierku. Patrzę na twarz Tuska, który wygląda, jakby dostał w pysk, na premiera Izraela Netanjahu, również odpowiednio wstrząśniętego, no i na tych dwoje, jak sobie miło gawędzą, fotograf trzaska zdjęcie za zdjęciem, a świat się śmieje. No może nie cały, ale trudno żeby wszyscy byli zadowoleni, czyż nie tak?

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie jak zawsze można kupić całą masę fantastycznych książek.



czwartek, 8 stycznia 2015

Gdy demokracja bierze sprawy w swoje ręce

Parę miesięcy temu miejscowy duszpasterz akademicki zaprosił na spotkanie ze studentami pewnego świeżo-nawróconego buddystę, na co dzień studiującego teologię na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Buddysta, wcześniej normalny, tak jak każdy z nas, chrześcijanin, buddystą był, studiując przez kilka lat ową religię i medytując w Indiach pod okiem jakiegoś lokalnego guru, i kiedy osiągnął już taką sprawność, że potrafił widzieć przez ścianę, o lewitacji już nie wspominając, nagle coś mu się stało, uznał, że sprawa wymaga głębszych badań, wrócił do Polski i doszedł do przekonania, że buddyzm jest w takim samym stopniu prawdą, jak chrześcijaństwo i że Bóg miał faktycznie dwóch synów, Jezusa i Buddę. Pozyskawszy tę wiedzę, postanowił zapisać się na studia teologiczne, no a przy okazji przyjąć zaproszenie katolickiego księdza i ogłosić swoje rewelacje młodzieży studenckiej. Na wspomnianym spotkaniu obecna była moja starsza córka, którą ów dziwny człowiek tak zdenerwował, że najpierw podjęła z nim nerwową bardzo dyskusję, prosząc przede wszystkim, by on jej wskazał miejsce w Piśmie Świętym, gdzie wspomniany jest ów drugi syn Pana Boga, a kiedy z tej rozmowy nic sensownego nie wyszło, poszła do księdza i zapytała, czemu on lansuje jakichś satanistów.
Otóż tak – satanistów. Rzecz bowiem w tym, że, jeśli dobrze rozumiem słowa papieża Franciszka, kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana, ta cała tak zwana „religia wschodu”, z ich Sziwą, Wisznu, tą całą reinkarnacją, świętymi krowami, małpami, Gangesem i diabli wiedzą czym jeszcze, to nie jest Pan Bóg i to nie są modlitwy do Niego kierowane. A skoro tak, to chyba nie ma o czym mówić, prawda? Zresztą, jeśli komuś to jest jeszcze mało, niech sobie obejrzy któryś z popularnych filmów o kulturze i cywilizacji Indii i trafi na tę imprezę, podczas której ci święci ludzie wieszają się na penisach, by zobaczyć, że tam naprawdę poza Diabłem nie ma nic.
Parę lat temu, tu na tym blogu, opisałem któryś z serii wystepów w Polsce Dalaj Lamy i obok całej kupy moim zdaniem bardzo konkretnych i sensownych uwag, jakie miałem do niego i jego mądrości, wskazałem też na ów nieustanny, moim zdaniem głupkowaty uśmiech Buddy, jaki ów Dalaj Lama ma od zawsze przyczepiony do twarzy. W komentarzach pod tamtą notka natychmiast pojawiło się kilku mądrali, którzy zarzucili mi brak szacunku do ludzi innej wiary i przekonań i obrażanie było nie było postaci świętej, czyli samego Buddy. No i na to pojawił się człowiek, którego ani nie widziałem wcześniej, ani już nigdy później, który przedstawił się jako prawdziwy i mocno wykształcony buddysta i poinformował nas wszystkich, że ja absolutnie mam rację, dlatego, że Budda jest wszystkim, a więc nawet – to są jego słowa, a nie moje – tak samo pięknym kwiatem lotosu, jak i kawałkiem śmierdzącego gówna. Zdaniem owego komentatora – a powtarzam, że on się przedstawił jako buddysta i ekspert – wszystko co powiemy o Buddzie, będzie prawdą. Nie ma, jego zdaniem, na świecie buddysty, którego jesteśmy w stanie dotknąć opinią na temat Buddy i wszelkich jego wcieleń, bo – powtarzam – on jest wszystkim i niczym, i takie tam. I powiem uczciwie, że to był moment, kiedy ja zrozumiałem przede wszystkim, że Budda jest wcieleniem Szatana. Zrozumiałem jednak przy tym coś jeszcze: jest czymś jak najbardziej oczywistym, że ponieważ dla prawdziwego buddysty nie istnieje coś takiego bluźnierstwo, współczesny świat praktycznie buddystów nie zaczepia. Współczesny świat z całą wypełniającą go kulturą popularną może do woli obrażać żydów, chrześcijan, muzułmanów, bo wie, że wielu z nich albo się zasmuci, albo oburzy, albo wręcz wpadnie we wściekłość, natomiast jaki jest sens dokuczać buddystom, skoro oni zawsze się będą uśmiechać, kiwać głową i palić te kadzidełka. A na koniec, powiedzą agresorowi: „Niewykluczone, że jest jeszcze gorzej. Albo lepiej. Albo nie ma nic. I jest wszystko. Może ciasteczko?”
A więc, z buddystami mamy spokój. Wiadomo natomiast, że gdy chodzi o innych, ci wymagają szacunku, a nam, skoro sami wymagamy szacunku dla siebie, wymagajmy go też od siebie. Stąd, choć osobiście jestem przekonany, że Prawda jest tylko w Jezusie Zmartwychwstałym i jego Kościele, a reszta to zło, niekiedy zło wcielone, uważam, że z tymi swoimi przekonaniami nie powinienem się bez potrzeby i sensu wystawiać, bo komuś to może nie pasować. Wiem też znakomicie, że ponieważ tacy na przykład muzułmanie bywają na punkcie swojej wiary szczególnie wrażliwi, byłoby z mojej strony kompletnym idiotyzmem, rzucać się w ich stronę i albo ich pouczać, albo tym bardziej wyszydzać. Właśnie tak. Byłoby czymś absolutnie głupim, chorym i zasługującym na najgorszą nauczkę, gdybym nagle postanowił, że sensem mojego życia stanie się obrażanie muzułmanów i ich świętych.
Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą już, skąd się dziś wziął ten temat. Oto wczoraj do redakcji pewnego lewicowego paryskiego magazynu, którego profil sprowadzał się do wyszydzania, jak się domyślam, wszystkich prawd, oprócz oczywiście Czterech Prawd Szlachetnych, wpadło dwóch mężczyzn z kałasznikowami i zabili naczelnego plus czterech wesołych rysowników, a na deser jeszcze parę innych osób, w tym policjanta, który próbował im w ich misji przeszkodzić. Już wczoraj tu w Salonie24 pojawiło się szereg opinii, ogólnie rzecz biorąc solidaryzujących się z zamachowcami w tym sensie, że tamci dostali to, o co mniej lub bardziej bezpośrednio prosili. Pewien komentator posunął się nawet do tego, że opublikował tu jeden z bardziej drastycznych obrazków opublikowanych przez tych biedaków, na którym Trójca Prznajświętsza jest ukazana, jako trzech pedałów wzajemnie ze sobą kopulujących. A ja powiem uczciwie, że zamiast się zastanawiać, który z uczestników wczorajszych wypadków jest ten dobry, który zły i który z nich na co zasługuje, staram się zrozumieć, czemu owo rozstrzelane tak bezwzględnie pismo robiło to co robiło? Czemu oni uznali, że to jest to, z czego oni spróbują sobie ułożyć życie – z szydzenia z ludzi pobożnych? Co jakąś bandę paryskich ateistów obchodzą relacje – choćby i homoseksualne – między Ojcem, Synem i Duchem Świętym? Czy oni naprawdę nie mają nic innego, czym mogliby się przejmować? A może oni naprawdę sądzą, że trójkąt wbity w tyłek człowieka z koroną cierniową na głowie, to jest coś bardzo zabawnego? Czy to ma być to słynne lewicowe poczucie humoru?
No ale jest jeszcze coś. Załóżmy bowiem, że oni wszyscy padli ofiarą stworzonej przez siebie propagandy odnośnie rzekomej pedofilii i homoseksualizmu wśród katolickich księży i biskupów, no i ich ta sytuacja doprowadza do takiej cholery, że nie umieją sobie z nią poradzić inaczej, jak przez tego typu szyderstwa. No ale czemu oni się uczepili religii w ogóle? Czemu wreszcie oni się owej religii jako takiej uczepili tak bardzo, że w pewnym momencie robili to co robią z pełną świadomością, że za to mogą wylecieć w powietrze. Z tego co słyszę, zagrożenie od dłuższego czasu było tak poważne, że dziś już w policyjnym prosektorium, redaktor naczelny tego gówna, nigdzie się nie ruszał bez osobistej ochrony? Czemu więc on się aż tak uparł, żeby się brać za bary z wściekłymi terrorystami?
Otóż moim zdaniem, odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna i to z całą pewnością nie chodzi o pieniądze. Oni wszyscy, czy to tamci tam w Paryżu, czy tamci inni w Danii, czy w Niemczech, czy ci nasi w polskim Sejmie, z jakiegoś powodu nie są w stanie znieść tego, że są ludzie, którzy w coś wierzą i dla których są rzeczy naprawdę ważne. Ich życie stało się tak puste i beznadziejne, a droga by z niego wyjść tak odległa i poplątana, że oni w pewnym momencie zrozumieli, że to tak czy inaczej jest już koniec. I wielu z nich uznało, że skoro wyznanie grzechów i przyjęcie Komunii nie wchodzi w grę, jedyny sposób, by mieć jeszcze z tego życia odrobinę satysfakcji, to sobie popatrzeć, jak po tamtej stronie też coś skwierczy. Nawet za cenę życia.
Domyślam się, że część czytelników będzie jednak chciała, bym w końcu powiedział, jak ja oceniam to co się wczoraj wydarzyło w tym głupim Paryżu. Proszę uprzejmie. Już służę opinią. Otóż moim zdaniem nie ma nic ważniejszego niż wolność i demokracja. Każdy zatem robi, co mu pasuje. Jak kto chce, niech strzela, jak kto chce, niech pod te kule się pcha. Trudno żebym ja, zwykły ciemny katolik, im cokolwiek doradzał. Najwyżej mogę się za nich pomodlić.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

piątek, 3 października 2014

O tym, jak bioetyk Hartman ujrzał prawdę i zwariował

Poniższy tekst, w wersji znacznie okrojonej, a więc zmniejszonej do zwyczajowych 444 słów, znalazł się, jako mój stały felieton, w „Gazecie Warszawskiej”. Tu jednak mamy miejsce na szerszy oddech, a więc też znacznie więcej słów, no i parę dodatkowych refleksji. Proszę więc uważać:

Od paru dni media żyją wypowiedzią znanego nam wszystkim człowieka nazwiskiem Jan Hartman, który na swoim blogu na portalu polityka.pl wyraził opinię, że czas rozpocząć debatę odnośnie legalizacji związków kazirodczych. Sam Hartman wprawdzie – zgodnie ze znaną nam skądinąd bolszewicką tradycją, polegającą na przebieraniu zwykłej podłości w szaty cnoty – zastrzega się, że on osobiście wcale kazirodztwa nie popiera, niemniej uważa, że świat tak się rozwija, że tematu nie unikniemy, no i takie tam, ale my swój rozum mamy i doskonale wiemy, w czym rzecz. Z owym brakiem poparcia akurat zresztą sprawa nie jest tak do końca jasna, bo w swoim tekście, niemal na jednym oddechu, stwierdza Hartman, że „być może piękna miłość brata i siostry jest czymś wyższym niż najwznioślejszy romans niespokrewnionych ze sobą ludzi?", co by akurat świadczyło o tym, że coś mu tam jednak po głowie chodzi, no ale załóżmy, że on faktycznie jest wyłącznie dociekliwym naukowcem, który lubi sobie poteoretyzować. Przyjmijmy naiwnie, że Hartman w istocie rzeczy wcale nie uważa, że piękna miłość brata i siostry (czytaj: seks między tym dwojgiem) jest ponad choćby najwznioślejszy romans ludzi nie będących w związkach rodzinnych, ale jako filozof i intelektualista pełną gębą, w dodatku o mocno lewicowych korzeniach, chce sobie wyłącznie pogadać na ciekawe tematy.
Zanim spróbujemy rozwikłać tę zagadkę, może najpierw jednak, by mieć pewność, że każdy z nas wie, że nie ma do czynienia z jakimś wariatem, który spędza wolne godziny na buszowaniu po krakowskich Plantach i wyszukiwaniu młodych dziewcząt, przed którymi może się bezkarnie obnażyć, ale z autentycznym bohaterem naszej publicznej debaty, rzućmy okiem na to, kim jest ów Hartman, jako osoba publiczna, a w pewnych środowiskach wręcz celebryta. Otóż wedle informacji podanych przez Wikipedię, Jan Hartman to: „polski filozof i bioetyk, profesor nauk humanistycznych, wydawca i publicysta, nauczyciel akademicki, polityk, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego”. Ja wprawdzie nie bardzo wiem, co to znaczy „bioetyk”, jednak, jak widzimy, nawet jeśli Hartman to wariat, to z pewnością nie pierwszy lepszy. No a ten KUL na końcu też, przyznać trzeba, robi pewne wrażenie. Szczęście tylko, że tam nie jest napisane, że on był ulubionym studentem Karola Wojtyły.
Wypowiedź Hartmana, jak już zauważyłem wcześniej, wzbudziła wśród opinii publicznej pewne zainteresowanie, a czasem nawet i coś więcej; wystarczy powiedzieć, że sam wspomniany wcześniej portal polityka.pl, gdzie on prowadzi swój blog, gdzie też opublikował ów apel o dyskusję na temat czy „piękna miłość…” i tak dalej i gdzie głoszenie poglądów powszechnie uznawanych za obłąkane traktowane jest jako norma, uznał słowa Hartmana za zbyt ekscentryczne i wpis usunął. Ja jednak, jako osoba dociekliwa, a poza tym, próbująca zawsze we wszystkim znaleźć coś, co inni przegapili, chciałbym zwrócić uwagę na jeden, moim zdaniem, niezwykle znaczący fragment wypowiedzi Hartmana. Otóż w pewnym momencie, argumentując, że tak naprawdę ciężko jest znaleźć racjonalne argumenty przeciwko związkom kazirodczym, zwłaszcza że ich biologiczna szkodliwość pozostaje kwestią dyskusyjną (swoją drogą ciekawe, że tak mądry i oczytany człowiek nie słyszał o wyspie Tristan da Cunha), pisze on coś takiego: „Wszystko, co mamy na podorędziu, jest natury religijnej i obyczajowej”.
I ja od razu pragnę wszystkich czytelników przeprosić, ale tu akurat uważam, że Hartman ma rację i, przyznaję, że w sposób bardzo przewrotny, ale jednak, chciałbym się za nim, w tej niezwykle dziś dla niego trudnej sytuacji, wstawić. Tak naprawdę bowiem, argumenty przeciwko nie tylko związkom kazirodczym, ale również kłamstwu, morderstwu, oszustwu, zdradzie, niewdzięczności, chciwości i tak dalej i tak dalej, są natury niemal wyłącznie religijnej i obyczajowej. Mam wręcz wrażenie, że nawet nasze niedawne oburzenie na postępek pisarza Karpowicza, który pożyczył pieniądze od kobiety, której świadczył usługi seksualne, a jakby tego było mało, postanowił długu nie zwrócić, ma podłoże religijne i obyczajowe, a nie praktyczne. Tu tak naprawdę bowiem nie ma już nic więcej.
Załóżmy, że gdzieś na świecie żyje plemię, którego odwieczny obyczaj każe dzieciom mordować swoich rodziców, i to w dodatku w sposób rytualnie okrutny, kiedy którykolwiek z nich na przykład straci podstawową sprawność fizyczną. Przyznaję, że nie wiem, czy gdzieś na naszym ogromnym świecie tak się dzieje, ale zakładam, że owszem, a to z tego jednego, prostego powodu, że ja autentycznie nie widzę żadnego argumentu za postepowaniem odmiennym, a więc za litowaniem się nad biednym, schorowanym człowiekiem, jeśli z tego nie ma ani serka, ani mięska, poza jednym – religijnym i obyczajowym. A to jest przecież tylko jeden przykład. Jeśli przestudiujemy różnego rodzaje kodeksy sformułowane przez chrześcijaństwo, będziemy z całą pewnością wiedzieli, że nie należy zabijać, kłamać, zazdrościć, obżerać się, pysznić, cudzołożyć, czy kraść. Natomiast jeśli uznamy, że te wszystkie przykazania są wyłącznie bajką i niczym więcej, to ja nie widzę najmniejszego powodu, by się nimi w ogóle przejmować. Bo świat, w którym żyjemy, jest już tak skonstruowany, że nawet jeśli ktoś twierdzi, że nie wierzy w Boga, a wszelką tradycję traktuje bardzo elastycznie, to jeśli uważa, że na przykład ojca i matkę należy szanować, a w niedzielę wypoczywać, to czyni to wyłącznie z przyczyn religijnych i obyczajowych. Bo, jak bardzo słusznie twierdzi Hartman, innych tu najzwyczajniej na świecie nie ma.
Wypowiedź Hartmana na temat kazirodztwa wskazuje więc moim zdaniem na to, że on, po wielu latach filozofowania, dokonał dla siebie bardzo ważnego odkrycia, tego mianowicie, że jeśli uznajemy, że Boga nie ma, to stąd jest już tylko prosta droga do pełnej konsekwencji konkluzji, że wolno wszystko. I oczywiście, ta myśl go musiała nieco przerazić, i stąd pewnie uznał za konieczne się zastrzec, że on wcale nie popiera owych związków kazirodczych, ale tak tylko nagle sobie pomyślał, że warto by było może o nich podyskutować. Niemniej, moim zdaniem, Jan Hartman, profesor, filozof i bioetyk wszedł niespodziewanie dla siebie na całkowicie nową drogę, a ona albo doprowadzi go do świętości, albo do ostatecznego samounicestwienia. Jestem pewien, że już niedługo się o tym przekonamy. Mam tylko nadzieję, że pierwszą ofiarą tego eksperymentu nie padnie córka Hartmana o pięknym imieniu Zosia.

Wszystkich tych, którym powyższy tekst się spodobał, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Czasem mam nieskromne wrażenie, że w dzisiejszej Polsce innej literatury zwyczajnie nie ma. Niezmiennie też proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 21 czerwca 2014

Jak nie umrzeć w Krainie Grzybów

Dziś już nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, czy pierwszy dzień lata na datę naszego ślubu wybraliśmy sobie specjalnie, czy tu większą rolę odegrał jakiś szczęśliwy przypadek, jednak faktem jest, że pobraliśmy się 21 czerwca. Mogło więc być różnie, ale powtórzę – że w tamtym czasie, no i przez wiele, wiele lat kolejnych, ja zawsze bardzo przestrzegałem zwyczaju, by w każdy pierwszy dzień zimy, wiosny, jesieni, no i oczywiście lata, kupować mojej dziewczynie, a później już żonie, kwiaty.
Nie pamiętam też już, kiedy przyszedł ów czas, ale sądzę, że to już były lata dwutysięczne, że stopniowo zacząłem zapominać o tych kolejnych porach roku, do tego stopnia, że w końcu został nam tylko ów pierwszy dzień lata, no i rocznica naszego ślubu. Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że faktycznie, z jakiegoś nie do końca przeze mnie rozpoznanego powodu, dopiero ostatnie 10 czy 15 lat sprawiły, że zacząłem zapominać o ważnych dla mnie daty, a więc i daty imienin osób bliskich, ich urodzin, a nawet – a może przede wszystkim – swoich własnych świąt.
W zeszłym roku po raz pierwszy od roku 1984 zapomniałem o rocznicy śmierci moich rodziców. I to zapomniałem z bardzo dużym poślizgiem – takim niemal miesięcznym. Minął ten smutny marzec, zaczął się kwiecień i chyba gdzieś tak dopiero w połowie miesiąca złapałem się za głowę i jęknąłem: „O Boże! Marzec”.
Dziś też po raz pierwszy w życiu zapomniałem o naszej rocznicy. I nie jest tak, że zapomniałem, że 21 czerwca braliśmy ślub, nie jest też tak, że ja zapomniałem, że dziś jest 21 czerwca… no dobra, o tym może nie pamiętałem, ale na pewno wiedziałem, że jesteśmy mocno w drugiej połowie miesiąca, tyle że ta wiedza była dla mnie ważna z paru innych powodów, niż z tego, że 21 czerwca pani Toyahowa zgodziła się zostać moją żoną.
Wstaliśmy dziś rano, nastawiliśmy poranną kawę, wymieniliśmy pierwsze poranne refleksje, no i w tym momencie żona moja powiedziała „Happy anniversary”, no a ja zdałem sobie sprawę z tego, że pierwszy raz w życiu zapomniałem o naszej rocznicy. Całe szczęście, że ona po pierwsze jest osobą naprawdę wyrozumiałą, no a poza tym doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co życie z nami potrafi robić, więc, jak to mówią, upiekło mi się. A mimo to wciąż siedzę smutny jak nie wiem co i myślę o tym wszystkim po raz już nie wiem który.
Niedawno pisałem o człowieku, który zapewne pochłoniętym tym wszystkim, co jemu z kolei dzisiejszy świat zaoferował, nie dość że zapomniał zawieźć swoja córeczkę do przedszkola, to zostawił ja w upale, w zamkniętym samochodzie i pozwolił umrzeć w tej strasznej samotności. Starałem się go zrozumieć, współczułem mu w pewien sposób nawet bardziej niż temu dziecku, i wciąż zadawałem sobie pytanie, co się stało, że on zapomniał. A odpowiedź przychodziła mi do głowy tylko jedna: pożarło go życie. On zapomniał, bo ona, jako stały element tego życia, element w dodatku całkowicie bezproblemowy, wtopiła mu się w to straszne tło, i w pewnym momencie on zwyczajnie jej tam już nie znalazł. A dziś nagle zaczynam sobie myśleć o tych datach.
Mam dziś oto bardzo silne podejrzenie, że o ile kiedyś, jeszcze może przed dziesięciu, czy piętnastu laty, liczyliśmy czas według pewnych bardzo tradycyjnych punktów orientacyjnych, takich jak właśnie imieniny, urodziny, święta, rocznice śmierci czy ślubu, pamiętaliśmy że czwartek przynosi to, a wrzesień tamto, że za rok będziemy mieli taką uroczystość, za dwa lata inną, a za dwa tygodnie jedziemy na wakacje, teraz jesteśmy skazani wyłącznie na zegar i kalendarz w naszych komputerach, czy telefonach komórkowych, które w dodatku nie informują nas ani o rocznicach, ani o rodzinnych uroczystościach, ale wyłącznie o terminach. Spójrzmy na nas i ów 21 czerwca. Od kilku już lat moje życie – moje, bo żona z myślenia o rachunkach jest zwolniona – skoncentrowane jest nie na dacie 21 czerwca, ale na czerwcu i ewentualnie na 21 dniu każdego miesiąca. Każdy dowolny miesiąc, z mojego punktu widzenia, nie jest miesiącem obfitującym w rodzinne okazje, czy rodzinne obowiązki, lecz wyłącznie w terminy: 1, 5, 11, 15 – to są dni, które wyłącznie kojarzą się czy to z terminami spłaty kolejnej raty kredytu, czy składki na ZUS, czy jakieś kary, czy opłaty za energię lub gaz. Podobnie miesiące: moja uwaga jest skoncentrowana nie na tym, czym czerwiec jest dla mnie i mojej żony, ale na tym, czy minął zaledwie miesiąc, czy może już dwa od czasu, gdy trzeba było coś tam zapłacić, ewentualnie coś tam zrobić, a z różnych powodów nie zdążyłem. Ja, widząc, że już jest dwudziesty dzień czerwca wiedziałem tylko tyle, że do końca miesiąca zostało już tylko 10 dni, podobnie 10 dni minęło od 10 czerwca, i diabli wiedzą, co te dni nam przyniosą. Data 21 czerwca w tym całym nieszczęściu w pewnym momencie zwyczajnie dla mnie przestała istnieć. I tyle dobrego, że moja żona to rozumie. Ona pamiętała, ale znów – tyle w tym dobrego, że mnie z kolei udało się w tym wszystkim jej akurat tymi innymi datami za bardzo nie obciążać.
I myślę, że to nie jest tylko mój problem. Mam bardzo silne przekonanie, że dla wielu z nas przez te wszystkie lata okazje zostały wyparte przez terminy, i stało się to czymś tak dramatycznie intensywnym, że nawet z tym swoim wieśniackim wręcz przekonaniem, że ostatecznie wszystko się jakoś ułoży, nie potrafię się uśmiechnąć. Wygląda na to, że, w ten czy inny sposób, jest już po nas. Jedyna praktyczna nadzieja na wyrwanie się z tego kierata, to ogarnięcie tego, co się ogarnąć da, natomiast jak chodzi o to, czego ogarnąć się nie da, to już tylko możemy liczyć na boże zmiłowanie. No i zapewniać naszych bliskich, że ich kochamy. Wciąż i wbrew wszystkiemu.

niedziela, 10 marca 2013

Abelard Giza - człowiek z ukąszoną duszą

Mój miniony pobyt w Warszawie składał się z dwóch części. Pierwsza z nich związana była z nagrywaniem dla Platformy VOD dyskusji o interesie narodowym i narodowej zdradzie, gdzie razem z Coryllusem, Kamiuszkiem i zapraszającym nas Józefem Orłem próbowaliśmy porozdzielać wszystko, co nam leżało na sercu, a zrobić to tak, by żaden z tych, o których za Torańską mówimy „oni”, nie poczuł się pominięty. Drugi etap, to już wyłącznie tak zwane używanie, a więc najpierw wyprawa z Gabrielem i Julkiem do knajpy na skromny obiad, a dalej już tylko moje spotkanie z naszym kolegą LEMMINGIEM, który ze względu na naszą wieloletnią przyjaźń, wzajemną sympatię, nieposkromioną potrzebę oderwania się od codziennych trosk, no i wreszcie swoje finansowe możliwości, wypełnił nam ten wieczór takimi frykasami, że świat nie widział. Wszystko się to ostatecznie skończyło na autentycznej popijawie, z której późnym wieczorem wróciłem do zorganizowanego mi – przez LEMMINGA oczywiście – pokoju w hotelu, którego nazwy przez swoją wrodzoną skromność nie wymienię. No i tu właśnie, w owym hotelowym pokoju, zdarzyło się natychmiast coś, co mnie w jednej chwili i do końca otrzeźwiło.
A więc wróciłem do tego pokoju, wykąpałem się, i zanim wlazłem do łóżka, włączyłem jeszcze telewizor, żeby zobaczyć, co słychać. Najpierw obejrzałem sobie trochę jakiegoś meczu baseballowego, a potem, uznawszy, że wystarczy tej abstrakcji, poszukałem czegoś bardziej lokalnego, i pierwsza polska stacja, jaka się uruchomiła to był program TVP, a tam końcówka występu kabaretowej gwiazdy nazwiskiem Abelard Giza. To było zaledwie parę dosłownie minut, jednak intensywność zła, jakie w ciągu tych chwil na mnie spłynęło, była tak porażająca, że w jednej chwili wytrzeźwiałem. Kompletnie.
Jak mówię, to była już naprawdę sama końcówka, więc z tego wszystkiego zdołałem tylko zrozumieć, że Giza przedstawia obraz jakiejś „moherowej” staruszki, która ciągnie za sobą zwykły zakupowy wózek wyładowany jakąś pietruszką i ziemniakami, do którego jednak wcześniej przymocowała kupę trotylu, i nagle, zaczynając śpiewać religijną pieśń „Barka”, detonuje ładunek i w samobójczym zamachu wszystkich zabija. Giza, opowiadając tę historię, najpierw szyderczo śpiewa słowa owej „Barki”, a następnie, już w ostatnich słowach, apeluje do katolickich terrorystów, by skoro chcą koniecznie oddawać życie za wiarę, się zwyczajnie topili. Dziś na ten temat wiem już znacznie więcej, a nawet muszę przyznać, że z reporterskiego obowiązku obejrzałem sobie znaczną część owego występu w Internecie, a to wszystko dzięki temu, że, jak się okazuje, para jakiś posłów Prawa i Sprawiedliwości obejrzała sobie podobnie jak ja ów występ i zgłosiła protest do odpowiednich władz. W całości więc pomysł Gizy na ten skecz wygląda następująco: Kiedyś, w zamierzchłych czasach, w stosunku do ludzi, głoszących opinie sprzeczne z tak zwaną Nauką, Kościół był bardzo represyjny i każdego, kto się odważył powiedzieć coś nieprawomyślnego, palił na stosie. Dziś w ten sposób postępują muzułmańscy terroryści, i jeśli ktoś na przykład obrazi publicznie Proroka, ginie w terrorystycznym zamachu. W Polsce akurat owego terroru jeszcze nie ma, natomiast Gizie wydał się bardzo zabawny obrazek „dziewięćdziesiącieletniego mohera z obwisłym biustem”, jak ciągnie za sobą swój zdezelowany, wypełniony trotylem, wózek na zakupy, a następnie, śpiewając religijną piosenkę, wysadza w powietrze całą okolicę. No i w końcu pojawia się wspomniany apel, żeby moher, skoro chce już umrzeć za wiarę, poszedł się utopić.
Wcześniej, jeszcze przed sceną z wózkiem zakupowym, są dowcipy na temat pierdzącego papieża, które, jak się wydaje – co mnie, przyznaję, nieco dziwi – dały posłom PiS-u pierwszy bodziec do wspomnianego protestu, ja dziś natomiast nie mam zamiaru ani protestować, ani zgłaszać różnorakich apeli, natomiast chciałbym powiedzieć coś na temat Abelarda Gizy, co, mam nadzieję, pozwoli mi ostatecznie zamknąć na tym blogu temat tego człowieka. Myślę, że wielu z nas pamięta, jak jeszcze przed laty pojawił się tu pewien troll, który w ciągu zaledwie paru tygodni zarzucił nas dziesiątkami, jeśli nie setkami, bardzo podobniebrzmiących komentarzy, takich jak choćby ten:

Instruktor kulturalno-oświatowy z ramienia ‘Krytyki Politycznej’ przedstawia wakacyjny happening blogowy dla Związku Zasłuchanych pt. ‘wet za wet’. Istotą tej akcji jest uwrażliwienie zasłuchanych mas miast i wsi na ucisk i prześladowanie stachanowskiego Blogorobotnika a także jego konsekwentne zamilczanie przez ośrodki wrogiej Ojczyźnie rozindyczonej grafomanii. Zabawa ma charakter edukacyjnej interakcji. Wciśnięcie lewego przycisku bądź użycie kółeczka myszki, celem ominięcia tych wpisów, powoduje, paradoksalnie, wzięcie udziału w happeningu. Im bardziej bowiem wpis jest omijany i zwalczany, tym częściej i mocniej wraca- tworząc trójstronny ‘wet za wet’. Trójkąt o wierzchołkach: Zasłuchani-Indyk-Blogorobotnik w trakcie zabawy rozciąga się i przybiera monstrualny rozmiar. Takie przytłoczenie wszystkich happenerów umożliwia uwrażliwienie ich na bezsens całej sytuacji i powoduje mimowolny ruch koncyliacyjny w duchu ‘grubej kreski’. Osamotniony Indyk dopełnia dzieła wciąż gulgocząc”.

Kiedy tych komentarzy zaczęło się pojawiać tak dużo, że zagroziło to bardzo poważnie integralności tego miejsca, przeprowadziłem prywatne dochodzenie i wyszło mi, ze użytkownik podpisujący się piotrgiz90210 to Abelard Piotr Giza, nasz śmieszek z Trójmiasta. Ogłosiłem więc na blogu, żeby Abelard się od nas odkleił, bo go ujawnię, na co on napisał coś takiego:

Już nie mogę się doczekać! Wreszcie będę gwiazdą, srum! Ale o której żebym mógł wszystkich powiadomić, pliiiz! Aha gdyby coś nie wyszło to tylko słówko, pomogę! No i bawmy się dalej!

iobiecał, że on nie ma zamiaru się od nas odklejać, bo nas lubi. Nadszedł więc kolejny dzień, a ja napisałem tekst, w którym poinformowałem nas tu wszystkich o tym, co wiem, tyle że uznałem za stosowne nie wymieniać nazwiska Gizy. No i proszę sobie wyobrazić, że od tego czasu on już się nigdy u nas nie pojawił. Nigdy, ani razu.
Dość niedawno nazwisko Gizy pojawiło się w jednym z moich tekstów, tym razem w Salonie24, w kontekście tamtej sprawy, i tym razem zareagował on sam we własnej osobie, zamieszczając komentarz, w którym poinformował wszystkich, że to jest jakieś nieporozumienie, bo on jest poważnym artystą, który na głupstwa nawet nie ma czasu, o mnie wcześniej nawet nie słyszał, a o moim blogu, i o całej sprawie, akurat dowiedział się zupełnie przypadkiem. Odpisałem Gizie, że miałem wszelkie powody uważać, że piotrgiz90210 to on, ale skoro on twierdzi, że nie on, to niech mu będzie. Następna wiadomość przyszła już mailem. Mail jest dłuższy, ale w kluczowym momencie, zapewniając po raz kolejny, że to jednak nie był on, Giza napisał mi tak:

Poza tym można się z kimś zgadzać lub nie, dzielić albo kontrować jego
poglądy, ale w jakiś cywilizowany sposób
”.

Pięknie!
No i oto dziś, kiedy obserwujemy tryumfalny powrót Abelarda Gizy i jego artystycznego projektu pod nazwą Limo, myślę sobie, że to jednak chyba był on. Pomijając już wszystkie ówczesne tropy, dzięki którym dotarłem aż do niego, uważam, że ówczesną akcję w postaci próby zniszczenia tego bloga, akcję zakrojoną naprawdę na szeroką skalę, i wykazującą determinację, która musiała być motywowana albo oficjalnym zleceniem, albo autentycznym obłędem, albo i jednym i drugim, mógł prowadzić tylko ktoś taki, jak – widzę to dziś wreszcie bardzo jasno – Abelard Giza. A więc człowiek, który swój prawdopodobnie największy artystyczny i komercyjny sukces osiągnął właśnie dziś, kierując publiczny apel do starszych, ubogich kobiet, kobiet, które mu zawiniły tylko tym, że są, jego zdaniem, zbyt pobożne, aby swoją wiarę demonstrowały, topiąc się w najbliższej rzece. A więc myślę, że to jednak był on, i stąd ten mój dzisiejszy tekst.
Ktoś powie, że ja bardzo brzydko postępuję, oskarżając Abelarda Gizę o to, że on jest tak tępy, by marnować czas na blogach ludzi, których życie w żaden sposób nie krzyżuje się z jego życiem, skoro on osobiście, i to parokrotnie, zapewniał mnie, że on akurat z tamtym projektem nie miał nic wspólnego. I na to ja muszę powiedzieć, że owszem, ja biorę pod uwagę, że jakimś cudem to faktycznie był nie on. Jest jednak coś, co mi każe w to bardzo mocno wątpić. Otóż mam na myśli zacytowany już wyżej fragment jego maila, w którym, jako w pewnym sensie dowód na to, że on by nigdy sobie nie pozwolił na opisaną przez mnie agresję, podaje on, że „można się z kimś zgadzać lub nie, dzielić albo kontrować jego poglądy, ale w jakiś cywilizowany sposób”.
Tak, cieciu. Jesteś wiarygodny mniej więcej w takim stopniu, co rozjuszona czarna mamba. A tę wiarygodność znakomicie potwierdzasz swoim najświeższym wybrykiem. Standardy cywilizacyjne, cieciu, jakie zaprezentowałeś tym wpychaniem Bogu ducha winnych ludzi w objęcia śmierci to jest w najlepszym wypadku marny stand-up rodem z Trójmiasta. Nic więcej. Tylko to. A więc dziś, zagadka, czy to wtedy byłeś ty, czy ktoś inny, jest i tak kompletnie bez znaczenia.

Wszystkich przyjaciół tego bloga, ludzi, którzy wierzą, że to wciąż ma sens i jakieś sensowne perspektywy, proszę o uprzejme wsparcie nas w naszym codziennym wysiłku. Obok jest numer konta, na który kierować ewentualne wpłaty. Dziękuję.

czwartek, 31 stycznia 2013

Gabrielowi, od nas - tych przed i po Komunii

Temat tego postu absolutnie nie usprawiedliwia tego typu dygresji, ale nie mam wyjścia. Raz, że chodzi mi to od dłuższego czasu po głowie, a dwa że jestem szczerze przekonany, że to jest coś, o czym należy wspomnieć choć raz.
U mojego kumpla Gabriela, w tym jego wiejskim domu pod Grodziskiem, byłem dwa razy. Raz we wrześniu, kiedy to obaj otrzymaliśmy podwójne zaproszenie, by nagrać dla firmy Tomasza Sakiewicza debatę o Szatanie, wystąpić z Grzegorzem Braunem u Ronina i w ten sposób poznać bardzo miłą panią zatrudnioną przez System gdzieś w prokuraturze na Ochocie, a drugi raz zaledwie w miniony poniedziałek, kiedy to znów zdarzyło mi się wystąpić w tym nieszczęsnym Klubie Ronina, a Gabriel i jego prześliczna (wysoka, szczupła i kruczoczarna, ty idioto!) żona mnie uprzejmie przenocowali.
I muszę powiedzieć, że ten ich dom to miejsce niezwykłe. Jeden potężny pokój, w którym jest wszystko, zaczynając od potężnego łóżka, a kończąc na maleńkiej kuchni, oprócz tego pokój dla dzieci, gdzie jest również jedno niezwykle komfortowe łóżko dla spóźnionego gościa. No i ten nieprawdopodobny wręcz bałagan, te wszędzie walające się książki, ten wręcz niebiański bezwład. Wróciłem we wtorek z Warszawy i pierwsze co powiedziałem mojej żonie, to że musi tam ze mną pojechać i to zobaczyć, bo czegoś takiego na tym świecie nie ma.
Jest tam coś jeszcze, ale żeby o tym powiedzieć, muszę wrócić do refleksji wcześniejszych. Otóż któregoś dnia moja żona i ja wracaliśmy z sobotnich zakupów i nagle uświadomiliśmy sobie, jakie to jest straszne, że my kupujemy, a następnie pochłaniamy aż tak dużo jedzenia. Że gdybyśmy tylko znaleźli sposób, żeby jakoś przeorganizować nasze życie, moglibyśmy kupować, kto wie czy nawet nie o połowę mniej jedzenia, niż to robimy w tej chwili. Otóż – nie mam oczywiście bardzo pewnych danych, ale tak to właśnie oceniam – u Gabriela w domu jedzenia brak. Oni zwyczajnie nie jedzą. Tam jest wyłącznie chleb, masło, ogórek i kawałek żółtego sera. Gdyby nie to, że Gabriel to człowiek pijący, tam nawet podrzędny menel nie miałby co szukać.
No ale dla mnie to jest i tak raj. To jest miejsce, gdzie ja – założywszy, że z nimi nie da się przeżyć bez awantur kilku dni – mógłbym spędzić choćby i wakacje. No i byłem tam w tę poniedziałkową noc i ów wtorkowy poranek. I kiedy tak siedzieliśmy na tym chlebem z ogórkiem, Gabriel opowiedział mi, jak to się stało, że on nie ochrzcił swoich dzieci, nie posłał ich na religię, a dziś nie chodzi z nimi w każdą niedzielę do kościoła. Otóż poszło o to, że kiedy urodził się ich syn, oni chcieli go ochrzcić, ale byli bardzo biedni i ich na te chrzciny zwyczajnie nie było stać. No a później, wiadomo – wszystko się potoczyło szybko.
Kiedy Gabriel mi o tym opowiedział, powiedziałem mu to, co mówię wielu osobom bardzo często, a mianowicie, że to jest okropne jak zwykły „urban myth” potrafił sprawić, że tylu pozornie inteligentnych ludzi żyje w przekonaniu, że Kościół nie da człowiekowi nic, o ile ten mu wcześniej odpowiednio nie zapłaci. Że ja wszystko, co kiedykolwiek miałem ochotę dać mojemu księdzu, dałem mu wyłącznie wtedy, gdy mi zbywało, i nawet do głowy mi nie przyszło, by mu fundować coś ekstra tylko dlatego, że taki jest zwyczaj. Powiedziałem Gabrielowi i jego przepięknej żonie, że kiedy do nas przychodzi ksiądz na kolędę, to my mu albo coś dajemy, albo nie; wszystko zależy od tego, jak nam akurat się wiedzie. I że tak było zawsze. Opowiedziałem mu nawet, że ja bardzo dobrze pamiętam, jak to jeszcze przed wielu laty wprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania i był listopad, a za chwilę grudzień, i przyszedł ksiądz z kolędą właśnie, i myśmy mu podsunęli tę kopertę, a on powiedział, że mowy nie ma, że on od nas nic nie weźmie, bo widzi przecież, że my się dopiero dorabiamy.
No i Gabriel powiedział mi, że oni tego swojego synka nie ochrzcili, bo to był czas, kiedy oni się właśnie dorabiali, i żyli za pięć złotych dziennie, a ksiądz, kościelny i organista przedstawili im cennik, z którego wynikało, że to ich będzie kosztowało 800 złotych. A dalej? Jak już wspomniałem – dalej wszystko poszło z górki.
Jak mówię, my – będąc od zawsze ludźmi Kościoła – nigdy nie daliśmy jednego grosza księdzu, o ile nie uważaliśmy, że nas na to stać. Pamiętam, jak umarli moi rodzice i poszedłem z moim bratem załatwiać w kościele pogrzeb. Przy stoliku siedział kościelny, a przed nami stał jakiś człowiek, któremu umarła mama. No i od początku widać było, że ten człowiek w kościele nie był od lat. Zapytał kościelnego, ile się należy, ten z bardzo pobożną miną odpowiedział mu „co łaska”, człowiek ten dał mu mniej więcej pięć razy więcej, niż nam się to wydało sensowne, kościelny te pieniądze bez słowa wziął, a myśmy dostali jasnej cholery. I przynajmniej jak idzie o mnie, owa cholera mnie nie opuszcza do dziś.
Niedawno Gabriel napisał u siebie na blogu, że któregoś wieczora do jego niezwykłego domu przyszedł ksiądz. Po co? Zwyczajnie, chodził po kolędzie, zabłądził i trafił na Gabriela. Trochę sobie porozmawiali, i z tej rozmowy wyszło na to, że tej wiosny, kiedy już zejdą śniegi, Gabriel zajdzie do kościoła i ochrzci swoje dzieci. To jest z mojego punktu widzenia wiadomość wręcz fantastyczna. Bardzo się cieszę, że Gabriel zamierza ochrzcić swoje dzieci. Mam jednak przy tym do niego jedną prośbę: niech on nie daje księdzu ani grosza. Zero. Niech się zachowa tak jak ja ostatnio, kiedy w moim kościele zamówiłem mszę za swoich rodziców i naszemu – swoją drogą fantastycznemu proboszczowi – nie dałem nic, z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie nie miałem. A on się nawet nie skrzywił.
Więc niech mu Gabriel nie daje nic. Nawet gdyby akurat miał ich więcej, niż mu jest na dziś potrzebne. Po to choćby, żeby księdzu pokazać, o co w tym wszystkim chodzi. Żeby mu udzielić tych szczególnych rekolekcji. A jeśli do rozmowy włączy się organista i kościelny, niech on im powie, żeby się poszli pieprzyć. A jeśli oni wszyscy zaczną się opierać, to niech zadzwoni do mnie, ja mu dam numer do naszego przyjaciela Don Paddingtona, a nasz wielki ksiądz mu te dzieci ochrzci za friko. I niewykluczone, że ten akurat chrzest będzie o wiele ważniejszy. Niewykluczone, nawet, że podczas tej uroczystości pojawi się sam Pan Jezus, a córeczka Gabriela zaśpiewa mu „Dzisiaj w Betlejem”. I to będzie oprawa naprawdę odpowiednia.


Przypominam wszystkim o książkach. Można je zamawiać wszędzie, ale najlepiej u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ja wiem, że to może brzmieć trochę dziwnie, ale wygląda na to, że dziś na rynku nie ma nic lepszego, niż to co on tam sprzedaje. Po prostu. Tak już jest i nie ma się co oszukiwać. Również bardzo proszę w miarę możliwości wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta.

środa, 23 stycznia 2013

Mam wielu znajomych gejów, czyli co komu po Marii Peszek

W którejś z ostatnich notek wspomniałem o pewnym swoim doświadczeniu, które przejawia się w tym, że raz po raz stają przede mną osoby, które próbują mnie przekonać, że one wśród swoich znajomych mają „wielu” księży, czy „wielu” gejów, i że w związku z tym, ich kompetencje związane z życiem czy to jednych czy drugich są nie do podważenia. Jak owe kompetencje wyglądają? Otóż najczęściej sprowadzają się one do głoszenia – z pełnym oczywiście przekonaniem o słuszności owych sądów – że zdecydowana większość księży nie przestrzega celibatu, a zdecydowana większość gejów to ludzie moralnie niezwykle wrażliwi i silni. Nie wspominając już o tym, że wspomniany gej i wspomniany ksiądz to bardzo często jedna i ta sama osoba.
Pisałem o tym swoim doświadczeniu, wyrażając jednocześnie opinię, że owi rzekomi specjaliści od księży i pederastów kłamią jak bure suki, a robią to wyłącznie po to, by swoją opinię, która jest niczym innym jak cytatem zaczerpniętym z doraźnej propagandy, wzmocnić czymś, co będzie robiło choćby tylko wrażenie realnego doświadczenia. Śmiałem się oczywiście z tego typu postępowania, a jednocześnie ani mi do głowy nie przyszło, że już za parę dni ja sam zrobię niemal to samo. Spróbuję mianowicie przedstawić pewną bardzo mi bliską tezę, podpierając się tego rodzaju argumentem. I to, wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie jak idzie o moje kontakty z księżmi, ale jak najbardziej gejami. Okropne, prawda?
Ja wiem, że temu, kto zna ten blog bardziej niż ot tak sobie, niełatwo jest w to uwierzyć, ale faktem jest, że syn mój wśród swoich najbliższych znajomych ma parkę autentycznych homoseksualistów, w dodatku parkę w sensie dosłownym. Homoseksualiści ci – jego kumple ze studiów – są do tego stopnia jego dobrymi kolegami, że jest bardzo prawdopodobne, że kiedy oni będą w końcu brali gdzieś na Islandii, czy w Danii swój pedalski ślub, młody Toyah będzie jednym z pierwszych zaproszonych gości, i nie będzie mógł nawet odmówić. I odwrotnie – należy też bardzo poważnie brać pod uwagę, że kiedy on w końcu będzie się żenił z tą swoją ukochaną, oni będą siedzieli wzruszeni, trzymając się za ręce w jednej z pierwszych ławek.
Czy dla mojego dziecka znajomość ta stanowi jakiekolwiek obciążenie? Absolutnie nie. Czy kiedy on się zorientował, ze ci dwaj stanowią parę, był w szoku? W żadnym wypadku. On, podobnie jak wszyscy inni zresztą, przede wszystkim o upodobaniach swoich kolegów wiedział od początku, oni się ani z nimi szczególnie nie afiszowali, ani też ich nie ukrywali, a więc sprawa od początku była traktowana w sposób absolutnie naturalny. Co do tak zwanych sympatii natomiast, powiem wręcz, że on ich, jako swoich świetnych kolegów, bardzo lubi, i ile razy o nich opowiada, to w najgorszym wypadku z bardzo życzliwym rozbawieniem.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że niedawno opowiedział mi mój syn, że jeden z tych jego kolegów-gejów trafił na piosenkę Marii Peszek o tym, jak to ona nie boi się iść ciemną doliną, bo jest jak zwierzę. Żebyśmy mieli pełną jasność, popatrzmy na fragment tego tekstu:

Pan nie jest moim pasterzem
A niczego mi nie brak
Pozwalam sobie i leżę
Jak zwierzę
I chociaż idę ciemną doliną
Zła się nie ulęknę
I nie klęknę


I proszę sobie wyobrazić, że kumpel mojego syna wysłuchał tej piosenki i dostał jasnej cholery. O co poszło? Otóż, jak sam powiada, dla niego religia, Kościół, wszystkie te przykazania i wszystko, co z nich podobno ma wynikać, jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. On ma to wszystko głęboko w nosie, a jego emocje ukierunkowane są na zupełnie inne rejony, natomiast on od zawsze przyznaje, że jest jedna „w tej całej religii” rzecz, która go pozostawia bezradnym, mianowicie słowa tego jednego psalmu; psalmu o tym, jak to on idzie ciemną doliną i zła się nie ulęknie, bo ktoś tam zawsze z nim jest. On jest w tym psalmie zakochany i uważa, że to co on mu przynosi, to jest coś, czego on nie jest nawet w stanie skomentować. Tymczasem przychodzi to dziwadło i całą tę ciemna dolinę stawia bez sensu na głowie. I w tak beznadziejnie bezmyślny sposób niszczy coś tak fantastycznie uniwersalnego.
Ktoś się zapyta, po co ja o tym piszę, i czemu ten temat akurat uznałem za taki ciekawy. Rzecz w tym, że w ostatnich tygodniach spotkałem się kilkakrotnie z opinią, że Maria Peszek swoim śpiewaniem próbuje dotrzeć do publiczności homoseksualnej. Że wprawdzie zwykli ludzie się z niej śmieją i szydzą, uważając ją za jakąś dramatycznie głupią maszkarę, natomiast dla gejów i lesbijek, zarówno jej sztuka, jak i całe emploi, stanowi bardzo atrakcyjną ofertę. I że wreszcie my tego nie jesteśmy w stanie pojąć, a to dlatego, że nasza narzucona przez Kościół homofobiczna perspektywa uniemożliwia nam dostrzeżenie całego piękna owej różnorodności i czegoś tam jeszcze.
W tej sytuacji, pomyślałem sobie, że napiszę ten tekst i ogłoszę publicznie, że wprawdzie ja osobiście nie znam żadnego ani pedała, ani lesbijki, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, ale ponieważ tego rodzaju znajomością chwali się mój syn, i o niej mi często opowiada, dochodzę do wniosku, że jeśli Peszek faktycznie liczyła na to, że jej pójdzie aż tak łatwo, coś się jej zdecydowanie musiało poprzestawiać w tej jej smutnej pale. Cokolwiek by bowiem o nich mówić, parę rzeczy jest niepodważalnych: oni przede wszystkim mają bardzo dobry muzyczny gust, a poza tym pewien szczególny rodzaj wrażliwości, i zarówno ów gust jak i owa wrażliwość, jeśli już mają się znaleźć pod wpływem tej ich tragicznej słabości, skieruje ich zainteresowania w stronę kogoś takiego jak Annie Lennox, czy Ellen DeGeneres, a więc ludzie sympatyczni, zdolni i piękni, a nie na tego głupiego potwora z Krakowa.

Nie wiem, czy koledzy młodego Toyaha czytają ten blog, ale jeśli tak, to niech potraktują to co niżej jako specjalną dedykację ode mnie dla nich. Wszystkich natomiast tego bloga przyjaciół tradycyjnie proszę o wspieranie go w dowolny sposób, a za każdy gest pozostaję do końca świata wdzięczny.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Będą dziarać

Oryginalny, przedświąteczny mój plan polegał na tym, że na ten szczególny czas zostawię i sobie i wszystkim, którzy zechcą tu zajrzeć, wpis o Marii Egipcjance. I ze względu na samą osobę tej świętej kobiety, i na to marzenie, które towarzyszyło mi podczas pisania tego tekstu. Marzenie, by może właśnie w tych dniach, udało się nam wszystkim ujrzeć tę niezwykłą prawdę. Że oto zarówno dobro jakie czynimy, jak również to nasze zło, nigdy nie jest wyłącznie naszą sprawą. I że nawet kiedy jesteśmy sami, w czterech ścianach naszego domu i jedynym świadkiem naszych uczynków jesteśmy my sami, to i tak ani jedno ani drugie nie jest naszą tylko sprawą. Mało tego. Wydawało mi się, że przykład Marii Egipcjanki świetnie nam pomoże zrozumieć, że nie tylko nasze czyny, ale i każda nasza dobra, czy podła myśl, nie jest już tylko naszą sprawą, od momentu gdy ona wypełni tę realną całkowicie przestrzeń, którą dzielimy z resztą tego świata.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, tu w Salonie pojawiła się najpierw myśl, potem gest i wreszcie samo słowo, a tym samym – znak, który to moje zamierzenie kompletnie unicestwił, a jednocześnie pokazał głęboką słuszność tego, co chciałem na przykładzie życia i pokuty niegdysiejszej Marii pokazać. A więc na Święta zostawię i siebie i czytelników tego bloga z nowym wpisem, a jednak wciąż w tej samej intencji – by dowieść, jak bardzo jedna nasza myśl, jedno nasze słowo i jeden nasz gest nie należą w żaden sposób tylko do nas.
Oto parę dni temu, jeden z blogerów, a jednocześnie dziennikarz Newsweeka, Piotr Śmiłowicz wezwał ludzi, którzy uważają krzyż za wartość szczególną, żeby każdy z nich, jeśli ma ochotę, wytatuował sobie znak owego krzyża na czole, zaznaczając jednocześnie, że to jest maksimum ustępstw na jakie go wobec Chrześcijan stać. Wprawdzie red. Śmiłowicz o robienie sobie tatuaży z jezusowym krzyżem na czole, zaapelował do „publicystów i polityków”, ale z kontekstu jego wypowiedzi wynika, że on swój apel kieruje do wszystkich osób, które uważają, że krzyż ma prawo być publicznie eksponowany, a więc na przykład i do mnie. Stąd więc, miedzy innymi dzisiejszy wpis.
Swoją drogą, ciekawe dlaczego zatem red. Śmiłowicz, dziennikarz Newsweeka i bloger, nie skierował swojego apelu w kwestii tatuaży, explicite do „wszystkich”, lecz tylko do „publicystów i polityków”? Myślę, że za tym zabiegiem krył się jednak i spryt i lęk. Red. Śmiłowicz wie, że, jak idzie o „publicystów i polityków” można sobie pozwalać na więcej. A, jak każdy minimalnie inteligentny czytelnik widzi, on sobie pozwolił tym razem na bardzo wiele.
Jak to się stało, że Piotr Śmiłowicz wpadł na pomysł, że każdy, kto uważa krzyż za wartość, może co najwyżej go sobie wyskrobać na czole i tak z nim chodzić? Jak to jest, że dla red. Śmiłowicza, w klasach szkolnych, w urzędach, przy drogach i w innych publicznych miejscach, krzyż jest czymś skandalicznie obraźliwym, natomiast wytatuowany na czołach mijanych na ulicy ludzi już nie.? Czy gdyby red. Śmiłowiczowi udało się wprowadzić taki obyczaj, że wszyscy pobożni ludzie w Polsce pokazywaliby się publicznie z krzyżem wytatuowanym na czole, to on by ten widok zawsze cierpliwie i spokojnie znosił, czy po pewnym czasie, kiedy by mu przeszedł pierwszy śmiech, zagnałby tych wszystkich ludzi do chirurga na operację usuwania tatuaży? To jest jedno z pytań, na które chętnie bym poznał odpowiedź.
Chodzi mi zresztą po głowie mnóstwo innych zagadek. Na przykład, czy te wytatuowane krzyże znalazłyby się na czołach ludzi pobożnych wszystkich, czy zależnie od wieku? Czy red. Śmiłowicz uważa, że małe dzieci, w wieku powiedzmy pierwszokomunijnym, mogłyby jeszcze nosić łańcuszki z krzyżykiem na szyjach, czy im też pozostałby już wyłącznie tatuaż? Na czole. No i kwestia być może najważniejsza i najbardziej podstawowa. Co by było, gdyby ktoś pobożny, przez swoją niechęć do tatuaży (są przecież wciąż jeszcze w liberalnych demokracjach tacy ludzie), odmówiłby zrobienia sobie tego znamienia? Czy red. Śmiłowicz zabroniłby takiej osobie eksponowania krzyża w ogóle, czy może zorganizowałby jakieś grupy – niewykluczone że złożone z uczniów któregoś z wrocławskich liceów – by owych buntowników, którzy nie chcą nosić tatuaży, wyłapywać i im wycinać te krzyże na czole nożem? A jeśli tak, to po co?
Wbrew pozorom, to pytanie nie jest pytaniem retorycznym. Redaktor Śmiłowicz nienawidzi znaku krzyża. Jego krzyż denerwuje i wyprowadza z równowagi. Domyślam się, że gdyby mógł, to by kazał pousuwać krzyże z wszystkim możliwych miejsc, gdzie on, jako przedstawiciel owej wspomnianej już liberalnej demokracji, musi je oglądać. A jednak mimo to, on chce, żeby pobożni ludzie eksponowali krzyże na swoich czołach. Więc ja, co chyba nawet dla Śmiłowicza jest zrozumiałe, chcę wiedzieć, do czego mu to jest potrzebne. Czy – tak jak już wspomniałem – on tę propozycję sformułował dla własnego śmiechu i prywatnej zabawy? Czy jemu chodzi o to, że kiedy on zobaczy na ulicy kogoś z krzyżem wytatuowanym na czole, będzie mógł się pośmiać, czy tam – w tej jego czarnej głowie – jest coś jeszcze? A jeśli jest, to co? Czy jest możliwe, że redaktor Piotr Śmiłowicz, bloger i dziennikarz ogólnopolskiej edycji prestiżowego, międzynarodowego magazynu, potrzebuje oznakować wszystkich pobożnych chrześcijan, żeby się z nich śmiać, czy jeszcze może po coś więcej? Na przykład po to, by mieć na nich oko? A jeśli on chce ich mieć pod kontrolą, to żeby im zrobić coś złego, czy może tylko od czasu do czasu jednemu z drugim podstawić nogę, czy walnąć go w głowę kamieniem, lub zgniłym kartoflem? A jeśli chodzi o to coś złego, to co by to mogło być?
Takie są te moje pytania, które kieruję pod adresem Piotra Śmiłowicza, ale mimo to nie do niego. Pod jego adresem, bo to on może i powinien na nie odpowiedzieć. A nie do niego, bo wiem, że mi nie odpowie. Nie odpowie mi, bo on nie rozmawia, ale tylko mówi. Widziałem to na jego blogu, że on nie dyskutuje. Siedzi w swoim mieszkaniu, myśli, a następnie to co wymyśli, wysyła w realną już bardzo przestrzeń. Albo za pieniądze swojemu kumplowi Wojciechowi Maziarskiemu, albo za darmo – tu do nas, żebyśmy zobaczyli, co się dzieje w liberalnych demokracjach. A więc albo jako zawodowy dziennikarz, albo pełen pasji bloger. A zatem – co oczywiste – jeśli ja stawiam te pytania, to nie po to, by uzyskać na nie odpowiedź, ale żeby pokazać, że one są. I jeszcze po coś. Żeby udowodnić już najbardziej dobitnie swoją tezę z poprzedniego wpisu. Że nic nie jest naszą prywatną sprawą. Czy mamy do czynienia z kimś, kto sprowadza sobie do domu prostytutki i raczy je i siebie kokainą, czy siedzi w domu zupełnie sam, i popijając co najwyżej wódkę czystą, duma sobie, jak by to było liberalnie i demokratycznie, gdyby tak wszystkim chrześcijanom wyrżnąć na czole krzyż, nic nie jest tylko naszą sprawą. Nawet gdyby Piotr Śmiłowicz nigdy tej swojej fascynacji pewnymi tatuażami nie ujawnił publicznie, lecz wyłącznie je śnił w serdecznym i cichym upojeniu, to też nie byłaby jego sprawa. Bo tak to się jakoś dzieje, że kiedy człowiek, wracając w niedzielny poranek z nocnej zabawy, słyszy dzwony kościoła, a później widzi ludzi udających się na poranną mszę i przyłapuje się na tym, że nie może swojego pełnego miłości spojrzenia oderwać od ich czół, wszystko co zrobi już później, wszystko co powie i wszystko co sobie zaplanuje będzie robił, mówił i planował w pewien ściśle zdeterminowany sposób. A świat to zauważy. I zadrży.
Jest jeszcze gorzej. Jest taka ewentualność – a domyślam się, że wielu obrońców red. Śmiłowicza wybierze własnie takie wyjaśnienie owego fenomenu – że Śmiłowicz napisał co napisał nie dlatego, że on tak naprawdę myśli, ale dlatego, że chciał błysnąć. A że jest zwykłym idiotą, to błysnął jak błysnął. Osobiście uważam, że tak nie jest. Mam w stosunku do Śmiłowicza wiele bardzo paskudnych podejrzeń, ale akurat nie to. Ja myślę – niestety – że on jest bardzo zwykły. Ale, nawet gdyby miało się okazać, że się co do niego mylę, to też jego ewentualny idiotyzm nie jest jego prywatną sprawą. No, po prostu nie. Nawet gdyby powiedział przepraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...