Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roman Polański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roman Polański. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 listopada 2009

Kupa i pieniążek, czyli dobry koniec pewnego etapu

Ciekawa sprawa. Przydarzyły mi się już wczoraj dwie pozornie kompletnie błahe rzeczy, które, może przez swój trochę ukryty sens, a może przez to, że obie w zupełnie przypadkowy sposób dotyczyły dokładnie tej samej kwestii, spowodowały we mnie tak intensywny bieg myśli, że pomyślałem sobie, że zarwę wieczór, a może i noc, i spróbuję opisać to, co mi chodzi po głowie, nie czekając do niedzieli. Tak się jednak składa, że, jak wspomniał bardzo inteligentnie przed laty John Donne, „nikt nie jest samotną wyspą”, a ja dodam przytomnie, że szczególnie ten, któremu żona i dzieci codziennie muszą przypominać, że ma wziąć tabletkę na serce, więc w takich oto razach, nie pozostaje mi nic innego, jak zacisnąć zęby i poczekać na bardziej sprzyjający moment. Choć może jednak i na tę noc, kiedy wszyscy już będą spali. No i ostatecznie tak to się właśnie dzieje. Oni śpią, ja to piszę, a jutro z rana, kiedy już wszystko starannie przemyślę, wstawię te słowa tam gdzie ich miejsce.
Stało się mianowicie tak, że po południu obejrzeliśmy sobie z Toyahową kawałek dokumentalnego filmu telewizji BBC, w którym Michael Palin oprowadza nas po okolicach Himalajów. Trafiło na Pakistan. Palin prowadzi nas do pewnego miasteczka, gdzie w pewnym miejscu, w samym tego miasteczka centrum, znajduje się miejsce, gdzie można sobie zamówić dowolną sztukę broni palnej. Nie jest to sklep z bronią, ale warsztat, w którym tę broń się produkuje. Na zamówienie. Przychodzisz, prosisz o kałasznikowa i oni ci tego kałasznikowa wykonują jak należy za w sumie niewielkie pieniądze. Wszystko zupełnie oficjalnie, na oczach ruchliwej ulicy. Wkoło słychać co chwilę nawet pojedyncze, czy seryjne wystrzały, bo ktoś gdzieś sprawdza, czy towar jest sprawny. Film jest sprzed dobrych kilku lat, więc niewykluczone, że ten biznes się już tak dobrze nie kręci, jednak to co tam widzimy, robi oczywiste wrażenie. I nagle Palin pyta człowieka, który go oprowadza, kto kupuje te karabiny i po co, i na to dostaje niezmienną odpowiedź, że to jest wszystko związane z plemienną tradycją. Broń jest po to, żeby nią zabijać. Ot i cała filozofia.
W nieco innym miejscu, ktoś Palinowi tłumaczy, że w Pakistanie on nie ma się absolutnie czego bać, bo ludzie są bardzo przyjaźni i gościnni. I tak, faktycznie zresztą, jest na każdym kroku. Ludzie, z którymi on rozmawia, są naprawdę sympatyczni, przyjaźni i gościnni. Jednak w którymś momencie, ktoś precyzuje, że to co tam się dzieje, wsparte jest jakby na dwóch filarach, z których jeden to gościnność, a drugi to zemsta. Gościnność i zemsta. Oto cała konstrukcja tamtej kultury. Gościnność i zemsta.
Myślałem sobie o tych dwóch wymiarach, nie potrafiłem o nich zapomnieć, wspominałem wszystko, co dotychczas na temat tego Pakistanu i w ogóle kultur niechrześcijańskich miałem okazję słyszeć, przypomniałem sobie również mój dość stary już tekst zatytułowany „Mukhtar Mai, czyli splendor na maksa” (polecam!), ale i tak wciąż mi wracała ta sekwencja, jak jakaś obsesja – gościnność i zemsta.
I oto młody Toyah zaprosił mnie, oczywiście za moje pieniądze, do kina. Od razu, jeśli ktoś ma wobec mnie jakiekolwiek podejrzenia, muszę poinformować, że nie był to ani najnowszy polski hit, zatytułowany Rewers, ani też amerykański łamacz serc z Willem Smithem o siedmiu duszach. Poszliśmy na zupełnie nowy film Law Abiding Citizen, o przedziwnym polskim tytule Prawo zemsty. Przepraszam, ale muszę opowiedzieć choć troszeczkę. Sprawa polega na tym, że jest człowiek, który ma żonę i córeczkę i któregoś dnia przychodzą do jego domu bandyci i mordują obie. Bandyci zostają ujęci, ale ze względu na, z jednej strony, błędy proceduralne, a z drugiej zagmatwane kwestie prawne, główny bandyta zostaje skazany na jakieś pięć lat, a zdecydowanie mniej winny – na karę śmierci. Nie chcę i nie mogę tu wchodzić w szczegóły, ale to co w tym filmie wyprawia system sprawiedliwości, woła o pomstę do nieba. Przez kolejne dziesięć więc lat, człowiek, któremu źli ludzie zamordowali rodzinę, a System odmówił sprawiedliwości, najpierw przygotowuje się, a wreszcie budzi się do… otóż nie zemsty. Najciekawsze w tym filmie jest to, że w ogóle nie chodzi o zemstę. On nie chcę się mścić. On chce spalić System, a z nim cały świat. I wtedy zaczyna się coś, co on sam określa bardzo znamiennym i niezwykle w tym kontekście interesującym słowem ‘biblical’!
Film, który mnie zainspirował do dzisiejszego tekstu jest o tyle ciekawy, że w całym cyklu filmów o zemście, on wyznacza całkiem nowy etap. Otóż zemsta jest niczym. Tu już nie ma się na kim mścić. Tu wyłącznie chodzi o to, żeby stopniowo, metodycznie, bezlitośnie, a co najważniejsze, w pełnym poczuciu egzekwowania sprawiedliwości, rozbić System.
Ktoś bardzo podejrzliwy powie mi, że przenoszę swoje obsesje na coś, co jest zdecydowanie obok mnie. Nieprawda. W filmie, o którym piszę, słowo ‘System’ pada – albo bezpośrednio, albo w sposób zdecydowanie sugerujący – niezliczona ilość razy. To jest zupełnie niewiarygodne! Dzisiejszy Hollywood wyprodukował zwykły, sensacyjny, w sumie bardzo klasyczny film popularny, który opowiada o tym, że świat doszedł do tego miejsca, gdzie jeśli znajdzie się ktoś, kto go w swojej szczerej i jak najbardziej usprawiedliwionej furii zechce spalić, zasłuży na miano bohatera. Mamy faceta, którego, w sumie, nie spotkało nic takiego baaaaardzo wyjątkowego. Bandyci zamordowali mu rodzinę, a wymiar sprawiedliwości się nie popisał. Mieliśmy to tyle razy! Jednak tu nie mamy do czynienia ze zwykłym death wish. Nasz bohater nie zabija tylko złych ludzi. On zabija wszystkich tych, którzy dla niego reprezentują właśnie System. Nawet tych z pozoru zupełnie niewinnych. Zwykłych urzędników. A co najciekawsze, scenariusz tego filmu jest tak skonstruowany, że to jemu, a nie sędziom, policjantom, prokuratorom, urzędnikom widz kibicuje. Najbardziej okrutnemu mordercy, który stanął w obliczu Systemu.
I ja się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w czasach, gdy już zdawałoby się nie ma miejsca dla rozważań na temat zbrodni i kary, sprawiedliwości i jej braku, prawdy i kłamstwa, popularna kultura ni stąd ni z owąd podejmuje taki temat? I to jeszcze z tak okropnie politycznie podejrzanym zacięciem. Bo – powtarzam – w tym akurat filmie nie chodzi o to, że stało się zło, ktoś kto miał się nie pomylić, pomylił się, więc trzeba było błąd naprawić ręcznie. Tu nie chodzi o błąd. Tu sprawa dotyczy Systemu, którego już się naprawić nie da. Więc, co im strzeliło do głowy? Czy jest może tak, że oni – bo to przecież, nie oszukujmy się, są ONI – uznali, że to co się wokół nas dzieje zmierza w bardzo złym kierunku i trzeba chyba trochę odpuścić i zmienić kurs, czy może oni dalej uważają, że całe to gadanie o prawie i sprawiedliwości jest głupie, niepotrzebne, a przede wszystkim bardzo staroświeckie, ale ludzie zaczynają się denerwować, więc trzeba im od czasu do czasu rzucić, niczym ochłap, jakieś złudzenie, żeby się choć na moment zamknęli?
Uważam, że bez względu na to, która z tych opcji jest prawdziwa, przekaz, który uzyskujemy jest bardzo pozytywny. Bowiem, tak czy inaczej, wygląda na to, ze to co stanowi naturalny kształt świata i naturę człowieka, jest nie do pokonania. Choćby całe zespoły mędrców i proroków nowych czasów użyły wszystkich swoich talentów i umiejętności, choćby nawet zaprojektowali najbardziej kłamliwą manipulację i tę manipulację zastosowali wobec całych społeczeństw, jest coś co sprawia, że tego co prawdziwe, pierwotne i niewzruszone, nigdy się już nie zmieni. Bez względu na to, czy uznali swoją porażkę, czy może tylko próbują przegrupować siły, Amerykanie robią wrażenie – nie po raz pierwszy zresztą ostatnio – jakby zobaczyli, że z żywymi ludźmi nie ma żartów. Właśnie Amerykanie. Bardzo to moim zdaniem jest ciekawe i znamienne.
Opowiedziano mi wreszcie – w sposób z całą pewnością bardzo subiektywny i strywializowany – o czym jest, wspomniany nie tylko wyżej, najnowszy polski film Rewers. Chodzi o to, że młoda Buzkówna je jakąś cenną monetę, następnie robi z niej kupę, później ją myje, zjada i znów ją wydala… i tak bez końca, do końca życia. Taki to jest film. Moneta i kupa. Jak mówię, biorę pod uwagę, że ten film jest o wiele głębszy, niemniej w jedno nie uwierzę – że on jest tak głęboki, że gdzieś obok tej kupy stawia przed nami problem Systemu, braku sprawiedliwości i próby tej sprawiedliwości wyegzekwowania. A już na pewno, nie na poziomie powrotu do wymiaru prawdziwie biblijnego. A więc najbardziej prawdziwego.
Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Obserwując bardzo uważnie wszelkie znaki i wszelkie gesty, słuchając wszelkich słów, które dochodzą do nas od strony tak zwanego establishmentu, mam nieustające wrażenie, że tam już jest tylko kupa. Kupa i jedzonko. A wszystko na poziomie czystego grepsu. Weźmy choćby jednego z wybitnych przedstawicieli owej society, Daniela Olbrychskiego. Wystąpił ów mędrzec parę dni temu u Moniki Olejnik i po raz kolejny wygłosił obronę Romana Polańskiego. Nie wiem, czy może nie przeoczyłem czegoś wcześniej, niemniej mam wrażenie, że tym razem Olbrychski posunął się dalej niż dotąd, pod każdym względem. Mianowicie najpierw powiedział, że on uważa, że skoro Polański już został za swój czyn sprzed trzydziestu lat skazany, należałoby mu dać już spokój, a następnie – kiedy red. Olejnik parokrotnie zapewniła go, że Polański nie został wcale skazany, oświadczył – troszkę zdziwiony, bo nie wiedział! – że on i tak Polańskiego będzie bronił bez względu na wszystko, bo to jest jego przyjaciel! Co dodatkowo jeszcze może się wydawać bez znaczenia, ale dla mnie jakoś uzupełnia całość, Daniel Olbrychski, rozmawiając z Olejnik, siedział przez cały czas odwrócony do niej tyłem, patrzył w niebo jak na scenie i wypowiadane przez siebie zdania najzwyczajniej w świecie recytował. Słowo daję! Siedział więc tyłem i pokazywał najbardziej wyraźnie jak tylko to możliwe, że on ani nic nie wie, ani nic nie rozumie, ani nic nie czuje, i że prawdopodobnie nie jest już nawet człowiekiem, a jedynie nakręcanym pajacem, pozbawionym nawet już duszy.
Moneta i kupa. Oto zakręt, na którym znaleźli się oni, a z nimi, niestety, my wszyscy, w naszej drodze do nowej cywilizacji. Nie wiem, czy akurat Amerykanie ten etap w ogóle przeszli, czy może jakoś tylko im przemknął. Wiem jednak, że są już dziś od niego bardzo, bardzo daleko i zdecydowanie wychodzą na prostą. Europa – a za nią oczywiście my, pod przewodnictwem naszych elit – jak najbardziej wciąż się kręci wokół tych dwóch filarów. Pieniążka i kupy. Już było dziś o filarach. Kompletnie innych – o gościnności mianowicie i zemście. Ja wiem, że tu też jest nie do końca bezpiecznie, ale skoro już mam wybierać, to jednak bym się chyba zdecydował na ten Pakistan. Przynajmniej do czasu.

wtorek, 29 września 2009

Między sztuką a szarym koszmarem

Kiedy powstawał wczorajszy mój wpis, najpierw w mojej głowie, a następnie już tu, na tym blogu, wiedziałem naturalnie, że zło które stało się jego tematem, ma dwa końce. Na jednym z nich, co oczywiste, stoi bezpośredni jego sprawca, czyli Roman Polański, natomiast na drugim ci wszyscy, którzy dziś, albo z wyrachowania, albo ze skrajnej bezmyślności, mu klaszczą. I kiedy piszę o klaskaniu, mam na myśli klaskanie dosłowne, a nie tylko zwykłe zrozumienie dla tego, co on przed ponad trzema dekadami zrobił temu dziecku, czy choćby ledwo wybaczenie. Mówię o autentycznym klaskaniu, którego wprawdzie na razie nie słychać, ale które już z całą pewnością widać i co do którego nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że kiedy on już opuści ten areszt i rozpocznie tryumfalny objazd swoich włości, to je usłyszymy. I będziemy patrzeć na te rozjaśnione szczęściem twarze i wiernie wyciągnięte dłonie, by i nas dotknął i by nas raczył zauważyć. I słuchać tego falującego zgiełku radości i ostatecznej satysfakcji.
I to czego będziemy świadkami, już w żadnej mierze nie będzie przypominało owego, wcześniej już wspomnianego, „płonącego, jastrzębiego tryumfu”, lecz będzie już tylko czystą beztroską radością. Radością tych, którzy po prostu cieszą się, że ten którego kochają, wyrwał się ostatecznie z rąk złych, nicnierozumiejących i tak okropnie niesympatycznych ludzi. A przecież może i nawet zwierząt?
Wiedziałem więc o tym, że to zło tworzy bardzo szczególną pętlę, choćby dlatego, że to zawsze się tak dzieje. Tak to już na tym biednym świecie jest, że występek nigdy nie działa w izolacji. Zawsze jest tak, że ktoś kogoś krzywdzi, kogoś innego gorszy, a na zewnątrz tego wszystkiego jest zawsze wystarczająco duża grupa tych, których ta ciemność, w ten czy inny sposób, urzeka. To co pozostaje zagadką, to wyłącznie, jak duża będzie ta grupa i kto się w niej znajdzie. Wśród całej plejady najróżniejszych postaci – przyjaciół, znajomych, wielbicieli talentu Romana Polańskiego, czy w końcu tylko ludzi, dla których jest coś zawsze niezwykle interesującego w dociekaniu, jak to zło w gruncie rzeczy złem nie jest – widzieliśmy i znanych artystów, polityków, aktorów, dziennikarzy, czy reżyserów. Widzieliśmy też osoby zupełnie nieznane, dopiero wchodzące na ten rynek, ledwo co aspirujące do tego, by zahaczyć swoim sumieniem o to, co się na naszych oczach dzieje. A więc była Izabela Cywińska i pozostali autorzy listu w sprawie ratowania Polańskiego przed nieludzkim prawem, był Wojciech Pszoniak w nieodłącznym szaliku, był Ryszard Kalisz ze swoją skupioną miną doświadczonego prawnika, ale też nawet pojawił się niejaki Borys Lankosz – postać mi zupełnie nieznana – swoją elokwencją i dyskretnym poczuciem humoru, udowadniając, że ci co go zaprosili do złożenia świadectwa, z całą pewnością wiedzieli co robią.
Pojawił się jednak jeszcze ktoś, kto – całkowicie nieoczekiwanie – przebił wszystkich pozostałych w tworzeniu tej nowej rzeczywistości końca czasów. Mam na myśli reżysera, Krzysztofa Zanussiego. O Zanussim mam opinię szalenie pogmatwaną. Z jednej strony, uważam, że jego wczesne filmy, takie jak Barwy ochronne przede wszystkim, czy Życie rodzinne, czy nawet Iluminacja, to arcydzieła europejskiego kina, a scenariusze, które sam tworzył, to przykłady naprawdę wielkiej literatury. Nie mam też wątpliwości co do tego, że w czasach gdy dawał się poznać szerokiej publiczności, miał on wszelkie cechy człowieka niezwykle wrażliwego, a kto wie, czy wręcz mądrego. Z drugiej strony, z mojego punktu widzenia, jego twórczość w późniejszych latach, stopniowo, z każdym rokiem, artystycznie i intelektualnie się degenerowała, aż osiągnęła poziom tego czym on się zajmuje obecnie. Czyli sztuki, która pod każdym względem jest tak nieporadna, tak niechlujna i wreszcie artystycznie tak zła, że fakt iż Zanussiemu wciąż ktoś daje pieniądze na to co on robi, może tylko budzić charakterystyczne uniesienie brwi.
Jest jednak jeszcze coś, co jeśli idzie o osobę Krzysztofa Zanussiego, dręczyło mnie od samego początku. Ile razy go widziałem i słuchałem, to oprócz tego niezmiennego przekonania o tym, że jego ciepły i zrównoważony głos niesie przekaz zawsze bardzo ważny, czułem, że z nim jest coś nie w porządku. Tak jakby ten jego wizerunek był, bardzo dyskretnie, przybrudzony czymś obcym, kompletnie nieopisanym, niedotykalnym, a co – jeśli się kiedyś ujawni – może wywrócić całą naszą opinię na jego temat do góry nogami. Pisząc te słowa, chcę być maksymalnie delikatny, bo cała ta sprawa jego bardzo ciemnej strony – mam wrażenie – jest bardzo delikatna. Chodzi mi o to, że przez te wszystkie lata, kiedy jeszcze zachwycałem się twórczością Zanussiego, miałem bardzo silne poczucie tego, że on, kiedy zamyka za sobą drzwi swojego mieszkania, wyzwala demony. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, o jakich demonach myślę, choćby dlatego, że z demonami jest jakoś tak, że one są jak ludzkie koszmary. Niezliczone i nigdy do końca nieopisane.
I myślę, że jest to najlepszy moment, by zapewnić wszystkich, że wcale nie mam tu na myśli faktu współpracy Krzysztofa Zanussiego ze służbami. Ani nie wiem, czy wiadomości, które swego czasu podała Gazeta Polska są wiarygodne, ani też – nawet gdyby były bardzo wiarygodne – jego losy jako komunistycznego kolaboranta nie są dla mnie bardzo interesujące. Choćby z tego względu, że ja mam bardzo silne przekonanie, że bezwzględna większość środowiska, które reprezentuje Zanussi, a więc reżyserów i aktorów, współpracowała ochoczo, w ten czy inny sposób, dzień i noc. Mówiąc o tej mrocznej stronie duszy Krzysztofa Zanussiego, mam na myśli coś całkowicie ponad- i poza-politycznego. Coś, co nigdy nie pozwalało mi do końca patrzeć na niego w taki sposób, jak się patrzy na ulubionego, czy nawet pogardzanego artystę. Mówię tu o Zanussim, jako o osobie całkowicie prywatnej. Jako o kimś kto mieszka – nomen omen – za ścianą.
I właśnie wczoraj, Krzysztof Zanussi wystąpił w programie Moniki Olejnik Kropka nad i. Oczywiście, podobnie jak większość środowiska, był oburzony tym, w jaki sposób i amerykańskie prawo i znaczna część opinii publicznej potraktowała jego kolegę, Oczywiście objaśniał, tak uwodzicielsko jak tylko on potrafi, wszelkie niuanse jakie niesie ze sobą zło. Opowiadał o tego zła psychologii i o tym, jak ludzie są zdeterminowani swoim własnym, osobistym nieszczęściem i jak to ciężar, który na sobie niosą nie pozwala im pokazać całej swojej szlachetności. W pewnym momencie nawet pozwolił sobie na utratę naturalnej dla siebie kontroli, i nazwał tę dziewczynkę, którą Roman Polański tak brutalnie skrzywdził przed laty – prostytutką. Więcej. Nazywając ją w ten sposób, uruchomił w sobie całą dla niej pogardę, która w pewnym momencie stała się wręcz fizyczna. A później na dodatek, starając się relatywizować zło, które uczynił Polański, skierował swoje oburzenie na tych, którzy to zło pokazują palcem, zarzucając im uleganie najniższym instynktom tępej zawiści i pragnienia ludzkiej krzywdy. Więc, zajmując się dziś osobą Krzysztofa Zanussiego, nie kieruję się swoim oburzeniem na to, co u niego jest dokładnie takie samo, jak u pozostałych reprezentantów środowiska, czyli złość, zakłamanie, krętactwo i kompletny brak wrażliwości. W tym co mówił Zanussi znalazłem coś znacznie większego, co stanowczo przekracza wszystko to, czym zabłysnęli jego koledzy. Otóż on, objaśniając urok tego zła, starając się znaleźć dla niego maksymalnie życzliwy opis, odmawiając ludziom prawa do wyrażania moralnego oburzenia, plując wreszcie na to nieszczęsne dziecko swoją napuszoną, pełną wyniosłości pogardą, jednocześnie mówił cały czas o grzechu i o zwycięstwie tego grzechu. Pokazywał świat, który doszedł już do swojego końca, gdzie wszystko już wolno, gdzie zło spowszedniało tak iż już nie wiadomo, co nim jeszcze jest, a co nim już być przestało. Biedna redaktor Olejnik wciąż starała się utrzymać go na powierzchni zdarzeń i czynów, a on jak oczarowany wracał nieustannie do tego zwycięskiego Szatana. Od początku do końca tej audycji, niemal przez cały czas, poruszał się Krzysztof Zanussi na poziomie niemal religijnym. W pewnym momencie, z przerażeniem zauważyłem, że wiele z tego co on mówi, mogłoby się zupełnie uczciwie znaleźć w którymś z ostatnich tekstów, które powstały w ramach tego blogu. Z jedną, bardzo kluczową różnicą. On opisywał to zło jako byt tryumfujący i jednocześnie ludzi, którzy temu złu ulegają, jak całkowicie bezbronne, zdeterminowane, a przez to całkowicie usprawiedliwione, jego ofiary. Pod koniec programu był już tak nakręcony, że już tylko czekałem, aż uniesie w górę ręce i zawoła „Chwalmy Pana, bo oto przyszedł Król Ciemności!”
Zastanawiam się więc teraz, co sprawiło, że Krzysztof Zanussi – z taką złością mówiąc o tym zgwałconym dziecku – pokazał tę swoją, dotychczas mniej lub bardziej starannie ukrytą, twarz. I przychodzą mi do głowy dwie możliwości. W pierwszą właściwie nie potrafię uwierzyć, więc pozostawię czytelnikom tego bloga, by sami ją sobie może dopowiedzieli. Natomiast druga jest taka, że jest niezwykle prawdopodobne, że to co zrobił Polański, większości osobom z branży nie wydaje się w żaden sposób ani szokujące, ani nawet intrygujące. Oni po prostu uważają się za artystów i wierzą, że jako tacy mogą prowadzić takie życie, jakie sobie wybiorą, a czym ono będzie bardziej szokujące z punktu widzenia jeszcze jakoś tam trzymającego się na równych nogach cywilizowanego świata, tym nawet lepiej. I może być tak, że Krzysztof Zanussi również, zupełnie szczerze i autentycznie, uważa, że nic takiego się nie stało. I kiedy wczoraj u Olejnik wspominał coś o tym, że – owszem – nie jest ładnie krzywdzić seksualnie małe dziecko, to robił to wyłącznie z charakterystycznej dla siebie publicznej ogłady.
Jest jednak jeszcze jedna ewentualność. Strony praktyczna i teoretyczna całego przedsięwzięcia się tu doskonale uzupełniają. To zło jest czynione przez nich wyłącznie po to, by w ten sposób mogli skutecznie autoryzować swój udział w projekcie już czysto ideowym. A Krzysztof Zanussi, jako osoba niezwykle starannie wykształcona, inteligentna, a przede wszystkim elokwentna, miał jedynie nam przedstawić ogólne założenia tego projektu.

poniedziałek, 28 września 2009

Usłyszeć ten syk

Z jednej strony z przykrością, a z drugiej, tylko ze zdziwieniem, stwierdziłem fakt, że cała seria ostatnich wpisów na tym blogu nie dotyczy już polityki. Z przykrością dlatego, że może to świadczyć o tym wprawdzie, że – jakoś tam podświadomie – uznałem, że w polityce sprawy idą w dobrym kierunku, ale też, może być i tak, że wręcz przeciwnie, nie ma już o czym gadać. Bo przyznać tu muszę, że kolejne tematy nie są wynikiem mojej przemyślanej decyzji. One pojawiają się dokładnie według wzoru, w jaki układają się moje codzienne myśli (i to jest właśnie kwestia tego zdziwienia). A, ostatnio, tak się jakoś dzieje, że ja o polityce zwyczajnie nie myślę. I, gdyby miało się okazać, że ze zwykłej rezygnacji, i zupełnie podświadomie, wyparłem z siebie wszelkie kwestie związane z moim pragnieniem, by ostatecznie ujrzeć Donalda Tuska i jego jedenastkę, na peryferiach polskiej polityki, to byłoby mi bardzo przykro.
Polityka więc wisi gdzieś w najdalszej perspektywie, a ja patrzę przede wszystkim na to, co z takim poczuciem bólu przedstawiłem w obu tekstach na temat projektu zatytułowanego ‘Alicja Tysiąc’, czyli w efekcie czegoś co niechybnie przypomina koniec czasów. Co widzę dziś? Otóż widzę to przede wszystkim, że amerykański system wymiaru sprawiedliwości wreszcie znalazł sposób, by wyegzekwować swoje pretensje do osoby Romana Polańskiego. No i jednocześnie, niestety, widzę, jak kulturowa i cywilizacyjna dostojność tego wydarzenia zostaje, najpierw z pełnym wyrachowaniem, a później już tylko na zasadzie odtwarzania głosu tzw. autorytetów, przykryta przez powszechny krzyk w obronie tego, co wydarzyło się już ponad 30 lat temu.
Zanim przejdę do rzeczy, bardzo proszę posłuchać pewnej historii, którą zaczerpnąłem z powieści, a jednocześnie z filmu, który dla mnie zawsze stanowił jedno z pierwszych źródeł pewnej szczególnej wiedzy moralnej. Mam na myśli Ojca Chrzestnego. Z całą pewnością w książce, a również – o ile pamiętam – w telewizyjnej, bardzo poszerzonej, wersji filmu Coppoli, tradycyjnie znana scena wizyty Hagena w Hollywood została poszerzona o jeden niezwykły epizod. Sytuacja w każdym razie jest taka, że Hagen przybywa do Hollywood, żeby się spotkać z Woltzem, słynnym filmowym producentem, by poprosić go o rolę dla Johnnego Fontane. Kiedy czeka na niego w recepcji, widzi przed sobą, na kanapie „najpiękniejsze dziecko, jakie Hagen widział kiedykolwiek. Dziewczynka ta miała nie więcej, niż jedenaście, czy dwanaście lat, była ubrana bardzo kosztownie, ale prosto, jak dorosła kobieta. Miała niewiarygodnie złote włosy, ogromne, niebieskie jak morze oczy i świeże, malinowe usta. Towarzyszyła jej kobieta będąca najwyraźniej jej matką…”
Po jakimś czasie, kiedy już wiadomo, że Woltz – człowiek, w oczywisty sposób, zły i zepsuty – nie da roli Johnnemu i Hagen musi wracać do Nowego Jorku, by przekazać złe wieści Donowi, opuszczając, tym razem już prywatną, posiadłość Woltza, widzi jeszcze raz tę dziewczynkę. I tak tę (fikcyjną absolutnie przecież) scenę opisuje Puzo, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego: „Czekając pod oświetloną kolumnadą na samochód, Hagen zobaczył dwie kobiety wsiadające do długiej limuzyny, która już stała na podjeździe. Była to owa piękna, dwunastoletnia złotowłosa dziewczynka i jej matka, które widział rano w biurze Woltza. Teraz jednakże prześlicznie wykrojone usta dziewczynki były jakby rozmazane w obrzmiałą, różową masę. Błękitne oczy miała zamglone, a kiedy schodziła po schodach do samochodu, jej długie nogi chwiały się jak nogi okulawionego źrebięcia. Matka podtrzymywała dziewczynkę, pomagała jej wsiąść, sykała jej do ucha rozkazy. Obróciła głowę, by rzucić Hagerowi krótkie, ukradkowe spojrzenie, i dostrzegł w jej oczach płonący, jastrzębi tryumf. A potem i ona zniknęła we wnętrzu limuzyny”.
Jeśli ktoś nie zna Ojca Chrzestnego i całej filozofii, która stanowi oczywisty przekaz tej historii, powinien mieć świadomość, że brutalność tej sceny przekracza wszelkie pozostałe opisy gwałtu i mafijnej przemocy, jakie tam znajdujemy. Z punktu widzenia ludzi mafii, wszystko to, co oni robili, było oczywiście złe, było czymś za co każdy z nich miał najprawdopodobniej trafić do piekła, ale utrzymywało się zawsze w ramach jakiejś – dziwnej i perwersyjnej – ale jednak, etyki. Hagen wiedział, że w momencie kiedy oni wszyscy przybyli do Ameryki i zdecydowali o swoim przyszłym życiu, tym samym podpisali na siebie cyrograf. Wiedziała to też pani Corleone, codziennie modląc się za duszę, wciąż jeszcze przecież, żyjącego męża. Kiedy jednak patrzył na to dziecko, wyprowadzane nad ranem z apartamentów Woltza, wiedział choćby to, że Johnny Fontane ostatecznie dostanie swoją rolę. Z tej prostej przyczyny, że Woltz to człowiek, który nie ma honoru. A zatem, jego da się zmusić do wszystkiego.
Obawiam się, że gdyby Mario Puzo pisał swoją książkę dziś, musiałby stanowczo tę scenę albo wyciąć, albo przedstawić ją – w najgorszym wypadku – jako część tamtego świata, jako tamtego świata kontekst, by nikt nie miał poczucia zbyt dokuczliwego dysonansu. Gdyby pisał tę książkę dziś, musiałby, na przykład, dać do zrozumienia, że na tym własnie polega Hollywood, a za nim i cały nasz świat, i że nawet jeśli to co się tam dzieje nazwiemy złem, to będzie to jedynie takie samo zło jak każde inne, a więc w rezultacie nasze, zaprzyjaźnione, dobrze nam znane zło. No a już z całą pewnością nie sugerowałby, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Don Vito Corleone i jego zbrodnicze otoczenie, to co zrobił Woltz, wołało o pomstę do nieba, lub choćby tylko wywoływało rumieniec wstydu na twarzy.
Roman Polański, ponad już trzydzieści lat temu, na jednym z przyjęć zgwałcił trzynastoletnią dziewczynkę. A amerykańskie prawo, a za nim ja, używa słowa ‘zgwałcił’, bo prawdopodobnie w języku, wymierającej, ale jednak wciąż współczesnej cywilizacji, nie ma innego określenia dla tego, co tam się wówczas stało. Wprawdzie dziś, banda zepsutych, całkowicie zdemoralizowanych łajdaków, tłumaczy nam, że to nie był gwałt, bo to dziecko wyglądało jak dorosła kobieta, i przede wszystkim samo bardzo chciało zaspokoić zwierzęce instynkty Romana Polańskiego i jego ustosunkowanych przyjaciół. Jednak fakt pozostaje faktem. Ktoś tę dziewczynkę tam przyprowadził i nie zrobił tego po to, by te zwierzęta mogły zaczerpnąć intelektualnej inspiracji z jej obecności. Ja nie mam pojęcia, jak wyglądają przyjęcia w Hollywood i co trzeba zrobić, żeby się na nich znaleźć. Ale tyle, to się mogę domyśleć, że tam nie wchodzi się ot tak sobie. A jeśli na tych przyjęciach pojawiają się alkohol, narkotyki, czy małe dzieci, to nie na zasadzie magicznej sztuczki, tylko dlatego, że ktoś złożył odpowiednie zamówienie.
Może i jestem naiwny i głupi, ale nie na tyle z pewnością, by uwierzyć w te wszystkie bzdury, próbujące zracjonalizować ówczesne pojawienie się tego dziecka obok Romana Polańskiego. Widzę dziś tę dziewczynkę, już trzydzieści lat starszą, typową spasioną Amerykankę, która, Bóg jeden wie, co zyskała na tym, że kiedy zaczynała swoje życie, znalazła się wśród tych wilków. Z całą pewnością, ani Polański, ani jego kumpel Jack Nicholson, ani nikt inny z tego chorego towarzystwa, nie załatwił jej aktorskiej kariery. Domyślam się, że za ten jednorazowy gest, dostała jakieś ciężkie pieniądze, dzięki którym ona i jej opiekunowie przeżyli swoje dotychczasowe życie. To mnie jednak bardzo mało obchodzi. Czym się dziś zadręczam, to wspomnianym na samym początku tego tekstu załamaniem i – obawiam się – ostatecznym krachem tego co znaliśmy pod pojęciem nowoczesnej chrześcijańskiej cywilizacji. A co z tak przerażającą wyrazistości obserwuję w wypowiedziach najprzeróżniejszych obłąkańców, którzy apelują o objęcie tego odrażającego czynu amnestią, by nie powiedzieć – zrozumieniem.
Bo – nie oszukujmy się – to są zapowiedziane znaki. Matka, otoczona przez tabuny najbardziej czarnych doradców, wyciągająca serię odszkodowań od najprzeróżniejszych instytucji za to, że zmuszono ją do urodzenia dziecka. Dziecka, które żyje, chodzi do szkoły, ogląda otaczający je świat i pewnie marzy o tym, że kiedyś stanie się coś, co będzie dobre i piękne. Sędzia niezawisłego sądu, z bezwzględną surowością potępiająca tych, którzy pokazali zło palcem. Ekskluzywne prostytutki zostające prezesami państwowych firm. Zaczadzeni ludzie, z wykrzywionymi złością twarzami, wołającymi o śmierć. I wreszcie „płonący jastrzębim tryumfem” świat. Drżący z emocji na widok nadchodzącego końca.
Panie, zmiłuj się nad nami!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...