Z pewnym opóźnieniem dotarła do mnie wiadomość o śmierci Seawolfa – wybitnego i niezwykle popularnego w Sieci blogera. Wbrew bardzo silnym pozorom, nasze wzajemne stosunki były znacznie lepsze, niż – zwłaszcza w ostatnich miesiącach – można było zgadywać. Seawolf był dla mnie kimś na tyle bliskim, że dziś, kiedy słyszę, że Go już tu z nami nie ma, czuję straszny żal i martwię się, jak jasna cholera. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez Niego, blogera Seawolfa, to miejsce, gdzie wszyscy się w ten czy inny sposób spotykamy, już nigdy nie będzie takie jak poprzednio. I będzie też o wiele bardziej bylejakie.
Cieszę się, że spotkałem Go na swojej drodze, żałuję pewnych słów, które na Jego temat powiedziałem, ale ponieważ wiem, że On akurat stał zawsze ponad moimi obsesyjnymi podejrzeniami, traktował mnie z należnym pobłażaniem, i wbrew wszystkiemu, uważał mnie za swojego kolegę, jest mi dziś znacznie, znacznie lżej.
Proszę, pomódlmy się za duszę Seawolfa, i wesprzyjmy osieroconą Jego odejściem rodzinę, choćby kupując książkę, którą ostatnio napisał i szczęśliwie jeszcze zdążył wydać:
slowaimysli.pl/pozycja/alfabet-seawolfa/3
slowaimysli.pl/pozycja/alfabet-seawolfa/3