Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemysław Gosiewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemysław Gosiewski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2012

O dwóch pokazach w temacie narodowej godności

Ostatnie dni mijają mi na pewnej pracy, która od czasu do czasu mi wpada dzięki uprzejmości pewnego mojego kolegi aż zza Cambridge, i dzięki której udaje się nam przeżyć kolejne dni, i przez to ani nie mam odpowiedniego natchnienia do pisania, ani tym bardziej do rozglądania się dookoła i obserwowaniu jak ten nasz świat tonie. A że tonie, nie możemy już co do tego mieć najmniejszych wątpliwości.
Przede wszystkim, jak pewnie wszyscy już wiemy, odkopano biedne, porozrywane na strzępy ciało Przemysława Gosiewskiego… i okazało się, że się nic nie stało. To znaczy, owszem, wedle dochodzących do nas pokątnie – trochę wstydliwie, trochę z nutką obrzydzenia – informacji, w tych udręczonych zwłokach rosyjscy przyjaciele pani doktor Ewy Kopacz zaszyli całą kupę najróżniejszych śmieci, a charakter tych śmieci wskazuje na to, że nie mieliśmy tu do czynienia ani z błędem, ani z tak zwaną „ruskim dziadostwem”, ani z lekceważeniem, ale wręcz przeciwnie – z działaniem bardzo starannym, pełnym uwagi i skupienia. Z sytuacją wręcz pokazową. A więc to wiemy. Tak, oni pokazali nam bardzo dobitnie, że na pewnym poziomie cywilizacyjnym, coś takiego jak ciało, nawet nie polskiego patrioty i bohatera, ale zwykłego człowieka, pozostaje w najlepszym wypadku workiem na śmieci. Jednak czy z tego pokazu, narodziła się w naszej polskiej świadomości jakaś nowa jakość? O tym mowy być nie może. Jak idzie o nową jakość, nowe znaki, nową myśl – nie stało się nic.
Jak mówię, nie bardzo miałem ostatnio możliwość śledzenia bieżących wydarzeń, więc możliwe że coś mi umknęło. Jednak jeśli nawet, to nie mogło być coś tak dużego jak powszechny, wylewający się poza granice naszego biednego kraju płacz. Jestem pewien, że to akurat bym zauważył. Zauważyłbym przynajmniej tak, jak nie mogłem przegapić konferencji prasowej owych dwojga młodych ludzi, nazywanych przez media „rodzicami małej Magdy”, kongresu założycielskiego Solidarnej Polski, wspólnej konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego i Marka Jurka, a nawet – a kto wie, czy nie przede wszystkim – uroczystego otwarcia mostu na Wiśle. No i oczywiście, nawet gdyby tam rzeczywiście rozległ się ów płacz, musiałbym go usłyszeć przynajmniej tak samo wyraźnie jak wyraźnie ujrzałem to zbezczeszczone ciało. A nie usłyszałem nic.
Mamy nowy most na Wiśle. Warszawiacy czekali na niego całe lata. I wreszcie jest! Wczoraj wieczorem poszedłem na skromną wizytę i w telewizorze zobaczyłem migawkę z uroczystości zorganizowanych przez władze Warszawy na tym nowym moście i w jego okolicach. Wedle dostępnych szacunków, uroczystość otwarcia mostu zgromadziła 50 tys. osób. Telewizyjny obraz pokazał najpierw tych ludzi, radosnych i kwitnących dumą i satysfakcją, nad nimi przepiękny pokaz ogni sztucznych, a nad tymi ogniami, wznoszący się, jak na zaszczytnym posterunku, helikopter o znanej już w całym kraju nazwie „Błękitny 24”. 50 tys. ludzi – 50 tysięcy! –skąpanych w blasku pokazu sztucznych ogni. Warszawa ma nowy most!
A ja nie mogę już ani myśleć, ani tym bardziej dalej pisać. Bo nie ma wystarczająco głębokich myśli, ani odpowiednio mocnych słów. Jest tylko to umęczone, wypchane ruskimi śmieciami ciało i ten piękny pokaz ogni nad pięknym warszawskim mostem. Żebyśmy wiedzieli. Żebyśmy nie zapomnieli. I żebyśmy milczeli.

Proszę wspierać ten blog. Dziękuję.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Upadek na ryj z prędkością Luxtorpedy

Właśnie dowiedzieliśmy się – nie z mediów, bo media, jak wiemy, mają inne sprawy na głowie – że od tego roku, jeśli będziemy planować wyjazd pociągiem z Katowic, gdzie mieszkamy, do naszego ukochanego Przemyśla, będziemy musieli wygospodarować dodatkowe 4 godziny na przejazd tam i z powrotem. Dlaczego? Otóż z tej prostej przyczyny, że od tego roku, te 300 km jakie dzielą Katowice od Przemyśla, pociąg obsługiwany przez ministra Grabarczyka będzie przejeżdżał już nie w pięć godzin, jak to było dotychczas, lecz w siedem. A więc ze średnią prędkością jakichś 40 km/g.
Syn mój przypomniał mi atmosferę, jaką System stworzył wokół osoby poległego w Smoleńsku śp. Przemysława Gosiewskiego, kiedy ten załatwił swoim wyborcom stację kolejową we Włoszczowej. W pewnym momencie sprawa tej stacji opanowała świadomość publiczną w Polsce do tego stopnia, że straciło znaczenie dokładnie wszystko, włącznie z tym nawet, że jak spojrzeć na tego kalekę, to można się posrać ze śmiechu. O co poszło? Oczywiście o wszystko, co akurat było pod ręką, ale, jeśli się skupić na argumentach, powiedzmy, merytorycznych, problem polegał na tym, że jeśli ten pociąg, pędzący jak przedwojenna Lukstorpeda, będzie się musiał na trasie z Katowic do Warszawy zatrzymywać w tej cholernej Włoszczowej, nie będzie już tak szybki i piękny.
I oto dziś, każdy kto chce sobie pojechać z Katowic do Przemyśla, wie, że ta podróż – podkreślam, lekko ponad 300 km. – zajmie mu ponad 7 godzin. Tym sposobem, został wyrównany rekord podróży pociągiem z Katowic do Krakowa, która dziś zajmuje ponad 2 godziny. A zatem, kierunek został wytyczony. Podobnie, jak przez ten oto gest, został zilustrowany symboliczny wymiar rządów Platformy Obywatelskiej. Nie w formie obrazu, lecz w układzie dynamicznym. A więc w ruchu. I co? Nic. Cisza.
A więc oto, jak już wspomnieliśmy, kierunek. Ale też, co pewnie jeszcze bardziej dla nas istotne, prędkość. Odwrotnie proporcjonalna do szybkości jazdy tych pociągów. Są tacy, co – przerażeni nieprawdopodobną skutecznością kłamstwa, które nas otacza – sugerują, ze to już tak musi zostać. Że to zło jest niezwyciężone. Że ono jest wieczne. Otóż nie. To jest nieprawda. Są bowiem rzeczy, których nawet jeśli przestraszy się człowiek, przede wszystkim nie zniesie natura. A więc to już jest koniec. Pędzący z prędkością przedwojennej Luxtorpedy. Radujmy się!

piątek, 25 czerwca 2010

Chaos pożarł Irasiada



Jeszcze w roku 2008 napisałem w Salonie wpis zatytułowany „Na Irasiadzie do niebytu”. Była to refleksja oparta o wywiad jaki Dziennik opublikował z dziś już świętej pamięcią Przemysławem Gosiewskim i nas reakcjach jakie ten wywiad wywołał wśród przyplatformowego bractwa. Atak jaki sprowokował Gosiewski związany był właściwie z jednym tylko fragmentem jego wypowiedzi, a mianowicie zdaniem, że przy tak trwałym podziale naszej sceny politycznej, z jakim mamy do czynienia, PiS prędzej czy później wróci do władzy i że „tylko kataklizm” mógłby ten fakt zmienić.
Wówczas słowa Gosiewskiego o kataklizmie po ciemnej stronie wywołały wyłącznie wściekły rechot, a dziś, kiedy w gruncie rzeczy ledwo dochodzimy do siebie po kataklizmie, który nie tylko zabrał na Prezydenta, ale i samego Gosiewskiego, myślę, że byłoby dobrze się zastanowić, czy to jest własnie ta sytuacja, o której wspomniał Przemysław Gosiewski dwa lata temu. Czy to jest właśnie ta sytuacja i początek tego procesu, czy może jest to zupełnie inna sytuacja i początek innego procesu. Procesu podobnego, ale jakże innego? Bo jak wiemy kataklizmy walą różnie. To tu to tam. A huk jaki po nich zostaje, rozbrzmiewa wszędzie. Przeczytajmy najpierw ten stary tekst.
W Dzienniku został opublikowany wywiad z Przemysławem Gosiewskim, zatytułowany „Tylko kataklizm może zatrzymać PiS". Ponieważ nie czytam Dziennika, prawdopodobnie, nie wiedziałbym nawet o tej rozmowie, gdyby nie to, że w dzisiejszym Salonie pojawił się na ten temat komentarz jednego z bardziej aktywnych bojowników o oczyszczenie przestrzeni publicznej z elementów symbolizowanych przez ludzi takich jak Przemysław Gosiewski. Postanowiłem zabrać w tym temacie głos, jednak wbrew pozorom nie po to, żeby polemizować z tymi, którzy Gosiewskiemu życzą wszystkiego najgorszego, ani nawet bronić samego Gosiewskiego. Robię to po to, by zwrócić uwagę na coś co się wyprawia w naszym życiu publicznym już od pewnego czasu, a wcale najbardziej nie dotyczy ani zaczadzonych komentatorów ani samego Gosiewskiego, ale całej przestrzeni polityczno-medialnej. Mam tu na myśli manipulację z jednej strony, a wściekłość z drugiej.
O co chodzi? Publikuje Dziennik rozmowę z Przemysławem Gosiewskim, zwykłą rozmowę z jednym z polityków. Gosiewski, jak to Gosiewski - ważny polityk Prawa i Sprawiedliwości - analizuje podczas tej rozmowy sytuację polityczną w Polsce z punktu widzenia miejsca, w którym się znajduje. Czytamy zwykłą rozmowę z Gosiewskim, taką jak wiele innych, tyle że zapisaną na papierze, więc zgrabną stylistycznie i uporządkowaną. W sumie przy tym żadnych rewelacji. Gosiewski mówi, że Platforma zawodzi, że PiS się szykuje do ewentualnego powrotu do władzy, i mniej więcej cały wywiad oscyluje wokół tych dwóch kwestii, z pewnymi szczegółami. W pewnym momencie, przyciskany przez dziennikarza, skąd mu w ogóle przyszło do głowy, że PiS może jeszcze kiedykolwiek wrócić do władzy (absurd, prawda?), odpowiada, że scena jest, jego zdaniem podzielona trwale, więc albo PO, albo PiS. Trzeciej siły, przy słabości komunistów raczej nie będzie, chyba, że nastąpiłby jakiś kataklizm. Standard.
Oczywiście Dziennik, tytułuje całość tak jak wyżej, za tym tytułem pędzi cała medialna propaganda, za propagandą pędzą zawsze gotowi komentatorzy, i wszyscy strasznie się cieszą, że Gosiewski zwariował i mówi, ze tylko kataklizm może powstrzymać PiS. Nie wiem, jak inni, ale tekst, który mnie zainspirował, poświęcony jest szydzeniu z Gosiewskiego, bo ten, rzekomo, jest już dziś pewien, że w 2011 roku PiS wraca do władzy, i polemizowaniu z Gosiewskim na poziomie, na którym polemika nie istnieje. Wprowadza się więc autor tego paszkwilu w stan polemiki nie z Gosiewskim, ale ze swoim wyobrażeniem Gosiewskiego i z tym, co mu się wydaje, że Gosiewski mówi. Tak naprawdę więc nie ma argumentów, lecz jedynie powtarzane od dawna tezy, że PiS jest do niczego i że właściwie już jest po PiS-ie.
Autor tej recenzji jest trochę taki, jak pani Toyahowa, kiedy się na mnie zezłości. Ona, jeśli w takich sytuacjach mnie nienawidzi, i mówi rzeczy, które jakoby miałyby mnie dotyczyć, to tak naprawdę ani nie ma na myśli ani mnie, ani moich zachowań, tylko czegoś, co się jej w nerwach przywidziało, albo przesłyszało. Gosiewski bowiem w wywiadzie dla Dziennika nie mówi, że PiS z pewnością wróci do władzy. On większą część swojej wypowiedzi poświęca analizie sytuacji politycznej i wyrażaniu nadziei, że dzięki ciężkiej pracy, uda się władzę odzyskać. Ale oczywiście tytuł jest wyraźny: „Tylko kataklizm...". A skoro tak, to można walić w Gosiewskiego, jak w bęben.
Pisze nasz polityczny ekspert, że PiS na pewno przegra kolejne wybory, bo nawet jeśli nie powstanie żadna nowa siła, a PO się skompromituje, to i tak ludzie zagłosują na komunistów, a nie na PiS. Ja oczywiście uważam tę opinię za niemądrą, no ale jest to opinia, więc niech sobie będzie. Jednak co to wszystko ma wspólnego z tym, że Gosiewski jest podobno - jak zwykle - głupi? Nie mam pojęcia. To znaczy, mam pojęcie. Pewne pojęcie, wynikające z doświadczenia, mam. Otóż wcale nie chodzi o to, co Gosiewski mówi. To co się liczy, to fakt, że Gosiewski mówi. A Gosiewski, jak wiemy, jest mały, gruby, niezgrabny i na dodatek jeszcze bełkocze. I peron we Włoszczowej wybudował. I to wszystko, w sposób wzorowy determinuje całą resztę. Dlatego też na przykład, mówiąc o Gosiewskim, ani razu nie używa się jego nazwiska. O Gosiewskim pisze się wyłącznie ‘Gosiu'. I na to nie ma absolutnie rady, dlatego że dla wielu Gosiewski tak naprawdę nie jest nawet człowiekiem. Wielu prędzej by się udławiło własnym językiem niż napisało o Gosiewskim per „Gosiewski”. Jest albo „Gosiu”, albo „Edgar”, albo „włoszczowska pokraka”, jeśli ktoś ma talenty bardziej poetyckie.
Myślę jednak, że to, akurat, używanie formy ‘Gosiu', jest objawem ogólnego upadku instynktu samozachowawczego po stronie przeciwników Prawa i Sprawiedliwości. Oni, z zupełnie niezrozumiałego powodu, autentycznie uznali, że mają naprzeciwko siebie bandę idiotów, z których nawet jeśli jeszcze są jakieś szczątki, to i tak już obserwujemy samą końcówkę. Najpierw nakręcili oni propagandowy mechanizm, oparty w dużej mierze na kłamstwie, następnie uwierzyli w to kłamstwo, które sami skonstruowali, a w efekcie całe swoje emocje i wszelkie działania praktyczne oparli na tym właśnie kłamstwie. Chodzą więc w kółko, strasznie z siebie zadowoleni, i powtarzają słowa-znaki, gesty-symbole, w głębokim przekonaniu, że te znaki i symbole tworzą jakąś realną rzeczywistość.
Wczoraj, przez chwilę wymieniałem opinię z kimś o nicku irasiad. Mam wrażenie, że wielu przeciwników PiS-u i wielu tych, którzy, gdyby mieli okazję, utopiliby obu Kaczyńskich w łyżce zupy, oparli swoje polityczne emocje na dwóch filarach; na nienawiści i rechocie. Oni - kiedy mówią: ‘Kaczyński', albo ‘Gosiewski', albo ‘Ziobro' - nie analizują, nie spekulują, nie myślą. Oni wyłącznie szukają jakiegoś krótkiego hasła, które pozwoli im podbudować swoją nienawiść czymś bardziej realnym. I stąd te wszystkie ‘irasiady', ‘borubary', ‘jarkacze', ‘lechuje'. To jest trochę tak, jakbym ja, nienawidząc Kwaśniewskiego, jedyne co bym na jego temat nosił w sercu, to słowo ‘goleń', ewentualnie ‘filipińska zaraza'. Ktoś by mnie pytał, dlaczego ja nie lubię komunistów, a ja bym zaczynał rżeć i mówił, że nie lubię bezy. A jak bym się zapisywał do jakiegoś portalu, gdzie wymagany jest nick, to bym sobie wybierał coś w stylu ‘olekijola'.
Jest to wszystko, o czym tu piszę, głupie, jak nie wiem. A jeśli się człowiek nad tym głębiej zastanowi, to na dodatek jeszcze może i przygnębiające. Tak jak przygnębiający jest każdy przejaw intelektualnego upadku, gdziekolwiek z nim mamy do czynienia. Jednak przy tym, mamy też iskierkę nadziei. Bo jest akurat tak, że jeśli chce się odnieść polityczny sukces, trzeba mieć coś zdecydowanie cięższego, niż gimnazjalne grepsy. Coś takiego, jeśli zadziała to najwyżej raz. Za drugim razem trzeba się będzie postarać znacznie bardziej.
Irasiadem, Gosiem, czy Borubarem wyborów się nie wygrywa.
A więc tak to mogło się wydawać wtedy, gdy jeszcze nikomu poza najbardziej oszalałymi z miłości elementami projektu o nazwie Platforma Obywatelska, nawet do głowy nie przyszło, że zanim dojdzie do kolejnych rozstrzygnięć, zarówno Lech Kaczyński jak i Przemysław Gosiewski zostaną zmieceni z powierzchni ziemi właśnie przez pewien kataklizm. A jak jest dzisiaj? Czy dziś widać wyraźniej jak to jest z tym Borubarem i Irasiadem? Czy dziś Borubar i Irasiad są w stanie coś wygrać? Otóż z całą pewnością nie. I jest bardzo prawdopodobne, że oni stracili swą moc ani nie przez zwykły upływ czasu, ani przez swoją kiczowatość, lecz właśnie przez ten kataklizm. Wszystko wskazuje na to, że jednak Przemysław Gosiewski i miał rację i jej nie miał. Miał, bo kataklizm, to poważna rzecz. To tak! Natomiast nie miał, bo zapomniał, że – jak już wspomniałem wyżej – każdy kataklizm jest chaosem. A chaos, jak wiemy, może zdradzić nawet zło.

wtorek, 8 czerwca 2010

A co jeśli - ś.p. Przemysławowi Gosiewskiemu



Najpierw dni, potem i tygodnie, a teraz już nawet miesiące mijają od katastrofy, a my wciąż chodzimy na czarno. Nawet jeśli nie w dosłownym, to z całą pewnością w symbolicznym sensie. Ja na przykład na tapecie swojego komputera i w swojej komórce wciąż mam zdjęcie tej Ewy, tak pięknej i wzruszającej w swoim smutku i w tej swojej żałobie. Dlaczego? Żeby lepiej pamiętać. Wyłącznie po to. Żeby lepiej pamiętać. Ja naturalnie wiem, że są ludzie, którym to bardzo nie w smak. Na przykład pani Kidawa-Błońska wyraźnie zaznaczyła, że ona toleruje takie zachowania najwyżej przez tydzień, a po tym czasie oczekuje normalnej zabawy. Przykro mi jednak. Nic z tego. Mamy żałobę. Nam jest smutno. I nawet jeśli jakimś cudem przegramy te wybory, to i tak bardziej smutno nam już nie będzie. A to też, jeśli chcecie wiedzieć, jest jakaś siła. Myśmy już przeżyli wszystko.
A zatem – mijają miesiące, a my wciąż płaczemy. A mimo to, czas płynie nieubłaganie i nagle, w tym smutku – jestem pewien, że nie tylko mi się to przydarzyło – człowiek przyłapuje się na nagłym zdziwieniu… O cholera! Przecież on też. Jego też już nie ma. Jego też zdmuchnęli razem ze wszystkimi. I jest jeszcze bardziej przykro. Zwłaszcza gdy – znów o niej muszę wspomnieć – popatrzymy na kolegów tej Kidawy, jak już sobie świetnie poradzili z tą trudną przecież nawet dla nich sytuacją i wzięli się za zwykłą robotę. Donald Tusk nawet przebrał się z garnituru w T-shirt, już nawet powoli zapomniał o swojej post-smoleńskiej roli i pokazał, że jest przede wszystkim lokalnym piłkarzem, a nie czołowym polskim politykiem.
Siedzimy więc, przyczajeni, czekamy na rozwój wypadków i tylko czasami – jak mówię – drapiemy się w nasze otępiałe pały i krzyczymy: „Przecież on też!” Jakież to dziwne.
Przypomniał mi się własnie w ten sposób Przemysław Gosiewski. Gdyby ktoś stracił z pamięci tę niesamowitą, absolutnie przecież niecodzienną i wyjątkową postać, której braku nawet nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, pragnę z bólem serca przypomnieć – Przemysław Gosiewski nie żyje. On też zginął w tej katastrofie. Jego też już nie ma. Można przestać się śmiać.
I właściwie mógłbym w tym miejscu skończyć pisać ten tekst. Zostawić go tak, w tym niedokończonych kształcie i pozwolić już tylko się zagubić w rozmyślaniach. Ale nie. Muszę coś jeszcze przypomnieć. Mam tu na myśli tekst, który napisałem jeszcze w roku 2008, kiedy Przemysław Gosiewski nadawał sens i naszemu życiu i życiu tych wszystkich dziwnych ludzi, którzy od pewnego czasu idą najprostszą drogą, drogą śmiechu właśnie i nienawiści, a dziś są jak te sieroty. Pozostawione na tej smutnej stacji Włoszczowa sieroty, przeżuwające wciąż swoją czarną satysfakcję nie wiadomo nawet już dla kogo i po co. Bardzo proszę, wspomnijmy Przemysława Gosiewskiego. Jestem pewien, że sobie na to wspomnienie zasłużył. I nam się ona należy. Może jeszcze bardziej.
Dzisiejszy dzień mija pod znakiem zabawy, jakiej czujnym obserwatorom naszego życia politycznego, dostarczył Przemysław Gosiewski. Jakby ktoś się jeszcze nie zorientował, chodzi o to, że Gosiewski, albo – jak najbardziej nawet inteligentni i intelektualnie opanowani komentatorzy czują się w obowiązku zauważać – Edgar, wystąpił wczoraj u Rydzyka i bełkotał. Bełkotał do tego stopnia, że fragmenty jego wypowiedzi były niezrozumiałe. Tym samym z miejsca wzbudził podejrzenia, że jest pijany… no i, w sposób absolutnie zrozumiały, doprowadził wielu do szyderczych parsknięć.
Temat ten poruszyłem już w komentarzu na blogu mojego kolegi z Salonu marka.dumle, ale ponieważ i Marek retorycznie się wykręcił, a i ja jakoś nie potrafię o sprawie zapomnieć, uznałem, że wypada zwrócić się do Was z pewną refleksją.
Jeśli idzie o Gosiewskiego, każdy chyba zauważył, że od pierwszego dnia, kiedy jego osoba stała się częścią publicznego przekazu, stał się Gosiewski jednocześnie i politykiem jednym z ważniejszych, a jednocześnie politykiem jednym z najbardziej wykpiwanych. Za co śmiejemy się z Gosiewskiego? Najbezpieczniej byłoby powiedzieć, że z Gosiewskiego śmiejemy się dlatego, że jest głupi, niesympatyczny, a być może jeszcze po prostu zły. Tak by było najbezpieczniej, ale chyba nie do końca szczerze i prawdziwie. Bowiem faktem jest, że wielokrotnie – jeśli nie przede wszystkim – z Gosiewskiego się śmiejemy dlatego, że wygląda pokracznie i mówi bełkotliwie. Powiem precyzyjniej – wygląda bardziej pokracznie, niż większość z nas, i mówi też bardziej niewyraźnie, niż my sami i ludzie, których na co dzień spotykamy.
Dlaczego uważam, że główny ton szyderstw z Gosiewskiego nie jest spowodowany merytoryczną, czy też intelektualną stroną tego, co Gosiewski robi i mówi? Dlatego najzwyczajniej, że Gosiewski może i jest głupi, ale na pewno nie bardziej głupi, niż zdecydowana większość polityków i w ogóle osób publicznie znanych. Gdybyśmy się chcieli śmiać z Gosiewskiego ze względów merytorycznych, to nasze śmianie się byłoby czystą stratą czasu i energii. Gosiewski, bowiem, jeśli intelektualnie odstaje od przeciętnej, to akurat nie w tym kierunku, o którym modnie jest tu myśleć. Fizycznie jest inaczej. Fizycznie faktycznie Gosiewski rzuca się w oczy. Ciekawe przy tym jest, że on absolutnie się tym zdaje nie przejmować. Robi wrażenie człowieka, który zna swoją wartość, zna swój cel i, co może najważniejsze, zna intelektualny i czysto ludzki wymiar osób, które się z niego śmieją.
Wczoraj Gosiewski wystąpił u Ojca Rydzyka i fatalnie bełkotał. On zawsze mówi niezbyt wyraźnie, ale tym razem, mówił bardzo niewyraźnie. Do tego stopnia niewyraźnie, że część jego wypowiedzi była niezrozumiała. Oczywiście, w telewizji TVN natychmiast przypomniano bełkot prezydenta Kwaśniewskiego i zasugerowano, że Gosiewski był po prostu pijany, tak jak niegdyś Kwaśniewski. Ja nie mam pojęcia, czy Gosiewski jest pijakiem. Nie wiem, czy on w ogóle pije, a jeśli pije, to co pije i, jak na alkohol reaguje. Wiem, że pije Kwaśniewski, wiem, że pił Wachowski, wiem, że, przynajmniej kiedyś, jeszcze w czasach starej Solidarności, pił Wałęsa. Czy pije Gosiewski – nie wiem? Biorę pod uwagę, że może i pije. Nie wykluczam więc, że wczoraj był pijany do tego stopnia, że bełkotał.
Tak na marginesie, muszę się przyznać, że ja bardzo lubię alkohol. Lubię whisky przede wszystkim, ale też lubię koniak, Lubię też czerwone wino i mam okresy, kiedy piję dużo piwa. Mimo to, że bardzo lubię alkohol, nie upijam się. W ogóle. Z tej prostej przyczyny, że ja bardzo źle znoszę stan tak zwanego upojenia. Wystarczy, że wypiję ciut za dużo. Nie dużo. Ciut za dużo, a natychmiast zaczynam bełkotać. To jest u mnie pierwszy objaw tego, że za dużo wypiłem. Zaczynam bełkotać i kręci mi się w głowie. W ogóle dość często kręci mi się w głowie, nawet kiedy jestem po mleku, herbacie, czy kawie. Tak jestem skonstruowany. W przypadku Gosiewskiego, tym bardziej nie wiem, czy on bełkotał, bo był pijany, czy może bełkotał, bo wypił troszkę za dużo i nawet mimo tego, że nie był pijany, miał bełkotliwy głos. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że Gosiewski zawsze mówi bełkotliwie. Nawet kiedy jest ewidentnie trzeźwy. On mówi bełkotliwie troszkę na zasadzie takiej, na jakiej mi właściwie bez przerwy kręci się lekko w głowie.
Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego używam zwrotu „tym bardziej”. Otóż Gosiewski nie zawsze wyglądał tak jak dziś. Kiedyś, w Newsweeku, poświęconym razem z okładką Gosiewskiemu, widziałem jego zdjęcie, jako młodego mężczyzny. Na tym zdjęciu Gosiewski stoi pod Murem Berlińskim i wygląda ładniej, niż w tych czasach wyglądałem ja i większość moich znajomych.. Oczywiście, możliwe, że to tylko zdjęcie, ale faktem jest, że młody Gosiewski wyglądał w najgorszym wypadku zwyczajnie. Wygląda na to, że od tego czasu stało się coś, co sprawiło, że Gosiewski zaczął się fizycznie zmieniać. I co sprawiło, że wygląda dziś tak, jak wygląda i że w najróżniejszych miejscach, szczególnie w okolicach portalu onet.pl. budzi kpiący śmiech.
Nie wiem na ile to jest prawda, zwłaszcza, że tę opinię słyszałem tylko raz, ale spotkałem się ze zdaniem, że Przemysław Gosiewski cierpi na chorobę, która ma wpływ na jego wygląd zewnętrzny. Jak mówię, nie wiem, na ile to jest prawda, ale biorę pod uwagę, że to może być prawda. A jeśli faktycznie jest tak, jak słyszałem, to sytuacja zmienia się dramatycznie. Gosiewski, jak wszyscy wiemy, słowem nie mówi na ten temat, jest zawsze mocny, pewny siebie i – w moim odczuciu – intelektualnie bardzo sprawny. Oficjalnie – poza tym jednym wypadkiem – nie było na ten temat żadnych chyba informacji, ale jest oczywiście możliwe, że Gosiewski jest chory. A jeśli tak, to mogło się zdarzyć, że wczoraj w audycji Radia Maryja, Gosiewski mówił bełkotliwie nie dlatego, że był pijany, ale z zupełnie innych przyczyn. A jeśli tak, to nie ma się z czego śmiać.
Oczywiście całe to moje pisanie może być kompletnie bez sensu. Ja zdaję sobie doskonale sprawę z tego, co ryzykuję. Może się okazać, że Gosiewski wcale nie jest chory. Może się też okazać, że on wygląda jak wygląda, bo tak. Bez przyczyny. Ja na przykład jestem mały i gruby, ktoś ma wielkie uszy, kto inny potwornie krzywe nogi, a jeszcze kto inny jest komicznie pokręcony. Może się nawet okazać, że Gosiewski był wczoraj u Rydzyka pijany jak bela i powinien zostać za to wyśmiany.
Ale chciałem przy tym zwrócić uwagę na jeszcze inne ryzyko. Ryzyko, jakie wszyscy na siebie bierzemy, kiedy się z kogoś śmiejemy. A śmiać się lubimy. Czym bardziej jesteśmy wykształceni, czym bardziej wyszczekani, czym bardziej czujemy się wylansowani, tym częściej czujemy potrzebę śmiać się z innych. Znam świetnie środowiska, w których do dobrego tonu należy kpić i to, jak skutecznie potrafimy się pośmiać z innych świadczy o naszej towarzyskiej pozycji. A śmiać się możemy z wszystkiego. Z tego, że Jarosław Kaczyński śpi z mamusią, z tego, że nie ma pieniędzy, z tego, że śmiesznie przebiera palcami. Śmiejemy się z polityków, z artystów, z sąsiadów, z kolegów, śmiejemy się z ludzi na ulicy i ten nasz śmiech zawsze świadczy nie tylko o naszym poczuciu humoru, ale o czymś więcej. O tym mianowicie, że jesteśmy inteligentni i błyskotliwi, jak tysiąc błyskawic.
Kiedyś Morrissey śpiewał: „It’s so easy to laugh, it’s so easy to hate. It takes strength to be gentle and kind”. Tak łatwo jest się śmiać. Tak łatwo nienawidzić. Grzeczność i dobroć wymagają siły. Pewnie, że łatwo się jest smiać. Pewnie, że łatwo jest kogoś znienawidzić. Czy w związku z tym nie należy się śmiać? Ależ skąd! Śmiejmy się. Śmiejmy się gdziekolwiek i kiedykolwiek mamy na to ochotę. Śmiejmy się z Gosiewskiego, Kaczyńskiego, z Pitery, z Kuby Wojewódzkiego, Dody i z Tuska i z kogo tylko mamy ochotę. Musimy jednak pamiętać, że tak samo, jak ja teraz ryzykuję, broniąc Gosiewskiego, tak samo ryzykują ci wszyscy, którzy się z niego dziś – i nie tylko dziś – śmieją.
Bo łatwo jest się śmiać. Ale też łatwo jest z siebie przy tym zrobić idiotę. Albo jeszcze gorzej – potwora.

piątek, 12 września 2008

A co jeśli?

Dzisiejszy dzień mija pod znakiem zabawy, jakiej czujnym obserwatorom naszego życia politycznego, dostarczył Przemysław Gosiewski. Jakby ktoś się jeszcze nie zorientował, chodzi o to, że Gosiewski, albo – jak najbardziej nawet inteligentni i intelektualnie opanowani komentatorzy czują się w obowiązku zauważać – Edgar, wystąpił wczoraj u Rydzyka i bełkotał. Bełkotał do tego stopnia, że fragmenty jego wypowiedzi były niezrozumiałe. Tym samym z miejsca wzbudził podejrzenia, że jest pijany… no i, w sposób absolutnie zrozumiały, doprowadził wielu do szyderczych parsknięć.
Temat ten poruszyłem już w komentarzu na blogu mojego kolegi z Salonu marka.dumle, ale ponieważ i Marek retorycznie się wykręcił, a i ja jakoś nie potrafię o sprawie zapomnieć, uznałem, że wypada zwrócić się do Was z pewną refleksją.
Jeśli idzie o Gosiewskiego, każdy chyba zauważył, że od pierwszego dnia, kiedy jego osoba stała się częścią publicznego przekazu, stał się Gosiewski jednocześnie i politykiem jednym z ważniejszych, a jednocześnie politykiem jednym z najbardziej wykpiwanych.
Za co śmiejemy się z Gosiewskiego? Najbezpieczniej byłoby powiedzieć, że z Gosiewskiego śmiejemy się dlatego, że jest głupi, niesympatyczny, a być może jeszcze po prostu zły. Tak by było najbezpieczniej, ale chyba nie do końca szczerze i prawdziwie. Bowiem faktem jest, że wielokrotnie – jeśli nie przede wszystkim – z Gosiewskiego się śmiejemy dlatego, że wygląda pokracznie i mówi bełkotliwie. Powiem precyzyjniej – wygląda bardziej pokracznie, niż większość z nas, i mówi też bardziej niewyraźnie, niż my sami i ludzie, których na co dzień spotykamy.
Dlaczego uważam, że główny ton szyderstw z Gosiewskiego nie jest spowodowany merytoryczną, czy też intelektualną stroną tego, co Gosiewski robi i mówi? Dlatego najzwyczajniej, że Gosiewski może i jest głupi, ale na pewno nie bardziej głupi, niż zdecydowana większość polityków i w ogóle osób publicznie znanych. Gdybyśmy się chcieli śmiać z Gosiewskiego ze względów merytorycznych, to nasze śmianie się byłoby czystą stratą czasu i energii. Gosiewski, bowiem, jeśli intelektualnie odstaje od przeciętnej, to akurat nie w tym kierunku, o którym modnie jest tu myśleć.
Fizycznie jest inaczej. Fizycznie faktycznie Gosiewski rzuca się w oczy. Ciekawe przy tym jest, że on absolutnie się tym zdaje nie przejmować. Robi wrażenie człowieka, który zna swoją wartość, zna swój cel i, co może najważniejsze, zna intelektualny i czysto ludzki wymiar osób, które się z niego śmieją.
Wczoraj Gosiewski wystąpił u Ojca Rydzyka i fatalnie bełkotał. On zawsze mówi niezbyt wyraźnie, ale tym razem, mówił bardzo niewyraźnie. Do tego stopnia niewyraźnie, że część jego wypowiedzi była niezrozumiała. Oczywiście, w telewizji TVN natychmiast przypomniano bełkot prezydenta Kwaśniewskiego i zasugerowano, że Gosiewski był po prostu pijany, tak jak niegdyś Kwaśniewski.
Ja nie mam pojęcia, czy Gosiewski jest pijakiem. Nie wiem, czy on w ogóle pije, a jeśli pije, to co pije i, jak na alkohol reaguje. Wiem, że pije Kwaśniewski, wiem, że pił Wachowski, wiem, że, przynajmniej kiedyś, jeszcze w czasach starej Solidarności, pił Wałęsa. Czy pije Gosiewski – nie wiem? Biorę pod uwagę, że może i pije. Nie wykluczam więc, że wczoraj był pijany do tego stopnia, że bełkotał.
Tak na marginesie, muszę się przed Wami przyznać, że ja bardzo lubię alkohol. Lubię whisky przede wszystkim, ale też lubię koniak, Lubię też czerwone wino i mam okresy, kiedy piję dużo piwa. Mimo to, że bardzo lubię alkohol, nie upijam się. W ogóle. Z tej prostej przyczyny, że ja bardzo źle znoszę stan tak zwanego upojenia. Wystarczy, że wypiję ciut za dużo. Nie dużo. Ciut za dużo, a natychmiast zaczynam bełkotać. To jest u mnie pierwszy objaw tego, że za dużo wypiłem. Zaczynam bełkotać i kręci mi się w głowie. W ogóle dość często kręci mi się w głowie, nawet kiedy jestem po mleku, herbacie, czy kawie. Tak jestem skonstruowany.
W przypadku Gosiewskiego, tym bardziej nie wiem, czy on bełkotał, bo był pijany, czy może bełkotał, bo wypił troszkę za dużo i nawet mimo tego, że nie był pijany, miał bełkotliwy głos. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że Gosiewski zawsze mówi bełkotliwie. Nawet kiedy jest ewidentnie trzeźwy. On mówi bełkotliwie troszkę na zasadzie takiej, na jakiej mi właściwie bez przerwy kręci się lekko w głowie.
Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego używam zwrotu „tym bardziej”. Otóż Gosiewski nie zawsze wyglądał tak jak dziś. Kiedyś, w Newsweeku, poświęconym razem z okładką Gosiewskiemu, widziałem jego zdjęcie, jako młodego mężczyzny. Na tym zdjęciu Gosiewski stoi pod Murem Berlińskim i wygląda ładniej, niż w tych czasach wyglądałem ja i większość moich znajomych.. Oczywiście, możliwe, że to tylko zdjęcie, ale faktem jest, że młody Gosiewski wyglądał w najgorszym wypadku zwyczajnie. Wygląda na to, że od tego czasu stało się coś, co sprawiło, że Gosiewski zaczął się fizycznie zmieniać. I co sprawiło, że wygląda dziś tak, jak wygląda i że w najróżniejszych miejscach, szczególnie w okolicach portalu onet.pl. budzi kpiący śmiech.
Nie wiem na ile to jest prawda, zwłaszcza, że tę opinię słyszałem tylko raz, ale spotkałem się ze zdaniem, że Przemysław Gosiewski cierpi na chorobę, która ma wpływ na jego wygląd zewnętrzny. Jak mówię, nie wiem, na ile to jest prawda, ale biorę pod uwagę, że to może być prawda. A jeśli faktycznie jest tak, jak słyszałem, to sytuacja zmienia się dramatycznie. Gosiewski, jak wszyscy wiemy, słowem nie mówi na ten temat, jest zawsze mocny, pewny siebie i – w moim odczuciu – intelektualnie bardzo sprawny. Oficjalnie – poza tym jednym wypadkiem – nie było na ten temat żadnych chyba informacji, ale jest oczywiście możliwe, że Gosiewski jest chory.
A jeśli tak, to mogło się zdarzyć, że wczoraj w audycji Radia Maryja, Gosiewski mówił bełkotliwie nie dlatego, że był pijany, ale z zupełnie innych przyczyn. A jeśli tak, to nie ma się z czego śmiać.
Oczywiście całe to moje pisanie może być kompletnie bez sensu. Ja zdaję sobie doskonale sprawę z tego, co ryzykuję. Może się okazać, że Gosiewski wcale nie jest chory. Może się też okazać, że on wygląda jak wygląda, bo tak. Bez przyczyny. Ja na przykład jestem mały i gruby, ktoś ma wielkie uszy, kto inny potwornie krzywe nogi, a jeszcze kto inny jest komicznie pokręcony. Może się nawet okazać, że Gosiewski był wczoraj u Rydzyka pijany jak bela i powinien zostać za to wyśmiany.
Ale chciałem przy tym zwrócić uwagę na jeszcze inne ryzyko. Ryzyko, jakie wszyscy na siebie bierzemy, kiedy się z kogoś śmiejemy. A śmiać się lubimy. Czym bardziej jesteśmy wykształceni, czym bardziej wyszczekani, czym bardziej czujemy się wylansowani, tym częściej czujemy potrzebę śmiać się z innych. Znam świetnie środowiska, w których do dobrego tonu należy kpić i to, jak skutecznie potrafimy się pośmiać z innych świadczy o naszej towarzyskiej pozycji. A śmiać się możemy z wszystkiego. Z tego, że Jarosław Kaczyński śpi z mamusią, z tego, że nie ma pieniędzy, z tego, że śmiesznie przebiera palcami.
Śmiejemy się z polityków, z artystów, z sąsiadów, z kolegów, śmiejemy się z ludzi na ulicy i ten nasz śmiech zawsze świadczy nie tylko o naszym poczuciu humoru, ale o czymś więcej. O tym mianowicie, że jesteśmy inteligentni i błyskotliwi, jak tysiąc błyskawic.
Kiedyś Morrissey śpiewał: „It’s so easy to laugh, it’s so easy to hate. It takes strength to be gentle and kind”. Tak łatwo jest się śmiać. Tak łatwo nienawidzić. Grzeczność i dobroć wymagają siły.
Pewnie, że łatwo się jest smiać. Pewnie, że łatwo jest kogoś znienawidzić. Czy w związku z tym nie należy się śmiać? Ależ skąd! Śmiejmy się. Śmiejmy się gdziekolwiek i kiedykolwiek mamy na to ochotę. Śmiejmy się z Gosiewskiego, Kaczyńskiego, z Pitery, z Kuby Wojewódzkiego, Dody i z Tuska i z kogo tylko mamy ochotę. Musimy jednak pamiętać, że tak samo, jak ja teraz ryzykuję, broniąc Gosiewskiego, tak samo ryzykują ci wszyscy, którzy się z niego dziś – i nie tylko dziś – śmieją.
Bo łatwo jest się śmiać. Ale też łatwo jest z siebie przy tym zrobić idiotę.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...