Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obojetność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obojetność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 grudnia 2010

Ballada o obojętności

Przez te niemal już trzy lata istnienia naszego bloga, można na palcach jednej ręki zliczyć wpisy, w których zaatakowałem w jakikolwiek sposób partię, z którą czuję się emocjonalnie i politycznie związany, a mianowicie Prawo i Sprawiedliwość. Właściwie, o ile dobrze pamiętam, możliwe że powszechnie znany wywiad z Pawłem był jedynym wypadkiem, kiedy zaatakowałem Prawo i Sprawiedliwość. Poza tym jestem wierny jak skała. Jestem wierny jak skala i temu projektowi, ale przede wszystkim jego autorowi i pierwszemu przedstawicielowi, czyli Jarosławowi Kaczyńskiemu. Oczywiście zdarzało mi się dokuczać tu różnym osobom w ten czy inny sposób związanym z PiS-em, nie mówiąc już o tym, że jestem w nieustannej wojnie z tzw. polską prawicą niepodległościowa i z wszystkimi możliwymi jej odmianami, zaczynając od Gazety Polskiej, a kończąc na jakichś kompletnie obłąkanych ugrupowaniach ze słowem ‘Polska’ w swojej nazwie. Jeszcze bardziej wrogo jestem nastawiony wobec wszelkiej maści dziennikarzy, próbujących się podczepić pod tzw. niezależne prawicowe dziennikarstwo. Prawo i Sprawiedliwość, jako partia i jego przywódca – Jarosław Kaczyński są tu jednak pod nieustanną ochroną.
Wbrew pozorom ten stan rzeczy nie jest dla mnie aż tak przyjazny, jak można by było się tego spodziewać. Wbrew pozorom, kiedy patrzę na Prawo i Sprawiedliwość nie jako na projekt, czy emanację niezwykłego politycznego talentu jego przywódcy, ale jak na cały szereg ważniejszych i mniej ważnych polityków, czy – jeszcze gorzej – na tak zwany teren, bardzo często ogarnia mnie, może nie aż czarna, ale jednak rozpacz. Kiedy znajduję rzadką okazję, żeby spotkać się z lokalnymi politykami PiS-u, czy dowiaduję się o sytuacji Partii w innych regionach Polski, czy nawet kiedy patrzę na niektórych z najbardziej eksponowanych polityków Prawa i Sprawiedliwości, nie mogę nie zadawać sobie pytania, co ja tu w ogóle robię? I jedyne co mi przychodzi w tej sytuacji do głowy, to refleksja taka mianowicie, że podczas gdy dla nich to jest praca i życie towarzyskie, dla mnie to żywioł. I też życie, tyle że wcale nie towarzyskie, ale realne i jedyne. A więc to raczej ze mną jest coś nie tak.
Niedawno miałem okazję rozmawiać z jedną znaczniejszych postaci, komentujących na tym blogu i w pewnym powiedziała mi ona, że jeśli miałaby wskazać na Prawo i Sprawiedliwość, jako na miejsce, które uważa za bezwzględnie swoje i jest mu się w stanie w jakiś tam sposób poświęcić, to ona myśli wyłącznie o dwóch osobach – Jarosławie Kaczyńskim i Antonim Macierewiczu. Otóż ja tę opinię świetnie rozumiem, a co więcej jestem bardzo skłonny ją podzielać. Jarosław Kaczyński i Antonii Macierewicz – w tej dokładnie kolejności. Reszta, jeśli zasługuje na zaufanie, to w mniejszy lub większy sposób ograniczone. I nie chodzi o to, że ja nie mam przekonania co do ich uczciwości, czy determinacji. Mam na myśli tylko to, że jeśli odejdzie Jarosław Kaczyński, to oni się rozpierzchną. Dlaczego? Bo tak naprawdę, patrząc na sprawy z pewnej szczególnej perspektywy, im jest dokładnie wszystko jedno.
Czy to jest informacja dramatycznie zła? Wbrew pozorom wcale nie. Przede wszystkim ze względu na osobę Jarosława Kaczyńskiego. On jest - nie powiem, że najwybitniejszą, bo to jest akurat oczywiste - ale jedyną prawdziwie wybitną postacią naszej sceny politycznej, a to że wbrew tej nieprawdopodobnej mizerii, i w gruncie rzeczy kompletnym osamotnieniu, utrzymuje ten swój projekt w tak wspaniałej kondycji, pokazuje tylko, jak bardzo wybitną. Cała reszta polskiej sceny politycznej, z całym jej medialnym i społecznym zapleczem, jest w stanie tak tragicznej zapaści, że gdyby nie Jarosław Kaczyński i jego partia, w ogóle nie byłoby o czym rozmawiać. Jak Jarosław Kaczyński to robi, że ta nędza z którą on musi współpracować, i którą siłą rzeczy musiał wydelegować do pracy na poziomach lokalnych, i to przy tak ciężkim ataku ze strony Systemu, jakoś działa, i to działa nienajgorzej – pozostaje dla mnie zagadką.
Co sprawia, że postanowiłem dziś pisać o tym, a nie na przykład o senatorze Platformy z Wałbrzycha, czy o najświeższych wypowiedziach Edmunda Klicha? Co powoduje, że nie chcę dziś napisać o wspaniałym występie Jacka Kurskiego u Moniki Olejnik, czy o bardzo sympatycznym wywiadzie Roberta Mazurka z Markiem Suskim, gdzie nagle widzimy Suskiego jako zdolnego, pełnego pasji człowieka, a nie kogoś o kim wcześniej mówiono tylko, że jest typem prowincjonalnego fryzjera? Czemu nie skomentuję zapowiedzi, którą wylały z siebie usta Donalda Tuska, że może się uda do 10 kwietnia przyszłego roku sprowadzić ze Smoleńska do Polski zwłoki naszego samolotu? Otóż to wszystko to są kwestie absolutnie doraźne. A, jak wiemy, doraźność jest jak najbardziej w porządku, tyle że niekiedy trzeba ją odsunąć na bok, zwłaszcza gdy sytuacja wymaga by powiedzieć parę słów, które naprawdę nie mogą czekać. Poza tym – i tu wrócę do tego co mówiłem wcześniej – kiedy spojrzymy dziś na Marka Migalskiego, Michała Kamińskiego, czy Adama Bielana, i uświadomimy sobie, gdzie oni się nagle znaleźli, co potrafią wykonać i powiedzieć, to wtedy dopiero będzie widać, jak wielkie ryzyko stoi za tym, żeby się nagle z powagą pochylać nad nawet kimś tak wybitnym i solidnym jak Jacek Kurski. A Wałbrzych? Wałbrzych pojutrze będzie już tylko znów jednym z małych polskich miast z tą samą co zawsze przyszłością. A Tusk? Przepraszam, ale ani dziś, ani jutro, ani w ogóle w najbliższym czasie.
A więc, co to jest takiego, co nie można czekać? Otóż syn mój przyniósł mi właśnie parę linków do youtuba, które nam otwierają coś, co najwidoczniej stanowi kampanię Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami samorządowymi. Ktoś się zapyta: „A to była jakaś kampania, poza kampanią Platformy o nie robieniu polityki?” I oczywiście będzie miał częściową słuszność. Bo wygląda na to, że choć kampania była, to pies z kulawa nogą o niej nie wiedział. Muszę tu parę słów o młodym Toyahu. Otóż on przy swoich wszystkich cudownych zaletach, ma to coś, co sprawia, że nie ma takiej rzeczy w Internecie, o której by nie wiedział. Ja mu mogę przynieść dowolną informację, dowolny dowcip, dowolne super interesujące zdjęcie – a on już okazuje się to wszystko od dawna zna. Kampanii spotowej PiS-u zatytułowanej ”Myśl samodzielnie” nie zauważył. To znaczy, jak słyszymy, zauważył, tyle że grubo po czasie. Z tego wniosek nasuwa się jeden: jeśli on ją przegapił, to prawdopodobnie przegapiła ją też zdecydowana większość tych, dla których ona została faktycznie zrobiona.
Tych spotów nie było ani w telewizji, ani nie było słowa o nich w prasie, ani nie poinformowano o nich w ogólnopolskich wiadomościach. Ktoś w PiS-ie wpadł na pomysł, żeby wyprodukować serię spotów, wydał na nie pieniądze, umieścił te fantastycznie cudowne spoty po kryjomu w Sieci, i na tym wszystko się skończyło. Opisując je użyłem sformułowania „fantastycznie cudowne” nie bez powodu. One rzeczywiście są tak poruszające, tak niezwykłe, tak mocne, że mam wrażenie, że jeśli idzie o poziom emocji, jakie one ze sobą niosą, czegoś podobnego dotychczas nie było. Pomysł był, tak jak to zwykle w tego typu przypadkach bywa, bardzo prosty. Widzimy zwykłych, miłych, skromnych ludzi, w bardzo prywatnych, bardzo domowych ujęciach, którzy opowiadają, jak ciężko jest we współczesnej Polsce zachować samodzielność poglądów. Jak wielkie ryzyko niesie przyznanie się do tych poglądów. Jak wiele przykrości spotyka ze wszystkich stron tych, którzy nie dali się uwieść propagandzie i zachowali samodzielność myślenia. Jak ciężko jest pozostać wiernym w świecie, gdzie wierność to wstyd. Widzimy tych ludzi i można pomyśleć, że od czasu filmu Solidarni 2010 nie było tak mocnego przekazu na poziomie tak bardzo osobistym. Ktoś w Prawie i Sprawiedliwości postanowił zaapelować do tego rodzaju, najbardziej podstawowych emocji, a dalej poszło jak poszło. Czyli jak zawsze. Zamiast porządnie wydać pieniądze i wykupić na tę kampanię na czas telewizyjny, i te filmy puszczać od rana do wieczora, ktoś – kto? – uznał, że nie trzeba, że nie warto, że po co? W końcu ludzie mają Internet – niech sobie poszukają.
Uważam że ta własnie sytuacja pokazuje prawdziwy dramat tego, z czym mamy do czynienia na tak zwanym froncie, a o czym już wcześniej pisałem. Dramat, o którym opowiadał Paweł w swoim wywiadzie na temat kampanii prezydenckiej, ale też dramat tego o czym z nim rozmawiałem już, że tak powiem ‘off-camera’, co się nie bardzo nadaję, bo nie chcę jątrzyć. Jest Jarosław Kaczyński i Bogu dzięki, że on jest, że w ogóle wciąż chce i prośmy Boga, żeby mu się dalej chciało. I żeby miał dobrą rękę do ludzi. I dobre do nich oko. I ucho. I żeby zachował zdrowie i siły.
Owe spoty, o których wspomniałem wyżej, a które stały się prawdziwym powodem, dla którego powstał ten tekst, dziś są jak psu na budę. I co to da, jeśli powiem, że szkoda? Ale popatrzmy sobie na nie, choćby po to, żeby wiedzieć, że są gdzieś jeszcze tacy ludzie jak my. I że jest nas wcale nie tak mało. I że może się okazać, że to w końcu tylko na nas będzie mógł liczyć Jarosław Kaczyński. I miejmy nadzieję, że to wystarczy.
Pierwszy:
I następny:
I jeszcze jeden:
I może jeszcze ten:
I tyle.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...