Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Kalisz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Kalisz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 listopada 2012

Gdy osinowy kołek nie wystarczy

Siedzieliśmy sobie wczoraj ja i starsza Toyahówna w pokoju, w którym trzymamy telewizor, ona oczywiście załatwiała jakieś swoje facebookowe sprawy, ja w swojej wypasionej komórce przeskakiwałem z mojego blogu na blog Gabriela, i odwrotnie, obok szumiał wspomniany telewizor, gdy nagle moje dziecko powiedziała coś takiego: „To jest niesamowite! Jeden coś powie, drugi kończy. Tamten zacznie, następny kończy”. Podniosłem głowę, spojrzałem w telewizor, a tam w najlepsze sobie gawędzili Ryszard Kalisz, Roman Giertych i człowiek bez imienia, nazwiskiem Kajdanowicz.
Tematem rozmowy był Jarosław Kaczyński, i jak słusznie zauważyła Toyahówna, chodziło o to, by każdy z nich powiedział parę słów na jego temat, w taki sposób, by zainspirować drugiego, i w ten sposób pomóc skonstruować wspólny przekaz, który pod koniec audycji doprowadzi do wniosku, że Jarosława Kaczyńskiego należy zamknąć gdziekolwiek.
Od momentu gdy ona zwróciła uwagę na to co się tam wyprawia, słuchałem już wszystkich trzech bardzo uważnie, no i nagle nastąpiło coś zupełnie niespotykanego. Przemawiał akurat Giertych i mówił mniej więcej tak: „To co robi teraz PiS służy wyłącznie Rosjanom. To że wymyśla sztuczną mgłę, hel, trotyl…”.
W tym momencie wtrącił się Kajdanowicz, i dopowiedział: „Brzozę…”. Na co Giertych, w pierwszej chwili, widocznie z rozpędu, potwierdził: „Brzozę”, ale natychmiast się ugryzł w język i dorzucił: „No nie. Brzoza była już wcześniej”, i bez mrugnięcia okiem nadawał dalej, na co po paru kolejnych sekundach usłyszeliśmy głos Kajdanowicza: „Ale ja mówię o brzozie teleskopowej. Nie słyszał pan o brzozie teleskopowej?”
Oczywiście, jak znam życie, każdy z nas znajdzie sobie w tej historii coś dla siebie i zrobi z tym, co uzna za stosowne. Mnie jednak najbardziej spodobał się numer z ową „brzozą teleskopową”. Otóż ja słyszałem wielokrotnie o helu, o mgle, nie mówiąc już o trotylu, natomiast o brzozie teleskopowej dowiedziałem się dopiero od Kajdanowicza. Oczywiście, może być tak, że on czyta FYM-a i od niego czerpie informacje. Jednak nie sądzę. Myślę, ze owego teleskopu nie było nawet u FYM-a. Biorąc pod uwagę fakt, że Kajdanowiczowi jednak zajęło parę sekund, by się wytłumaczyć z tego idiotyzmu, mam też niemal stuprocentową pewność, że jemu ten teleskop wyszeptali do uszka będący na miejscu specjaliści. Wszyscy wiemy, że każdy z nich ma tam obwinięty wokół karku kabelek i przez ten kabelek ktoś tam do nich cały czas mówi. I tak też musiało być w tej sytuacji.
To zatem jest pierwsza rzecz, która mnie zachwyciła. Sam ów teleskop. Druga to jednak szybkość z jaką System zareagował. To było niesamowite! Ja w tej chwili oczywiście nie umiem sobie przypomnieć, ile tych sekund upłynęło od czasu, gdy Giertych powiedział, że „brzoza była już wcześniej”, do chwili gdy Kajdanowiczowi podrzucono ten teleskop, jednak myślę, że maksymalnie trzy sekundy. Może nawet dwie. Jestem naprawdę pełen podziwu.
No więc tak. To jest niewątpliwie podziw. Ale też strach. No bo spójrzmy. Mamy tego Kalisza, Giertycha, Kajdanowicza i tę całą bandę, że się tak wyrażę, operatorów, i wszystko to działa jak świeżo naoliwiona ruska maszyna. Oczywiście Kajdanowicz to kretyn, ale za to kretyn ze szczególnie precyzyjnie sfokusowaną koncentracją. Czytałem kiedyś felieton Peggy Noonan o muzułmańskich terrorystach, i napisała ona coś takiego:
„Osobno, ci mężczyźni – bo to są mężczyźni mniej więcej między 17 a 45 rokiem życia, co oznacza, że pod względem płci i wieku odpowiadają amerykańskim przestępcom odsiadującym wyroki w amerykańskich więzieniach – nie tylko są ‘wypełnieni nienawiścią’ i ‘złem’, choć to oczywiście też. To są przy tym w sposób oczywisty ludzie emocjonalnie i intelektualnie prymitywni. Ich umysły, mimo że szybkie i mocno skoncentrowane, są bardzo ograniczone, i otępiałe. A zatem ich bezczelna arogancja stanowi zarówno ich siłę, jak i ich potencjalny problem”.
I oczywiście to, że można naprawdę się spodziewać, że oni wszyscy – i Kajdanowicz i Giertych i Kalisz – skończą bardzo marnie, właśnie przez ową arogancję, która ich w końcu zgubi, to obraz tych trzech androidów i ich konstruktorów wypuszczonych na to biedne, kompletnie bezbronne społeczeństwo, musi budzić pewien respekt.
Obawiam się, że – jak już zapowiedziałem w poprzedniej notce – sam topór nie wystarczy. A amulety też trzeba znaleźć bardzo specjalne.

Serdecznie proszę o wspieranie tego blogu pod numerem konta, który jest tuż obok. Przypominam również, że mam w domu trochę swoich książek – odpowiednio po 40 i 30 złotych – i wysyłam je z osobistą dedykacją. No i bez opłaty pocztowej.

piątek, 13 lipca 2012

Zapraszamy do Tajlandii

A więc kilkakrotnie już zamykana sprawa tzw. „Małej Madzi z Sosnowca” – lub inaczej „Mamy Madzi” – wróciła z na tyle dużym hukiem, że telewizja TVN24 z charakterystyczną tylko dla siebie bezczelnością uznała za stosowne się nad nią raz jeszcze pochylić. I jestem pewien, że wszyscy ci, którzy czytają ten tekst – a nie zamierzam wyłączać z tego grona osób nawet najbardziej patologicznie naiwnych – doskonale wiedzą co mam na myśli pisząc zarzucając tu ludziom z TVN24 skrajną bezczelność. Jestem pewien, że nie ma nikogo kto choćby raz w ciągu całego wczorajszego dnia rzucił okiem na ów pokaz hipokryzji, który nie schodził z ekranów telewizorów od momentu, jak po raz pierwszy pojawiła się wiadomość – swoją drogą, co to za wiadomość? – że tamtego zimowego dnia prawdopodobnie doszło do zwykłego dzieciobójstwa, aż do ostatniej, zanim poszliśmy wszyscy spać, zapowiedzi, że sąd w Katowicach już lada chwila podejmie decyzję o aresztowaniu tej nieszczęsnej kobiety, i kto jednocześnie nie pomyślał, że za chwilę pojawi się Kazimierz Marcinkiewicz by i on mógł nam opowiedzieć, jak wygląda ów problem okiem Londyńczyka.
Marcinkiewicza – o ile dobrze zauważyłem – jednak nie było, podobnie jak, jakimś cudem, nie pojawił się też, aktualnie, podobnie jak Marcinkiewicz, bawiący w Londynie, ojciec zamordowanej dziewczynki, natomiast TVN24 jak najbardziej poprosił o wypowiedź detektywa Rutkowskiego, doktora Moczydłowskiego, ministra Kwiatkowskiego, sędzię Piwnik, adwokata Kruszyńskiego, całą bandę psychologów, no i – jakże by inaczej – posła Kalisza, z których każdy oczywiście miał strasznie wiele do powiedzenia, byleby nie odnośnie tego jak i kto w tych pięknych czasach handluje Bogu ducha winną śmiercią i ludzką nędzą.
Szczerze powiem, że z tych wszystkich osób, których nazwiska wyżej wymieniłem najchętniej bym się zajął Pawłem Moczydłowskim, bo to i mam w stosunku do niego pewne bardzo poważne zaszłości, ale też przez jeden jedyny moment, jedno jedyne nawet nie do końca wypowiedziane słowo, które on już niemal ze swoich czarnych ust wypluł, ale jakimś cudem w ostatnim momencie się zreflektował, i tym samym – inna sprawa, że w bardzo wątpliwy sposób – wyratował. No ale ileż można napisać o Moczydłowskim? Jedno zdanie? Dwa? No, niech będą trzy? Cóż o nim można poza ta krótką informacją, że kiedy go zapytano, co się stało w Polsce, że tak dużo jest dziś zabijanych dzieci, on najpierw wyjaśnił, że dzieciobójstwo, a zabijanie dzieci to nie to samo, a później nawiązał do obowiązującej ustawy o ochronie życia poczętego, która tak bardzo niefortunnie chroni też dzieci „niepotrz… niechciane”? A więc, cóż więcej, poza tym jednym nieskończonym słowem?
A zatem, o Moczydłowskim już ani jednego oddechu. Natomiast, zanim jednak uda mi się znaleźć coś, co choćby symbolicznie odda całość tego strasznego problemu, chciałbym opowiedzieć o tym, jak to oglądałem wczoraj tę niemal półgodziną rozmowę w telewizji TVN24, na temat tego co się stało, a co się nie stało z „małą Madzią i jej mamą”, i kiedy już byłem przygnębiony do granic rozpaczy, weszła moja młodsza córka. Otóż najpierw na mnie spojrzała, potem zaczęła się przysłuchiwać tej rozmowie, potem spojrzała na mnie po raz drugi i zapytała: „Kogo wolisz? Ich, czy mamę Madzi?” No i ja, najuczciwiej jak tylko potrafiłem, odpowiedziałem, że oczywiście bezwzględnie mamę Madzi. A ona na to powiedziała: „Tak myślałam”.
I myślę, że tu się muszę jakoś usprawiedliwić, a do tego niech mi posłuży Ryszard Kalisz, który też tam wtedy był. Spróbuję wyjaśnić, czemu wolę – niech będzie, że symboliczną – ją od – równie symbolicznego – niego. Jak pamiętamy, swego czasu Stefan Niesiołowski nazwał go „pronogrubasem” i powiem szczerze, że mimo iż przezwisko zarówno bardzo mi się podoba, jak i uważam je za wyjątkowo adekwatne, gdyby ktoś mnie poprosił o konkretne uzasadnienie, chyba bym sobie nie poradził. To znaczy, rozumiem grubasa. Wprawdzie Kalisz nie jest tak gruby jak dajmy na to Piotr Semka, czy Henryka Krzywonos, niemniej gruby jest z całą pewnością, i to gruby w sposób raczej obrzydliwy, a więc tu mamy pełną jasność. Kalisz to grubas. I to w dodatku grubas ohydny. Natomiast nie bardzo już umiem do niego dopasować tę pornografię. Czy Niesiołowskiemu chodziło o to, że otyłość Kalisza jest tak bezwstydna, że aż w tej swojej bezwstydności pornograficzna? Czy może on akurat coś o Kaliszu wie, czego my nie wiemy, i kiedy sugerował, że Kalisz to pornogrubas, to nie myślał akurat o typie tej opasłości, lecz o czymś zupełnie od jego wyglądu niezależnym. Może jemu chodziło o to, że Kalisz to taka sama męska dziwka, jak wielu innych jego kolegów, tyle że od nich grubsza? A więc, przyznaje, że nie wiem. Natomiast faktem jest, że, jak już wspomniałem, z jakiegoś powodu, ile razy patrzę na Kalisza, i przypominam sobie ów dawny epitet, to moja dusza krzyczy „Bingo!”.
O co więc chodzi? Ja myślę, że za tą moją przedziwną reakcją stoi pewne dawne już bardzo wspomnienie. Otóż kiedyś, kiedy jeszcze informacja o tym, co słychać u Ryszarda Kalisza, w jakimś tam stopniu elektryzowała opinię publiczną, pojawiła się w mediach informacja, że Kalisz zniknął i nie wiadomo, gdzie się podział. Po jakimś czasie Kalisz wrócił i okazało się, że on był na wakacjach w Tajlandii. Wtedy, powiem zupełnie uczciwie, po raz pierwszy pomyślałem sobie o nim z pewnym nieokreślonym jeszcze do końca niepokojem. Po jakimś czasie światowe agencje podały informację, że na Tajlandii doszło do jakiegoś strasznego trzęsienia ziemi, w którym zginęły setki tysięcy ludzi, a na peryferiach tej wiadomości ktoś wspomniał o tym, że wśród tych ofiar jest bardzo dużo turystów i że ów żywioł ze swoimi strasznymi skutkami, to kara za grzech nieczystości.
Otóż ja się na karach nie znam. Zwłaszcza, że jakoś staram się wierzyć, że jeśli już Pan Bóg potrzebuje nam coś powiedzieć, to nie w formie kary, lecz zaledwie nauki, którą kto chce może wziąć do siebie, a kto nie – może zlekceważyć. A więc nie wiem, jak to było z tym strasznym nieszczęściem. Tym bardziej nie wiem, jak to jest z Ryszardem Kaliszem. No ale, jak mówię, ów pornogrubas bardzo mi się podobał. Również zresztą w odniesieniu do Aleksandra Kwaśniewskiego. Z tych samych niemal, niejasnych powodów.
No i wciąż jest jeszcze jedna niewyjaśniona rzecz: Jeśli Stefan Niesiołowski jest tak fantastycznie zorientowany w różnych tajemnych kwestiach – to skąd? Może trzeba go zaprosić do TVN24 i poprosić by nam powiedział, co on sądzi o zabijaniu małych dzieci. I – to już może za Moczydłowskiego – jaka jest różnica między dzieciobójstwem, a zabijaniem dzieci. On może wiedzieć. W końcu jest profesorem.

Nie wiem, czy zakomunikowałem to już wystarczająco jednoznacznie, więc z wdzięcznością powtarzam: akcja finansowania praktyki starszej Toyahówny zakończyła się pełnym sukcesem. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć, poza tym co zawsze. Kupujcie Elementarz, a przy okazji i Liść, no i wspierajcie ten blog tak jak zawsze. Dziękuję.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

O tych co krążą

Nie było mnie trochę, ale, jak widać, nie ma sposobu, żebyśmy mogli choć jeden zwyczajny dzień pozostawić bez odpowiedniego komentarza. Ledwo co oddaliłem się od komputera, by świętować rocznicę ślubu, czym wprawiłem się w stan kompletnego zawieszenia, najpierw doszła do mnie informacja, że już opinia publiczna wie, co brał Kaczyński, następnie, że te przygłupy pobiegły do Benedykta na skargę na ojca Rydzyka, a dziś moje dzieci zasypały mnie kilkoma kolejnymi, równie - zgodnie z moją niedawną zapowiedzią, że w pewnych szczególnych okolicznościach, może się okazać, że co złe to dobre - wesołymi. A więc z pewnością jest o czym gadać. Ale po kolei.
Ktoś powie, że to co brał Kaczyński jest newsem na poziomie zbliżonym do tego, jaka kupę miał wczoraj jego kot, albo – jeśli już mamy przejść na poziom nie-polityczny – czy jedna pani lub jeden pan byli wczoraj w nastroju dobrym, czy nie bardzo. Ktoś tak powie, i oczywiście będzie miał rację. Jak wiemy, człowiek – o ile nie jest wyprodukowaną w Rosji maszyną, jak Donald Tusk – ma to do siebie, że go od czasu do czasu coś boli. I jeśli jest to głowa, to bierze Apap, lub Ipuprom, a jeśli go boli dusza, to bierze coś innego, co oczywiście ma swoją nazwę, tyle że ja, dzięki Bogu, żadnej z nich nie znam. To znaczy, nie znałem do niedawna. A więc do dnia, kiedy świat się dowiedział, co brał Kaczyński.
Otóż, jak poinformowali mnie dobrzy ludzie, i to, jak się zdaję, już w pierwszym dniu mojej pani Toyahowej srebrnej wycieczki, Kaczyński brał – uwaga, uwaga – Xanax i Hydroksyzynę. Co to znaczy, o czym świadczy, i co z tego wynika, do końca nikt nie wie, ale trzeba przyznać, że całość brzmi bardzo dobrze. Wiemy już bowiem, że kiedy Kartofel dowiedział się smoleńskiej zbrodni, to wziął i się zaćpał. I to nie jakąś koką czy amfą, jak to się dzieje w porządnym i szanującym się towarzystwie warszawskich adwokatów, ale – Xanaxem i Hydroksyzyną. Pięknie! Naprawdę pięknie!
Wspomniałem o dobrym towarzystwie. Nie bez powodu. Otóż to właśnie dzięki ludziom z towarzystwa, można było już na parę dni przed ujawnieniem wspomnianych rewelacji spodziewać się, że ten Xanax, Hydroksyzyna, lub coś innego, o równie wdzięcznej i równie syczącej nazwie, w końcu musi wystrzelić.
Podczas swojej wizyty u Moniki Olejnik, Ryszard Kalisz – jak ostatnio wieść gminna niesie, adwokat wybitny – z wyżyn swojego autorytetu, stwierdził, ze nie ma nic absolutnie dziwnego, a już z całą pewnością, nieprawidłowego w tym, że biegli psychiatrzy, na polecenie sądu zajmą się głową i duszą Jarosława Kaczyńskiego. Ja nie wiem, co się dzieje w głowie Ryszarda Kalisza – a przynajmniej nie na pewno – nie wiem, jakie on ma obecnie interesy, nie wiem o nim dosłownie nic, poza tym, co tak pięknie niedawno opisał Jarosław Kaczyński, kiedy wyraził podejrzenie, że Ryszard Kalisz nie może być bardziej inteligentny, niż to „widać po twarzy”. No i jeszcze czymś – że te słowa musiały Kalisza doprowadzić do autentycznej cholery. A to już jest nie byle co.
A zatem Ryszard Kalisz, twierdzący że skoro sam Jarosław Kaczyński przyznał, że po tragicznej i okrutnej śmierci swojego brata bliźniaka, bratowej i całej kupy przyjaciół, czemu w dodatku towarzyszyła jeszcze wiadomość dodatkowa, że on sam też być może znajdował się na liście do odstrzału, przez jakiś czas musiał brać środki uspokajające, to władza powinna absolutnie zbadać, czy za tym nie kryje się jakaś poważna psychiczna usterka, nas tu nie jest w stanie zainteresować. No bo co możemy mieć z tego, że będziemy dumać nad tym, co siedzi głowie tego szczególnego człowieka? Nic. Zero. To, co nas czeka, może oznaczać wyłącznie stratę czasu. No bo jeśli nawet dojdziemy do przekonania, że Kalisz to skończone bydle, albo że równie skończony matoł, to i tak satysfakcji z tego mieć żadnej nie będziemy. A gdybyśmy się tak jedynie chcieli powyzłośliwiać, to i tak Jarosława Kaczyńskiego z tym „po twarzy” nie przebijemy. A więc, jak idzie o Kalisza, niech się zapuchnie w spokoju.
Z naszego punktu widzenia o wiele ciekawsze jest zachowanie Moniki Olejnik. Otóż ona, dociskała Kalisza w sprawie postawy owego sędziego, który postanowił przebadać Jarosława Kaczyńskiego chyba przez 15 minut, i ze sposobu, w jaki ona z nim rozmawiała, wynikało jasno, że w tej sytuacji ona trzyma stronę Kaczyńskiego. A więc wciąż, do znudzenia, zadawała Kaliszowi to samo pytanie, że niby dlaczego sądy mają się zajmować stanem psychicznym polityków, na co Kalisz jej odpowiadał – również do znudzenia – że Jarosław Kaczyński jest takim samym obywatelem, jak każdy inny i podlega takim samym procedurom, i że on Olejnik zapewnia, że każdego dnia w Polsce sądy pod kątem stanu umysłu sprawdzają tysiące obywateli. I tak od nowa, od nowa i od nowa.
To co mnie w tym wszystkim uderzyło, to akurat nie to, ze Olejnik, przynajmniej pozornie, była przeciwko publicznemu badaniu stanu zdrowia psychicznego Jarosława Kaczyńskiego, bo w końcu sprawa robi wrażenie oczywistej nawet na poziomie zajmowanym przez Monikę Olejnik. Zaniepokoiło mnie natomiast to, że ona przez całe te 15 minut ani razu nie wspomniała o tym, że jedyną winą Kaczyńskiego było tu tylko to, że po śmierci tych wszystkich osob on się tak wzruszył, że potrzebował przez jakiś czas brać środki uspokajające. A więc zrobił coś, co z całą pewnością zdarzyło się każdemu z nas choćby raz w zyciu. Ona musiała z pewnością wiedzieć, że wobec tej kompletnie chorej niby to prawniczej tyrady Kalisza, te parę słów uściślenia zamknęło by całą dyskusję na cztery spusty. A jednak nawet się na ten temat nie zająknęła. Uważam wręcz, że nic by jej nie zaszkodziło zapytać Kalisza, czy jeśli ona na przykład parę razy w życiu brała środki uspokajające, to jego zdaniem jej też przysługuje sądowy psychiatra? Ale ona tu milczała. Ani jednym słowem nie powiedziała też Kaliszowi, żeby się przestał wygłupiać, bo jeśli on będzie się upierał przy swoim zdaniu, to może być pewny, że od następnego dnia jego psychiczna sytuacja może również zostać wywleczona na widok publiczny, i to jak najbardziej oficjalnie.
Pozostaje pytanie, czemu Monika Olejnik, dziennikarka o której można powiedziec wiele, ale z całą pewnością nie to, że ona sobie nie umie radzić w sytuacjach trudnych, postanowiła tę rozmowę Kaliszowi oddać praktycznie walkowerem. Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna. Otóż i on i ona i cała kupa ich krewnych i znajomych, to jedna szajka. Każdy z nich, a w tym towarzystwie ów słynny dziś sędzia zajmuje pozycję bardzo ważną, mają jeden cel. Zamknąć Kaczyńskiego. Pod jakimkolwiek pretekstem, choćby na chwilę. Byle by mu zrobić krzywdę. Byle by go zobaczyć jak zostaje zdjęty z tej sceny. A taka szansa, że kiedy go będą zdejmować, to wszyscy będą wiedzieli, że to nie z powodu jakiejś niepoprawnej działalności politycznej, ale z powodu zwykłego obłąkania, może się już więcej nie powtórzyć. Numer z Xanaxem i Hydroksyzyną świadczy o tym, że oni to wiedzą tak dobrze, że aż ich ta wiedza przesunęła w stronę autentycznej histerii. Bo dalej nie ma już nic. Tylko warczenie. Więc „wracają wieczorem i warczą jak psy i krążą po mieście. Włóczą się, szukając żeru; skowyczą gdy się nie nasycą”.
Lecz Ty, Panie…

środa, 15 czerwca 2011

I ty zostaniesz mordercą, i ty zostaniesz ofiarą

Zastanawialiśmy się już tu parokrotnie nad tym, jak to się dzieje, że w różnego rodzaju potyczkach telewizyjnych między „nimi” a „nami”, jesteśmy nieustannie skazywani na z to ich jednej strony bezprzykładne, niczym nieograniczone w swojej bezczelności kłamstwo, a z drugiej często naszą tak okropnie irytującą bezradność. Co gorsza, bezradność, która jest bezpośrednim wynikiem nawet nie naturalnego u normalnego człowieka zdumienia tym, co potrafi człowiek na pewnym poziomie upadku, lecz zwykłego lenistwa połączonego z rozbuchanym zadowoleniem z siebie. Ileż to razy któryś z nas, patrząc na popisy tych, którzy we wspomnianych debatach mieli reprezentować nasze interesy, w pozornie nieskomplikowanych sytuacjach, nie byli w stanie skutecznie zareagować na jedno czy drugie kłamstwo. Ileż to razy ktoś z nas słuchał jednej z tych niezwykłych rozmów i jedyne co był w stanie robić, to pytać, czemu w tak oczywiście prostej sytuacji, tak sprytny, wyszczekany i obyty w publicznych wystąpieniach polityk nie umie zareagować krótko i skutecznie.
Jak wielu z nas zdążyło właśnie zauważyć, poruszony irytującym przedłużaniem się dyskusji na temat stanu naszej infrastruktury na rok przed Euro2012, System postanowił wykonać ruch do przodu, i ustami Ryszarda Kalisza ogłosił, że Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro będą pierwszymi w historii polskimi politykami, których naród postawi przed Trybunałem Stanu. Za co? Oczywiście za zabójstwo Barbary Blidy.
Cała akcja została przygotowana niezwykle starannie i równie starannie z każdej strony zabezpieczona. A więc najpierw pojawił się sam Kalisz, który z wyżyn swojego prawniczego autorytetu poinformował obywateli, że śledztwo było długie i żmudne, ale wreszcie można ogłosić jego wyniki i wskazać winnych. Następnie reżimowe media, na tle pięknego, czarnobiałego zdjęcia Barbary Blidy, siedzącej w skromnej kuchni nad książką, przypomniały życie i śmierć tej świętej kobiety. W następnej kolejności, pojawił się syn Barbary Blidy i wyraził satysfakcję z powodu wyników dochodzenia. Po nim przyszli wybitni komunistyczni politycy, tacy jak Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski i na tle innych fotografii, tym razem przedstawiających opuchnięte z nienawiści twarze Kaczyńskiego i Ziobry, wezwali do ostatecznego dokończenia sprawy. W międzyczasie pojawił się sam premier Tusk – jak najbardziej na placu jednej ze swoich rozpapranych budów – i zapewnił, że nikt nie zostanie ukarany bez sprawiedliwych dowodów. No a na sam już koniec, do akcji ruszyli drobni politycy i ważni dziennikarze, i poprosili o zachowanie kultury dyskusji w obliczu tak poważnego wydarzenia jak ludzka śmierć.
Ten zresztą akurat element robi w tym wszystkim wrażenie szczególne. Bo oto, przede wszystkim wykorzystywanie w tego typu debacie argumentu śmierci w rok po smoleńskiej katastrofie, i to przez ludzi w sposób oczywisty za tę śmierć odpowiedzialnych, jest przykładem bezczelności wyjątkowej. Ale jest w tym jeszcze coś ekstra. Mianowicie owa metoda zamykania ust wszystkim tym, którzy próbują przywrócić sprawie jej właściwe proporcje, tym jednym zdaniem: „Nie zapominajmy, że na początku była śmierć”. To zresztą w ten sposób reżimowi komentatorzy podsumowali jedyną w tej sytuacji sensowną reakcję Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, którzy wobec owej absurdalnej akcji w równie absurdalny sposób, całą tę hucpę obrócili w żart – „nie zapominajmy, że na początku była śmierć”.
Przypomnijmy więc. Barbara Blida przez całe lata była tak zwanym baronem SLD na Śląsku, z całym tym, standardowym dla zajmowanego miejsca, towarzyskim i socjalnym pakietem. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że jeśli ktoś mieszka w Siemianowicach, lub w Chorzowie i mówi ze śląskim akcentem, to nawet jeśli jest przy okazji szefem miejscowej mafii, w sytuacjach strategicznych otrzymuje pełne odkupienie, autoryzowane w dodatku przez miejscowego księdza , a być może nawet i biskupa, a jako bonus, na wszelkie niespodziewane okoliczności, owo piękne zdjęcie w kuchni nad ksiązką. Nie zmienia to faktu, że Barbara Blida przez wiele lat była na Śląsku eseldowskim baronem, w dodatku bardzo mocno biznesowo związanym z branżą węglową. A czym jest branża węglowa i jaki jest sens jej ciągłego podtrzymywania, wie już każde dziecko, i to wcale niekoniecznie dorastające w cieniu kopalnianych szybów. I stało się tak, że któregoś dnia, Barbara Blida znalazła się w samym centrum wydarzeń wykreowanych w sposób oczywisty przez ową branżę i z jakiegoś mniej lub bardziej jasnego powodu postanowiła sobie strzelić w łeb. I to są fakty. I nie zmieni ich nawet ewentualny zarzut, że jestem obrzydliwie tu bezduszny i brutalny. Zwłaszcza gdy bezduszność i brutalność stała się naszym chlebem powszednim już w kwietniu zeszłego roku.
Tymczasem, z czym mamy do czynienia dziś? Jeśli się nad tym zastanowić zupełnie uczciwie, to z jednej strony zostaje nam już wyłącznie wspomniane już wcześniej zdjęcie i to imię – Basia, a z drugiej tych dwóch strasznych ludzi, którzy w dodatku, zamiast z pokorą pochylić się nad swoim upadkiem, coś tam sobie żartują na temat Syberii i kożuchów. I mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego jak na ten absurd odpowiednio zareagować i pokazać tym łobuzom, że dopóki nie wyjaśnią i nie wytłumaczą swojej roli w wydarzeniach o wiele bardziej społecznie istotnych, niż to co miało miejsce przed laty w Siemianowicach, nie mają jakiegokolwiek prawa by się w ogóle odzywać. Tymczasem wszystko co słyszę, to jakieś kompletnie bezużyteczne próby przekonywania skołowanych ludzi, że rząd Prawa i Sprawiedliwości walczył z korupcją i że robił to zgodnie z prawem i jak najbardziej uczciwie.
Wydawałoby się, że każdy w miarę inteligentny i obeznany w systemie publicznej dezinformacji i propagandy komentator doskonale rozumie, że nie ma żadnego sensu prowadzenia publicznej dyskusji z bezwzględnymi oszustami na poziomie ściśle merytorycznej argumentacji, bo tam gdzie w grę wchodzą emocje, żadne, choćby nie wiadomo jak rozsądne, słowa nikogo nie obchodzą. Merytoryczne argumenty mogą skutecznie działać podczas merytorycznych debat. W przypadku wydarzenia takiego jak śmierć Barbary Blidy, w dodatku, z jednej strony wmontowanego w konflikt służby – człowiek, a z drugiej tak skutecznie oplecionego całą ta tandetną ornamentyką, można reagować wyłącznie w podobny sposób. A jest to zadanie o tyle łatwe, że po naszej stronie jest i prawda i poziom emocji znacznie wyższy od każdej możliwej rzeczy która się przed laty wydarzyła przed domem i w domu Blidów.
Wspomniałem już o Smoleńsku. Skutkiem, nawet jeśli nie zorganizowanego zabójstwa, to z całą pewnością złośliwych i przemyślanych działań rządu, 96 osob zostało w jednej chwili zdmuchniętych z powierzchni ziemi, i jak dotychczas jedynymi oskarżonymi w tej sprawie są wybrani przedstawiciele bezpośrednich ofiar tego nieszczęścia. Plucie na udręczone zwłoki tych ludzi stało się już nawet nie tylko powszechnie obowiązującym zwyczajem, lecz najbardziej popularną modą. Wczoraj znów oglądałem w telewizji reklamę „zimnego Lecha” i już tylko mogłem się zastanawiać, jaki racjonalny powód stoi za tym, by jedno zwykłe hasło reklamowe przetrwało, bez najdrobniejszej zmiany, aż półtora roku. Jaki racjonalny powód stał za tym, by przez całą surową zimę, kiedy miłośnicy piwa mogli marzyć o wszystkim, tylko nie o zmrożonym piwie, szukać wśród nich klientów, oferując im zimne piwo na zimne wieczory? Jaka wreszcie wrażliwość – jeśli już w ogóle zakładać tu czyjeś czyste intencje – stoi za tym, by mimo apeli ze strony osob dotkniętych autentyczną tragedią, z tego jednego hasła nie zrezygnować? Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie reklamę piwa o treści na przykład: „Zimny kufelek za zimną Barbórkę”?
Ale niech już będzie, że sprawa Smoleńska jest czymś na tyle dużym, że zwyczajnie nie zasługuje na to, by ja wykorzystywać w potyczkach z bandą zastraszonych durniów. Popatrzmy więc na zdarzenie bardzo wciąż aktualne, a z jakiegoś powodu przez naszych dzielnych mężów zupełnie lekceważone. Do domu jakiegoś studenta, który postanowił ponabijać się z prezydenta Komorowskiego i w związku z tym uruchomił odpowiednią stronę internetową, tak samo jak przed laty do domu Barbary Blidy, o godzinie 6 nad ranem, w dodatku mniej więcej w tym samym składzie i intencjach, wkroczyli funkcjonariusze ABW. Ów student nie miał zarzutów korupcyjnych, nie był powiązany ze światem przestępczym, nie było przeciwko niemu prowadzone śledztwo w sprawach ciężkich nadużyć gospodarczych. Jego jedyną winą było to, że na widok prezydenta Komorowskiego nierozważnie chichotał. Weszli więc do niego owi funkcjonariusze, a my wyobraźmy sobie, że on w tej swojej panice i strachu – a że był spanikowany i przestraszony, wiemy z całą pewnością – zamknąłby się w łazience, i albo podciąłby sobie żyły, albo zeżarł jakieś tabletki, albo wyskoczył przez okno i się zabił. Czyja to by była wina? Jego, czy może prezydenta Komorowskiego i jego kumpla Donalda Tuska, którzy źle znoszą szyderstwa na swój temat? Ktoś powie, że ten argument jest do bani, bo on ani sobie nie podciął żył, ani nie wyskoczył przez okno. A nawet jakby wyskoczył, to i tak by mu się nic nie stało, bo mieszka na parterze. Ja jeszcze mogę dodać, że faktycznie, ten argument jest do niczego, bo on nie miał sobie nic do zarzucenia i – w odróżnieniu od Barbary Blidy – poza zwykłym strachem przed nieznanym, nie miał żadnego powodu, by sobie odbierać życie.
Tyle że tu wcale nie chodzi o to, czego on nie zrobił, ale o to, czyja to jest wina, albo czyja zasługa, że on tego czegoś nie zrobił. Bo w tym własnie jest cały problem. Gdyby ci durnie w kominiarkach, hełmach i karabinami zbudzili tego studenta nad ranem i wyciągnęli go w majtkach z łóżka, a on by nagle stracił głowę i popełnił samobójstwo, to ranga tego wydarzenia byłaby tysiące razy poważniejsza niż to co się zdarzyło w tamten poranek w domu Blidów. Oczywiście znów trzeba powtórzyć ów oczywisty fakt – Blida się zastrzeliła, a on nie. Tyle że czy może to że on się nie zastrzelił jest zasługą tego rządu? Czy to, że on od tego nie oszalał jest może wynikiem bardzo roztropnej polityki premiera Tuska? A może jest tak, że ci uzbrojeni funkcjonariusze ABW, policjanci i prokuratorzy, którzy wpadli do jego domu o szóstej nad ranem i go wyciągnęli z łóżka, byli tak bardzo kulturalni i współczujący, że on od razu poczuł, że ma wokół siebie przyjaciół a nie wrogów? Jak to ostatecznie tam było?
Otóż odpowiedź jest jednoznaczna. Tam było dokładnie tak samo, jak wtedy, przed laty, w Siemianowicach, tyle że tu państwo wraz z całym swoim aparatem represji miało przed sobą przerażonego żartownisia, którego jedyną winą było to, że śmiał się nie wtedy, kiedy śmiać się było wolno, a tam Barbarę Blidą. Tę Barbarę Blidę. I jeszcze trzeba dodać to, że tak samo jak śmierć Blidy nie była spowodowana przez występność tamtego rządu, tak samo życie tego studenta nie jest dziś tego rządu zasługą.
No i jeszcze coś. Zarówno niegdysiejsza Barbara Blida jak i dzisiejszy student o nazwisku, którego nikomu – w tym i mnie osobiście – nawet się nie chce pamiętać, mają swoich obrońców. Tyle że on znalazł ich wśród obcych sobie ludzi, którzy nie mają z nim wspólnych interesów i których z nim łączy wyłącznie pragnienie prawdy i wolności jej głoszenia, podczas gdy jej na pomoc ruszyli wyłącznie partnerzy w biznesie i partnerzy we wspólnej nienawiści. Dokładnie ci sami, którzy mniej więcej w tym samym czasie dwoili się i troili, by wspomóc groszem i dobrym słowem pewnego Huberta H. – menela i drobnego pijaczka, którego z kolei jedynym znakiem rozpoznawczym był półprzytomny wyraz twarzy i jak najbardziej naturalna niechęć do Lecha Kaczyńskiego.
To wszystko jest tak proste i oczywiste, że w normalnej sytuacji głupio by było nawet o tym wspominać. Tyle że sytuacja wcale nie jest normalna. A dobrym symbolem tej nienormalności była wczorajsza obecność w telewizyjnym studio Beaty Kempy, która mając przed sobą kogoś tak beznadziejnie niskiego jak jakiś poseł Olszewski z Platformy Obywatelskiej, nie była w stanie – nawet nie mówię, że wstać i dać mu w łeb za to bezczelne spojrzenie, którym od początku do końca obrażał podstawową ludzką wrażliwość – ale zwyczajnie poprosić, by opowiedział widzom, czy widzi różnicę między doprowadzeniem do śmierci jednej jak najbardziej podejrzanej bizneswoman, a zamordowaniem 96 Bogu ducha winnych osób. Czy widzi różnicę między zrywaniem z łóżka jakiegoś biednego studenta, a kutej na cztery nogi lokalnej szychy. To takie wszystko proste i jednoznaczne. Można nawet było w ogóle nic nie gadać. Wystarczyło przynieść do studia poniższe zdjęcie, postawić je przed sobą i tylko poprosić techniczną obsługę tego programu, by ile razy ów Olszewski się na chwilę zamknie, dawać na nie ładne zbliżenie.
Czasy się niestety porobiły takie, że - ostatnio już tradycyjnie - zmuszony jestem prosić wszystkich, którzy mają tylko możliwość, o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Ze swojej strony - też tradycyjnie - mogę tylko obiecać, że jak najuczciwiej i najsumienniej będę robił to co do mnie należy. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...