Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Anglikański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Anglikański. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2023

Vineeta Gupta, czyli niech Bóg chroni Króla

 

Dzisiejszy tekst nie obędzie się bez swego rodzaju wprowadzenia. Otóż  został on przygotowany z myślą o publikacji na portalu i.pl jeszcze w poprzednią sobotę i mimo że temat był bardzo doraźny, przez administratorów portalu został przetrzymany przez ponad tydzień, tylko po to, by mnie wczoraj wieczorem poinformowano, że nie zostanie opublikowany z dwóch powodów: po pierwsze, temat się zdezaktualizował, po drugie, sam tekst jest zbyt rozwlekły. A zatem, jak wiele razy już wcześniej, muszę przyznać, że nasi znów górą. Co będzie dalej, nie mam pojęcia, choć wielkich nadziei nie mam. Spróbuję raz jeszcze, a potem podejmę decyzję. Jak mówię: nasi mają moc.

Tymczasem, bardzo proszę. Jesteśmy na naszym blogu.

 

 

Wraz z całym światem, z pełnym i solidarnym zachwytem, oglądałem wczoraj telewizyjną transmisję z uroczystości koronacji Karola III. Od tego wydarzenia mijają kolejne godziny, a ja sobie myślę, że jeśli w owo oczarowanie wdarło się coś, co wspomniany zachwyt nieustannie waliło obuchem w łeb, to świadomość, że we współczesnym świecie – a już zwłaszcza we współczesnej Europie – nie ma najmniejszych szans na znalezienie miejsca, gdzie tak jak w przypadku Wielkiej Brytanii, chrześcijaństwo, a więc wiara w Chrystusa zabitego na krzyżu i zmartwychwstałego, mogłoby sobie pozwalać na taką impertynencję, by nie dość że podnosić wysoko głowę, to jeszcze, podnosząc ją, zamykać wszystkim skutecznie usta. Co ja mówię, zamykać usta? Wręcz zmuszać nawet najbardziej zawziętych wrogów chrześcijaństwa całego świata, nie wyłączając z tego grona naszych „opiłowiwaczy Kościoła”, by wspólnie z całym Westminster Abbey przez te kilka godzin wrzeszczeli na zmianę: „Alleluja” i „Amen”.

 Wspominam każdą chwilę londyńskich uroczystości, nieustannie mam w oczach każdy kolejny akcent owej mszy, już niemal widzę te chóry aniołów krążące nad królewskim tronem i nagle... zdaję sobie sprawę z tego, że tam żadnych aniołów nie ma. Nie ma aniołów, bo nie ma tak naprawdę żadnej mszy, a przede wszystkim nie ma Boga – przynajmniej tego, który nam się objawił jako Jezus Chrystus. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby tam pojawił się choćby Jego żywy ślad, Brytyjskie Imperium, takie jakie znamy, musiałoby się w jednej chwili zwinąć, a niewykluczone że po nim nie byłoby śladu już i tak co najmniej od pięciuset lat. Gdyby te ich znane na całym świecie słowa hymnu „God save the King” były wyśpiewywane na poważnie i ze szczerą wiarą, to oni już dawno zostaliby zmuszeni do tego by je zmienić na coś mniej... kontrowersyjnego.

Już po zakończeniu owej niezwykłej uroczystości, swojej wypowiedzi udzieliła TVP ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce i opowiadając pełnym zachwytu głosem o cudownej oprawie londyńskich uroczystości, wspaniałej brytyjskiej tradycji, podniosłych rytuałach, dodała, że „było tam też trochę religii”. Dosłownie tak: „trochę religii”. A ja już się tylko zastanawiam, co konkretnie miała ona na myśli, wspominając ową „religię”. Czy może chodziło jej o trzech mistrzów owej ceremonii, biskupa Canterbury i towarzyszące mu biskupki, czy może o Biblię, nad którą Karol III niemal się popłakał, a może wspomniane „Alleluja” i „Amen”?

      Ze wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry – no i oczywiście mój Przemyśl – moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, że nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.

Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.

Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, jeżdżą w tych swoich garniturach do pracy w City, po to by w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.

Jakiś czas temu w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. I część tej samej Anglii przebrała się wczoraj w wesołe stroje i wyruszyła do Londynu, by świętować koronację Karola.

Jeszcze przed wielu laty, przeczytałem gdzieś że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół jak i te jego tak zwane „głowy”, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według tej samej relacji, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i – tak naprawdę – najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie przesunął się na sam początek kolejki.

Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale – przyznam – niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.

Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.

Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy Euro [sic!], ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.

Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, że mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. Na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci wypowiada się jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła”.

Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu pisze, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje – zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny – co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta. A wczoraj, w chórze śpiewającym w Westminster Abbey pieśni na cześć Jezusa Zmartwychwstałego nie mogłem nie zauważyć też jakiegoś Sikha w turbanie. Ciekawe czy to nie było przypadkiem mąż pani Gupty.



 

niedziela, 7 maja 2023

Love story prosto z Brytyjskiego Imperium

 

Pozostając pod wrażeniem sobotnich uroczystości koronacyjnych w Opactwie Westminster, chciałbym przede wszystkim ogłosić, że gdzie jak gdzie, ale w Wielkiej Brytanii zarówno Kościół Anglikański jak i sam Szatan mają się całkiem nieźle, ale też przypomnieć swój dawny tekst, który tym, którzy go nie czytali pozwoli lepiej zrozumieć, o co tam tak naprawdę chodziło, gdy cała katedra i wszystkie chóry ze świętym zawzięciem powatrzały na zmianę dwa słowa: „Alleluja” i „Amen”.

 

      Historia, jaką chciałbym tu dziś opowiedzieć jest przede wszystkim już dość stara, bo jeszcze z grudnia 2017 roku, no a poza tym, o czym się za chwilę przekonamy, wyjątkowo głupkowata, ale pomyślałem sobie, że tyle ostatnio się nam trafiło – i jak najbardziej wciąż trafia – przeróżnych mądrości, że zgodnie ze starą brytyjską zasadą, że aby doszczętnie nie zwariować, trzeba od czasu do czasu na chwilę oszaleć, proponuję, byśmy zajrzeli w te właśnie rejony.  

      Oto w kwietniu zeszłego roku, 79-letni Philip Clements, anglikański ksiądz z wioski Eastry w hrabstwie Kent, po 50 latach wiernego posługiwania swoim parafianom, poznał na jednym z portali randkowych 24-letniego modela z Rumunii nazwiskiem Florin Marin, jak najbardziej z wzajemnością, zakochał się w nim, i po niedługim czasie w pobliskim Ramsgate panowie wzięli skromny ślub i zamieszkali w miasteczku Sandwich. Ponieważ wspólne życie układało się nadzwyczaj dobrze, któregoś dnia ksiądz Clements zaproponował swojemu mężowi, by przeprowadzili się wspólnie do Rumunii. Marin chętnie się na propozycję męża zgodził i nie minęło parę tygodni, jak Clements sprzedał za £214 750 swój dom w Eastry i szczęśliwa para zamieszkała w Bukareszcie.

      Początki były jak z bajki. Jak wspomina sam ksiądz Clements: „Było cudownie. Chodziliśmy razem do kina i na zakupy. On mnie naprawdę utrzymywał w dobrym nastroju. Wciąż się śmialiśmy”. I znow nie minęło wiele czasu, kiedy z tego szczęścia Ksiądz postanowił za głupie €100 000 kupić mieszkanie w Bukareszcie i po paru dniach przepisać je w całości na Marina. Czemu tak się stało, możemy oczywiście spekulować, ale w tym momencie coś się w dotychczas szczęśliwym małżeństwie zaczęło psuć. Oddajmy znów głos Księdzu: „Nie znając języka i nie mając żadnych  znajomych czułem się bardzo samotny. Florin wciąż spędzał czas w klubach, lub po nocach oglądał filmy. Chodził spać bardzo późno, czasem nawet o 5 rano. Powiedział mi, że nie mogę z nim chodzić się bawić, bo jestem zbyt stary. Głęboko w duszy, trudno mi było to zaakceptować, ale ufałem mu”.

      No i wreszcie doszło do tego, że  ksiądz Clements postanowił wrócić do Anglii. Tak wspomina ów smutny czas: „Odprowadził mnie na lotnisko. Straciłem dosłownie wszystko, dom, wszystkie pieniądze i byłem w bardzo złym stanie. Przez jakiś czas mieszkałem u różnych znajomych aż wreszcie zaoferowano mi dom pewnej staruszki. Żałuję, że sprzedałem swój dom i kupiłem tamto mieszkanie. To był mój pomysł by wyjechać do Rumunii i Florinowi on się spodobał, ale z pewnościa byłoby dla nas lepiej, gdybyśmy zostali w moim domu w Eastry. Nie czułbym się tak samotny, a on też przecież miałby co robić”.

      I moglibyśmy już w tym momencie zakończyć tę smutną historię, gdyby nie fakt, że oto pojawiło się światełko w tunelu. Otóż Florin nie zapomniał o swoim mężu i od czasu rozstania odwiedził go nawet parę razy. Jak opowiada sam Ksiądz, „Florin znów nawiązał ze mną kontakt, a ja odwzajemniłem jego uczucie. Zaczęliśmy słać do siebie esemesy i rozmawiać na Skypie i wciąż jesteśmy w kontakcie. Czuję, że mnie kocha i tak naprawdę żałuje tego, co się stało. Osobiście wierzę w to, że zawsze trzeba człowiekowi dać drugą szansę. Wiem, że on nie robi tego dla pieniędzy, bo przecież ja nie mam nic. To wręcz on mi obiecał, że wynajmie mieszkanie w Bukareszcie i za część uzyskanych w ten sposób pieniędzy pewnego dnia sami wynajmiemy mieszkanie w Dover lub w Canterbury, i wspólnie tam zamieszkamy. Nie chcę rozwodu, i on też oświadczył mi, że pragnie tylko mnie. Powiedziałem mu zresztą, że jeśli znajdzie kogoś innego, może mi powiedzieć, a ja to zrozumiem”.

      Żeby nie kończyć tej opowieść tak zupełnie bez komentarza, może tylko zaproponuję, byśmy się aż tak nie martwili. Ja rozumiem, że Żydzi wspólnie z socjalistycznym państwem prezesa Kaczyńskiego trzymają nas za gardło, że premier Morawiecki przepisał na żonę część majątku i że w ogóle sprawy idą w złym kierunku, ale czyż nie lepiej się żyje wiedząc, że gdzieś na świecie słońce nigdy nie zachodzi?


  

 

piątek, 16 marca 2018

Marin i Florin czyli love story prosto z Imperium


Historia, jaką chciałbym tu dziś opowiedzieć jest przede wszystkim już dość stara, bo jeszcze z grudnia 2017 roku, no a poza tym, o czym się za chwilę przekonamy, wyjątkowo głupkowata, ale pomyślałem sobie, że tyle ostatnio się nam trafiło – i jak najbardziej wciąż trafia – przeróżnych mądrości, że zgodnie ze starą brytyjską zasadą, że aby doszczętnie nie zwariować, trzeba od czasu do czasu na chwilę oszaleć, proponuję, byśmy zajrzeli w te właśnie rejony.  
      Oto w kwietniu zeszłego roku, 79-letni Philip Clements, anglikański ksiądz z wioski Eastry w hrabstwie Kent, po 50 latach wiernego posługiwania swoim parafianom, poznał na jednym z portali randkowych 24-letniego modela z Rumunii nazwiskiem Florin Marin, jak najbardziej z wzajemnością, zakochał się w nim, i po niedługim czasie w pobliskim Ramsgate panowie wzięli skromny ślub i zamieszkali w miasteczku Sandwich. Ponieważ wspólne życie układało się nadzwyczaj dobrze, któregoś dnia ksiądz Clements zaproponował swojemu mężowi, by przeprowadzili się wspólnie do Rumunii. Marin chętnie się na propozycję męża zgodził i nie minęło parę tygodni, jak Clements sprzedał za £214 750 swój dom w Eastry i szczęśliwa para zamieszkała w Bukareszcie.
      Początki były jak z bajki. Jak wspomina sam ksiądz Clements: „Było cudownie. Chodziliśmy razem do kina i na zakupy. On mnie naprawdę utrzymywał w dobrym nastroju. Wciąż się śmialiśmy”. I znow nie minęło wiele czasu, kiedy z tego szczęścia Ksiądz postanowił za głupie €100 000 kupić mieszkanie w Bukareszcie i po paru dniach przepisać je w całości na Marina. Czemu tak się stało, możemy oczywiście spekulować, ale w tym momencie coś się w dotychczas szczęśliwym małżeństwie zaczęło psuć. Oddajmy znów głos Księdzu: „Nie znając języka i nie mając żadnych  znajomych czułem się bardzo samotny. Florin wciąż spędzał czas w klubach, lub po nocach oglądał filmy. Chodził spać bardzo późno, czasem nawet o 5 rano. Powiedział mi, że nie mogę z nim chodzić się bawić, bo jestem zbyt stary. Głęboko w duszy, trudno mi było to zaakceptować, ale ufałem mu”.
      No i wreszcie doszło do tego, że  ksiądz Clements postanowił wrócić do Anglii. Tak wspomina ów smutny czas: „Odprowadził mnie na lotnisko. Straciłem dosłownie wszystko, dom, wszystkie pieniądze i byłem w bardzo złym stanie. Przez jakiś czas mieszkałem u różnych znajomych aż wreszcie zaoferowano mi dom pewnej staruszki. Żałuję, że sprzedałem swój dom i kupiłem tamto mieszkanie. To był mój pomysł by wyjechać do Rumunii i Florinowi on się spodobał, ale z pewnościa byłoby dla nas lepiej, gdybyśmy zostali w moim domu w Eastry. Nie czułbym się tak samotny, a on też przecież miałby co robić”.
      I moglibyśmy już w tym momencie zakończyć tę smutną historię, gdyby nie fakt, że oto pojawiło się światełko w tunelu. Otóż Florin nie zapomniał o swoim mężu i od czasu rozstania odwiedził go nawet parę razy. Jak opowiada sam Ksiądz, „Florin znów nawiązał ze mną kontakt, a ja odwzajemniłem jego uczucie. Zaczęliśmy słać do siebie esemesy i rozmawiać na Skypie i wciąż jesteśmy w kontakcie. Czuję, że mnie kocha i tak naprawdę żałuje tego, co się stało. Osobiście wierzę w to, że zawsze trzeba człowiekowi dać drugą szansę. Wiem, że on nie robi tego dla pieniędzy, bo przecież ja nie mam nic. To wręcz on mi obiecał, że wynajmie mieszkanie w Bukareszcie i za część uzyskanych w ten sposób pieniędzy pewnego dnia sami wynajmiemy mieszkanie w Dover lub w Canterbury, i wspólnie tam zamieszkamy. Nie chcę rozwodu, i on też oświadczył mi, że pragnie tylko mnie. Powiedziałem mu zresztą, że jeśli znajdzie kogoś innego, może mi powiedzieć, a ja to zrozumiem”.
      Żeby nie kończyć tej opowieść tak zupełnie bez komentarza, może tylko zaproponuję, nawiązując do tego, o czym tu pisaliśmy choćby i wczoraj, byśmy się aż tak nie martwili. Ja rozumiem, że Żydzi wspólnie z socjalistycznym państwem prezesa Kaczyńskiego trzymają nas za gardło, że premier Morawiecki przepisał na żonę część majątku i że w ogóle sprawy idą w złym kierunku, ale czyż nie lepiej się żyje wiedząc, że gdzieś na świecie słońce nigdy nie zachodzi?  





Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania moich książek.

wtorek, 29 listopada 2016

O języku małego Clarksona i osach księcia Filipa, czyli powrót nad rzekę Dee

       Już w najbliższych dniach ukaże się kolejny – tym razem „holenderski” – numer wydawanego przez Klinikę Języka kwartalnika „Szkoła Nawigatorów”, ja natomiast przypomniałem sobie swój dawny tekst, zamieszczony jeszcze w numerze „brytyjskim”, a poświęcony projektowi zapisanemu w najbardziej czarnej historii Brytyjskiego Imperium, pod nazwą Workhouse. Tekst ów zaczynał się w następujący sposób:
      „Gdy parę lat temu ujawniono listę osób, które odmówiły przyjęcia od brytyjskiej królowej Orderu Brytyjskiego Imperium, okazało się, że wśród wielu zasłużonych dla Imperium, jest też autor Roald Dahl. Oczywiście natychmiast pojawiły się komentarze, że Dahl zlekceważył ów honor, bo tak naprawdę w swojej niewyobrażalnej pysze, liczył na tytuł kawalerski, tak by jego żona mogła być tytułowana Lady Dahl, my jednak mamy bardzo mocne podstawy, by twierdzić, że przyczyny tego gestu mogą być znacznie głębsze i sięgają czasów dawniejszych, niż koniec XX wieku.
      Roald Dahl pisał głównie książki dla dzieci, jednak obok tego wydał dziesiątki krótkich opowiadań dla dorosłych i dwie książki ze wspomnieniami – z dzieciństwa i z wczesnej młodości. I to właśnie w pierwszym z owych dwóch zbiorów wspomnień, opisując swoje życie szkolne, Dahl tworzy obraz tak straszny, że żadne słowa nie są w stanie powtórzyć tego wrażenia i nie pozostaje nam nic innego, jak zacytować odpowiedni fragment z jego książki zatytułowanej po prostu ‘Boy’:
      ‘Nie ma nic złego w kilku szybkich klapsach na pupę. Niegrzeczne dziecko będzie z nich prawdopodobnie miało same korzyści. Jednak nasz dyrektor nie dawał nam klapsów, kiedy wyciągał swój kij, by nas ukarać. Bogu dzięki, nigdy nie uderzył mnie, jednak pewien mój bliski kolega imieniem Michael opisał mi bardzo dokładnie, jak ów proceder się odbywał. Najpierw dyrektor kazał Michaelowi zdjąć spodnie i uklęknąć na kanapie w taki sposób, by jego głowa i ręce zwisały poza kanapę. Następnie bardzo mocno uderzył Michaela laską w pupę. Potem, w oczekiwaniu aż ból osiągnie najwyższy poziom, nastąpiła pauza, dyrektor odłożył laskę i zajął się nabijaniem fajki tytoniem. W tym samym momencie rozpoczął swój wykład na temat grzechu i występku. Kiedy uznał, że moment jest dobry, znów uniósł laskę i znów na drżące pośladki Michaela spadł straszny cios. I wtedy znowu dyrektor zrobił przerwę i wrócił do swojej fajki. Po jakichś trzydziestu sekundach na pupę Michaela spadło trzecie straszne uderzenie. I po raz kolejny laska wróciła na miejsce, natomiast dyrektor wyjął zapałki, spróbował zapalić fajkę, lecz zanim tytoń się zapalił, zapałka zgasła. A więc znów uderzenie i znów wykład na temat grzechu. Owa powolna i straszna ceremonia trwała aż na pupę Michaela spadło dziesięć kolejnych uderzeń i przez cały ten czas dyrektor bawił się swoją fajką i zapałkami, i bez chwili przerwy prowadził swój wykład na temat zła i występku i grzechu i nieposłuszeństwa i złego zachowania. Nie zamilkł nawet wtedy, gdy bił.   Na zakończenie, dyrektor dał Michaelowi miskę z wodą, gąbkę i ręcznik i przed założeniem spodni, kazał mu się obmyć z krwi’.
      W nieco innym miejscu zapisuje Dahl takie słowa:
      ‘To jednak, co, gdy chodzi o tego dyrektora, wydaje się być najbardziej interesujące, to fakt, że on w kolejnych latach stał się osobą bardzo znaną. Kiedy kończyłem trzecią klasę, ni stąd ni z owąd powołano go na stanowisko Biskupa Chester i musiał się on wyprowadzić do pałacu nad rzeką Dee. Pamiętam bardzo dobrze, jak w tamtym czasie zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że ktoś kto dotychczas był zaledwie nauczycielem, jednym gwałtownym skokiem zostaje biskupem. Jednak przede mną wznosiły się wciąż większe zagadki.
Z Chester już wkrótce mój dyrektor został awansowany na Biskupa Londynu, a po następnych kilku latach wspiął się na najwyższy szczebel owej drabiny i został samym Biskupem Canterbury! I to nie kto inny jak on, dostał zadanie, by w Westminster Abbey nakładać koronę na głowę naszej obecnej królowej, z połową świata przed telewizorami. I popatrzcie tylko – oto on, człowiek, który w moich latach szkolnych w najbardziej okrutny sposób dręczył dzieci będące pod jego opieką’”.
     W tych dniach wielu z nas to tu to tam ogląda kolejne odcinki autentycznie znakomitego brytyjskiego serialu pod tytułem „The Crown” i tam w pewnym momencie pojawia się postać owego pobożnego męża – dziś już wiem, że nazwiskiem Fisher – kiedy to, w jak najbardziej kluczowej scenie, młodziutkiej królowej zakłada koronę na łeb, a ja oczywiście wracam pamięcią do tamtych relacji, no i zastanawiam się, w jaki sposób brytyjska propaganda poradziła sobie z owym zdecydowanie niewygodnym dla chwały Imperium świadectwem. No i oczywiście w pierwszym odruchu zaglądam do Wikipedii i do biogramu wielebnego Geoffrey Fishera, tak, by się przynajmniej dowiedzieć, czy oni mają w tym temacie jakiekolwiek refleksje. I oto, proszę posłuchać:
      „Wśród jego uczniów był też Roald Dahl, w przyszłości wybitny autor powieści dziecięcych. W swojej autobiografii pod tytułem ‘Boy’, Dahl zarzucił Fisherowi sadystyczne okrucieństwo w stosunku do będących pod jego opieką dzieci. Okazuje się jednak, że zanim Dahl w ogóle wstąpił do Repton, dyrektorem była już inna osoba”.
Ponieważ informacja ta, jak pewnie wszyscy rozumiemy, brzmi interesująco, nawet jeśli mamy problem z tym, że nie bardzo wiadomo, w jaki sposób Dahl mógł być uczniem Fishera, skoro jego już tam rzekomo nie było, zaglądam do notki dotyczącej już samego Dahla, i tam, owszem, jest równie ciekawie:
      „Według biografa Dahla, Jeremy’ego Treglowna, pobicie miało miejsce w maju 1933 roku, czyli rok po tym, jak Fisher opuścił Repton, a dyrektorem był J.T. Christie”.
      A zatem dowiadujemy się, że za Fishera, chłosta, nawet jeśli była stosowana, to nie z aż takim okrucieństwem, jak to fantazjuje Dahl, no a poza tym Dahl na ten temat nie mógł nic wiedzieć, bo Fishera siłą rzeczy nawet nie widział na oczy, a jeśli nawet widział, to ten mu się pomylił z J.T. Christie, który może i był sadystycznym pedofilem, ale przynajmniej nie Arcybiskupem Canterbury. Ja tymczasem od jednego z czytelników otrzymałem właśnie w prezencie biografię Roalda Dahla, gdzie jak byk widzimy zdjęcie Geoffreya Fishera, a pod nim podpis: „Geoffrey Fisher, dyrektor Repton, sfotografowany przez Roalda Dahla”. Zaglądam więc wreszcie na stronę poświęconą samej szkole, a tam pojawia się informacja, że wśród wybitnych absolwentów Repton znajdował się też znany dziennikarz Jeremy Clarkson, a niżej następująca relacja: „W szkole starsi uczniowie zmuszali mnie, bym wylizywał toalety do czysta, robili kupę do mojego pudełka na śniadanie, cięli na kawałki moje ubrania. To wszystko sprawiło, że pod koniec byłem już bliski samobójstwa”.
     Nie trzeba się szczególnie interesować tematem, wystarczą popularne filmy, czy literatura, by wiedzieć, że organizacja systemu szkolnictwa w Wielkiej Brytanii niesie ze sobą wiele tego typu historii i jest to coś, z czym nawet Brytyjczycy zdążyli się już pogodzić. I pewnie nawet bym do tego tematu nie wracał – w końcu tekst o owych obozach koncentracyjnych sprawę w znacznym stopniu zamknął – gdyby nie to, że oto właśnie zobaczyłem, jak oni wiele energii poświęcają temu, by bronić zaledwie jednego z tych parudziesięciu biskupów Canterbury, których Kościół Anglikański wydał na świat. Jak już tu mieliśmy okazję wspominać, Korona niejednokrotnie pokazała, że jest w stanie przyznać się do wielu swoich, niekiedy nawet najstraszniejszych, win. Wśród nich mieliśmy nawet owe wspomniane już workhouse’y, a więc autentyczny zwiastun tak zwanego ‘ostatecznego rozwiązania”. I oto nagle okazuje się, że pojawiają się coraz to nowsze rewelacje. Po tym jak się dowiedzieliśmy, że owo kosmiczne wynaturzenie pod nazwą Wielki Indyjski Żywopłot nigdy nie istniało (polecam listy od Zyty), nagle pojawia się kolejne święte zapewnienie, że Kościół Anglikański pozostaje jak Matka Przenajświętsza – bez skazy. A o czym to ma świadczyć? Tylko o dwóch rzeczach: po pierwsze, Brytyjskie Imperium to przywódca tak zwanego Wolnego Świata, a po drugie, nie ma Narodu Wybranego ponad poddanych Królowej. Gdy chodzi o Imperium, możemy mówić i wierzyć we wszystko, w to, że Jeremy Clarkson był szkolony na rycerza Korony przez czyszczenie kibli językiem i zjadanie gówna, że legendarny Kuba Rozpruwacz stanowił pierwszej klasy produkt wiktoriańskiego satanizmu, a nawet i to, że ów tajemniczy słoik z osami z czasów ministra Profumo należał do samego księcia Filipa. Dwie rzeczy muszą pozostać nietknięte – angielski kapitalizm i angielski kościół. Warto byśmy mieli tego świadomość w dniach, gdy tak bardzo jesteśmy wszyscy poruszeni sukcesem polskiej wyprawy na 10 Downing Street.


Już w czwartek rozpoczynają się kolejne targi książki, tym razem we Wrocławiu, na których pojawi się najnowszy, czyli holenderski numer Szkoły Nawigatorów, z moimi dwoma tekstami o przyjaźni brytyjsko-holenderskiej. Ja sam przyjeżdżam do Wrocławia w sobotę rano i jestem już do końca. Zapraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...