Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2014

Kto się boi Andrewa Michty?

Dziś już nie pamiętam, co to była za okazja, ale jakiś czas temu zwróciłem uwagę na dziwny fakt, że wśród osób funkcjonujących w domenie publicznej są tacy, o których nasza wiedza sięga lat 80-tych, a i to w najlepszym wypadku. Mamy oto jaką starszą panią, czy starszego pana, którzy dochodzą do wniosku, że Polska jest spragniona ich opinii na któryś z bieżących tematów, błyskawicznie pojawiają się z nią w którychś z mainstreamowych mediów, owa opinia jest na tyle szokująca, że próbujemy sprawdzić, z kim mamy przyjemność, i nagle się okazuje, że stajemy w obliczu kompletnej pustki. Pojawia się na przykład nazwisko jakiejś Leny Kolarskiej-Bobińskiej, chcemy się dowiedzieć, kto zacz, wpisujemy odpowiednie literki w googla… i okazuje się, że ona pojawiła się na świecie tak mniej więcej w roku 1992. A co wcześniej? Diabeł jeden wie. Ponieważ w tego typu sytuacjach zaczynam podejrzewać, że ktoś chce przede mną coś zataić, wpadam w nastrój przez niektórych konsekwentnie wykpiwany, a powszech

Hejterzy nigdy nie zasypiają

Ponieważ dziś, zupełnie wyjątkowo, zamieściłem kolejną notkę tylko na blogu w Salonie24, a to z tej przyczyny, że sprawa dotyczyła wyłącznie wspomnianego Salonu24, i dla czytelników tekstów publikowanych tutaj nie miałaby większego znaczenia, pomyślałem sobie, że skorzystam z okazji i również tu zamieszczę tekst, który z kolei będzie miał znaczenie tylko dla nas, tych którzy się spotykają tutaj. Jak pewnie każdy z nas pamięta, jakiś czas temu postanowiłem wszystkie komentarze, jakie są do mnie wysyłane, moderować, czyli je przed publikacją sprawdzać. Czemu tak zrobiłem? Otóż poszło o to, że w pewnym momencie ten blog został zaatakowany przez grupę wariatów, którzy tu przebywają nie po to, by sobie o różnych kwestiach poczytać, czy choćby i na ich temat porozmawiać, ale wyłącznie po to, by wyrzucić z siebie nienawiść do mnie, jako człowieka. Co gorsza, atak ów nie przybrał postaci zwykłego zarzucania mnie opiniami na temat tego, jaki to ze mnie podły czy głupi człowiek, bo to można by b

Spóźniona opowieść wigilijna, czyli no more heroes anymore

Gdy chodzi o moje miasto Katowice i jego udział w budowaniu III RP, na czoło wysuwają się dwie osoby, a mianowicie pierwszy „demokratycznie” nominowany wojewoda Wojciech Czech i pierwszy równie demokratycznie wybrany prezydent Jerzy Śmiałek. Tak się złożyło, że jednego i drugiego znałem mniej lub bardziej osobiście, a to w tym sensie, że Czechom uczyłem dzieci – a mają ich aż troje – natomiast Śmiałek mieszkał w najbliższym sąsiedztwie miejsca, gdzie mieszkaliśmy wówczas i my, a zatem mieliśmy od rana do nocy prosty widok na jego okna. W pewnym momencie władza zadecydowała, że Czechowie zostaną przeprowadzeni ze swojej kamienicy w lepsze miejsce, a więc do domu, w którym ich bezpośrednim sąsiadem będą Edward i Stanisława Gierkowie, no i w ten sposób ja już przestałem ich odwiedzać. Śmiałek natomiast został w swoim pięknym mieszkaniu u zbiegu ulic Jordana i Skłodowskiej-Curie. Mimo że mieliśmy go cały czas pod okiem, nigdy nie miałem okazji z nim rozmawiać. O ile pamiętam, nie miałem na

O grubych panach i głupich paniach, czyli gender w odwrocie

Gdyby ktoś mi jeszcze godzinę temu powiedział, że ja kiedykolwiek jeszcze w życiu napisze choć słowo na temat Piotra Semki, albo stoczę się tak nisko, że zacznę pisać o kobiecie nazwiskiem Lena Kolarska-Bobińska, wzruszyłbym ramionami i powiedziałbym, żeby mi ten ktoś dał święty spokój. Tymczasem oto właśnie trafiłem na informację, że owa Kolarska-Bobińska w swoim komentarzu na Twitterze wyszydziła owego Piotra Semkę z powodu jego tuszy, i ja natychmiast pomyślałem sobie, że litości nie będzie. Powiem szczerze, że nie wiedziałem, od czego mam zacząć ten akapit – czy od Bobińskiej, czy Twittera, ale nich będzie Twitter; prawdziwe mięso zostawimy sobie na koniec. Oto mamy ten Twitter i wydaje się, że on stał się ostatnio częścią naszej kultury w tym sensie, w jakim częścią kultury stały się owe tysiąc telewizyjnych kanałów, galerie handlowe, nauka języka angielskiego z Donaldem Tuskiem, zabójstwo pod Białą Podlaską, czy ewentualnie nowa piosenka Dawida Podsiadło. Mamy ów Twitter i nagle

Stanisław Barańczak - człowiek, który zrobił swoje

Zmarł Stanisław Barańczak, a ja, mimo że nie uważałem go nigdy ani za choćby przeciętnego poetę, ani tym bardziej za choćby przeciętnego tłumacza – jego literackich esejów, które podobno pisał, nie znam, ale ponieważ mam swoje doświadczenie, nie sądzę, bym tu musiał czegokolwiek żałować – uważam, że powinienem tu dziś na jego temat powiedzieć parę słów. Przede wszystkim, kiedy dowiedzieliśmy się o jego śmierci, w domu zapanowała pewna konsternacja. Ja wprawdzie akurat wiedziałem, że on od wielu już lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, zmaga się z chorobą Parkinsona i zmaga się z nią tak bardzo, że niewykluczone, że nie ma już z nim żadnego kontaktu, natomiast moja żona, proszę sobie wyobrazić, na tę smutną wiadomość zareagowała słowami: „To on nie umarł już dziesięć lat temu?” Po co o tym w ogóle wspominam? Otóż po to, że moim zdaniem to iż Stanisław Barańczak stał się przez te wszystkie lata kimś tak strasznie anonimowym, woła o pomstę do nieba. I to – muszę to powtórzyć raz jeszcze –

O ludziach, świadectwach i Bogu który żyje

Wciąż świętujemy, a zatem nowego tekstu nie będzie, natomiast dziecko moje podało mi link do czegoś, co niewątpliwie zastąpić powinno bardzo skutecznie dziesięć tekstów. A zatem radujmy się: Bóg się nam narodził!

Gdy się Chrystus rodzi...

... wszystkim przyjaciołom tego bloga, jego czytelnikom znanym mi i nieznanym, tym których miałem przyjemność poznać osobiście i tym, których mam nadzieję poznać w przyszłości, ludziom, którzy w najróżniejszy sposób pomagali mi przetrwać wszystkie ciężkie chwile, którzy nieśli mi dobrą inspirację, pragnę w to piękne, wigilijne przedpołudnie złożyć najlepsze życzenia, by Jezus Nowonarodzony błogosławił życie ich i ich bliskich i rozświetlał ścieżki przez cały nadchodzący rok.

Tym razem bez życzeń. Nie tym razem.

Myślę że każdy, nawet ów mniej uważny, czytelnik tego bloga wie, że, jak to śpiewał swego czasu Mistrz, „tu się psia nędza nikt nie oszczędza”. A skoro tak, to czytelnik ten też wie, że w pierwszym szeregu tych, co do których nikt się tu nie oszczędza, stoją tak zwani „dziennikarze niepokorni”. Oni na tym blogu są tępieni w sposób bezwzględny i systematyczny od lat i jak wiele na to wskazuje, sytuacja ta już raczej się nie zmieni – przynajmniej do czasu, gdy jakaś nieoczekiwana rewolucja ich raz na zawsze najzwyczajniej w świecie stąd wymiecie. O co autor tego bloga i komentujące na nim stale osoby mają do owych „niepokornych dziennikarzy” pretensje? Otóż po pierwsze o to, że oni są słabi; zwyczajnie słabi. Pod względem umiejętności czysto dziennikarskich, niemal stuprocentowa większość z nich to amatorzy i to amatorzy z całkowitego przypadku. Po drugie, niemal stuprocentowa większość z nich – choć tu mam wrażenie, że wyjątków nie ma – pozostaje całkowicie obojętna w stosunku do spraw

Może tatuaż dla dziecka pod choinkę?

Wbrew, jak sądzę, dość powszechnemu przekonaniu, aby stworzyć tekst, który będzie miał wartość większą od zwykłej blogowej notki, nie wystarczy mieć dobry, ciekawy, a nawet oryginalny temat. To oczywiście jest najważniejsze, jednak jest jeszcze coś, bez czego, moim zdaniem, ani rusz, a mam tu na myśli to jedno czasem zdanie, niekiedy nawet jedno słowo, które umieszcza temat w kontekście znacznie szerszym, a przez to sprawia, że dopiero wtedy widzimy, że warto było. I często tak jest, że chodzą te myśli po głowie, a z nimi dziesiątki przeróżnych refleksji, często tak poruszających, że wydawałoby się, że nie pozostaje nic innego, jak tylko brać się za pisanie, a tu wciąż brakuje tej iskry, która gwarantuje, że to wszystko nie skończy się na jednym krótkim akapicie, a i on nam zajmie godzinę, dwie, a czasem i cały dzień użerania się z tą wrogą materią. Ponieważ mam już te swoje doświadczenia, właściwie nigdy nie zdarza mi się, by siedzieć nad którymś z tych tekstów jakoś szczególnie długo

O siekierce, kijku i źle założonych kapciach

O przypadku Zuzanny M., która namówiła swojego kolegę Kamila N., by wspólnie z nią zamordował swoich rodziców, pisałem tu parokrotnie, i przyznaję, że przede wszystkim w nadziei, że mój przekaz dotrze wreszcie do zgnuśniałych umysłów dziennikarzy tak zwanych „prawicowych”, i że i oni zechcą zwrócić publiczną uwagę na fakt, że zabójstwo w wiosce Rakowiska to nie jest zbrodnia jak inne, ale dzieło Szatana wręcz sygnowane jego imieniem. Udało się. W dniu w którym administracja Salonu24 zdecydowała się moją notkę wypromować na czołówce głównej strony portalu, odpowiedni przekaz wreszcie dotarł do prawicowego mainstreamu i dziennikarz Aleksander Majewski z portalu wpolityce.pl napisał tekst, w którym – przyznać trzeba, że z odpowiednią ostrożnością – zwrócił uwagę na ściśle satanistyczny charakter tej zbrodni, a już w dniu kolejnym ten sam portal wydelegował do sprawy samego Piotra Zarembę, który już z całą mocą swojego autorytetu powtórzył uwagi Majewskiego, tyle że uzupełnione o moją już

O sędziach złych i gnuśnych

Oświadczenie skierowane przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a podpisane wspólnie i w porozumieniu przez (wymieńmy może tu wszystkie te nazwiska) prezesa Sądu Najwyższego prof. Małgorzatę Gersdorf, prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzeja Rzeplińskiego, oraz prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego prof. Romana Hausera, zrobiło naturalnie wrażenie na nas wszystkich, jednak jak się zdaje głównie z tego powodu, że w ten sposób państwo prezesi zrobili coś, czego robić ani im nie wypadało, ani czego, jak sądzę, robić nie mają prawa, a mianowicie zaangażowali się bezpośrednio w walkę polityczną. I ja owo oburzenie oczywiście rozumiem. Oświadczenie to bowiem jest czymś tak kuriozalnym, że każdemu w miarę przytomnemu obserwatorowi tego, co się dzieje ostatnio w Polsce zwyczajnie zapiera dech w piersiach. A pamiętajmy, że powodów do zdziwień mamy co niemiara niemal codziennie. W czym rzecz? Otóż Jarosław Kaczyński, korzystając ze swoich demokratycznie i cywilizacyjnie gwarantowanych pr

O tym jak TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji wyrwał nam języki

Dziś pogrzeb rodziców Kamila z Rakowiskm a ja po raz trzeci z rzędu poświęcam swoją notkę sprawie tego zabójstwa i ktoś mnie może spytać, czemu ja tak obsesyjnie powracam to tego zdarzenia? Czy ja naprawdę wierzę, że jest coś jeszcze, czego nie powiedziałem, a co może zmienić naszą wiedzę na temat tego, co się stało? Otóż tak. Ja gadam trzeci już dzień i jestem szczerze przekonany, że najzwyczajniej w świecie nie wolno mi zamilknąć, z tego jednego powodu, że oto mamy do czynienia z autentyczną agresją najbardziej brutalnego satanizmu – satanizmu, można by rzecz, zinstytucjonalizowanego – a cały świat udaje, że się nie dzieje nic bardzo szczególnego. No owszem, to prawda, nie jest czymś codziennym, że dzieci bez powodu zabijają swoich rodziców, zwłaszcza gdy owo zabójstwo robi wrażenie szczególnie okrutnego, niemniej jednak ostatnio świat naprawdę, nawet jeśli nie przyzwyczaił nas do swoich najnowszych ekscesów, to z całą pewnością nas na nie jakoś tam uodpornił. Ludzie tłuką na śmierć

O tym jak Nergal stał się obciachem

Niejako wbrew swojej woli i zamierzeniom, przez cały wczorajszy dzień odbierałem kolejne wiadomości dotyczące mniej lub bardziej bezpośrednio zabójstwa, jakiego kilka dni temu w wiosce pod Białą Podlaską dokonało dwoje 18-latków. Czytałem wszystkie dochodzące do mnie komentarze i z jednej strony z przejmującym rozczarowaniem, a z drugiej, paradoksalnie, bez szczególnego zaskoczenia, musiałem stwierdzić, że zmowa na temat tego, co się tam stało jest tak ścisła, jak tylko sobie można wyobrazić. Ja zdaję sobie sprawę z tego, czym są dziś media głównego nurtu, więc tu niespodzianek nie było, to natomiast, że nawet w wydawałoby się znacznie bardziej wolnym Internecie królowała najbardziej płytka bezmyślność, stanowiło dla mnie pewną nowość. Przez cały dzień – a naprawdę starałem się być dość czujny – pomijając ten blog, nie znalazłem jednej refleksji, w której zwrócono by uwagę na fakt absolutnie podstawowy i wyłożony nam niemal na przysłowiowej patelni, że zbrodnia ta miała podłoże rytualn

O Zuzi w Krainie Grzybów

Jestem pewien, że większość stałych czytelników tego bloga pamięta, jak jeszcze wiosną tego roku zamieściłem tu tekst poświęcony bardzo agresywnie rozpychającemu się w Internecie projektowi – co należy podkreślić, projektowi zrealizowanemu w sposób jak najbardziej bardzo celowy i przy tym niezwykle profesjonalny – zatytułowanemu „Kraina Grzybów”. Ponieważ przede wszystkim zgodziliśmy się co do tego, że to z czym tu mamy do czynienia, stanowi w sposób jednoznaczny dzieło Belzebuba, a dodatkowo, że tak to ujmę, estetyczne napięcie, jakie owa Kraina Grzybów ze sobą niosła, przekraczało wszelkie znane nam dotychczas, czy to osobiście, czy z relacji świadków, manifestacje obecności na tym świecie czystego zła, zwróciłem jedynie uwagę na owo zjawisko i postanowiłem temat zamknąć raz na zawsze. Jestem jednak pewien – ja to wręcz wiem, jako że takich rzeczy się nie zapomina – że to wszystko wciąż pamiętamy. Mam nadzieję, że również pamiętamy, jak pisząc o owej Krainie Grzybów, wspomniałem, że

Panboczek w stajni vs. Czysta Panna, czyli Śląsk napada

Jak pewnie przynajmniej niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, parokrotnie, i to chyba dosłownie parokrotnie, zdarzyło mi się przedstawić tu swoje emocje związane z tym, co się popularnie określa nazwą „śląskiej kultury”. Ponieważ emocje te w przeważającej większości były mocno negatywne, blog ten po opublikowaniu owych tekstów zyskał sobie cały szereg wrogów, niemal wyłącznie wśród przedstawicieli urażonej śląskości. Nie będę tu dziś powtarzał swoich antyśląskich obsesji i w żaden sposób nie będę wynajdywał kolejnych argumentów w dyskusji dotyczącej kwestii tak bardzo poruszającej śląskie serca, a więc sprawiedliwego czy niesprawiedliwego traktowania Ślązaków przez Polskę, natomiast chciałbym się odnieść do pewnego pojedynczego elementu, jaki pojawił się w komentarzach pod tekstami poprzednimi, a mianowicie rzekomo ciężkich prześladowań, z jakimi się nawet tu na Śląsku spotyka tak zwana „ślunsko godka”. Już po opublikowaniu swojego ostatniego „śląskiego” tekstu, odbyłem rozmowę z

Kto zabił Jolantę Brzeską?

Muszę się przyznać do bardzo wstydliwej ignorancji. Oto niedawno, przy okazji wyjazdu do Warszawy na koncert Morrisseya, dowiedziałem się o czymś, o czym wcześniej nie słyszałem, a, jak się zdaje, słyszeć powinienem, mianowicie o istnieniu fachu pod nazwą „czyściciel kamienic”. Jechaliśmy z moim kumplem Lemmingiem jego wypasionym Maseratim, on mi opowiadał o różnych ciekawych przypadkach, i nagle wspomniał o owych „czyścicielach kamienic”. No i ja, proszę sobie wyobrazić, zgłupiałem, bo wcześniej owa nazwa nawet na moment nie pojawiła się w mojej świadomości. No więc się dowiedziałem, w czym rzecz. Na wypadek, gdyby wśród czytelników tego bloga znaleźli się i tacy, którzy, podobnie jak ja, nie zdążyli na ten pociąg, króciutko wyjaśnię. Otóż w czasach rozpasanego liberalizmu, zwanego inaczej kapitalizmem, okazało się, że znaczna część znajdujących się w Polsce kamienic, dziś pozostających pod zarządem miasta, i oczywiście zamieszkałych od dziesięcioleci przez Bogu ducha winnych rodzin,

Pogaństwo napada, czyli Witam-Diabeł-Pozdrawiam

Wprawdzie kolejny numer „Gazety Warszawskiej”, a z nim poniższy felieton, ukazuje się dopiero dzisiaj, myślę jednak, ze nic nie zaszkodzi, jeśli już teraz przedstawię ten tekst i tutaj. Zapraszam. Pamiętam, jak jeszcze w czarnych latach PRL-u, ci z nas, którzy z pewnym zaangażowaniem interesowali się muzyką popularną, biegając od jednej do drugiej giełdy płytowej, by albo sobie kupić kolejny longplay, bądź sprzedać swój i zamienić go na coś nowego, zareagowali na pojawienie się zespołu AC/DC. Otóż ponieważ większość z nas przywiązana była do tak zwanego „ambitnego” rocka, a więc raczej reprezentowanego przez takie projekty jak King Crimson, lub po prostu punk rock, a logo owej marki od samego początku zaprojektowane było tak, że między tymi literkami narysowana była błyskawica, modne stało się określanie zespołu AC/DC szyderczą nazwą „AC-Piorun-DC”. Przypomniały mi się tamte czasy i ów żart z piorunem, kiedy dotarła do mnie informacja o tym, że w jednej z warszawskich szkół pod

Kryzys przywództwa, czyli Leszek Miller na prezesa PiS

Przez ostatnich parę tygodni, z powodu niezapłaconego abonamentu, nie mieliśmy w domu telewizji. I pewnie tak by jeszcze przez jakiś czas pozostało, gdyby nie piłka nożna, którą moja starsza córka żyje z prawdziwym oddaniem, a więc zapłaciłem połowę zaległości i, jak się okazało, to wystarczyło. Włączyli nam więc telewizję, a ja natychmiast trafiłem na konferencję prasową posłów Hofmana i Kamińskiego, a kiedy ta się skończyła, na kolejną, tym razem Millera i Kwaśniewskiego. Później zrobiłem sobie przerwę do wieczora i wtedy obejrzałem fragment programu „Czarno na białym”, poświęconego ojcu Rydzykowi i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a żeby żaden idiota nic nie przegapił, zrealizowanego w taki mniej więcej sposób, jak się realizuje programy o mafii narkotykowej, czy o handlu dziećmi na pedofilskim rynku, z migającym obrazem i muzyką jak z horroru. I proszę sobie wyobrazić, że refleksje, jakie mnie po całodziennych wrażeniach ogarnęły, są jak najbardziej ponure. Otóż odnoszę bardzo silne wraże

Kiedy redaktor Gadowski dokona aktu samospalenia?

Gdyby ktoś mnie zapytał, jakie polityczne wybory zaprowadziły mnie do miejsca, w którym przy każdej kolejnej okazji głosuję na kandydatów Prawa i Sprawiedliwości, musielibyśmy się cofnąć co najmniej do roku 1990, a niewykluczone, że jeszcze wcześniej, czyli do owych zamierzchłych już czasów, kiedy z niezidentyfikowanych przeze mnie do dziś powodów, ja bardzo silnie przeżywałem owo peerelowskie kłamstwo i to przeżywałem je tak mocno, że nigdy, choćby na krótką chwilę, nie przestałem wątpić w to, że nie ma nic gorszego od komunizmu. No ale to były czasy dawne, a zatem i dawne podziały i dawne emocje, a zatem dziś chyba nawet nie wypada wracać do tamtych argumentów. A zatem trzymajmy się roku 1990, kiedy to po przejęciu władzy w Polsce przez coś co znamy pod nazwą „układu okrągłego stołu” i po próbie wykluczenia z tego układu Lecha Wałęsy, powstało Porozumienie Centrum i rozpoczęła się tak zwana „wojna na górze”, w wyniku której wprawdzie Układ nie został do końca pokonany, natomiast z ca