niedziela, 22 stycznia 2017

Co zrobić z kimś, kto lubi papieża Franciszka i Beatę Szydło?

      Ostatni dzień naszego pobytu w Zakopanem postanowiłem przypieczętować tekstem, jaki zamieściłem w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Bardzo liczę na to, że przynajmniej część z czytelników uda mi się zainspirować na tyle, że zechcą się odezwać.

      Sytuacja, o której dziś chciałbym pisać, powraca do mnie jak fala i przyznaję, że za każdym razem angażuje mnie emocjonalnie bardziej, niż by wypadało, a rzecz w tym, że pojawiają się wobec mnie zarzuty, że jestem niewystarczająco konserwatywnie, czy choćby tylko patriotycznie, nastawiony do rzeczywistości, która nas otacza. Ostatnio doszło wręcz do tego, że paru czytelników wyraziło rozczarowanie moimi życzliwymi słowami pod adresem papieża Franciszka i jego nauk i poradziło mi, bym się może zapoznał z tradycyjnym nauczaniem Kościoła.
      W tej sytuacji uznałem, że skorzystam z okazji, jaką mi daje ów felieton i bardzo krótko przedstawię swój stosunek do wspomnianej rzeczywistości, no a przy okazji do krytyki, jaka jest wobec mnie formułowana. Otóż tak jak zdecydowanie zamierzam bronić wartości, które uważam za tradycyjne i naturalne człowiekowi, jak zamierzam deklarować swoje przywiązanie do Kościoła Powszechnego, tak samo też zdecydowanie i otwarcie deklaruję swoją niechęć do wszelkich ekstremizmów, które charakteryzują wielu z nas, a które osobiście uważam za wyjątkowy objaw niedojrzałości, na każdym możliwym poziomie.
      I teraz powiem coś, czego chyba dotychczas nie zdarzyło mi się powiedzieć. Otóż prawica krytykująca dziś papieża Franciszka za to, że prowadzi Kościół na modernistyczną zgubę, rząd premier Szydło za to, że jest socjalistyczny i antypolski, wreszcie prezydenta Dudę za to, że sprzedaje Polskę nowojorskim Żydom, nie jest moją prawicą i ja faktycznie już wolę być nazywany „starozakonnym szambonurkiem”, jak to ostatnio czyni w słanych do mnie mailach pewien polski patriota.
     Bo ja znam aż zbyt dobrze ową polską prawicę, prawdziwą, wierną i bezkompromisową. Jeszcze przed laty mogłem oglądać ją w akcji każdego dnia, jak krzątała się po salonach i obracała w swoich wycwanionych głowach nowe plany. Pamiętam ich choćby z czasów, gdy obalali rząd Jana Olszewskiego, pamiętam, jak w każdym momencie, gdy tylko dojrzeli nową dla siebie szansę, natychmiast zaczynali poważną „polityczną grę”.  Pojawiało się gdzieś dwóch młodzieńców z krzyżami na piersiach, informowali, że właśnie założyli partię o nazwie Ojczyzna Wolna – Ruch Patriotyczno-Konserwatywny ‘Szaniec’, a III RP oczywiście zapraszała ich do środka.
       No i patrzę na nich teraz, kiedy próbują rozwalić pierwszy naprawdę polski rząd, bo on nie jest wystarczająco polski, albo tłuką bez opamiętania w papieża i biskupów, bo właśnie się okazało, że ci wystąpili przeciwko Katechizmowi Kościoła. I pokazują wszystkim, jacy to z nich mistrzowie politycznej debaty. No i wreszcie, kiedy już nikt ich nigdzie nie chce, nawet jeśli tylko po to, by się z nich pośmiać, widzą nagle całą tę niezwykłą przestrzeń, której na imię Internet i tam dopiero zaprowadzają swoje porządki. Skoro nie udało się zapanować nad realem, to czemu nie spróbować w Sieci?
       Do nich więc się dziś zwracam. Możecie mnie od dziś traktować, jak sobie chcecie, byle nie jak kogoś, kogo uważacie za swojego.


Przypominam, że księgarnia pod adresem www.coryllus.pl jest jak zawsze czynna 24 godziny na dobę, a w niej, poza moimi książkami, druga część wspomnień Hipolita Korwin Milewskiego. Lektura obowiązkowa.

sobota, 21 stycznia 2017

O białoczerwonym wuwuzele, co zmieniło niemiecką borówkę w polską żurawinę

         Przed nami trzeci dzień naszego pobytu w Zakopanem, a przez to, że jest to jednocześnie czas sportowego szaleństwa, jakie nam zgotowała drużyna skoczków narciarskich, mam kilka, moim zdaniem ciekawych i dość ważnych refleksji, którymi chciałbym się tu podzielić. Przede wszystkim ja nigdy w życiu nie widziałem takiej eksplozji narodowej dumy, jaką w tych dniach można oglądać na ulicach Zakopanego. To miasto dosłownie całe tonie w bieli i czerwieni i proszę mi wierzyć, że nie chodzi mi o to, że to co widziałem wczoraj i z całą pewnością zobaczę dziś, swoją intensywnością przewyższa to co możemy oglądać podczas meczów polskiej reprezentacji piłkarskiej na Stadionie Narodowym, czy podczas wszelkich innych sportowych wydarzeń sportowych z udziałem Polaków. To co się dzieje w tych dniach w Zakopanem, to wymiar całkowicie nowy, dotychczas u nas nieobserwowany. Wystarczy powiedzieć, że doszło wręcz do tego, że wszystko to, co dotychczas było kojarzone wyłącznie z Zakopanem, a więc te kierpce, te ciupagi, te pluszowe pieski i owieczki, wreszcie ten miś-fotograf, zostały praktycznie wyparte z rynku. Jest tylko ta biel, ta czerwień, ten orzeł i ta Polska, no i te doprowadzające normalnego człowieka do szału wuwuzele. Koniec.
      I jestem pewien, że to wcale nie chodzi o tego Stocha, czy Żyłę. Oni są tu wyłącznie pretekstem do tego, by przez te szaliki, czapki, flagi, przy każdej okazji demonstrować polski patriotyzm i narodową dumę. A skoro tak, to mamy do czynienia już nie tylko ze zjawiskiem socjologicznym, ale ściśle politycznym. Moim zdaniem to jest dokładnie ten sam ruch, który sprawił, że latem nad polskim morzem w budach z pamiątkami królowały koszulki z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny” i breloczki z wizerunkami bohaterów antykomunistycznego podziemia. Nawet jeśli za ową falą szaleństwa stoi wyłącznie moda i pop, a wszyscy ci, którzy jej tak chętnie dali się ponieść, są na co dzień posłusznie chodzącymi do pracy idiotami, z przerwą na flaszkę lub wyprawę do galerii w niedzielę, faktem jest, że oni jakimś cudem uznali, że Polska to wartość, a to, że oni są Polakami, uważają za powód do dumy. Zupełnie jakby nagle odkryli, że bez tej Polski są nikim i uczepili się jej, jak pijany sztachety.
      Oczywiście biorę pod uwagę, że mogę się mylić. Nie jestem ani socjologiem, ani tym bardziej psychologiem, więc nie wykluczam, że to wszystko jest zaledwie złudzeniem, które zniknie tak samo nagle, jak się pojawiło i już za chwilę wrócimy wszyscy do stanu sprzed kilku lat, gdzie znów w dobrym guście będzie można na nowo powtarzać, że my Polacy nie jesteśmy warci tego, by się pokazywać w szerszym towarzystwie. W tej sytuacji jednak uważam, że się nie mylę i że moja diagnoza jest jak najbardziej słuszna. To się już nie skończy, a to choćby z tego powodu, że będzie skutecznie podsycane przez rządy Dobrej Zmiany, a w podziękowaniu za owo dobre słowo, rządy te wspierało.  Byliśmy dziś wieczorem w jednej z tych niezliczonych knajp na kolacji, telewizor był o dziwo ustawiony na Wiadomości TVP, a tam Kamil Stoch mówił, jak to, co on miał okazję oglądać przez cały dzień, jest piękne, jak owa eksplozja patriotyzmu stanowi przyczynę jego sukcesów i jak on jest wszystkim tym ludziom, którzy przyjechali do Zakopanego, by bez opamiętania dmuchać w te trąbki, wdzięczny. Tak to, proszę państwa właśnie działa, a ci co uważają, że oni są w stanie to wszystko pokonać tym swoim pieprzeniem na temat zjednoczonej Europy i naszych wobec niej zobowiązaniach, mogą właściwie już z początkiem nowego tygodnia wyprowadzić się do Paryża, Amsterdamu, lub Berlina, bo lepiej, jak mawiają mądrzy Rosjanie, już było.
      Ktoś powie, że to nieprawda, że jesteśmy częścią świata i ten świat prędzej czy później nas skutecznie skorumpuje, a na dowód tego pokaże coś, co ja zaobserwowałem tuż obok tych biało-czerwonych szalików na zakopiańskich straganach i przyznam, że w pewnym momencie się zaniepokoiłem. Otóż jest tak, że obok owej wszechogarniającej czerwieni i bieli, piętrzą się słoiki z borówką, sprzedawaną w Polsce normalnie przez niemiecką sieć założoną przez braci Karla i Theo Albrechtów, tyle że tu ze zdartymi oryginalnymi etykietami, a na ich miejsce przyklejoną informacją, że w środku znajduje się oryginalna podhalańska żurawina. Ludzie to oczywiście kupują, a później dmuchają w białoczerwone trąbki i sobie z apetytem podjadają. Zobaczyłem to i, jak mówię, w pierwszym momencie się zasmuciłem, ale już po chwili pomyślałem sobie, że to jest sposób, w jaki – jeśli tylko uda się to wszystko z sukcesem pociągnąć – my ich ostatecznie stąd pogonimy. To wszystko z czym oni tu do nas przyleźli weźmiemy, jak swoje, tyle że przekleimy etykiety. A oni nawet nie pisną, a niech tylko spróbują, to ich zagłuszymy naszym polskim, wypożyczonymi od braci Murzynów z RPA, wuwuzele. Bo oni są zwyczajnie za słabi. Kto jest dziś w Zakopanem, wie, co mam na myśli.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. Szczerze polecam.


piątek, 20 stycznia 2017

Kiedy Fundacja Helsińska zacznie bronić godności stadionowych bandytów?

            Swoją pracę w osiedlowym gimnazjum w katowickiej Ligocie wspominam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, jak wiemy, jakikolwiek kontakt z polskim systemem edukacji, w dodatku na poziomie, który można z czystym sumieniem opisać, jako modelowo patologiczny po obu stronach owej barykady, stanowi wyzwanie, które znieść jest bardzo ciężko. Z drugiej jednak, bez tamtego doświadczenia byłbym zdecydowanie uboższy pod każdym względem, a jak wiemy, lepiej być bogatym, niż biednym, również w owym symbolicznym wymiarze.
     Wśród uczniów, których miałem okazję tam uczyć, znajdowały się oczywiście dzieci porządne i grzeczne, jednak przez to, że one były w zdecydowanej mniejszości, to nie o nich myślę, kiedy wspominam tamte lata. Tym bardziej nie pamiętam już twarzy i imion dzieci, które wyznaczały osiedlową średnią, natomiast, owszem, bardzo dobrze pamiętam tych kilkunastu młodych bandytów, którzy w sposób zupełnie naturalny nadawali ton szkole, do której zmuszeni byli chodzić. Część z nich to były dzieci po prostu tak słabe, że siłą rzeczy musiały się znaleźć po owej ciemnej stronie, część, to zwykli kretyni którzy chodzili do szkoły tylko dlatego, że inaczej do domu przyszedłby dzielnicowy i zrobił rodzicom awanturę, no i wreszcie też byli autentyczni przywódcy, do których do domu dzielnicowy i tak regularnie przychodził, bo każdy z nich był otoczony tak zwanym nadzorem.
       Pisałem tu już przed laty o dzieciach z mojego gimnazjum, przy okazji notki na temat kolejnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, kiedy to po raz pierwszy w życiu miałem okazję zaobserwować bezpośrednio, jak działa ten proceder w wymiarze, w którym owa dobroczynność jest definiowana przez tych, którzy oczywiście nie mają jakichkolwiek skrupułów, natomiast cierpią na nieustanny brak forsy. Dziś jednak wracam do tamtych wspomnień nie z powodu Owsiaka, lecz przez informację, jaka do mnie dotarła wczoraj właśnie, a dotyczącą publikacji przez organy ścigania zdjęć najbardziej agresywnych uczestników awantur przed Sejmem w grudniu zeszłego roku, no i oczywiście natychmiastowej reakcji Amnesty International, Komisji Helsińskiej, czy diabli wiedzą, kogo tam jeszcze, w proteście przeciwko łamaniu przez polskie władze praw człowieka. Chodzi o to, że dopóki tym bandytom, którzy jeśli tamtej nocy nikogo ciężko nie pobili, to wyłącznie dlatego, że mieli przed sobą osoby w najwyższym stopniu odpowiedzialne, no a poza tym nikt nie dał im odpowiedniego sygnału gwizdkiem, nikt niczego nie udowodnił przed sądem, to ich publiczny wizerunek jest bezwzględnie chroniony i nikomu nic do tego, jak każdy z nich wygląda.
      Otóż wśród moich uczniów z gimnazjum w Ligocie byli jak najbardziej autentyczni kibole, w takim sensie, w jakim ich opisują ogólnopolskie media, a więc ci z nich, dla których jedynym sensem życia jest się prać z kibicami wrogich drużyn, no i oczywiście z policją. Ponieważ ja, mimo swoich zastrzeżeń do losu, który sobie ich wszystkich wybrał, nigdy nie miałem kłopotów z tym, by się jakoś tam z nimi zaprzyjaźniać, pewnego dnia jeden z nich zwierzył mi się z tego, jaki to on jest dumny z tego, że jego zdjęcie zostało umieszczone w Internecie wśród zdjęć największych stadionowych chuliganów i jak to on sobie to zdjęcie kazał wydrukować i powiesić nad łóżkiem, tak by ile razy na nie spojrzy, wiedział, że jest poważnym zawodnikiem, a nie jakimś gównem z Warszawy, czy Chorzowa. Ponieważ ja wówczas jeszcze o owym procederze nie miałem bladego pojęcia, uczeń mój opowiedział mi dokładnie, jak cały system jest zorganizowany i jak częścią owego systemu są te regularnie publikowane w Internecie zdjęcia najbardziej agresywnych stadionowych bandytów.
      Z tego co jednak pamiętam, w tamtym czasie ani Amnesty International, ani Komisja Helsińska nie wydawały żadnych komunikatów w obronie polskich kiboli. A skoro tak, to ja zakładam, że dzisiejsza histeria, jaką wspomniane środowiska podniosły przeciwko rządowi Beaty Szydło, jest wyłącznie wynikiem ogólnej histerii i, podobnie jak tamta, szybko się skończy. No i mam przy okazji nadzieję, że jeśli któregoś dnia pod moim domem pojawi się tłum bandytów z flagami KOD-u, którzy kiedy będę chciał wyjść z domu, będą mi i mojej rodzinie zagradzać drogę, wyzywać mnie przy pomocy najbardziej obelżywych słów, popychać, filmować, grozić mi, a następnie wystawiać moją przerażoną twarz na najgorsze szyderstwa w Sieci, to polskie organy ścigania zrobią wszystko, by ową bandę chuliganów skutecznie namierzyć, wyłapać i wreszcie sprawiedliwie ukarać. No i że oczywiście Helsińska Fundacja Praw Człowieka nie wyda oświadczenia biorącego tej hołoty w obronę.
      No i że owi wyimaginowani przeze mnie bandyci zachowają się w tej sytuacji równie dzielnie, co mój uczeń sprzed lat i oświadczą, że oni są bardzo dumni z tego, co zrobili i nie mają nic przeciwko temu, by świat poznał ich twarze i nazwiska. W ten sposób okażą się przynajmniej bardziej honorowi, niż owa banda tchórzy z 16 grudnia.


Pozdrawiam wszystkich z duszącego się w smogu Zakopanego i z prawdziwą satysfakcją informuję, że wczoraj nasz blog przekroczył 3 miliony odsłon. Dziękuję wszystkim jego przyjaciołom, zarówno tym nowym, jak i tym od lat. Przy okazji oczywiście zapraszam do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i zachęcam do kupowania moich książek.

czwartek, 19 stycznia 2017

W barze "Mazur" na Fejsie

              Ponieważ w związku z zimowymi feriami, jakie akurat trwają tu w regionie, no a przede wszystkim przez niezwykły wręcz gest jednego z czytelników tego bloga, wybieramy się na parodniową wycieczkę do Zakopanego, nie zdążę już dziś napisać kolejnego tekstu. Ponieważ jednak ze względu na bieżące zawodowe zobowiązania, zabieram ze sobą laptopa, z pewnością znajdę czas, by się aż tak do końca nie wyłączać. A więc, do piątku. Dziś natomiast, przede wszystkim z myślą o tych, którzy są tu od niedawna, chciałbym przypomnieć jeden z rozdziałów mojej książki „Marki, dolary banany i biustonosz marki Triumf”. Bardzo proszę:

      To się zdarzyło dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a świat składał się wyłącznie z szarych ulic, odrapanych domów – ubarwianych jedynie raz do roku, w dzień święta 1 maja – no i z czarnobiałego telewizora w domu, marki nieistotnej, na którym można było obejrzeć absolutnie przebojowy serial produkcji amerykańskiej, zatytułowany „Koń który mówi”. I od razu nie potrafię uniknąć pewnej dygresji. Mniej więcej też w tamtym czasie na ekrany naszych kin wszedł film „The Beatles”, oryginalnie znany jako „A Hard Day’s Night” i gdy idzie o Katowice, wyświetlany był on w kinie „Światowid”, które wówczas nadawało w trybie non-stop. Tak się zresztą to kino nazywało – „Światowid – kino non-stop”. Poszedłem na tych Beatlesów z moim starszym bratem, a ponieważ, przez to właśnie, że „Światowid” puszczał ten sam film na okrągło, nie istniały godziny rozpoczęcia i zakończenia spektaklu, zaczęliśmy ów film oglądać dopiero od którejś tam minuty.
      Pamiętam tamten dzień z dwóch względów. Pierwszy to taki, że to jednak byli Beatlesi, a więc coś co dla nas, tamtych dzieci, mogło przypominać – i to też zaledwie pozornie – jedynie wąchanie kolorowych bibułek, w które zwykle były zawijane pomarańcze, a drugi już związany z Edem, czyli z gadającym koniem. No więc, w odpowiednim momencie ten film się skończył i projekcja ruszyła po raz kolejny. Oczywiście, zostaliśmy na swoich miejscach, bo chcieliśmy zobaczyć to, co nam umknęło wcześniej. I oto, kiedy zaczęły się pojawiać obrazy i piosenki, które znaliśmy z poprzedniego seansu, ja nagle sobie uświadomiłem, że za chwilę w telewizji będzie „Koń który mówi”, i zacząłem nalegać – niestety skutecznie – by wracać do domu. Wstyd mi za tę moją durnotę do dziś, a brat mój nie zapomni mi tego, co mu wtedy uczyniłem, do śmierci.
      A zatem, działo się to wszystko już bardzo dawno temu. I oto pewnego dnia gruchnęła wieść, że w naszej dzielnicy odkryto mieszkanie, w którym niejaki Arnold – to było nazwisko tego człowieka – w bardzo okrutny sposób mordował kobiety, kroił je na kawałki, a szczątki te trzymał tam do czasu aż całe mieszkanie już zaczynało cuchnąć, i jeszcze długo potem. Ponieważ ów adres został podany do publicznej wiadomości, pamiętam, jak poszedłem z moją mamą, żeby rzucić okiem na tę kamienicę, na to okno, i poczuć ten dreszcz. Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Oczywiście Arnold został schwytany, osądzony, skazany na śmierć, a następnie powieszony. Po pewnym czasie o Arnoldzie zapomniałem.
      Po raz kolejny usłyszałem o nim już w tak zwanej nowej Polsce, nie wiem, może dwa, a może pięć lat temu. Nie wiem, co to była za okazja, ale dowiedziałem się wtedy, że egzekucja Arnolda miała miejsce pewnego zimowego popołudnia – ciekawe, że popularny przesąd mówi, że ta sprawiedliwość przychodzi na nich zawsze nad ranem – w milicyjnych garażach na ulicy PCK w Katowicach. I powiem szczerze, że ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie największe. Otóż ja świetnie znam te garaże. One w tamtych latach stanowiły nieodłączną część mojego dzieciństwa, a to przez to, że znajdowały się dokładnie pod podwórkiem, na którym spędzałem większość mojego pozaszkolnego życia. Myśmy się tam bawili, a pod nami łazili ci milicjanci i jeździły te ich samochody z nieodłącznymi literkami M i O. Było nawet tak, że mogliśmy tam do tych korytarzy z góry zaglądać przez specjalne świetliki, które milicjantom trochę oświetlały te ich ciemne zaułki, a dla nas stanowiły okazję do tego, by ukradkiem zanurzyć się w ten egzotyczny podziemny świat Milicji Obywatelskiej.
      Dowiedziałem się więc nagle, że prawdopodobnie w momencie, kiedy myśmy się tam na górze bawili, lepiliśmy kulki, ślizgali – na dole przywieźli tego Arnolda i go przykładnie powiesili. Niemal na naszych oczach.
      Rzecz w tym, że myśmy tam wciąż zaglądali. Raz, pamiętam, mieliśmy nawet z tego dużą frajdę, bo tuż pod nami jeden z milicjantów sikał – zwyczajnie, na podłogę tego garażu. Stał tam i sikał. A myśmy patrzyli, jak on leje, i mieli z tego przednią zabawę. No a tu nagle pojawił się ten Arnold. Oczywiście, jest bardziej niż prawdopodobne, że on nie został zabrany z tego świata w tym samym miejscu, gdzie w innych zupełnie okolicznościach, milicjant oddawał mocz. Najpewniej, ówczesny wymiar sprawiedliwości przygotował mu na śmierć specjalne miejsce, w jakimś kącie, a może w jakimś osobnym pomieszczeniu. Diabli wiedzą, czy tam w ogóle jakieś osobne pomieszczenia były, czy może on tak zawisł między tymi milicyjnymi autami, wprost pod naszymi szczenięcymi bucikami.
      A ja się dziś zastanawiam, jak my wszyscy byśmy wtedy zareagowali, gdyby ktoś nam nagle powiedział: „Słuchajcie! W garażach właśnie wieszają Arnolda”? Czy byśmy się natychmiast rzucili do tych mikroskopijnych świetlików i usiłowali coś zobaczyć? Czy może odwrotnie – zamilklibyśmy przerażeni myślą o śmierci, która właśnie przechodziła obok nas tak bardzo blisko? A może byśmy zaczęli klaskać z radości w dłonie, że wreszcie tego bydlaka między nami nie będzie? A może któryś z nas by nagle poczuł żal, że, cholera, biedny wariat, właśnie umiera, i już nie ma dla niego ratunku? Tego się już nigdy nie dowiemy. Natomiast ja sam dziś, jak najbardziej realnie, widzę to podwórko i ten ciemny korytarz i wspominam tamten świat. Świat straszliwie surrealistyczny.
      Skąd mi nagle przyszedł do głowy ten Arnold i jego nędzna śmierć? Otóż pewnego dnia przyszedł do mnie mój syn i poinformował mnie, że Onet, kiedy już nadejdzie noc i zaczną wychodzić ze swoich nor te wszystkie złe duchy, zmienia się w portal pornograficzny. Oczywiście, znając moje dzieci, na tę pornografię musiałem wziąć pewną poprawkę, natomiast, ponieważ wiedziałem też, że coś na rzeczy musi być, sprawdziłem, o co chodzi, i rzeczywiście okazało się, że w godzinach nocnych tam króluje wyłącznie najbardziej tandetna erotyka. A więc przede wszystkim zdjęcia jakichś roznegliżowanych ciź, a do tego bardzo poważne analizy na temat dobrych i złych stron seksu pod prysznicem, korzyści z prostytucji, czy wad i zalet posiadania małego i dużego biustu.
      A zatem, okazało się, że tak naprawdę to, do czego Onet służy nam – zwykłym pasjonatom polityki, a więc do zdobywania codziennych informacji, i ewentualnie do tego, by się z kimś jak należy pokłócić, to zaledwie pretekst i wymówka, by dalej już zupełnie bezkarnie zaspokajać zwykłą klientelę handlowych galerii i telewizyjnych seriali. Że za tą dumną nazwą stoi wyłącznie to co zawsze i wszędzie. A więc kolorowe zdjęcie gołej pupy i pozory debaty.
      Ale oprócz tych dup, trafiłem na coś jeszcze. Moim oczom, mianowicie, najpierw ukazał się duży tytuł „Bestia z Katowic. Horror na poddaszu”, a następnie bardzo pojemny tekst właśnie o Bogdanie Arnoldzie, niegdysiejszym mordercy kobiet. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że stało się coś przełomowego. Że może ten Arnold był niewinny, natomiast dziś się okazało, że tamte kobiety dręczył jakiś dziś już emerytowany oficer UB? Lub że może właśnie po latach wyszło na jaw, że tych kobiet było więcej, lub że wnuk tego Arnolda jest dziś przewodniczącym młodzieżówki PiS-u gdzieś na Śląsku. A może mamy jakąś okrągłą rocznicę tamtej egzekucji pod moim podwórkiem? Nic z tego. Żadnych rewelacji. Onet zwyczajnie, ot tak, bo akurat nie było lepszego materiału, postanowił zwrócić się do jednej ze swoich dziennikarek, by się zajęła tamtą sprawą. No i powstał tekst szczególny.
       Już wspomniany tytuł mówi o nim wystarczająco dużo, ale jednak wciąż nie wszystko. Bo oto tam mamy jeszcze wiele prawdziwej poezji. Oto same tylko podtytuły. Proszę posłuchać: „Sadystyczne orgie”, „Horror na strychu”, „Perwersje samotnego mężczyzny”, „Nie chciał płacić za seks”. To dla chamów. Jednak są też zagadnienia dla lepszych klientów: „Dlaczego to zrobił?” No i już dla osób staranniej wykształconych – może nawet nauczycieli języka polskiego renomowanych warszawskich liceach – tych którzy również potrafią czytać teksty bardziej skomplikowane leksykalnie: „Na moje zachowanie miało wpływ szereg okoliczności”.
       A w środku? W środku też jest jak należy. Oto pierwszy z brzegu fragment onetowej relacji:
      „Pięć miesięcy później, 12 marca 1967 roku w barze ‘Mazur’, Bogdan Arnold poznał kolejną ofiarę – około 40-letnią kobietę, której tożsamości nigdy nie udało się ustalić. Pili razem wódkę, a potem kobieta zgodziła się spędzić z nim noc. W mieszkaniu Arnold znęcał się nad nią, bił batem i pięściami, torturował. Oprócz tego zmuszał ją do uprawiania perwersyjnego seksu. Kiedy kobieta chciała wezwać pomoc, nacisnął ręką na jej krtań, powodując zgon. Następnie zwłoki pokroił, wnętrzności wrzucił do rury kanalizacyjnej, korpus umieścił w wannie, a głowę w garnku z gorącą wodą”.
       To oczywiście już wystarczy, ale nie mielibyśmy pełnego obrazu tego, co się porobiło w Polsce od czasu, gdy w tamto zaśnieżone pewnie popołudnie, w ciemnych korytarzach milicyjnych garaży na ulicy PCK w Katowicach, Bogdan Arnold zakończył swoje smutne życie. Oto w pewnym momencie, między tymi podtytułami i wśród tych pokrojonych, cuchnących ciał, pojawia się podświetlony tekst: „Dołącz do nas na Facebooku”. I to, jak sądzę, stanowi doskonałą puentę tej dzisiejszej notki. Ten Onet, ten Facebook i ten piękny świat dookoła. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. I jak gdyby już nigdy nic się stać nie miało.
      Mój syn po raz kolejny powiedział mi: „Ależ ty miałeś młodość! Jak ja ci zazdroszczę”. Czy ja wiem, czy jest tu czego zazdrościć? Tego podwórka? Tych brudnych śmierdzących krwią kamienic? Czy ja wiem? Ja bym tam na jego miejscu nie zazdrościł. Inna sprawa, że zamienić to wszystko na tego Facebooka też jakoś głupio. Zwłaszcza że, jak doskonale widać na przedstawionym powyżej przykładzie, ani Facebook, ani tym bardziej Onet, nie wiedzieliby, co ze sobą począć, nawet jak zaczerpnąć powietrza, gdyby nie tamta krew. Ten Zuckerberg to o ile mi wiadomo był wybitny student. A ci co robią Onet? Ciekawe.

Wspomnianą książkę można kupić w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/products-page/books/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/

środa, 18 stycznia 2017

Czemu w Modlitwie Pańskiej nie ma słowa o marihuanie?

       Zmarł były poseł SLD Tomasz Kalita i jest to wiadomość, jak zawsze kiedy umiera młody człowiek i współczesny świat nie jest w stanie tego, co się dzieje, powstrzymać, absolutnie porażająca. To że Kalita jest bardzo ciężko chory, wiedziałem od dłuższego już czasu, niestety powodem tego nie było wcale to, że umiera ktoś, kto powinien jeszcze mieć przed sobą długie lata życia. Nic podobnego. Może, gdyby okoliczności tego umierania były inne, inna też by była towarzysząca mu medialna oprawa. Tu niestety, niemal wyłącznie fakt, że choroba Kality i jego cierpienie zostały wprzęgnięte w publiczną debatę dotyczącą legalizacji tak zwanej leczniczej marihuany, a tak naprawdę w coś znacznie starszego i o wiele poważniejszego, a mianowicie w ogóle legalizację narkotyków, sprawił, że ile razy na ekranach telewizorów pojawiał się Kalita, wszyscyśmy musieliśmy wysłuchiwać kolejnych dyrdymałów na temat tego, jak to owo cudo potrafi nie dość, że ulżyć człowiekowi w cierpieniach, to wręcz z owych cierpień go skutecznie wydobyć.
       Dziś Tomasz Kalita już nie żyje, kiedy jednak odbieram medialne informacje poświęcone temu smutnemu odejściu, 90 procent całości zajmuje oczywiście owa marihuana, dokładnie z tymi samymi co zawsze argumentami, tyle że tym razem jeszcze podparta dodatkowo argumentem ostatecznym, że mianowicie sprawa jej legalizacji, to testament jaki nam po sobie zostawił Kalita, i jego dziedzictwo. Gdybyśmy się mieli opierać na tym co płynie w większości z medialnego przekazu, musielibyśmy uznać, że tak naprawdę Kalita nie zostawił nam o wiele więcej, niż owo świadectwo człowieka, którego bezduszność polityków doprowadziła do śmierci.
       Tak się przy tym jednak zdarzyło, że obok tego wszystkiego telewizja publiczna przypomniała rozmowę, jaką w listopadzie zeszłego roku Krzysztof Ziemiec przeprowadził z wciąż jeszcze prowadzącym swoją walkę z chorobą Kalitą, i którą ja z prawdziwym wzruszeniem wysłuchałem w całości. Kalita przez większą cześć wywiadu opowiada, jak to jest dowiedzieć się, że się jest śmiertelnie chorym, jak to jest walczyć ze strachem przed śmiercią, jak to wreszcie jest, kiedy człowiek ma wreszcie czas przemyśleć na nowo całe swoje życie. Owszem, wspomina też w kilku zdaniach o tej marihuanie, ale, jeśli ktoś się spodziewa jakiejś tyrady, będzie zawiedziony. To jest rzeczywiście zaledwie kilka zdań, w dodatku główny nacisk Kalita kładzie na to, by ewentualna legalizacja marihuany leczniczej nie spowodowała legalizacji samego narkotyku.  Są w tym wywiadzie natomiast dwa momenty, które osobiście uważam za warte uwagi. Pierwszy z nich, to ten, gdy Kalita mówi, że jeśli zdarzy mu się jeszcze wrócić do polityki, to nie do takiej, gdzie człowiek budzi się rano i myśli tylko o tym, co powiedzieć takiego, by tym się zainteresowały media i puściły to w formie tak zwanej „setki”, a tak wygląda właśnie jego polityczne doświadczenie.
      Drugi natomiast to wyznanie swego nawrócenia, a przy tym apel do tych, którzy z niego szydzą, że on, jako rzekomo „nawrócony komunista” chce się wypromować na swoim cierpieniu. I tu zacytuję Kalitę słowo w słowo: „Jeśli to jest promocja, to ja wam oddam tę chorobę – promujcie się”.
      I to jest moim zdaniem prawdziwy testament śp. Tomasza Kality. Owo wyznanie wiary, przyznanie, że kiedy wszystko się wali, nie ma nic innego, jak tylko obietnica zbawienia i wreszcie, że wszystko, co się tak naprawdę liczy znajduje się w słowach modlitwy „Ojcze Nasz”. Tyle że to już nas aż tak bardzo nie interesuje. Czyżby za mało zajeżdżało trawą?

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są niezmiennie do kupienia moje książki.

wtorek, 17 stycznia 2017

Gdy nawet feministki nie są prawdziwymi mężczyznami

               Zastanawiałem się, o czym ma być jutrzejszy tekst, kiedy nagle rzuciłem okiem w telewizor i zobaczyłem Magdalenę Ogórek, jak rozmawia z Rafałem Ziemkiewiczem, i uświadomiłem sobie coś absolutnie fascynującego. Nie wiem, o czym oni rozmawiali, bo przez to, że moje dziecko oglądało jakiś film w Internecie, telewizor był w tym czasie odpowiednio ściszony, nie mogłem jednak nie zauważyć tego, co tam robiło wrażenie wręcz porażające. Podczas gdy Magdalena Ogórek, wybierając się do telewizyjnego studia, starannie się uczesała, założyła śliczną sukienkę, gdzie trzeba udekorowała się elegancką biżuterią, Ziemkiewicz – jak zawsze zresztą – zachował swój ulubiony image szmaciarza.
     Tu jednak, zanim pójdę dalej z wątkiem Ziemkiewicza, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż w kamienicy, w której mieszkam, znajduje się coś co nosi nazwę Muzeum Barbary i Stanisława Ptaków. Kim są ci państwo, już tłumaczę. Otóż, pomijając fakt, że oboje przez lata byli moimi sąsiadami z dołu, nieżyjący już dziś Stanisław Ptak był znanym lokalnie śpiewakiem operetkowym, natomiast pani Ptakowa jeszcze bardziej znanym projektantem kostiumów, której nazwisko można znaleźć w napisach do takich filmów, jak „Faraon”, „Nóż w wodzie”, czy „Ziemia Obiecana”. Jak mówię, pan Ptak dziś już nie żyje, jednak pani Ptakowa radzi sobie fantastycznie, w związku z czym to ona ma oko na ów projekt, o którym już wspomniałem, a który nosi nazwę Muzeum Barbary i Stanisława Ptak. Proszę sobie jednak wyobrazić, że ile razy tu się odbywa jakaś uroczystość, a jest ich regularnie cała masa, pierwszą zasadą, ustaloną przez panią Ptakową, jest ta, że do środka nie zostanie wpuszczony nikt, kto ma na sobie dżinsy. Właśnie tak. Dżinsy. To jest zresztą pewnie główny powód, dla którego, mimo regularnych zaproszeń, ja tam się nie wybieram. Nie bardzo sobie bowiem umiem wyobrazić, że będę zakładał garnitur tylko po to, by zejść piętro niżej.
      I oto wracam do telewizyjnego programu, gdzie zabawiają nas Ziemkiewicz i Magda Ogórek. Jak wygląda Ogórek, już opisałem. Gdy natomiast chodzi o Ziemkiewicza, on jest oczywiście zarośnięty, jak pierwszy z brzegu menel, na tyłku ma oczywiście wytarte dżinsy, a wyżej rozchełstaną koszulę. Patrzę na te dżinsy, myślę o pani Ptakowej i nagle zaczynam rozumieć to, co jakiś czas temu powiedziała moja żona, kiedy zobaczyła w telewizji Piotra Semkę. Otóż zwróciła ona moją uwagę na fakt – a ja dziś jestem pewien, że to jest prawda nie do pokonania – że gdyby do którejś z telewizyjnych stacji przyszła kobieta, opasła jak świnia, spocona, niedomyta, rozczochrana i cuchnąca ową niezwykłą mieszaniną perfum i zleżałego potu, nie zostałaby wpuszczona dalej, niż przez te piszczące bramki na parterze. Gdy w telewizji pojawiają się kobiety, one zawsze muszą prezentować ten choćby standard, który zobowiązuje każdego z nas, by przynajmniej publicznie nie cuchnąć. Jestem pewien, że nawet prof. Magdalena Środa, wyglądając, jak wygląda, nie stwarza przy tym atmosfery, jaka zwyczajowo panuje w przedsionkach prowadzonych do miejskich bankomatów. Tymczasem, jak mówię, gdy chodzi o tych mądrali, oni się absolutnie nie oszczędzają. Spójrzmy proszę na te menażerię: oto wspomniany Semka z tymi swoimi przetłuszczonymi i nie znającymi grzebienia włosami, Marcin Wolski z chorym okiem, nie mieszczący się w krześle Ryszard Kalisz, Gadowski o twarzy pijaka z sąsiedztwa, symboliczny już dziś Piotr Niemczyk, niezmiennie zapraszany do wygłaszania swoich mądrości przez stację TVN24, do opisania którego brakuje słów, no a teraz jeszcze ten Ziemkiewicz naprzeciwko tego – właśnie tak, w tym wypadku mamy do czynienia z prawdziwym zjawiskiem – anioła.  
      I to już koniec. Jeśli ktoś miał nadzieję, że ja to jakoś pociągnę w kierunku naprawdę ciekawym, był w błędzie. To już koniec. Jedyne co mi jeszcze przychodzi do głowy, to jak to się dzieje, że te wszystkie strasznie mądre feministki, których wszędzie mamy dziesiątki, tak zawsze chętne do tego, by bronić praw kobiet, w tym akurat wypadku nabrały wody w usta? Czemu jest tak, że gdy nagle któraś z nich, jeśli tylko nie spełnia podstawowych wymagań, gdy chodzi o tak zwany wdzięk i elegancję, zostaje natychmiast wyeliminowana? Co ciekawe, najczęściej przez tych, co reprezentują to samo niedomyte męskie towarzystwo.  Czy to możliwe, że podobnie, jak oni nie są mężczyznami, to one tak naprawdę nie są kobietami?
     No i proszę. Miałem napisać tekst o Ziemkiewiczu i Ogórek, a wyszła mi bardzo poważna refleksja na temat współczesnego feminizmu.

W księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.
    
    


poniedziałek, 16 stycznia 2017

I jeszcze raz o Jurku, któremu zabrakło atomów

      Jerzym Owsiakiem i jego szczególnym czynieniem dobra zajmowałem się już tutaj wielokrotnie i wydawało mi się, że po moim ostatnim na ten temat tekście, do sprawy już wracać nie będę. Tak się jednak zdarzyło, że moje dziecko zwróciło mi wczoraj uwagę na artykuł na portalu tvn24 pod tytułem „Kręci się! 6 powodów, dla których warto popierać WOŚP”, a w nim powód nr 5 w następującym brzmieniu:
      „Bo bez serduszka wychodzi się na suk****a – Jedni pomagają, bo czerpią przyjemność z tego, że robią coś dobrego. Jednak część pomagania nie lubi, ale głupio byłoby im chodzić tego dnia bez serduszka. Nie chcą być egoistami, a bez serduszka wychodzi się na sukinsyna – mówi nam prof. Jerzy Vetulani, neurobiolog, znawca ludzkiego mózgu”.
      W pierwszej chwili oczywiście chciałem to coś potraktować wzruszeniem ramion i złośliwą uwagą, że gdy chodzi o to, co o mnie sądzi akurat prof. Vetulani, wolę być wspomnianym sukinsynem, niż choćby najznakomitszą częścią jego mózgu, no ale potem udaliśmy się z żoną na niedzielną wizytę, no a tam był włączony telewizor, w telewizorze transmisja na żywo z wysyłania tak zwanego „światełka do Nieba”. Patrzyłem na ten tłum i nagle zrozumiałem, co chciał nam powiedzieć prof. Vetulani. Oto ci wszyscy ludzie są tam albo z czystej przyjemności, albo ze strachu, że się okażą sukinsynami. Tam nikt na tym mrozie nie sterczy z odruchu serca. Pozostaje wyłącznie albo przyjemność, albo strach. A kiedy o tym sobie pomyślałem, uznałem, że ja tego tak nie mogę zostawić i postanowiłem przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2009, tu w lekko zmienionej formie, w którym, jak sądzę, najprawdziwiej jak się tylko dało, pokazałem całe kłamstwo owego przedsięwzięcia. Kto ów tekst już kiedyś czytał, będzie miał okazję sobie przypomnieć, kto jest tu od niedawna – serdecznie zachęcam.


       Za nami doroczna eksplozja absolutnie bezprecedensowego fałszu i zakłamania, funkcjonującego dziś pod symboliczną już nazwą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.      Ponieważ w ostatnich dniach pojawiło się kilka tekstów, w których autorzy starali się zdiagnozować to niezwykłe zjawisko, można by pewnie uznać, że wszystko zostało już dokładnie powiedziane. Jednak ja wciąż czuję, że materia, z którą przyszło nam się zmierzyć, stawia nieustanny opór i kiedy się wydaje, że sprawa jest ostatecznie załatwiona, odrastają kolejne łby tego smoka i, co wydawałoby się niemożliwe, mają się one zupełnie dobrze.
      Dziś moja córka – zawodnik naprawdę twardy – poinformowała mnie, że słyszała, że nie ma w Polsce szpitala, który nie funkcjonowałby bez choćby jednego bardzo cennego urządzenia zakupionego przez WOŚP. I pyta mnie, czy moim zdaniem sytuacja, w której Owsiak z jakiegoś powodu przerywa swoją działalność, wyjeżdża na te swoje ukochane Bahamy, a szpitale przestają otrzymywać to, co otrzymywały dotychczas, to sytuacja zła czy dobra? Ona wszystko na temat Owsiaka wie. Nawet nie ma jej co tłumaczyć, z kim mamy do czynienia, bo to, co trzeba, jest jej doskonale znane. Ona chce znać sytuację od strony czysto praktycznej.
Zastanawiam się więc, jak można opisać zjawisko, które na każdym poziomie, zamysłu, organizacji i wykonania, stanowi czyste zło, a w wyniku którego otrzymujemy jednocześnie pojedyncze, jednostkowe, indywidualne dobro? Jak można pokazywać palcem na to zło, kiedy każde nasze słowo natychmiast spotyka się z jak najbardziej realną i według wszelkich rozsądnych standardów, usprawiedliwioną kontrargumentacją?
      Oczywiście sprawa była już wielokrotnie wyjaśniana i wydawałoby się, że choćby część z tych wyjaśnień będzie stanowić wystarczający powód, nawet jeśli nie do zakwestionowania, to przynajmniej zastanowienia się nad faktyczną istotą działalności charytatywnej, prowadzonej w taki sposób, jak to robi Owsiak. Ale i nie tylko Owsiak. To bowiem, z czego on żyje, a więc dobroczynność prowadzona poza Kościołem, jest przecież znane od setek lat. Tego, co robi Owsiak, on sam przecież nie wymyślił. To jest klasyka. Pomaganie bliźnim tak, by przy okazji uzyskać z tego jak najwięcej dla siebie – choćby tylko w formie prostej satysfakcji – zostało przeanalizowane skutecznie przez ludzi o wiele mądrzejszych od nas i poddane ocenie druzgocącej.
      Czy ci dawni krytycy dobroczynności prowadzonej poza Kościołem mieli łatwo? Czy na ich argumenty nie przybiegali natychmiast czwórkami świadkowie tego dobra, które się właśnie urzeczywistniło? Czy nie pokazywali radosnych twarzy dzieci, które albo odzyskały zdrowie, albo po prostu zwykłe szczęście, właśnie dzięki owym „dobrym Samarytanom”, ale przede wszystkim wbrew zrzędzeniu nieczułych filozofów? Czy nawet tak solidny, wydawałoby się, argument, jak ten najstarszy: „Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6.3), nie spotykał się ze wzruszeniem ramion i niezmiennym pytaniem: „I co z tego, skoro ktoś dostał życie?"
      Obawiam się więc, że choćbyśmy dyskutowali do końca świata, albo nawet – jak woli mówić ten podstępny człowiek – jeszcze dłużej, zawsze w końcu staniemy przed ścianą utworzoną z czystej, niewzruszonej praktyki. Z – można by rzec – prawdziwej, niepodważalnej matematyki. I właśnie to jest ten moment, żeby powiedzieć coś na temat matematyki. No i fizyki. A tym samym pokazać, że ów tak przebiegle wyślizgujący się nam z rąk temat da się jednak opanować.
      Roald Dahl w swoich wspomnieniach z lat szkolnych opowiada o zdziwaczałym nauczycielu matematyki, który pewnego dnia dał swoim uczniom niezwykłą zagadkę. Wyjął mianowicie papierową chusteczkę, pomachał nią i powiedział tak: „Ta chusteczka ma grubość 1/100 cala. Składam ją na pół. Osiąga grubość 2/100 cala. Składam ponownie – robi się gruba na 4/100 cala. Składam raz jeszcze i teraz ona ma grubość 8/100 cala. Zagadka brzmi następująco. Jak ona będzie gruba, kiedy złożę ją pięćdziesiąt razy?” Oczywiście, żadne dziecko – mimo że to była bardzo dobra prywatna szkoła, a dzieci angielskie i czasy bardzo przed-internetowe – nie umiało nawet się zbliżyć do poprawnej odpowiedzi. Nie było nawet w stanie pojąć całej idei, kryjącej się za tą zagadką. Tymczasem prawidłowa odpowiedź brzmiała: chusteczka osiągnie grubość jak stąd do słońca... Więc tak. To jest właściwa odpowiedź. Jak ktoś ma dobry kalkulator, to niech sobie sprawdzi.
      Kiedy po raz pierwszy czytałem ten tekst Dahla, byłem zachwycony a jednocześnie oszołomiony i oczywiście nic nierozumiejący. Pewnego dnia jednak spotkałem mojego znajomego, wybitnego fizyka, matematyka i w ogóle pod wieloma względami osobę szczególną. Od razu postanowiłem wykorzystać okazję i zwróciłem się do niego z ową dahlowską zagadką. On spojrzał na mnie bez szczególnego zainteresowania, wzruszył ramionami i odparł: „Nie wolno mieszać fizyki z matematyką. Poza tym, w chusteczce nie ma wystarczającej liczby atomów, żeby się dała aż tak rozciągnąć”.
      I to jest właśnie to, co mi się przypomniało, kiedy z jednej strony próbuję opisać to, co widzę, gdy patrzę na owsiakowe szaleństwo, a z drugiej strony słyszę te niewzruszone argumenty i absolutnie rzeczowe dowody na to, jak bardzo moje pretensje są małe i niedorzeczne. Sprawa Wielkiej Orkiestry, tych wszystkich serduszek, puszek, tych Bahamów, tych fundacji, tego Woodstocku, tych rachunków – sprawdzonych i niesprawdzonych – w ogóle nie nadaje się do dyskusji. Nie ma żadnego sposobu, żeby ten problem rozstrzygnąć na proponowanym nam poziomie. W Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy nie ma wystarczającej liczby atomów, żeby sięgnąć tego pierwszego punktu, w którym zaczyna się dobroczynność.
      Nie można mieszać fizyki i matematyki. I na tym kończymy sprawę Owsiaka.


Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl możemy kupować moje książki. Zachęcam gorąco.

niedziela, 15 stycznia 2017

O tym, jak Lech Wałęsa oberwał bumerangiem

Wczoraj zostało pochowane jedno z dzieci Lecha Wałęsy, Przemysław, a w związku z tym wydaje się, że możemy sobie pozwolić na skromny komentarz. Przed nami tekst, który ukazał się przedwczoraj w kolejnym wydaniu „Warszawskiej Gazety”. Zachęcam.

Umarło jedno z dzieci Lecha Wałęsy, no i tym sposobem doczekał on już nie tylko kierowanego pod jego adresem zwykłego szyderstwa, ale prawdziwego hejtu, gdzie nie zostaje już nic, jak tylko znane nam tak dobrze „życzenie śmierci”. Oczywiście, mimo tego, że przez te wszystkie lata „polskiej wolności”, której prezydent Wałęsa był jak najbardziej jednym z prominentnych budowniczych, znakomita większość mediów posłusznie unikała relacjonowania owej patologii, do jakiej małżeństwo Wałęsów doprowadziło siebie i swoją rodzinę, wszyscy mniej więcej wiemy, jak się przeze minione lata losy tych ludzi układały. Obraz, jaki się przed nami roztacza, jest też więc wystarczająco pełny i wyraźny, byśmy dziś, kiedy czytamy, że Przemysław Wałęsa zmarł z powodu „niezdrowego trybu życia”, nie musieli sobie zadawać niepotrzebnych pytań. Nasza wiedza na temat losu, jaki państwo Wałęsowie sobie przez te wszystkie lata zgotowali, znakomicie pozwala nam zaledwie wzruszyć ramionami na wieść, że dzień po śmierci swojego syna Lech Wałęsa spędził na Facebooku, roztrząsając swoje spory z IPN-em.
I to, moim zdaniem, a nie ów hejt, jaki się wylewa dziś na Lecha Wałęsę i to biedne dziecko – właśnie tak, dziecko – stanowi prawdziwy problem. Mamy bowiem tego Lecha, jego Danuśkę, którą on jeszcze przed laty musiał ganiać po łóżku w królewskich apartamentach Pałacu Buckingham, mamy tych wszystkich Przemków, Bogdanów, Sławków, te wszystkie Victorie i Brygidy i tę straszną zmowę, która w poczuciu pełnej bezkarności pozwalała im karmić tę patologię, a na końcu tego nieszczęścia mamy nieszczęście ostateczne, czyli tego biednego Przemka i jego szkliste, nic nierozumiejące oczy. No i ojca, który siedzi przy tym swoim laptopie i pieprzy coś na temat tego, jak to Sławomir Cenckiewicz się czai, by go zniszczyć.
No ale faktycznie mamy ten hejt, gdzie banda odmóżdżonych internautów pluje na te zwłoki. I cóż ja mogę powiedzieć, poza tym, że cokolwiek powiemy, czy zrobimy, i tak prędzej czy później wróci do nas, jak ten kompletnie ślepy bumerang? Oto przypomnijmy sobie wcale nie tak dawną wypowiedź dziś pogrążonego w bólu ojca, z taką satysfakcją nagłośnioną przez telewizję TVN24, kiedy ten, zachęcony do tego, by skomentować zasługi zmarłego w Smoleńsku prezydenta Kaczyńskiego, zakomunikował co następuje:
Na pewno zginął i to jest osiągnięcie, że zginął. Natomiast innych osiągnięć nie widzę i nie widziałem. Przykro mi o tym mówić, ale taka jest prawda, a jak jeszcze się sprawy wszystkie wyjaśniają, jak się znajdzie jeszcze telefon z nagraniem tamtej rozmowy, w tych ostatnich momentach, to nie chciałbym być w skórze Jarosława Kaczyńskiego”.
I tak to się właśnie plecie ten nasz los, że już chwilę po tym, jak się śmiejemy, równie dobrze możemy się pobeczeć. Jedyna pociecha jest taka, że dziś Przemek Wałęsa, jako dziecko boże jest już po tamtej stronie i spogląda na nas z góry bardzo uważnie.

Gdyby ktoś był zainteresowany, moje książki są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam wszystkich.

sobota, 14 stycznia 2017

San Escobar, czyli do czego służy gwizdek

      Zanim przejdę do rzeczy, pragnę wszystkich uprzedzić, że ani nie mam najmniejszego zamiaru zajmować się tu ministrem Waszczykowskim, ani, co ważniejsze, sam Waszczykowski mnie nigdy i w jakikolwiek sposób nie interesował, i, pomijając jego zdecydowanie niedobry ostatnio wygląd, nadal nie interesuje. A zatem, uprzedzam, że jeśli ktoś zacznie mnie nagle przekonywać, że Waszczykowski to bałwan, który dla dobra PiS-u powinien wylecieć z rządu w trybie natychmiastowym, dostanę cholery.
      Dlaczego zatem, ktoś zapyta, skoro ja nie chcę pisać o Waszczykowskim, użyłem już jego nazwiska czterokrotnie? Otóż chodzi o to, że Waszczykowski pełni tu funkcję wyłącznie niezbędnego pretekstu do tego, byśmy mogli zająć się czymś, co go zdecydowanie przewyższa, a mianowicie owym grepsem pod nazwą „San Escobar” i karierą medialną, jaką ta nazwa ostatnio robi.
      Jestem pewien, że wszyscy doskonale wiemy, w czym rzecz – w tym też zresztą tkwi część problemu – więc nie będę powtarzał całej historii. Natomiast chętnie opowiem o czymś, czego się dowiedziałem ledwo co wczoraj, a co – w przeciwieństwie do głównej anegdoty – już tak naprawdę mało kogo zainteresowało. Otóż, jak donosi Onet, amerykańska publiczna stacja telewizyjna C-SPAN padła w miniony czwartek ofiarą ataku hakerskiego, skutkiem czego na ok. 10 minut została przerwana transmisja debaty w Izbie Reprezentantów, a zamiast niej Amerykanie mogli oglądać rosyjską telewizję Russia Today, jak ta szydzi z polskiego ministra i jego omyłki.
      Ja nie twierdzę oczywiście, że gdyby coś takiego się przydarzyło Polsce jeszcze w latach rządów Platformy i podobnemu atakowi został poddany na przykład minister Rostowski i jego chęć zamieszkania w „Bydgoszczu”, ja bym natychmiast uznał, że skoro Rosja postanowiła aż tak bardzo zaangażować się w skompromitowanie Rostowskiego, to ja bym natychmiast zaczął popierać rządy Platformy Obywatelskiej. Aż tak, to pewnie by nie było. Natomiast z całą pewnością bym się zastanowił, czy przypadkiem czegoś po drodze nie przegapiłem.
       Dziś mamy tak, że przez tę tak naprawdę kompletnie nieistotną omyłkę – pomyślmy tylko, ile o podobnej, lub nawet większej skali, przydarza się codziennie ministrom w dziesiątkach państw na całym świecie – polski minister jest wyszydzany przez najpierw całą Polskę, od lewej do prawej, następnie przez już cały świat, a na końcu tej kolejki nagle pojawia się telewizja Russia Today, i z absolutnie niespotykanym zacięciem, zaczyna to wszystko, co było wcześniej, przedstawiać w formie obrazkowej. I z jakiej to wszystko okazji? Bo Waszczykowski zamiast Cristóbal, powiedział Escobar?
     Wiemy wszyscy, co to są Karaiby i jaką same w sobie tworzą egzotykę. W ich skład wchodzi cały szereg państw, terytoriów zależnych, zamorskich departamentów, oraz specjalnych gmin. Wymieńmy je wszystkie po kolei: Belize, Wenezuela, Gujana, Surinam i Gujana Francuska, Trynidad i Tobago, Haiti, Grenada, Anguilla, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Antigua i Barbuda, Montserrat, Jamajka, Aruba, Kajmany, Bahamy, Turks i Caicos, Kuba, Barbados, Martynika, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Dominika, Dominikana, Gwadelupa, Portoryko, no i wreszcie Saint-Barthélemy, Saint-Martin, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny. Do 2010 roku, do Karaibów było również zaliczane niderlandzkie terytorium autonomiczne obejmujące 5 wysp, a więc Bonaire, Curaçao, Saba, Sint Eustatius i Sint Maarten, z których w wyniku referendum Bonaire, Saba i Sint Eustatius stały się holenderskimi gminami zamorskimi, natomiast Curaçao oraz Sint Maarten stały się autonomicznymi krajami wchodzącymi w skład Królestwa Niderlandów (przy okazji polecam swój tekst w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”).
       I oto w tej sytuacji, dowiadujemy się, że jeśli ktoś, a w dodatku minister w polskim rządzie, nie jest w stanie zapamiętać, że oficjalna nazwa jednego z tych państw, a mianowicie Saint Kitts i Nevis już od dawna nie nosi swojej tradycyjnej nazwy, czyli San Cristobal y Nieves, a w dodatku owo Cristóbal pomyliło mu się z Escobar, to mamy śmiech na cały świat, od Londynu aż po Pietuszki pod Moskwą. A przede wszystkim przewracają się na plecy i klepią po brzuchach ci, którzy nie dość, że nie mają pojęcia, z czym powszechnie kojarzy się nazwisko Escobar, to do niedawna nie mieli nawet pojęcia, co to są te jakieś Karaiby.
       Oto siła propagandy opartej na tym, by w zwykłym człowieku zaktywizować to, co mu pozwala reagować na świat w sposób maksymalnie prymitywny. Pisałem tu już o tym kiedyś przed laty, że cała współczesna propaganda, jeśli tylko ma być skuteczna, musi w pewnym momencie zostać przepuszczona przez kulturę pop. W praktyce sprowadza się to do tego, by doprowadzić ludzi do takiego stanu intelektualnego, w którym na dźwięk nazwiska Kaczyński, będą krzyczeć „Fuhrer”, na dźwięk nazwiska Kwaśniewski – „wóda”, na dźwięk nazwiska Wałęsa – „Bolek” a na hasło „Waszczykowski” wszyscy wstaną i krzykną: „San Escobar”.
      Spędziłem wczoraj nieco czasu na Facebooku i nie mogłem się nadziwić, jak ludzie, których dotychczas uważałem za myślących, by nie powiedzieć, że wręcz refleksyjnych, nagle dali się w tak głupi sposób porwać temu szaleństwu. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego coś tak nieistotnego, jak ten cały „San Escobar”, kazał im się aż tak mocno zaangażować w ten przekręt, i w pewnym momencie jeden z kolegów wyjaśnił mi, że to całe San Escobar go „po prostu bawi”. Przepraszam bardzo, ale co się Wam w głowach porobiło? Powiedzcie mi, na czym polega śmieszność nazwy San Escobar? W jaki sposób ona jest śmieszniejsza od San Cristóbal? I zastanówcie się proszę, co byście sobie pomyśleli, gdyby Waszczykowski rzeczywiście okazał się durniem i wspominając to całe Saint Kitts i Nevis powiedział, że się spotkał z przedstawicielami państwa El Dupa? Starczyło by Wam wtedy owego kulturalnego humoru, który Was tak w tych dniach obezwładnił, czy już by Wam tylko pozostało się ze śmiechu posrać?
      Zadaję to pytanie, ale przyznam szczerze, że odpowiedź na nie znam bardzo dobrze. Gdyby Waszczykowski, zamiast Saint Kitts i Nevis, powiedział El Dupa, Wy byście się śmiali dokładnie tak samo głośno i przeciągle. Ani trochę bardziej, ani też mniej. Bo tu wcale nie chodzi o Wasz humor, ale o ten gwizdek, którego dźwięk w odpowiednich momentach każe Wam się uaktywnić.

Wszystkich zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie niezmiennie są do kupienia moje książki. Serdecznie polecam.



piątek, 13 stycznia 2017

Experty z filtrem, czyli być jak ksiądz Sowa i jego ferajna

        Każdy z nas, kto w miarę uważnie śledzi życie polityczne w Internecie, zwrócił zapewne uwagę na fakt, że ostatnio jak grzyby po deszczu zaczęły się wysypywać analizy, których autorzy postanowili dać wyraz swojej trosce o poziom prezentowany przez Wiadomości TVP, oraz publicystykę telewizji TVP Info. Krótko mówiąc chodzi o to, że, zdaniem komentatorów, publiczna telewizja, gdy chodzi o bezczelność propagandy pisowskiej, przekroczyła wszelkie granice, wytyczane dotychczas przez stację TVN24, no i że to jest bardzo źle, bo my powinniśmy być ponad to całe zło. Otóż, moim zdaniem, owej fali krytyki płynącej ze strony prawicowej opinii publicznej pod adresem TVP należy się komentarz, że tak to ujmę, trójstopniowy.
      Przede wszystkim, jak wiemy, od czasu gdy Jacek Kurski z tym całym swoim patriotyczno-prawicowym towarzystwem spod znaku „Gazety Polskiej” i „TV Republika”, zaczął decydować o tym, jak będzie wyglądać publiczna telewizja, mija grubo już ponad rok i daję słowo, że to iż w pewnym momencie Samuel Pereira oraz Jerzy Targalski zostali tam wyparci przez Piotra Semkę i Witolda Gadowskiego, nie zmienia faktu, że to jest wciąż dokładnie ta sama nędza, z jaką mieliśmy do czynienia na początku tej drogi. A i to też wcale nie tylko dlatego, że tam wciąż pierwsze skrzypce gra Michał Rachoń. A skoro jest jak jest, to ja naprawdę się dziwię, że to dopiero dzisiaj kwestia poziomu propagandy dostarczanej przez TVP zainteresowała znaczną część internetowej opinii publicznej. My tu na tym blogu załamywaliśmy ręce nad owym nieszczęściem już wiele miesięcy temu, i to na przykład jest powodem, dlaczego podana wczoraj wieczorem na Twitterze wiadomość, że do programu „Z tyłu wizji” zadzwoniła jakaś polska patriotka i oświadczyła, że „lepiej by było, gdyby matka posła Szczerby urodziła barana na wełnę”, a prowadzący program red. Wolski ów żart skomentował wdzięcznym rechotem, nie robi na nas najmniejszego wrażenia. My bowiem od lat wiemy, z kim mamy do czynienia i nie musimy się dziś, w dodatku z tak fatalnym opóźnieniem, napinać.
     Druga kwestia, związana z coraz bardziej powszechną krytyką uprawianej przez TVP polityki informacyjnej, wiąże się z czymś znacznie już ciekawszym. Otóż ja dość uważnie śledzę proces rozwoju, z jednej strony antypisowskiej, a z drugiej, patriotycznej propagandy i nie ulega dla mnie wątpliwości, że zarówno jej kierunek, metoda, a może przede wszystkim tempo, wyznaczane są nie przez TVP, lecz przez telewizję TVN24. Jeśli to co się wyprawia we wspomnianym TVN24 porównamy z popisami Wolskiego i jego ferajny, zobaczymy w jednej chwili, że Amerykanie, jak zawsze, są mocno do przodu. O ile bowiem Rachoń niekiedy, fakt że niezdarnie, ale przynajmniej stara się udawać, że jest obiektywny, tam się już nikt nie oszczędza. Oni są na wojnie i mają tego pełną świadomość. Podczas gdy Wiadomości TVP spokojnie odtwarzają stary dobry gierkowski PRL, w TVN-ie zakładają wojskowe mundury. A zatem, przepraszam bardzo, ale jeśli ja mam pretensje do TVP, to wcale nie o to, że oni są tendencyjni, bo w dzisiejszej sytuacji zachowanie pełnej tendencyjności jest ich patriotycznym obowiązkiem, ale o to, że to wszystko jest tak okropnie słabe. Przepraszam bardzo, my tu na tym blogu też przecież uprawiamy jakąś tam propagandę, no ale jednak mamy świadomość granic kompromitacji i przynajmniej nie pozwalamy się tu panoszyć jakiemuś Gadowskiemu, czy temu kolesiowi w „Gazety Polskiej” o uroku esesmana.
     No ale jest jeszcze trzecia refleksja, która mi przyszła do głowy, kiedy czytałem teksty oburzające się na publiczną telewizję, że ona nie jest jak…no właśnie, co? BBC? Nie żartujmy. Otóż ja z prawdziwą satysfakcją zauważyłem, że oni w sposób absolutnie mistrzowski powtórzyli coś, co, moim zdaniem, od samego początku stanowiło podstawowy argument TVN-u w walce z Prawem i Sprawiedliwością, a więc tak zwanych ekspertów. Mam tu na myśli tych wszystkich – w rzeczywistości całkowicie anonimowych i pozbawionych znaczenia – doktorów, profesorów, docentów, reprezentujących jakieś uniwersytety, centra jakiegoś dialogu, szkoły wyższe czegoś tam i czyjegoś tam imienia, fundacje na rzecz tego lub tamtego, których jedynym zadaniem było udowodnienie, że System po swojej stronie zgromadził świat kultury i nauki, podczas gdy PiS to wyłącznie Ziutki w beretach. I oto dziś nagle widzę niemal identyczną pod względem znaczenia i kompetencji grupę ekspertów, tyle że nagle oni się okazują popierać PiS. Parę dni temu oglądam sobie telewizje TVP Info i widzę, jak redaktor prowadzący rozmawia z dwoma okropnie poważnymi panami. Nie widziałem ich nigdy wcześniej, nie mam pojęcia, kim są, jak się nazywają, no ale atmosfera rozmowy jest taka, że oni są niezależnymi ekspertami od komentowania bieżącej polityki. I nagle się okazuje, że jeden z nich – a ja nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał – to niejaki Roman Mańka, bloger Salonu24 i człowiek Piotra Bachurskiego. W tym momencie przerzucam kanał na TVN24, a tam obecną sytuację komentują jakaś pani i pan, i nagle się okazuje, że pani jest dziennikarką „Newsweeka”, a pan przedstawicielem środowiska znanego pod nazwą „Liberte”, czyli człowiek prosto od Hartmana. A to co w tym jest naprawdę zabawne, to fakt, że oni oboje, jak tak siedzą i opowiadają nam, jak to w Polsce zapanował faszyzm, nie są ani trochę bardziej wiarygodni niż nasz Mańka.
      Ktoś pewnie mnie zapyta, czy mi to nie przeszkadza. A ja chętnie odpowiem, że oczywiście, że nie. Wręcz przeciwnie. Ja uważam, że to jest coś absolutnie fantastycznego. Fakt, że telewizja publiczna pokazała całej Polsce, że są tacy profesorowie, doktorzy, docenci, redaktorzy i analitycy, którzy noszą moherowe berety, jest czymś nie do przecenienia. Zaglądam na TVN24, widzę, jak siedzą pan i pani i robiąc mądre miny, mówią, że Kaczyński powinien stanąć co najmniej przed Trybunałem Stanu. Przełączam na TVP Info, a tam też strasznie mądry pan i równie mądra pani, tyle że ci tym razem nam tłumaczą, dlaczego Donald Tusk to zdrajca i lepiej żeby nie wracał do Polski. Czyż to nie piękne? I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno mieliśmy do wyboru jedynie między księdzem Sową i prof. Śpiewakiem z jednej strony, a red. Sakiewiczem i tak zwanym „profesorem” Zaradkiewiczem z drugiej.
       A zatem, zachowując cały czas swoje prawo do tego, by to całe „eksperctwo” wraz z ich protektoratem w dowolnym momencie, kopnąć w te ich opasłe tyłki, chciałbym zaapelować do moim kolegów internautów, którzy nagle uznali, że coś jest w tym wszystkim nie tak, żeby się może puknęli w czoło, bo nie ma nic gorszego, jak przyjść na imprezę, gdzie już wszystko zostało zjedzone, wszyscy przenieśli się w inne miejsce i nie została nawet jedna niedopita flaszka.

Wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić i czytać te refleksje, zapraszam niezmiennie do księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tam tego wszystkiego jest znacznie, znacznie więcej.