niedziela, 18 kwietnia 2021

O niezapłaconych rachunkach i kolczyku w języku

 

        Od roku 2013, a więc od czasu gdy poniższa notka się po raz pierwszy tu ukazała, minęły wielki, a mimo to mam wrażenie, że wciąż jesteśmy w tym samym miejscu. W związku z tym wspomnieniem, chciałbym wywołać na nowo pewną refleksję. Zapraszam.

 

       Nie wiem, czy poniższy tekst nie będzie najkrótszym, jak dotychczas napisałem, ale biorę bardzo mocno pod uwagę, że tak – ten będzie najkrótszy. No, ale są rzeczy, które, szczególnie na tym blogu, nie dość, że nie wymagają dodatkowych słów, to od niepotrzebnych komentarzy wręcz cierpią.

       Otóż moja młodsza córka opowiedziała mi coś, co się jej przydarzyło, a ja od razu sobie pomyślałem, że byłoby najlepiej gdyby ona to mogła opowiedzieć tu na tym blogu. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, to ja postaram się, najlepiej jak potrafię, odtworzyć tę historię.

Proszę posłuchać, co mi opowiedziała moja młodsza córka. Postaram się być możliwie dokładny:

Szłam sobie po Mariackiej, a przede mną szła pani z malutkim, takim może trzyletnim chłopczykiem. Nagle chłopczyk zapytał: ‘Mamusiu, a gdzie my idziemy?’, na co ta mama zaczęła na niego ryczeć: ‘Ile razy mam ci powtarzać? Idziemy zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku! Zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku!!! Czy ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? Zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku!!!! Co za dziecko! Co za dureń!!! Ile razy mu trzeba powtarzać najprostsze rzeczy?'”

I tak bez końca.

Zapytałem moje dziecko o coś, co akurat dla mnie zawsze stanowi kwestię podstawową – jak wyglądała ta kobieta? Na co usłyszałem: „No właśnie tak”.

A zatem tak. Jak? No tak. Ile razy trzeba powtarzać tę jedną, jedyną rzecz. Trzeba zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku.

 


sobota, 17 kwietnia 2021

Onet obstawia walkę Collins - Marcinkiewicz

       Kiedy po raz pierwszy raz usłyszałem, że Kazimierz Marcinkiewicz postanowił się przypomnieć przez ring bokserski, nawet się nie uśmiechnąłem. Kiedy bowiem ma się przed sobą osobę o tego rodzaju reputacji, można się spodziewać właściwie wszystkiego; a kiedy mówię „wszystkiego”, to w rzeczy samej mam na myśli wszystko. To był początek. Po raz drugi zdarzyło mi się skupić uwagę na tym nieszczęśniku, gdy jakimś niezbadanym przypadkiem losu wszedłem akurat na Onet i tam – swoją drogą, gdzieżby indziej – trafiłem na wywiad ze wspomnianym Marcinkiewiczem, gdzie ten zapowiada swoją walkę bokserską z niejakim Collinsem, a przy okazji staje wręcz na głowie, by pokazać światu, że nie ma takich wyzwań, do których on nie byłby predystynowany i na które nie byłby gotowy. Proszę posłuchać:

Pierwszy trening z Mistrzem Robert Złoty Złotkowski. Trafiłem kapitalnie pod oko wymagającego profesjonalisty. Sam jestem ciekaw co zrobi z takim neptkiem jak ja. No nie będzie łatwo. Boks to sport techniczny, nauka kroków, gardy, ciosów i uników.... Mam tylko sprawność i wytrzymałość, muszę dodać techniki ile się da. Jest co robić. Ale wyzwania to ja uwielbiam, a próbowanie nowości, a boks jest dla mnie totalnie nowy, to przecież smaczek życia”.

Sport daje możliwość odbicia się od różnego rodzaju problemów. Dodaje sprawności i kreatywności. Jest parę rzeczy w życiu, które budują kreatywność człowieka, a jedną z nich – obok znajomości języków obcych i podróży – jest sport. Kreatywność jest człowiekowi niesamowicie potrzebna, bo daje możliwość podejmowania fajnych decyzji w różnych sytuacjach. Wiem, że mam to w dużej mierze dzięki sportowi”.

Zabrzmi to może nieskromnie, ale ja jestem profesjonalistą. Jeśli już coś robię, to na 100 proc. Przygotuję się przez te dwa miesiące, by ta walka była ciekawa. Chcę, żebyśmy pokazali fajny pojedynek. To będzie starcie przyszłości z doświadczeniem”.

Tak źle dawno już nie było. Rządzący są kompletnymi nieudacznikami. Nie potrafią zorganizować niczego: właściwego podejścia do pandemii, szczepień czy biznesu, który pada. Jestem zdruzgotany tym, co dzieje się w Polsce. Cała masa ludzi umiera kompletnie niepotrzebnie. Tylko dlatego, że były podejmowane absurdalne i bardzo złe decyzje. Tylko dlatego, że nikt nie dba o ochronę zdrowia, że nie szanuje się lekarzy i pielęgniarek, że nie potrafi się zorganizować opieki zdrowotnej tak, by ona służyła i walce z pandemią, i ludziom cierpiącym na inne schorzenia. Właśnie przez niekompetentne działania rządu będziemy mieli jeszcze przez kilka tygodni czy miesięcy zwiększoną umieralność”.

       A więc, jak widzimy, nic nowego pod Słońcem – Kaz, mimo że trup, to zupełnie jak żywy. Nas jednak nie tyle interesuje dziś Kazimierz Marcinkiewicz, co sama okazja, dzięki której on ma nadzieję ponownie zaistnieć na scenie, z której lata temu został zrzucony i strącony w niebyt, a mam na myśli ową walkę. Ktoś się zapyta, co to za cudo, a ja już spieszę z odpowiedzią. By jednak dostarczyć odpowiednio precyzyjnej odpowiedzi pozwolę sobie zacząć od początku, czyli od wpisu w Wikipedii:

Grzegorz i Rafał Chmielewscy pochodzą z ubogiej rodziny, są synami Ryszarda i Violetty. Ich ojciec był właścicielem wypożyczalni kaset wideo i dorabiał jako handlarz detaliczny. Grzegorz uczył się w technikum elektrycznym, a Rafał – w technikum spożywczym. Będąc nastolatkami wyjechali do Londynu, gdzie podjęli pracę zarobkową – Grzegorz był pomocnikiem budowlanym, a Rafał pracował jako pomoc kuchenna w restauracji. Będąc na emigracji, urzędowo zmienili nazwisko na Collins, by ułatwić sobie komunikację z anglojęzycznymi kontrahentami. Po kilku latach pobytu w Wielkiej Brytanii założyli własne działalności: Grzegorz prowadził firmę budowlaną, a Rafał – kilka sklepów komputerowych.

W 2009 wspólnie założyli firmę motoryzacyjną Prestige Wrap and Customs, która zajmowała się tuningiem wizualnym samochodów, później także śmigłowców i łodzi. Kilka lat później, na londyńskich targach motoryzacyjnych Top Gear Live Show, poznali swojego przyszłego wspólnika, piosenkarza Shane'a Lynch'a, członka irlandzkiego boysbandu Boyzone. Z usług Prestige Wrap and Customs chętnie korzystają celebryci, m.in. Simon CowellRonan KeatingRita OraGareth BaleArkadiusz MilikWojciech SzczęsnySławomir Peszko.

W 2013 wzięli udział w projekcie YouTube pt. Fast Furious and Funny, w którym prezentowali, jak przerabiają samochody. W 2016 premierę telewizyjną miał ich autorski program Odjazdowe bryki braci Collins, emitowany przez TVN Turbo, w którym pokazywali swoją pracę w warsztacie samochodowym. Do jesieni 2020 zrealizowano pięć sezonów programu. W sierpniu 2020 premierę na Discovery Channel Polska miał ich program Bracia Collins biorą się do roboty.

W czerwcu 2019 Grzegorz zawalczył z Rafałem Krylą w formule MMA podczas gali Free Fight Federation.

Wiosną 2020 stacja TVN wyemitowała drugą edycję programu Ameryka Express z udziałem braci, w której Rafał i Grzegorz dotarli do finału, zajmując ostatecznie drugie miejsce.

W lipcu 2020 otworzyli restaurację „Fuego Bar & Grill” w Warszawie”.

      Notka w Wikipedii wprawdzie z nieznanego mi powodu o tym nie wspomina, natomiast faktem jest, że wśród niewątpliwych biznesowych osiągnięć tych dwóch hochsztaplerów znalazł się projekt pod nazwą Fundacja Braci Collins, której program najlepiej prezentują sami dobrodzieje:

Fundacja Braci Collins powstała z potrzeby serca, aby pomagać tym, którzy mają w życiu mniej szczęścia. Pełni empatii, pokory i oddania pragniemy nawiązywać i pielęgnować trwałe relacje, oparte na uczciwości, honorze i wzajemnym poszanowaniu. Pracujemy z pasją i dzielimy się dobrem, które - w co wierzymy - tkwi w każdym z nas.
Codziennie wyciągamy wnioski z doświadczeń własnych i tych, którzy zwracają się do nas ze swoimi problemami, aby w przyszłości czynić więcej dobra i wywoływać uśmiech na twarzach większej ilości osób
”.

       I w tym momencie pojawia się Kaz z wszystkim swoimi talentami. Otóż, jak się dowiadujemy, już 2 czerwca tego roku – jeśli koronawirus pozwoli – odbędzie się zorganizowana przez wspomnianą fundację wielka gala, podczas której Kaz zmierzy się w walce bokserskiej z jednym z Collinsów, a cały dochód z owej gali zostanie przekazany na, jak czytam, „pomoc dzieciom”.

         Napisałem, że gala odbędzie się, jeśli pozwoli koronawirus, choć tak naprawdę nie mam pewności, czy ów koronawirus jest tu największym zagrożeniem. Zaglądam na internetową stronę owej fundacji i tam ani słowa o tym, gdzie ten event ma mieć miejsce, kto poza Kazem ma być jego ozdobą, co to za dzieci, dla których to wszystko jest organizowane, i w ogóle nic poza specjalnym guziczkiem, w który można kliknąć, by przesłać pieniądze i myślę sobie, że to wszystko może się skończyć dokładnie tak samo jak zorganizowana przez Zbigniewa Hołdysa jeszcze głębokim PRL-u akcja kupowania biletów na koncert Perfectu na Stadionie Narodowym w roku 2000.

      Ale i to nie jest dla nas dziś najważniejsze. Rzecz w tym, że ci dziwni braci Collins, szukając chętnych do udziału w tym swoim geszefcie, trafili wyłącznie na Kazimierza Marcinkiewicza oraz Onet. I tu szczególnie Onet robi dobre wrażenie. Już nie mogę doczekać aż prezes Obajtek wysupła ze swojej złotej sakiewki parę złotych i wykupi tę nędzę. Jeszcze jeden krok ku temu bym mógł spokojnie umrzeć.

 

 


                                                                                                   


piątek, 16 kwietnia 2021

Machorka na drucie

Niedawno skontaktował się ze mną pewien czytelnik i zapytał, czy byłbym w stanie mu wyszukać jeden egzemplarz mojej książki z listami od Zyty. Z przykrością odpowiedziałem mu, że sam mam już tylko jeden egzemplarz dla siebie na pamiątkę i że o ile mi wiadomo ta akurat ksiażka jest już na rynku nieosiągalna. Jednocześnie pomyślałem sobie, że to jest naprawdę niezwykłe, że od czasu gdy ona się ukazała w sprzedaży – zaznaczę, że w nakładzie zaledwie 1000 egzemplarzy – musieliśmy czekać chyba z trzy lata, by się ostatecznie rozeszła, a ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, czemu coś w sposób oczywisty tak ważnego potrzebuje aż tyle czasu by się sprzedać, i to zupełnie niezależnie od tego, że publikacja tych listów spotkała się z całkowitym medialnym bojkotem po wszystkich stronach sceny.

Mijają już lata, jak mówię, książka ta jest już i niedostępna i bez szans na wznowienie, a ja co chwilę się dowiaduje, że to tu to tam znajduje się ktoś kto za jeden, choćby używany egzemplarz, jest gotów zapłacić nie głupie 30 zł., ale naprawdę ciężkie pieniądze. I przy tej okazji myślę też o jeszcze jednej z moich książek zatytułowanej „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, jednej z dwóch wciąż jeszcze dostępnych, czy to na Allegro, czy też u mnie osobiście, co do której mam niemal pewność, że i ją spotka w końcu ten sam los, co listy prof. Zyty Gilowskiej. Mam bardzo mocne przekonanie, że kiedy injej już nie będzie można nigdzie kupić, zaczną się do mnie zgłaszać czytelnicy, którzy – sami nie wiedząc, dlaczego – swego czasu się zagapili.

 

 

      Wakacje spędzane przeze mnie w Sławatyczach nad Bugiem zawsze miały coś z atmosfery, którą poza tym znajdowałem jedynie w książce Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Mam tu oczywiście na myśli i tę beztroskę, i tę nie do opisania zwykłymi słowami przestrzeń, ale przede wszystkim może ową nieustanną atmosferę święta. Staram się jak mogę, by znaleźć choć jedną rzecz, która kojarzy mi się z tym miejscem źle, nazwać ją i w sobie zatrzymać – i nie potrafię. Właśnie tak. Nie potrafię. Co oczywiście jednak nie oznacza, że jej nie znajduję.

      Jest coś, co za każdym razem kiedy tam przyjeżdżałem, a trwało to przez szereg kolejnych lat, budziło we mnie autentyczną rozpacz, i choć dziś reaguję na tamto wspomnienie wzruszeniem ramion, a niewykluczone że i pewnego rodzaju wzruszeniem, nie ma co ukrywać – ja wtedy autentycznie cierpiałem. Mam na myśli machorkę. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, mogę wytłumaczyć. Machorka to roślina, z której liści produkuje się tytoń. Zdaję sobie sprawę z tego, że tytoń to tytoń, a machorka to machorka, tak się jednak składa, że tam gdzie spędzałem swoje wakacje, używało się nazwy machorka i kropka. Żaden tytoń. Machorka.

      Co się produkowało z machorki, którą przez kilka kolejnych lat uprawiał mój dziadek, nie mam pojęcia. Czy to były papierosy „Sport”, czy może coś jeszcze gorszego, nie umiałem tego powiedzieć ani wtedy, ani nawet dziś. Na coś to się jednak przydawać musiało, bo były z tego pieniądze, i to chyba wcale niemałe. Rosły więc sobie te łodygi na polu, i kiedy już owe liście tytoniu robiły się tak duże i tak dojrzałe, że więcej im już nie trzeba było, następowały żniwa, które polegały na tym, że się je odrywało od łodyg, składało na kupę i zawoziło na miejsce do dalszej obróbki. I tu pojawiam się ja.

      Każdy plantator machorki miał wybudowane specjalne pomieszczenie, gdzie te liście miały wisieć na drutach, otoczone z każdej strony jakimiś piecami, które sprawiały, że w odpowiedniej temperaturze one mogły się spokojnie suszyć tak długo, aż będzie je można zawieźć do punktu skupu. Nie wiem, czy był to standard, czy nie, ale nasze druty miały długość pięciu metrów, a więc, jak się można domyślić, na taki jeden drut przypadać musiała naprawdę potężna liczba liści. No i – co też chyba jasne – maszyna ich tam nie nabijała, tylko ja. Ja, małe dziecko z Bullerbyn spędzające czas na wakacjach.

      Oczywiście nie ja sam. To wcale nie było tak, że oni mnie wyrywali z samego rana z łóżka i kijami zaganiali do tej machorki. O nie! Za nabijaniem machorki na druty stał cały zbiorowy wiejski rytuał, gdzie na środku leżał stos liści, wokół tego stosu siedziało może z dziesięć osób z drutami w rękach, i wszyscy w błyskawicznym tempie, na wyścigi, przebijali tym drutem kolejne zielone liście. Nie było też tak, że oni mi kazali się w tym tytoniu babrać. Rzecz w tym, że dla każdego z nich było czymś oczywistym, że to jest fantastyczne zajęcie, i że taki mały grzeczny chłopczyk jak ja wręcz się pali, by wziąć w tym udział, zwłaszcza że oprócz czynnika sportowego był też tam czynnik finansowy – od każdego bowiem drutu dostawało się jakieś dwa złote, a może dwadzieścia groszy... nie pamiętam.

      Nienawidziłem tej machorki. Nienawidziłem jej tak bardzo, że nawet świadomość owego zarobku nie była mnie w stanie poruszyć. Przede wszystkim, będąc otoczony głównie przez jakichś o wiele ode mnie starszych sąsiadów i ich dzieci, które nawet nie były moimi kolegami, ja się podczas tej roboty śmiertelnie nudziłem, a poza tym nawleczenie każdego liścia na ten pięciometrowy drut zabierało mi tyle czasu, że zanim go skończyłem, to inni zabierali się już za piąty, szósty, czy dziesiąty. Ponieważ pracowałem tak wolno, reszta – szczególnie te dzieci – się ze mnie śmiała, a ja siedziałem zrozpaczony i bezradny, patrząc jak moje biedne palce stają się z jednej strony pokłute, a z drugiej oblepione grubą warstwą jakiegoś śmierdzącego świństwa. Oczywiście mogłem już na samym początku powiedzieć, że dziękuję, ale mam inne zajęcia, a nawet w ogóle nie zapisywać się do tego machorkowego kółka, jednak jak już wspomniałem, atmosfera była taka, że nikomu do głowy nawet nie przyszło, że komuś to zajęcie może się nie podobać, no a ja byłem zawsze dzieckiem grzecznym, posłusznym i bardzo uległym.

      Do dziś wręcz fizycznie pamiętam tamten czas. Pamiętam smród tych moich oblepionych tytoniem palców, pamiętam same palce pokłute drutem, pamiętam nawet temperaturę tego pomieszczenia, gdzie ów tytoń się suszył, no i zapach wysuszonych już liści. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze. I jak mówię, nie jest to wspomnienie miłe, ale też nie budzi one dziś we mnie jakichś choćby minimalnie lękowych. stanów. Kto wie, czy gdyby mi ktoś zaproponował powtórzenie tego czegoś, nie przyjąłbym tej propozycji z entuzjazmem.

      Czytałem sobie niedawno fantastyczny reportaż Boba Greene’a z fabryki prezerwatyw. Jest on już dość stary, bo napisany chyba jeszcze na początku lat osiemdziesiątych minionego stulecia, a dotyczy największej w Ameryce fabryki produkującej ów szczególny towar. Jak się możemy domyślić, produkcja ta pewnie już dawno została przeniesiona do Chin, ale wtedy wszystko się działo w New Jersey, w samym środku cywilizowanego świata. Bob Greene w pewnym momencie przedstawia obraz kobiet siedzących przy taśmie, po której przesuwają się specjalne formy, i testujących gotowe już prezerwatywy pod kątem ewentualnych pęknięć. Każda z nich ma obok siebie kosz pełen prezerwatyw, przed sobą pędzącą taśmę, i jej zadaniem jest naciągać na podjeżdżającą formę jedną po drugiej gumkę. I tak bez przerwy przez osiem godzin. Bob Greene rozmawia z tymi kobietami, chcąc wiedzieć, jak one znoszą ten rodzaj pracy, a one mu mówią, że można się przyzwyczaić. Samo naciąganie na formę jest stosunkowo proste. Najgorsze jest nauczyć się szybko wyciągać gumki z kosza. Żeby nie brać kilku na raz i żeby robić to szybko. No i znaleźć sobie coś, o czym można przez cały dzień myśleć.

      Kiedy czytałem ten tekst, przypomniałem sobie moje lata spędzone z machorką, i pomyślałem, że czego by o tym syfie nie powiedzieć, jeśli się go zestawi z takim kapitalizmem, trzeba uznać, że ma on swoje uroki. Uroki, których dziś nie zamieniłbym na nic. Nawet na te wszystkie pieprzone zabawki.



 

środa, 14 kwietnia 2021

Gdy nauczyciele stracili swoją z trudem wywalczoną pozycję

 

         Historia, którą postanowiłem dziś tutaj opowiedzieć chodzi mi po głowie już od bardzo długiego czasu – choć oczywiście nie tak długiego, bym mógł o niej zapomnieć – jednak z różnych powodów nie zdecydowałem się, by się nią tu na blogu dzielić. Sytuacja jednak jest taka, że wymaga od nas nawet jeśli nie świadectwa, to przynajmniej deklaracji, a zatem ja dziś chciałem wystąpić zarówno z jednym jak i z drugim, najpierw świadectwem, a następnie z deklaracją.

          Otóż proszę sobie wyobrazić, że jakiś już czas temu pewien mój znajomy, któremu ufam tak jak człowiek w ogóle jest w stanie ufać osobom zaledwie znajomym – a ci, którzy mnie znają, wiedzą że tu akurat ja nie jestem szczególnie otwarty – opowiedział mi historię, która zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że, jak już wspomniałem, od tamtej chwili nie jestem w stanie wyrzucić jej z pamięci. Otóż wspomniany znajomy, od jakiegoś czasu zainteresowany amatorskim uprawianiem narciarstwa, w pewnym momencie postanowił udać się na narty do Włoch. Wycieczka była autokarowa z wynajętą i opłaconą na miejscu bazą, znajomy się zapokładował i, podobnie jak wielu pozostałych pasażerów, nie mógł nie zauważyć, że od samego początku władzę nad autokarem przejęła grupa typowych kiboli, z łysymi pałami, obwieszonymi złotymi łańcuchami karkami, tatuażami, odpowiednim słownictwem, ale również alkoholem, którzy ani na moment, przez całą drogę z Polski do Włoch, nie dali o swoim istnieniu zapomnieć. Po wielu godzinach takiej a nie innej jazdy, z wszelkimi charakterystycznymi dodatkami, wycieczka dojechała na miejsce i jej uczestnicy odnaleźli się ostatecznie w swoich pokojach.

        Pod wieczór, znajomy mój postanowił skorzystać z hotelowej oferty, udał się na basen i ku swojemu zaskoczeniu w hotelowym basenie natrafił na wspomnianych wcześniej kiboli, którzy tam kontynuowali swoją zabawę, jak najbardziej z wykorzystaniem paru pierwszego gatunku flaszek. Ponieważ w tym momencie akurat na miejscu byli tylko oni i mój znajomy, w pewnym momencie któryś z kiboli zaproponował znajomemu, by się do towarzystwa aktywnie dołączył.

        Tu jednak należy wspomnieć, że ponieważ znajomy, z zasady dla sprawy nieistotnej, nie pije, został tym samym zmuszony, by miłym gospodarzom przyjęcia odmówić. No i w tym momencie – diabli wiedzą wedle jakiej przedziwnej kalkulacji – kibole uznali, że znajomy mój jest nie pijącym alkoholikiem i uznali za stosowne zacząć traktować go jak kogoś komu należy się wyjątkowy szacunek, a tym samym zaczęli go traktować jak swojego. I oto w tym momencie zasłona się rozdarła i okazało się to, co okazać się – jak dziś wszystko wskazuje – musiało i co w ostateczności sprawia, że ja dziś piszę to co piszę.

        Jak wiemy, gdy spotyka się grupa znajomych w sytuacjach całkowicie prywatnych, tematów do rozmowy jest oczywiście bardzo wiele, natomiast najczęściej owa rozmowa bywa zdominowana zarówno przez tematy wspólne dla uczestników rozmowy, jak i aktualnie dla nich istotne. I oto, proszę sobie wyobrazić, owi kibole w pewnym momencie – nie zaważając oczywiście na obecność mojego znajomego, który, jak już wspomniałem, został zakwalifikowany jako swój człowiek – zaczęli debatować o swojej wizycie, którą w związku z jakimś branżowym spotkaniem składali w ostatnim czasie w Ministerstwie Sprawiedliwości.

        To akurat jest element, co do którego nie mamy pewności, ale, jak zaświadcza mój znajomy, z tego co oni bez najmniejszego skrępowania między sobą wymieniali, a on chciał nie chciał słyszeć musiał, wynikało, że to są nawet nie prokuratorzy, czy adwokaci, ale konkretnie sędziowie.

         Pamiętam jak przed wielu, wielu laty miałem okazję uczyć pewnego nadzwyczaj wesołego prawnika. Przychodziłem do niego do domu, on mnie podejmował z najwyższą estymą, a ja owe lekcje do dziś wspominam z przyjemnością. Dziś już nie pamiętam, kim on był dokładnie: sędzią, prokuratorem, czy adwokatem, natomiast to co pamiętam bardzo dobrze, to to, że to był klasyczny dziwkarz i ochlaptus, czego przede mną nawet nie próbował ukrywać. On też stał się autorem pewnego bon motu, który do dziś potrafię zacytować słowo w słowo i który hołubię do dziś. Otóż któregoś dnia ów mój uczeń wygłosił następujące zdanie: „Niech się pan, panie profesorze, nie gniewa, ale z mojego prawniczego doświadczenia wynika jednoznacznie, że nauczyciele to jest najgorszy element”.

       Przez wiele lat powtarzałem sobie z satysfakcją te słowa, traktując je jako strzał w sam środek dziesiątki, dziś jednak widzę, jak fatalnie doprawdy się pomyliłem. Człowiek ciągle dorasta, czego wszystkim, a niektórym szczególnie, życzę.





wtorek, 13 kwietnia 2021

Z życzeniem długich lat życia dla sędziego Gąciarka i jego paczki

 

      Jak pewnie większość z nas wie, głównym tematem wczorajszych doniesień stało się wypuszczenie przez niejaką sędzię Agnieszkę Domańską z aresztu Sławomira Nowaka, a ja, ze względu na i tak zdecydowanie nadmierną liczbę dotyczących tego zdarzenia komentarzy, nie widziałbym najmniejszego powodu by się do komentowania owego zdarzenia podłączać, gdyby nie pewna drobna rzecz, która mnie tu zdecydowanie zainspirowała. Otóż w reakcji na powszechne oburzenie jakie zwolnienie Nowaka wywołało, Onet postanowił zwrócić się do współpracujących z nim branżowych ekspertów o opinię na temat owej Domańskiej i oto najpierw pewna nieczynna już sędzia Kluziak zaświadcza, że „Domańska ma wyjątkowo niezależny charakter. Do tego jest rzetelna, pracowita i zawsze można na nią liczyć”. Po Kluziak przed redaktorem Onetu staje niesławny sędzia Igor Tuleya i on z kolei informuje, że życzy ministrowi Ziobro, by ten „znalazłszy się w sytuacji takiej jak Sławomir Nowak, trafił na sędziego tak rzetelnego jak pokazała to Agnieszka Domańska”, sędzia „o której jasno można powiedzieć, że nigdy nie była w żaden sposób zaangażowana politycznie”. No i wreszcie trzeci niezależny ekspert, „służbowo podległy sędzi Agnieszce Domańskiej sędzia Gąciarek, starając się w niczym nie odstawać od swoich kolegów sędziów, informuje że „Sędzia Domańska to osoba w pełni profesjonalna i bardzo doświadczona, niezależne od wszelkiego rodzaju nacisków. Sędzia w całym tego słowa znaczeniu”.

      Ale sędzia Gąciarek dodaje coś jeszcze, na co zwróciłem uwagę szczególną i co sprawiło, że zdecydowałem się na dzisiejszy komentarz. Otóż mówi on tak: „Obawiam się jednak, że może ponieść tego konsekwencje. Wielokrotnie w ostatnich latach sędziowie podejmujący decyzje nie po myśli władzy musieli mierzyć się z postępowaniami wdrażanymi przez mianowanych przez Ziobrę rzeczników dyscyplinarnych”. Mam nadzieję, że wszyscy doskonale widzimy bezczelność tego z czym mamy do czynienia. Agnieszka Domańska, w sposób oczywisty na polecenie Donalda Tuska, wydaje decyzję o zwolnieniu Nowaka z aresztu, grupa sędziów, waląc w rząd jak w kaczy kuper, wychwala Domańską pod niebiosa, żaden, dosłownie żaden, z nich  ani przez moment nie demonstruje jakiegokolwiek, nie mówię strachu, ale choćby respektu wobec czy to ministra Ziobry, czy premiera Morawieckiego, prezydenta Dudy, czy osobiście prezesa Kaczynskiego, a sędzia Gąciorek mrugając do nas oczkiem, żali się jednocześnie jak to oni wszyscy nie znają dnia ani godziny, jak ich kariera zawodowa zostanie brutalnie przerwana przez reżim. Tylko dlatego że postanowili być strasznie niezawiśli i niezależni.

        Otóż moim zdaniem zarówno zachowanie sędzi Domańskiej, jak i reakcja branży na jej wybryk, dobitnie świadczą o tym, że oni doskonale wiedzą, że nawet jeśli do końca swojej sędziowskiej kariery będą wydawać wyroki czy to zlecone przez tak zwaną „górę”, czy też wynikające wyłącznie z ich zasmarkanej fantazji, wyroki, które będą budzić wyłącznie społeczny szok i niedowierzanie, nic im nie grozi, bo póki co, nie ma takiej siły, która byłaby w stanie urzędowo zakwestionować jakąkolwiek wydaną przez któregokolwiek z nich decyzję. Mało tego, oni mają też pełną świadomość, że mogą - podobnie jak ta kobieta opluwająca policjantkę - w nieskończoność demonstrować swoją pogardę dla politycznej władzy i całego świata, w przekonaniu, że to właśnie ich niezawisłość i niezależność daje im to prawo. I że każda próba poskromienia tego szaleństwa zostanie potraktowana jako zamach na konstytucyjny porządek i demokrację.

       Skąd zatem to ich nieustanne podenerwowanie, przeradzające się niekiedy wręcz w histerię? Otóż oni się autentycznie boją nie Ziobry, czy Kaczyńskiego, lecz wspomnianej przez sędziego Gąciarka Izby Dyscyplinarnej, tyle że nie w związku z tym co ona mogą zrobić Domańskiej za wysługiwanie się Tuskowi – bo tu, jak już wspomniałem, polskie państwo ma związane ręce – ale przez to, że owa Izba może ich wziąć za twarz za korupcję, pijaństwo, złodziejstwo, oszustwa, oraz wszelkiego rodzaju moralne zepsucie, z którym to środowisko jest za pan brat niemal od zawsze – swoją drogą pod każdą długością i szerokością geograficzną. I to stąd tak wielu z nich, nie ukrywając swojej nienawiści do obecnego rządu i prowadząc wobec niego – a w efekcie wręcz wobec polskiego państwa – całą serię oczywistych działań prowokacyjnych, czyni to wiedząc, że czas biegnie nieubłaganie i że zwycięzca tej potyczki może być tylko jeden. No i wiedzą też, że ten kto przegra, przegra wszystko. I tego się tak bardzo boją. No i stąd ta nieprzytomna wręcz agresja.

         Wspomniałem o tym że owo zepsucie przeżera środowisko sędziowskie nie tylko w Polsce i w dzisiejszych czasach, ale wszędzie i od początku wieków. Niektórzy z nas lubią piosenki Boba Dylana. Mam wrażenie, że on akurat miała na tym punkcie obsesję jeszcze w początkach swojej artystycznej kariery i parę jego piosenek zdecydowanie mogło wyrażać i nasze emocje. Proszę posłuchać naprawdę poruszającego tekstu zatytułowanego "Seven Curses", który z odpowiednim życzeniem chętnie zadedykuję sędziemu Gąciarkowi i jego kumplom z ferajny.



        

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

x. Rafał Krakowiak: Co nam mówi Bóg

 

W tle mamy cały czas owo jedenaste już wspomnienie Smoleńskiej Katastrofy, nie wiadomo który już raport Antoniego Macierewicza, no i wręcz zalew dramatycznie nieznośnych komentarzy z wszystkich możliwych stron. No i oczywiście nie ma mowy o tym, byśmy w tym całym szumie usłyszeli choć jedną świeżą, oryginalną i choćby troszeczkę pogłębioną refleksję na temat tego co się stało w kwietniu 2010 roku i co owo zdarzenie nam wszystkim przyniosło. W tej sytuacji pomyślałem sobie, że przypomnę prawdziwie unikalny tekst naszego księdza Rafała Krakowiaka, napisany przez niego jeszcze tamtej wiosny i w ten sposób może uda mi się przynajmniej tu przywrócić odpowiednią miarę rzeczom tak naprawdę podstawowym. Bardzo proszę.

 

 

      Najpierw dorzucę swój kamyczek do metafizycznych interpretacji Katastrofy. Jest odwiecznym zwyczajem, że od 5 niedzieli Wielkiego Postu, w naszych świątyniach zakrywa się krzyże, albo wręcz wynosi się je z kościoła. Istnieje wiele interpretacji tego zwyczaju (zasłona jako znak tajemnicy, którą jest Boża miłość do człowieka; „post dla oczu”; znak uniżenia się Syna Bożego), ale mnie osobiście zawsze odpowiadała ta, której sensem było pytanie: „Wyobraź sobie, co by się stało ze światem, z ludźmi, z Tobą, gdyby nie było tego wszystkiego, co krzyż sobą wyraża?”

      Ta myśl o braku obecności krzyża i wynikających z tego konsekwencjach, przyszła mi do głowy w sobotę, 10 kwietnia, gdy w telewizyjnych relacjach opisujących mordercze cechy smoleńskiej mgły, pokazywano katyński krzyż, jego cień i te puste krzesła, na których nikt już nie usiadł… Przyszła mi ta myśl do głowy, bo ktoś powiedział, że w prezydenckim samolocie była cała Polska. Była tam cała Polska (taka, jaką Ona w swej różnorodności jest, w wymarzonych przez śp. Prezydenta ideowych proporcjach, oraz z tym, co z owych proporcji może wynikać), ponieważ Lechowi Kaczyńskiemu – i pewnie Bożej Opatrzności – zależało, by cała Polska (właśnie taka!) pokłoniła się Ofiarom Katynia i by cały świat to zobaczył. No i zobaczył…

      I ta Polska została zasłonięta, zabrana. Pozostała pusta przestrzeń (albo jak chce Lech Wałęsa: Polska z obciętą głową i wyrwanym sercem, tzn. trup), w którą żałobnie się wpatrujemy, mając okazję by zastanowić się, co się stanie ze światem, z Polakami, jeśli Polski (z wiadomymi ideowymi proporcjami i różnorodnością) nie będzie i nie będzie tego wszystkiego, co taka Polska sobą stanowi.

      I Pan Bóg w dobroci swojej pokazuje nam co się stanie. Pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest wreszcie państwem, które tak dobry człowiek jak premier Putin, traktuje z należytą atencją. Może to już czynić, ponieważ – jak to wczoraj ocenił moskiewski dziennik „Kommiersant” – po tragedii w Smoleńsku powstała sytuacja, w której możliwy jest prawdziwy przełom w stosunkach między Rosją i Polską, a – cytuję: „ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć”.

      Prawda, że to jest piękne?

      Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup) może być zarządzana bez głowy i serca, co unaocznia nam wszystkim biedny i jakoś taki zdziwiony premier Tusk (dlaczego zdziwiony? Przecież jako dobry chrześcijanin, głęboko przeżywający w niedawnym Wielkim Tygodniu tajemnice Męki Pańskiej, powinien był wiedzieć, że gdy dzieje się jakieś zło, to działa wtedy ręka szatana, posługująca się niekiedy ręką całkowicie materialną, oraz Ręka Bożej Opatrzności, która – z szacunku dla ludzkiej wolności – zło dopuszczając, z tego zła dobro wyprowadza. Czyżby Pan Premier poczuł się zaskoczony obecnością ręki, pisanej z małej litery?). Oczywiście, premier Tusk osobiście bardzo się stara i na pewno bardzo dba o zachowanie Majestatu Rzeczypospolitej. Stąd też tylko i wyłącznie głupocie jego niefrasobliwych, pozbawionych wyobraźni doradców można przypisać fakt, że wszystkie asy dzierży w swych dobrych dłoniach premier Putin.

      Skoro jednak ambasador Polski w Moskwie, razem ze wszystkimi swoimi ludźmi nie rozpoczął „okupacji” smoleńskiego lotniska, skoro nie podjęto próby (być może naiwnej), by jak najszybciej polskimi siłami to lotnisko zabezpieczyć, skoro nikt z rządu Pana Tuska nie zwrócił się z prośbą o powołanie międzynarodowej komisji (choćby NATO-wskiej) d.s. zbadania okoliczności śmierci Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP i najwyższych polskich dowódców wojskowych, no to co tak prostolinijny i szczery człowiek jak premier Putin miał zrobić? Pozwolić, by we wraku zderzonego ze smoleńską mgłą prezydenckiego samolotu, grasowały jakieś cmentarne hieny? Oczywiście, że nie mógł na coś takiego pozwolić. A to, że przy okazji wpadła mu w ręce możliwość by sprawić (np. sugestią, iż w smoleńskiej katastrofie, miały swój „ręczny” udział polskie służby specjalne), aby premier polskiego rządu przytulał się do niego skwapliwie, ufnie i na zawołanie, świadczy tylko o tym, że Premier Rosji wie doskonale, iż polityka to m.in. sztuka wykorzystywania możliwości.

     Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest już gotowa na to, by usłyszeć rosyjskie „przepraszamy za Katyń”. Co prawda, do niedawna oficjalne stanowisko Kremla (równoległe do klękania premiera Putina w Katyniu) wyrażone przed sądem w Strasburgu było następujące: „Nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono, ani też tego, czy Polaków w ogóle rozstrzelano” – ale cóż, sytuacja rozwija się w sposób dynamiczny.

      Gdy w minioną sobotę, o godz. 8:56 pojawiła się owa wspominana już, a wymarzona swoboda manewru, nic nie stoi na przeszkodzie (nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji, ze strony bezczelnych i chciwych potomków katyńskich ofiar, chcących swymi roszczeniami oskubać biedne rosyjskie państwo na sumę przynajmniej 22 miliardów dolarów), by prezydent Miedwiediew mógł powiedzieć, że katyński mord został dokonany z polecenia najwyższych władz radzieckich, w tym Józefa Stalina. Możemy tylko domniemywać, dlaczego sobotnia katastrofa w sposób tak nagły zwiększyła bezpieczeństwo naszych rosyjskich przyjaciół, ale tak czy inaczej czują się bezpieczniejsi i już.

      Bóg pokazuje także i to, że Polska bez głowy i serca, jest znakomitym, pragmatycznym i elastycznym partnerem gospodarczym. Wymarzona swoboda manewru, która jakże niespodzianie (żeby nie powiedzieć: szczęśliwie) pojawiła się w minioną sobotę, daje możliwość chociażby sfinalizowania polsko-rosyjskiej umowy o dostawy gazu ziemnego do Polski. Dzięki temu obecny i następne polskie rządy, nie będą sobie musiały zaprzątać głowy dywersyfikacją dostaw (te wszystkie kosztowne, nie mające ekonomicznego uzasadnienia gazoporty, azerbejdżańskie rury, czy mityczne łupkowe gazy), bo i faktycznie, sama myśl o innych źródłach paliw niż rosyjskie, jest nadużyciem zaufania i wielką krzywdą wobec tych, którzy okazują nam tak wielkie zrozumienie i solidarność.

      Na tę nową, ekonomiczną jakość Polski, rynki finansowe zareagowały pozytywnie, czego znakiem było to, iż w miniony poniedziałek, na warszawskiej giełdzie „WIG20 po spokojnej sesji wzrósł o prawie 1 proc., czym ustanowił nowy rekord zwyżki i pokazał swoją siłę”. I trzeba się z tego cieszyć, bo jak mówi jeden z finansowych analityków (Piotr Kuczyński), po sobotnich  wydarzeniach „rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich korzystna) umocniła się. Pamiętać też trzeba, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii RPP – NBP – rząd. Znikną swary. Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą niedługo jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce”.

      Coś pięknego!

      No i na koniec, Bóg pokazuje nam, że Polska bez głowy i serca, będzie Polską ruskich buców (powodowany ostrożnością procesową wyjaśniam, że określenie „ruski buc”, jest na blogu toyaha terminem technicznym, opisującym coś co jest bardzo osobiste, intymne, wręcz ontologiczne - a skutkujące mentalnością charakteryzującą się wewnętrzną pustką, kulturowym wykorzenieniem, pobłażliwym stosunkiem do fałszu i lekceważeniem dla prawdy, swego rodzaju bezwzględnością i innymi tym podobnymi przymiotami).

      Oczywiście, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, należy zauważyć, że te nasze swojskie, ruskie buce, to jednak druga liga, w porównaniu ze wschodnimi mistrzami. Tym niemniej pomysł, propagowany przez tak wiele znakomitych autorytetów, by nienawiść i szaleństwo w imię jedności społeczeństwa podnieść do rangi normy powszechnej, ze wszech miar zasługuje na uznanie.

       Czy to już wszystko, co dobry Bóg nam pokazuje? Oczywiście, że nie. Bóg pokazuje także i to, że nadszedł czas, by się na coś zdecydować: albo na żywą (w wiadomych ideowych proporcjach i różnorodności) Polskę Kaczyńskiego, (i tu trzeba się liczyć chociażby: z zimnym wiatrem i mgłą z Rosji, niezadowoleniem inwestorów zagranicznych, rechotem i fuckami ruskich buców), albo na święty spokój Polski martwej, nie mającej wpływu na bieg spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych.

       Nie wiem dlaczego właśnie teraz nadszedł czas wyboru. Ale wiem, że Bóg pokazując nam to wszystko pragnie, byśmy wybrali dobrze. Już wkrótce zasłona będzie zdjęta. Czas namysłu minie. Polska nie jest jeszcze trupem. Na razie śmierć dotknęła Jej symbole. To jest bolesne, ale Polska jest, żyje. Patrząc na tłumy chcące pokłonić się Prezydenckiej Parze, jestem optymistą. Tych ludzi żadne wulkaniczne pyły nie przykryją.

       No i jest Pan Jarosław, który owych ludzi – daj Boże! – poprowadzi.



 

sobota, 10 kwietnia 2021

Bo nasze memy są czerwone

 

        Wśród wielu niespodzianek, jakie nam przyniosły lata 90 i początek tak zwanej „wolności”, było pojawienie się nowego fetysza dla ludu, tak celnie określonego przez kogoś słowami „duże kolorowe zdjęcie i celny podpis”. A ja dziś, kiedy zastanawiam się nad latami, które nam niepostrzeżenie minęły, myślę sobie, że owo wspomniane zdjęcie plus celny podpis stanowiły podstawę tak dobrze znanego nam dziś politycznego mema, który, jak już wszyscy się chyba zgadzamy, niszczy nas w sposób bezprzykładny. Gdy mówię o niszczeniu, mam przede wszystkim na myśli Internet, a tam na pierwszym oczywiście miejscu niesławny Sok z Buraka. Przez brak osobistych doświadczeń, moje kompetencje są tu mocno ograniczone, jednak  wydaje mi się, że dzięki samej obserwacji okolic, mogę śmiało stwierdzić, że absolutną podstawą działalności owego Soku z Buraka jest produkcja memów; nie hejtu, jak twierdzi część komentatorów, ale właśnie memów, czasem, owszem, przepełnionych nienawiścią, ale przede wszystkim kłamstwem. I to kłamstwem o tyle szczególnym, że często nie bezpośrednim, ale takim, które się dopiero ma narodzić. I to uważam za największe zło, jakie stworzyła sama koncepcja memu i sposób, w jaki on został wykorzystany w wojnie politycznej, ideologicznej i kulturowej.

        O co chodzi? O to mianowicie, że jeśli opublikuje się zdjęcie dajmy na to Magdy Ogórek oraz podpis „Pilne!!! Magdalena Ogórek współczuje księżom. Trauma księży w czasie seksu z dzieckiem jest większa niż ofiary. Bardzo często nie mają wytrysku i jest to ból psychiczny”, to w sposób oczywisty mamy do czynienia z nomen omen burackim żartem, ale w efekcie zwykłym kłamstwem, skierowanym do ludzi na tyle prymitywnych, by w ten absurd skutecznie uwierzyli. Ktoś powie, że nie, że ludzi tak głupich nie ma. Nieprawda. Niedawno na Facebooku opublikowano zdjęcie grupy biskupów w uroczystych strojach, do których bardzo profesjonalnie doklejono znaki firmowe Coca-Coli, TVP, Orlenu, czy PGE. I czy ktoś może myśli, że ów żart został potraktowany jako żart? Mowy nie ma. Ogromna większość komentatorów uznała, że Kościół w swojej pazerności rzeczywiście sprzedaje się wielkim koncernom.  

        Pora może na wyjaśnienie, po co ja w ogóle o tym piszę. Otóż z prawdziwym smutkiem obserwuję, że pomysł prowadzenia kampanii propagandowej przy pomocy memów, z dużym entuzjazmem został przyjęty również po prawej stronie Internetu. I powiem zupełnie szczerze, że zastosowane metody często niczym się nie różnią od tych, opisanych wcześniej. I choć tu też – w opinii twórców oraz sympatyków owej zabawy – nie mamy do czynienia ani z nienawiścią, ani z kłamstwem, ani z pogardą, ale wyłącznie z dobrym żartem, efektem jest wyłącznie kłamstwo, kłamstwo bezczelne i co najgorsze, nadzwyczaj skuteczne, bo żerujące na najniższych ludzkich instynktach oraz zwykłej ludzkiej głupocie. Wszędzie, i tu i tam, takiej samej. Dlatego mam apel do animatorów i sympatyków owej zabawy: bywa że wasz psikus ma kolor krwi.



piątek, 9 kwietnia 2021

Zielony Zawisza kontratakuje

 

         Dziś jest już mi bardzo trudno powiedzieć, kiedy to było, a nie mam ochoty przeprowadzać tu jakiejkolwiek kwerendy, faktem jest jednak że jakieś dziesięć może lat temu napisał do mnie pewien człowiek z Lublina – którego nazwiska również dziś już nie pamiętam – i opowiedział mi swoją historię o tym, jak to w jakimś momencie swojego życia postanowił uruchomić biznes, którego natury również dziś już nie pamiętam, i został niemal w jednej chwili wykończony przez nieznane sobie interesy, i to wykończony do tego stopnia, że stracił dokładnie wszystko co miał, poza sprawą sądową. Czemu ów człowiek zwrócił się ze swoim problemem akurat do mnie? Otóż, jak sądzę, pierwszym powodem owej decyzji było to, że głównym kontaktem z tamtej strony, z jakim on miał do czynienia, był znany nam skądinąd były poseł niesławny Artur Zawisza, no a skoro przed nami staje człowiek pobożny o poglądach prawicowych, to gdzie lepiej uderzyć niż na mój blog?

        Ponieważ historia opowiedziana mi przez człowieka z Lublina zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, postanowiłem całą sprawę opisać, i to nie tylko tu na moim blogu, ale również w osobnym tekście opublikowanym w „Warszawskiej Gazecie”. Jako że sprawa robiła faktycznie wrażenie czegoś bardzo poważnego, „Warszawska Gazeta” nie dość że opublikowała samą relację z owego przekrętu, ale również zwróciła się z prośbą o komentarz do samego Artura Zawiszy, który odpowiedzi co ciekawe jak najbardziej udzielił, oczywiście wszystkiemu zaprzeczając, a przy okazji powiedział coś, co gdy chodzi o niego akurat zapamiętam do końca życia, a mianowicie: „Papista każe zarabiać (‘Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna’) i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę”.

        Jak się cała sprawa rozwinęła dalej, tego już niestety nie wiem, tyle że w pewnym momencie, o ile pamiętam, człowiek z Lublina przysłał mi maila, w którym poinformował mnie, że w sądzie sprawy idą w dobrym kierunku, no i na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, po tych wszystkich latach, ledwie co wczoraj, otrzymałem maila od niejakiej Eweliny Tadrzak reprezentującej kancelarię Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy, która „działając w imieniu Green Energy Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie oraz Pana Artura Zawiszy [wzywa mnie] do natychmiastowego zaprzestania rozpowszechniania jakichkolwiek informacji lub spekulacji na temat moich Mocodawców naruszających ich dobra osobiste, w postaci dobrego imienia, renomy, niezwłocznego, nie później niż w terminie 24 godzin od chwili doręczenia niniejszego wezwania, usunięcia Artykułu oraz wszelkich linków, mirrorów, podstron oraz podobnych publikacji zawierających nieścisłe i nieprawdziwe informacje dotyczące moich Mocodawców”, a dalej już samo najciekawsze, gdzie wzywa się mnie do „natychmiastowego, nie później niż w terminie 3 dni od momentu doręczenia niniejszego wezwania, opublikowania oraz utrzymania przez nieprzerwany okres 30 dni od dnia opublikowania, na stronie głównej Portalu w ramce o rozmiarze nie mniejszym niż 500x500 pixeli (px), na białym tle, czarną czcionką Times New Roman 12, z co najmniej pojedynczą interlinią, w górnej części wymienionej strony, w sposób umożliwiający zapoznanie się z tekstem wyjaśnienia niezwłocznie po otwarciu strony internetowej, z wyłączoną możliwością komentowania niniejszego tekstu oświadczenia, bez zastosowania jakichkolwiek zabiegów umniejszających znaczenie, rangę i powagę tekstu, oświadczenia następującej treści:”. No i tu następuje tekst oświadczenia: „Ja, niżej podpisany Krzysztof ‘Toyah’ Osiejuk przepraszam...”, no i dalej już tak jak można się domyślać.

       A ja w tym momencie przypominam sobie jak to może z pięć lat temu banda satanistów zaplanowała sobie urządzić artystyczne wydarzenie z wykorzystaniem paru krakowskich kościołów, a ja odpowiednio wcześnie tu na blogu zareagowałem, o wszystkim poinformowałem krakowską kurię i cały projekt został zduszony w zarodku. Pamiętam do dziś owo poruszenie, tak wielkie, że o tym blogu pisano nawet w „Los Angeles Times”, „New York Timesie” oraz „Guardianie”, nie wspominając o lokalnych mediach, takich jak „Gazeta Wyborcza”, a ja po pewnym czasie drogą e-mailową otrzymałem od organizatorów festiwalu informację, że jeśli natychmiast na konto fundacji imienia księdza Józefa Tischnera nie wpłacę 12 tys, zł., to spotkają mnie znacznie poważniejsze kłopoty, już ściśle prawne. W odpowiedzi na ów e-mail wysłałem tym dziwnym ludziom jedynie następujący tekst:

„Sancte Michael Archangele,
defende nos in proelio;
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
Imperet illi Deus, supplices deprecamur:
tuque, Princeps militiae Caelestis,
satanam aliosque spiritus malignos,
qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo divina virtute in infernum detrude.
Amen”.

        I w tym momencie kontakt się urwał.

        Przyznaję, że nie wiem, kim tak naprawdę jest ta cała Ewelina Tadrzak, ale zakładam, że to jest miła i skromna osoba, która pracuje jak my wszyscy, by wykarmić dzieci i siebie. Podobnie, nie mam bladego pojęcia, co to takiego owa Zielona Energia i kto tym kręci. Natomiast doskonale się orientuję w kwestii Artura Zawiszy i to jemu dziś dedykuję słowa owego egzorcyzmu, z informacją dodatkową, że poza tym nie mam już nic więcej do powiedzenia.



czwartek, 8 kwietnia 2021

A co jeśli plandemia?

     Minister Niedzielski ogłosił przedłużenie tego naszego niby lockdownu i na wypadek gdyby ktoś pytał, czy tym razem to już rzeczywiście jeszcze tylko ten tydzień z małym hakiem, czy może znów przez kolejne tygodnie będziemy musieli się chować po kątach, zapowiedział, że wszystko zależy od naszego postępowania wobec ogłoszonych restrykcji. Jeśli więc nie będziemy nosić maseczek, w dodatku pchając się w miejsca gdzie jest nas dużo za dużo, to dostaniemy po raz kolejny po uszach, jeżeli natomiast zrozumiemy, że to my tak naprawdę gotujemy sobie swój los, to powoli zaczniemy oddychać. Słucham tych słów, patrzę na poważną i szczerą twarz pana ministra, a w głowie mi stoi jego wypowiedź sprzed kilku zaledwie dni, o której tu ledwie co wspominałem, a którą chętnie słowo w słowo powtórzę:

Nigdy! Nigdy już nie wrócimy do świata sprzed pandemii. Część z nas już zawsze będzie używała maseczek i będzie trzymała dystans w obawie przed zakażeniem. Jeśli chcą mnie państwo zapytać, czy pokolenie dzisiejszych 50- i 40-latków będzie do końca swoich dni żyło w stanie zagrożenia epidemicznego, to odpowiedź brzmi: absolutnie tak. Zagrożeń biologicznych będzie już tylko więcej. Mało tego: będą coraz bardziej niebezpieczne i świat będzie na nie reagował inaczej niż reagował do tej pory. Inspekcje sanitarne będą jednymi z lepiej wyposażonych instytucji we wszystkich krajach. Pora zacząć oswajać się z myślą, że to nie jest ostatnia pandemia w naszym życiu”.

      No i naturalnie zastanawiam się, jak to jest z tym dziwnym człowiekiem. Czy on, kiedy mówi, to wie co mówi i czy mówiąc to czy tamto, w to co mówi wierzy? No bo jeśli nie wie, a w dodatku nie wierzy, to pies z nim tańcował. Gorzej jednak jeśli wie i wierzy, bo to musi oznaczać, że on zwyczajnie oszalał. No bo jak, jeśli można zapytać, można niemal na jednym oddechu apelować do nas o odpowiedzialność w walce z pandemią, machając nam przed nosem raz to kijem a raz marchewką, a w tym samym niemal czasie mówić nam, że cokolwiek zrobimy, to i tak nie ma żadnego znaczenia, bo już tylko może być gorzej, a dla znacznej części Polaków druga połowa ich życia będzie stanowić autentyczną zmorę?

       Myślę o Niedzielskim i stanie w jakim on się znalazł i myślę, że on się musiał poczuć trochę tak jak owi spece od służb lat 90, tacy jak Milczanowski, Niemczyk, czy niedawno zmarły Jerzy Konieczny. Zawsze miałem wrażenie, że każdy z nich, mimo że wcześniej ani trochę inny od wielu z nas, po pewnym czasie, doświadczając ogromu tego gówna, w które wdepnął, uznał że poza owym gównem nie ma nic więcej, że świat jest pogrążony w kłamstwie i występku i powoli zwariował. Niektórzy pamiętają ministra Koniecznego, jak ten niemal z dnia na dzień zmienił się nie do poznania, najpierw goląc się na łyso, potem zakładając ów czarny płaszcz i wielki czarny kapelusz, a kiedy się odzywał, to nikt nie miał wątpliwości co do tego, że ma do czynienia z człowiekiem psychicznie chorym. O Milczanowskim nie ma co mówić, a gdy chodzi o Niemczyka, można go oglądać nawet dziś w TVN-ie. Póki co jeszcze nie w klatce.

      I uważam, że coś bardzo podobnego spotkało ministra Niedzielskiego. On wszedł po szyję w temat koronawirusa, zobaczył to co zobaczył, zwyczajnie nie wytrzymał i uznał że poza nim nie ma już nic i już nigdy nic nie będzie. No ale zostawmy Niedzielskiego z jego obłąkaniem. To co mnie dziś naprawdę interesuje to fakt, że wspomniane przeze mnie wystąpienie nie wywołało praktycznie żadnej reakcji. Minister zdrowia informuje publicznie, że cokolwiek dziś zrobimy, to znaczna część z nas do końca swoich dni nie wróci do normalnego życia, oczekując każdego kolejnego dnia z drżeniem serca przed zakażeniem, obecny wirus to zaledwie jeden z wielu następnych, być może jeszcze najmniej groźny, w świecie który nadchodzi jedną z najważniejszych instytucji będzie inspekcja sanitarna, a tak zwana opinia publiczna nadal jak gdyby nigdy nic toczy dyskusję na temat tego, czy może lepiej by było otworzyć zakłady fryzjerskie, a zamknąć kościoły, i czy ta cała pandemia w ogóle istnieje, czy może to wszystko jakiś żart, no i czy Szymon Hołownia szczepiąc się na lewo skompromitował się bardzo, trochę, czy może wcale. I nie mam tu na myśli jedynie polityków i mediów. Jedni i drudzy już od dawna realizują wyłącznie zlecone zadania. Myślę o tak zwanych wolnych mediach, czyli Facebooku, Twitterze, czy szeregu niezależnych internetowych portali. Tam też, gdy chodzi o wypowiedź ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, kompletna cisza. Jakby wszyscy uznali, że... no właśnie co? Że jemu się coś pomyliło, a któż z nas nie jest omylny?

      A może jest gorzej niż nam się zdaje? Może on wcale nie zwariował tylko wie coś, czego myśmy tak naprawdę nigdy wiedzieć nie chcieli? Jak wiemy, jest wśród nas pewna liczba osób, którzy są głęboko przekonani co do tego, że o żadnej pandemii mowy być nie może. To co mamy, to kolejna odmiana grypy, a w najgorszym wypadku jakiś nowy wirus, który tak jak się pojawił, tak też po jakimś czasie zniknie, a ludzie niestety zachorują, jakaś część z nich umrze – w sumie, zdarza się. Są też i tacy, którzy używając zabawnego określenia „plandemia” twierdzą, że sytuacja w jakiej się znaleźliśmy została sprokurowana czy to przez rząd światowy, czy osobiście z pieniędzy Billa Gatesa z kolegami, a ów plan polega na tym, by liczbę ludzi na świecie radykalnie zredukować. Nie jest to teoria o jakimś szczególnie dużym społecznym zasięgu, ale nie mogłem nie zauważyć, że jest ona głoszona bardzo lekko, z pewnym nawet wesołym błyskiem w oku. Na temat owej „plandemii” powstają żarty, internetowe memy, generalnie można mieć wrażenie, że wokół niej wciąż słychać swego rodzaju wesoły rechot. A ja się zastanawiam, czy autorzy tej teorii zdają sobie sprawę z tego, co się z nami stanie, jeśli to jest prawda. Jakie mamy szanse, jeśli się okaże, że ktoś włożył naprawdę wielkie pieniądze, by nas skutecznie zdziesiątkować. Co w tej perspektywie jest takiego zabawnego.

        I myślę, że może było zupełnie inaczej. Może minister Adam Niedzielski wcale nie oszalał, lecz czy to przez jakąś chwilową słabość, czy też może zirytowany koniecznością przebywania w jednym miejscu z red. Arletą Zalewską, niechcąco, przedstawiając ów przerażający obraz, zdradził nam ową tajemnicę, której istnienie część z nas od dawna podejrzewała, ale w gruncie rzeczy traktowała to jako swego rodzaju intelektualną zabawę? A my w tym akurat wypadku, gdy nagle nasze obawy zaczęły się urzeczywistniać, zareagowaliśmy klasycznym wyparciem, udając że tak na prawdę owa wiadomość w ogóle do nas nie dotarła?

        A może jednak po prostu znów zadziałał parokrotnie tu ostatnio wspominany brak gwizdka? Mam nadzieję, że to jednak tylko o ten gwizdek poszło. Tylko znów, dlaczego nikt nie zadał choćby z głupiej ludzkiej ciekawości choć jednego pytania?



środa, 7 kwietnia 2021

Czy telefonem komórkowym można na szkolnej tablicy narysować błyskawicę Strajku Kobiet?

 

Od pewnego już czasu, podobnie jak wielu z nas, zastanawiamy się tu, czy w tym roku szkolnym władza uzna za możliwe przywrócić bezpośrednią naukę w szkołach, i wraz z upływającym bezlitośnie czasem dochodzimy coraz bardziej do wniosku, że to się już raczej nie opłaca. Co ciekawe, mogący być tą kwestią zainteresowani uczniowie, których obecnie mam aż pięciu, wszyscy jak jeden mąż deklarują, że im osobiście obecna sytuacja jak najbardziej pasuje. Czy to znaczy, że z ich punktu widzenia, nauka z domu jest bardziej skuteczna? Czy ich zdaniem, nauczyciele, gdy nie mają za sobą tablicy i kredy, są bardziej skuteczni i inspirujący? Czy wreszcie domowa atmosfera, podobnie jak zdaniem niektórych ma to miejsce w przypadku tak zwanego „nauczania domowego”, bardziej sprzyja skutecznej nauce? Otóż nic z tego. Oni wszyscy mówią mi, że lepiej tego nie ruszać, bo się to już przede wszystkim nie opłaca, a poza tym, oni i tak zawsze musieli liczyć przede wszystkim na siebie, a więc czy ktoś im będzie w ich postępach przeszkadzał spod tablicy, czy z laptopa, nie ma większego znaczenia.

      I to jest oczywiście z  punktu widzenia stanu polskiej edukacji wiadomość okropna. No bo spójrzmy choćby na dzieci, które w tym roku zdają maturę. Kiedy one przyszły do liceum znaczną część roku szkolnego, przez ów kompletnie idiotyczny i niepotrzebny strajk nauczycieli spędziły w domu, w ogóle bez nauki, w drugiej klasie zatrzymała ich w domu pandemia, podobnie w trzeciej, a teraz szykują się do końcowego egzaminu i, przepraszam bardzo, ale pomijając ewentualne straty na poziomie towarzyskim, czego im brakuje? Można wręcz powiedzieć, że przez ten czas niechcąco udało im się zdobyć wiedzę, której w normalnych warunkach by nie mieli, tę mianowicie, że ich nauczyciele, gdy im się obierze ową szkolną powagę, są dokładnie tak samo głupi i leniwi, jak ci, których mają rzekomo czegoś nauczyć. Trafiłem właśnie na pewien swój tekst sprzed lat, opublikowany jeszcze w salonie24, gdzie przedstawiłem swoją ocenę czegoś, co media określają terminem „najlepsza szkoła”, czy „najlepszy nauczyciel”. Tytuł zmieniłem na bardziej aktualny, ale reszta pozostaje niemal bez zmian. Bardzo proszę. Mam nadzieję, że się przyda.


 

 

      Nie mam pewności, a sprawdzać mi się nie chce, ale mam wrażenie, że opisałem tę moją przygodę w książce o markach, dolarach i biustonoszu, gdyby jednak ktoś jej nie znał, przypomnę. Otóż kiedy jeszcze za głębokiego gierkowskiego PRL-u przyszło mi pracować w charakterze sprzedawcy w katowickim domu handlowym „Zenit”, jak wszyscy inni sprzedawcy, wziąłem udział w zorganizowanym przez Radio Katowice konkursie na tak zwanego „najuprzejmniejszego sprzedawcę” i ów konkurs wygrałem. Oczywiście nie wykluczam, że faktycznie byłem bardziej uprzejmy od moich koleżanek-sprzedawczyń, faktem jest jednak, że kiedy ów konkurs trwał, moi liczni wówczas znajomi zupełnie oszaleli na punkcie tego konkursu i gremialnie wrzucali na mnie swoje głosy po dziesięć, pięćdziesiąt, czy sto razy, a więc, że tak powiem, szału nie było. Ciekawe natomiast było to, że – o czym osobiście poinformowała mnie przeprowadzająca wywiad pani redaktorka z radia – główną nagrodę dla najuprzejmiejszego sprzedawcy zgarnęła pewna Krysia, a ja się musiałem zadowolić miejscem drugim, a to z tego względu, że organizatorom konkursu bardzo zależało na tym, żeby wszystko było na swoim miejscu i nie okazało się, że wśród tych dziesiątek sprzedawczyń najuprzejmiejszy okazał jakiś mężczyzna.

     Z tego co mi wiadomo, i akurat w żaden sposób mnie to nie dziwi, najuprzejmiejszych sprzedawców w Nowym Wspaniałym Świecie się już nie wybiera, natomiast, owszem, konkursy jak najbardziej istnieją, tyle że na najlepszego przedsiębiorcę, najlepszego pisarza, najlepszy film, czy najlepszą szkołę i że metody według których się je organizuje, nie zmieniły się bardzo, a i podobnie też ich cel został ten sam: chodzi o to, by udowodnić wcześniej przyjętą tezę. A ja dziś chciałem powiedzieć parę słów o tych właśnie najlepszych szkołach. Od dłuższego bowiem czasu próbuję zrozumieć sens owego nałogowego wręcz tworzenia rankingów „najlepszych szkół” i ponoszę porażkę za porażką. W związku z wykonywanym od dziesiątek lat zawodem, znam, czy to z kontaktu bezpośredniego, czy z informacji od osób, które ów kontakt zaliczyły, wszystkie mniej więcej szkoły w mieście na wylot. Podstawówki, gimnazja, licea – można wybierać. I daję słowo, że jedyne kryterium, jakie znam, a które mogłoby pomóc w określeniu poziomu szkoły, to poziom prezentowany przez uczące się tam dzieci. I proszę zwrócić uwagę, ja mówię poziomie dzieci, nie nauczycieli. Dlaczego? Dlatego, że poziom nauczania w każdej z nich jest mniej więcej taki sam. Nie ma żadnego sposobu, by powiedzieć, że ten nauczyciel jest lepszy od tamtego, z tej prostej przyczyny, że każdy nauczyciel, który ma przed sobą zdolną, grzeczną i pracowitą młodzież jest nauczycielem dobrym, a każdy, który się musi męczyć z bandą rozwydrzonych i zgnuśniałych durniów, jest automatycznie nauczycielem złym. Oczywiście, ja nie twierdzę, że nie ma nauczycieli obiektywnie dobrych i obiektywnie złych, bo są jak najbardziej, natomiast z tego co mi wiadomo, nikt dotychczas nie wymyślił sposobu, by ów poziom zawodowych umiejętności zmierzyć.

      Można zatem powiedzieć, że o poziomie szkół świadczą uczniowie, tak jak zostali ukształtowani przez indywidualne, być może wrodzone, zdolności, dom rodzinny, Kościół, kolegów, może jakieś twórcze zainteresowania, natomiast nie ma takiej możliwości, by jego wybitność została ukształtowana przez nauczyciela, choćby nie wiadomo jak dobrego. Takie cuda zdarzają się tylko w amerykańskich filmach. Poza tym, jedyne co nauczyciel może zrobić, to ucznia nie zepsuć, a ponieważ ten najczęściej, i to już w najgorszym wypadku, jest równie głupi, jak nauczyciel, to się w praktyce nie zdarza. To już prędzej uczeń zepsuje nauczyciela, niż ten ucznia.

      A zatem jest tak, że mamy, dajmy na to, najlepsze liceum w regionie i tam 90 procent dzieci to laureaci olimpiad, oraz innego rodzaju mistrzowie z różnych dziedzin, i w związku z tym wieść niesie, że tam poziom nauczania musi być bardzo wysoki. Tymczasem jest tak, że wspomniane liceum już na samym starcie nie żadnej możliwości ruchu, bo to do niego właśnie zgłaszają się najwybitniejsi gimnazjaliści z całej okolicy, po trzech, czterech za każdej szkoły, dzieci najwybitniejsze, najmądrzejsze, najgrzeczniejsze i najbardziej pracowite. Przepraszam bardzo, ale co w tej sytuacji ma do roboty nauczyciel? Nawet nie może na nich nawrzeszczeć i udać srogiego. Daję najświętsze słowo honoru, że ja znam bardzo dobrze tak zwane „najlepsze” licea, czy gimnazja w mieście, podobnie zresztą jak i te „najgorsze”, i nauczyciele w każdym z nich mogą być dokładnie tak samo głupi, mądrzy, leniwi, pomysłowi, czy niekompetentni, jak w tym poprzednim i następnym. W ostatecznym rozrachunku tylko uczniowie wyznaczają ów mityczny i kompletnie fikcyjny „poziom nauczania”.

      Piszę ten tekst, bo w zeszłym tygodniu dotarła do mnie wiadomość, że słynne wydawnictwo Pearson ogłosiło konkurs na najlepszego nauczyciela w Europie i wschodniej Azji i zwycięzcą została nauczycielka angielskiego z Gliwic o nazwisku Bilska. Przeczytałem cały długi tekst na ten temat w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” w poszukiwaniu informacji, w jaki sposób międzynarodowe jury odkryło owe nadprzeciętne zdolności, i proszę sobie wyobrazić, że poza tym, że Bilska jest bardzo oddana swojej pracy i na lekcjach stosuje najbardziej nowoczesne metody uczenia, polegające na tym, że wszystkie dzieci mają telefony komórkowe i na tych telefonach rozwiązują jakieś językowe zagadki, tam nie ma nic więcej. Można zresztą obejrzeć sobie na youtubie filmik z jednej z tych lekcji i tam faktycznie jest tak, że wszystko wygląda tak jak w każdej szkole, tyle że dzieci siedzą z włączonymi telefonami i coś tam dłubią. Ze wspomnianego tekstu w „Wyborczej” możemy się zresztą dowiedzieć więcej na temat tego dłubania:

       „Julia Mundzik, drugoklasistka z Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 14 w Gliwicach, najbardziej lubi, kiedy pani Agnieszka organizuje teleturnieje. – Włączamy w telefonach aplikację, która automatycznie przydziela nas do konkretnych grup. Pytania wyświetlają się na tablicy interaktywnej, a odpowiedzi zaznaczamy na smartfonach. Wygrywa grupa, której członkowie odpowiadają lepiej i szybciej – relacjonuje Julia.

      Podoba jej się również gra ‘Galaxy’, w której wyświetlające się na meteorytach słowa trzeba przetłumaczyć, zanim meteoryty spadną. – Ta gra pokazuje mi, co umiem, a czego nie. Mogłabym poprosić koleżankę, żeby mnie odpytała, ale nie byłoby przy tym frajdy – mówi Julia”.

      Ktoś powie, że to jest takie dziecięce gadanie i że tam z pewnością musi być coś jeszcze poza tymi meteorytami. I owszem jest, ale to już nam opowiedzą dorośli:

      „Agnieszka prowadzi lekcje dla licealistów i gimnazjalistów w ZSO nr 10, a popołudniami wykłada w szkole językowej. Miłość do języka angielskiego łączy z drugą, chyba jeszcze większą miłością – do nowych technologii.

      Bilska niemal nigdy nie przechodzi w tryb off-line. Wciąż sprawdza maile, portale społecznościowe, czyta o nowinkach technologicznych. Sześć lat temu, wraz z uczniami, przekonała Adama Sarkowicza, dyrektora ZSO nr 10, do podłączenia szkoły do szerokopasmowego internetu. Dzięki szkolnemu wi-fi uczniowie mogą przez cały dzień przebywać jedną nogą w wirtualnym świecie. Ale nie oddają się w nim tylko rozrywce, na to czas jest na przerwie. Podczas lekcji szukają informacji w interaktywnych encyklopediach, buszują po portalach społecznościowych i grają w gry – wszystko w celach dydaktycznych. – Kiedy pani mówi: ‘Wyciągamy telefony’, cała klasa się cieszy, bo wiemy, że będziemy robić coś fajnego – mówi Martyna Mielnik, drugoklasistka z Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 14 w Gliwicach, które wchodzi w skład ZSO nr 10.

      Bilska podkreśla, że w internecie jest mnóstwo darmowych pomocy naukowych w języku angielskim. – Ale właściwie nie potrzeba wcale specjalistycznych materiałów i platform edukacyjnych. Kapitalnym narzędziem do pracy na lekcji jest choćby Facebook – mówi.

      Na Facebooku zakłada zamknięte grupy dla poszczególnych klas, inicjuje w nich dyskusje na różne tematy oraz udostępnia uczniom materiały dydaktyczne. Kiedy planuje kartkówkę, tworzy wydarzenie i zaprasza uczniów, by do niego dołączyli. – Na stronie wydarzenia mogę określić zakres materiału, który uczniowie powinni opanować, udostępnić im potrzebne pomoce. Poza tym Facebook automatycznie przypomina o nadchodzących wydarzeniach, więc uczniowie nie mają wymówki, że zapomnieli o kartkówce – opowiada anglistka.

      Czasem niektórzy uczniowie, na przekór, klikają przycisk ‘Nie wezmę udziału’. – Ale i tak wiadomo, że to żart. Nieprzyłączenie się do wydarzenia na Facebooku nie zwalnia z pisania kartkówki ‘w realu’ – śmieje się nauczycielka”.

      I tak mógłbym cytować tych czy owych jeszcze długo, ale nie warto. Rzecz jest bowiem w tym, że tu tak naprawdę nie chodzi o te konkursy, te internety i tę całą Bilską z jej nauczycielską pasją, lecz jak zawsze o system edukacji w Polsce i nadzieje, jakie są  to tu to tam wciąż formułowane. Otóż wszystko wskazuje na to, że leżymy, kwiczymy i nie mamy żadnych szans, by się z tego podnieść, bo najwyraźniej ów kierunek został już wytyczony i to wytyczony na dobre. I to nie tylko w edukacji, ale w każdym innym fragmencie publicznej przestrzeni. Edukacja jest tego przekrętu zaledwie jednym z elementów, tyle tylko że często nam najbliższym i przez to szczególnie boleśnie odczuwanym.