niedziela, 18 lutego 2018

Urodziny, czyli czemu Diabeł chodzi do kościoła

      Mija luty 2018 roku, a więc miesiąc, kiedy będziemy obchodzić dziesiątą rocznicę prowadzenia przeze mnie tego bloga, siłą rzeczy więc wpadam w nastrój bardziej refleksyjny niż zwykle i próbuje sobie wszystko, co już za nami, poukładać w jakimś porządku. Parę dni temu wpadłem w dość ponury nastrój, zdając sobie nagle sprawę z tego, że tak naprawdę dwa największe publiczne sukcesy, jakie przez te lata udało mi się odnieść, były związane z wytropieniem podstępnej obecności Diabła, najpierw na krakowskim festiwalu Unsound, a następnie w internetowym projekcie pod tytułem Kraina Grzybów. Dziś jeszcze sobie przypominam tak zwaną „Rozmowę z Pawłem”, gdzie opowiedzieliśmy o tym, jak ówczesny sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego z oczywistym rozmysłem i pełna konsekwencją niszczył jego kampanię roku 2010, a tekst zrobił takie wrażenie, ze został wręcz w całości opublikowany na oficjalnej stronie Prawa i Sprawiedliwości. No ale przede wszystkim, to jednak była sprawa wybitnie lokalna, a poza tym ewidentnie wpleciona w akcję niszczenia wszystkiego co pozostało po Kluzik, Migalskim, Poncyliuszu i całym tym szemranym towarzystwie, podczas gdy o festiwalu Unsound w kontekście mojej notki pisano i w „New York Timesie”, „Guardianie”, czy „Los Angeles Timesie”, gdzie autor osobną część swojego tekstu poświęcił mojej osobie
      Przypomniała mi się tamta historia, a z nią coś, na co chyba wcześniej nie  zwracałem tu uwagi, a co dziś, z perspektywy tych 10 lat, sprawia, że mam powód do pewnej satysfakcji. Otóż rzecz polega na tym, że tekst, który wywołał tamtą burzę nie był napisany z myślą o tym blogu, ale stanowił mój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”. Poczatkowo wprawdzie zastanawiałem się, czy nie warto by było dać go tu, ale uznałem, że sprawa jest na tyle ważna, że „Warszawska Gazeta” zapewni mu szerszy odbiór, a ja go tu i tak powtórzę, no i on ukazał się najpierw w „Warszawskiej Gazecie”. Kiedy wybuchła pamiętna afera, pamiętam że od razu poinformowałem o tym Piotra Bachurskiego, a on, proszę sobie wyobrazić, zamruczał z satysfakcją i powiedział, że to jest zrozumiałe, bo „Warszawska” ma bardzo dużo czytelników i bardzo duży zasięg.
       Dziś, po latach, ja tę prawdę świetnie znam, czytając choćby rankingi najpopularniejszych tygodników ukazujących się w Polsce, gdzie „Warszawska Gazeta” zajmuje piąte miejsce tuż za „Sieciami” braci Karnowskich, ale też – po latach właśnie – widzę wyraźnie, że sprawa owego ponurego festiwalu, tak jak ją przedstawiłem, zyskała wymiat globalny nie dzięki artykułowi w „jednym z polskich prawicowych tygodników”, lecz dzięki donosowi „jednego z prawicowych blogerów”. To bowiem nie nazwa „Warszawskiej Gazety” była powtarzana w tych wszystkich gazetach od Nowego Yorku po Helsinki, lecz moje nazwisko, i to nie wydawcy „Warszawskiej Gazety” grożono procesem za rozbicie festiwalu, ale prawicowemu i ultrakatolickiemu blogerowi.
      Oto więc tekst, który ukazał 9 października 2015 roku w „Warszawskiej Gazecie” i najwidoczniej ani pies z kulawą nogą, ani diabeł ze złamanym rogiem, nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi, co – chciałbym to stanowczo podkreślić – w żadnym wypadku nie tyle świadczy o „Warszawskiej Gazecie”, co o tych 10 latach, o których tu będę wspominał w najbliższym czasie z prawdziwą satysfakcją.


      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
      Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
      A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż można by się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
      Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
      Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki i przypominam, że być może najlepszą z nich „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można kupićbezpośrednio u mnie, wraz z dedykacją. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


sobota, 17 lutego 2018

Jedna refleksja na temat czasów ostatecznych

Dziwnie się nam to blogowe życie układa. Ledwie we wtorek wysłałem do „Warszawskiej Gazety” kolejny felieton – w dodatku, jak się za chwilę przekonamy, dość szczególny w treści – a tu nagle dostaję informację, że po raz kolejny światowe media przywołują moje nazwisko, jako jednego z nieprzyjaciół Diabła. Pisałem już o tym parę dni temu, a dziś tylko powtórzę: to akurat nie jest popularność, na jakiej mi zależy szczególnie, no ale też nie bardzo sobie wyobrażam, bym widząc ten ogon i te rogi, zawsze zamykał oczy. Tak też więc było w miniony wtorek. Zobaczyłem go, więc pokazałem palcem. Nasz kumpel Lemming mówi, że to nie jest coś, na co akurat czeka „Warszawska Gazeta”, no ale dopóki Bachurskiemu się podoba – a mówi, że się podoba – trzymajmy się kursu. I ścieżki.     


      Paręnaście dni temu media poinformowały o śmierci 17-letniej Alicji  z Rybnika. Ciało tego dziecka znaleziono gdzieś póżnym wieczorem ze śladami wskazującymi na zabójstwo, a już chwilę później aresztowano jakiegoś smarkacza, który przyznał, że to on stał za ową zbrodnią. I wydawałoby się, że to jest już koniec tej historii, gdyby nie to, że już chwilę później pojawiła się informacja nowa, że oto na facebookowym koncie dziewczyny zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Jak informuje nie kto inny, jak sama „Gazeta Wyborcza”, zamiast zdjęcia profilowego Alicji ukazało się zdjęcie nieznanego mężczyzny, z jej konta zaczął być rozsyłany do jej znajomych wizerunek ducha, a dodatkowo na stronie pojawił się psychodeliczny film, emitujący „nieprzyjemne dźwięki i zaszumiony obraz”, z którego w pewnym momencie wyłoniła się postać spacerującego mężczyzny, zmieniająca się wreszcie w uśmiechniętą twarz. Jakby tego było mało, okazuje się, że podczas filmu można usłyszeć ciąg sygnałów, które w alfabecie Morse’a układają się w imiona, znów niezidentyfikowanych, osób.
     I tu również moglibyśmy uznać sprawę za rozpoczętą i niemal natychmiast  zamkniętą, z tą może tylko refleksją, że ta nasza młodzież potrafi naprawdę chodzić dziwnymi ścieżkami, gdyby nie to, że, przynajmniej gdy chodzi o owe „nieprzyjemne dźwięki i zaszumiony obraz”, znajdujemy się w świecie, o którym mieliśmy okazję słyszeć i czytać niejednokrotnie, choćby przy okazji znanego niektórym z nas z Internetu projektu o nazwie „Kraina Grzybów”, czy – i tu mam na myśli osoby, które tego typu doznań, jak najsłuszniej, unikają jak ognia – z pamiętnej sprawy morderstwa pod Białą Podlaską, kiedy to dwoje dzieci w sposób jak najbardziej rytualny zmordowało rodziców jednego z nich. I tu i tam bowiem, to co tworzyło niejako podstawową aurę zdarzeń, były owe „nieprzyjemne dźwięki i zaszumiony obraz”, o którym z taką beztroską informuje nas dziś „Gazeta Wyborcza”.
       A ja i tym razem, po raz kolejny, muszę powtórzyć, że sprawa pewnie by prowokowała do tego, by ją wrzucić do szufladki z napisem „sensacje dnia”, gdyby nie fakt, że to wcale nie stanowi sensacji dnia, lecz zaledwie drobny fragment czegoś, co tworzy obraz czasów ostatecznych, w jakich przyszło nam żyć. Spójrzmy może na to, co nam na ten temat mówi Katechizm naszego Kościoła:
      „Kościół wejdzie do Królestwa jedynie przez tę ostateczną Paschę, w której podąży za swoim Panem w Jego Śmierci i Jego Zmartwychwstaniu. Królestwo wypełni się więc nie przez historyczny triumf Kościoła zgodnie ze stopniowym rozwojem, lecz  przez zwycięstwo Boga nad końcowym rozpętaniem się zła, które sprawi, że z nieba zstąpi jego Oblubienica. Triumf Boga nad buntem zła przyjmie formę Sądu Ostatecznego po ostatnim wstrząsie kosmicznym tego świata, który przemija. […] Nastąpi wtedy potępienie zawinonej niewiary, która lekceważyła łaskę ofiarowaną przez Boga”.
      Proszę więc, nie dajmy sobie wmówić, że ów zaszumiony obraz to tylko taki pop.

Przypominam wszystkim ewentualnie zainteresowanym, że mam u siebie jeszcze resztki nakładu mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. To jest akurat, jak to ładnie kiedyś określił Gabriel, książka o miłości, więc Zło tam się zaledwie przemyka, ale tym bardziej ją polecam. Ona mi się udała zupełnie wyjątkowo. Chętnych do zakupu zapraszam do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.
    
   


piątek, 16 lutego 2018

O prawo posła Lewandowskiego do wyjścia siusiu



(Poniższy tekst dedykuję mojemu drogiemu kumplowi Orjanowi)      


     Przy okazji któregoś z wcześniejszych ataków uzbrojonych szaleńców, jakie mają od czasu do czasu miejsce w Stanach, a a o których donoszą nam media, żona moja zwróciła uwagę na fakt, że, zwłaszcza tam, w Ameryce, niemal zawsze, po zrealizowaniu swojego szatańskiego planu, napastnik popełnia samobójstwo. Zdaniem mojej żony, tam nie ma mowy o żadnym samobójstwie, a już na pewno nie w większości wypadków, tylko o zwykłej egzekucji. I ja jak najbardziej skłonny jestem się z tą opinią zgodzić. Doskonale bowiem rozumiem emocję policjantów, którzy mają przed sobą kogoś, kto zabił niekiedy nawet dziesiątki ludzi, a jednocześnie świadomość, że nawet jeśli ów gagatek zostanie skazany na karę śmierci, to przez następne lata społeczeństwo i tak będzie musiało cierpliwie znosić jego obecność. A zatem, czy nie lepiej wziąć sprawy w swoje ręce, wyegzekwować sprawiedliwość,  a natępnie bezradnie rozłożyć ręce i powiedzieć, że no trudno, nie udało się go postawić przed sprawiedliwością?
      I oto, jak wiemy, doszło do kolejnego ataku, gdzie kolejny z nich zamordował kilkanaście osób… jednak tym razem, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, ani nie popełnił samobójstwa, ani nawet nie został postrzelony, tylko z prawdziwie europejską kulturą aresztowany i osadzony, by nastepnie już tylko czekać na proces, który pewnie na dodatek pozwoli go wysłać do słynnego więzienia ADX Florence, gdzie nie pojawi się nawet najmniejsza szansa, by go zabili jacyś czarni gangsterzy, którzy potrafią znieść wiele, byle nie opętanych durniów.
      Ktoś spyta, co mi strzeliło do głowy, by nagle się zajmować sprawą tak wydawałoby się trywialną, jak prawo i sprawiedliwość w świecie, gdzie ani jedno i drugie właściwie ani nie istnieje, ani też istnieć nie może. Otóż proszę sobie wyobrazić, że głównym powodem tego jest niedawne zatrzymanie przez policję Władysława Frasyniuka i wrzawa, jaka się podniosła od lewej do prawej strony w związku z tym, że podczas zatrzymania policjanci założyli Władkowi kajdanki. Co wyjątkowo ciekawe, głos w sprawie zabrał nie kto inny jak sam Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych w „złotych latach” III RP, i występując w programie „Kropka nad i” Moniki Olejnik, zaproponował, by „obrazek Frasyniuka w kajdankach kojarzył się po wsze czasy z ‘dobrą zmianą’”. W pierwszej chwili, kiedy przeczytałem te słowa, uznałem że z opinią Lewandowskiego zgadzam się w stu procentach. W rzeczy samej, widok Frasyniuka w kajdankach kojarzy mi się jak najbardziej z Dobrą Zmianą – w cudzysłowie, czy bez –  jednak kiedy zagłębiłem się w samą rozmowę, uznałem, że sprawa jest jednak głębsza i wymaga głębszej analizy. Otóż kiedy Lewandowski mówił o Frasyniuku w kajdankach, nawiązał przy okazji do znanej nam sprzed lat sprawy samobójstwa Barbary Blidy i wtedy nagle, całkiem przytomnie, Olejnik przywołała wyjaśnienie ministra Brudzińskiego, który przypomniał, że do dziś kierowane są do służb pretensje, że wówczas – zapewne biorąc pod uwagę polityczną pozycję Blidy – kajdanek jej nie założono. I proszę sobie wyobrazic, że na to Lewandowski zareagował z ironicznym zacięciem: „No to niechcący… to jest rzeczywiście rozsądek naszych ministrów, że przywołał to również drugie skojarzenie. Tamto jest istotne dla postrzegania paru ludzi, którzy nigdy nie powinni zbliżyć się do narzędzi władzy państwowej, bo nadużywają tych narzędzi”.
      Ja wprawdzie nie jestem w stanie złapać ani sensu owej ironii, ani nawet logiki takiej akurat reakcji pana posła, byłego ministra, a mimo to, po głębszym zastanowieniu, jestem skłonny zupełnie szczerze zgodzić się z postulatem, by, gdy już dojdzie co do czego, pewnej szczególnej grupie polityków – i do niej jak najbardziej zaliczyłbym również Janusza Lewandowskiego – w żadnym wypadku kajdanek nie zakładać. Powiem więcej. Nawet jeśli oni w pewnym momencie zwrócą się do prowadzących zatrzymanie oficerów o pozwolenie wyjścia do ubikacji, należy im to umożliwić, ze szczególną dbałością o to, by mogli skorzystać ze swoich praw, w dodatku z zachowaniem pełnej dyskrecji i szacunku dla prywatności.
      Jak już wspomniałem wczoraj, a pozowolę sobie ten fakt przypomnieć jeszcze parokrotnie, dokładnie na przełomie lutego i marca mija równe dziesięć lat, jak zacząłem prowadzić ten blog. Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, by, wspominając to, co tu zostało przez te lata powiedziane i napisane, uznać, że nic nie zaszkodzi, jeśli tę właśnie myśl przyjmiemy jako motto całego tego przedsięwzięcia: „Żadnych kajdanek dla najbardziej zasłużonych funkcjonariuszy III RP!”


Przypominam, że ostatnia część nakładu mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” znalazła się u mnie w domu, w związku z czym zachęcam wszystkich do zamawiania jej pod adresem toyah@toyah.pl. To jest prawdopdoobnie najlepsza z moich książek, co z osobistą dedykacją nadaje jej wartość szczególną. 

czwartek, 15 lutego 2018

Urodzinowe życzenia od TegoKtóry...

         W jednym z wczorajszych komentatarzy na moim blogu pojawił się wczoraj link do nieznanej mi dotychczas angielskojęzycznej strony poświęconej, mówiąc krótko, analizowaniu przykładów agresji kierowanej przez Zło wobec dzisiejszego świata, w wymiarze wyznaczanym przez kulturę popularną, czy w ogóle przestrzeń publiczną. Strona nosi nazwę The Vigilant Citizen, przez co można rozumieć obywatela, który czuwa, natomiast bardzo ciekawe jest motto: „Światem nie rządzi ani słowo ani prawo, lecz symbole”, co, jak się zdaje, dość precyzyjnie zbliża autorów owego projektu do teorii, którą my tu od lat głosimy, że „nie ma przypadków, są tylko znaki”.
      Mimo to, prawdopodobnie, ze względów, mam nadzieję, dla stałych czytelników tego bloga, jasnych, nie zainteresowałbym się tym, co oni tam piszą, a już tym bardziej, nie poświęcałbym owym rewelacjom osobnej notki, gdyby nie fakt, że tuż obok głównego artykułu, omawiającego ukryte treści na którymś z portretów Baracka Obamy, jest bogato bardzo ilustrowany, pokaźnych rozmiarów tekst, poświęcony naszej Krainie Grzybów, jak najbardziej w oparciu o informacje pochodzące z tego bloga. Warto też zauważyć, że w tekście pojawia się również moje nazwisko, jako osoby, która swego czasu zwróciła uwagę na satanistyczne korzenie owego projektu, a nawet cytat z jednej z notek, w której analizowałem pamiętne zabójstwo w Białej Podlaskiej.
      Powiem uczciwie, że kiedy zajrzałem na ową stronę, ujrzałem tam już na samym początku swoje nazwisko, a następnie serię aż nazbyt nam dobrze znanych obrazów, nie poczułem satysfakcji, lecz bardzo przygnębiający niepokój. W czym rzecz? Otóż proszę zwrócić uwagę, że w tym miesiącu będziemy obchodzić równą dziesiątą rocznicę istnienia tego bloga – bloga praktycznie tu w Polsce zakazanego – i wydaje się, że, pomijając tamtą nagrodę z roku 2009, kiedy oni jeszcze nie mogli się spodziewać, co z tego wszystkiego wyniknie, jego istnienie zostalo odnotowane wyłącznie zagranicą i sprowadza się do dwóch wydarzeń, pierwszego, związanego z rozpędzeniem jesienią 2015 roku festiwalu Unsound w Krakowie, a drugiego, kiedy to po raz pierwszy zwróciłem uwagę na ową Krainę Grzybów i połączyłem ją z morderstwem w Rakowiskach. Mam tu za sobą niemal już 10 lat pisania, ponad dwa tysiące wrzucanych niekiedy dzień w dzień tekstów, paręnaście tysięcy najprzeróżniejszych, mniej lub bardziej poważnych, tematów, niezliczoną wręcz liczbę naprawdę solidnych wzruszeń, i nagle  wychodzi na to, że wśród czytelników tego bloga jest też TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkzaji. I, jakby tego było mało, wygląda na to, że nie dość, że jest on jednym jego z bardziej oddanych czytelników, to – w odróżnieniu od niektórych – wcale nie zamierza udawać, że o mnie nie słyszał. Wręcz patrzy mi prosto w oczy i mnie o tym informuje. Jak mówię, nie czuję z tego powodu satysfakcji, lecz raczej nieprzyjemne drżenie.
      Póki co, bardzo proszę wszystkich o modlitwę, a ja w tym czasie rozejrzę się za jakimś porządnym amuletem. Podczas niedawnej wizyty w Wąchocku, ojciec Wincenty wspominał coś na ten temat. Może więc, korzystając z okazji, że zbliża się owa rocznica, ja się do niego zwrócę z prośbą, by mi podarował coś, co będę mógł mieć zawsze pod ręką. Natomiast, gdy chodzi o tych z nas, co tu zaglądają niekiedy wręcz od samego początku, chciałem poinformować, że żadnej specjalnej imprezy urodzinowej nie planuję, natomiast będzie mi bardzo miło, kiedy już minie Wielki Post, a po nim Święta, a ja, pisząc kolejne teksty, będę się mógł – pod wspomniany amulet – od czasu do czasu wesprzeć kromką czegoś mocnego w bursztnowym kolorze. Na pohybel Temu Który…


Póki co przypominam, że w ramach porządkowania magazynu w Klinice Języka, ostatnie egzemplarze moich „Marek, dolarów, bananów i biustonosza marki Triumph” trafiły tu do mnie i są do kupienia z osobistą dedykacją. Bardzo zachęcam do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl.   

środa, 14 lutego 2018

Co Kościół może dać tym, którzy Go nie potrzebują

       Wśród całego bezmiaru wydarzeń ważnych, bardzo ważnych i jeszcze ważniejszych, pojawiła się kwestia pogrzebu nastolatka, podczas którego miejscowy proboszcz odmówił odprawienia mszy za jego duszę i ów gest spowodował nielichą awanturę. Z tego co czytam tu i ówdzie wynika, że owo dziecko, jeszcze zanim wydało z siebie ostatnie tchnienie, nie dość, że demonstracyjnie odmawiało uczestniczenia w lekcjach religii, to jeszcze zorganizowało akcję, w wyniku której znaczna część klasy również przestała uczestniczyc w katechezie, no i to rzekomo stało za nerwowym – a moim zdaniem, jednoznacznie niemądrym – zachowaniem proboszcza. Nie znam ani szczegółów sprawy, ani nawet jego tła, nie wiem, co to było za ziółko z tego zmarłego dziecka, czy to był tylko jakiś miejscowy bałwan, czy może jeszcze jeden młody poeta z dobrego domu, który odkrył prawdę o tym, kto tak naprawdę panuje nad światem, czy może ewentualnie owe lekcje religii były tak do niczego, że nawet święty by ich nie wytrzymał – co jest najbardziej prawdopodobne – chciałbym jednak powtórzyć, że moim zdaniem ów proboszcz, niezaleznie od tego, jak bardzo się mógł czuć wzburzony sytuacją, postąpił podwójnie głupio. Przede wszystkim prowokując awanturę podczas pogrzebowych uroczystości, no ale też wyrażając przekonanie, że pewnym osobom Msza Święta zwyczajnie się nie należy. Rzecz bowiem w tym, że znaczna część nieskończonej potęgi naszego Koscioła polega własnie na tym, że stać Go na wszelkie możliwe gesty pod każdym możliwym adresem. Jeszcze w roku 2008 napisałem na ten temat tekst, którego przekaz moim zdaniem ma wartość uniwersalną na każdy czas, a dziś, w tej akurat sytuacji, przydaje się nam wyjątko bardzo. Proszę uprzejmie, zastanówmy się może nad tym bogactwem, jakie mieliśmy szczęście posiąść i spróbujmy je docenić.

       Niedawno miałem okazję wziąć udział w spotkaniu towarzyskim, na którym, wśród wielu najróżniejszych osób, pojawili się pan i pani z planami małżeńskimi. Rozmowa kręciła się więc przez pewien czas wokół tematów zwykle pojawiających się w podobnych sytuacjach, czyli domu, pieniędzy, dzieci, przystojnych mężczyzn i ładnych kobiet, kiedy nagle pani z planami wyraziła zaniepokojenie sytuacją, w której będzie musiała pójść do spowiedzi.
       W tym momencie, dotychczas lekka wymiana lekkich myśli, zamieniła się w dość jednostronną ideologicznie debatę na temat niezrozumiałych represji, z jakimi kochający się ludzie muszą się potykać na drodze do szczęścia. Generalnie, wszyscy zabierający głos uczestnicy spotkania, bardzo współczuli pani prawie młodej i prawie młodemu panu, że będą musieli się zmierzyć z tak dramatyczną sytuacją.
       Nagle, któryś z uczestników spotkania, poinformował zainteresowana parę, że on słyszał o księdzu, który jest księdzem bardzo porządnym i za drobną łapówkę jest skłonny podpisać „karteczkę”, która, jak kolec w sercu, nie dawała spać zakochanej parze. Więc spróbuje się ten ktoś popytać i uzyskać odpowiednie namiary.
       Ponieważ to, co słyszałem stanowiło dla mnie absolutnie fascynująca egzotykę, zwróciłem się do przyszłej małżonki z pytaniem, dlaczego ona w ogóle pragnie wziąć ślub w kościele. Dlaczego nie zarejestruje po prostu małżeństwa w urzędzie i w ten sposób pozbędzie się kłopotu z bezwzględnym klerem, a przy tym zaoszczędzi na ewentualnym haraczu dla księdza o dobrym sercu.
        Zakochana pani była bardzo zdziwiona moim pytaniem, a ponieważ nie chciałem drążyć tematu, przyjąłem tylko uprzejmie wyjaśnienie, że przecież ślub musi być w kościele. Zaproponowałem tylko, żeby może poprosiła swojego tatę, albo kolegę, żeby złożył jakikolwiek podpis na karteczce, która stanowiła dla niej taki problem i dołączyła do innych dokumentów, ale to już było zdecydowanie za dużo, a ponieważ moja znajoma zaczęła węszyć prowokację, zamilkłem i temat zamknąłem.
        Pozostał problem. Po co ludzie, dla których kwestie wiary, religii, Kościoła są kompletnie obce, tracą czas na takie drobiazgi, jak to, czy ślub ma być kościelny, czy nie-kościelny?
       Od razu muszę też się przyznać, że to, co mnie spotkało podczas omawianego spotkania, owszem, było intrygujące, niemniej nie stanowiło jakiegoś bardzo dużego szoku. Niejednokrotnie w moim życiu, spotykałem się z ludźmi, którzy sprawy religii traktowali – że tak powiem – specyficznie. Koleżanka mojej córki, na przykład, kiedy ma mieć egzamin, zakłada na szyję łańcuszek z Matką Boską, a kiedy już się dowie, że zdała (a jak nie zdała, to tym bardziej), zdejmuje ten swój medalik, bo „to głupio wygląda”.
       Jestem też pewien, że choćby ta młoda osóbka, czy to przy okazji chrztu swojego dziecka, czy to jego Pierwszej Komunii, czy, wcześniej, przy okazji swojego ślubu, czy za wiele, wiele lat, widząc nadchodzącą śmierć, będzie się nieustannie zmagać z kwestią, jak tu poradzić sobie z kaprysami Kościoła.
        Umiera człowiek, który w życiu nie chodził do kościoła. Ba, człowiek, którego rodzina, od ślubu, właśnie, czy może wręcz od Pierwszej Komunii, nie miała z kościołem, zarówno z dużej, jak i małej litery, żadnego kontaktu. Człowiek, który niejednokrotnie Kościół i księży traktował wyłącznie, jako obiekt żartów i szyderstwa. Umiera ów człowiek, a ci z jego otoczenia, co jeszcze przez jakiś czas muszą tu pozostać, zaczynają podejmować zabiegi na rzecz zorganizowania dla zmarłego kościelnego pochówku.
        I dobrzy ludzie dręczą się myślą, po co? Gdyby chodziło o zwykły strach przed piekłem, to jeszcze rozumiem. Ale najczęściej wszystko wskazuje na to, że o piekle nikt nie myśli. Problem sprowadza się wyłącznie do żądania pięknej uroczystości i do pomstowania na bezdusznego księdza-służbisty.
       Myślałem więc sobie o tej dziwnej kwestii wielokrotnie. Ostatni raz podczas pogrzebu, jak się właśnie niespodziewanie okazało, świętej pamięci profesora Bronisława Geremka. I właśnie w trakcie minionych dni przypomniał mi się wywiad, który jeszcze przed laty opublikowała „Gazeta Wyborcza” z którymś z wyższych rangą polskich masonów. Mistrz ów, w wywiadzie, na pytanie, co przyciąga tak wielu wybitnych ludzi do Loży, wśród kilku powodów, wymienił coś, co, według mojej pamięci, brzmiało, jak „stara, ponad dwustuletnia tradycja wolnomularstwa”.
       Wówczas, kiedy jeszcze czytałem te słowa, czułem oczywiste rozbawienie, ale w miarę upływu lat, problemu tej – a przecież nie tylko tej – nędznej i żałosnej tradycji, mogłem doświadczać już wielokrotnie na własne oczy. Akurat nie trzeba być masonem, żeby raz na jakiś czas stanąć twarzą twarz z własną nędzą. Z mojego punktu widzenia, żeby poczuć tę samotność, wystarczy w ogóle oderwać się od czegoś, co bez narażania się na łatwe kpiny, można nazwać tradycją i historią. Z tego punktu widzenia, w którym się szczęśliwie znalazłem, sprawy się mają tak, że jeśli stracimy ten szczególny drogowskaz w postaci tego, co daleko za nami, stajemy się nikim. I wcale tym drogowskazem nie musi być religia rzymsko-katolicka. Wystarczy, żebyśmy w naszej świadomości mieli cokolwiek, na co będziemy się mogli powołać i do czego się odwołać, a co jednak będzie sięgało nieco dalej, niż marne dwieście lat wstecz. I to nam też powinno zdecydowanie wystarczyć.
      Pragnę jednak wrócić do kwestii tych wszystkich uroczystości na styku religii i życia codziennego. Chodzi o to mianowicie, że jakkolwiek by na to nie patrzeć, w kulturze, w której wszyscy żyjemy, jeśli chcemy prawdziwego święta i prawdziwej uroczystości, to musimy zawsze zwrócić się do Kościoła. Czy to jest Boże Narodzenie, czy to są Święta Wielkanocne, czy zwykła „powszednia” niedziela, za tym wszystkim zawsze stoi Kościół.
       Pamiętam, jak kiedyś, bardzo już dawno temu, któryś z działaczy Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Gdańska – może to był nawet sam Donald Tusk – przechwalał się, że oni w niedzielę nie chodzą do kościoła, ale idą pograć w piłkę. I ani mu do głowy nie przyszło do głowy, że po to, żeby pograć w piłkę, też musi poczekać do niedzieli, która na przykład w języku rosyjskim do dziś oznacza Zmartwychwstanie.
       Więc nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli chcemy liczyć na prawdziwie uroczysty pogrzeb, czy ślub, czy jakąkolwiek inną okazję, musimy zwrócić się o pomoc do Kościoła. Bo tylko Kościół może się wykazać odpowiednio długą tradycją, a dzięki niej właśnie, odpowiednio bogatymi środkami, żeby nadać jakiemukolwiek wydarzeniu prawdziwie piękną oprawę. Bez tego, co może nam zapewnić tylko Kościół, możemy się co najwyżej najeść i napić wódki. A jeśli mamy trochę więcej pieniędzy, to jeszcze zamówić sobie występ piosenkarki.
        Właśnie dlatego, kiedy zapragniemy zawrzeć związek małżeński, a chcemy, by ten dzień zapisał się w naszej pamięci, jako dzień szczególny i kiedy chcemy, żeby był i welon i żeby była biała suknia i żeby sypano na nas czy to kwiaty, czy to ryż, czy zwykłe grosiki i kiedy chcemy, żeby nam grały prawdziwe organy, a nie tandetny keyboard, musimy zwrócić się do Kościoła.
        I właśnie dlatego też, kiedy umrze nam osoba bliska, albo kiedy umrze człowiek wybitny, godny wielkiego gestu i wielkich słów, wiemy, że ten gest i te słowa mogą paść tylko z ust księdza.
        Wielu moich znajomych zadawało sobie i mi pytanie, dlaczego rodzina i przyjaciele zmarłego tragicznie Bronisława Geremka, człowieka, który zdawał się stać bardzo, bardzo daleko od Kościoła, człowieka, który najprawdopodobniej absolutnie nie uważał za konieczne uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach, po jego śmierci poprosili o najbardziej uroczystą mszę w warszawskiej katedrze, z udziałem trzech wybitnych katolickich biskupów, z odpowiednimi pieśniami, z odpowiednimi modlitwami i z pełną oprawą eucharystyczną. Czy dlatego, że ktoś, kto zmarłego Profesora kochał, wystraszył się nagle, że bez tego wszystkiego pan Profesor nie zostanie zbawiony? Ależ co za bzdura! Chodziło dokładnie o to samo, o co chodziło podczas organizacji pogrzebowych uroczystości księżnej Diany i tylu innych zmarłych osób, masonów, ateistów, gangsterów, ale również najzwyklejszych, bardzo porządnych ludzi, których jedynym grzechem było to, że nie zaznali łaski wiary. Ludzi. dla których niedziela nigdy nie stanowiła pretekstu do udania się na Mszę Świętą, ale którzy zawsze pragnęli mieć piękny pogrzeb.
       Zastanówmy się, jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronisław Geremek, czy, jeszcze wiele lat jeszcze przed nim, Jacek Kuroń, gdyby zamiast w warszawskiej archikatedrze, został pożegnany w Pałacu Kultury, albo w budynku Sejmu, albo choćby i na brukselskich salonach, a mistrzami ceremonii byłby były premier Bielecki, red. Michnik i ewentualnie - jako osoba pobożna - Lech Wałęsa?
       Dlatego więc, kiedy słyszę tu i tam różne głosy sprzeciwu, czy wręcz oburzenia, a choćby tylko zwykłego zdziwienia, odpowiadam: A jakże inaczej?
       I niech już tak będzie. Po tych wszystkich latach, kiedy nikt z nich od Kościoła nie chciał nic, to o to jedno mogą się zwrócić. A my szczodrą ręką możemy im to dać.
       A modlitwę możemy dorzucić nawet i bez proszenia.

Wszystkim Czytelnikom przypominam, że moją, być może najlepszą, książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można zamawiać bezpośrednio u mnie. Wszystkich zainteresowanych proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.


wtorek, 13 lutego 2018

Czy Cezary Gmyz z Joanną Lichocką będą wchodzić na Nanga Parbat?

    Ja oczywiście rozumiem, w jaki sposób wyczyny polskich piłkarzy, międzynarodowe sukcesy polskich artystów, czy – ostatnio zwłaszcza – odkrywanie kolejnych bohaterów polskiej walki o ratowanie Żydów z rąk niemieckich oprawców, wspiera tak zwaną Dobra Zmiane w drodze do kolejnych wyborczych zwycięstw, natomiast przyznaję, że, choćbym nie wiem, jak się napinał, to nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego oni z tak nieprawdopodobnym zacięciem eksploatuja wciąż temat himalaizmu, no a przy tej okazji, tragedii Tomasza Mackiewicza. Był taki moment, kiedy w publicznej przestrzeni pojawiło się wystarczająco dużo informacji na temat i owego dziwnego człowieka, jak i w ogóle całego tego towarzystwa, którego on był jednym z reprezantów, by w końcu, po pierwszysch kilku, przyznaje, że może jakoś tam ekscytujących, komentarzach, sprawę zamknąć, tymczasem wygląda na to, że reżimowe media sprawę będą ciągnęły, kto wie, czy nie przez kolejne miesiące.
       Oto, jak się okazuje, czy to motywowani jakimś przedziwnym poczuciem winy, czy może po prostu dokładnie tym samym szaleństwem, które stoi za tą całą zabawą w przeżycie – tego nie wiem – ale okazuje się, że zebrała się grupa Pakistańczyków, którzy postanowili wleźć na górę, na której zmarł Mackiewicz, niemal zmarła jego francuska partnerka, no i gdzie szczęśliwie udało się nie umrzeć ludziom, którzy ową Francuskę stamtąd ściągnęli, odnaleźć zwłoki Mackiewicza i dostarczyć je rodzinie w Polsce, tak by ona mogła mu urządzić porządny pogrzeb.
      Siłą rzeczy, od wielu lat, raz na jakis czas słyszę o ludziach, którzy poszli w góry – czy to nasze polskie Tatry, czy też dalekie Himalaje – i tam zmarli. Wielu z nich zostało tam na miejscu i popularna historia nieodmiennie jest taka, że z ich punktu widzenia to było właśnie najlepsze rozwiązanie. Rzecz bowiem w tym, że większość z nich tak te góry ukochała, że dla nich nie ma miejsca bardziej wymarzonego gdy idzie o to, co my katolicy nazywamy wiecznym spoczynkiem. Powiem więcej. Otóż słyszałem opinię – i to przez wielu traktowaną jak najbardziej poważnie – że taka Wanda Rutkiewicz, podejmując którąś ze swoich kolejnych prób, wręcz liczyła na to, że to będzie jej próba ostatnia i wielu z jej znajomych nawet do głowy by nie przyszło, by się zastanawiać, co by tu zrobić, by tę Rutkiewicz stamtąd ściagnąć i pochować na cmentarzu we Wrocławiu, Warszawie, czy choćby gdzieć tam na Litwie.
      A ci Pakistańczycy postanowili się po Mackiewicza wybrać.
      Oglądałem wczoraj Dziennik Telewizyjny i tam w pewnym momencie pojawiła się owa informacja – podana w takim tonie, jakby to właśnie miało zapowiadać dalszy wzrost zamożności polskiego społeczeństwa –  że ośmiu pakistańskich himalaistów planuje wspiąć się na te osiem tysięcy metrów, gdzie znajduje się ciało  Mackiewicza i sprowadzić je na dół. Sytuacja jest bardzo trudna, bo to i zima, i wiatr i zimno, no i w ogóle wysoko, więc nie wiadomo, jak to wszystko się uda załatwić, ale oni są zdeterminowani, wszystko nawet ogłosili na twitterze, i jak tylko pojawi się odpowiedni moment – wchodzą. Cała wyprawa, jak słyszę, z wytyczaniem trasy, poręczowaniem, stawianiem obozów, klimatyzowaniem się tragarzy i wreszcie szukaniem ciała Mackiewicza, może potrwać nawet trzy miesiące, no ale oni wchodzą, bo nagle pojawiła się myśl, że to by było takie piękne, gdyby można było pochować Mackiewicza na rodzinnej ziemi.
      Nie wiem oczywiście, czy owi pakistańscy wspinacze faktycznie planują tam wchodzić, czy to jest tylko tak zwana „gadka szmatka”, mającą na celu zorobienie wokół siebie szumu, no ale jeśli przyjąć, że oni faktycznie już za chwilę po ciało Mackiewicza się udadzą, to ja się zastanawiam, co będzie, jeśli któryś z nich, czy może paru z nich, a kto wie, czy nie oni wszyscy, ani Mackiewicza nie znajdą, ani sami nie dadzą rady stamtąd zejść. Czy oni tam już zostaną, czy może – w ramach przyjacielskiej kontrofensywy – tym razem nasi himalaiści zorganizują specjalną wyprawę, by ich odszukać i znieść na dół?
       Kiedy człowiek umiera, jak wszycy dobrze wiemy, poza tym, że niekiedy owa śmierć przynosi też wytchnienie od cierpień, nie ma w tym nic przyjemnego, a tym bardziej wesołego. To jednak, o czym dzis rozmawiamy, przepraszam bardzo, ale robi wrażenie jakiejś wyjątkowo absurdalnej komedii. I ja już się tylko zastanawiam, czy kiedy już te freaki wyczerpią wszystkie możliwości prowokowania losu, poczynając od zwykłego chodzenia po linie, a kończąc na chodzeniu po tej linie na rękach, w dodatku z zawiązanymi oczami, wówczas oni nie zaczną wszystkiego od początku, tyle że już nie z powodu własnych zachcianek, lecz dla celów wyższych, takich choćby jak uszanowanie zwłok zmarłych przyjaciół. Najpierw normalnie, jak Pan Bóg przykazał, a następnie w zimie, no i koniecznie bez tlenu.
      Zanim telewizja podała informacje o szykującej się wyprawie poszukiwawczej za Mackiewiczem, pojawiła się wiadomość, że Tusk sprzedał Kulczykowi Ciech za jakieś grosze i w związku z tym kolejnych sześciu ważniaków zosało aresztowanych przez CBA. Wciąż niestety nie mamy pewności, co z samym Kulczykiem. Niezależne prawicowe media twierdzą, że on tak naprawdę żyje, tyle że nie wiadomo gdzie. Ponieważ zrobiło się naprawdę absurdalnie, mam propozycję. Może by tak wysłać wyprawę na Nanga Parbat, złożoną z polityków partii rzadzącej oraz pracowników rezimowych mediów, i zobaczyć, czy tam gdzieś przypadkiem nie ukrywa się Jan Kulczyk. Jestem pewien, że to jest ruch, który zapewni Prawu i Sprawiedliwości ciągłość władzy co najmniej do roku 2032. Mam nawet już gotową listę uczestników.

Przypominam, że moja książka „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” jest od paru dni do kupienia u mnie osobiście. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.  Dedykacja jak najbardziej w cenie.
      


poniedziałek, 12 lutego 2018

O starej dobrej sztuce posilania się

     Przepraszam bardzo wszystkich, ale ponieważ wczoraj cały dzień spędziłem albo w aucie z naszym kolegą Magazynierem, albo  w klasztorze cystersów w Wąchocku w towarzystwie ojca Wincentego, dzień mi minął w wymiarze, który choćby uniemozliwił mi podstawowy kontakt z rzeczywistością, dziś zmuszony jestem oddać się tak zwanej bumelce i ta akurat notka będzie wyjątkowo kompletnie od rzeczy, że tak to ujmę, doczesnych. Otóż, jak stali czytelnicy tego bloga być może pamiętają, napisałem tu przed wielu laty tekst, w którym wyraziłem opinię, że osoby duchowne mają w sobie coś takiego – i mam tu na myśli wymiar ściśle metafizyczny – co sprawia, że zupełnie niezależnie od tego, z kim mamy do czynienia, jako człowiekiem, z owych księży niezmiennie emanuje siła, która może pochodzić tylko od Boga. I powtarzam, jeśli staniemy twarzą w twarz z grupą księży, w jednej chwili przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, czy większość z nich to aniołowie, czy zepsuci durnie, i już tylko słyszymy ten wiatr, który wieje, niezaleznie od tego, co każdy z nich osobiście sobą reprezentuje. Czy oni o tym wiedzą, nie sądzę, bo albo są zbyt skromni, albo zbyt prości, ja natomiast mam podejrzenie bliskie pewności, że niczego nie zmyślam.
      Przyjechalismy do Wąchocka tuz przed 12 w południe, w sam raz na Mszę Świętą w intencji, jak to zostało sformułowane, „Gabriela Maciejewskiego, jego żony Lucyny i dzieci, oraz jego dzieła”, a po mszy zostaliśmy zaproszeni na wspólny obiad z miejscowymi zakonnikami. Modlitewnej ceremoni, jaka się odbyła przed posiłkiem nie opiszę, bo nie potrafię, natomiast pragnę zwrócić uwagę na pewien szczegół, który tak naprawdę jest przyczyną, dla której piszę dziś ten tekst. Otóż na pierwsze danie dostaliśmy fantastyczny wręcz rosół, natomiast po rosole podano nam klasyk, czyli solidny kotlet schabowy z ziemniakami i surówką, plus kompot. I oto, proszę sobie wyobrazić, że naprzeciwko mnie, po przeciwnej stronie sali, siedział zakonnik, który swoje drugie danie spożywał w taki sposób, że w lewej dłoni trzymał widelec, w palcach prawej kotlet i na kompletnym „luzie”, pomaleńku, widelcem nabierał sobie to ziemniaki, to surówkę, jedno i drugie spokojnie zagryzając kotletem.
      Przyznam szczerze, że tego typu ekstrawagancji nie dość, że nigdy wcześniej nie widziałem, to nawet mi podobne rozwiązanie nie przyszło do głowy. Tymczasem ów mnich siedział sobie spokojnie, przegryzał ziemniaki tym kotletem, a świat ani drgnął. W pierwszej chwili, przyznaję, poczułem pewien niepokoj, ale po chwili nagle przypomniałem sobie coś, co mi chwilę wcześniej przypomniał ojciec Wincenty, a o czym ja na śmierć zapomniałem, a mianowicie fragment z mojej książki pod tytułem „Twój pierwszy elementarz” dotyczący galerii handlowych. Proszę posłuchać:
     „Galerie handlowe – wynalazek dyscyplinujący społeczeństwa konsumpcyjne. W zachodnim świecie znany już od dziesięcioleci. W Polsce skutecznie wprowadzany stosunkowo od niedawna. Ostatnio, stwierdziwszy, że wszystko rozwija się zgodnie z planem, w wybranych galeriach – w drodze eksperymentu – zdecydowano zainstalować większą liczbę mocniejszych żarówek. Jeśli nie pojawią się pretensje, że jest za jasno, procedura wymiany oświetlenia obejmie cały kraj”.
      Patrzyłem na tego księdza, człowieka już raczej starszego, i nagle sobie uprzytomniłem, że oto przede mną coś, co symbolicznie stanowi wręcz doskonałe przeciwieństwo tamych świateł. I w tym momęcie zrozumiałem, jak bardzo jest to dobre.
       W ostatnich tygodniach, czy nawet miesiącach, tu na blogach pojawia się tendencja sprowadzająca się do kontestowania niemal wszystkego, z takim oto przekazem, że „nic już nie będzie takie jak było”. Pomijając fakt, że ten rodzaj histerii w ogóle uważam za wyjątkowo głupkowaty, dziś, na drugi dzien po wizycie u cystersów Wąchocku, mam do zakomunikowania jedną i tę samą wiadomość: góra stoi, a kto tego nie widzi ten ciapa.

Nakład książki „Twój pierwszy elelementarz” jest już wyczerpany, natomiast przypominam, że końcówka nakładu „Marek, dolarów, bananów…” jest do nabycia już bezpośrednio u mnie. Wszelkie pytania proszę kierować pod adresem toyah@toyah.pl.


niedziela, 11 lutego 2018

O Niemcach złych, dobrych i skromnych

Proszę sobie wyobrazić, że dziś na cały dzień wyjeżdżam do Wąchocka do zaprzyjaźnionych cyrtersów, w związku z czym prawdopodobnie nie będę miał ani możliwości, ani serca, by tu zaglądać, a tym bardziej odpowiadać na komentarze. Bardzo jednak zachęcam do czytania tekstu, który w miniony piątek ukazał się w „Warszawskiej Gazecie”, tekst w pewnym sensie już tu przed paru laty obecny, ale mocno w temacie ostatnich dni, więc mam nadzieję, że warto. Przy okazji, przypominam, że sprzedaż mojej książki  „o biustonoszu” aktualnie prowadzona jest „head-to-head”, a zatem, jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl.     



      Kryzys w relacjach Polska – Cały Świat, wokół nowelizacji ustawy o IPN-ie, wbrew wszelkim przewidywniom trwa i, przynajmniej na razie, kończyć się nie zamierza. O tym natomiast, jak bardzo nieczysta gra stoi za całym tym zamieszaniem, może świadczyć choćby i to, że akurat teraz, w tej, wydawałoby się, tak delikatnej sytuacji, gdzie z każdej możliwej strony wszyscy wzywają polski parlament, polski rząd i polskiego prezydenta do opamiętania i przynajmniej do łagodzenia języka, głos zabrał sam premier Izraela Benjamin Netanjahu i na jakimś żydowskim kongresie oświadczył, że Hitler nie planował wcale eksterminacji Żydów. Zdaniem Netanjahu, on chciał Żydów wyłącznie z Europy przepędzić, jednak po dyskusji, jaka odbył  z wielkim muftim Jerozolimy, Al-Hadżdżem Muhammadem Aminem al-Husajni, zdecydował, że się na rozwiązanie ostateczne, no i stąd całe to nieszczęście, z którego dziś musi się tłumaczyć premier Morawiecki.
       W rażącej sprzeczności ze słowami Netanjahu stoi wypowiedź nministra spraw zagranicznych Niemiec,  Sigmara Gabriela, który niemal w formie oficjalnej deklaracji zapewnił, że ani mufti, ani polscy szmalcownicy, ani rząd Prawa i Sprawiedliwości, ani nawet Adolf Hitler z grupą swoich kumpli nazistów, stoją za tak zwaną Zagładą, lecz wyłącznie niemieckie państwo i naród. Co ciekawe ani deklaracja Netanjahu, ani oświadczenie niemieckiego ministra, poza paroma komentarzami na prawicowych portalach,  nie spowodowały  jakiegokolwiek wstrząsu i choćby minimalnego przesunięcia  dyskusji z kwestii polskiej na kwestię niemiecką, w tej zatem sytuacji, chciałbym przytoczyć parę cytatów, które, mam nadzieję, ustawią sprawy na odpowiednim miejscu. Oto przed nami trzech Niemców: zły, dobry, oraz ani zły, ani dobry.
      Najpierw przemawia wybitny prawnik, gubernator Hans Frank, czyli Niemiec zły:
    „Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.
      Teraz kolej na dobrego Niemca, hrabiego Clausa von Stauffenberga, który tak mówi o mieszkańcach Generalnego Gubernatorstwa:
      „To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.
      I na koniec spójrzmy na zwykłego, porządnego Niemca. Wchodzimy na teren muzeum Auschwitz i wśród najróżniejszych pamiątek widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień dokonał wykroczenia i że kara została nałożona zgodnie z przepisami.
       Pamiętajmy zatem ów czas, gdy do Polski przyjechali niemieccy prawnicy, arystokraci i urzędnicy, i swoimi porządnie wykonanymi pieczątkami i pięknymi piórami, umoczonymi w porządnym niemieckim atramencie i rozpoczęli budowę Nowej Europy.

sobota, 10 lutego 2018

O tym jak policja myśli zrujnowała Cezarego Gmyza

           Piszę dziś ten tekst z pewnym niepokojem, jako że mam bardzo silne podejrzenie, że już za chwilę sprawą się zajmie Coryllus i, jako osoba zdecydowanie bardziej ode mnie kompetentna w prognozowaniu ciężkiego i szybkiego upadku owego projektu, za którym kiedyś wszyscy staliśmy murem i któremu tak dobrze życzyliśmy, zrobi to wszystko znacznie lepiej ode mnie. Mimo to jednak, nie mogę się powstrzymać i swoje trzy grosze do tego co się stało, muszę dorzucić. Otóż, jak podał, skądinąd wrogi nam, portal wirtualnapolska.pl, nie tylko aktorzy, piosenkarze, oraz byli dyplomaci, zajęli się ostatnio pisaniem listów otwartych, ale do tego zacnego grona dołączyły również gwiazdy niepokornej i wyklętej pulicystyki – w kolejności alfabetycznej – Witold Bagieński, Sławomir Cenckiewicz, Wojciech Dudziński, Cezary Gmyz,  Maciej Marosz, Piotr Nisztor, oraz Piotr Woyciechowski, i opublikowały pismo, w którym Piotrowi Jeglińskiemu, szefowi kultowego patriotyczno-niepodległościowego wydawnictwa Editions Spotkania, zarzucają wieloletnią współpracę ze Służbami. Ktoś odpowiednio uważny być może zada w tym momencie pytanie, co się takiego stało, że ktoś tak kompetentny, a jednoczesnie pracowity, jak Sławomir Cenckiewicz badacz, nagle po latach grzebania w papierach odkrył tajne powiązania swojego wydawcy, Jeglińskiego. Odpowiedź robi wrażenie nadzwyczaj prostej. Otóż wszystko wyszło na jaw po tym jak Jegliński wydał serię patriotycznych książek wspomnianych autorów, a mianowicie  Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego „Konfidenci - Archiwa ujawniają prawdę” o kapusiach, Piotra Nisztora i Wojciecha Dudzińskiego  „Nietykalni” o wyprzedaży polskiego majątku, Macieja Marosza „Resortowe togi” o skorumpowanych sędziach i wreszcie książkę kucharską samego Cezarego Gmyza „Co nam Gmyz zgotował? Przepisy ze szczyptą...”, a dziś, jak się okazuje, ów stary ubek, zamiast te książki sprzedawać, nie dość że ich sprzedawać nawet nie zaczął, to jeszcze autorom nie zapłacił, twierdząc, że skoro nie sprzedał, to nie ma z czego płacić. A wszystko to zrobił według niezwykle perfidnego planu, który, wedle Wirtualnej Polski – proszeni przez Wirtualną Polskę o komentarz, Cenckiewicz i Gmyz mieli się podobno obrazić i swojej wersji zdarzeń nie przedstawili – wyglądał tak:
       „Szef znanego wydawnictwa, ikona solidarnościowego podziemia, ulega podszeptom pracowników aparatu bezpieczeństwa PRL i po 20 latach przeprowadza tajną operację. Kupuje najmocniejsze, najbardziej demaskatorskie książki prawicowych autorów. Wydaje je, lecz być może celowo sabotuje sprzedaż potencjalnych hitów. Następnie nie wypłaca autorom honorariów. Może to być kara za ich dotychczasową działalność”.
       Widząc, jak ta relacja jest zrobiona, więc jak przystało na osobę w najwyższym stopniu nieufną wobec wszelkiego rodzaju mentów, założyłem, że Wirtualna Polska, jak to ma w zwyczaju, manipuluje, i aby sprawdzić stan rzeczy zajrzałem do oryginalnego listu i pierwsze na co zwróciłem uwagę, to to, że on jest niemal wyłącznie poświęcony ujawnianiu współpracy Jeglińskiego, natomiast na temat honorariów tam jest zaledwie jedno zdanie, w dodatku z zastrzeżeniem, że to jest akurat mniejszy problem. Jest tam natomiast jedno zdanie, które nas przekonuje, że tu mamy do czynienia z jakimś kompletnie absurdalnym mordobiciem, oczywiście ze Służbami i forsą w tle, niemniej jednak zaledwie mordobiciem. Oto piszą nasi autorzy do Jeglińskiego tak:
      „Relacje gospodarcze z ludźmi dawnej bezpieki w ramach spółki „HIT-MARKET” rozpoczął Pan i następnie kontynuował podczas prac wydawniczych nad książkami „Konfidenci są wśród nas” Michała Grockiego (Tomasza Tywonka) oraz „Lewy czerwcowy” Piotra Semki i Jacka Kurskiego. Obie pozycje książkowe ukazały się w 1993 r. i od samego początku stanowiły punkt odniesienia dla obozu niepodległościowego, domagającego się dekomunizacji, lustracji i budowy „Nowego Państwa”. To właśnie m. in. za opinie wyrażane na kartach wydanych przez Pana książek, liderzy prawicowych ugrupowań poddani zostali jawnym i konfidencjonalnym represjom ze strony prokuratury i tajnych służb (zwłaszcza Zespołu Inspekcyjno-Operacyjnego MSW kierowanego przez płk. Jana Lesiaka).
      Rozumiemy, prawda? Jegliński wydał Semce i Kurskiemu książkę o zamachu na rząd Jana Olszewskiego, po to by oni tam napisali, co sądzą o III RP i żeby w ten sposób Służby miały na nich haka i mogły ich prześladować, a my już teraz możemy się łatwo domyślić, że najpewniej tak naprawdę cały ów ruch patriotyczno-narodowy został założony przez Służby po to tylko, by ci odważni ludzie mieli gdzie artykułować swoje poglądy i w ten sposób System miał argumenty, by ich nastepnie prześladować, a na koniec jeszcze – to już przez czystą złośliwość – nie wypłacić im honorarium za robotę, którą na rzecz Systemu porządnie przecież wykonali.  Tak to najwyraźniej widzą profesor Cenckiewicz z redaktorem Gmyzem.
       Chciałbym jakoś skomentować to, co starałem się wyżej opowiedzieć, ale nie potrafię. To jest bowiem coś tak głupiego, że mi drętwieją nie tylko już palce, ale i sam mózg. Widzę bowiem już wyłącznie tego Gmyza, któremu Jegliński wydał książkę kucharską i pierwsze co zrobił, to skierował ją na przemiał, by, broń Boże, na żądanie polskich patriotów, nie trzeba było robić dodruku… No i od razu sobie myślę, że to też nie bardzo ma sens. No bo logika nakazywałaby, żeby Gmyzowi Jegliński wydawał tych książek jak najwięcej, tak by policja myśli dawnego PRL-u miała jeszcze pełniejszy dostęp do tego, co on ma w głowie i mogła go nadal prześladować, tym razem już na placówce w Berlinie. Dziwne. Czyżby oni uznali, że od czasu jak on został tym korespondentem, wszelkie koszta pokryje przeciwnik?
       My tu tak sobie trochę żartujemy, a tymczasem po raz kolejny dowiadujemy się czegoś, co i podejrzewalismy od dawna i też tak naprawdę zwyczajnie wiedzieliśmy: ten cały rynek wydawniczy to zwyczajny fejk. No ale o tym już na pewno najlepiej nam opowie Coryllus. Ja tylko przypomnę, że od wczoraj aż do wyczerpania nakładu moją książkę pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można zamawiać bezpośrednio u mnie. Proszę o kontakt na toyah@toyah.pl, a dedykacja oczywiście będzie włączona w cenę. Proszę się śpieszyć, bo to leci nad podziw szybko.

Oczywiście księgarnia pod adresem www.basnjaknniedzwiedz.pl działa jak zawsze, więc tam również zapraszam.


piątek, 9 lutego 2018

Komu marki, komu dolary, komu banan?

       Gdy myślę o mojej książce o, mam nadzieję, bardzo intrygującym tytule „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, pojawiaja się w mojej głowie dwie refleksje. Pierwsza z nich, związana z jednym z bardzo nielicznych moich wypadów do biblioteki, kiedy to moja żona rozglądała się, jak rozumiem, za jakąś żydowską literaturą wspomnieniową, a ja nudziłem się jak pies i nagle wpadłem na książkę pisarza Stasiuka zatytułowaną „Deutschland”, przeczytałem z niej dwie pierwsze strony i pomyślałem sobie, że nawet jeśli wszyscy pozostali pisarze świata są ode mnie lepsi, to ja przynajmniej akurat jestem lepszy od Stasiuka, i to lepszy w sposób dla niego wręcz kompromitujący. Każde bowiem, choćby pojedyncze, zdanie z „Marek, dolarów, bananów…” to coś, czego Stasiuk nie jest w stanie osiągnąć, choćby od tego miało zależeć całe jego życie.
      Drugie wspomnienie to sytuacja z wrocławskich targów książki sprzed kilku lat, kiedy to do naszego stoiska podeszła pewna pani, być może zaintrygowana okładką, wzięła do ręki tę właśnie książkę, zaczęła ją czytać, a po chwili powiedziała: „To dobre. Poproszę”. Zapytałem, czy życzy sobie autograf, ona powiedziała, że owszem, ja zacząłem szukać długopisu i w pewnym momencie coś mi strzeleiło do głowy, by jej powiedzieć, że to co ona właśnie przeczytała, to całkowita prawda. W tym momencie kobieta zdębiała, zapytała: „Chce pan powiedzieć, że pan tego nie wymyślił?”, a następnie westchnęła ponuro i powiedziała: „To ja w takim razie dziękuję” i odeszła.
      Dumny jestem bardzo z tej książki. Pod pewnymi względami, uważam, że jeśli po tych wszystkich latach spędzonych na pisaniu, ma zostać jakieś wspomnienie, to przede wszystkim po niej właśnie. Mówi się czasem, że prawdziwy mężczyzna powinien wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Syna wprawdzie spłodziłem, i to nie byle jakiego, niestety ani drzewa ani domu nie postawiłem i już pewnie nie postawię. Natomiast napisałem książkę „Marki, dolary, banany i bisutonosz marki Triumph” i myślę, że w ten oto właśnie sposób owo zaniedbanie nadrobiłem.
     Ktoś zapyta, jaki jest powód by dziś zawracać głowę Czytelnikom, z których i tak większość go czytała, owym „Biustonoszem”, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, tak zwana sytuacja zmusiła mojego kolegę i wydawcę  Coryllusa do przeprowadzenia gwałtownego czyszczenia magazynu, a ja się zadeklarowałem, że jeśli z moich wcześniejszych książek zostały jakieś resztki, to niech on mi je wyśle, a ja je będę sprzedawał, jak to mówią Brytyjczycy, head-to-head, jak najbardziej z indywidualną dedykacją. I oto dziś, jak się dowiaduję, na początek przyjdzie tu parędziesiąt sztuk owych „Biustonoszy”. Wszystkich więc, którzy albo tej książki nie mieli okazji czytać, ale też tych, którzy ją i mają i czytali, ale chcialiby z jakiegoś powodu otrzymać tak zwany egzemplarz autorski, zachęcam do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl.
     A dziś, trochę na zachętę, a trochę dla nauki, jedeń malutki fragment, który tak bardzo się swego czasu spodobał pewnej pani z Wrocławia, że kiedy się dowiedziała, że to prawda, dostała cholery.


      Otóż gdybym to dziś miał się upić z moim kolegą Hickiewiczem, a następnie ruszyć w nocne miasto, od pięknych samotnych dziewcząt bym się nie opędził. Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer i widzę te dziewczyny, wracające same do domu, najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie samotne? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają do domu bez nikogo, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, że na nie już czas, jedyne co usłyszały to owo okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.

      I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez jedną Dominikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador.

A zatem raz jeszcze, zachęcam do kontaktu. Moją trzecią  kolei książka „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można zamawiać bezpośrednio u mnie. Dedykacja w cenie.