niedziela, 24 czerwca 2018

Gdy Orwell myli się z festiwalem w Opolu


Za chwilę wsiadam z żoną w pendolino i jedziemy na pięć dni nad morze. Że ma być zimno i deszcz? Nic nie szkodzi. Ludzie dorośli radzą sobie w każdych okolicznościach. Ponieważ zabieram ze sobą sprzęt, jest szansa, że parę razy coś napiszę, no ale, jak to mówią, się zobaczy.  Dziś, obiecany parę dni temu tekst o piłce nożnej, który oryginalnie ukazał się w najnowszym wydaniu „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze.



Mam kolegę, który od lat kibicuje przeciwko polskiej drużynie piłkarskiej. Jak sięgam pamięcią, a owa pamięć wraca do wczesnych lat 70-tych, mój kumpel marzy tylko o tym, by polscy piłkarze dostali w skórę od kogokolwiek, Niemców, Ruskich, czy nawet jakiegoś Senegalu. Czemu on zdecydował się na tego rodzaju podejście do sprawy, było nie było, narodowej? Otóż, z tego co rozumiem, jego problem polega na tym, że on bardzo żle znosi sytuację, gdy reżimowa propaganda wykorzystuje nasz prosty patriotyzm do tego, by w ten sposób karmić swoją podłość i występność. Tak było w dawnych latach PRL-u i tak, z jego punktu widzenia, sprawy się mają dziś. I w związku z tym, nie marzy on o niczym innym, by „Polskie Orły” nie wyszły  z grupy i w ten sposób będzie on mógł wreszcie zobaczyć na twarzy red. Holeckiej ów krzywy uśmiech refleksji.
Kiedy piszę ten tekst, wiemy już wszyscy, że polscy piłkarze, po bardzo złym występie, przegrali z drużyną Senegalu i, jak się domyślam, mój wspaniały kolega odczuwa wielką satysfakcję, natomiast ja zasypiam bardzo, ale to bardzo zmartwiony. Rozumiem oczywiście jego emocje, rozumiem jego moralny odruch protestu przeciw tej strasznej, tak strasznie perfidnej propagandzie, jednak dla mnie sukces polskiej druzyny to sukces Polski, a ja o niczym innym nie marzę, jak właśnie o sukcesie Polski. Dlatego martwię się dzisiejszą postawą polskich piłkarzy i liczę na ich dobry występ w kolejnych dwóch spotkaniach, i tu nagle przychodzi mi do głowy pewna refleksja, którą bardzo bym się chciał podzielić.
Otóż, jak podają niektóre media, znana nam skądinąd Krystyna Janda wygłosiła jak najbardziej publicznie i jednoznacznie opinię, że dla dobra nas wszystkich byłoby bardzo dobrze, gdyby polsska reprezentacja piłkarska poniosła na mistrzostwach w Rosji jednoznaczną i możliwie ciężką porażkę. Dlaczego? A to dlatego, że Jandzie bardzo nie podoba się obecny rząd i ona uważa, że dopóki władzy w Polsce nie obejmą ci, których ona popiera, Polska równie dobrze może zdechnąć.
Jednocześnie, jak słyszę, w tak zwanej „Little League” w Ameryce, rozpoczynający wielką sportową karierę dzieci, przed jednym z kolejnych meczów, podczas odgrywania hymnu, zamiast, jak nakazuje zwyczaj, stanąć na baczność, przykęknęły i odwróciły się plecami do amerykańskiej flagi. To były dzieci zaledwie ośmioletnie, a więc, jak się można domyślać, owa demonstracja nie była ich pomysłem, ale ich rodziców, czy trenerów, którzy pozostają bardzo rozaczarowni tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump. I to jest, moim zdaniem, znak czasów taki sam, jak gest aktorki Jandy.
W książce Orwella „Rok 1984”, Winston w pewnym momencie wyraża pragnienie, by otaczający go świat dostąpił kompletnego moralnego upadku i wtedy wszystko będzie można zacząć od początku. Wygląda na to, że ci durnie, nawet jeśli czytali Orwella, to nie zrozumieli z niego ani słowa.

Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Są tu dwie drogi. Przede wszystkim można zajrzeć do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i tam się obkupić, ewentualnie napisać do mnie na mailowy adres k.osiejuk@gmail.com i powiedzieć, czego dusza pragnie. Bardzo polecam. No i coś, o czym regularnie zapominam. Jeśli ktoś mieszka w Warszawie, to w sklepie Foto-Mag jest również bardzo szeroki wybór naszych książek. Nie wiem, gdzie to jest, ale jak kto chce, to znajdzie.


sobota, 23 czerwca 2018

Oni wygrają...

      Byłem pewien, że wczorajsza notka o wesołych przygodach Kornela Morawieckiego i jego ferajny w czasach walki z komuną, odtworzy temat i jednocześnie go zamknie. Tymczasem w jednej niemal chwili po opublikowaniu wspomnianego tekstu odezwał się do mnie na Facebooku nasz wspólny znajomy, a jednoczesie serdeczny mój przyjaciel, rzadko bo rzadko, ale wciąż tu szczęśliwie obecny i przesłał mi zdjęcie wręcz niezwykłe. Gdyby ktoś miał wątpliwości, oto jedna z owych „dziewczyn Solidarności”, Hanna Łukowska-Karniej, o której marszałek Morawiecki mówi że ją kocha, jak własną żonę i wszystkie inne swoje kochanki, a nasza koleżanka Eska zaświadcza, że to „twarda działaczka”, której Solidarność Walcząca „wiele zawdzięcza”.
     


      Otrzymałem to zdjęcie, wlepiłem w nie barani wzrok, a kiedy już odzyskałem normalny oddech, pomyslałem sobie, że to jest naprawdę coś. Ja nie mam pojęcia skąd jest to zdjęcie, z jakiej okazji one zostało zrobione, czy chodziło o jeden z wielu albumów o ludziach Solidarności, czy może o zilustrowanie rozmowy z Hanną-Karniej w którymś z kolorowych magazynów, wiem natomiast, że to jest zdjęcie starannie zapozowane i zaaranżowane w taki sposób, by niosło ze sobą pewną bardzo piękną myśl. Pisałem wczoraj o tym, jak to Kornel Morawiecki, wówczas,  jak się wydaje ktoś, o kim można by powiedzieć, że był jednym z bezdyskusyjnych posiadaczy tytułu „Mister Solidarności” spotkał na swej drodze równie bezdyskusyjną „Miss Solidarności” i nie było innej możliwości, by owa Solidarność uroczyście pobłogosławiła związek tej urodziwej pary. Dziś, jak widzę ani sam Morawiecki, ani jego miłość lat terroru, nie widzą żadnego powodu, by się publicznie nie eksponować, i to w tym szczególnym bardzo anturażu. Ja oczywiście z niego szydzę bardzo, jednak, zaznaczam bardzo mocno, to co w wolnym czasie robili obcy mi w końcu ludzie wtedy, gdy wesoło gonili się z milicją, to nie jest moja rzecz, natomiast nikt mi nie zabroni pewnej refleksji, która wydaje mi się zupełnie oczywista.
       Otóż, jak już wspomniałem wczoraj, a dziś swoją wiedzę uzupełniam, kiedy Kornel poznał Hankę od niemal 20 lat był żonaty z kobietą starszą od siebie o 11 lat. Kiedy przyszedł czas walki, jak sam mówi, „tak się potoczyło”, że człowiek musiał się w tym wszystkim wszystkim odnaleźć nie tylko jako ofiara, ale też jako zwycięzca. No a dziś stoję zdębiały przed tym zdjęciem i myślę sobie, że owa Jadzia, o której tu wcześniej nie było, ale też i nie będzie, musiała być kobietą niezwykłą. Dzielną, wspaniałą, skromną, kobietą, świadomą tego, czym jest życie i jakie one przed nami stawia wymagania. Znajduję gdzieś rozmowę z nią, gdzie opowiada o swoim synu Mateuszu i nie mogę się nie wzruszyć, kiedy czytam:
      Kiedy nadszedł już czas, przyszła rejonowa położna, a mój ojciec zabrał córeczki na spacer do pobliskiego Ogrodu Botanicznego. Kornel podczas porodu cały czas dodawał mi otuchy. I tak 20 czerwca 1968 roku urodziłam syna Mateusza. Położna za bardzo nie wiedziała, czy najpierw zająć się pobladłym z przejęcia ojcem, czy przecięciem pępowiny ponad trzykilogramowego niemowlaka - uśmiecha się. - A w 1973 roku urodziła się jeszcze nasza córka Marysia - dodaje pani Jadwiga.
      Dlaczego Mateusz? Postanowiliśmy z Kornelem, że syn musi mieć imię jednego z Apostołów, więc wybraliśmy Mateusza celnika”.
       I dalej już ani słowa, ani o Ani, ani o Hani, ani nawet o Kornelu, ani nawet o wspólnych Wigiliach. No więc, ani słowa.

Moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
  

piątek, 22 czerwca 2018

O wielkiej idei Solidarności i panienkach w spodenkach


      Zanim ruszę, pragnę zapowiedzieć, a jednocześnie przeprosić wszystkie bardziej wrażliwe osoby za to, że parę razy pojawią się tu słowa powszechnie uważane za nieładne. Niestety, po dłuższym namyśle, doszedłem do wniosku, że tym razem inaczej być nie może, a więc proszę trzymać się krzeseł.     
      Otóż, pamiętam jak kiedyś, podczas tych minionych nam dość szczęśliwie jednak 30 już niemal lat, pojawiła się informacja o tym, że kiedy Lech Wałęsa był zaledwie jeszcze skromnym przewodniczącyzm Związku Zawodowego NSZZ Solidarność, był nieustannie otoczony przez kobiety, które nieustannie świadczyły mu seksualne usługi, a on z nich korzystał bez ograniczeń. I nie chodziło o to, że Mieczysław Wachowski, czy kto to wówczas dbał o naszego Lecha, wynajmował dla niego prostytutki, ale o to, że Przewodniczący funkcjonowal przez te kilka miesięcy jako polska odpowiedź na gwiazdy w rodzaju Roda Stewarta, czy Micka Jaggera, kiedy to doprawdy nie trzeba być kurwą, by poczuć przymus obcowania z prawdziwą gwiazdą.
      Przyznaję dziś, że, choć nie widziałem nigdy powodu, by zajmować się tym tematem, od poczatku żyłem w świętym przekonaniu, że tak to właśnie musiało wyglądać. I to nie tylko gdy chodzi o Wałęsę, ale o tych wszystkich bohaterów Solidarności, porozrzucanych po całej Polsce w owych regionalnych strukturach Związku, którzy w pewnym momencie, w owej alternatywnej peerelowskiej rzeczywistości, nagle zaczęli stanowić namiastkę czegoś, co po latach zafunkcjonowało pod zagraniczną nazwą „celebrity”. I moim zdaniem nie było żadnej możliwości, by wokół nich nie pojawiły się tak zwane „groupies”, które nie opuszczały ich na krok, wspierały ich w ich walce o wolną Polskę, pocieszały w trudnych momentach, a ostatecznie niektóre z nich dochrapały się nawet określenia „Kobiety Solidarności”.
      I proszę nie myśleć, że moje przekonanie co do sytaucji na wspomnianym froncie to jakieś teorie i wyobrażenia. Lata 80-te to był czas, kiedy, choć sam nie byłem w żaden sposób bezpośrednio zaangażowany w tamtą walkę, dość świadomie poruszałem się po jej okolicach i widziałem nadzwyczaj dokładnie, co się tam wyprawia.Na tyle dokładnie, by dziś nie czuć się w najmniejszym stopniu zaskoczony. Nie będę oczywiście tu plotkował, natomiast chciałbym się zająć czymś, co, jak się okazuje, jest sprawą publicznie znaną, a co, jakimś cudem uszło mej, a podejrzewam, że nie tylko mej, uwadze. Otóż jakimś, jak to często ma miejsce, niezbadanym przypadkiem, trafiłem na informację opublikowaną przez „Super Express” jeszcze w grudniu 2015 roku, a zatytułowaną „Morawiecki: Mam żonę, żyję z inną kobietą”. Od razu pragnę zmartwić wszystkich tropicieli żydowskiej piątej kolumny, że nie chodzi o Premiera, ale o Morawieckiego seniora, ale zapewniam, że jest i tak ciekawie. Otóż, jak się okazuje, jeszcze zanim w roku 1980 wybuchła rewolucja Solidarności, samo natomiast spiskowanie się już jakiś czas temu rozpoczęło, Kornel Morawiecki, wówczas jeszcze dzielny, młody i nadzwyczaj przystojny działacz opozycji antykomunistycznej, od czternastu lat żonaty oraz z czwórką dzieci, trafił na 15 lat od siebie młodszą Annę, w której, jak sam mówi, zakochał się od pierwszego wejrzenia i z którą po burzliwych latach komuny wszedł w stały związek, i która w roku 1993 urodziła mu syna. Jednak, jak się okazuję, nasz pan senator senior, jeszcze w czasach tworzenia Solidarności Walczącej poznał Hannę, z którą również wszedł w intymny związek, który ostatecznie umilił mu te trudne czasy między małżeństwem, a faktycznym początkiem relacji z Anną.
       Ja nic nie zmyślam. O tym wszystkim, w rozowie z „Super Expressem” opowiada w grudniu 2015 roku sam Kornel Morawiecki. I w najmniejszym stopniu ze wstydem i zażenowaniem, ale z autentycznym rozczuleniem. Posłuchajmy:
       Oczywiście kocham swoją żonę, ale z nią nie jestem od dłuższego czasu. Tak się potoczyło... Ale nie mamy rozwodu. Byłem z Jadzią do 1981 roku. Wtedy przyszedł stan wojenny, a wcześniej, bo w 1976 roku, poznałem Annę. Zakochaliśmy się, jednak los chciał, że przez całe lata 80. nie było nam dane ponownie się spotkać. Urwał nam się kontakt. Odnaleźliśmy się na początku lat 90. Pokochaliśmy się. Anna jest ode mnie młodsza o 15 lat. Mamy 22-letniego syna Jerzego. To piękna, mądra kobieta. Bardzo ją kocham. Ale jest jeszcze Hanna, z którą tworzyłem Solidarność Walczącą. Hanna jest mi bardzo bliska. W swoim życiu kochałem i wciąż kocham kilka kobiet. Oczywiście moją partnerkę Annę, z która żyję, żonę Jadwigę i właśnie Hannę. Z każdą z nich spędzę zbliżającą się Wigilię.
      Nie wiem dlaczego, ale szczególnie jakoś wpadła mi w oko owa Hanna, z którą marszałek senior zakładał Solidarność Walcząca. I oto okazuje się, że na youtubie, tak samo bezwstydnie, jak wszystko to, co opisałem dotychczas, funkcjonuje dłuższe nagranie ze spotkania – jednego z tych spotkań, których zapewne będziemy mieli jeszcze więcej przy okazji obchodów stulecia odzyskania niepodległości – gdzie Kornel Morawiecki oraz niejaka Hanna Łukowska-Karniej, skądinąd, jak słyszę, nawet wsród esbeków znana, jako najpiękniejsza kobieta Solidarności, opowiadają nam swoją historię. I to ona, jak się okazuje, jest ową Hanna, z którą Kornel Morawiecki każdego roku spędza Wigilię. Oglądam ten film, oczywiście nie cały, bo do tego nawet ja nie jestem zdolny, i tam nie ma słowa o dupczeniu. Sama walka i przepychanki z milicją i ZOMO. Siedzą ci starsi dziś już państwo przed kamerą, wydzierają sobie wzajemnie z rąk mikrofon, opowiadają, jak to kiedyś, kiedy jeszcze Polska była pod ruskim butem, było fajnie, a zebrani w sali słuchacze płaczą czy to ze wzruszenia, czy ze śmiechu nad tymi wesołymi przygodami.
      Powiem szczerze, że nie mam siły tego ciągnąć dalej, więc, gdyby ktoś chciał, to wszystko jest tu.
       Ja natomiast, by te refleksje jakoś sensownie zamknąć, powiem tylko jedno. Strasznie to ciekawe, ale – jak część Czytelników z pewnością pamięta – ja już jakiś czas temu o tym wspominałem, jak to są rzeczy, o których się wszyscy dowiadujemy niemal w jednej chwili, są też jednak przy tym takie, o których nie dowiemy się nigdy. Ów rynek treści jest kontrolowany równie skutecznie, jak granica między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem. Czyli skutecznie, choć nie do końca. I stąd, szczęśliwie, ten dzisiejszy tekst, dzięki któremu wiemy znacznie więcej, niż jeszcze wczoraj.

Zapraszam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki. Polecam serdecznie.

    

czwartek, 21 czerwca 2018

Idą nasi, a przed nimi moralność socjalistyczna


       Wczoraj na Facebooku pewien nasz wspólny kolega zamieścił nadzwyczaj głęboką refleksję, której ze względu na brak miejsca, no i tak naprawdę potrzeby, nie będę tu powtarzał, natomiast powiem, że spotkała się ona z tak dramatycznym niezrozumieniem, że jedyne, co mi pozostało, to złożyć mu wyrazy współczucia, a jednocześnie pocieszenia, że ja tu na moim blogu mam znacznie gorzej.
       Skąd tak niedobre myśli? Otóż, jak mi się zdaje, mimo że ja od dziesięciu już ponad lat trzymam właściwie wciąż tę samą postawę, chyba nigdy wcześniej tak jak ostatnio nie zostałem zbanowany przez tyle osób, które, wydawałoby się, pochodzą z bliskich mi ideologicznych stron, a mimo to uznały mnie nawet nie tyle za wroga, bo, jak wiemy, z wrogami każdy z nas sobie radzi znakomicie, ale za kogoś, na kogo się nawet nie podnosi wzroku.
       Bezpośrednim powodem do pisania mojej dzisiejszej notki jest zachowanie blogera podpisującego się imieniem „Genezy”, który – co nadzwyczaj ciekawe – najpierw uniemożliwił mi komentowanie swoich wypowiedzi, a następnie zaadresował do mnie następujące, swoją drogą wyciągnięte kompletnie z tak zwanej „dupy”, pytanie:
      Jak to się stało, że wszyscy uwierzyli w to, że to ty zatrzymałeś festiwal unsound w kościołach? Przecież ani nie ty zauważyłeś ten festiwal jako pierwszy, ani nie ty zadzwoniłeś do księdza z tą informacją i to właśnie ten ksiądz zatrzymał te wygłupy, a nie ty. Jak to się robi że oni wszyscy w to kłamstwo uwierzyli?
       Oczywiście najprościej byłoby udzielić odpowiedniej odpowiedzi bezpośrednio na blogu Genezego, ponieważ jednak, jak mówię, nie mam takiej możliwości, natomiast, owszem, mam świadomość, że za słowo nie trzeba płacić zbyt wiele, by ono zafunkcjonowało publicznie, jestem zmuszony do przypomnienia, że dnia 6 października 2015 roku dowiedziałem się od mojej córki o organizowanym od lat w Krakowie muzycznym festiwalu Unsound i o tym, że parę z koncertow kolejnej edycji festiwalu już w najbliższym czasie będzie miało miejsce w krakowskich kościołach. Był to wtorek, czyli czas, kiedy co tydzień wysyłam swój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”, tak by zdążył się on ukazać w piątek, a już w niedzielę rozpoczynał się ów festiwal, a zatem natychmiast napisałem i wysłałem do Piotra Bachurskiego następujący tekst:

      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników ‘Gazety Warszawskiej’ kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
       Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie ‘Unsound’, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem ‘jesteśmy źli’. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
       A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
       Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
       Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji”.

      W piątek, wiedząc, że został nam zaledwie tydzień, opublikowałem ten tekst również na blogu, no i z tego co wiem, część Czytelników postanowiła zareagować, po czym ostatecznie wszystkie kościelne występy zostały przez Kurię odwołane, moje nazwisko w setkach artykułów prasowych na całym świecie, włącznie z „Guardianem”, „New York Timesem”, czy kalifornijskim „Los Angeles Times”, zostało zrównane z ziemią, a organizatorzy Festiwalu zagrozili mi, powtarzając swoje pretensje jeszcze parokrotnie, pozwem, w zwiazku z tym, że moje religijne obsesje naraziły ich na oczywiste straty finansowe.
      Sprawa przez te wszystkie lata powoli trafiła to piwnic Internetu, zwłaszcza że polskie media, kiedy był jeszcze na to czas, albo sprawę zamilczały, albo wykorzystywały do wyszydzania mojego nazwiska, kiedy to dziś bloger Genezy ni stąd ni z owąd zadaje mi pytanie, jak to się stało, że głupi ludzie uwierzyli w to, że to ja zatrzymałem festiwal Unsound, a w momencie gdy ja na to kłamstwo chcę odpowiedzieć, informuje mnie, ze moich wyjasnień on słyszeć nie ma ochoty. I, przypominam, że nie mówimy o którymś z redaktorów tygodnika „Newswek”, czy ze stacji TVN24, ale o jednym z nas, blogerów udzielających się na portalu szkolanawigatorow.pl.
      Jakby tego było mało, w którymś z kolejnych swoich komentarzy ów Genezy dzieli się ze swoimi czytelnikami kolejną dotycząca mnie uwagą: „Zwróć uwagę, że on nie argumentuje, to są tylko insynuacje”.
       Nie planowałem tego robić, ale ostatecznie zmieniłem zdanie. Otóż wspomniany na początku kolega zamieścił na Facebooku historię, w której opowiedział o pewnym staruszku, prostym, zwykłym, z pozoru byle jakim człowieku, który bezskutecznie próbował załatwić jakąś sprawę w oddziale firmy ubezpieczeniowej Daewoo. Ponieważ jednak pracownicy firmy, sugerując się najwidoczniej jego prezencją, traktowali go jak szmatę, on w pewnym momencie nie wytrzymał i powiedział: „Przecież wy jesteście od tego jak dupa od srania”. W tym momencie nasz kolega otrzymał kilka bardzo interesujących komentarzy, z których ja akurat szczególnie zapamiętałem jeden: „Zawsze uważałem, że robienie kupy to jedna z niewielu analnych przyjemności, które może mieć heteroseksualny mężczyzna”.
       I dziś, z przykrością, ale bardzo szczerze, muszę się podzielić tą ponurą refleksją. Poruszamy się naprawdę na granicy i trzeba bardzo uważać, by nie wpaść w to, co ktoś nam zwyczajnie nasrał.
      Na zakończenie link do jednego z naprawdę nielicznych tekstów na ten temat jakie się ukazały w polskich mediach: https://www.antyradio.pl/Muzyka/Rock-News/Kuria-odwolala-koncert-w-Krakowie-bo-mial-promowac-satanizm-4569

Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania również moich książek. Jeśli ktoś sobie życzy dedykację, zapraszam do siebie przez kontakt mailowy na adres k.osiejuk@gmail.com. Dziękuję.


środa, 20 czerwca 2018

Piłka, piłeczka, a na końcu my


      Właściwy tekst o piłce nożnej pojawi się tu dopiero w trakcie weekendu, dziś natomiast chciałbym przedstawić wspomnienie, które nas do własciwej refleksji powinno właściwie wprowadzić. Jednak zanim do tego dojdzie,  jedna bardzo ważna refleksja. Otóż wczoraj Polska przegrała z Senegalem w kompromitujący sposób, a ja, z jednej strony ową porażkę przeżywam, zastanawiając się dlaczego oni poprzedniej nocy najwyraźniej nie zmrużyli oka, jednoczesnie oczywiście bardzo im życząc, by jak najszybciej się pozbierali, wpieprzyli Kolumbii i Japonii i awansowali do ćwierćfinałów, z drugiej natomiast, myślę o tym, jak bardzo reżim – którykolwiek zresztą reżim – staje na głowie, by nasz tak szczery i serdeczny patriotyzm przetransformować w taki sposób, by każde zwycięstwo polskich sportowców choćby najbardziej podłe zachowania rządzących. Jak mówię, główny tekst na ten temat ukaże się tu najprawdopodobniej w sobotę, jeszcze przed meczem z Kolumbią, dziś natomiast przedstawiam notkę – zaledwie nieco przeredagowaną –  wcale nie tak dawną, bo zaledwie z 2014 roku, gdy my wciąż tkwiliśmy w śmiertelnym uścisku Ewy Kopacz, a piłka królowała jak zawsze. Zachęcam do refleksji.

      Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
      Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż przeczytałem właśnie tekst o tym, że oto nastał czas, byśmy wszyscy, choćbyśmy dotychczas nie znali różnicy między spalonym a hat-trickiem zechcieli się emocjonować meczem Polska- Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych kupionych na raty plazmach. I pewnie ja bym już o tym nie pisał, zostawiając to tym wszystkim, którzy się w to oszustwo zaangażowali, jednak ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, które pozwinny zostać powiedziane, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
      Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Zostaw!”, „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się też cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
       No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu „Spencer” w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
       Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym „Spencerze”, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo. To nie jest zart. Tak było.
      I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
       Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci, którzy nas już za chwile wezmą w obroty. Może być nawet 0-5.

Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania książek najlepszych. W tym, oczywiście, moich.


wtorek, 19 czerwca 2018

toyah.pl - słuchasz i wiesz


      Stało się tak, że w tych dniach liczba odsłon toyah.pl przekroczyła 4 miliony i stanowi to dla mnie powód do dumy, związanej z tym, że kiedy się woła „Posłuchaj to do Ciebie” i to wołanie przynosi odzew, to znaczy, że było warto. Przy tej jednak okazji, zupełnie niespodziewanie, z tak zwanej „czapy”, pojawiła się informacja kolejna. Otóż na portalu basnjakniedzwiedz.pl, gdzie również moje teksty się ukazują, nasz kolega Boson, jak rozumiem po to, by mi dokuczyć, zamieścił tabelkę z liczbami określającymi faktyczną popularność poszczególnych blogów, z której, zdaniem Bosona, wynika niezbicie, że mój blog jest zaledwie minimalnie chętniej czytany od tego co publikuje on. Proszę bardzo, oto wspomniana tabelka:



      Otóż, opierając się na podstawie danych przedstawionych w kolumnie „pageviews”, wyciąga Boson wniosek, że jego blog, mimo że głównie czytany i komentowany przez niego samego, należy do najbardziej popularnych, a to się nie zgadza z danymi raportowanymi na samym portalu, gdzie wyniki sa dla niego raczej marne. Tymczasem, jak się okazuje po uważnym przyjrzeniu się owej tabelce, tak zwane pageviews mają znaczenie drugorzędne, podczas gdy to co stanowi o sukcesie bloga to coś, co owi analitycy określają nazwą „reach”, a co wyznacza procent użytkowników portalu odwiedzających poszczególne blogi. A tu sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Otóż, jak pokazują owe wyliczenia, blisko 67 procent wszystkich osób, które logują się na Szkole Nawigatorów robi to po to, by zajrzeć na mój blog. Na blog Bosona wchodzi nieco ponad 38 procent, a ja ten, dla niego jak najbardziej fantastyczny wręcz, wynik tłumaczę tym właśnie, że Boson publikuje po kilka notek dziennie, sam je wciąż odsłania, sam je komentuje, no i w ten sposób zwraca na siebie uwagę odwiedzających. I to tyle na temat marzeń tego dziwnego pana.
       Jednak dzisiejszy tekst w żaden sposób nie dotyczy Bosona i jego szaleństwa, ale, korzystając z owego jakże niemądrego zaangażowania, stanowi zwykłą autoreklamę. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, że owym 4 milionom odsłon, jakie zanotowałem na swoim blogu toyah.pl, towarzyszy informacja niechcąco zupełnie ujawniona przez wspomnianego Bosona. Otóż, jeśli wierzyć owym danym, należy przyjąć, że to co ja publikuję na portalu szkolanawigatorow.pl jest czytane chętniej nawet niż teksty Coryllusa. Z danych prezentowanych przez  hypestat.com, bo taką nazwę sobie wybrali owi analitycy, wynika, że to właśnie tekst, który Państwo właśnie kończą czytać, jest najczęściej czytany. Ktoś powie, że to jest strasznie niskie z mojej strony zawracać ludziom głowę w sprawach tak nieistotnych jak to, czyj blog jest gorzej lub słabiej odwiedzany. Owszem, zgadzam się, to nie jest temat najwyższych lotów. Owe loty sa mniej więcej tak samo niskie jak informacja podawana regularnie przez telewizyjne stacje, takie jak „TVP Info – najczęściej wybierany telewizyjny kanał informacyjny”, czy „TVN24 – lider na rynku informacji telewizyjnej”. Czy jakoś tak.
      I to są moje refleksje na dziś po tych wszystkich latach. Góra stoi, a ja wszystkim bardzo dziękuję za obecność.



Oczywiście są jeszcze książki. Jak zawsze dostępne w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. The ultimate for the brave. Zachęcam.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

O sztuce trzymania mordy w kuble


   
      Myślę że nie tylko ja, ale i znaczna grupa czytelników tego bloga pamięta czasy, gdy kardynał Wojtyła został ogłoszony papieżem i po pierwszych kilku latach pewnego chaosu poznawczego, bardzo już wyraźnie zaznaczył się podział na tych, którzy z jednej strony uważali, że misją Jana Pawła II jest reprezentowanie tej części Narodu, która pragnie prawdy i wolności, a z drugiej strony na tych, dla których głównym zadaniem Papieża miało być głoszenie tak zwanej „prawdy o Jezusie”. Wydaje się, że kulminacyjnym momentem owej konfrontacji, kiedy to już nikt nie mógł mieć choćby cienia wątpliwości, o co tu w tym wszystkim chodzi, był rok 1995, kiedy to papież Jan Paweł II, z okazji 50 rocznicy istnienia „Tygodnika Powszechnego” wysłał do jego naczelnego Jerzego Turowicza list, w którym uznał z konieczne napisać co następuje:
      Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ‘Tygodniku Powszechnym’. W tym trudnym momencie Kościół w ‘Tygodniku’ nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; ‘nie czuł się dość miłowany’ – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los ‘Tygodnika Powszechnego’ i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu”.
      I znów, myślę, że i tu wielu z nas wciąż pamięta, jaka była reakcja na te słowa adresatów tego listu, oraz ich akolitów. Kiedy już nie dało się dłużej owych słów zamilczeć, oni w najmniejszym stopniu nie poczuli się w obowiązku potraktować słowa Jana Pawła II jako napomnienia, lecz wręcz przeciwnie, uznali, że ponieważ mają do czynienia ze swoim dawnym kolegą, to co on do nich mówi, to jest takie sobie duszpasterstwo, które jeśli czegokolwiek od nich wymaga, to ewentualnie drobnych korekt na dotychczasowej ścieżce wiary. I od tego momentu było już oczywiste, że Jan Paweł II będzie  do samego końca traktowany wyłącznie jako polityczny argument, gdzie z jednej strony będzie wolność i prawda, a z drugiej Jezus Chrystus i jego nauka.
      Jak to się stało, że, mimo iż wydawało się, że kwestie naszej Wiary mamy już załatwione, temat ów wraca jak bumerang? Otóż jeden z Czytelników, jak rozumiem zanspirowany wcześniejszą dyskusją, podesłał mi link, którego głównym bohaterem jest osoba dotychczas mi kompletnie nieznana, jednak, jak się okazuje, tu i ówdzie kultowa, a mianowicie niejaki ojciec Augustyn Pelanowski. Poszukałem jego biogramu w Wikipedii i dowiaduję się, że ów Pelanowski to „paulin, długoletni ojciec duchowny w Wyższym Seminarium Duchownym Zakonu Paulinów w Krakowie na Skałce, rekolekcjonista, kaznodzieja, spowiednik, autor książek, publicysta, artysta malarz.
      […]
      Stał się znany w środowiskach chrześcijańskich dzięki uczestniczeniu w nawróceniach znanych polskich muzyków rockowych, m.in. Tomasza Budzyńskiego (Armia, 2Tm2,3), Darka Malejonka (Armia, Houk, 2Tm2,3), Piotra „Stopy” Żyżelewicza (Armia, Voo-Voo) i Grzegorza „Dzikiego” Wacława, związanego z warszawskim środowiskiem anarchistycznym. Użyczył swojego głosu na pierwszej płycie zespołu 2Tm2,3 – Przyjdź, w piosence Getsemani. Wystąpił w filmie Programu Poświęconego Frondy Dzyń (1994) według scenariusza Tomasza Budzyńskiego i Andrzeja Wasilewskiego. Jego rysunki zostały wykorzystane w booklecie płyty Houk Generation X (1995)”.
      Zainteresowałem się więc osobą owego wybitnego duchownego i oprócz tego, że to jest w istocie rzeczy postać dla tak zwanych „środowisk radykalnych” prawdziwie kultowa, dowiedziałem się również tego, że  on parę miesięcy temu w którymś z publicznych wystąpień powiedział co następuje:
      – Czasem ktoś mnie pyta, jak to teraz zrozumieć w związku z tymi wszystkimi niejasnościami jakie pojawiają się w Kościele, kogo tu słuchać? Proste: zejdź mi z oczu szatanie. Inaczej mówiąc: dopóki mówisz Piotrze prawdę o Mnie – jesteś Kefasem, papieżem, ale gdy kłamiesz o mnie, gdy manipulujesz moją Prawdą, to jesteś pod wpływem szatana, a szatana się nie słucha tylko egzorcyzmuje. Pan Jezus nie odrzucił Piotra. Wyegzorcyzmował go i Piotr zgodził się z Prawdą, spokorniał i poprawił się, przyjął korektę, Correctio fraterna”.
       I dalej:
       Nauczanie papieża jest bezbłędne jedynie wtedy, gdy jest zgodne z nauczaniem Jezusa”.
       I proszę sobie wyobrazić, że to co na mnie zrobiło największe wrażenie, to nawet nie to, że ów ksiądz w sposób niemal jednoznaczny sugeruje, że papieza Franciszka należy egzorcyzmować, ale to, że jako podstawowy argument przeciwko jego nauczaniu używa owego śmierdzącego już wręcz trupem tekstu: „Zadaniem Kościoła jest głoszenie Słowa Bożego, a wszystko co ponad to, to polityka”.
        Jak się dowiaduję, po tej, i jak się domyślam, również innych jego wypowiedziach, bo trzeba nam wiedzieć, że ojciec Pelanowski mówić bardzo lubi, kierownictwo zakonu paulinów przeniosło go w bardziej odpowiednie dla niego miejsce i objęło go nakazem powstrzymania się od owych popisów. W jednej chwili oczywiście w środowisku fanów Pelanowskiego podniósł się odpowiedni rwetes, któremu towarzyszył apel o zwieranie szeregów w obronie owego świętego męża przed agresją ze strony watykańskiej reakcji. I oto, proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie Kościół, zamiast zacząć się tłumaczyć, wyjaśniać i prosić o zrozumienie, głosem wszystkich zainteresowanych osób, ogłosił, że mu nie jest nic wiadomo o tym, by ojciec Pelanowski został jakoś szczególnie ukarany, no i żeby w ogóle działo się coś szczególnego. Co ciekawe, nawet sam Pelanowski położył uszy po sobie, odmówił jakichkolwiek komentarzy, a sprawa została ostatecznie zamknięta i pozostawiona nic nie znaczącym plotkom.
       Jedyne co po tym krótkim zamieszaniu pozostało, to wciąż krążące gdzieś w czeluściach Internetu, opublikowane przez samego Pelanowskiego widzenie, w którym sam Jezus ogłosił mu co następuje:
       Czy wasz prezydent nie nazwał mnie królem? To czemuż się lęka i uśmiecha do władców tego świata? Powinien płakać przede Mną, a wysłucham go, a nie uśmiechać się do władców zaprzedanych kłamstwu. Nie musi nikomu się podobać, tylko Mnie, a wzmocnię wasz kraj i wywyższę! Ja swoją Krwią wybielam wszystko. Dałem wam dwa znaki, i inne, lecz dlaczego nie rozumiecie, po co uczyniłem te cuda eucharystyczne?
      Ktoś powie, że głupia sprawa i że dobrze by było to wszystko jakoś skomentować, no bo my chyba, jako wierny lud, mamy prawo do informacji. Otóż nie. My wszelkie informacje, jakich potrzebujemy, znajdziemy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. A w związku z tym, nie będzie żadnego komentarza, poza tym jednym: to jest Skała, której bramy piekielne nie przemogą, a nam nic do tego, poza gorliwą modlitwą za grzechy nasze i tego świata. Zwłaszcza nasze.

Przypominam, że mam tu u siebie paręnaście egzemplarzy mojej książki „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”. Polecam serdecznie. Kontakt, gdyby ktoś nie znał: k.osiejuk@gmail.com. 

niedziela, 17 czerwca 2018

Dlaczego nie należy krytykować ministranta


      Wczoraj w pewnym momecie żona moja znalazła gdzieś w Sieci informację, że papież Franciszek, podczas spotkania z czymś co nosi nazwę Forum Włoskich Rodzin, powiedział co następuje:
      W zeszłym stuleciu cały świat był zgorszony tym, co robili naziści, by doprowadzić do czystości rasy. Dzisiaj robimy to samo, ale w białych rękawiczkach”.
      Całości wystąpienia Papieża nie znamy, natomiast z powiajających się tu i ówdzie informacji, dowiadujemy się, że w swoim wystąpieniu użył on takich słów, jak „moda”, „zwyczaj”, „dzieciobójstwo”, „zabijanie niewinnego”, czy wreszcie „spokojne życie”.
       Niektórym z nas mogłoby się wydawać, że największe wrażenie robi tu owo porównanie owej „mody” do nazistowskiej koncepcji czystej rasy, ale moim zdaniem jest tu jeszcze coś, na co warto nam zwrócić uwagę w sposób szczególny. Otóż, jeśli spróbujemy poszukać w Internecie informacji na temat owego wystapienia, znajdziemy zaledwie parę miejsc, gdzie słowa Franciszka są w ogóle wspomniane. Co równie ciekawe, owej informacji nie towarzyszy jakikolwiek komentarz, tak, jakby nie dość, że słowa Franciszka uznano za zbyt niebezpieczne, ale też za zbyt ryzykowne uznano opisanie ich choćby krótkim komentarzem.
       A przecież nie jest tak, że to co powiedział Franciszek było jakoś szczególnie szokujące. Owszem, aborcji do Holocaustu nie przyrównał chyba żaden z poprzednich papieży, natomiast to że aborcja to nazizm w stanie czystym słyszymy choćby na tak zwanych „Marszach za Życiem”, czy w wypowiedziach bardziej radykalnych antyaborcyjnych działaczy. Za każdym razem zresztą spotykają się owe oceny z natychmiastową, i najczęściej nadzwyczaj gwałtowną reakcją środowisk lewicowych. Tu z jakiegoś przedziwnego powodu, papież Franciszek został oszczędzony.
      I niech nam się tylko nie wydaje, że liberalne media nie są zainteresowane nauczaniem Franciszka. Jest wręcz odwrotnie: one owym nauczanie są zainteresowane tak, jak nie były zainteresowane nauczaniem któregokolwiek z jego poprzedników. Jednak one są bardzo uważne nie wtedy gdy Papież potępia współczesny świat, ale wtedy, gdy głosi zbawienie tym wszystkim, którzy owo zabawienie proszą. Kiedy wszystkim skruszonym i proszącym o Boże miłosierdzie grzesznikom Papież o owym miłosierdziu opowiada, media nie przepuszczą żadnej okazji, by o tym wspomnieć… no dobrze, może zapomną o modlitwie, czy żalu za grzechy, czy wreszcie o podstawowym pragnieniu Boga, ale o tolerancji i zrozumieniu wspomną z całą pewnością. Tym razem, podobnie zresztą jak jeszcze przed laty, kiedy to Franciszek bardzo dobitnie nas poinformował, że „kto się nie modli do Boga ten się modli do Szatana”, nagle się okazało, że jednak nie wszystkie słowa Papieża kwalifikują się do popularnego rozpowszechniania.
      Franciszek to papież, który głosi przede wszystkim Boże miłosierdzie dla każdego, kto owego miłosierdzia pragnie. Tylko tyle, ale i aż tyle. Wydawałoby się, że sytuacja jest tak czysta, jak owe papieskie szaty. Tymczasem popularna kultura liberalna postanowiła po pierwsze wtłaczać nam do głów wiadomość o bezwarunkowym przebaczeniu, głównie zresztą dla jej najbardziej radykalnych przedstawicieli, a po drugie, możliwie jak najstaranniej zamilczać wszystko to, co Papież przedstawia nam jako nasz absolutny obowiązek, czyli pragnienie Boga. I, jak wiele na to wskazuje, owa metoda sprawdza się znakomicie. Wystarczy chocby wpaść na blogi.
      Jestem pewien, że ci z nas, którzy obserwują dyskusję, jaka ostatnio przetoczyła się przez portal szkolanawigatorow.pl, domyślają się, skąd się dziś wziął ten temat. Chodzi mianowicie o tekst, który – być może wbrew zamierzeniom swojego autora, naszego kolegi Rotmeistera – sprowokował bardzo mocny atak na Kościół papieża Franciszka. Nieco być może zaniepokojony reakcją czytelników, Rotmeister napisał kolejny tekst, w którym zadał pytanie, czy wolno krytykować papieża, czy może jego już nie. W trakcie kolejnej dyskusji pojawiło się nawet pojęcie, którego osobiście wcześniej nie znałem, a mianowicie niejakiej „papolatrii”. Ja osobiście oczywiście chętnie bym na owo pytanie, czy wolno krytykować papieża, odpowiedział pod wspomnianą notką, ponieważ jednak Rotmeister, zapewne w głębokim przekonaniu, że jego racje są tak słuszne, że on poważnej dyskusji nie potrzebuje, zablokował mi możliwość komentowania, pozwolę sobie tu u siebie na coś, o czym wcześniej właściwie wspominać nie zamierzałem. Otóż mamy tu na Śląsku naszego ordynariusza, arcybiskupa Wiktora Skowrca, o którym, choć go osobiście bardzo nie lubię, chyba tu dotychczas nie wspominałem. Dlaczego byłem tak dyskretny? Z dwóch mianowicie powodów. Otóż przede wszystkim moje podstawowe do niego pretensje nie są aż tak moim zdaniem ważne, by się tu z nimi wychylać. Nie sądzę bowiem, że publiczne występowanie z tym, co ja sądzę o Skworcu może w jakikolwiek sposób poprawić kondycję Kościoła, a na Kościele zależy mi znacznie bardziej, niż na Skworcu. Jest jednak jeszcze coś, co ja znam, a o czym nie napiszę, bo gdybym o tym napisał, to moje refleksję nie dość, że by Kościołowi nie pomogły, to jeszczcze by mu zaszkodziły. I niech wszyscy, szalenie jak rozumiem, pobożni czytelnicy nie myślą, że tu chodzi o jakieś pikantne historie związane z życiem czy posługą abp. Skworca. O, nie! O tym akurat ani nie mam żadnych pewnych informacji, ani owe informacje nie wydają mi się szczególnie interesujące. Chodzi wyłącznie o pewne jego wystąpienie, a dokładnie o jedno z owego wystąpienia zdanie. Tylko tyle.
      No i teraz mam uwagę końcową. Czy chodzi może o to, że mi nie wolno zacytować tego jednego, krótkiego zdania, bo w ten sposób zgrzeszę? Nie. Nic tego typu nie stoi na przeszkodzie, bym się tu teraz odpowiednio rozpisał. Problem natomiast jest w tym, że ja nie widzę żadnego powodu, by karmić tych, którzy nie marzą o niczym innym jak o tym, by kiedy oni będą wchodzić do Nieba, obok nich nie znalazł się nikt, kogo oni z jakiegokolwiek powodu nie lubią. A aby owo marzenie się zrealizowało, oni wiedzą, że najpierw trzeba zburzyć tę Skałę, a na niej postawić nową, lepszą. I to jest moja odpowiedź na pytanie – i tu pozwolę sobie na maksymalne obniżenie poziomu – czy wolno publicznie krytykować ministranta. Nie. Bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji tylko na to czeka. 


Jak już wspomniałem wczoraj, w tym tygodniu, a kto wie, czy nie jeszcze dłużej, sprzedajemy moją książkę o muzyce i tak naprawdę wcale nie o muzyce. Chęć zakupu proszę zgłaszać pod adresem k.osiejuk@gmail.com, a ja obiecuję, że dedykacja będzie w cenie.

sobota, 16 czerwca 2018

O myszach i prezesie


Dziś, z prawdziwą przyjemnością, zapraszam wszystkich do czytania mojego najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. Nie uwierzycie, ale tym razem o prezesie Kaczyńskim. I myszach.


     Ledwo prezes Jarosław Kaczyński opuścił szpital, na trybunach zajmowanych przez obie polityczne frakcje doszło do ciekawej konfrontacji. Otóż z jednej strony, usłyszeliśmy jęk zawodu, że oto zostały ostatecznie ucięte rozpowszechniane przez część mediów plotki, że Prezes cierpi na raka trzustki, z drugiej natomiast strony – pomijając naturalną radość z tego powodu, że może wreszcie ktoś to całe, chyba ostatnio za bardzo rozpuszczone, towarzystwo weźmie za twarz i zrobi z nim porządek – do sympatyków Dobrej Zmiany dotarła informacja ciekawa i budząca nadzieję, że owa zmiana ma szansę stać się zmianą jeszcze lepszą. A wszystko dzięki temu, że prezes Kaczyński miał wreszcie okazję, by spokojnie i w miarę dogłębnie przestudiować sobie ofertę nadzorowanej przez Jacka Kurskiego telewizji, ze szczególnym uwzględnieniem stacji TVP Info.
     Oczywiście, wszystko co na ten temat słyszymy, to zaledwie pogłoski, w dodatku rozpowszechniane przez te same media, które tak niedawno ekscytowały swoich odbiorców wspomnianym wcześniej rakiem trzustki, więc należałoby nam tutaj zachować pewną wstrzemięźliwość. Jednocześnie jednak owa plotka brzmi tak sensownie, a przez to wiarygodnie, że nie widzę powodu, by jej nie brać bardzo poważnie pod uwagę. Rzecz w tym, że skutkiem pewnych dość niefortunnych zdarzeń, miałem ostatnio okazję obserwować z bliska życie szpitalne, a przy tej okazji rolę, jaką w owym życiu odgrywa umieszczony w sali telewizor. Oczywiście jest bardzo możliwe, że specjalnie z myślą o specjalnym gościu, dyrekcja szpitala zainstalowała Prezesowi pełną satelitarną obsługę, włącznie z takimi stacjami jak TVN24, czy Polsat News, jednak równie chętnie zakładam, że tam, podobnie jak ma to miejsce we wszystkich w Polsce szpitalach, jest zachowany standard, a więc podstawową ofertę stanowi TVP oraz jakaś drobnica, co w wypadku pana prezesa musiałoby głównie oznaczać TVP Info właśnie. A skoro tak, to on faktycznie mógł doznać bardzo cieżkiego wstrząsu poznawczego.
       Proszę sobie wyobrazić sytuację kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński, a więc człowieka nie dość że inteligentnego, wrażliwego, no a przede wszystkim jednak bardzo, ale to bardzo konkretnego, który zamiast swojego ulubionego rodeo, dzień w dzień musi oglądać występy Michała Rachonia, Cezarego Gmyza, Wojciecha Cejrowskiego, z Basią Piela i jej „nowoczesnym socrealizmem”. Leży biedny Prezes w szpitalnym łóźku, kolano boli go jak jasna cholera, spoza szpitala słyszy odgłosy harcujących myszy, a w telewizorze zabawa wre na całego. A jakby tego było mało, co chwilę na ekranie pojawia się sam prezes Kurski i pieprzy coś na temat szczęścia, jakiego polskie społeczeństwo własnie doświadcza dzięki piosenkom Maryli Rodowicz i boskiej stopie Roberta Lewandowskiego, a wszystko w najnowoczesniejszym telewizyjnym przekazie w systemie 4K.
       No dobra. Przepraszam. Może być tak akurat, że Jarosław Kaczyński ma słabość do Maryli Rodowicz, nawet w jej współczesnej odsłonie, i tu mógł się nawet figlarnie uśmiechnąć. Tak czy inaczej, myślę, że możemy spokojnie czekać na wykopki. Czas najwyższy.

Wczoraj byłem we Wrocławiu posłuchać Coryllusa, jak opowiada o rzeczach, na których się nie znam, i które mnie kompletnie nie interesują i wróciłem zachwycony. Przy okazji przewiozłem paręnaście egzemplarzy swojej książki o muzyce. W związku z tym, zachęcam każdego – szczególnie tych, którzy muzyką się nie interesują i na muzyce się nie znają – do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. To jest zaledwie 25 zł plus 10 zł za przesyłkę, a satysfakcja plus dedykacja gwarantowane.
    

piątek, 15 czerwca 2018

Marvin Heemeyer, czyli raz jeszcze o zmartwychwstaniu


Pamiętam, jak kiedyś ktoś mi opowiedział taką oto historię o tym, jak to podczas uroczystego nabożeństwa wielkanocnego pewien ksiądz, gdzieś, zapewnie w jakiejś dziurze na peryferiach Polski, wszedł na ambonę i wygłosił kazanie o następującej treści: „Chrystus zmartwychwstał, ale wy w to i tak nie wierzycie”. I zszedł. Koniec. Tyle. W tej sytuacji, oraz w obliczu tego, co, jak widzę, dzieje się wokół mnie, nie pozostaje mi nic innego jak zamknąć ten trzydniowy cyklwspomnień  jeszcze jednym tekstem z mojej książki o paleniu diabła. Zachęcam serdecznie.



      Jeśli przyjmiemy, że 5 lat to szmat czasu, mogę chyba powiedzieć, że dość niedawno, dzieląc się refleksjami na temat jednego z moich ulubionych filmów, a mianowicie „Trzech dni Kondora”, wspomniałem jego finałową scenę, kiedy to biedny Robert Redford wygraża się, jak to on o wszystkim poinformuje „New York Timesa”, „New York Times” wszystko opisze, świat się dowie  i źli ludzie zostaną ukarani, na co jego rozmówca odpowiada mu: „A co, jeśli nie napiszą?” I, jak mówię, biedny, Robert Redford kamienieje, i tak film ów się kończy.
      O co chodzi? Otóż chodzi o to, co zawsze. Że w obliczu potęgi Systemu, jego ukrytej natury i nieznanego nam choćby kształtu, musimy zawsze zakładać, że w pewnych szczególnych sytuacjach nie mamy zwyczajnie szans. I tego stanu nie zmieni ani twarde prawo, ani wolne media, ani nawet tak zwana pięść ludu. Gdy stawka jest naprawdę wysoka, System robi, co chce.
      Jeszcze bardziej niedawno mieliśmy okazję zaobserwować, w jaki sposób owa kontrola Systemu działa w wersji turbo, na przykładzie wielkiej katastrofy budowlanej, jaka miała miejsce w Bangladeszu, i w wyniku której śmierć poniosło ponad 1000 osób. Niektórzy z nas pewnie jeszcze wszystko dobrze pamiętają, część z całą pewnością – zgodnie zresztą z oryginalnym planem – o niczym zwyczajnie nie słyszała, część, nawet jeśli coś tam kiedyś usłyszała, nie zwróciła na to uwagi i dziś nawet nie pamięta, że cokolwiek się wydarzyło, ale to się naprawdę zdarzyło. W Bangladeszu runął ośmiopiętrowy budynek, w którym na zamówienie największych światowych sieci odzieżowych szyto ubrania dla mnie i dla Ciebie i, jak mówię, w wyniku owego nieszczęścia zginęło ponad tysiąc osób. Rzecz jednak nie tyle w samej tragedii i w żniwie, jakie zebrała, ale w tym, że przez kilkanaście następnych dni, światowe media zastosowały wobec tego, co się stało, niemal pełną blokadę informacyjną. O ile się nie mylę, u nas w Polsce, zaczęto o tym pisać dopiero po tym, jak ja zamieściłem na swoim blogu odpowiedni tekst i w ślad po nim o sprawie poinformowała „Gazeta Polska Codziennie”. Mniej więcej tydzień po zdarzeniu.
     Dlaczego w sytuacji, gdy światowe media potrafią zrobić sensację z najbardziej trywialnych wypadków, polegających na tym, że gdzieś ktoś został zasypany kupą piasku, wpadł do studni, czy został zastrzelony przez jakiegoś wariata, o tym, że ponad 1000 osób zginęło podczas niewolniczej pracy na rzecz wielkiego międzynarodowego przemysłu, myśmy mieli się nie dowiedzieć nigdy, lub dowiedzieć się maksymalnie bezrefleksyjnie? Otóż poszło o to, że wspomniana katastrofa była czymś tak strasznym, tak głęboko porażającym, tak wreszcie pełnym znaczeń, że gdyby w tej sprawie została sprowokowana powszechna debata, System poniósłby bardzo poważne szkody. Pisałem o tym w odpowiednim momencie, dziś powtarzać się już nie mam nawet siły, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby sposób, w jaki doszło do śmierci tych ludzi, został poddany gruntownej debacie, System by się mógł z tego zwyczajnie nie pozbierać.
       Bangladesz jest trzecim największym eksporterem taniej odzieży dla światowego przemysłu. Nie wiem, kto jest pierwszym i drugim. Może Indie, może Chiny, może jeszcze ktoś, ale Bangladesz jest trzeci. Dzięki praktycznie niewolniczej pracy tamtejszych kobiet i mężczyzn, cały świat chodzi odziany i wystrojony wedle uznania, wedle potrzeby i wedle swoich finansowych możliwości. I to jest podstawa Systemu. I jej zmieniać nie wolno. Tak ma być i tak będzie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam o tym porozmawiać, to z całą pewnością powodem do tej rozmowy nie będzie to, że gdzieś zginęło 1000 osób. Uważam, że katastrofa w Bangladeszu pokazała nam tę prawdę w sposób wręcz modelowy.
        I oto wczoraj trafiłem na informację, że w roku 2004, a więc zaledwie 11 lat temu w miejscowości Granby w stanie Colorado pewien drobny przedsiębiorca nazwiskiem Marvin Heemeyer, właściciel zakładu produkującego i instalującego tłumiki do samochodów, w reakcji na plany władz swojego miasta wybudowania cementowni, której lokalizacja odcięłaby jego zakład od świata, a tym samym doprowadziła go do ruiny, a przede wszystkim ze względu na odmowę jakichkolwiek negocjacji, połączoną z systemową wręcz przeciwko niemu agresją, przy pomocy specjalnie zaprojektowanego i odpowiednio wyposażonego buldożera, zrównał z ziemią pół miasta, a następnie popełnił samobójstwo.
      Kto chce, może oczywiście sobie zajrzeć do Wikipedii i tam o wszystkim poczytać, ale trochę na wszelki wypadek, gdyby się komuś może nie chciało szukać, a trochę z potrzeby serca – właśnie tak! – przytaczam istotne fragmenty:
      „Kiedy kolejne petycje do władz, mediów i lokalnej społeczności nie dały żadnych rezultatów, Heemeyer poddał się, dzierżawiąc grunt firmie wywożącej śmieci. Umowa zakładała, że miałby on sześć miesięcy na wyprowadzenie się z posesji. Jak się później okazało, okres ten wykorzystał na ulepszenie swojego buldożera, osłaniając go miejscami ponad 30 centymetrami stali i betonu, instalując kamery zapewniające widoczność otoczenia w każdym kierunku, a w końcu konstruując klimatyzację i inne systemy pozwalające na komfortowe przebywanie wewnątrz przez wiele godzin.
        4 czerwca 2004, konstruktor zasiadł za sterami buldożera, wyjeżdżając przez ścianę swego dawnego warsztatu, a następnie zrównując z ziemią fabrykę cementu i wyruszając w miasto. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy Heemeyer zniszczył doszczętnie budynek ratusza, siedzibę lokalnej gazety, dom burmistrza, i wiele innych budynków publicznych powiązanych z osobami, które były zaangażowane w spór. Łącznie w gruzach legło 13 budynków. To, że nikt nie został ranny, niektórzy świadkowie przypisywali precyzyjnej kalkulacji działań Heemeyera.
       Podczas powolnego i nieubłaganego pochodu pojazdu, policja i oddziały SWAT próbowały powstrzymać maszynę, ale zarówno ogień z broni długiej, jak i granaty nie miały żadnego wpływu na pojazd, i ostatecznie, po oddaniu ponad 200 strzałów (w tym amunicji przeciwpancernej), siły porządkowe musiały po prostu bezsilnie obserwować wydarzenia.
      Buldożer był uzbrojony w karabin Barrett M82karabin Ruger AC556pistolet Kel-Tec P11 i rewolwer magnum, ale Heemeyer użył ich tylko do celów obronnych. Gdy policjanci zorientowali się, że strzela ponad ich głowami, na początku sądzili, że po prostu słabo strzela, kiedy jednak później weszli do buldożera i zobaczyli uzbrojenie i kamery, uświadomili sobie, że gdyby Heemeyer chciał, mógłby pozabijać wszystkich z łatwością. Wszystko wskazuje więc na to, że jedynym celem Heemeyera była destrukcja budynków, a nie krzywdzenie ludzi.
      Heemeyer dwukrotnie zmierzył się z innymi maszynami. Gdy zaatakował cementownię, Code Docheff – właściciel zakładu – wsiadł do ładowarki i próbował trafić w silnik buldożera, a następnie zerwać gąsienicę. Marvin oddał najpierw kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze, potem w łyżkę ładowarki, a potem zepchnął ją na bok. Docheff uciekł, słysząc strzały. Później, gdy buldożer znajdował się na terenie Independent Gas Co., władze wysłały w jego kierunku dwie zgarniarki. Jedna z nich zablokowała mu wyjazd, tak aby policja mogła oddać strzał z ciężkiej broni. Heemeyer zawrócił i próbował wyjechać z zakładu inną drogą, a potem po stoku znajdującym się wzdłuż drogi. Kiedy mu się to nie udało, ruszył w stronę zgarniarki. Pomimo, że kierowca z całych sił próbował go zatrzymać, Marvin zepchnął go na bok i odjechał. Kilka minut później zgarniarka zablokowała Heemeyerowi drogę wstecz podczas burzenia sklepu Gambles. Heemeyer ruszył przed siebie, niszcząc kompletnie ścianę budynku. Ostatecznie do akcji wkroczył inny buldożer, Caterpillar D9, ale wówczas było już po wszystkim.
      Gdy po pewnym czasie w pojeździe zawiodła chłodnica, a jedna z gąsienic zapadła się w piwnicy sklepu Gambles, pilot buldożera sięgnął po pistolet i popełnił samobójstwo. Zarówno pozostawione przez niego nagrania, jak i sposób budowy włazu, wskazują, że nigdy nie zamierzał opuścić buldożera – właz został skonstruowany tak, by jego ponowne otwarcie graniczyło z niemożliwością. Według niektórych źródeł Heemeyer zaspawał się w środku, choć wcale nie musiał tego robić – sama pokrywa ważyła 910 kilogramów i była dobrze wpasowana w pancerz, poza tym Heemeyer zalał ją olejem, by trudniej było ją chwycić, co odkryli policjanci próbujący dostać się do kabiny.
      Ponieważ obawiano się (bezpodstawnie, jak się okazało), że buldożer może być zaminowany, przewieziono go z dala od miasta i dopiero tam przystąpiono do prób otwarcia kabiny. Dopiero około 2 w nocy policjanci z pomocą palnika wycięli dziurę w miejscu, gdzie zainstalowana była kamera i weszli do środka. Wówczas z pomocą dźwigu wydobyto ciało Heemeyera.
      […]
      Straty spowodowane przez Heemeyera oszacowano na ponad 7 milionów dolarów. Mimo potępienia ze strony lokalnych władz i mediów, dla wielu osób, stał się ludowym bohaterem i symbolem sprzeciwu wobec władzy. Powstało wiele witryn gloryfikujących jego działania. […]
      Urzędnicy miejscy ogłosili 19 kwietnia 2005, że [buldożer] zostanie rozebrany i zezłomowany. Części zostaną rozwiezione po wielu złomowiskach by zniechęcić zwolenników Heemeyera do zbierania pamiątek”.
      Oczywiście ja biorę pod uwagę taką możliwość, że ktoś w tym momencie zakrzyknie: „To ty o tym Heemeyerze nie słyszałeś??? Nie słyszałeś o jego wypasionym Killdozerze?” Biorę to pod uwagę, ale jeszcze bardziej jestem pewien, że nic się takiego nie stanie. Gdyby bowiem ta sprawa była w owym 2004 roku choć minimalnie nagłośniona, ja akurat bym o tym usłyszał, i raczej bym tak łatwo tego nie zapomniał. Ale jest jeszcze coś. Gdyby bowiem o tym, co się stało w miejscowości Granby w Stanach Zjednoczonych w roku 2004 wolno nam było wiedzieć i szeroko dyskutować, autor notki w Wikipedii zamiast pisać o „witrynach” upamiętniających ów akt szaleństwa człowieka zaatakowanego przez System, z całą pewnością podałby nam całą listę tytułów książek i filmów opowiadających o tamtym i strasznym i tak fantastycznie pięknym piątku, a nazwisko Heemeyer byłoby znane na całym świecie, tak jak jakiś nie przymierzając, Rambo, czy choćby i Guy Fawkes, a więc postaci, które nie przestraszą nawet lokalnego chuligana, a co dopiero jakiegoś urzędnika.
       No ale my o Heemeyerze nie wiemy nic, a ja chętnie – jeśli wciąż komuś trzeba to wyjaśniać – opowiem dlaczego. Otóż o nim nam wiedzieć nie wolno. O nim nam nie wolno wiedzieć, nie wolno nam o nim dyskutować, a co najważniejsze, nie wolno nam próbować czynić z niego wzoru do jakichkolwiek rozmyślań. O Heemeyerze nam nie wolno mieć jakiejkolwiek głębszej wiedzy, która mogłaby być dla nas źródłem jakichkolwiek refleksji i nastrojów, podobnie jak nie wolno nam było usłyszeć o wspomnianym wcześniej nieszczęściu w Bangladeszu. To jest coś tak oczywistego, że aż głupio o tym mówić.
       Wspomniałem Guya Fawkesa. Dziś już mało kto wie, kim był Guy Fawkes, jednak my, ludzie jeszcze z tamtych lat, to wiemy, bo nas o nim uczono w liceum, więc opowiem. Guy Fawkes był katolikiem, a jednocześnie człowiekiem tradycyjnie uważanym za przywódcę grupy spiskowców, którzy wymyślili sobie, że w noc z 4 na 5 listopada 1605 roku wysadzą w powietrze budynek londyńskiego parlamentu, kiedy król i wszyscy ministrowie będą obradować. Do ostatecznego rozwiązania jednak nie doszło. Guy Fawkes i jego przyjaciele zostali pojmani, natomiast sam Fawkes uniknął najbardziej okrutnej śmierci tylko dlatego, że wcześniej sprytnie zeskoczył z szafotu i skręcił sobie kark, natomiast to co nas dziś interesuje, to to, co z tego dla nas zostało? Otóż rok w rok, każdego 5 listopada, cała Anglia świętuje tak zwany „Guy Fawkes Day”, gdzie Anglicy się bawią, śpiewają piosenki i strzelają petardami. Co ciekawe, doroczne obchody nie mają upamiętnić momentu, gdy to biedny Fawkes rzucił się z szafotu na łeb na szyję, ale tę właśnie noc, kiedy to ów brytyjski parlament miał wylecieć w powietrze, a nie wyleciał. Tak to właśnie System pokazał, jak można sobie poradzić z kłopotliwą historią. Można ją albo zlekceważyć, albo zamienić w zabawę.
      I ja sobie myślę, że jednak ci Anglicy mają w sobie coś wyjątkowego, czego nie mamy ani my, ani nawet tacy Amerykanie. Gdyby ci Amerykanie byli tak sprytni, to by dzień 11 września uczynili świętem narodowym, a my, ich śladem, organizowalibyśmy festyny dajmy na to każdego 10 kwietnia.
     No i jeszcze jedna, już na sam koniec, refleksja. Podczas niedawnych dyskusji tu na blogach, pojawił się nagle wielki, klasyczny dziś już zespół Sex Pistols i cały kontekst jego debiutu i kariery. Otóż jest tak, że dziś wciąż bardzo aktywnie działa wokalista zespołu John Lydon, i to działa tak, że w pewnym sensie nie ma konkurencji. Proszę sobie wyobrazić, że ile razy zespół gra swój utwór „Warrior”, John Lydon wygłasza odpowiednią laudację na cześć Guya Fawkesa właśnie. I o to właśnie chodzi. O Fawkesie on może gadać, co mu ślina na język przyniesie. Niechby jednak tylko zaczął coś pleść o Marvinie Heemeyerze, to by zobaczył, jak to wszystko działa.



Ktoś się być może zapyta, co ta historia ma wspólnego ze zmartwychwstaniem. Otóż nie ma nic bardziej żałosnego, niż tłumaczenie dowcipów. Książki jak zawsze są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl. A jeśli ktoś ma ochotę na specjalne potraktowanie, zapraszam do kontaktu pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com, a ja natychmiast wyślę mu wybrany tytuł z osobistą dedykacją.