środa, 16 sierpnia 2017

Hinduja, czyli dzieci Bollywoodu

       Parokrotnie już tu o tym wspominałem, ale ponieważ za każdym razem wiekszość z nas uparcie traktowała owe deklaracje jako żart, lub, co gorsza, prowokację, powtórzę to raz jeszcze: ja od wielu już lat nie dość że książek nie czytam, to wręcz ich nie biorę do ręki. Powtarzam więc to i niezmiennie zapewniam, że to nie jest ani prowokacja, ani żart, lecz czysta prawda: od wielu, wielu już lat, książek nie czytam, a jeśli nagle zapragnę jakichś ekstra wzruszeń, to puszczam sobie jakąś starą piosenkę, ewentualnie idę z moim synem do kina.
       Czemu tak? Otóż odpowiedź, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Moim zdaniem – i jak najbardziej biorę pod uwagę taką możliwość, że jest to wynik mojej coraz bardziej zaawansowanej starości i tego wszystkiego, co ona w sposób naturalny niesie – jestem głęboko przekonany, że po tych wszystkich literackich emocjach, jakich doznałem, będac jeszcze najpierw dzieckiem, a następnie młodzieńcem, gdy chodzi o tak zwaną „literaturę”, nic ciekawego mnie nie czeka. Jestem bowiem bardzo mocno przekonany, że kierunek, w jakim w ostatnich latach poszedł świat, ostatecznie i nieodwołalnie zabił to, co dotychczas nazywaliśmy – i to zarówno gdy chodzi o literaturę, jak i każdy inny rodzaj sztuki twórczej – geniuszem. Czy to gdy chodzi o sztuki plastyczne, czy o muzykę, czy o teatr, czy wreszcie o wspomnianą literaturę, dziś mamy do czynienia wyłącznie z jakimś ponurym przekrętem, którego jedynym celem jest wyłudzenie tak zwanej „kasy”, a praktycznie ostatnim towarem, o którym można powiedzieć, że jest do przyjęcia, jest film. I lepiej już nie będzie.
      Nie czytam książek, a więc nie mam też pojęcia, w jakim kierunku rozwija się współczesna polska, ale też światowa, literatura. Ostatnie informacje, jakie udało mi się zupełnym przypadkiem uzyskać, wskazywały na to, że emocje miłośników książki krążą między dupczeniem Kuczoka, a pijaństwem Twardocha, ostatnio jednak przeczytałem na blogu Coryllusa, że oni wszyscy uznali, że liczą się jednak wartości i dziś każda kolejna współczesna polska powieść rozpoczyna się od lotniczej katastrofy, by następnie przejść w rozważania nad sensem życia. A to by wskazywało na to, że kiedy oni już się napili, podupczyli i wyrzygali, wsiedli w samolot, by pojechać na targi do Londynu, nagle się przestraszyli, że co to będzie, gdy nagle coś się tam zepsuje i oni zlecą z tych 10 tysięcy kilometrów na mordę, no i znaleźli kolejny temat. Przepraszam bardzo, ale jaki ja mam powód, by się tym czymś ekscytować?
      Oczywiście mamy wolność, każdy z nas robi co chce i szuka satysfakcji tam, gdzie ma ochotę, i nikomu nic do tego. Jeśli jest jednak ktoś, kto czuje, że stanął przed ścianą i nie wie, jak się w tej nowej sytuacji odnaleźć, polecam księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie wszystko jest takie jak kiedyś. Weźmy choćby moje wyprawy na dziewiąty krąg:

       
     Te akurat refleksje, w odróżnieniu chyba od wszystkich poprzednich, będą nosić nieco wesołą nutę. I to nawet nie dlatego, że ich bohaterowie zajmują dalsze miejsca w odpowiednich rankingach, ale przez to, że tym razem bardzo niebezpiecznie zbliżamy się do czegoś co popularnie określa się nazwą „Bollywood”, i to wcale niekoniecznie dlatego, że właśnie zamknęliśmy temat Al-Waleed bin Talal bin Abdulaziz al Sauda. No ale nie uprzedzajmy zdarzeń.
      We wcześniejszym tekście zwróciłem uwagę na zadziwiający bardzo fakt, że wbrew powszechnemu przekonaniu, że największe fortuny zgromadzone są na Bliskim Wschodzie, pozostając w rękach naftowych szejków, wśród najzamożniejszych ludzi na świecie wcale nie jest tak łatwo znaleźć osoby pochodzące z tamtego rejonu, a pierwszy arabski miliarder na liście „Forbesa”, biznesmen z Arabii Saudyjskiej, członek rodziny królewskiej, Al-Waleed bin Talal bin Abdulaziz al Saud, zajmuje tam miejsce dopiero w czwartej dziesiątce. A i to, gdyby się przyjrzeć jego finansowej karierze, chociaż faktycznie na jej początku stał handel ropą, dziś on niemal wyłącznie żyje z przejmowania różnorakich biznesów i handlu akcjami. Ropa się tam za bardzo nawet nie pojawia. Jeśli natomiast chcemy zobaczyć, jak wygląda biznes naftowy, powinniśmy się raczej udać do Teksasu – a jak ktoś ma ochotę na żarty to na stadion Chelsea, czy do niedawna choćby i do Poznania – a nie dusić w upale Bliskiego Wschodu.
      Jest jednak jeszcze coś, co być może zastanawia jeszcze bardziej, niż ów przedziwny arabski mit, a mianowicie dający się z łatwością zauważyć brak na czołowych miejscach we wszelkich finansowych rankingach przedstawicieli Zjednoczonego Królestwa. Jak jeszcze przyjdzie nam wspomnieć przy okazji refleksji na temat rodziny Rostchildów, absolutnym centrum finansowym świata jest londyńskie City, którego zarówno administracyjny, jak i polityczny status sprawia, że kiedy przyjeżdża tam brytyjska królowa, to jej przywódcza rola się automatycznie kończy, i jeśli ktoś się tam ma komuś kłaniać, to prędzej ona powoływanemu przez Rotschildów burmistrzowi i jego Radzie, niż oni jej. A zatem, łatwo stąd wysnuć wniosek, że z tą potęgą Brytyjskiego Imperium wcale nie jest tak, jak się przywykło sądzić. No ale żeby wśród faktycznych właścicieli naszego świata byli Szwedzi, Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Brazylijczycy, ale już nie Brytyjczycy, i tak robi wrażenie, należy przyznać, trochę dziwne.
        Na szczęście i tu, podobnie ja tyle razy wcześniej, okazuje się, że pozory mylą, no i że przede wszystkim wystarczy stracić jeden drobny element, by przy okazji utracić cały sens, a więc prawdę. Wystarczy bowiem odwołać się do opinii wyrażonej jeszcze setki lat temu przez pierwszego doradcę królowej Elżbiety I, niejakiego Johna Dee, by zrozumieć, że z punktu widzenia Imperium, potęga Korony nie zna granic. A zatem, czy mamy do czynienia ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Australią, Indiami, Rosją, Afryką, Południową Ameryką, czy nawet i Chinami, to wszystko są tereny, gdzie wpływy Korony są w ten czy inny sposób decydujące. Nawet jeśli tylko na poziomie języka, bez którego żaden z owych rejonów nie będzie w stanie prowadzić swoich interesów, a więc i istnieć. To po pierwsze. Po drugie natomiast – podobnie jak się to ma w przypadku tak wpływowych rodzin, jak opisywani tu już Rockefellerowie czy Rotschildowie – nikt z nas tak naprawdę nie wie, jak wielkim majątkiem dysponuje dziś dynastia Windsorów. Nikt z nas nie ma bladego pojęcia, jaki majątek netto posiadają Elżbieta II z mężem, ich rodzeństwo i dzieci, oraz dzieci ich dzieci. Wystarczy może zwrócić uwagę na fakt, że wedle bardzo poważnych szacunków, narodzona zaledwie parę miesięcy temu księżniczka Charlotte już dziś dysponuje majątkiem w wysokości ponad miliarda dolarów. Tylko dzięki temu, że się urodziła i stała się czwartym w kolejce kandydatem do tronu. Bo, powtórzmy za Johnem Dee to raz jeszcze: Imperium nie zna granic i to ono decyduje kto jest jego przedstawicielem, kto jego sługą, a kto ma stać w kolejce i czekać na wezwanie, choćby po to, by Imperium zabawiać.
      Oto w tych dniach z 69 miejsca rankingu „Forbesa” na miejsce 76 spadli bracia Hinduja z majątkiem 14,2 miliardów dolarów, tym samym przesuwając na owej liście Wielką Brytanię o kilka dobrych pozycji. Kim są zatem owi bracia Hinduja? Przede wszystkim, i to należy podkreślić już na samym początku, są to wedle oficjalnych szacunków najbogatsi dziś Brytyjczycy, a jednocześnie Hindusi, których Imperium zgodziło się traktować jak swój narodowy skarb, i to skarb na tyle cenny, że, jak głosi publiczna plotka, Srichand P. Hinduja, najważniejsza osoba w międzynarodowym konglomeracie Hinduja Group, jej prezes i główny udziałowiec, może sobie pozwolić na tego rodzaju ekstrawagancję, że gdy zostaje zaproszony na bankiet do brytyjskiej królowej – co mu się zdarza stosunkowo często – jako oddany abstynent i wegetarianin, pojawia się tam z własnym jedzeniem.
      A wszystko zaczęło się w roku 1914, kiedy niejaki Parmanand Deepchand Hinduja uruchomił w Mumbai w Indiach rodzinną firmę produkującą i handlującą tekstyliami, która z miejsca zaczęła odnosić takie sukcesy, że już w roku 1919  rodzina mogła otworzyć swoje oddziały w Iranie. Srihand urodził się, jako drugi syn Parmananda w roku 1935 na terenie dzisiejszego Pakistanu i właściwie od pierwszego momentu, gdy był w stanie pracować, przejął swoją część rodzinnych biznesowych obowiązków zarówno w kraju, jak i w Teheranie, gdzie rodzina pozostała aż do roku 1979, kiedy to islamska rewolucja zmusiła właścicieli do tego, by przenieść interesy do Europy.
      Prawdziwy jednak początek owej nieprawdopodobnej wręcz kariery związany jest – jakżeby inaczej – z tym, co stanowi o kulturze Indii i o jej bardzo szczególnej, ale jednak wielkości, a więc czymś, co znane jest pod nazwą Bollywood. Otóż na początku lat 60-tych Hinduja nabył prawa do dystrybucji za granicą wielkiego przeboju indyjskiego kina pod tytułem „Sangam”. Uznał Hinduja, że najlepiej będzie skoncentrować się na dystrybucji filmu na rynkach bliskowschodnich i dzięki niezwykłemu sukcesowi owej historii, zarobił swoje pierwsze miliony.
        „Sangam” nie tylko był jednym z pierwszych bollywoodzkich filmów nakręconych w kolorze, ale przede wszystkim jako pierwszy wykorzystał w swojej historii sceny z Europy, a więc z Wenecji, Paryża, Londynu, czy Genewy, co w następnych latach stało się w tej dziwnej sztuce tradycją. Warto tu może opowiedzieć choć bardzo krótko fabułę tego filmu, a to głównie dlatego, że ona, jak mało co, pokazuje, czym tak naprawdę jest kariera i życie braci Hinduja. A to z kolei dlatego, że pod pewnym szczególnym względem, oni faktycznie wyglądają jak wyjęci żywcem z bollywoodzkiego filmu.
      Otóż Sundara, biednego sierotę z marginesu, oraz jego kolegę Gopala łączy od dziecka wielka i szczera przyjaźń. Podczas gdy Sundar prowadzi swoje zwykłe, biedne życie, Gopal zdobywa wykształcenie, w konsekwencji wyjeżdża na studia do Londynu, a następnie, już jako niezwykle zdolny prawnik, wraca do Indii i ponownie spotyka się ze swoim ubogim kolegą. Problemem jest jednak to, że i jeden i drugi kochają się w również znanej im od dziecka dziewczynie imieniem Radha. Dziewczyna także, tyle że już potajemnie, kocha obu mężczyzn, jednak jej rodzice, ze względu na niski status społeczny Sundera, od początku oczywiście stawiają na Gopala. Aby pokazać potencjalnym teściom, że on też zasługuje na rękę ich córki, Sunder udaje się na wojskowe szkolenie, by zostać pilotem myśliwców, a następnie wyrusza na wojnę w Kaszmirze. Tam niestety ginie, co sprawia oczywiście, że Gopal może już bezpiecznie wyznać swoją miłość ukochanej. Szczęśliwa para planuje małżeństwo, kiedy nagle okazuje się, że Sunder jednak nie umarł i stęskniony wraca do dwojga najbliższych mu osób, a więc do ukochanej i przyjaciela… I tak dalej, i tak dalej.
       To więc był faktyczny początek, jednak już chwilę potem, zapewne z wykorzystaniem pieniędzy zarobionych na Półwyspie Arabskim na owej poruszającej historii, pojawiły się interesy kolejne, i to wciąż na linii Indie – Iran, tak z pozoru bez znaczenia, jak eksport cebuli i ziemniaków, czy rudy żelaza. 
      Jak już wspomnieliśmy, w roku 1979, w obawie przed muzułmańskim szaleństwem, bracia Hundaja poczuli się zmuszeni do opuszczenia Iranu i przenieśli interesy do Europy. Srichand Hinduja z bratem Gopichandem polecieli do Londynu, by tam dalej zajmować się eksportem, ich brat Prakash zamieszkał w Genewie, skąd mógł bardziej skutecznie zarządzać finansami firmy, natomiast najmłodszy z braci, Ashok, pozostał na miejscu w Indiach i stamtąd już doglądał spraw w wymiarze lokalnym.
      Po wykupieniu w latach 80-tych od brytyjskiego Leylanda Ashok Leyland, oraz Gulf Oil od Chevrona, a później, już w latach 90-tych, po otwarciu banków w Szwajcarii i Indiach, Hinduja stają się jednymi z największych potentatów indyjskiego biznesu, obok takich potęg, jak Tata, Birla, czy Ambani.  W roku 2012, za ponad miliard dolarów, Grupa wykupuje w całości największego na świecie producenta ciekłych metali, amerykańską firmę Houghton International. W roku 2013 „Financial Times” informuje, że – znany nam bardzo dobrze i w Polsce –  Lakshmi Mittal stracił właśnie swoją pozycję najbogatszego Azjaty, a tym samym najbogatszego Brytyjczyka, na rzecz właśnie SP Hinduji. W tym samym roku, „Forbes Life” ogłasza, że wart 500 milionów dolarów dom Hinduji na londyńskiej Carlton House Terrace tuż obok Buckingham Palace jest trzecią najdroższą prywatną rezydencją na świecie.
      Nie jest łatwo określić, czym zajmuje się Hinduja Group, bo oni mają na oko wszystko, co przynosi pieniądze, natomiast niewątpliwie sama nazwa kojarzy się przede wszystkim z Ashok Leyland, drugą pod względem wielkości indyjską firmą produkującą samochody, czwartym największym na świecie producentem autobusów i szesnastym na świecie producentem ciężarówek. W swoich sześciu fabrykach, Ashok Leyland produkuje również części zamienne do samochodów, oraz silniki, jednych i drugich sprzedając rocznie tysiące. Gdy chodzi o produkcję autobusów, wedle wewnętrznych szacunków, Ashok Leyland przewozi dziennie ponad 60 milionów pasażerów, a więc więcej niż cała indyjska kolej.
       Jednak i tu interesy braci Hinduja wcale nie ograniczają się do tych autobusów. Inwestycje prowadzone są na najróżniejszych kierunkach, w efekcie czego można powiedzieć, że Hinduja Group to praktycznie dziś wszystko, od banków, przez ropę, IT, handel nieruchomościami, chemię, aż po zwykłą rozrywkę. Abyśmy mogli jednak zyskać choćby drobne pojęcie na temat zakresu prowadzonych przez braci Hinduja operacji, wystarczy rzucić okiem na takie choćby interesy jak: Hinduja Bank (Switzerland) Ltd, IndusInd Bank, Hinduja Global Solutions Ltd, Gulf Oil Corporation Ltd, P D Hinduja National Hospital and Medical Research Centre i wiele, wiele innych.
      I choć to jest to, co braci doprowadziło do dzisiejszej pozycji, przy tym wszystkim jednak, jak sądzę, wypada wciąż pamiętać o tym jak to się wszystko tak naprawdę zaczęło. Bo ile byśmy nie mieli przed sobą tych banków, tych rezydencji, tych, kompanii naftowych, zawsze na pierwszym planie pojawią się czterej niemal identyczni Hindusi w tych swoich czarnych garniturach, w okrągłych okularach, z całą tą swoją indyjską aurą, no i tamten film o dwóch kolegach i ich ślicznej koleżance. Dlaczego tak? Bo jak się zastanowić, to na początku tego wszystkiego zawsze jest to coś, co z jednej strony sprawia, że to Bollywood, a nie Hollywood reprezentuje najbardziej spektakularny przemysł filmowy na świecie, a z drugiej, że to Indie tak naprawdę mają dziś najwięcej na świecie milionerów. I proszę nie mieć do mnie pretensji, że nie wiem jak to się dzieje i dlaczego.
       Kilka lat temu w lokalnej indyjskiej prasie pojawiło się zdanie: „Słyszałem plotki na temat tego, ile oni wydają na same kwiaty, jednak nie mogę ich tu opublikować, bo bracia Hinduja by się za mnie wzięli na poważnie”. W związku z czym ta informacja? Otóż w styczniu 2006 roku bracia Hinduja postanowili ożenić trzech swoich synów. Wszystkich na raz. Podczas jednego przedstawienia, jednej imprezy, jednego biznesowego gestu. Jeśli ktoś ma choćby minimalne pojęcie na temat kultury Indii, nawet jeśli tylko zaczerpnięte z filmów takich jak wspomniany wcześniej „Sangam”, wie, że ślub w Indiach to nie żarty. Jeśli ktoś wie, jak zawzięty potrafi być Hindus z miliardami dolarów na koncie, nie zdziwi się też, że kiedy pewnemu dziennikarzowi po wielu miesiącach starań o uzyskanie wywiadu od braci Hinduja, a więc od pana SP, pana GP, panów Prakasha i Ashoka, kiedy wywiad był już gotowy do publikacji, okazało się, że zanim to nastąpi, należy z niego usunąć informację, że rozmowa odbywała się w pokoju z żyrandolem i perskim dywanem. Jeśli wreszcie ktoś wie, czym dla Hindusa z miliardami na koncie jest ślub syna i paru jeszcze bratanków, przyjmie jako rzecz oczywistą, że tam nikt się oszczędzać nie będzie. I tak też było 15 stycznia 2009 roku, kiedy to na uroczystość zaślubin trzech młodych Hinduja w Royal Western India Turf Club stawiło się wprawdzie zaledwie 10 tysięcy najbardziej bliskich przyjaciół rodziny, tyle że jednocześnie –  tak się akurat przy okazji złożyło – wszystkich najważniejszych ludzi w Indiach.
     Jak relacjonował sytuację redaktor „Daily in Bombay” Rajiv Bajaj, Hundaja „zaprosili wszystkich, każdego ministra w rządzie w Delhi, każdego gubernatora wszystkich 26 stanów, każdego parlamentarzystę, każdego bardziej liczącego się dziennikarza i oczywiście wszystkich najważniejszych przedsiębiorców. W najbardziej ekskluzywnych hotelach w Bombaju zarezerwowano 500 pokoi dla gości, którzy przybyli z Londynu, Genewy i z Bliskiego oraz Dalekiego Wschodu. Zaproszenia na wspólną uroczystość były zdobione prawdziwym srebrem i złotem, a jakby tego było mało, po otwarciu koperty, można było wysłuchać specjalnie zaaranżowanej na tę okazje melodii. Do każdego zaproszenia dołączona została specjalna, 48-stronicowa, książeczka z cytatami z Księgi Wedy. Na każdym zaproszeniu, małymi literkami na samym dole było napisane: ‘Prosimy o nie przynoszenie prezentów’”.
      Jeszcze czego, prawda? A jakie to by miały być prezenty? Eliksir na nieśmiertelność?
      Wielu obserwatorów twierdzi, że tego typu okazje bracia Hinduja traktują, jako kolejny sposób na umocnienie swojej pozycji w świecie finansów. Inni jednak, jak choćby popularny indyjski powieściopisarz Shoba De sugeruje, że Hinduja to zwykłe „buractwo”. „Miałem okazję ich poznać”, mówi. „Oni mi się wciąż mylą. Przypominają mi te rosyjskie babuszki, gdzie po otwarciu jednej, pokazuje się kolejna. Możliwe że to przez te identyczne czarne garnitury i identyczne okulary”.
     Shoba, mimo zaproszenia, nie zjawił się na uroczystości. „Nie chadzam do cyrku”, oświadczył.
      Wedle doniesień medialnych, dwa z owych trzech małżeństw zaaranżowanych zostało przez rodziców wyłącznie na podstawie horoskopów, natomiast trzecie, między synem GP, Dheerajem oraz Shalini Chandiramani, córką pewnego dystrybutora filmowego z Maroka, to coś niemal równie wielkiego, bo autentyczna miłość. A trzeba przyznać, że czegoś takiego jak prawdziwa miłość wszyscy oni byli spragnieni przynajmniej od czasu, gdy kilka lat wcześniej 22-letni syn Srichanda Dharam zakochał się w pewnej urodzonej w Anglii Hindusce, w tajemnicy przed rodziną się z nią ożenił i z którą, kiedy okazało się, że rodzina jest jednak bardzo niezadowolona, wspólnie postanowili popełnić bardzo spektakularne samobójstwo. Oboje zakochani wyjechali gdzieś w odludne miejsce na Oceanie Indyjskim, tam zamknęli się w drewnianej chałupie, chałupę podpalili, i tyle dobrego, że dziewczyna w ostatniej chwili spanikowała i uciekła z tego piekła.
       I to jest, moim zdaniem, cała prawda o braciach Hinduja i w ogóle o kodzie kulturowym, który oni reprezentują. Przy okazji też, można się zastanawiać, dlaczego ktoś taki jak Brytyjczycy, starannie ukrywając swoje sukcesy finansowe, do reprezentowania Imperium na tym akurat poziomie wysyłają akurat Hindusów. No ale powiedzmy, że to nie nasz problem.


To jest zaledwie jedna z historii przedstawionych w tej książce. Jeśli ktoś ma ochotę, wystarczy że zajrzy tu, a stamtąd już droga bardzo prosta.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Hala Parkowa, czyli po co małym chłopcom damska toaleta

No i znów nie będzie nowej notki. Raz, że przyszło mi się kolejny już raz udzielać rodzinnie – chyba będę musiał wkrótce coś napisac o służbie zdrowia – i nie bardzo mam czas, a dwa, że, jak to już ładnie przedstawił niedawno Coryllus, priorytetem dziś jest nie tyle blog, co sprzedaż książek, a więc, przedstawiam kolejny rozdział moich wspomnień i zachęcam do ich kupowania. Tam nie ma ani seksu, ani rzygania, ani nawet jednej porządnej katastrofy lotniczej. No, może tylko paru biednych wariatów, ale tak właśnie miało być.          


      Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że Katowice to jedno z najbardziej zielonych miast w Polsce. Trochę oczywiście wiadomość ta mnie zaskoczyła, ale po pewnym zastanowieniu nie mogłem sobie nie uświadomić, że owszem, tu jest w istocie w większości bardzo zielono. W samym centrum oczywiście jest to, co jest, ale wszędzie dookoła mamy już tylko zieleń. Dla mnie jednak, gdy idzie o ową zieleń, a więc przy okazji i rekreację, zawsze już tylko istniał Park Kościuszki z przyległościami, a więc Wieżą Spadochronową, torem saneczkowym i oczywiście Halą Parkową tuż obok.

      Nie umiem powiedzieć, czy dla osób urodzonych po roku 1989 nazwa Hala Parkowa cokolwiek jeszcze mówi. Obawiam się jednak że nie. Dla nas jednak to było coś bez czego Katowice by nie istniały. W Hali Parkowej odbywały się koncerty, na codzień też było kino, a od czasu do czasu nawet przyjeżdżał cyrk. W cyrku, o ile pamiętam byłem zaledwie raz, często chodziłem do Hali do kina, natomiast przede wszystkim, kiedy myślę o Hali Parkowej, to mam w głowie koncerty. Szczególnie jeden… na którym akurat nie byłem.

      Otóż był rok 1965 i do Polski z koncertami przyjechali Animalsi. Przypominam – była zima roku 1965, a więc okres, kiedy oni byli u szczytu swojej kariery. No i, jak najbardziej, przyjechali Animalsi do Katowic  i wystąpili w Hali Parkowej. Ja miałem wówczas zaledwie 10 lat, więc nie było takiej możliwości, bym się w to wydarzenie włączył, natomiast mój starszy brat – owszem. Brat był jednym z tych, którzy na te koncerty chodzili, a przy tym miał nawet prawdziwe bitlesówki, przez które, swoją drogą, Mama się pewnego dnia bardzo popłakała. On więc był, wrócił i wszystko mi opowiedział. Od tego czasu Hala Parkowa kojarzy mi się przede wszystkim z zimą 1965 roku i Animalsami.

      Kojarzy mi się Hala Parkowa z Animalsami i pewnym niezwykłym widokiem. Otóż tego dnia siedziałem sobie w oknie, a trzeba nam wiedzieć, że mieszkaliśmy wówczas w miejscu, gdzie uczestnicy koncertu siłą rzeczy musieli wracać do domów,  i czekałem aż pojawią się pierwsze grupki wyszykowanych młodzieńców ze swoimi koleżankami, a wśród nich mój brat. No i wreszcie ich zobaczyłem. Szli sobie, tacy szczęśliwi i wolni, i bardzo, bardzo głośni. A ja na nich popatrzyłem, oczywiście żałowałem, że jestem jeszcze za bardzo dzieckiem, by tam z nimi być, a jednocześnie czułem, że, tak czy inaczej, jestem tego wydarzenia częścią.

      Kiedy brat wrócił do domu, pytałem go naturalnie, czy oberwał od milicjanta, i czy w ogóle było dużo milicji, a on mi powiedział że owszem, ale on akurat nie dostał. Parę lat później i ja zacząłem chodzić na koncerty do Hali Parkowej i niestety też nie mogę się pochwalić, bym kiedykolwiek oberwał pałką. No ale przynajmniej, owszem, zdarzało mi się uciekać. Do Hali Parkowej prowadziło oczywiście główne wejście od frontu, jednak zaraz z boku były toalety, których okna wychodziły na zewnątrz. Okna na dole były okratowane, natomiast te na piętrze już nie, a zatem, jeśli tylko mieliśmy ochotę spróbować się dostać na jakiś koncert  bez biletu, wystarczyło, że udało nam się niepostrzeżenie wleźć po tych kratach na dole, złapać się parapetu na piętrze, i wdrapać się do środka znajdującej się za tym oknem ubikacji zabawne, ze akurat damskiej – skąd, już przez nikogo nie zaczepiani, wchodziliśmy do sali i siadaliśmy gdzie popadnie. Oczywiście to nie były jakieś wyjątkowo ważne występy. Takich nawet za wiele nie było, ale jacyś Polanie – swoją droga znakomity wówczas zespół – czy choćby Skaldowie, jak najbardziej.

      Z tyłu, już bardziej od sceny, była garderoba dla artystów. Tam, też było okno i kraty, a myśmy czasem tam podchodzili, żeby zobaczyć, czy czegoś się nie uda podejrzeć. Najczęściej oczywiście okno to było zasłonięte, ale pamiętam, że raz – to mogli być Skaldowie – udało nam się zobaczyć rozebrane Alibabki. Mówiąc rozebrane, nie mam oczywiście na myśli niczego bardzo bezwstydnego, niemniej jednak do dziś bardzo pamiętam tę ich kolorową bieliznę i to, jak one nas zobaczyły i się z nas wesoło śmiały. Było jak w niebie.

      W Hali Parkowej na co dzień funkcjonowało kino. Ogromne kino na tysiąc ludzi. Niesamowite. Na dole znajdował się oczywiście tak zwany parter, natomiast tylne rzędy wznosiły się równomiernie w górę aż po dach, i tam, pod samym dachem siedzieli zwykle lokalni chuligani, i podczas projekcji głośno komentowali każdą scenę, rzucając w dół po schodach puste butelki, które z hałasem turlały się na dół, i było bardzo wesoło.

      Pamiętam, że to właśnie w Hali Parkowej obejrzałem jeden z moich ulubionych westernów „Wynajęty człowiek” z Peterem Fondą i Verną Bloom. Niezwykły to był film. Niby zwykły western, a z drugiej strony, nieprawdopodobnie piękna filmowa refleksja, gdzie cała akcja tonie w bardzo długich filmowych sekwencjach stworzonych przez Węgra Vilmosa Zsigmonda, i wszystko płynie, by się nigdy nie skończyć. Do dziś pamiętam, jak w pewnym momencie, któryś z owych nieznanych mi przedstawicieli lokalnej żulowni wrzasnął: „Jak sie skończy ta absztrakcja to mie obudź!” Dokładnie tak. Bardzo to przeżyłem.

       Bileterem był tam przez cale lata pewien mężczyzna, który budził w nas strach, jaki dużo dużo później mógł budzić już wyłącznie najgorszy oficer SB. Był on dla nas wszystkich najbardziej eksponowanym przedstawicielem władzy, od którego jednoosobowej decyzji zależało to, czy wpuści nas na film, który akurat mógł być niezbyt dla nas dozwolony. No i z bólem serca, i pewną wciąż zalegającą w moim sercu pretensją, muszę powiedziec, że właściwie nigdy nie wpuszczał. A on nikogo się nie bał, i nikt nie próbował z nim nawet zadzierać. Wciąż go dziś widzę, jak krąży po okolicy. Myślę, że musi mieszkać gdzieś w pobliżu. Widzę go też niekiedy na mszy w kościele. Zawsze samego.

       Budynek Hali Parkowej wciąż stoi. Wygląda dokładnie tak samo tak jak kiedyś, tyle że raz na jakiś czas zmienia kolor i jest albo żółty, albo niebieski, albo czerwony, albo po prostu biały – zależnie od tego, jaka firma go wynajmuje na tak zwany minimarket. Kiedy Lech Wałęsa obalił komunę, dzieci starych komuchów otworzyły tam sklep pod nazwą Billa, a dziś chodzimy tam czasem, może raz na rok, do Almy, żeby kupić śmierdzący ser po 99 zł. za kilogram. No a po przeciwnej stronie ulicy wciąż jest Park Kościuszki. Bogu dzięki, niemal nietknięty. Park naszej wiecznej młodości. Któregoś dnia, tuż przed wyborami roku 1989, na jednej z tych ławek przykleiliśmy nalepkę Solidarności.

Książka „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Trumph” jest do kupienia tu



      


     

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Czy Dobra Zmiana zna pojęcie wstydu?

      Gdyby ktoś mi jeszcze parę tygodni temu powiedział, że Dominik Tarczyński, prominentny poseł Prawa i Sprawiedliwości, zostanie po raz kolejny bohaterem którejś z tych notek – nie uwierzyłbym. Dlaczego? Dlatego, że dotychczasowe doświadczenia, jakie przyszło mi mieć z tym dziwnym człowiekiem, wydawały się wyczerpywać wszelkie możliwości inspiracji i istniała obawa, że każde kolejne słowo na jego temat doprowadzi do jeszcze większego nieszczęścia, niż samo pojawienie się jego nazwiska.
      W czym rzecz? Otóż można odnieść wrażenie, że cała dotychczasowa publiczna działalność posła Dominika Tarczyńskiego, jeśli nawet w jakimś stopniu powodowana była pragnieniem zwiększenia popularności władzy Prawa i Sprawiedliwości, to  na pierwszym miejscu zawsze stała myśl podstawowa, a którą swego czasu tak pięknie wyraził może Jimmy Page, a może któryś z innych wybitnych artystów rock and rolla: „Postanowiłem założyć zespół, żeby móc sobie dupczyć do woli”.
     Na Dominika Tarczyńskiego, pierwszoligowego posła Prawa i Sprawiedliwości, trafiłem na Twitterze, gdzie ten był od pewnego czasu na tyle aktywny, by w pewnym momencie zacząć wokół siebie tworzyć atmosferę polityka, który chce być bliżej ludzi, i to do tego stopnia nawet, by mieć z nimi kontakt najbardziej bezpośredni. Pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę, było udostępnienie przez Tarczyńskiego swojego prywatnego numeru telefonu, drugą natomiast stało się notoryczne zamieszczanie przez niego anonsów w rodzaju: „Mam podwójny bilet na koncert Sade. Czy ktoś ma ochotę?”, ewentuanie „Czy zna ktoś jakąś dobrą egzotyczną knajpę w Warszawie? Zapraszam na kolację”. Oczywiście ja zdaję sobie sprawę, że już w tym momencie powinienem był się najeżyć i zacząć coś podejrzewać, no ale się nie najeżyłem, natomiast postanowilem przede wszystkim sprawdzic, czy jemu faktycznie zależy, byśmy do niego dzwonili. Zadzwoniłem więc pod podany numer, ku memy zaskoczeniu, Tarczyński, owszem, od razu się zgłosił, coś tam sobie w dosć suchy sposób poopowiadaliśmy, a ja nagle wtedy zrozumiałem, że on z całą pewnością spodziewał się zupełnie innego telefonu. Wszyscy świetnie wiemy, jak to jest gdy chcemy z kimś pogadać i z drugiej strony otrzymujemy bardzo jasny przekaz, że to nie teraz i nie tak. Tak zatem wyglądała ta moja rozmowa z Tarczyńskim – nie teraz i nie tak. On zdecydowanie liczył na coś innego.
     Tymczasem twitterowa akcja pod tytułem „Poseł wychodzi do swoich wyborców” się rozwijała, a Tarczyński w dalszym ciągu prosił, by do niego dzwonić i umawiać się z nim do kina, do teatru, na koncert, czy do restauracji na kolację. Ostatecznie machnąłem na Tarczyńskiego ręką, gdy któregoś dnia na jego Twitterze pojawiła się wiadomość, którą dziś już muszę cytować z pamięci – „Panie Pośle, dziękuję za cudowny wieczór”. Zrozumiałem bowiem wreszcie tak do końca, z czym tu mamy do czynienia.
     Dziś piszę o Tarczyńskim, bo pewną karierę w Sieci zrobiła wiadomość, jaka pojawila się na twitterowym profilu Tarczyńskiego, a mianowicie seria zdjęć jakiejś nimfy w bikini, oraz informacja: „Takich temperatur nie mieliśmy! 42 stopnie! To wspaniały czas i chcemy się z Wami nim podzielić. Moja Aga ’72 w formie”. A my patrzymy na te zdjęcia i zastanawiamy się, czemu on nie napisał bardziej szczegółowo, jak to było z tą Agą i tą jej formą. Zastanawiamy się, bo tego typu dylemat podpowiada nam serce, rozum natomiast nam mówi, że poseł Dominik Tarczynski tak napisać nie mógł, bo choć w sposób jednoznaczny on oszalał, wciąż ma świadomosć, że jeszcze jeden krok, a może stracić wszystko.  A my mamy już tylko nadzieję, że on dobrze kalkuluje i nie okaże się, że on cały ten czas mógł spać spokojnie, bo to już zaszło zbyt daleko, a rząd Dobrej Zmiany ma na głowie sprawy znacznie ważniejsze niż dbanie o tak zwaną reputację.
      Jeśli ktoś ma w tym momencie pytanie, czemu ja znów zajmuje się jakimiś głupstwami, zamiast walczyć za Ojczyznę, odpowiem słowami maleńkiego Coutinho: „It’s not about me, it’s about the team”.

Przypominam, że w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl są do kupienia moje ksiażki. Dwie pierwsze, wydane pod imieniem Toyah, są już sprzedane, jednak sześć to też poważna liczba. Polecam każdą i wszystkie.
    


niedziela, 13 sierpnia 2017

Niezwykle lekka historia o tym, jak Niemiec dał mi pracę

     Zgodnie z niedzielnym zwyczajem, proponuję coś starszego. Tym razem jednak nie będzie to tekst z bloga, lecz jeden z rozdziałów mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. Kto czytał, nie zaszkodzi sobie przypomnieć, kto ksiażki nie ma, niech potraktuje tę notkę jako zachętę. Naprawdę warto.

      Praca w American Eagle Airlines oczywiście nie była moją pierwszą pracą. Wcześniej sprzedawałem telewizory w katowickim „Zenicie”, i choć razem z napiwkami wychodziłem na tym bardzo dobrze, to wciąż te 5 dolarów za godzinę, gdy idzie o PRL, pozostaje niepobite. Przyprowadził mnie mój kolega Hans po raz pierwszy do tego biura, powiedział, że ja to ja, oni mi powiedzieli, żebym sobie usiadł, on powiedział, że wróci po południu żeby mnie zawieźć na obiad, no i sobie poszedł. Pamiętam że było to bardzo długie pomieszczenie, z oknami po jednej stronie i pojedynczymi boksami po drugiej, w których to boksach stały biurka, a przy biurkach siedzieli różni tacy.
       Mimo że to była firma amerykańska, Amerykanów było tam mało. O ile pamiętam, tylko pewna ubrana w wojskowy mundur czarna dziewczyna i paru niczym się nie wyróżniających mężczyzn. Poza tym był jeden Niemiec, w sposób niemal doskonały upozowany na Franka Zappę, jeden starszy już Portugalczyk, który od pierwszej chwili, jak się dowiedział, że jestem z Polski zaczął mnie namawiać, bym został na Zachodzie, bo z komunistami lepiej uważać, a on sam ma w domu karabin, tak na wszelki wypadek, no i Holender, którego zapytałem, jak się ostatecznie wymawia nazwisko Cruyff, na co on mi powiedział, że „kroif”.  Rozmawiałem głównie z tą dziewczyną-żołnierzem. Mówiła z tym szczególnym czarnym akcentem z Południa, karykaturalnie rozciągając samogłoski, była wciąż okropnie znudzona i strasznie tęskniła za domem.
       Siadłem więc tam sobie w tym biurze, czekając aż mi dadzą coś do roboty. I po chyba dwóch godzinach przyszedł do mnie ten Portugalczyk i powiedział mi, że on nie wie, co ze mną zrobić, bo tak naprawdę oni nowych pracowników nie potrzebują, a mnie przyjęli, bo prosił ich o to ich kumpel Hans, który potrzebował się jakoś zrewanżować za wojnę.  W końcu ktoś wpadł na pomysł, by mnie zawieźć na dół do wielkiego magazynu pod lotniskiem, no i tam mnie już zostawili.
       Praca w magazynie polegała na tym, że była tam drabina, ja siedziałem cały dzień na tej drabinie i najczęściej z nudów i samotności śpiewałem sobie na głos wszystkie znane mi piosenki. Najczęściej Wojciecha Młynarskiego, bo te znałem w znacznej liczbie na pamięć. Przez te trzy tygodnie dostałem jakieś zajęcie dwa razy. Pierwszy raz, siedziałem sobie na tej drabinie, darłem mordę śpiewając o tym, jak to „każda wrona, czy młoda czy stara…”, gdy przywieziono z pięćdziesiąt kartonów i na każdym z nich kazano mi napisać słowo „Baltimore”, co wykonałem znakomicie. Drugi raz przyjechał –  niewykluczone że podczas „tupotu białych mew” – jakiś potężny Murzyn z drugim, równie potężnym, białym, przywieźli wielkie koło do samolotu i poprosili mnie, żebym im pomógł je wnieść z samochodu do magazynu. Ponieważ nie byłem w stanie podnieść tego choć na milimetr, machnęli na mnie ręką i sprawę załatwili we dwójkę, po czym wsiedli do samochodu i zniknęli.
      Jeszcze raz zdarzyło mi się tam popracować. Siedziałem na górze w biurze i nagle ktoś krzyknął, że nadchodzi szefowa. Ktoś inny krzyknął „Look busy!”, a jeszcze ktoś inny zaprowadził mnie na koniec tego całego korytarza i kazał przekładać jakieś kartony, z jednej kupki na drugą. Po chwili pojawiła się – pamiętam ją bardzo dobrze – wielka, starsza już, siwa kobieta, i zaczęła wolnym krokiem, z pełnym majestatem,  przemierzać ten korytarz. W końcu doszła do mnie, zapytała, kim jest ten młody człowiek, ktoś jej powiedział, że jestem z Polski i układam pudła, a ona podała mi rękę i powiedziała – pamiętam to do dziś – „I’m glad”. I sobie poszła.
      Jak już wspomniałem, American Eagle Airlines płaciło mi 5 dolarów za godzinę, co jak na tamte czasy nie było źle. Proponowano mi dwie stawki: albo 5 dolarów, albo 10 marek. Ze względów emocjonalnych wybrałem dolary. Siedziałem tam różnie. Albo osiem godzin, albo dziewięć, czasem 10. Nikt nigdy ani mnie nie sprawdzał, ani o nic nie pytał. Kiedy przyszedł czas by wracać do Polski, poszedłem do tej kasy, oni mnie zapytali, ile godzin przepracowałem, ja im powiedziałem, człowiek wyciągnął z szuflady chyba 1200 dolarów, powiedział, że było miło i na tym moja przygoda z pracą na Zachodzie się skończyła.
       Z zarobionych pieniędzy 100 marek oddałem temu Hansowi, kupiłem sobie paręnaście płyt, a oprócz tego bardzo ładny żółto-granatowy T-shirt, który po pierwszym praniu się przebarwił, oraz elektroniczną zapalniczkę do gazu dla Rodziców, która też się bardzo szybko zepsuła. Ojcu jeszcze musiałem oddać 250 dolarów, które mi dał na ten wyjazd, no i tyle tych przygód. Dodam tylko, że wszystkie „Newsweeki” skasowano mi na granicy, podobnie jak „Greatest Hits” Animalsów, bo na okładce były narysowane czołgi z niemieckim krzyżem.
       Hans nigdy więcej się do mnie nie odezwał. Ani nie odpisał na listy, ani nie odbierał telefonów. Myślę,  że chciał zrobić tyle co zrobił i uznał sprawę za załatwioną. Ach! Byłbym zapomniał. Jeszcze mnie zabrał do McDonalda, żeby mi pokazać, jak wygląda hamburger. I to było naprawdę coś. Rodzice czegoś podobnego nie podawali.


Nie pozostaje mi tu nic innego jak zachęcić do odwiedzania naszej księgarni, a przy okazji innych zakupów, do kupowania mojej książki ze wspomnieniami. Tu:  https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/

sobota, 12 sierpnia 2017

Polexit? Brzmi interesująco.

Na samym początku informacja techniczna. Ponieważ na blogspocie każdego dnia pojawia się cała kupa komentarzy oznaczonych jako „anonimowy”, z których zdecydowania wiekszosć, to albo automatycznie wysyłany spam, albo złośliwy trolling, ja nie jestem w stanie cierpliwie znosić nawet tych z nich, które są merytoryczne, a czasem nawet i życzliwe. Widzę podpis „Anonimowy” i natychmiast wpadam w zły nastrój.  Nie mam bowiem sposobu rozmawiac z czterema „anonimowymi” komentatorami, nie mając pojęcia, który jest który. Proszę więc wszystkich tych, którzy nie mają konta w Google, aby przy zamieszczaniu komentarzy, zaznaczali opcję „nazwa”. W przeciwnym wypadku proszę na mnie nie liczyć.
Dziś pora na najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Życzę dobrych wrażeń.

       Rozmawiałem wczoraj z pewnym Szwedem, człowiekiem dotychczas kompletnie mi nieznanym, starszym ode mnie i bardzo poważnym i proszę sobie wyobrazić, że powiedział mi on coś, o czym dotychczas nie dość że nie słyszałem, to wręcz nie miałem pojęcia. Otóż, jeśli weżmiemy pod uwagę Szwecję i jej sytuację, pomijając zupełnie naturalny i znany nam świetnie problem emigrantów, oni mają kłopot z wilkami. Otóż skoro, jak wiemy, ów piękny kraj to w znacznej swojej większości lasy i wieś, problemem są wilki. Dla przeciętnego Szweda stanowią one plagę, którą można porównać wyłącznie do tego, na co jest narażony mój pies podczas wyprawy do parku, gdzie już dziś na niego czekają dziesiątki kleszczy. A zatem wspomniany Szwed nie marzy o niczym innym jak o tym, by coś takiego jak wilk zostało starte z powierzchni ziemi.  I oto okazuje się, że Unia Europejska, której Szwecja jest niefortunnym członkiem, zażyczyła sobie, by szwedzkie wilki zostały obięte ochroną. Życzenie to zostało zresztą sformalizowane i wilki, którym przeciętny Szwed nie życzy nic innego jak szybkiej i w miarę spokojnej śmierci, wedle przepisów unijnych, mają żyć i nie może ich nigdy być mniej niż 400 sztuk. Bo inaczej, jak my tu rozumiemy, Unia Europejska wprowadzi sankcje, które Szwecję wyrzucą poza nawias cywilizowanego świata.
      Jak już wspomniałem, my ten rodzaj nicisków świetnie rozumiemy i mamy na to jedną odpowiedź, której tu nie przedstawię ze względu na panujące na tym blogu dobre obyczje.  Nie zmienia to jednak faktu, że  tego typu gesty komentować jak najbardziej możemy, co chętnie niniejszym czynię. Otóż, jak część z nas wie, polski rząd otrzymał dopiero co informację przesłaną przez jedną z urzędniczek Unii Europejskiej, gdzie stoi jak byk, że Polska absolutnie nie może różnicować wieku emerytalnego, gdy chodzi o kobiety i meżczyzn, bo tego typu zachowanie stoi w sprzeczności z europejskimi wartościami. Mało tego. Owa minister, której nazwiska nie znam i znać nie potrzebuję, stwierdziła, że wprawdzie w wielu krajach Unii Europejskiej wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn pozostaje różny, i taki pozostać może, niemniej w Polsce mamy do czynienia z niewłaściwą tendencją, a tego Unia znieść nie jest w stanie. Za trudne? Już tłumaczę. Chodzi o to, że rząd Platformy Obywatelskiej wprowadził równy wiek dla kobiet i mężczyzn, gdy chodzi o emerytury, co stanowiło dobrą zmianę, natomiat PiS, obejmując władzę, zakłócił przyjęte przez Europę tendencje.
      Ktoś powie, że nie, że to jest niemożliwe. Czegoś takiego nawet unijni urzędnicy nie byliby w stanie wymyślić.  Otóż tak się mają fakty. Polska przywróciła dawny wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn, na co Unia Europejska zakomunikowała, że tak być nie może. To jest coś czego Europa nie zniesie. Ma być równość.
       No i niech nam też tu z tymi wilkami Szwecja nie podskakuje.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek.

piątek, 11 sierpnia 2017

O czerwonych kontach czerwonych artystów

      Ledwo się nam nieco uspokoiła sytuacja na froncie szpitalnym i udało mi się rzucić okiem choćby na najbardziej podstawowe wiadomości, okazało się, że w tym całym zgiełku zdecydowanie – i kompletnie nieoczekiwanie – na pierwszy plan wybiła się wypowiedź, jakiej Onetowi, a konkretnie jej pierwszej gwiezdzie, Jarosławowi Kuźniarowi, udzieliła aktorka Krystyna Janda. Nie mam sposobu, ale też nie widzę powodu, by całość owego wystąpienia tu prezentować choćby w postaci linki, natomiast, owszem, podjąłem wysiłek, by spisać słowo w słowo najbardziej kluczowy fragment owego bełkotu. Proszę posłuchać:
      „Ja chciałam tylko powiedzieć jedną rzecz, którą ostatnio zauważyłam… znaczy nawet nie ja to zauważyłam, tylko zauważyli to twórcy filmowi. Znalazłam się w grupie takich operatorów, aktorów, reżyserów, scenografów, którzy przez te ostatnie lata stworzylili, tworzyli polskie kino i stworzyli kanon tej klasyki polskiego kina, czyli całe kino moralnego niepokoju, aż do, aż do, do, do, do, do, do… jakby na Wajdzie, czy Zanussim, czy na się sko… i okazało się, że nie dostają z telewizji repartycji, pieniędzy i ktoś z nich poszedł i zapytał: ‘Dlaczego nie ma tych pieniędzy?’ Spojrzeli wszyscy w te tabele i odpowiedzieli: ‘Bo nie ma tych filmów w telewizji’. Od roku byliście państwo przyzwyczajeni, ja na przykład byłam przyzwyczajona, ja zrobiłam tych filmów chyba ze sto, teatrów telewizji z osiemdziesiąt, no dużo rzeczy zrobiłam w życiu, i byłam przyzwyczajona, że każdego dnia w przynajmniej w jakichś różnych pięciu różnych telewizjach, gdzieś… gdzieś się pojawia moja rzecz, czy to film człow… czy to film Andrzeja Wajdy, czy to film… no nie wiem, czy to jakiś [w tym momencie Janda dostaje teatralnego ataku kaszlu]… okazuje się, że od roku nie ma tego wszystkiego… Ale to jest dziwne, że myśmy się nie zorientowali, że nie tyle, że nas nie zapraszają do współpracy, ale że nas wycieli, że tak powiem, z tej emisji”.
     Mam nadzieję, że w tym momencie nawet ci z nas, którzy przez małą chwilę uznali, że ja już niżej upaść nie mogłem, widzą, dlaczego uznałem tę wypowiedź za ważną. Oto bowiem chyba nigdy dotychczas nie mielismy okazji ujrzeć w pełnej okazałości, o co chodzi w tym całym zamieszaniu pod tytułem „Ludzie kultury bronią demokracji”. No i przy okazji nigdy chyba nie mieliśmy powodu do większej satysfakcji. Wiemy, o co chodzi, prawda? Wstają rano nasi twórcy, sprawdzają konto… a tu, panie, zima, bo w „pięciu różnych telewzjach” zamiast filmu „Tatarak", po raz kolejny leci „Titanic”, a zamiast Jandy, Kate Winslet. Zobaczymy, co będzie dalej, natomiast tendencja robi wrażenie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie sad o kupienia moje książki.

      

czwartek, 10 sierpnia 2017

Jurij Budanow, czyli Rosja

Niestety, sytuacja na froncie rodzinnym zmieniła się póki co o tyle tylko, że ja już świetnie rozumiem, dlaczego prezes Kaczyński musiał się ciężko zapożyczyć, by zapewnić godną opiekę swojej mamie. W tej sytuacji – a mam nadzieję, że Czytelnicy to znakomicie rozumieją – dziś jeszcze nie będę komentował bieżących wydarzeń. Jutro piątek, a wiec niewykluczone, że pojawi się tu najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a dziś pomyślałem sobie, że przedstawie tekst, jaki zamieściłem w poprzednim wydaniu miesięcznika „Bez Cenzury”. Swoją drogą, bardzo polecam. Naprawdę warto.       


       Myślę, że większość z nas ma świadomość, że świat, który przyzwyczailiśmy określać mianem „cywilizowany”, niemal od samych swoich początków podzielony jest wewnętrznie na część, w której obowiązuje to coś, co zwykliśmy nazywać prawem rzymskim, oraz na część, gdzie liczy się wyłącznie prawo pięści. W przestrzeni, w której funkcjonuje prawo rzymskie, mamy państwa, parlamenty, sądy, tak zwane wolne media i wszystko to, co nam dała tak zwana demokracja, a wraz z nią, nasze święte przekonanie, że nawet jeśli od czasu do czasu coś nam nie wyjdzie, to na tego typu kłopoty mamy szereg bardzo skutecznych mechanizmów, które nam pozwolą skutecznie powrócić na kurs i ścieżkę. Po drugiej natomiast stronie, pozostaje coś, co tak pięknie zostało zobrazowane w znanej powieści Josepha Hellera „Paragraf 22”, w znakomitym tłumaczeniu mistrza Jęczmyka: „…kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia. Za gardło”.
      I nie dajmy sobie zawrócić w głowie głupią propagandą. Ów podział obowiązuje pod każdą dosłownie długością i szerokością geograficzną. Nie ma tak naprawdę miejsca na świecie, gdzie człowiek, który postanowił się zaangażować w jakikolwiek sposób w życie publiczne, a jednocześnie uznał, że każdy jest równy wobec prawa, może żyć w bezpiecznym przekonaniu, że dożyje końca swoich dni w spokoju, a to przede wszystkim z akcentem na słowo „dożyje”. Większość z nas, czy to piszący ten tekst, czy ci, którzy go czytają, spędzamy czas w przestrzeni definiowanej przez cztery ściany własnego domu, a zatem nas ów problem niekoniecznie musi dotyczyć, natomiast oglądając choćby takie znakomite amerykańskie filmy, jak „Trzy dni Kondora”, czy „Rozmowa”, możemy spokojnie założyć, że jest świat, gdzie wszystkie reguły są odwrócone, a my nie mamy nic do gadania. Co ja mówię, filmy? Wystarczy wspomnieć zabójstwo prezydenta Stanów Zjednoczonych, Johna F. Kennedy’ego, by wiedzieć, co jest na rzeczy. My Polacy zresztą nie powinniśmy też zapominać, że mając w pamięci choćby rok 2010 i Smoleńsk, w ogóle nie musimy daleko szukać. Wszystko mamy na miejscu.
     Wspomniałem ów Smoleńsk i tym samym naszą uwagę skierowałem na coś znacznie bardziej konkretnego, niż ogólnoświatową walkę służb, a mianowicie na Rosję. Otóż, w żadnym wypadku nie odbierając należnych zasług tajnym służbom takich krajów jak Izrael, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, czy nawet Niemcy, należy przyznać, że ów wspomniany wcześniej podział na tak zwany świat cywilizowany, a świat kontrolowany przez mafię, nigdzie nie jest aż tak widoczny, jak właśnie tam, w Rosji. I powyższe stwierdzenie, dla każdego z nas, który zdołał świadomie przeżyć choćby kilka z minionych lat, jest tak oczywiste, że wręcz aż trywialne. My, ludzie starsi, wciąż pamiętamy owe – dziś już brzmiące, jak żart – opowieści o czarnej wołdze, która jeździ po mieście i zbiera wszystko, co jest wyznaczone do likwidacji, czy o równie czarnym parasolu ze śmiertelną trucizną, a jednocześnie z każdej strony słyszymy kpiące uwagi, że jedno i drugie to zaledwie ludowa plotka, tak samo bzdura, jak ta sprzed lat, a dotycząca polskich dzieci rzekomo przerabianych przez Żydów na macę. Fakt jest jednak taki, że tu akurat znajdujemy się w samym centrum czegoś, co nie jest ani plotką, ani propagandą. Bo mówimy o Rosji właśnie.
      Otóż, wedle oficjalnych bardzo danych, od roku 1992, a więc od czasu, gdy upadł Związek Sowiecki i powstało demokratyczne, uznawane przez cały świat, państwo o nazwie Rosja, na terenie owego państwa doszło znacznie ponad dwustu oficjalnie zarejestrowanych przypadków zabójstw samych dziennikarzy. Proszę pamiętać, że nie mówimy o politykach, biznesmenach o członkach grup przestępczych powiązanych z kontrolowanymi przez rosyjskie państwo biznesami, bo wówczas owa liczba musiałaby być wielokrotnie wyższa. Mówimy o samych dziennikarzach. Od roku 1992, w Rosji, w najczęściej kompletnie niewyjaśnionych okolicznościach, zostało zamordowanych grubo ponad dwustu dziennikarzy, związanych niemal wyłącznie z tak zwaną antysystemową opozycją. Część z tych przypadków znamy bardzo dobrze, jak na przykład ten najbardziej medialnie rozdmuchany, może dlatego, że dotyczący obywatelki Stanów Zjednoczonych nazwiskiem Anna Politkowska, dziennikarki współpracującej z bardzo krytycznie nastawionej do rosyjskiego reżimu „Nową Gazetą”, którą w październiku 2006 roku znaleziono zastrzeloną w windzie domu, w którym mieszkała.
      Nie zapominajmy jednak, że tu nie chodzi tylko o Politkowską i o tych parę jeszcze znanych całemu światu nazwisk, jak choćby to najbardziej z nich znane – nawet nie dziennikarza, ale zwykłego agenta – Litwinienko. My dziś rozmawiamy o ponad dwustu tak naprawdę nieznanych nikomu dziennikarzach, którzy zostali zamordowani przez służby specjalne nadzorowane czy to przez prezydenta Putina, czy akurat Miedwiediewa, w samym centrum mniej lub bardziej cywilizowanego świata, a wśród nich choćby o człowieku o wręcz symbolicznie pospolitym nazwisku Siergiej Iwanow, który w roku 2000 został przez do dziś niezidentyfikowanych sprawców sześciokrotnie postrzelony w głowę przed swoim domem w mieście o mocno nierosyjskiej nazwie Togliatti, skądinąd znanej z produkcji, słynnych przynajmniej u nas w Polsce, samochodów marki Łada.
      Moglibyśmy więc tu się zamartwiać losem kolejnych osób, które, wbrew wszystkiemu, postanowiły walczyć z czymś co niezapomniany Herbert określił mianem Potwora, który „pozbawiony jest wymiarów, trudno go opisać, wymyka się definicjom, jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem, nie da się przebić piórem, argumentem, włócznią”, ale to jest bezcelowe choćby z tego powodu, że nie ma naprawdę sensu się zadręczać czymś, na co nie mamy wpływu i co tak naprawdę i tak ginie w gąszczu nazwisk, których nikt ani nie zna, ani nawet, jak zna, to nie pamięta. W tej zatem sytuacji, spróbujmy wspomnieć zdarzenie, które pokazuje nam aż nazbyt wyraźnie, że w tym całym nieszczęściu jest jeszcze żywy człowiek z jego absolutnie autentycznymi emocjami, a przy nim, jeśli spróbujemy spojrzeć na to z pewnej perspektywy, te wszystkie zbrodnie tracą swą całą czarną moc. Bo oto, jak się okazuje, istnieje coś jeszcze, czego nie przemoże wszelkie zło tego świata, a to z tego prostego powodu, że za tym stoi wartość stara jak świat, a mianowicie zemsta.       
        Przypomnijmy więc sobie dziś człowieka nazwiskiem Jurij Budanow. Nie wykluczam, że niektórzy z czytających te słowa osób, odpowiedź na pytanie, co to za gagatek, zna świetnie, niemniej na wszelki wypadek opowiem, kto zacz.
    Otóż jeszcze w roku 2000 na wojnie czeczeńskiej niespełna 40-letni  Budanow dowodził pułkiem czołgów, i tak mu się któregoś dnia przytrafiło, że w miejscowości Tangi Czu wpadł do jednego z domów, uprowadził 17-letnią dziewczynkę o nazwisku Eliza Kungajewa, wymyślił sobie, że uzna ją za ostrzeliwującego Rosjan snajpera, i w konsekwencji, czepiwszy się już tej diagnozy, postanowił to dziecko osobiście przesłuchać, w najbardziej wymyślny sposób je przy tym torturując, następnie w najbardziej okrutny sposób je zgwałcił, a w końcu własnymi rękoma je udusił. Kiedy sprawa jakimś cudem wyszła na jaw i Budanow stanął przed sądem, rosyjska opinia publiczna bardzo mocno wsparła swojego bohatera, a bezpośredni dowódca Budanowa, generał Władimir Szamanow, oświadczył, że osobiście ręczy za swojego oficera i wygłosił dość słynne już dziś zdanie: „Wrogom Budanowa chcę tylko powiedzieć, że nie pozwolimy nikomu, by swoimi brudnymi łapskami plamił honor rosyjskiego żołnierza i oficera”. Przez jakiś czas wydawało się więc, że Budanow za to co uczynił, zgodnie z ruską tradycją, zostanie uznany za narodowego bohatera, a może i dostanie od prezydenta Putina kolejny order, jednak w jakiś przedziwny sposób, dzięki zaangażowaniu przeróżnych broniących praw człowieka organizacji, po trwającym grubo ponad dwa lata procesie, podczas którego Budanowa najpierw uniewinniono, tłumacząc jego zachowanie, chwilowym szaleństwem, w roku 2003 rosyjski Sąd Najwyższy kazał ostatecznie Budanowa wyrzucić z wojska, zdegradować, pozbawić orderów i wsadzić na 10 lat do więzienia. Mimo że przedstawione przez sądowych lekarzy dowody wskazywały, że Kungajewa była przy użyciu różnego rodzaju tępych narzędzi w bardzo wymyślny sposób przed śmiercią, torturowana, Budanowowi nie postawiono zarzutu gwałtu, lecz jedynie porwanie, przekroczenie uprawnień i zabójstwo. Za gwałt natomiast zostali skazani, a następnie wypuszczeni na mocy amnestii na wolność, trzej podwładni Budanowa, dwaj sierżanci, Li En Szu i niejaki Grigoriew, oraz szeregowiec nazwiskiem Jegoriew. Warto przy tym wspomnieć, że sędzia, który skazał Budanowa, niejaki Bukriejew, w roku 2009 został oskarżony o łapówkarstwo i skazany, podobnie jak Budanow, na 10 lat więzienia.
      Tymczasem czeczeńscy partyzanci do tego stopnia przeżyli zarówno samą zbrodnie, jak i ów przedziwny proces, że w pewnym momencie nawet zaproponowali Rosji wymianę Budanowa na 9 przetrzymywanych przez siebie żołnierzy OMON-u. Ponieważ jednak Rosja, zgodnie zresztą ze swoją odwieczną tradycją, na ową propozycję zareagowała jedynie wzruszeniem ramion, cała dziewiątka została natychmiast wymordowana, a sami Czeczeni przyczaili się, by cierpliwie czekać na dalszy rozwój wypadków.
      Już w roku 2004 nastąpiła pierwsza próba zwolnienia Budanowa. Gubernator Ulianowska podpisał decyzję o warunkowym zwolnieniu i przywróceniu Budanowowi wszystkich wojskowych honorów, co zmusiło stronę czeczeńską do wydania oświadczenia, że z ich punktu widzenia, czy to w więzieniu, czy na wolności, Budanow nie jest istotą ludzką i w związku z tym decyzja o jego losie pozostaje niezmiennie w rękach przyjaciół Elizy. W roku 2006 za dobre sprawowanie Budanow został przeniesiony z więzienia o zaostrzonym rygorze do kolonii karnej. W roku 2008 sąd zdecydował o skróceniu kary Budanowa, który w konsekwencji w styczniu 2009 roku wyszedł na wolność. Cztery dni później, prawnik reprezentujący rodzinę Kungajewej, Stanisław Markiełow, który do ostatniej chwili walczył o to, by Budanowa nie wypuszczać, podobnie jak 25-letnia dziennikarka „Nowej Gazety”, Anastazja Burowa, zostali w roku 2009 zamordowani, jak zapewnili rosyjscy śledczy, przez nieustalonych neonazistów.
      Jak głosi wieść, przez całe lata, mimo swojej przeszłości – a może właśnie dzięki niej – był Budanow uważany za bohatera przez wielu Rosjan, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że Rosja wykazała się taką słabością wobec Zachodu, że zgodziła się rzucić mu na pożarcie kogoś tak dzielnego i wybitnego, jak ów Budanow. Już podczas procesu Budanowa, przed budynkiem sądu odbywały się nieustanne pikiety, a według starannie przeprowadzonych sondaży, ponad 50% Rosjan deklarowało poparcie dla Budanowa, podczas gdy za tym, by go ukarać, opowiadało się zaledwie 17% i z tego co nam wiadomo, te różnice z biegiem lat się już tylko pogłębiały. Z drugiej jednak strony – i tu będziemy teraz przechodzić do sedna tych refleksji – w samej Czeczenii było mnóstwo ludzi, dla których to, że Budanow został wyrzucony z wojska, że pozbawiono go orderów, że wreszcie spędził te głupie parę lat w więzieniu, i że ostatecznie przepieprzył swoje nędzne życie, to wszystko nie stanowiło żadnej jakościowej różnicy, bo jak już wspomnieliśmy, oni i tak nie uważali go za człowieka. Mam już osobiste dziś wrażenie, że dla nich nie miało nawet znaczenia to, czy on ostatecznie zgubił z tej swojej odsiadki rok, dwa, czy trzy, czy może nawet i cztery lata. Wygląda na to, że kiedy on wychodził na wolność, w Czeczenii wciąż żyli ludzie, dla których nie miałoby żadnego wręcz znaczenia, nawet gdyby Budanow został wtrącony do najbardziej czarnych lochów na lat 50. Tak to właśnie wyglądało.
               I kiedy wydawało się, że w tym momencie czas się zatrzymał, to on nagle gwałtownie przyspieszył. Oto dziesięć lat minęło od roku 2000. Dziesięć lat minęło od czasu jak Budanow zgwałcił i zamordował tamto czeczeńskie dziecko, sam zdążył jeszcze przez chwilę pożyć nadzieją, że jakoś może uda mu się wykręcić, następnie zdążył spędzić te swoje w sumie 9 lat za kratkami, potem jeszcze coś tam pokombinować przy handlu nieruchomościami, no i nastąpiło czyste i krystalicznie jednoznaczne „do widzenia z panem”.
      Dziś, jak niektórzy z nas wiedzą, Budanow nie żyje. Został zastrzelony 10 czerwca 2011 roku przez niezidentyfikowanego zamachowca w centrum Moskwy. Szedł sobie spokojnie ulicą, kiedy obok niego zatrzymał się samochód, z samochodu wyskoczył zakapturzony mężczyzna i z wyposażonego w tłumik pistoletu strzelił do Budonowa sześć razy, w tym cztery razy prosto w głowę.
        7 maja 2013 roku, za zabójstwo Budanowa na 15 lat więzienia skazany został niejaki Jusup Temerkanow, który wedle oficjalnych doniesień pragnął pomścić śmierć ojca, poległego podczas wojny czeczeńskiej w roku 2000. Broniący go adwokat również poszedł siedzieć, oczywiście za łapówkarstwo.
        Taka to jest ta historia, a my już tylko możemy się zastanawiać, jaka z niej nauka płynie dla nas. Otóż powinniśmy mieć świadomość, że ów świat, którym rządzą przede wszystkim interesy, to świat tak samo skomplikowany, jak skomplikowane są owe interesy, najczęściej oczywiście finansowe, ale niekiedy również, jak się okazuje, czysto moralne. A wtedy może się okazać, że w owym świecie znajdzie się miejsce nie tylko dla takiego Budanowa, ale również dla ludzi, którzy naprawdę potrafią czekać. I niech ci, co sądzą, że posiedli wszystko, śpią z jednym okiem otwartym.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. Naprawdę warto.


środa, 9 sierpnia 2017

Przerwa techniczna

Przepraszam, ale dziś nie dam rady nic napisać. Mam chorego teścia, któremu musimy zorganizować opiekę i wygląda na to, że nic mądrego ani nie wymyślę, ani też wymyślać nie za bardzo mi wypada.

To na razie. Może do jutra.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Sześć krótkich kawałków na kolejny tydzień

Jutro środa, a w środę kolejny numer „Polski Niepodległej” z moimi krótkimi kawałkami. Zanim on jednak trafi do kisoków, proponuję poczytać sobie to, co zostało zamieszczone w bieżącym numerze. Mam nadzieję, że będzie wesoło.


Posłanka Platformy Obywatelskiej Kinga Gajewska, znana głównie internautom korzystającym z Facebooka oraz Twittera, opublikowała na Facebooku następujacy wpis:
„Gratulacje Panie Błaszczak! Dzięki Pana mowie nienawiści i cichym przyzwoleniu na agresję w stosunku do osób innego wyznania, ‘prawdziwi Polacy’ pokazują światu naszą gościnność...Narodowcy z Białegostoku obrzucili kamieniami, butelkami, młotkiem i pokrywą od sedesu, mieszkanie czeczeńskiej rodziny. Odłamki rozbitej szyby raniły dwumiesięczne dziecko, młotek wylądował tuż obok łóżeczka”.
Już chwilę po publikacji, okazało się, że powyższy tekst, nie dość że został zilustrowany  zrobionym parę lat temu w Syrii zdjęciem, przedstawiającym zakrwawione paroletnie dziecko na rękach zapewne ojca, to w dodatku opisywał zdarzenie, które, owszem, miało miejsce, tyle że jeszcze w roku 2013, a więc za rządów Platformy Obywatelskiej, no i doszło do lekkiego zamieszania. Kinga Gajewska oczywiście natychmiast przeprosiła za omyłkę, tłumacząc się jednak, że ona korzystała z jak najbardziej „wiarygodnych” źródeł, a więc z informacji podanej przez coś, co nosi dumną nazwę Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. A my w tej sytuacji możemy tylko złożyć pani posłance wyrazy współczucia. To rzeczywiście smutne znaleźć się w sytuacji intelektualnej, gdzie tak zwany „numer na wnuczka” robi wrażenieczegoś na kształt skoku stulecia.

***

Swoją drogą ów – może powtórzmy tę nazwę w całości, bo robi wstrząsające wrażenie – Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, to musi być coś naprawdę dużego, skoro nawet „Gazeta Wyborcza” zdecydowała się go opisać w nastęujący sposób: „Niejednokrotnie był przyłapywany na braku rzetelności i zdarzało się, że opisywane przez nich zdarzenia nie znajdowały potwierdzenia w faktach. Rok temu założyciel ośrodka Rafał Gaweł został nieprawomocnie skazany na karę bezwzględnego więzienia w procesie dotyczącym m.in. oszustw w prowadzonej przez niego działalności gospodarczej i społecznej. Uzasadnienie wyroku było dla niego miażdżące: - Lansował się w mediach jako osoba działająca z pobudek altruistycznych i w interesie społecznym. Jest to nieprawda”. Pomijając wyjątkowo koślawe pióro redaktora „Wyborczej”, należy przyznać, że walka z rasizmem i ksenofobią sięgnęła poziomu pokątnego handlu złomem. Róbta tak dalej.

***

Przyszłość zatem odsłania się nam w najjaśniejszych barwach. A przecież naszą nadzieją nie jest tylko ów dziwny Ośrodek. Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ogłosił decyzję, że minister Szyszko ma natychmiast przestać wycinać drzewa w Puszczy Białowieskiej. Jak się dowiadujemy, Unia ogłosiła swoją decyzję po wysłuchaniu pretensji do polskiego rządu ze strony takich organizacji jak – cytuję – „ClientEarth, Prawnicy dla Ziemi, Dzika Polska, Greenpeace, Greenmind, OTOP, Pracownia Na Rzecz Wszystkich Istot, czy WWF”. Właściwie owa Dzika Polska,  czy Pracownia Na Rzecz Wszystkich Istot robią wystarczające wrażenie, niemniej nie mogłem się powstrzymać, by odczytać dwa skróty, które się tam pojawiły i oto co mi wyszło: Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, oraz coś czego pełna nazwa brzmi: World Wide Fund for Nature, co, jak się dowiaduję, za swoją statutową powinność uznaje „stworzenie przyszłości, w której ludzie będą żyli w harmonii z przyrodą”, czego założycielem był człowiek nazwiskiem Rockefeller, i co szczyci się uzyskaniem nagrody o nazwie „MTV Australia Good Karma”. Przepraszam bardzo, ale, cokolwiek byśmy sobie czasem myśleli o ministrze Szyszko, kibicujmy mu, by się nie dał tej bandzie idiotów. Nie ma bowiem nic gorszego, jak to że Polską zacznie rządzić Rockefeller wspólnie z MTV, w dodatku wszyscy napełnieni tak zwaną „karmą”.

***

Skoro MTV, to tak zwani „ludzie kultury”, a skoro „ludzie kultury”, to wśród nich musi się znaleźć aktorka Krystyna Janda, o której od pewnego czasu mówiło się, że udała się na emigrację wewnętrzną, ale, jak się okazuje, nie dość że żyje, to jeszcze wierzga. W wypowiedzi dla portalu tvn24.pl  owa wybitna intelektualstka ogłosiła co następuje:
Był to kraj wszelkich szans i nagle ktoś to zamyka, zabiera, na nie wiem ile lat, tupie, nie pozwala, zabrania, poucza, grozi, powoli zamyka kraty i drzwi. Będziemy zmuszeni znowu żyć w podległości, lęku, w braku możliwości, karani za coś, co nie jest karalne. Nie możemy już liczyć na sprawiedliwość, nie możemy już liczyć na jakąkolwiek praworządność. Będziemy żyć z podeptaną konstytucją, z podległymi sądami, pod kontrolą i według widzimisię ludzi , którzy nie zasługują na takie ‘wyniesienie’”.
Intensywność tego szaleństwa jest tak poruszająca, że ja nie widzę sposobu, by je odpowiednio skomentować. Natomiast, owszem, zauważyłem fragment z „tupaniem” i zrobił on na mnie naprawdę duże wrażenie. Oczyma wyobraźni widzę najpierw Romana Giertycha, jak podskakuje w rytm  zawołania „kto nie skacze…”, potem te dzieci kopiące w policyjne barierki i myślę sobie, niechże się pani arystka wreszcie zdecyduje, jak to jest? Skaczemy, czy nie? Kto jest ten zły? Ten co skacze, ten co tupie, czy może ten co się śmieje?

***

Ktoś się zapyta, a co taka Janda, a więc ktoś kto jedyne co w życiu potrafi, to udawać kogoś, kim nie jest i w ten sposób rozbawiać publiczność, może mieć do powiedzenia na tematy ogólne? Otóż na to odpowiedzi nam udzieliła sama gwiazda:
Rozumieją Panstwo? Oto dowiadujemy się dwóch rzeczy. Pierwsza to ta, że aktorzy i pisarze stanowią dokładnie tę samą kategorię, co uczeni, druga natomiast informuje nas, że aktorzy, pisarze i uczeni – jak rozumiem, w odróżnieniu od nauczycieli, śmieciarzy, lekarzy i kasjerek w hipermarketach – to tak zwane zawody społeczne, pozostające w służbie narodu. Oni służą narodowi i za tę ich służbę cała wspomniana reszta ma postępować w taki sposób, by aktorów, pisarzy i uczonych swoimi moralnymi, ideologicznymi i politycznymi wyborami broń Boże nie urazić, bo oni wtedy będą protestować. Swoją drogą, to tworzy bardzo interesującą perpektywę, gdzie owa wściekłość doprowadzi ich do ostateczności, czyli strajku generalnego i przynajmniej na pewien czas naród odetchnie od kolejnej polskiej komedii, nowoczesnego teatralnego przedstawienia, erotycznej powieści, czy socjologicznej ekspertyzy któregoś z docentów z jednego coraz to liczniejszych uniwersytetów.

***

Skoro o naukowcach mowa, to ostatnio po raz chyba trzeci w ciągu minionych 10 lat reaktywował się uczony politolog doktor Marek Migalski i występując w telewizyjnej stacji TVN24 wspólnie z niezapomnianymi Robertem Kwiatkowskim i Zbigniewem Girzyńskim, również doktorem, ogłosili ostateczny rozpad Prawa i Sprawiedlwości, oraz początek tworzenia wokół prezydenta, już nie Adriana, jak się okazuje, lecz Andrzeja Dudy, nowego politycznego projektu. Krótko mówiąc, chodzi o to, że Prezes uznał właśnie prezydenta Dudę za zdrajcę, w następnych wyborach prezydenckich Prawo i Sprawiedliwość wystawi jako swojego kandydata Marka Suskiego, a ten, o ile obecny prezydent odpowiednio szybko nie zbuduje wokół siebie silnego politycznego ośrodka, wygra z nim w cuglach. Jak bardzo uroczyście zapowiedział doktor Girzyński, ów ośrodek będą tworzyli tak wybitni politycy, jak „Marek Jurek, pan doktor Paweł Kowal, pan Marcin Mastalerek, Dawid Jackiewicz, Adam Hoffman”. A nam w tej sytuacji nie pozostaje już nic innego, jak do tego ciekawego towarzystwa doprosić inne wybitne gwiazdy stacji TVN24, a więc Kazimierza Marcinkiewicza, Marka Borowskiego, czy przede wszystkim może Włodzimierza Cimoszewicza. Swoją drogą, ciekawe, co się musi stać, żeby ci durnie wreszcie oprzytomnieli? Metoryt Tunguski to zdecydowanie za mało.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.








poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Borys Budka, tajna broń tajnej opozycji

    Trochę późno, ale przed nam kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Niby nic poważnego, ale mam nadzieję, że trochę frajdy będziemy mieli. Zapraszam. 


     Ostatnio wydarzenia nabrały takiego przyspieszenia, że już nawet nie kilka dni, ale parę godzin, to zbyt dużo, by przytrzymać naszą uwagę przy jednym temacie. Sytuacja owa sprawia, że coś, co aż się prosi by skomentować, a więc zawetowanie przez Prezydenta dwóch tak zwanych „sądowych ustaw”, do komentowania się nie nadaje. Każdy bowiem komentarz może się już jutro okazać pustym i bezużytecznym, nie pierwszy zresztą i nie ostatni raz w tych naszych cotygodniowych rozważaniach.
     Z tego tez względu chciałbym dziś zwrocić naszą uwagę na coś, co samo w sobie jest w gruncie rzeczy czymś kompletnie niepoważnym i niemal bez znaczenia, natomiast w szerszym kontekście może stanowić jeszcze jeden bardzo istotny krok do ostatecznego pogrążenia Platformy Obywatelskiej i wszystkich przyległości tworzacych wraz z nią tak zwany „front antypisowski”. Mam tu na myśli wyprawę grupy opozycyjnych polityków, na czele z Borysem Budką, nad nasze nadmorskie plaże, w celu prowadzenia akcji politycznego uświadamiania wczasowiczów przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego projektowi podnoszenia Polski z kolan.
     Dlaczego uważam, że owa akcja, choć w sposób jednoznaczny pusta i bez znaczenia, w ostatecznym rozrachunku może stanowić tak zwany gwoźdż do trumny totalnej opozycji? Wbrew pozorom, wcale nie chodzi mi o to, że oni postanowili prowadzić kampanię wśród tych, których jeszcze niedawno bez litości obrażali. Ludzie, którzy tam dziś wypoczywają pewnie tego nawet nie wiedzą. Przede wszystkim chodzi o pierwszą twarz owego projektu, czyli Borysa Budkę. Myślę, że każdy z nas, kto wie, jak ten człowiek wygląda, zna jego głos, a przede wszystkim tak zwany osobisty urok, może sobie bardzo łatwo wyobrazić taką sytuację. Leżymy sobie oto na plaży gdzieś w Pobierowie, Krynicy Morskiej, czy w Darłowie, rozkoszujemy się słońcem i łagodnym szumem fal, zastanawiamy się, czy lepiej będzie pójść ochłodzić się w morzu, czy pobawić z dziećmi w piasku, a tu nagle przed nami staje Borys Budka w t-shircie z napisem „Konstytucja” i pyta: „Dzień dobry panstwu, czy chcieliby państwo porozmawiac o demokracji?” Nie Tomasz Lis, nie żona Tomasza Lisa, nawet nie córka Tomasza Lisa, nawet nie Kuba Wojewódzki, ale sam Borys Budka, ze swoją cudownie unikalnym urokiem i równie unikalnym głosem. Przecież tego normalny człowiek nie jest w stanie na trzeźwo przeżyć, a po pijanemu wytrzymać.
     Ktoś powie, że przesadzam, bo w tej chwili nad Bałtykiem wypoczywa bardzo dużo osób, dla których Borys Budka jest prawdziwym autorytetem i którzy spotkanie z nim potraktują, jako prawdziwą przejemność. No więc niech będzie, że tacy ludzie tam są, ale zastanówmy się, jaką Borys Budka ma szanse, by trafić akurat na któregoś z nich? No a jeśli nawet jakimś cudem trafi, to, patrząc na całą sprawę praktycznie, po ciężką cholerę? Żeby go poinformować, że Kaczor to „mały Fuhrer”? Tak jakby on jeszcze tego nie wiedział.


Moje książki, jak część z nas z pewnością wie, są stale do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie.