piątek, 28 stycznia 2022

Czekając na pierwszą polską romantyczną komedię o aborcji?

 

       Parę dni temu w rozmowie ze znajomym pojawiła się nagle kwestia – już nie pamiętam jaki był kontekst owego wspomnienia – pewnej bardzo szczególnej sceny z fimu „Prawdziwy Romans”. Otóż James Gandolfini, grający postać zimnego zabójcy, dopada w pokoju hotelowym Patricię Arquette w roli ex-prostytutki o imieniu Alabama i najpierw ją ciężko pobiwszy, a chwilę przed tym jak ma ją zabić, wygłasza niezwykle poruszającą mowę na temat swojej pracy, a brzmi ona mniej więcej tak:

A więc pierwszy raz gdy kogoś zabijasz jest najgorszy. I nieważne czy jesteś Wyattem Earpem, czy Kubą Rozpruwaczem. Pamiętasz tego faceta z Texasu? Tego co wystrzelał z tej wieży tych wszystkch ludzi. Założę się, że pierwszy którego trafił, to była cholera. Pierwszy jest zawsze ciężki, mówię poważnie.  Drugi, to też nie zabawa, ale jest już o tyle lepiej, że ten pierwszy raz masz już za sobą. No i czujesz się swobodniej. Jakoś tak lepiej. Nie uwierzysz, ale przy pierwszym, to się normalnie porzygałem. Trzeci to już pestka. Tyle co splunąć. Teraz to już tylko patrzę jak im się zmienia wyraz twarzy”.

      Jak mówię, nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy, że musiał się pojawić ów Gandolfini, natomiast niemal chwilę później trafiłem na coś, co, gdyby wierzyć w tego typu przypadki, to on właśnie, wraz z tym swoim kompletnie obłąkanym tekstem, wywołał. Otóż, jak się dowiadujemy, w szpitalu w Częstochowie zmarła – jak się okazuje na COVID-19 – kobieta, która miesiąc wcześniej, będąc w pierwszym trymestrze ciąży, straciła bliźnięta. Pierwszy trymestr to, jak wiemy, pierwsze 12 tygodni, czyli dziecko będące wciąż w takiej fazie rozwoju, że nawet przeciwnicy aborcji są gotowi potraktować jako tak zwaną „kwestię sporną”, gdy chodzi o owej aborcji prawną dopuszczalność. Kobieta o której mowa, nosiła dwoje swoich dzieci, z tym że, jak się bardzo wcześnie okazało, jedno z tych bliźniąt było martwe. Od tego momentu ocena sytuacji się rochodzi w kompletnie przeciwnych kierunkach, bo wedle rodziny owej kobiety, szpital miał podjąć decyzję o usunięciu martwego płodu, szpital natomiast się tłumaczy, że lekarze nie bardzo chcieli przy tej ciąży nic kombinować, tak by nie ryzykować życia żywego dziecka. Są jeszcze oraganizacje typu Aborcyjny Dream Team oraz wspierające je media, które dostały wręcz furii, że zamiast ratować życie matki, szpital drżał ze strachu, że co to będzie jeśli oni zabiją też to drugie dziecko i Ziobro ze swoja mafią ich wszystkich wsadzi za kratki.

      A więc klasyka. Niemal powtórzenie nieszczęścia do jakiego doszło kilka miesięcy temu w szpitalu w Pszczynie. Jest jednak coś na co my tu, podczas rodzinnych rozmów, zwróciliśmy uwagę i wygląda na to, że w tym akurat wypadku doszło do swoistego coming-outu. Otóż gdy czytam przede wszystkich całą serię relacji publikowanych przez wspomniany Aborcyjny Dream Team, różne organizacje afiliowane, jak rónwnież, media i last but not least komentujące zdarzenie tak zwane „internety”, nie mogę nie zauważyć, że gdy oni piszą o owych zmarłych płodach, nie mówią nagle o płodach właśnie, embrionach, zygotach, zlepkach komórek, tylko – uwaga, uwaga – o dzieciach, chłopcach, bliźniętach, a nawet o małym dziecku, któremu owi „obrońcy życia” kazali cierpieć obok gnijących zwłok brata. Nic nie przesadzam. Wyobraźnia tych ludzi nagle doznała takiego wyostrzenia, że oni zobaczyli tam w łonie tej kobiety przerażonego małego chłopczyka pływającego obok rozkłądających się zwłok innego dziecka – jego brata bliźniaka. Oczywiście, tu wciąż, głównie może „Wysokie Obcasy”, trzymają się określenia „płód”, niemniej ani na moment nie opuszcza ich poczucie, że tam rozwijało się życie. Popatrzmy na tekst opublikowany na facebookowym profilu Aborcyjnego Dream Teamu:

Według ekspertyzy lekarskiej, 23 grudnia 2021 zmarł jej pierwszy z bliźniaków, niestety nie pozwolono na usunięcie martwego płodu, ponieważ prawo w Polsce temu surowo zabrania. Czekano aż funkcje życiowe drugiego z bliźniaków samoistnie ustaną. Agnieszka nosiła w swoim łonie martwe dziecko przez kolejne 7 dni. Śmierć drugiego z bliźniaków nastąpiła dopiero 29 grudnia 2021 r. Następnym karygodnym faktem jest, że ręcznego wydobycia płodów dokonano po następnych 2 dniach, a mianowicie 31.12.2021 roku. Przez ten cały czas, zostawiono w niej rozkładające się ciała nienarodzonych synków. Nie zapomniano jednak w porę poinformować księdza, aby przyszedł na oddział i odprawił pogrzeb dla dzieci”.

      I tu mowy nie ma, by którekolwiek z nich choćby jednym zdaniem wspomniało o „plemniku” „zlepku komórek”, czy choćby „embrionie”. A pamiętajmy, oni postanowili się pochylić nie nad płodem 20, czy 25-tygodniowym. Oni mówią o pierwszym trymestrze ciąży. A mówiąć „oni” mam na myśli organizację i ludzi, którzy na swoich sztandarach niosą hasło: „Każdy powód do aborcji jest OK. Aborcja jest OK”. A tu nagle „rozkładające się ciała nienarodzonych synków”.

      Rozmawialiśmy troche o tym i nagle przyszła nam do głowy rzecz bardzo ciekawa. Otóż jest bardzo prawdopodobne, że oni wszyscy tak naprawdę wcale nie uważają, że poczęte dziecko to zlepek komórek, zygota, czy zaledwie coś co dopiero ewentualnie się zdarzy. Jest całkiem możliwe, a czym dłużej o tym myślę, to nabieram coraz większej pewności, że to jest coś jak najbardziej realnego, oni doskonale wiedzą, że kiedy krzyczą „Aborcja jest OK”, to doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tu ginie człowiek, i to ginie w sposób wyjątkowo brutalny, niemal tak brutalny jak brutalna jest myśl o „rozkładających się ciałach nienarodzonych synków”.

        Oni zatem, wzywając do tego by zabijać te dzieci, robią to w stanie najwyższego upojenia. Uważam, że zdecydowana większość ludzi i organizacji wzywających do legalizowania aborcji na życzenie, robi to, ponieważ owa myśl o tym, jak te dzieci wiją się z niepojętego przerażenia, by potem cierpieć niewymowne męki, ich najzwyczajniej w świecie podnieca. Sprawia im ona taką przyjemność, że gdyby tylko mieli okazję obserwować ową rzeź na żywo – tak jak to jest w przypadku samych aborterów – to by już tylko patrzyli, jak tym dzieciom się zmienia wyraz twarzy. Dlatego też coraz częściej apelują, by legalizować aborcję do ostatniego tygodnia ciąży. Wtedy zdecydowanie lepiej widać.

       Wspomniana scena z filmu, od której zacząłem dzisiejszy tekst kończy się tak, że gdy Gandolfini siedzi w krześle ze spluwą, patrząc na pobitą do krwi i cierpiącą Alabamę, i rozmarzony snuje tę swoją szatańską opowieść, ona podnosi się z podłogi i zamierza się w jego kierunku porzuconym na podłodze korkociągiem. Ten się szeroko uśmiecha i mówi: „No dalej, mała. Uderz mnie”. Nie powiem co dalej, bo nie chcę palić zakończenia, ale zapewniam, że jest naprawdę piękne. Polecam. To tylko film, ale zapewniam, że jest o czym pomarzyć.



 

wtorek, 25 stycznia 2022

To żyje!

 

Cały miniony tydzień nic tu nie pisałem, raz że brakowało mi poważniejszej inspiracji, ale przede wszystkim ze względu na trzydniowe rekolekcje, jakich udzielił nam nasz ksiądz Rafał Krakowiak, w które bardzo nie chciałem się wcinać. Mamy jednak nowy tydzień i choć inspiracje wciąż krążą między napaścią Rosji na Ukrainę, popisami kolejnych naszych sędziów, Omikronem i Tuskiem na hulajnodze, to myślę że już mi dłużej siedzieć jak mysz pod miotłą nie wypada i spróbuję się podzielić pewną dawną już, choć zupełnie jak nową, refleksją. Otóż najpierw stało się tak, że kupiłem sobie wydanie tygodnika Sieci", żeby przeczytać wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, a tam, tuż obok, jak byk, felieton Jana Pospieszalskiego, w któym ten pisze, że w którejś z prowincji Indii niemal w ogóle ludzie się nie szczepią, i w związku z tym tam praktycznie nie ma COVID-u, by nie wspomnieć o umieralniach pod respiratorami. W związku z tym apeluje Pospieszalski, że oto najwyższy czas, by polski rząd wziął przykład z owej indyjskiej prowincji, machnął ręką na szczepienia i przestał zabijać niewinnych ludzi.  A teraz, parę dni temu, na ulicy na której mieszkam zaparkowało, a następnie spędziło tam cały dzień, BMW z poznańską rejstracją i przylepioną z tyłu gustowną nalepką z błyskawicą Strajku Kobiet i hasłem „Jebać PiS”. Przechodziłem obok tego auta kilka razy, wbijając wzrok w te gwiazdki i ogarniała mnie coraz bardziej świadomość, że poziom szaleństwa jaki ogarnął znaczną część Polski, przekracza wszystko z czym mieliśmy do czynienia dotychczas. Co gorsza, wygląda na to, że tu nie chodzi tylko o tych co „jebią PiS” z pozycji lewicowych, ale także tych drugich, co chyba jeszcze bardziej zdecydowanie wzywają by „jebać PiS”, a przy okazji, ministra Niedzielskiego, premiera Morawieckiego, czy w ogóle polską Służbę Zdrowia, która zamiast leczyć obywateli amantadyną, każe ludziom „nosić szmaty na ryju” i przyjmować „szczypawki”. I to oni też, jak się okazuje, postanowili zwariować od swojego jak najbardziej antykomunizmu i życia w wolności Dzieci Bożych. A pomiędzy tymi dwoma żywiołami stoi Bogu ducha winny rząd PiS-u i stara się dogodzić i jednym i drugim, z sercem na tyle gorejącym, że, jak słyszymy, ledwo co mężowi Kasi Tusk dał półtora miliona złotych, żeby ten mógł ją udobruchać torebką za 30 patyków.

A ja się zastanawiam się, jak to jest w ogóle możliwe, że po tych siedmiu latach, gdy wydawałoby się, że wszystko na tej scenie jest jasne jak słońce, wciąż tak wiele osób, a można odnieść wrażenie, że z każdym rokiem coraz więcej, nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by nawet jeśli świat sie ma zawalić, niech się wali, byleby tylko razem z nim zniknęło wszystko to co się kojarzy z Prawem i Sprawiedliwością. Zastanawiam się nad tym i przypomniał mi się pewien, w pewnym sensie proroczy, tekst, który napisałem na dwa jeszcze lata przed zwycięskimi wyborami roku 2015, i dziś pragnę go przypomnieć, jako być może przynajmniej częściową odpowiedź na tę zagadkę. Proszę posłuchać.

 

 

     Pamiętam, jak jeszcze za starej komuny, pojechałem z moim wujkiem na polowanie. Wujek był lekarzem – wybitnym bardzo zresztą – a przede wszystkim niezwykle dobrym, uczciwym i porządnym człowiekiem. Wspominałem tu zresztą o nim przy okazji apelu o to, by z terenów dawnej Rzeszy wysiedlić całą ludność wraz ze zwierzętami, a na tym, co po nich zostanie, posadzić kartofle.

     Otóż mój wujek, poza tym że pomagał ludziom, a przede wszystkim kobietom, był też zapalonym myśliwym, no i stąd pomysł, by któregoś dnia zabrać mnie na polowanie. Jechaliśmy na to polowanie, a ja mu opowiedziałem dowcip o tym, jak to umarł Breżniew i towarzysze mu w trumnie wywiercili otworki, żeby robaki mogły się kulturalnie wyrzygać. Tu od razu uwaga dla wszystkich tych, którzy najbardziej na świecie nienawidzą nienawiści – szczególnie nienawiści skierowanej przeciwko bolszewii – że tamto był PRL, i wśród normalnych ludzi nienawiść do bolszewii była jeszcze w modzie.

      Otóż ja opowiedziałem wujkowi ten kawał, a on mi powiedział coś takiego: „Kawał dobry, ale pamiętaj, że jak my tam już do tego lasu przyjedziemy, możemy spotkać mojego kolegę myśliwego, Jasia Szczęsnego, który bardzo źle znosi takie żarty, więc mu go nie opowiadaj”. Spytałem oczywiście, kto to taki ten Szczęsny, że go nie śmieszą dowcipy o robakach rzygających Breżniewem, a on mi powiedział, że Szczęsny to dziś już starszy pan, który we wczesnych latach 50-tych został wyrzucony z UB za „nadużycie władzy”. Ja wtedy wprawdzie byłem bardzo młody, ale już się potrafiłem domyśleć, że z kogoś, kto na początku lat 50-tych został wyrzucony z UB za „nadużycie władzy”, musiało być niezłe ziółko. Zresztą ów fakt mój wujek mi natychmiast potwierdził, opowiadając historię o tym, jak to myśliwi kiedyś sobie popili, a on, korzystając z okazji zapytał Szczęsnego: „Jasiu, a jak wyście mordowali tych żołnierzy, to jak to się odbywało? Tam był jakiś sąd, pluton egzekucyjny, jakaś ceremonia?” Na to Szczęsny odpowiedział: „Normalnie Heniu. Normalnie. Brałem giwerę i waliłem w łeb”.

       No więc, to był ów Jasiu Szczęsny, któremu, niech mnie Bóg broni, miałem nie opowiadać dowcipu o Breżniewie.

       Oczywiście potraktowałem słowa mojego wujka bardzo poważnie, ale zacząłem się przy tym zastanawiać nad tym Szczęsnym i jego towarzyszami z lat młodości. Gdzie oni są? Co oni robią? Jak żyją? Czy wszyscy polują, czy może część z nich kocha zwierzęta, i nawet muchy by nie skrzywdziła? Mijały lata, PRL przeszedł do historii, przyszedł kapitalizm, a ja w pewnym momencie usłyszałem, że koledzy Szczęsnego – a kto wie, czy nie i on sam – okupują głównie dwie korporacje: spółdzielnię „Społem” i ogródki działkowe. Dowiedziałem się, że owe dwa podmioty stanowią ostatni realny bastion komuny – tej komuny prawdziwej i nieskażonej upływem czasu –  i wedle jakiejś niepisanej umowy, nie podlegają jakimkolwiek negocjacjom i są  nie do ruszenia. O polowaniach mowy akurat tam nie było. Inna sprawa, że cóż mnie to może obchodzić?

     Dziś przeczytałem w internetowym wydaniu TVN24 wiadomość, że wczoraj późnym popołudniem w Warszawie na ulicy Żwirki i Wigury jakiś pan postrzelił z rewolweru innego pana, no a ponieważ uczynił to jak najbardziej publicznie, został zatrzymany przez policję. Jak się jednak dowiadujemy, obaj panowie byli byłymi wojskowymi, obaj działali w branży działkowej, a człowiek z rewolwerem to wręcz prezes stowarzyszenia owych działkowców. TVN24 podaje za policją, że to nie była wojna gangów, ale zwykłe nieporozumienia na tle osobistym. Dowiadujemy się również, że prezes tych ogródków miał na broń pozwolenie, więc w pewnym sensie jest czysty.

      TVN podaje jednak coś jeszcze. Otóż, jak się dowiadujemy, obaj panowie byli „właścicielami ogródków działkowych”. I sprawa się w ten sposób domyka. Otóż dwóch staruszków pokłóciło się prawdopodobnie o swoje ogródki, a że jeden był byłym wojskowym, i w dodatku miał broń, to wziął i kolegę ustrzelił. Bardzo zabawne. Z komentarzy, jakie czytam pod tą informacją wnioskuję, że faktycznie zabawne.

      A ja się zastanawiam nad czymś już innym. Otóż do zdarzenia, jak już napisałem doszło w biały dzień. Człowiek z rewolwerem, ów rewolwer prawdopodobnie ze sobą nosił zwyczajowo, w dodatku jeszcze – skoro on ani nie próbował uciekać, ani się jakoś szczególnie tłumaczyć – ów emerytowany wojskowy prawdopodobnie też uznał, że skoro go nagle wzięła jasna cholera, to strzelił „do skurwysyna”. No bo co miał robić? Dyskutować o racjach? A skoro tak, to ja też sobie myślę, że jest bardzo prawdopodobnie, że ci staruszkowie, których ja od czasu do czasu spotykam w moim parku, jak spacerują małymi grupkami w tych swoich kurtkach do pasa i czapkach z daszkiem, też są uzbrojeni. I mają naprawdę dużo do opowiedzenia na temat naszej jakże skomplikowanej historii.

      Niedawno spotkałem swojego szkolnego kolegę, który – jak się okazało nałogowy czytelnik mojego bloga – zanim zdążyłem go zapytać o zdrowie, wyskoczył do mnie z jasnym i krótkim pytaniem: „Czy ty uważasz, że ten kretyn Macierewicz mówi prawdę, kiedy gada o tych wybuchach?” Na to ja, zanim jeszcze zdążyłem się go zapytać o zdrowie, odpowiedziałem, że tak, jak najbardziej, wybuchy były. I w tym momencie on dostał takiej cholery, jakiej ja w życiu nie widziałem. I teraz, kiedy wspominam to spotkanie, myślę sobie, że to całe szczęście, że on jest za młody, by polować. A przynajmniej by polować w pewnym bardzo szczególnym towarzystwie.

      Natomiast bardzo bym był ciekawy wiedzieć, ilu ich jeszcze pozostało. Bo zbliżają się wybory, i PiS wygra. A wtedy – niech nas wszystkich Bóg broni.

 

I dziś widzę, że chyba Mu owa obrona nie najlepiej idzie, skoro do Jana Szczęsnego i jego dzieci dołączyli już i ci, co Jego Imię mają wręcz wypisane na swoich piersiach.

 



czwartek, 20 stycznia 2022

Don Paddington: „Rób zawsze to, co daje szczęście!” – czyli piekło na nas chuchnęło. (część 3: sheepworld)

 Dziś trzecia i ostatnia część refleksji ks. Krakowiaka. Bardzo proszę:



Jak już o tym wspomniałem w kazaniu zawartym w części drugiej (bo to było kazanie, a nie blogerska notka), skłonność do grzechu nie buja w powietrzu. Ona wrosła w naszą naturę, a tym co ją z nami spaja jest pragnienie szczęścia. Owo pragnienie, choć samo w sobie nie jest złe, to jednak jest wykorzystywane przeciwko nam przez TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Rzekłbym nawet, że diabeł wręcz pielęgnuje to nasze pragnienie szczęścia, chucha na nie i dmucha, byśmy czasem nie odpuścili i nie powiedzieli sobie, że to chyba nie ten kierunek.

 

Kwiaciarnia. Wróćmy do niej.

Kupuję bukiet kwiatów dla pewnej bardzo zacnej niewiasty. Kwiaciarka ów bukiet komponuje, a ja – czekając na ostateczny efekt jej wysiłków – kręcę się po kwiaciarni usiłując zawiesić oko na czymś w miarę ciekawym. Co może być w takim miejscu ciekawego poza kwiatami i bardzo zazwyczaj urodziwymi i miłymi paniami kwiaciarkami? Oczywiście, kartki z życzeniami. Kartki na urodziny, imieniny, zaślubiny, chrzty, pierwsze Komunie Święte, jubileusze małżeńskie, walentynki i jakiekolwiek inne okazje, a także na te okoliczności, gdy żadnej okazji nie ma. To jest cały, osobny świat, w którym spełniają się graficy i wymyślający teksty życzeń copywriterzy. Graficy umieszczają na tych kartkach fotografie kwiatów, luksusowych samochodów i alkoholi, atrakcyjnych dziewczyn, przystojnych chłopaków, zabawnych piesków, kotków i słoników, a także rysują całe historie opowiadające np. o zadowolonym facecie patrzącym w zachwycie na wypełnioną piwem lodówkę, albo o sex bombie, po którą podjeżdża super sportowe auto, prowadzone przez super wysportowanego kierowcę. To jest w ogóle coś pięknego!

Godna podziwu jest także twórczość literacka copywriterów umieszczona na kartkach. Bardzo często jest to bardzo spokojny, wręcz klasyczny standard:

Zdrowia, szczęścia, pomyślności!

Wszystkiego najlepszego! 100 lat!

 

Bywa, że ten standard jest wyrażany mową wiązaną:

Przy dzisiejszym dniu radości

Życzę 100 lat pomyślności.

Niech Ci życie w szczęściu płynie,

Niech Cię radość nie ominie!

 

Dość dużo jest życzeń luzackich:

Wszystkiego najlepszego!

Śmiej się szczerze godzinami!

Żyj na całego!

Gdy masz ochotę rób coś szalonego!!!

LOL.

100 lat!

Nie brakuje także życzeń nasyconych czułością i tęsknotą:

Na całym świecie nie ma nikogo takiego jak Ty!

Jesteś po prostu wyjątkowy!

 

Bez ciebie wszystko jest głupie!

 

Cały wielki segment zajmują życzenia lekko świntuszące, ironiczne i mobilizujące:

W dniu urodzin życzę by się darzyło,

By się w życiu wiodło, by się miło żyło.

Niech by piwko zawsze chłodne było,

A dziewczę cycate uśmiechało się miło.

Dziś jest stary Twoje święto!

Więc raz, dwa!

Wypijmy browarki do dna!

 

Żeby się żyło, żeby się wiodło!

Żeby się chciało i żeby się mogło!

 

Niezależnie od wieku,

ciesz się z życia człowieku!

 

Trudno też nie zauważyć życzeń dających do myślenia:

Extra życzenia dla najfajniejszej SUPER DZIEWCZYNY!

Jesteś mądra, piękna i dajesz radę.

Ale musisz wiedzieć, że w życiu najważniejsze są…

 

Przepraszam, że opis tych kartek wyszedł taki trochę prześmiewczy. Nie było to moim zamiarem. Jestem bowiem jak najdalszy od tego, by śmiać się z popkultury. A przecież to co opisałem to popkultura w stanie czystym. Popkultura o wielkim zasięgu i wielkiej sile rażenia. Jeśli ktoś lekceważąco wzrusza w tym miejscu ramionami, to może warto go zapytać, czy ma wyobrażenie jak wielki jest  nakład owych kartek, czy zdaje sobie sprawę, że ich produkcja nie jest działalnością chałupniczą, że ich „wymowa ideowa” jest zgodna ze schematem, trendem obecnym w dominujących dzisiaj treściach kulturowych, a kwiaciarnie są znakomitym, choć niepozornym kanałem dystrybucji tych treści?

Kwiaciarnie, popkultura, dominujące trendy kulturowe? To jakiś żart? Przecież to są tylko niewinne kartki z życzeniami? „Wymowa ideowa” życzeń? Dobre sobie… Co ten ksiądz gada?!

… … … … …

Ja rozumiem, że być może niektórzy z Czcigodnych Czytelników sądzą, że mi odbiło. Trwa pandemia, są w związku z tym rozmaite trudności i nie można się dziwić, jeśli – jak gdzieś Toyah zauważył – „wielu z nas tego nie wytrzyma i przez tę zarazę oszaleje”. Dostał na głowę także Don Paddington, bo na jakiejś kartce z życzeniami zobaczył tekst o – pardon – cyckach. Pewnie będzie teraz w całym kraju pikietował kwiaciarnie i zachęcał do palenia kartek na stosie. A już gadanie w kontekście kwiaciarni i kartek z życzeniami o tej całej popkulturze, jest kompletnym odjazdem!...

 

Dobra. Niech będzie. Odpuszczę sobie te pikiety i stosy. Nie odpuszczę popkultury. Dlaczego?

Otóż ze względu na pewną, dość już dzisiaj oczywistą regułę, o której nasz Gospodarz często mówi, a którą na swój użytek określam mianem Prawa Toyaha. Reguła ta brzmi następująco: „Podstawowy, najbardziej powszechny i najbardziej skuteczny przekaz kulturowy, historyczny, społeczny i polityczny dokonuje się poprzez popkulturę.”

Co nam kultura pop przekazuje? Wszyscy wiemy, że z upodobaniem promuje cycate dziewoje z długimi nogami, nadużywa słowa „super” i „extra”, pochwala tych, którzy „robią coś szalonego”, czyli tych, którzy są cool, bo są bogaci, dowcipni, pewni siebie – słowem: potrafią cieszyć się z życia. I generalnie (podobnie jak zapewne większości Czytelników) owe popkulturowe promocje i pochwały nic a nic mi nie przeszkadzają. Tak naprawdę napisałem o tych wszystkich kartkach, a wcześniej trudziłem się nad Historyjkami i próbą wyjaśnienia czym jest skłonność do grzechu i jaki ma ona związek z pragnieniem szczęścia, ze względu na jedną, jedyną kartkę, która wygląda tak: 



Jak o tym w części pierwszej napisałem, gdy zobaczyłem to „cudo” poczułem na karku oddech piekła. Bardzo to było niemiłe. Stałem jak wryty patrząc na tę rozradowaną owieczkę (bo to owieczka jest; owieczka!) i pomyślałem sobie o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Kwiaciarnia, niewinne kartki z życzeniami i jasny, bezpośredni w swej dosadności przekaz pokazujący czego nam szatan życzy i jak bardzo czule pielęgnuje w nas związek pragnienia szczęścia ze skłonnością do grzechu. On na ten związek chucha i dmucha, a owe życzenia są tego dowodem. Tak… Jedna mała kartka, w której zawarta jest kwintesencja zachęty do zła.

Co by nie powiedzieć, TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji okazuje się być mistrzem, a jego mistrzostwo wyraża się w tym, że wśród kanałów popkulturowych, dzięki którym można docierać do dzieci Bożych, zauważył także kwiaciarnie.  Ile jest kwiaciarni w Polsce i w ogóle w tzw. cywilizowanym świecie? Całe mnóstwo? Czy we wszystkich kwiaciarniach – à propos kartek z życzeniami – jest to samo? Mniej więcej. Linia sheepworld, do której należy interesująca nas kartka (firma SHEEPWORLD AG, z siedzibą w Ursensollen w Bawarii), jest bardzo popularna w całej Europie. Te kartki są powszechnie znane. Skoro tak, to tym samym „pod strzechy” całej Europy, bez internetu, bez telewizji, bez jakichś śmiesznych, scenicznych satanistów dociera ten przekaz: „Chodzi człowieku tylko o to, byś był szczęśliwy. Odrzucaj to, co jest właściwe i dobre, jeśli to co właściwe i dobre utrudnia ci osiągnięcie szczęścia”.

 

Oczywiście wnikliwi Czytelnicy zaraz zaczną zadawać pytania, co mamy na myśli mówiąc o szczęściu, oraz o tym co właściwe i dobre. Nie mam zamiaru dawać się wciągać w tę dyskusję, ponieważ można się do owej kwestii odnieść dość krótko: dla chrześcijanina, szczęście jest tożsame ze zbawieniem (choć pragnie on także zaznać chwil szczęścia w życiu doczesnym), a to co właściwe i dobre sprowadza się do postępowania w zgodzie z Dekalogiem i ewangelicznymi nakazami.

Interesujące jest tutaj coś innego. Czy my możemy w jakiś sposób przeciwstawić się popkulturowej biegłości TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji?

Możemy, jeśli nie będziemy popkultury lekceważyć, jeśli będziemy dobrze ją rozumieć, jeśli pozbędziemy się złudzeń, że nasze popkulturowe produkcje w dającym się przewidzieć czasie będą miały techniczny i realizacyjny poziom NETFLIXA bądź MARVELA, jeśli zaczniemy od małych rzeczy, np. od zaprojektowania i wydania kartki, na której będą życzenia o treści następującej: Rób zawsze to, co jest właściwe, a przekonasz się, że osiągniesz szczęście!

 

P.S.: Dziękuję Toyahowi za udostępnienie miejsca. Dziękuję Czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość. DP

środa, 19 stycznia 2022

Don Paddington: „Rób zawsze to, co daje szczęście!” – czyli piekło na nas chuchnęło. (część 2: Czego ci potrzeba?)

 

Historyjki zawarte w pierwszej części niniejszej opowieści, mają posłużyć do przedstawienia pewnego teologicznego banału, który – jak to banał – niczego nowego nie wniesie, tym niemniej jest prawdziwy i ważny. Banał ów brzmi następująco: „Grzech Adama i Ewy spowodował, że ludzka natura została skażona złem, a jednym z efektów tego skażenia jest skłonność każdego człowieka do zła/grzechu.”

Skłonność do zła… Skłonność do grzechu… Czy to są jakieś dwie różne skłonności? Nie. To swego rodzaju techniczne rozróżnienie, wskazujące na to, że choć każdy grzech jest złem, to nie każde zło jest grzechem. O grzechu mówimy wówczas, gdy ktoś popełnia zło (tzn. sprzeciwia się woli Bożej wyrażonej w Dekalogu, bądź prawie naturalnym) w sposób dobrowolny i świadomy. Jeśli człowiek nie działa w sposób wolny, lub tak do końca nie wie co robi, wówczas zło owszem się dzieje, ale nie można mówić o grzechu tego człowieka (inaczej mówiąc: człowiek nie jest odpowiedzialny za popełnienie tego zła, lub jego odpowiedzialność nie jest pełna). Na nasz użytek, dla uproszczenia, będziemy określeń „skłonność do zła”, „skłonność do grzechu” używać zamiennie.

Trzeba też tutaj zaznaczyć, że skłonność do grzechu nie jest przymusem do grzechu. Ona tylko powoduje, że łatwiej jest nam grzeszyć, niż nie grzeszyć; łatwiej jest kogoś moralnie zepsuć, niż wychować go na porządnego człowieka; łatwiej jest iść za zachętą do złego, niż zachętą do dobrego…

Oczywiście, w większości przypadków człowiek nie ulega skłonności do zła, ponieważ pragnie zła dla samego zła. Zazwyczaj jest tak, że człowiek czyni zło (grzeszy) w imię jakiegoś dobra. Jakiego dobra? Żeby to wyjaśnić warto wrócić do Historyjek.

Każda z nich mówi o jakimś dziejącym się złu.

Najpierw patrzymy na ludzi, którzy – nie wiemy na ile świadomie – dążą do profanacji szczątków swego zmarłego ojca.

Dalej widzimy człowieka, który nie wnika w intencje towarzyszące Toyahowi, gdy ten mówił o „technice kaszlowej” i odsyła go… No właśnie, gdzie? Moim zdaniem do psychiatryka, ale mogę się mylić. Może po prostu chodzi o pełne lekceważenia odesłanie do tzw. „narożnika w ringu”? Może o coś zupełnie innego? A może o najzwyklejszą w świecie, choć barwnie wyrażoną (tzn. z nutą pogardy) obrazę?

Oto rodzice, którzy pragną (najprawdopodobniej?!) zbawienia dla swego dziecka, ale o własne zbawienie już nie chcą zabiegać. Być może w rzeczywistości kwestia zbawienia w ogóle (także w odniesieniu do dziecka) nie jest dla nich ważna, ale w takim razie dlaczego proszą o chrzest? By ludziom się przypodobać?

Trudno nie wspomnieć o tych, którzy w związku z trwającą pandemią, ulegli szaleństwu. Oczywiście, gdy z Toyahem w opisie tej sytuacji używamy określenia „szaleństwo”, nie mamy na myśli terminu medycznego. Odwołujemy się do pewnego (przyznaję: niezbyt uprzejmego) kolokwializmu obecnego w języku potocznym, zwracając uwagę na fakt, że umysły niektórych ludzi, będąc pod wielką presją nader złożonej rzeczywistości, usiłują tę rzeczywistość uprościć, tzn. tworzą swój własny świat, w którym wszystko jest spójne i logiczne, a to co tej spójności i logiczności zagraża, jest z definicji odrzucane. Skutkiem tego są wielkie, niedobre emocje i wynikające z tych emocji, naznaczone silnym poczuciem wyższości, pełne politowania lekceważenie inaczej świat postrzegających, bądź nawet wrogość wobec nich.

Kto nam jeszcze pozostał? Biskupi i księża, którzy ulegają naciskom tego świata, by ich przekaz był zgodny z tzw. nowoczesnymi trendami. Biskupi i księża, którzy ze strachu przed przylepieniem im łatki „kontrowersyjnego”, lub wręcz „wojowniczego”, przestają głosić ewangeliczną prawdę, lub głoszą ją półgębkiem.

Jest też człowiek, któremu „wydaje się, że wie” coś o nauczaniu Kościoła, o sakramentach świętych, oraz tym podobnych rzeczach i kierowany tym co mu się wydaje, w słusznym gniewie będącym reakcją na pedofilię zdarzającą się wśród  zboczonych księży (jak sam mówi: jest to 1% z ogólnej liczby duchownych), odmawia chrztu swemu dziecku, bo widocznie lepiej jest trzymać dziecko na uwięzi złego ducha, który na pewno owego dziecka nienawidzi i na pewno dobrze mu nie życzy, niż narażać owo dziecko na kontakt z instytucją Kościoła, która ponoć istnienie owego 1% w swoich szeregach toleruje.

No i na koniec naukowcy, którym nie chce się, albo się nie opłaca dążyć do prawdy, tudzież ci, którzy broniąc tzw. „dorobku naukowego”, tłumią naturalne dążenia, by „wiedzieć i rozumieć”…

Profanacja zwłok, obraza, powierzchowność i brak konsekwencji w wierze, „szaleństwo” zamknięcia się w swoim świecie, tchórzostwo, ignorancja, gnuśność…

Dziwny zestaw. Tak wyszło. Zestaw ten nie wyczerpuje oczywiście „bogactwa” złych, ludzkich postaw, ale jest dobry jak każdy inny, ponieważ jakikolwiek by on nie był, zawsze można zadać to jedno pytanie: Dlaczego ludzie coś takiego robią?

By to zrozumieć, zachęcam do obejrzenia pewnego filmiku (który zresztą na blogu Toyaha jest już gdzieś obecny):

 



 Mam nadzieję, że udało się Czcigodnym Czytelnikom ów filmik odpalić. Przyznam się, że gdy po raz pierwszy go zobaczyłem, zebrało mi się na wymioty, ponieważ ten obraz przedstawia diabelstwo w stanie czystym. A zrobiło mi się słabo, gdyż zrozumiałem, że ja – grzeczny, miły, dobroduszny miś – często postępuję jak ukazany w filmie grzeczny, miły, dobroduszny krasnoludek. Oczywiście, póki co, by bronić własnego komfortu nie traktuję kogoś, kogo „oswoiłem”, ani nikogo innego trotylem, ale zareagowć jakimś „Oj tam! Oj tam!” na zachętę, by szanować to co święte, bo w czym innym upatruję to, co mnie satysfakcjonuje? Oj, tak! Obrazić kogoś dla przyjemności? Dlaczego nie. Lekceważyć własne zbawienie, bo za dużo bym musiał w życiu zmieniać, by do zbawienia się zbliżyć? Oczywiście! Uważać się za mądrzejszego od tych wszystkich, zmanipulowanych głupków, bo życie w „swoim świecie” pokazało mi jak bardzo jestem bystry? Jasne, że tak! Być gnuśnym tchórzem w imię świętego spokoju i bezpiecznej egzystencji? Jak najbardziej. Ignorować oczywiste dobro i innych od tego dobra separować, ponieważ pojawienie się obok tego dobra jakiegoś zła jest dla mnie zbyt wielkim dysonansem, z powodu którego cierpię, lub mogę cierpieć? Jak nie, jak tak!

Dlaczego ludzie coś takiego robią? Dlaczego ja coś takiego robię? Bo pragnę zła? Oczywiście, że nie. Ja tylko chcę być zadowolony; chcę zaznać jakiejś satysfakcjonującej przyjemności; chcę świat i ludzi urządzić na swój obraz i swoje podobieństwo; chcę by nic mnie nie bolało, nic mi nie groziło – słowem: chcę być szczęśliwy. Tego chcę. Tego potrzebuję!...

 Skłonność do grzechu nie buja w powietrzu. Ona wrosła w naszą naturę, a tym co ją z nami spaja jest właśnie owo pragnienie szczęścia. Czy to pragnienie jest złe? Nie. Tyle tylko, że jest ono wykorzystywane przeciwko nam, przez TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Okazji by nam zaszkodzić odwołując się do naszego pragnienia szczęścia, nie przepuszcza nawet w kwiaciarni, ale o tym poczytamy dopiero w części trzeciej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wtorek, 18 stycznia 2022

Don Paddington: Rób zawsze to co daje szczęście! - czyli piekło na nas chuchnęło (część 1: historyjki)



Miałem plan dziś wrzucić tu nowy tekst, ale ponieważ jeszcze wczoraj nasz dobry ksiądz Rafał Krakowiak zapowiedział się, a uczynił to z wielkim przytupem, uznałem, że nie będę mu tu wchodził w paradę i ten blogi zostawię do jego wyłącznej dyspozycji. A zatem, bardzo proszę! Część Pierwsza.

 

Jakiś czas temu poszedłem do kwiaciarni, by kupić bukiet kwiatów dla pewnej bardzo zacnej niewiasty. Kwiaciarka wiła ów bukiet, a ja – czekając na ostateczny efekt jej wysiłków – kręciłem się po kwiaciarni przypatrując się temu całemu ustrojstwu, które jest typową ekspozycją w tego rodzaju miejscu. I właśnie wtedy, dostrzegłszy pewną rzecz, poczułem na karku oddech piekła. Było to bardzo niemiłe, wręcz odstręczające, ale zanim przejdę do szczegółów, proszę pozwolić, że – tytułem wstępnej ilustracji – przedstawię kilka wydarzeń (Historyjek), które na pierwszy rzut oka z kwiaciarnią i tym co tam zobaczyłem nie mają nic wspólnego.

 

 

***

Znajomy przedsiębiorca pogrzebowy – skądinąd człowiek bardzo porządny, pobożny i zaufania godny – opowiadał mi niedawno, że któregoś razu dorosłe dzieci pewnego zmarłego, w związku z pogrzebem swego ojca, wśród życzeń wysuwanych pod adresem firmy pogrzebowej domagały się pewnej niecodziennej usługi, gdyż „tatuś na pewno by tego chciał”. Usługa miała polegać na tym, by nasz przedsiębiorca do urny z prochami zmarłego (ciało zostało spopielone), włożył pół litra wódki. Owe dzieci sprawiały wrażenie bardzo nieszczęśliwych, gdy wzmiankowany przedsiębiorca drapał się z zakłopotaniem w głowę i nie był za bardzo skłonny, by postąpić w myśl zasady „klient – nasz pan!”

 

***

Naszego Gospodarza bardzo poruszyła śmierć śp. Jacka Drobnego. Snując refleksje na temat tego właśnie przypadku odejścia do wieczności, dość krytycznie odniósł się do komentarzy, które w związku z tą śmiercią pojawiły się na blogu ongiś z nami zaprzyjaźnionym. Pewien autor tam się udzielający, generalnie traktujący Krzysztofa Osiejuka niechętnie i lekceważąco (ale przecież nie wrogo; na wrogość trzeba sobie zasłużyć, tzn. być Kimś) opisał ów krytycyzm naszego ulubionego blogera w sposób następujący: „Toyah na swoim blogu opublikował swoją wersję aktu zgonu, że Jacka Drobnego „zabił covid”, a nasze tutejsze SNowskie, sekciarskie towarzystwo wymieszał z odchodami.”

Do tego momentu wszystko wyglądało na zwykłą nawalankę, która niekiedy zdarza się między blogerami, gdy inaczej pewne rzeczy widzą. I właściwie, tego rodzaju spory są nierozstrzygalne. Bo rzeczywiście, jak tu nam, laikom rozstrzygnąć, czy ktoś zmarł na covid (z powodu którego wdrożono choremu „terapię ECMO”), czy też ów chory odszedł z powodu SEPSY („szpitalnej choroby”, którą zmarły nabył właśnie w szpitalu). Toyah uważa, że to covid jest „zimnym mordercą”, a jego adwersarz (odnoszący się – mówiąc oględnie – z dużym dystansem do istnienia pandemii i jej zabójczych właściwości) uważa, że Osiejuk opowiada głupoty i jest jeszcze przy tym niegrzeczny. W porządku. To nic takiego. Różnica zdań. Normalka. Można nawet sądzić, że jeśli kiedyś obaj się spotkają, to przewrócą flaszkę i jakoś się pogodzą.

Jest jednak w tym wszystkim jedna, niepokojąca rzecz. Otóż wzmiankowany autor publikujący na zaprzyjaźnionym ongiś z nami blogu swoją opinię o głupotach wygadywanych przez naszego Gospodarza i jego deficytach wynikających z braku dobrego wychowania kończy następującym stwierdzeniem: „Jeśli chodzi o Toyaha i jego paranoję kowidowa, parę tygodni temu dowiedzieliśmy się, że on w publicznych miejscach kaszle na ludzi, którzy chodzą bez maseczki. To ma ich niby nawrócić na noszenie maseczek. TO jest ten moment, kiedy na porady jest już za późno.” 

Jestem dość uważnym czytelnikiem tego bloga. Jakoś nie zauważyłem, by Toyah chwalił się stosowaniem wzmiankowanej „techniki kaszlowej”, traktowanej jako zachęta do noszenia maseczek ochronnych. Było swego czasu głośno o Marku Migalskim, który tę „technikę” gorąco promował, ale że Osiejuk do niego dołączył?! Hm… Migalski i Toyah razem? Różne rzeczy dzieją się na tym świecie, ale żeby akurat to? Nieprawdopodobne. To może w takim razie coś komuś się pomyliło? Postanowiłem zapytać Toyaha o tę sprawę. ... … … … … Słuchajcie, słuchajcie! Jaki żal! Jaki ból! Niestety okazało się, że nic nikomu się nie pomyliło. Informacja o kaszlącym na ludzi, znanym blogerze z Katowic, okazała się być prawdziwą. Szok i niedowierzanie! Jak mogło dojść do czegoś takiego? Już wyjaśniam.

Jak niektórzy być może wiedzą, Krzysztof Osiejuk udziela się także na Twitterze. Jak wynika z zeznań oskarżonego, to tam właśnie wywiązała się dyskusja o maseczkach. Pan Krzysztof był za, inni byli przeciw, czyli jak zwykle. Tyle tylko, że – jak Toyah twierdzi – w tej dyskusji odnosił się nie tyle do odrzucających obowiązek noszenia maseczek w wiadomych miejscach, co raczej do pełnej wyższości postawy, którą sobą prezentują niektórzy z tych, którzy maseczek nie noszą. Nasz Gospodarz (a właściwie trzeba powiedzieć: „gospodarz”) w swej małości nie był w stanie dostrzec jakiegokolwiek uzasadnienia dla tego rodzaju demonstracji wolności i niezależności, czemu dał wyraz w charakterystyczny dla siebie sposób, tzn. głupio i bez sensu. Na pytanie co robi w takim razie, gdy z tego rodzaju postawą, (t.j. wzmiankowaną wyżej, uzasadnioną i oczywistą demonstracją wolności i niezależności) anty-maseczkowców się spotyka, odpowiedział: „Kaszlę na nich.”

Noooo, bardzo nieładnie… Naprawdę, bardzo nieładnie. Bo co z tego, że Toyah powie teraz, iż żartował, albo że jesteśmy zbyt głupi, by zrozumieć ironię? Nic to już nie da. Słowo się rzekło, a cytowany wyżej autor udzielający się na zaprzyjaźnionym ongiś z nami blogu, rzetelnie spełnił swój kronikarski obowiązek. Wielkie uznanie dla tego człowieka, który nota bene od dłuższego już czasu, w dobroci swojej usiłuje uświadomić nam wszystkim, że Toyah to jednak pomyłka, ponieważ jego refleksje (he, he! „refleksje”!) mają się nijak do rzeczywistości, a jego pretensje do ilorazu, oraz poczucie krzywdy gdy ktoś ukazuje mu jego małość, nie mają żadnego uzasadnienia. Tak, tak Krzysztofie Osiejuku: zygu, zygu!  To co zrobiłeś jest TYM  momentem, kiedy na porady jest już za późno. Trzeba się leczyć. A my z radością będziemy przypatrywać się tej kuracji.

 

***

Rozmowa z młodymi rodzicami, którzy proszą o chrzest ich dziecka. Okazuje się, że owi młodzi ludzie żyją w związku niesakramentalnym, choć nie mają żadnych przeszkód, by taki związek zawrzeć. Są ze sobą już kilka lat, budują dom, wygląda na to, że jest w ich życiu jakaś stabilizacja, ale ślubu kościelnego nie ma. Gdy grzecznie pytam, czy mają zamiar coś z tym zrobić, momentalnie się „jeżą” i nie odnosząc się do mojego pytania, sami pytanie zadają: „To co? Ponieważ nie mamy ślubu kościelnego, to ksiądz dziecka nam nie ochrzci?” Tłumaczę im, że chrzest oczywiście się odbędzie. Tyle tylko, że muszą zrozumieć, iż życie w niesakramentalnym związku nie jest normalną, chrześcijańską życiową sytuacją, że żyją w grzechu i choćby z tego powodu, jeśli tego nie naprawią – a mogą naprawić! – nie są w stanie dać swemu dziecku we wszystkim dobrego przykładu (nie mogą np. dać przykładu pełnego, tzn. z przyjętą Komunią Świętą, udziału w Eucharystii). A oprócz tego, żyjąc w takim stanie wystawiają na szwank możliwość osiągnięcia przez siebie zbawienia. Nie zawierając więc sakramentalnego małżeństwa, działają na szkodę swego dziecka („które – zapewniam! – będzie ochrzczone”) i na swoją własną szkodę. I w tym miejscu zadaję pytanie: „A dlaczego właściwie chcecie Państwo chrztu dla swojego dziecka?” Chwila nasyconego zdziwieniem milczenia, po czym trzy odpowiedzi: „No jak to? Chcemy chrztu, ponieważ sami jesteśmy ochrzczeni i nasi rodzice i dziadkowie byli ochrzczeni…”; „Chcemy zapisać dziecko do parafii.”; „Chcemy chrztu, bo dzieci się chrzci, prawda? No bo jest najpierw chrzest, potem pierwsza komunia: no tak to się przyjęło, tak to jest urządzone… No i dobrze, żeby dziecko żyło w wierze.” Pytam się wtedy: „A po co dziecku żyć w wierze? Co ono z tego będzie miało?”

Nie chcę przedłużać tej relacji. Ostatecznie wydusiłem z owych rodziców tę prawdę, że chrztu (podobnie jak wszystkich innych sakramentów) Kościół udziela ze względu na zbawienie człowieka, który do owego sakramentu przystępuje. Przyjęli to do wiadomości. Zgodzili się z tym („No tak! To przecież oczywiste: chcemy chrztu dla naszego dziecka, ponieważ pragniemy, by było zbawione.”). I jak tu wtedy nie zapytać: „To chcecie, by wasze dziecko było zbawione, a nie zależy wam na swoim własnym zbawieniu?” Oburzenie: „Co też ksiądz mówi. Pewnie, że chcemy być zbawieni!” No i trzeba wtedy powiedzieć ludziom ten gorzki tekst: „Żyjąc w związku niesakramentalnym i nie mając żadnych przeszkód, by to zmienić, nie zbliżacie się do zbawienia. Idziecie raczej w odwrotnym kierunku… To co? Porozmawiamy o waszym ślubie?” … … … … … „Nie, proszę księdza. Nam, tak jak jest teraz, jest dobrze. Czujemy się szczęśliwi. Nie chcemy niczego zmieniać. Ślub nie jest nam do niczego potrzebny.”

 

***

Jak doskonale o tym wiemy, pandemia spowodowała, że do dotychczas istniejących między nami różnic, doszły różnice nowe – różnice które generują emocje nie mniejsze i nie mniej barwne od tych, które pojawiają się w związku z odmiennym podejściem do pewnych zjawisk kojarzonych z polityką, z Kościołem, z disco polo, bądź z piłką nożną. Do emocji związanych z polityką (***** ***; POpaprańcy), Kościołem (pedofile i nieroby; bezbożne pedalskie liberały podnoszące rękę na to, co święte), disco polo (remiza z playbacku; przy tej muzyce bawi się 8 milionów ludzi) i piłką nożną (Cracovia Pany; Legia psy) zdążyliśmy się już poniekąd przyzwyczaić, choć osobiście znoszę to z trudem (zwłaszcza gdy zdam sobie sprawę, że tego rodzaju emocjom ulegam), natomiast to, co dzieje się z niektórymi z nas w związku z pandemią, jest czymś nie tyle niewytłumaczalnym (niniejszy tekst ma właśnie pewne sprawy wytłumaczyć), co raczej świadczącym o poprawności diagnozy, którą swego czasu postawił Toyah, pisząc co następuje: „Wśród wielu rzeczy, których się obawiałem w miarę z jednej strony trwania epidemii, a z drugiej ciągłych i coraz bardziej chaotycznych prób radzenia sobie z nią, często w sposób kompletnie absurdalny, była i ta, że wielu z nas tego nie wytrzyma i przez nią oszaleje, i albo ze strachu przed nią wpadnie w stan ciężkiej histerii, albo odwrotnie – w najbardziej absurdalny sposób zakwestionuje jej istnienie i sens tej walki, uznając ją za depopulacyjny plan George’a Sorosa, Billa Gatesa, czy diabli wiedzą kogo jeszcze. I proszę sobie wyobrazić, że znam osobiście ludzi z obu stron tego szaleństwa, czyli kogoś kto ze strachu przed COVID-em autentycznie stracił zmysły, ale i też osoby, które podobnie oszalały, tyle że ze strachu przed niezbadanym spiskiem.” (zobacz na niniejszym blogu: „Gdy przychodzi nam wejść w czas karnawału”; 4.01.2022.).

Do tych dwóch przejawów szaleństwa wymienionych przez naszego Gospodarza, dodał bym od siebie trzeci (związany z naszą chrześcijańską wiarą), którego ilustracją jest napis na nagrobku pewnego wisielca: „Bóg tak chciał!”

Ci, którzy nie wytrzymali i ze strachu przed pandemią wpadli w stan ciężkiej histerii, domagają się „szczepionkowego zamordyzmu”, oraz permanentnego lockdown’u, a nie-zaszczepionych i nie stosujących się do rozmaitych, wynikających z trwania pandemii ograniczeń nazywają mordercami.

Ci, którzy nie wytrzymali i kwestionują istnienie pandemii i sens walki z nią, domagają się ujawnienia ukrywanej przez rząd prawdy o plandemii, odrzucają szczepionki, kwestionują konieczność stosowania się do wymogów sanitarnych, a o zakładających na twarze maseczki ochronne mówią, że noszą „kaganiec na ryju”, albo „szmatę na mordzie” (koniecznie „na ryju” i koniecznie „na mordzie”).

Ci, którzy nie wytrzymali i wiarę mylą z fatalizmem uważają, że Bóg w dobroci swojej uchroni nas  – jeśli mamy wiarę! – przed złością koronawirusa, stąd nie są potrzebne żadne działania medyczne (szczepienia, noszenie maseczek, dezynfekcja itp.), ani tym bardziej rządowe (lockdown, limity obecności w kościołach i innych miejscach itd.). A jeśli nawet ktoś zaraziwszy się umrze, no to trudno. Widocznie „Bóg tak chciał”.

 

***

W ubiegłym roku ukazał się wywiad – rzeka z kard. Gerhardem L. Műllerem, byłym prefektem watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary („Prawda. Raport o stanie Kościoła. Kard. Gerhard L. Műller w rozmowie z Martinem Lohmannem”. Wydawnictwo AA, Kraków 2021). Wywiad ten w niektórych swoich częściach jest dość trudny w odbiorze, ponieważ kard. Műller, jako wybitny, niemiecki teolog ma skłonność (jak to niemiecki teolog) do posługiwania się hermetycznym językiem, tym niemniej rzecz sama w sobie jest znakomita.

Rozmówcy próbują opisać sytuację Kościoła w świecie, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji Kościoła w Niemczech. Kardynał zauważa - à propos tego co się dzieje w Kościele niemieckim – że ponieważ „coraz bardziej kurczy się Kościół ludowy, biskupi koniecznie chcą nadążyć za tematami światowymi. Uważają, że powinni grać w innej lidze. Mają się za prominentów, gdy prezentując swobodną niedbałość, otwierają drzwi dla home-stories. Wyraża się w tym jednak pewna bezradność, pokazująca się także i wtedy, gdy głosi się kazania o zmianie klimatu, nie będąc w tej materii ekspertem. Mówi się, co tylko ślina na język przyniesie, jak wcześniej w okresie Oświecenia: o uprawie roli, hodowli bydła i higienie ludu, żeby tylko nie zostać zaatakowanym przez pewne kręgi polityków i macherów programowych. (…) Zadanie biskupów nie polega na uleganiu naciskowi na zgodność. Obecnie trudno nawet mówić o solidarności pomiędzy biskupami i duchowieństwem, a przecież obowiązkiem pierwszych jest umacnianie najbliższych współpracowników do wyznawania prawdy. Nader często widać, jak zbija się kapitał właśnie kosztem tego. Niektórzy konsultanci ds. mediów chwalą nawet swego biskupa: Słusznie ksiądz postąpił, że się nie wychylił i nie spotkał się z atakiem. Wydaje mi się, że wielu biskupów po prostu boi się, aby nie zostali określeni mianem kontrowersyjny. Również wojowniczy uchodzi za negatywną ocenę.”

Punktem wyjścia do tej jakże mocnej wypowiedzi kard. Műllera, było przytoczenie opinii biskupa Heinera Wilmera, ordynariusza Hildesheim, który w audycji radiowej na Wielkanoc 2019 roku, pytany o Gretę Thunberg i podobnych jej młodych działaczy społecznych stwierdził: „[Ludzie ci] są kreatywni niczym Bóg stworzyciel, błyskotliwi niczym Duch Święty i energiczni jak Jezus Chrystus.”

Coś pięknego!...

 

***

Krzysztof Stanowski: coraz bardziej popularny dziennikarz sportowy, jeden z właścicieli internetowego Kanału Sportowego, którego format wykracza poza sport. Ciekawy pomysł. Pan Stanowski jest chyba duszą tego projektu, a z racji swej bystrości, poczucia humoru i ciętego języka, jest przez widzów bardzo lubiany. Też go lubię. Fajny, gadający rozsądne rzeczy gość, choć jak na mój gust nadużywa – pewnie dla jakiegoś ważnego powodu – wulgaryzmów.

Jakiś czas temu natknąłem się na dość już stary filmik Kanału Sportowego z udziałem Stanowskiego. Pan Krzysztof wyrażał się tam bardzo niepochlebnie o o. Tadeuszu Rydzyku, który miał gdzieś powiedzieć – à propos pedofilii, której księża ponoć z lubością się oddają – „Ksiądz zgrzeszył? No zgrzeszył… A kto nie ma pokus?” Jak wspomniałem wyżej, lubię pana Stanowskiego, a moja sympatia do o. Tadeusza zbyt wielka nie jest, tym niemniej treść wzmiankowanego filmiku bardzo mnie zasmuciła, a przyczyną owego smutku był niestety pan Krzysztof. Zacny ten dziennikarz ceni sobie mieć swoje własne zdanie i wierzę głęboko, że jest on tzw. „niezależnym publicystą” pracującym „na swoim”. Nie odmawiam mu prawa, by to swoje własne zdanie miał także o o. Rydzyku i o pedofilii wśród księży. I nie przeszkadza mi to, że owo zdanie w wymienionych kwestiach jest zbliżone do zdania, albo wręcz tożsame ze zdaniem tzw. mainstream’u medialnego w Polsce, od którego pan Stanowski zdaje się dystansować. Źle to o mnie świadczy, ale nie przeszkadza mi także to, że pan Krzysztof nie uwzględnił kontekstu wypowiedzi szefa Radia Maryja, choć owo uwzględnianie jest, o ile się orientuję, swego rodzaju „przedszkolem” w dziennikarskiej działalności. Przeszkadza mi jednak to, że nasz znakomity i jakże popularny dziennikarz, słowa o. Rydzyka o pokusie i grzechu zinterpretował jako próbę bagatelizowania czynu pedofilskiego i próbę usprawiedliwienia pedofilów w sutannach. Pan Stanowski uważa bowiem (oddając sens jego wypowiedzi), że „pedofilia to nie grzech, lecz ciężkie przestępstwo. Przestańcie opowiadać o jakimś grzechu. Grzech to jest wtedy, gdy się nie pójdzie do kościoła w niedzielę, albo zjesz sześć kotletów zamiast dwóch; to jest wtedy grzech obżarstwa, a pedofilia to nie jest żaden grzech, tylko ciężkie przestępstwo.” W podobnym duchu pan Krzysztof definiuje pokusę („Pokusę to można mieć, żeby wypić szóste piwo, albo zjeść czekoladę… Ale mieć pokusę – mieć ochotę – żeby odbyć stosunek seksualny z dzieckiem?!”), na co możemy się uśmiechnąć i powiedzieć: „Rasowy ironista. Jakże fajnie sobie żartuje z tych wszystkich lemingów myślących, że naukę Kościoła mają w małym palcu”, albo z lekceważeniem wzruszyć ramionami i stwierdzić, że pan Stanowski jest ignorantem, który nie rozumie podstawowych pojęć. Z wymowy filmiku wynika, że ów dziennikarz raczej nie żartuje; jemu wydaje się, że wie. To jest trochę tak, jak z alkoholizmem, o którym niedawno Toyah pisał: niektórym się wydaje, że alkoholik wyleczony, to alkoholik niepijący. Myślę, że podobny schemat opisu rzeczywistości pojawia się w głowach tych, którym się wydaje, że popełnienia ciężkiego przestępstwa nie można nazwać grzechem, bo grzech i ciężkie przestępstwo to dwie zupełnie różne sprawy, a pragnienia popełnienia przestępstwa nie można nazwać pokusą, bo pokusa dotyczy tylko obżarstwa, ewentualnie chęci zapuszczenia żurawia w kobiecy dekolt.

To są wszystko mało poważne rzeczy, z których można się pośmiać, choć konstatacje wynikające z owego śmiechu zbyt wesołe nie są. I nie chodzi mi tutaj o ocenę intelektualnych i duchowych walorów przedstawicieli świata dziennikarskiego („Jeśli ktoś w miarę sensowny, jak Stanowski, robi coś takiego, to co dopiero ci, którzy tak sensowni nie są?”), lecz o pewną pułapkę, w którą ludzie tacy jak zacny pan Krzysztof, trochę może bezwiednie, a trochę kokietując mainstream („od którego oczywiście trzymam się na dystans!”) wpadają. Krzysztof Stanowski opowiedział o tym w jaki sposób w tę pułapkę wlazł (choć pewnie do dnia dzisiejszego nie zdaje sobie sprawy z istnienia tych sideł, ani też z tego, że się w nie zaplątał), ja zaś spróbuję opisać – w oparciu o relację dziennikarza – kształt konstrukcji owej pułapki:

- pedofilia to oburzające, ciężkie przestępstwo, którego dopuszczają się także księża (mówi się, że na ogólną ilość duchownych, 1% to zboczeńcy, choć zapewne jest ich więcej);

- ok. 99% księży w Kościele to fantastyczni ludzie, ale ponieważ instytucja Kościoła od tego 1% zboków się nie odcina, a nawet tego procenta broni (vide: o. Tadeusz Rydzyk et consortes), w takim razie Kościół (instytucja Kościoła) musi budzić obrzydzenie, co tym samym prowadzi do wniosku, że istnienie owych 99% fantastycznych duchownych w Kościele funkcjonujacych, nie ma zbyt wielkiego znaczenia;

- jeśli Kościół budzi obrzydzenie, to lepiej jeśli trzymasz siebie i swoich bliskich z daleka od niego i od jego posługi;

- uściślając: dla dobrego twego samopoczucia i komfortu psychicznego twoich bliskich, nie rób niczego, co w jakikolwiek sposób wiązałoby cię z Kościołem, np. nie proś o chrzest dla swego dziecka, bo chrzest, który jest przecież niczym innym jak uiszczeniem wpisowego do Kościoła, t.j. do instytucji budzącej obrzydzenie, byłby wtrynianiem się w życie potomka, który i tak nic w tej chwili nie kuma, a w przyszłości mógłby mieć pretensje, że przez chrzest pokojarzyłeś go z jakimś obrzydlistwem.

… … … … …

Sidła zastawione. Zapraszamy do wejścia.

 

***

Coryllus. Coryllus, czyli pan Gabriel Maciejewski. Nigdy nie będzie tak popularny jak Krzysztof Stanowski. Tym niemniej, to panu Gabrielowi postawią kiedyś pomnik na głównym rynku takiego, czy innego miasta, a istnienia pana Stanowskiego, za kilkadziesiąt lat, raczej mało kto będzie świadomy (tak jak mało kto jest dzisiaj świadomy istnienia, bardzo kiedyś popularnego, śp. Tomasza Hopfera). Powtórzę się, bo już o tym wspominałem: lubię pana Stanowskiego. Lubię go mimo tego, że prawi czasem – rzadko bo rzadko, ale jednak – głupstwa. Czy lubię Coryllusa? Lubię jego sposób podejścia do analizy i wynikającego z tej analizy opisu rzeczywistości, zwłaszcza rzeczywistości historycznej. Na czym to podejście polega? Generalnie na nieufności wobec pewnych schematów obowiązujących w polskiej, czy światowej historiografii, oraz na wątpliwościach dotyczących interpretacji źródeł historycznych i wykazywaniu, że w tych interpretacjach nie wszystkie istniejące źródła są wykorzystywane i nie wszystkie czynniki na które źródła wskazują, traktowane są przez tzw. profesjonalnych historyków, z należytą powagą. Jakie są efekty tego rodzaju spojrzenia na historię? Moim zdaniem rewelacyjne. Nie trzeba się z panem Gabrielem we wszystkim zgadzać, tym niemniej wskazywane przez niego mocne i mocno uderzające w Polskę zaangażowanie Anglików we Wschodniej Europie (przynajmniej od XIV wieku), choć udokumentowane, w dalszym chyba ciągu nie zasługuje na uwagę tych „profesjonalnych”. Podobnie rzecz się ma z silną obecnością interesów weneckich w Polsce (Coryllus przypuszcza, że przynajmniej od czasów Bolesława Śmiałego), czy wrogą wobec Rzeczypospolitej aktywnością banków holenderskich w czasie tzw. powstania Chmielnickiego. Sądzę, że przeciętny zjadacz chleba w życiu nie słyszał – w kontekście historii Polski – o tych Anglikach, Wenecjanach, czy Holendrach, choć „są na to papiery”, którymi historycy mogą się zająć. Mogą się zająć, owszem, ale to wcale nie oznacza, że się zajmują, bądź się zajmą. Tego rodzaju aktywność wymaga bowiem chęci, czasu i pieniędzy, a nade wszystko wymaga odwagi, by w jakiś sposób przeciwstawić się obowiązującemu schematowi patrzenia na historię – schematowi, w którym nie ma miejsca na jakichś Anglików, Wenecjan i Holendrów i na którego straży stoją uniwersytety i instytuty badawcze (Coryllus by powiedział: propagandyści z profesorskimi tytułami) rozdzielające skromnym doktorom naukowe granty. W tej sytuacji trudno mieć nadzieję, że którykolwiek z tych wzmiankowanych doktorów wejdzie na ścieżkę wytyczoną przez pana Maciejewskiego. Jak mówi klasyk: „Jeść trzeba”. A prawda? A dążenie do prawdy? Że znowu pojadę klasykiem: „A cóż to jest, prawda?”

Szkoda gadać. Szkoda tym bardziej, że ponoć „Historia jest nauczycielką życia”. No jest. Ale czego ona może nauczyć, jeśli jest niepełna, albo nafaszerowana rozmaitymi fałszami?

 

***

Niech to wystarczy. Tego rodzaju historyjek jest całe mnóstwo. Czy coś je łączy? Oczywiście. By to zobaczyć, trzeba wrócić do kwiaciarni, o której mówiłem na wstępie. Mam nadzieję, że w części drugiej uda mi się to pokazać.

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 15 stycznia 2022

Gdy wypuścili na nas niepijących alkoholików

 

      Choć przyznaję bez bicia, że od paru tygodni nie opuszcza mnie obawa – a ów wątek rozszerzę wkrótce – że ten blog w ostatecznym rozrachunku przyniósł więcej złego niż dobrego, jednego jestem pewien: to że mogę tu pisać to co mi ślina na język przyniesie i nikomu nic do tego, to wartość nie do przecenienia. Zastanówmy się bowiem, jak by to było, gdybym ja nagle postanowił ujawnić tu fakt, że Anna Godzwon, wicedyrektor Centrum Informacyjnego Senatu RP, oskarżona o stosowanie ciężkiego mobbingu wobec osób jej podległych, to ciężka alkoholiczka, a ktoś by mi nagle powiedział, że przepraszam bardzo, ale jeszcze nie teraz, i lepiej będzie jeśli jeszcze poczekamy na rozwój wypadków. Szczęśliwie bardzo, ja tu sobie mogę pozwalać na prawie wszystko, a zatem też i na to, by napisać o tym, jak to kolejne instytucje Rzeczpospolitej tolerowały w swoich szeregach osobę chorą w sposób oczywisty, i to chorą na tyle poważnie i nieodwracalnie, że w efekcie niebezpieczną dla otoczenia, a przez to nie nadającą się do pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych.

       Zacznijmy jednak od początku, a więc zaledwie od wrażeń. Otóż kiedy ja po raz pierwszy u boku marszałka Grodzkiego ujrzałem to coś, byłem zszokowany na tyle, że nawet  nie chciało mi się tego komentować. Chwilę później jednak dowiedziałem się, że to jest wspomniana Anna Godzwon, dziś Grodzkiego prawa ręka, a wcześniej dziennikarka Polskiego Radia, pracownik Biura Prasowego Sejmu, następnie jeden z najbliższych urzędników kancelarii prezydenta Komorowskiego, a dziś, jak już wspomnieliśmy, wicedyrektor Centrum Informacyjnego Senatu. Dziś natomiast dowiaduję się, że ta szczególna bardzo kobieta, nie dość że jest oskarżona o dręczenie podległych jej służbowo osób, to pozostając na najwyższych stanowiskach państwowych, legitymuje się wieloletnim uzależnieniem od alkoholu, i to nie takim jak nam się zdarza od okazji, ale uzależnieniem które nie pozwala normalnie funkcjonować  przez choćby kilka minut kolejnego dnia.

       Skąd ja mam informację o alkoholizmie Anny Godzwon? Odpowiedz jest prosta. Godzwon, podobnie jak wielu alkoholików przed nią, w ramach standardowej terapii, z najwyższą swego czasu dumą, to co ma za paznokciami ujawniła ogólnopolskim mediom, a jej odważna opowieść pozostaje wszędzie cytowana do dziś. Co z niej wynika? No przede wszystkim to, że Anna Godzwon, przez wiele lat, będąc bardzo eksponowaną dziennikarką Polskiego Radia, pozostawała w stanie tak strasznego uzależnienia od alkoholu, że przez cały ów czas pozostawała na granicy śmierci. Z wyznań jakie ona nam przedstawia dziś, kiedy to już jest tak zwaną „niepijącą alkoholiczką”, wynika że gdyby nie pomoc kolegów, ona dziś by gniła gdzieś w rynsztoku, albo w ogóle nie było jej wśród nas, a tymczasem  pozostaje bardzo ważną częścią tak zwanego establishmentu.

         We wspomnianym wywiadzie pojawia się pytanie, czy poza najblizszymi przyjaciółmi, którzy, kiedy ona leżała zażygana w swojej łazience, próbowali ją utrzymać przy tak zwanym korycie, ktokolwiek – w tym prezydent Komorowski –  wiedział, z kim ma do czynienia. Otóż okazuje się, że niektórzy wiedzieli, niektórzy nie, natomiast sam Komorowski – nie bardzo. A ja się zastanawiam już tylko, czy  i jak to się w ogóle mogło stać – kiedy Godzwon dostawała swoją fuchę u Grodzkiego, otoczenie wiedziało, że ma do czynienia z osobą w najwyższym stopniu podejrzaną, której nie wolno wyznaczać jakichkolwiek innych zadań poza, powiedzmy, sprzątaniem biur, i to w dodatku w takich miejscach i w takim czasie, gdy w okolicy nie będzie nikogo poza nią.

       Po raz któryś z kolei, tak by nie uronić ani kawałka, czytam wywiad jakiego swego czasu na temat swojego alkoholizmu Anna Godzwon udzieliła „Gazecie Prawnej” i z tego co ona bardzo fachowo i nadzwyczaj dokładnie nam przedstawia, wynika że ona do końca życia już będzie alkoholiczką w zawieszeniu, w dodatku w zawieszeniu na najcieńszej możliwie strunie. Opowiada nam Godzwon, jak to ona za każdym razem gdy kupuje cukierki, musi sprawdzić, czy tam przypadkiem nie ma alkoholu, jak to u siebie w mieszkaniu nie toleruje jakichkolwiek butelek, bo one się jej źle kojarzą, jak wreszcie, że ona zdaje sobie sprawę z tego, że „alkoholizm to jej immamentna cecha”, a ja się zastanawiam jak to jest, kiedy ową osobą z flaszką w duszy, sercu i mózgu, jest nawet ktoś pełniący wysokie funkcje państwowe, ale choćby zaledwie nasz szef, a jednocześnie ktoś, o kim – wedle autoryzowanych przez samą Godzwon słów – prezydent Obama powiedział, że „she’s great” Nie zmyślam.

       Dziś, jak słyszę, Godzwon wraz z jej zachowaniem wobec podległych sobie urzędników, pozostaje od dwóch tygodni niedostępna. Oficjalne źródła Senatu informują, że ona, normalnie, pracuje z domu. Ja jednak obawiam się, że w reakcji na stres, który musiał stać się w tych dniach jej udziałem, a wywołany swiadomością, że oto już za chwilę cały ten świat, który tak ukochala, świat tych ważnnych polityków, prezydentów, premierów, któych numery mam w swoijej komórce”, runie, zagapiła się w kwestii tego jednego cukierka i poszła w tak zwaną „długą”, i dziś jest już po Godzwon. Jedyne co mnie teraz więc interesuje, to to, jak sobie z tym czego się za chwilę dowiemy, poradzą sobie marszałek Grodzki, ale też wielu innych, nie wykluczając z tego grona prezydenta Komorowskiego. O ile nie jest tak że oni wszyscy równo chleją i moje uwagi mają głęboko w nosie.







 

Czekając na pierwszą polską romantyczną komedię o aborcji?

         Parę dni temu w rozmowie ze znajomym pojawiła się nagle kwestia – już nie pamiętam jaki był kontekst owego wspomnienia – pewnej bar...