czwartek, 5 sierpnia 2021

Krótka instrukcja napuszczania jednych na drugiego

 

          Mam oczywiście świadomość, że wszyscy mamy mnóstwo powodów, by się interesować i cieszyć życiem, nie zważając na to, co nam wrzucają media i ci wszyscy którzy je utrzymuja w odpowiedniej kondycji, niemniej chciałbym dziś rzucić okiem na kwestia jak najbardziej dziś dyskutowaną we wspomnianych mediach, a mianowicie zapowiedzianą przez miłościwie nam panujące Prawo i Sprawiedlwość podwyżką uposażeń polityków, począwszy od samego dna, czyli Lechu Wałęsy, a kończąc na obecnym prezydencie Andrzeju Dudzie. Oczywiście dla nikogo z nas tu obecnych zapewne nie ulega cienia watpliwości, że owe sześć tysięcy złotych w sprawie którego od pewnego czasu nieustannie jęczy wspomniany Lech Wałęsa, to wstyd i hańba dla dużego, posiadajacego swoje ambicje państwa w centrum Europy. Każdy z nas jednocześnie wie naturalnie, że oni wszyscy mają swoje osobne sposoby, by zadbać o odpowiedni stadard życia, niemniej jednak, jeśli już mamy się trzymać tego co oficjalne, to, owszem, owe podwyżki nie podlegają dyskusji. I tu wypadałby uznać, że mamy koniec rozmowy, ja natomiast chciałbym wspomnieć o czymś znacznie ciekawszym.

          Jak wiemy, w momencie gdy władza zapowiedziała owe podwyżki, natychmiast odezwał się nie kto inny jak Donald Tusk plus jego świeżo kompletowana drużyna i owej propozycji powiedziała twarde „nie”. To jednak, plus wszystko to co ową deklarację otacza, z mojego punktu widzenia można było przewidzieć od samego początku. Wiadomo było od zawsze, że w momencie gdy pojawi sie propozycja podwyższenia wynagrodzeń polityków, Donald Tusk, a za nim całe to „posłuszeństwo”, którego działania obserwujemy niemal każdego dnia, pokażą że oni są przeciwko, bo to się przecież nie godzi, by politycy zarabiali miliardy, podczas gdy przeciętny nauczyciel historii Jan Kowalski nie wie jak związać koniec z końcem.

        Ja tymczasem mam tu pewną teorię, co do której prawdziwości mam swoje wątpliwości, jednak uważam ją za tyle ciekawą, że chciałem się nią tu podzielić. Otóż kiedy obserwuję ruchy na politycznej scenie, głównie opanowanej przez tak zwaną „totalną opozycję”, a wywołane przez ową zapowiedź podwyżek, odnoszę wrażenie, że – pomijając oczywiście samego Donalda Tuska, który ma głęboko w nosie to, ile będą zarabiali jego dawni znajomi – wszyscy dokładnie posłowie, senatorowie, ministrowie, prezydenci i diabli wiedzą kto jeszcze, wyczekują tej podwyżki jak kania dżdżu. Wszyscy oni razem, wiedząc że PiS i tak zrobi dla swoich co chce, w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, ową podwyżkę oficjalnie będą kontestować.

       Ja się natomiast zastanawiam, co będzie, gdy po tym jak Donald Tusk tych wszystkich swoich rycerzy postawił już do pionu i kazał im wystąpić przeciwko interesom swoim i swoich rodzin, a oni posłusznie pochylili przed nim swoje łby, władza zakomunikuje, że no właściwie to co ogłasza przewodniczący Tusk to święta racja, nie wypada by polscy politycy zarabiali choć grosz więcej niż dotychczas,  i oni wszyscy w tym momencie pozostaną z przysłowiową ręką w nocniku. Kto wówczas zostanie tym głównym przegranym? No i kto zostanie przy tym tym pierwszym wrogiem? No kto?

       Ale myślę sobie jeszcze coś więcej. Otóż gdybym ja był na miejscu Jarosława Kaczyńskiego i został niespodziewanie skonfrontowany z powrotem do kraju Donalda Tuska, z taką perspektywą że on już za chwilę przejmie cały rząd dusz i poprowadzi Polskę do Nowego Wspaniałego Świata, to ja bym właśnie zrobił właśnie to: ogłosiłbym podwyżkę uposażeń dla polityków, a potem już tylko spokojnie czekał aż ten dureń połknie ów haczyk i zrobi to co wszyscy właśnie widzimy, że zrobił. Potem oczywiście bym wystąpił w państwowej telewizji, przeprosił za swój niefortunny i nieprzemyślany pomysł i w ramach zadośćuczynienia za ów błąd od nowego roku w ramach swoistej bonikfikaty pensje politykom obniżył. Ludzie związani z obozem władzy jakoś by sobie oczywiście poradzili, natomiast co z resztą, to już nie moja sprawa. Ogłosiłbym więc akcję „Reset”, a potem bym wrócił do domu, włączył telewizor i spokojnie czekał na informacje na temat tego jak się miewa przywódcza pozycja Donalda Tuska.

       Tak bym zrobił ja i mam bardzo mocne wrażenie, że taki to właśnie był plan. Piszę o nim dziś bez jakiejkolwiek pewności, że mam słuszność i moje koncepcje mają rację bytu, niemniej jestem spokojny. Nawet jeśli się okaże, że wykazałem się odpowiednią przenikliwością, i tak to właśnie się rozwija, to i tak oni o tym nie usłyszą, a nawet gdyby, to i tak już za późno.



 

środa, 4 sierpnia 2021

Andy Gill czyli paradoks rzeczy

 

       Opisując owo wydarzenie, bardzo krótko powiem tylko, że po śmierci Mao Tse Tunga, dla kontynuowania rozpoczętej przez niego tak zwanej rewolucji kulturalnej, a jednocześnie powstrzymania ewentualnych zmian, polityczną władzę w Chinach miała zamiar przejąć jego czwarta żona oraz troje jej partyjnych kolegów, jednak ich starania zostały w jednej chwili zneutralizowane, wszyscy zostali aresztowani, a następnie skazani albo na karę śmierci, albo na długoletnie więzienie, a pamięć o nich została zapisana w popularnej nazwie „Banda Czworga”. A mnie ani owa grupka, ani tym bardziej samo wydarzenie nie zainteresowałoby ani na moment, gdyby nie muzyczna grupa, reprezentująca scenę brytyjskiego punk rocka wczesnych lat 80-tych, o nazwie Gang of Four. Ja oczywiście wiedziałem o co chodzi z tą Bandą Czworga i co mieli w głowie członkowie owego zespołu, gdy postanowili w ten akurat sposób się zatytułować, niemniej bez śladu wstydu przyznaję, że zarówno wtedy, jak i w dalszym ciągu dziś, kiedy jestem już starszym panem, uważam ich za jeden z najwybitniejszych rockowych projektów minionego wieku, a gitarzystę Andy Gilla – wieść niesie że bez niego gitarzysta Edge z popularnego zespołu U-2 mógłby najwyżej grać ballady Donovana w brytyjskich pubach – mogę słuchać bez końca.

        A zatem, jak powszechnie wiadomo, legenda brytyjskiego punk rocka Gang of Four to komuniści i to komunisci nie byle jacy. Trochę tak jak jeden z największych jazzowych kontrabasistów w historii gatunku, śp. Charlie Haden, który swego czasu zadeklarował, że każdy dżwięk jaki dotychczas zagrał i jeszcze zagra „zostanie poświęcony Wielkiej Czerwonej Rewolucji”. Ja jednak, mimo ciężaru jaki przyszło nieść tym dwóm, słucham ich regularnie i z nadzwyczajną radością, dokładnie tak samo jak oglądam obrazki Marka Raczkowskiego, słucham piosenek rappera Łona, czy zachwycam się grą aktorską Daniela Olbrychskiego. Tak to już bowiem jest, że są ludzie którzy dostali od Pana Boga ten jeden jedyny talent, ale jakimś cudem go nie zakopali i będąc kompletnymi idiotami, potrafią jakoś tam ubarwić nasze życie.

       No ale mówiliśmy o zespole Gang of Four i to o nich dziś jest ten tekst. Otóż, jak się właśnie dowiedziałem, gitrzysta zespołu Andy Gill, jedyny oryginalny jego członek, który, nie zważając na upływ czasu, zdecydował się ciągnąć ten projekt w tej samej co wówczas formule, zmarł 1 lutego zeszłego roku z powodu zapalenia płuc i związanych z nim dolegliwości, a oficjalnie przyjęta opinia jest taka, że jest on jedną z pierwszych osób, które zmarły w wyniku zakażenia COVID-19. Czemu tak? Otóż przyczyna jest, nomen omen, zabójczo prosta. Otóż jesienią roku 2019 zespól udał się na występy do swoich ukochanych Chin i to tam go właśnie ów wirus dopadł.

       Niektórzy na to mówią „karma”, ja jednak będę nadal słuchał piosenek zespołu Gang of Four, teksty które oni wyśpiewują zachowam w głębokiej dupie, no a przede wszystkim będę się modlił za duszę Andy Gilla i wszystkich tych, którzy jeszcze planują póść jego śladem.



wtorek, 3 sierpnia 2021

Wołają na niego Donald Tusk


Gdy po raz pierwszy pojawiły się zapowiedzi, że Donald Tusk może wrócić do Polski i ponownie stanąć na czele Platformy Obywatelskiej, by spróbować wyrwać nas z podwójnego nelsona jaki nam założyło Prawo i Sprawiedliwość, miałem do tego planu stosunek ambiwalentny. Oczywiście bardzo liczyłem na to, że on tu wróci i po niedługim czasie zostanie aresztowany, a następnie wyrokiem sądu wtrącony do oszklonej celi, gdzie do końca świata będą mogły oglądać szkolne wycieczki, z drugiej jednak strony bardzo bałem się tych dni, kiedy on zacznie się udzielać w mediach i nas zwyczajnie – przepraszam za język, ale nic lepszego mi do głowy nie przychodzi – wkurwiać. Ostatecznie więc uznałem, że lepiej będzie dla mojego zdrowia jeśli on tam w tej Brukseli zostanie i spokojnie tam zdycha, a ja przynajmniej będę miał spokój.

Jak dziś już wszyscy wiemy, wrócił, a moje obawy okazały sie słuszne w stopniu, którego pewnie nikt się nie spodziewał. Gdybyśmy zachowanie Donalda Tuska zechcieli nazwać dziś wspomnianym wcześniej „wkurwianiem”, stanowiłoby to skandaliczne niedopowiedzenie. Gdy słucham codzienhych relacji na temat tego, co ten kosmita wyrabia, odnoszę wrażenie, że jego dziś już prawdopodobnie nienawidzą wszyscy działacze Platoformy Obywatelskiej, a jeśli któryś z nich wciąż jeszcze nie strzelił go w ten tępy pysk, to chyba tylko dlatego, że nie ma do końca pewności, jak ów gest zostanie przyjęty przez resztę.

Mogę się, jak zawsze oczywiście, mylić, niemniej jednak wciąż mam bardzo mocne przekonanie, że jeszcze chwila, a ktoś faktycznie nie wytrzyma i wsród powszechnego entuzjazmu odeśle go do wszystkich diabłów. A przecież nie zawsze tak było. Pamiętam czas, gdy Donald Tusk był zaledwie jeszcze jednym bałwanem, który się zaplątał w gąszczu polityki. Poświęciłem mu nawet, jako było nie było premierowi rządu RP, paręnaście tekstów. Oto jeden z ciekawszych. Mamy rok 2013.

   

 

 

 

 

      Zdaję sobie sprawę z tego, że zajmowanie się po tych wszystkich latach kimś takim, jak Donald Tusk jest zajęciem z pewnego punktu widzenia mocno kompromitującym, zdarzyły się jednak ostatnio, jedna po drugiej, dwie rzeczy, związane właśnie z tym dziwnym człowiekiem, które mnie zainspirowały do tego stopnia, że zwyczajnie nie potrafię się opanować. Zanim przejdę do sedna, powiem może od razu, o co chodzi. Otóż pierwsza z nich, to książka firmowana przez żonę Premiera, Małgorzatę Tusk, gdzie, jak słyszę, w pewnym momencie przyznaje ona, że był taki moment w ich wspólnym życiu, kiedy ona uznała, że „ten Donald to jednak jest głupi”. Tam akurat jest trochę więcej tego typu uwag, jak choćby ta, że on był „mendowaty i lubił wypić”, jednak to „głupi” ze względów, które przedstawię niżej, zrobiło na mnie wrażenie największe.

      Druga przygoda, która ostatecznie sprowokowała mnie do napisania tego tekstu, związana jest z wizytą Tuska u jakiejś rodziny, gdzie w pewnym momencie widzimy, jak on włazi do pokoju ich synka, siada na jego łóżku w pozycji „na Putina” (swoją drogą, ciekawe, czy on się tego nauczył właśnie od niego) wyciąga z reklamówki prezent dla dziecka, coś tam mruczy pod nosem, jakby nie za bardzo wiedział, co mu tam dali, a następnie rzuca „Król Lew!”. Ja wiem, że to trzeba zobaczyć i że żadne słowa nie zastąpią obrazu, ale się postaram. Otóż w tym momencie Tusk robi wrażenie kogoś, kto jest tak nieprawdopodobnie „głupi” właśnie, że nie jest w stanie nawet wykonać czynności tak prostej, jak wyjęcie prezentu, przekazanie go dziecku i wypowiedzenie tego jednego, czy dwóch zdań: „A tu prezent ode mnie, film o ‘Królu Lwie”. Mam nadzieję, że jeszcze nie widziałeś”.

      Gdy chodzi o Donalda Tuska, ja właściwie od pierwszego dnia miałem bardzo czysty jego obraz, to znaczy, wiedziałem, że to jest skończony bałwan, a kto wie, czy nie ktoś jeszcze gorszy. Natomiast wciąż się pojawiała pewna kwestia, która mnie napełniała wątpliwościami. Otóż raz na jakiś czas pojawiał się ktoś, kto go znał bardzo dobrze, i kto mnie informował, że Tusk to człowiek niesłychanie przebiegły, o szczególnej inteligencji, polityk, który ma w sobie coś takiego, że ani Palikot, ani Gowin, ani choćby i Schetyna nie są w stanie go przechytrzyć. I w takich chwilach myślałem sobie, że ten dysonans jest dla mnie nie do przejścia. Ja najzwyczajniej w świecie nie rozumiem, jak ktoś w tak oczywisty sposób „głupi”, może jednocześnie odnosić takie sukcesy w zarządzanej przez siebie branży.

        Wizyta Donalda Tuska u tej rodziny – co zresztą już pewnie wszyscy mieliśmy okazję przeżyć – jest od początku do końca czymś bardzo szczególnym. Mamy bowiem człowieka, który funkcjonuje w samym centrum życia publicznego od ponad dziesięciu już lat, który, wydawałoby się, co jak co, ale zachowania opisanego wyżej typu, ma opracowane od początku do końca. Tymczasem to, co widzimy, to jest popis tak niesłychanej niezgrabności, że, przy całej swojej skromności, oświadczam publicznie, że ja bym potrafił się zachować lepiej.

       Ktoś powie, że Tusk pewnie tak naprawdę jest człowiekiem bardzo nieśmiałym, albo kimś, dla kogoś udawanie jest rzeczą zbyt trudną, by je skutecznie eksploatować, no ale mam nadzieję, że nikt z nas w to nie uwierzy. Jego można podejrzewać o wszystko, ale z całą pewnością nie o nieśmiałość i naturalność. Donald Tusk to człowiek, który jest cały skonstruowany z plastiku, nieśmiałość natomiast jest dla niego uczuciem równie obcym, jak… ja wiem? Strach, smutek, czy radość. Donald Tusk, to, na moje oko, jest kimś, kto w momencie, gdy mu się wyjmie baterię, może równie dobrze przestać istnieć. Tymczasem on wchodzi do tego mieszkania i zachowuje się, jakby ci, co go zaprogramowali, zapomnieli zainstalować któryś z elementów, i on nagle stanął oko w oko ze swoim… no właśnie, czym? Małgorzata Tusk twierdzi, że on jest „głupi”.

        I to, moim zdaniem, jest czymś niezwykle ciekawym. Jak sięgam pamięcią, wśród najbardziej standardowych obelg, słowo „głupi” raczej nie funkcjonowało. Jeśli chcieliśmy komuś dokuczyć, mówiliśmy, że to „idiota”, „kretyn”, czy choćby – że pozostaniemy przy poetyce proponowanej przez Małgorzatę Tusk – „menda”, czy „tuman”. Określenie „głupi”, jeśli się nie mylę, nigdy nie pełniło funkcji retorycznej, lecz czysto opisową. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Małgorzata Tusk sama tej książki nie pisała, i że w ogóle sam pomysł na to, by ona powstała, nie należał do niej. Mam jednak pewność, że to zdanie „Ten Donald jest jednak głupi”, to jest jej osobista zasługa. A jeśli tak, to ona go określiła w ten sposób nie tak, jak się czasem mówi, że ktoś jest „gangsterem”, „złodziejem”, czy właśnie „idiotą”. Słowo „głupi” opisuje ludzi – cokolwiek by to miało znaczyć – po prostu głupich.

      Oglądam więc jeszcze raz tę szczególną wizytę w tym nieszczęsnym domu, patrzę na tego tak zwanego premiera i myślę, że wiem doskonale, co ona miała na myśli mówiąc, że „Ten Donald to jednak jest głupi”. Jak wiemy, jestem żonaty od niemal 30 już lat, i myślę, że nie ma takiego epitetu, którym moja żona, a wcześniej narzeczona, mnie nie zaszczyciła. Ona nawet – czego nie wykluczam – mogła mi powiedzieć, że jestem chamem i idiotą, czy nawet chujem. Natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że jej nawet do głowy by nie przyszło, by kiedykolwiek o mnie powiedzieć, że jestem „głupi”. A później jeszcze się tym chwalić

       No właśnie: chwalić się. Małgorzata Tusk, przyjmijmy nawet, że sama pisze tę książkę, i przyznaje w niej, że jej mąż jest, czy choćby tylko był, „głupi”. Rzecz w tym, że, z tego, co zdążyłem zauważyć, ona – w odróżnieniu choćby od mojej żony – nie jest kimś szczególnie… lotnym. Poza tym, przepraszam bardzo, ale żeby wyjść za mąż za kogoś takiego jak Donald Tusk, trzeba mieć w sobie coś szczególnego. Staje więc ona przed nami, wywleka jakieś osobiste sprawy sprzed lat, opowiada o tym, jak to zdradziła swojego męża, jak to drugie ich dziecko zostało poczęte wyłącznie na zasadzie consensusu, jak to ich wspólne życie było dla niej nieustannym użeraniem się z jej własnym przekonaniem o tym, że wyszła za człowieka „głupiego”, a ja sobie myślę, że jeśli to jest świadectwo kogoś takiego, jak ona, to ono ma wartość szczególną. Wystarczy przecież spojrzeć na te ich dzieci: przecież nie ma takiej możliwości, by to była tylko wina jego genów.

      No więc w końcu zostajemy tylko z tą jedną informacją. On jest głupi. Po prostu, głupi. Zyta Gilowska kiedyś powiedziała, że on jest też człowiekiem okrutnym. I jest rzeczą oczywistą, że to określenie, również nie ma waloru retorycznego. Jeśli ktoś jest okrutny, to jest okrutny. Jeśli jest głupi, jest głupi. Jeśli natomiast jest głupi i okrutny, to znaczy, że powinniśmy wszyscy zachować pełną gotowość. Bo diabli wiedzą, co się może wydarzyć. To już chyba lepiej trafić na zwykłego rzezimieszka.



 


piątek, 30 lipca 2021

Czy europosłowie Koalicji Obywatelskiej zrzucą się na trumnę dla pułkownika Mazguły?

       Prawdopodobnie wszyscy pamiętamy scenę z któregoś z wielu antyrządowych protestów ostatnich lat, kiedy to były oficer służb peerelowskich, Adam Mazguła, wszedł na mównicę i stojąc obok prominentnych bojowników o wyzwolenie Polski z rąk pisowskich siepaczy, skarżył się jak to on dziś nie jest w stanie wyżyć za głupie 2 tysiące złotych. Pamiętamy też pewnie poparcie jakiego udzieliła Mazgule cała zjednoczona antypisowska opozycja, załamując ręcę nad losem człowieka, który poświęcił życie służbie Polsce, a dziś jest zmuszony żyć na ulicy. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że to jest zwykłe zawracanie głowy, bo kto jak kto, ale taki Mazguła krzywdy sobie zrobić nie da. Z drugiej jednak strony liczyliśmy na to, że w ten czy inny sposób dokonała się jakaś tam sprawiedliwość i owa myśl pozwalała nam mieć tę swoją małą satysfakcję. I tu okazuje się nagle, że ona jest tylko w minimalnym – choć symbolicznie znaczącym – stopniu usprawiedliwiona.

       Oto, jak to zdarza się niekiedy, a ja tu, owszem, nie omieszkam o tym wspomnieć, udałem się tydzień temu na krótki wypoczynek do moich ogrodów dzieciństwa, czyli do Sławatycz nad Bugiem, i właśnie stamtąd wróciłem. Nie wiem jak to się dzieje, ale praktycznie zawsze, ile razy stamtąd wracam, przywożę ze sobą wiadomosci pierwszej absolutnie klasy. I oto,  proszę sobie wyobrazić, nie inaczej jest i dziś. Otóż spotkałem tam w tych moich Sławatyczach człowieka, który zatrudniony jest w MSWiA i tam odpowiedzialny jest za administrowanie mieszkaniami, które przez cały okres powojennej Polski były przydzielane pracownikom służb wojskowych oraz milicyjnych. W ramach swoich obowiązków, musi mój znajomy nawiedzać te mieszkania, tak samo dokładnie jak nasze mieszkania odwiedzają pracownicy administracji, czy innych urzędów, ile razy zachodzi konieczność tej czy innej interwencji. I oto co się okazuje? Otóż, jak relacjonuje mój znajomy – przypominam, urzędnik MSWiA – niemal wszystkie z tych mieszkań są wynajmnowane, a ponieważ nasza historia dotyczy Warszawy, wynajmowane za ciężkie pieniądze, podczas gdy ich faktyczni najemcy pomieszkują w możliwie najbardziej wypasionych willach, których formalnymi właścicielami oczywiście są ich żony, dzieci, wnukowie, bracia, siostry, czy diabli wiedzą kto jeszcze, bo oni sami naturalnie muszę się gnieździć w służbowych klitkach. Znajomy mój się oczywiście z nimi od czasu do czasu spotyka i oni na te spotkania przyjeżdżają samochodami równie wypasionymi jak wspomniane wille, a każdy z nich po około 300 tys. zł.

        I teraz najciekawsze. Otóż w prywatnych pogawędkach każdy z nich się niezmiennie żali, jak to jego życie straciło dotychczasową radość, gdy okazało się że zamiast 11 tys. emerytury oni muszą żyć za owe dwa tysiące. I teraz dochodzimy do punktu gdzie trzeba nam się zastanowić, jak to jest z tymi dwoma tysiącami. Otóż podczas gdy wychodziłoby na to, że owe dwa tysiące nie zmieniają sytuacji ani na jotę, to, jak się okazuje, nie jest tak dobrze, bo dzięki temu że im zabrakło na tak zwane waciki, zmuszeni są oni sięgać do oszczędności, a, jak wiemy, życie z samych oszczędności nie jest do końca przyjemne. I to oni włąśnie, jak twierdzi mój znajomy, dostają największej cholery, gdy widzą jak ich miejsce na nadmorskich wybiegach zajmują beneficjenci programu 500 + i wielu innych wprowadzanych systematycznie przez rząd Prawa i SPrawiedliwości, żrąc te dorsze z frytkami i srając na wydmach. I to te właśnie służby, które tworzą tak naprawdę legiony, przede wszystkim stoją za tą kampanią, którą możemy obserwować w relacjach takiego choćby „Newseeka”, czy Onetu.

       I to jest oczywiście wiadomość dobra, nieco rónoważąca wcześniejszą, że im się akurat wielka krzywda nie stała. Ale jest jeszcze coś, co wyszło zupełnie niespodziewanie z rozmowy jaką prowadziłem na nasz dzisiejszy temat z innym znajomym. Otóż jego zdaniem, większość osób pokrzywdzonych w aferze Amber Gold, czy, w tej najnowszej, Getbacku, to są głównie oni. W końcu zastanówmy się, kim może być ów człowiek, który przed kamerami telewizji skarży się, że przez działanie tych oszustów stracił  500, 800, czy 950 tys. zł. No kim? My wiemy, że gdy chodzi o słynne SKOK-i, tam swoje oszczędności kierowali ludzie pobożni i pełni miłości do Ojczyny. Przepraszam bardzo, ale kto był taki cwany, by  zaufać akurat tym dwóm dobrodziejom z Wrocławia czy z Trójmiasta?

       W sumie, jeśli się zastanowić, a przy tym wrócić do pułkownika Mazguły, to jest dobrze. On wprawdzie póki co ma z czego żyć i gdzie mieszkać, ale jest całkiem spora szansa, że i tak prędzej czy później na trumnę będzie się musiała złożyć rodzina, albo co gorsza, kumple z Europarlamentu.




piątek, 23 lipca 2021

O bankach, pociągach i dobrej nowinie

 

Pisałem tu niedawno o tym, że dzięki wsparciu jakiego polskim rodzinom udziela rząd premiera Morawieckiego, przejechaliśmy się ja i moja żona pociągiem typu pendolino, do Kuźnicy na Półwyspie Helskim, tam i z powrotem, za jedyne 320 zł. Jutro natomiast wybieram się, tym razem już sam, do siebie na wieś, i za tę przyjemność, również z wykorzystaniem wspomnianego pendolino, na trasie Katowice-Warszawa-Biała Podlaska płacę niecałe złotych 60. A zatem, gdyby ktoś mnie pytał,to odpowiem, że jako ktoś, kto w życiu nie posiadał samochodu, działalność polskiego rzadu odczuwam, jako coś nadzwyczaj pozytywnego.

Działalność rządu jednak, jako coś zdecydowanie pozytywnego odbieram z wielu innych powodów. Nie wiem, czy ktoś tu to jeszcze pamięta, ale swego czasu w jednym z zaprezentowanych tu tekstów zwróciłem uwagę na to, że w najbiższej mi okolicy znajduje się kilkanaście banków, niemal jeden obok drugiego, a owo spostrzeżenie wywarło na mnie takie wrażenie, że poświęciłem mu cały tekst, pełen bardzo głębokich refleksji natury ogólnej. I oto, proszę sobie wyobrazić, w tych dniach zamknięto nagle funkcjonujący tuż obok od lat Bank ING, a ja zdałem sobie nagle sprawę z tego, że od tamtego czasu z kilkunastu placówek pozostały zaledwie cztery, podczas gdy cała reszta została zwyczajnie zlikwidowana, jako, jak rozumiem, nikomu niepotrzebna.

 I to, z mojego punktu widzenia, jest wiadomość jak najbardziej dobra i dobrze rokująca na przyszłość. Dziś więc, ponieważ, jak już wspomniałem, jutro wyjeżdżam a z powrotem będę dopiero w środę, pomyślałem sobie, że dla przypomnienia zostawię Państwa z pewnym starym tekstem, z czasów, kiedy to było jeszcze tak, jak niektórzy bardzo by chcieli, by było znowu. Do usłyszenia, kto wie, czy jeszcze nie przed środą.

 

 

      Mój problem z bankami jest tak stary, jak moje z nimi kontakty. Otóż pamiętam, że kiedyś – przynajmniej pozornie – bank to była taka firma, do której kiedy człowiekowi brakowało na coś pieniędzy, ten się zwracał o pożyczkę, ona dawała mu powiedzmy 5 tys. złotych, w ciągu najbliższych dwóch powiedzmy lat odbierała od niego 6 tys., wszyscy się do siebie uśmiechali, mówili sobie do widzenia, i tyle wszystkiego. Te czasy jednak należą już do zamierzchłej przeszłości. Dziś jest tak, że bank nie czeka aż ktoś komu brakuje pieniędzy zwróci się do niego po pomoc, tylko sam zasadza się na bezbronnych obywateli na ulicach, w zakładach pracy, a nawet tych, niczego się nie spodziewających sprzed telewizorów, i bez względu na to, czy ich potrzebują, czy nie, wciska im każde możliwe pieniądze. I – jeśli człowiekowi się uda – w ciągu najbliższych kilku lat, odbiera od niego dwa lub trzy razy tyle, co mu pożyczył, i interes zamyka. To, jak mówię, jeśli człowiek ma szczęście. Najczęściej jednak jest tak, że bank nie odbiera od niego niczego, tylko wciska mu jeszcze więcej i jeszcze więcej, i kiedy już doprowadzi do tego, że człowiek musi co miesiąc, przez kolejne 5, czy 10 lat, spłacać na przykład trzy tysiące złotych miesięcznie, przestaje go traktować jako swojego klienta, lecz już tylko jako swojego dłużnika… a, tak naprawdę, niewolnika.

      Co bardzo ciekawe, wśród banków nie ma konkurencji. One współpracują ze sobą bardzo zgodnie, a zatem, nie tak jak w przypadku telefonii komórkowej, jeśli dany obywatel korzysta z usług na przykład Banku PKO i BZWBK, nic nie stoi na przeszkodzie, by w dowolnym momencie zaprzyjaźnił się z bankiem, dajmy na to, BPH, lub wspomnianym już Eurobankiem. Owa demokracja wygląda następująco: Niczego nie spodziewający się człowiek zachodzi do Eurobanku, żeby coś tam załatwić, na co, ta, też już wspomniana, biedna, stercząca przed komputerem dziewczyna, mówi mu coś takiego: „Panie Wojtku, widzę tu właśnie u siebie na ekranie, że mamy dla pana bardzo fajną ofertę. Za chwilkę możemy panu udzielić bardzo korzystnego, oprocentowanego na 7,5%, kredytu, w wysokości 12 tysięcy złotych. Przy okazji – bo widzę tu, że ma pan też kredyty w PKO i w BPH – spłacimy za pana tamte zobowiązania, a w ramach naszej oferty, ustalimy panu nas tyle fajny układ spłat, że o ile dziś płaci pan miesięcznie aż 735 zł., to w tym nowym układzie będzie pan miał do płacenia tylko 690 zł. A więc, jak pan widzi, nie dość, że zaoszczędza pan 45 zł., to jeszcze dostaje pan dziś od nas 12 tysięcy. Plus oczywiście fajny firmowy kubeczek. No i co pan powie na kartę z kredytem 3600?”

      I, oczywiście, jeśli spojrzymy, z jednej strony, na kondycję dotychczas działających na rynku banków, a z drugiej tempo w jakim powstają wokół nas coraz nowsze, możemy się domyślić, że najczęściej pan Wojtek przynętę łyka – albo, w wersji optymistycznej, ze względu na te 12 tysięcy, albo w gorszej sytuacji, z powodu tych 45 złotych – pani Jola, czy Żaneta uzupełnia swoją najbliższą nędzną wypłatę o jednorazowe 10, czy 20 złotych, a Eurobank jest już na prostej drodze, by zdobyć kolejnego niewolnika, złapać go za gardło i przydusić do ziemi.

      Znam ludzi, którzy na to wszystko niezmiennie powtarzają jedną i tę samą mądrość: „Jak kto głupi, jego problem”, i oczywiście nie mam innego wyjścia, jak im wszystkim przyznać rację. Jest tak, jak oni mówią. Jak kto głupi, ma za swoje. Zastanawia mnie jednak przy tym jednak kwestia. Wiemy wszyscy bardzo dobrze, że papierosy, alkohol i lekarstwa szkodzą. W związku z tym, jakiś czas temu został wprowadzony powszechny zakaz reklamowania papierosów i mocnych alkoholi. Przy okazji, na poszczególne biznesy nałożono obowiązek, by na każdej paczce papierosów stała jak byk informacja, że palenie zabija, a reklamy piwa zostały uzupełnione ostrzeżeniem, że alkohol szkodzi zdrowiu. Jak idzie o lekarstwa, nawet głupi Rutinoskorbin nie może być reklamowany, jeśli na koniec nie pojawi się standardowy tekst o obowiązku konsultacji z lekarzem, bo inaczej taka tabletka może człowieka zatruć. Ciekawy teraz jestem, czy ci sami liberalni miłośnicy banków, którzy dziś opiewają ludzką wolność i odpowiedzialność za swój los, uważają, że te lekarstwa i te papierosy należy sprzedawać bez tych głupich dodatków dla idiotów. A jeśli uznamy, że w tym akurat nie ma nic złego, to dlaczego na każdym banku nie umieścić następującej na przykład informacji: „Drogi Kliencie! Ostrzegamy: Przekraczając próg naszego banku i zostając naszym klientem, robisz to na własną odpowiedzialność, i jeśli w następstwie tego kroku za kilka lat popełnisz samobójstwo, Twoja rodzina przejmuje wszystkie Twoje zobowiązania, a pretensję kieruje wyłącznie do Ciebie”?

      Ostatnio w telewizji możemy oglądać najróżniejsze tak zwane reklamy społeczne. Czy to dotyczące tego, by nie jeżdzić po pijaku samochodem, czy też, żeby nie sprzedawać dzieciom alkoholu, czy ich zwyczajnie nie bić, czy wreszcie, by się nie obżerać i w ogóle dbać o siebie. Jaki zatem jest dobry argument przeciwko temu, by wśród owych społecznych kampanii nie pojawiły się filmy pokazujące drżących ze strachu przed dzwoniącymi do drzwi windykatorami ludzi, z zablokowanymi przez banki kontami? Że człowiek jest kowalem własnego losu? Przepraszam bardzo, ale to już jest skrajna bezczelność, bo tu widać jak na dłoni, że ten los jest wykuwany przez znacznie szybszych rewolwerowców niż ja, czy ten pan siedzący przed telewizorem i bojący się zasnąć.

      Ja wiem, że myśl, by wziąć banki za mordę jest zwyczajnie śmieszna. No bo jak? Wedle jakiego prawa mielibyśmy pisać ustawy, które ten dotychczasowy przekręt zwyczajnie zresetują? No więc dobrze. Już milczę. Opowiem jednak jeszcze o pewnej mojej przygodzie i zwrócę uwagę na pewien bardzo interesujący aspekt relacji, jakie się utworzyły ostatnio między bankiem, a obywatelem. Otóż pamiętam, jak ponad jeszcze dziesięć lat temu do szkoły, w której pracowałem, przyszło troje pracowników Citi Banku, i podczas długiej przerwy zaproponowali nam – nauczycielom specjalną kartę ze zdjęciem i czterema tysiącami do dowolnego wykorzystania. Wzięliśmy ją wszyscy. Nie wiem, jak inni moi koledzy-nauczyciele, ale ja dziś już tej karty szczęśliwie nie mam. Trwało to niemal dziesięć lat, a walka o to, by ją skutecznie im zwrócić, zasługuje wręcz na osobną relację. Natomiast jakiś czas temu spotkałem pewnego mojego byłego ucznia, ubranego elegancko w garnitur i próbującego sprzedawać te same karty Citi Banku. Ponieważ we mnie akurat klienta miał marnego, zaproponowałem mu, by zaczął chodzić po szkołach i przedszkolach, bo tam ma ludzi z jednej strony odpowiednio biednych, a z drugiej – na bezpiecznych etatach z regularnie płaconym ZUS-em. I na to on mi odpowiedział, że nic z tego, bo wszystkie państwowe placówki tego typu oni już mają dawno obstawione. Dziś muszą szukać gdzie indziej.

      Otóż jest tak, że ja już chyba wiem, co to jest to „gdzie indziej”. Dziś, owo „gdzie indziej” oznacza „wszędzie”. Wystarczy popatrzeć na aktualne reklamy banków, by widzieć, że oni się już wzięli za ludzi bez jakichkolwiek zabezpieczeń, a być może już, nawet bez stałych dochodów. Możesz być biedny, bez pracy i bez przyszłości. Bylebyś jeszcze nie był na liście niewolników. A to już można sprawdzić bez jakichkolwiek papierów, w Internecie w ciągu 5 minut. Inna sprawa, że ostatnio, jak widzę to tu to tam, nawet i ten BIK niedługo przestanie być potrzebny. Bo cóż mogą oznaczać te zachęcające potencjalnych klientów zapewnienia, że kredyt się otrzymuje w ciągu 15 minut i bez żadnych zaświadczeń? Proszę zwrócić uwagę. Kto bierze kredyt, na który nie są wymagane jakiekolwiek zaświadczenia? Kto zgadza się na warunki kredytowe które nie są obwarowane jakimiś dłuższymi, niż piętnastominutowymi terminami? Przecież jest rzeczą oczywistą, że dzisiejsza oferta większości banków kierowana jest przede wszystkim do ludzi, którzy, z jednej strony, są bez pieniędzy, ale za to z odpowiednim poziomem desperacji, a z drugiej, tych, którzy nie mają bladego pojęcia, czy kiedykolwiek będą mieli w ogóle szanse, by ten kredyt spłacać. To do nich właśnie przychodzą dziś właściciele banków i mówią: „No dobra. Chodź. Dostaniesz zaraz, dajmy na to, sześć tysięcy, tylko zostaw nam numer konta, na które przychodzi twoja pensja, numer telefonu i adres. Ach! I jeszcze jeden telefon na wypadek, gdyby ci się coś przytrafiło”.

      Ja wiem, ze ton tego tekstu jest bardzo dramatyczny. Ale, przepraszam bardzo, jaki on ma być, skoro w sposób najbardziej oczywisty mamy do czynienia z najzwyklejszym rabunkiem, i to rabunkiem dokonywanym nie na tych, którzy mają, ale na tych, którzy nie mają i prawdopodobnie już nigdy mieć nie będą. Mamy do czynienia z najbardziej bezczelnym atakiem skierowanym pod adresem tych, którzy praktycznie stoją nad grobem, i sens jest taki, by przede wszystkim ten grób im maksymalnie przybliżyć, a kiedy już zdechną, zabrać im wszystko, co po nich zostanie.

       Czemu banki i ci, którzy ten ich proceder od strony prawnej wspierają, tak postępują? Nie wiem. Nie znam się. Natomiast mam nadzieję, że wolno mi sobie poteoretyzować. Otóż ja mam bardzo mocne przekonanie, że zarówno właściciele banków, jak i legislatorzy, wiedzą świetnie, że przed nami jest kryzys, którego wielu nie przeżyje. W tej sytuacji, i jedni i drudzy, w obliczu tego tsunami, chcą zająć pozycje jak najbezpieczniejsze. Właściciele banków wiedzą, że kiedy ten kryzys się skończy, na tym cmentarzu, wszędzie dookoła będzie wystarczająco dużo pozostawionych kosztowności. I wszystko to oni będą mogli sobie pozbierać. Ci natomiast, którzy pozwalają im się bezpiecznie do tych łowów przygotowywać, zbierają odpowiednie środki na przyszłe przeżycie. I tak to działa.

      Więc co na to możemy powiedzieć my, którzy ani w tym wszystkim bardzo aktywnego udziału nie bierzemy, ani też się na tych wszystkich sztuczkach nie znamy? Jak już powiedziałem, kandyduję do Sejmu, by spróbować wejść w to towarzystwo, rozejrzeć się i ewentualnie coś spróbować w tym kierunku zrobić. Jeśli natomiast okaże się, że zrobić nic się nie da, to pozostanie mi zacząć wrzeszczeć to jedno hasło: „Spalić banki, a ludziom oddać ich pieniądze”. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.



 

czwartek, 22 lipca 2021

Wolny rynek, czyli wędką po łbie

 

       Nie bardzo wierzę w to, że próba wyeliminowania z polskiej sceny medialnej tworów takich jak TVN kiedykolwiek się powiedzie, niemniej jednak z zaciekawieniem wyczekuję każdej nowej informacji na temat tego, jak ów plan się miewa. Ponieważ, jak już wspomniałem, nie mam tu szczególnych złudzeń, bardziej od podstawowego tematu zainteresowała mnie wypowiedź jednego z posłów Konfederacji, który ni mniej ni więcej oświadczył że on będzie się zdecydowanie sprzeciwiał pozbawieniu TVN-u prawa do udziału w rynku mediów Polsce, a to mianowicie wyłącznie ze względu na jego wiarę w uniwersalną wartość wolnego rynku. Gdyby ktoś, kto zna sposób działania informacyjnej odnogi Grupy, a więc stacji TVN24, doskonale wie, dlaczego w momencie kiedy usłyszałem o owym „wolnym rynku” zaniemówiłem. Dotychczas bowiem nie wierzyłem w to, że – pomijając oczywiście ambitną młodzież licealną – ktokolwiek jeszcze jest w stanie traktować owo pojęcie poważnie, czy w ogóle jako coś realnie istniejącego. Tymczasem jeden z wyróżniających się posłów Konfederacji, człowiek dorosły i, jak sądzę, wykształcony, twierdzi że nie wolno TVN-owi przeszkadzać w zatruwaniu naszej polskiej przestrzeni nieludzką propagandą, bo w końcu rynek to rynek, czyli, jak rozumiem, ostatni bastion normalności w tym skorumpowanym świecie. Tymczasem prawda jest taka, że, jak wszyscy wiemy, a jeśli nawet nie wiemy, to się dowiadując o tym absolutnie nie dziwimy, już wiele tysięcy lat temu ów pierwszy człowiek, który postanowił coś wyprodukować, a następnie to coś sprzedać z zyskiem, został zwyczajnie zamordowany, jego interes został przejęty, a dalej juz poszło wszystko z górki i tak przetrwało do dzisiaj. No, tyle może że nie koniecznie przy użyciu tępego narzędzia.

        Niedawno usłyszałem, że tu i ówdzie krąży pogłoska, że gwiazda wspomnianego TVN-u, Kuba Wojewódzki, za udział w telewizyjnej reklamie otrzymał 2.5 mln złotych. Jak słyszę, dobrzy ludzie dyskutują nad tym, czy 2,5 mln dla Wojewódzkiego to nagroda sprawiedliwa czy nie. Jedni twierdzą, że on absolutnie nie powinien tyle zgarniać za było nie było parę minut wygłupu, inni natomiast że rynek to rynek i nam nic do tego. Rzecz natomiast – dla mnie absolutnie oczywista – jest taka, że te całe dwa i pół miliona to bujda na czternaście fajerek. Kto bowiem jest taki głupi, by Wojewódzkiemu dawać 2,5 mln, skoro jemu wystarczy tysiąc na dziwkę z Ukrainy? No i kto jest w stanie uwierzyć w taką scenę, że do Wojewódzkiego przychodzi jakiś umówiony, prosi go o występ w reklamie, daje 10 tys. zł, a Wojewódzki mu mówi: „Żartujesz, stary. Poniżej dwóch i pół bańki nie mamy o czym rozmawiać”.

       Moim zdaniem jednak wcale nie chodzi o to, że jemu tych dwóch i pół miliona nie pokazano. Owszem, on je zobaczył, ale wyłącznie na podpisanym przez siebie rachunku, z osobnym oświadczeniem, że jest zadowolony i nie zamierza się o nic nigdy upominać.  No ale, jak się domyślamy, nie chodzi wcale o tego nieszcześnika, ale o tak zwany kapitalizm. Otóż ów kapitalizm to fejk, który nigdy nie był niczym innym jak tylko fejkiem. To natomiast co stanowiło zjawisko jak najbardziej realne, to coś co w języku angielskim funkcjonuje pod nazwą „block busting”. Opowiem krótko, bo to jest rzecz nadzwyczaj ciekawa. Otóż jest sobie dzielnica, na którą chrapkę ma jakiś inwestor. Zanim jednak przedstawi ofertę – korzystając naturalnie z sobie tylko znanych sposobów – rozpuszcza informację, że już wkrótce do dzielnicy mają się wprowadzić Murzyni, Cyganie, czy, normalnie, uchodźcy z Erytreii, w tym momencie ludzie zaczynają na gwałt sprzedawać mieszkania – bo informacje są jak najbardziej wiarygodne – ceny spadają, no a ów kapitalista i, jak rozumiem, pełną gębą wolnorynkowiec, kupuje całość za bezcen.

       To jest oczywiście, podobnie jak wcześniejsza historia o Kubie Wojewódzkim i jego milionach, tylko anegdota, niemniej jednak chciałbym bardzo, żeby ona pokazała, jak bardzo to co nam się wydaje, wcale nie jest tym, ale czymś kompletnie innym. Ale też, konsekwentnie, byśmy zechcieli zrozumieć – bo o tym przecież jest ten mój dzisiejszy tekst – że tak naprawdę od zawsze do dziś był tylko i wyłącznie ów „block busting” i nic więcej.

        W mojej książce, dziś już wyłącznie tonącej w odmętach zapomnienia, zawierajacą moją korespondencję ze śp. Zytą Gilowską, wspomniana Pani Premier pisze tak:

Nie wiem, co to jest ‘kapitalizm’. To jakaś propagandowa zbitka. Na pewno wrogiem Kościoła Powszechnego jest korporacjonizm, ale tenże przyjmuje postać państw! Proszę popatrzeć na Chiny – to olbrzymia korporacja, bardzo złożony holding nie odwołujący się do żadnej religii – ‘ubóstwione”’ są tylko ogólnikowe ‘niebiosa’, no i przodkowie. Bardzo pierwotne podejście – kult przodków jest przecież archetypiczny.

Nasz Pan Jezus Chrystus nauczał w epoce niewolnictwa, Kościół najlepiej sobie radził (na razie!) w feudalizmie, natomiast my zmierzamy do jakiegoś ‘niewolnictwa bis’.

Może tym poszukiwaczom prostych wskazówek  chodzi tylko o lichwę? Z lichwy wywiodło się sporo zła. Ale islam – usuwając lichwę – pozwolił temu złu eksplodować w inny sposób. Przyznam, że nie umiem zinterpretować takich bon motów. Proszę zrozumieć, naprawdę nie czuję się kompetentna. Ja się znam tylko na kilku wzorach (ekonometria) i finansach publicznych (też głownie współczesnych)

Proszę mnie nie cytować – gawędzimy prywatnie. Wymądrzających się jest aż nadto.

      Jak być może wiadomo, ja z owym cytowaniem zaczekałem do czasu aż Pani Profesor od nas odeszła, i – o czym już może nie każdy wie – moment kiedy te jej słowa zostały upublicznione, to był też moment kiedy zarówno ona, jak i pamięć o niej, zostały wrzucone na półkę z napisem „vaporized” (kto wie, ten wie). Wygląda na to, że nikt tak dobrze jak ona nie wiedział jak bardzo to co nam się wciska jest jednocześnie zwykłym fejkiem i jak bardzo też odkrycie tej prawdy może być dla niektórych groźne.

      Ja wiem, że inaczej być nie mogło, niemniej jednak trochę szkoda. Gdybyśmy choć trochę mogli o tym porozmawiać, przynajmniej posłowie Konfederacji i jej wyborcy nie musieliby robić z siebie błaznów.  



 

wtorek, 20 lipca 2021

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

      Oglądaliśmy wczoraj trochę Wiadomości TVP i, tak jak można się było spodziewać, w pewnym momencie pokazał nam się były minister Jacek Rostowski i powtórzył już po raz chyba tysięczny znaną nam kwestię: „Pieniędzy nie ma i nie będzie”, a córka moja nagle zapragnęła wiedzieć, co ów człowiek aktualnie porabia. Zastanowiłem się przez chwilę i pomyślałem sobie od razu, że prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie – podobnie jak i na to, co się dziś dzieje z Ryszardem Kaliszem, Markiem Migalskim, Włodzimierzem Cimoszewiczem, Grzegorzem Kołodką, Joanną Kluzik-Rostowską, Kazimierzem Marcinkiewiczem, Pawłem Kowalem, Stanisławem Cioskiem i wieloma innymi zapomnianymi bohaterami – znają dziś już tylko ci z nas, co w miarę regularnie oglądają stację TVN24. No i wtedy też nagle uświadomiłem sobie, że ja sam nie włączam tej stacji praktycznie od jakichś pięciu już lat.

      Skąd taka decyzja? Otóż muszę powiedzieć, że konkretnej decyzji nigdy tu nie było, natomiast z całą pewnością od pewnego momentu świadomość, że oglądanie TVN-u w sposób nieunikniony wiąże się z koniecznością oglądania wspomnianych twarzy i wysłuchiwania sączących się z nich ekspertyz, a ja tego rodzaju doświadczenia zwyczajnie sobie nie życzę. No bo zastanówmy się, po co mi tu gdzie dziś jestem głos takiego Grzegorza Kołodki?

      Czy jednak w związku z tym, ktoś spyta, nie jest tak, że przez owo zaniedbanie ja nie mam pełnego obrazu tego co się dzieje w Polsce i na świecie? A ja chętnie przyznam, że to jest bardzo prawdopodobne, tyle że dla mnie tak zwana „pełna” wiedza na temat stanu rzeczy jest dokładnie tak samo potrzebna jak – o czym również dziś dowiedziałem się z publicznej telewizji – dla polityków oraz sympatyków opozycji, tak zwany „program”. Zarówno owi politycy, jak i ich wyborcy, rzeczony program – że już nie wspomnę o pełnej informacji – mają głęboko w nosie, bo jedyne co ich tak naprawdę interesuje, to odsuniecie Jarosława Kaczyńskiego od władzy. Za wszelką cenę. A zatem, mnie również do niczego nie są potrzebne mądrości ekspertów stacji TVN-24. Ja mam tylko jedno marzenie, to mianowicie żeby oni wszyscy się udusili tą swoją tak dziś dramatycznie eksponowaną histerią.

      Ale jest jeszcze coś. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od czasu gdy do Polski wrócił Donald Tusk, praktycznie nie było dnia, by telewizja publiczna nie poświęciła mu odpowiednio dużo miejsca w swoim przekazie. Zauważyliśmy to, a jednocześnie też zwróciliśmy uwagę na to, że znaczna część owego przekazu to powtarzane w kółko bardzo krótkie fragmenty z jego słynnego już, wygłoszonego w języku niemieckim, wystąpienia do Niemców właśnie. Wielu z nas też zapewne mocno się irytuje, kiedy widzi, jak redaktorzy Wiadomości potrafią podczas jednego tylko wydania nawet kilkukrotnie ograniczyć informacje o aktywności Donalda Tuska do sekwencji „Für Deutschland”, dodatkowo czasem ubarwiając ową sekwencję zdaniem „Danke für alles”. A ja, co może niektórych zdziwi, ile razy jestem świadkiem owego zagrania w wykonaniu naszych kochanych propagandzistów, nie mogę się nim nacieszyć. Otóż moim zdaniem, to jest wszystko, czego wymaga dzisiejszy poziom politycznej debaty. Sposób w jaki ona została w ostatnich latach zniszczona zarówno przez polityków, jak i różnego rodzaju aktywistów, dziennikarzy, ale również – i to wcale w nie najmniejszym stopniu – wszelkiego typu internetowe grupy, ostatecznie i nieodwołalnie unieważnia wspomnianą debatę. To co wcześniej nazwaliśmy sobie „pełnym obrazem”, czy nie daj Boże „obiektywnym spojrzeniem”, to już tylko czysty mit i bzdura. To co się obecnie liczy, to wyłącznie kilka stworzonych na potrzeby bieżącej propagandy memów, najczęściej zbudowanych na najbardziej bezwstydnych kłamstwach. Ponieważ strona reprezentowana dziś przez ów przedziwny powrót Donalda Tuska w owych kłamstwach i sztuce przerabiania ich na owe memy, nie ma sobie równych, ja dziś czepiam się niemal jak pijany płotu tego „Für Deutschland” i życzę sobie by ono było powtarzane choćby tak długo i często jak pamiętny „Borubar”, czy „Kaczy Führer”.

     I niech nikt nie myśli, że mi tak bardzo na tym zależy, bo liczę na to, że dzięki temu zachowam swoje dotychczasowe morale. Nic podobnego. Moje morale pozostanie już na zawsze niewzruszone, niezależnie od tego, jak mnie będą nakręcać czy to Maciej Knapik, czy Michał Rachoń, Ryszard Legutko, czy Roman Giertych. Szczerze powiedziawszy, gdy chodzi o nie akurat, dziś już nawet Jarosław Kaczyński nie musi się mną zajmować. Ja już mam tylko jeden cel: władza dla Prawa i Sprawiedliwości, i to włądza możliwie pełna, tak długo jak to tylko będzie konieczne. A przy, jak już wspomniałem, dzisiejszym stanie debaty, nie widzę nic bardziej skutecznego niż powtarzanie w koło Macieju tej frazy „Für Deutschland”. Reszta to już jest zaledwie dodatek. A skoro tak, to mam też głębokie przekonanie, że te słowa i ich obsesyjne nagłaśnianie przez publiczną telewizję, doprowadzi w końcu samego ich autora do stanu takiej wściekłości, takiego wybuchu, że telewizyjne kamery ów wybuch odpowiednio zarejestrują i wtedy dopiero Wiadomości TVP będą mogły zamienić przekaz na nowy. A my wtedy dopiero będziemy mieli prawdziwą frajdę.



sobota, 17 lipca 2021

Posłuchaj to do Ciebie

 

        Blog ten zacząłem prowadzić prawie 12 już lat temu z powodu zwykłego kaprysu. Otóż dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak blogosfera, no i się zgłosiłem. Ponieważ z jednej strony publikowane przeze mnie teksty zdobyły pewną popularność, a z drugiej my tu znależliśmy się w bardzo poważnych finansowych tarapatach, uznałem że nie zaszkodziłoby gdybym zwrócił się do najbardziej wiernych czytelników o finasowe wsparcie, no i jeśli kolejne lata jakoś udało nam się przetrwać, to dzięki czytelnikom właśnie. Przy okazji, dzięki inicjatywie mojego kumpla Gabriela Maciejewskiego, zostałem autorem książek, to miejsce również zaczęło być wykorzystywane jako sposób na zwiększenie sprzedaży książek, czyli krótko mówiąśc, życie. Cokolwiek jednak się tu działo, podstawowy cel był zawsze jeden, i symbolizowany niezmiennie hasłem: Posłuchaj to do Ciebie.

        Dziś, Bogu dzięki, udało nam się wypłynąć na powierzchnię i nie mam najmniejszego powodu, by – co cielkawe, w odróżnieniu od większości dostarczycieli róż orakich treści – dodatkowo, praktycznie wszystkie moje książki zostały już wykupione i nie mam też żadnego powodu by prowadzić tu jakąkolwiek reklamę, ktoś więc mógłby się spytać jaki ja mam powód, by tu w ogóle jeszcze niemal każdego dnia przychodzić i zostawiać swoje kolejne refleksje. Otóż odpowiedź na to pytanie jest jedna. Ja to robię dziś już tylko z wdzięczności dla tych wszystkich, którzy przed laty uratowali nas przed kompletnym upadkiem. Wiem bowiem, że to wszystko co tu pisałem i do dziś piszę, jest tym na co oni kazdego ranka czekają i nie mam serca, by ich tak zostawić. No i piszę przede wszystkim dla nich.

       I to jest odpowiedź na pytanie, które być może nurtuje nie tylko mnie, ale kilku uczestników tego bloga: czemu ja to robię? Czy chodzi o to, że ja mam głęboką potrzebę podzielenia się ze światem swoimi refleksjami na tematy bieżace? Nie. Czy może chodzi o to, że ja się już od tego bloga uzależniłem i nie bardzo wiem, co innego miałbym robić wieczorami, czy nad ranem? Oczywiście że nie. Moje życie jest dziś zdecydowanie uporządkowane i ja akurat autentycznie traktuję to pisanie jako zobowiazanie, wdzieczość i nic więcej.

        Ale oto pojawia się dodatkowy kłopot. Jak wiemy, dzisiejszy świat polityki dostarcza nam tak dużo emocji, że w ten czy inny sposób musimy je jakoś z siebie wyrzucić, więc prowadzenie bloga mogłoby służyć jako sposób na uwolnienie się od pewnych niepokojów. Otóż tu, gdy chodzi o mnie, również nie w tym rzecz. Oto po tych wszystkich latach dotarłem do momentu – a moi stali czytelnicy pewnie już zdążyli to zauważyć – gdzie wszystko staje się kompletnie nieciekawe. Wiem że to może zabrzmieć trochę nieładnie, ale ja już od pewnego czasu mam wrażenie, że wszystko to o czym tu próbuję pisać jest w pewnym sensie wymuszone i nieszczere, w tym sensie, że to co opisuję jako problem, dla mnie problemem w ogóle nie jest.

      Szykowałem się do tego tekstu już od pewnego czasu, ale dziś jednak usłyszałem, że Donald Tusk w wywiadzie dla telewizji TVN24 powiedział, że jeszcze zanim on go zamordował, Lech Kaczyński powiedział mu w przyjaznym zaufaniu, że on Tuska przestrzega przed swoim bratem Jarosławem Kaczyńskim, który jest klasycznym antyeuropejczykiem i prowadzi Polskę do zguby. Jak słyszę, redaktor TVN-u zapytał Tuska, czy on mówi poważnie, ten potwierdził, a ja sobie myślę, że wobec czegoś takiego ja stoję bezradny. Oczywiście, mogę tu napisać na ten temat felieton, ale przecież mi nigdy nie chodziło o to, by prowadzić walkę z takimi mistrzami politycznej publicystyki jak Stanisław Janecki czy Jacek Karnowski. A zatem, przepraszam, bardzo, ale co ja tu mam do szukania?

      Ktoś powie, że ja się niepotrzebnie uczepiłem tego Tuska, podczas gdy on wcale nie jest tu najważniejszy. No i dobrze. Tematów bowiem jest, zwłąszcza ostatnio cała masa. Oto, proszę sobie wyobrazić, że w tak zwanej Sieci pojawił się fejkowy news, przypisany Polskiej Agencji Prasowej i informujący, że premier Morawiecki zapowiedział podwyżkę cen benzyny do 8 zł za litr, zapewniając jednocześnie, że dzięki działaniom rządu, Polaków będzie na to stać. W tym momencie pojawił się jeden z czołowych dziennikarzy Onetu, niejaki Szwertner i podał dalej to kłamstwo, powodując oczywiście lawinę. Przepraszam bardzo, ale czy może to jest powód dla którego ja powinienem zabierać tu głos. Nie sądzę.

        Minister Czarnek wspomniał gdzieś, że Kościół Adama Bonieckiego, to nie jest Kosciół Powszechny, tylko jakaś para-protestancka sekta i za te, jakże prawdziwe słowa, został zaatakowany przez red. Terlikowskiego. Gdy Terlikowskiemu zwrócono uwagę na to, żeby się nie wymadrzał, bo nie jest nawet teologiem, odpowiedział, że teologiem wprawdzie nie jest, ale jest za to filozofem. Nie dodał wprawdzie, że tak samo jak filozofami byli Kant i Arystoteles, czy choćby Św. Tomasz z Akwinu, ale sama ta deklaracja i tak jeszcze jakieś pięć czy sześć lat temu wywołąła by u mnie potrzebę wyszydzenia tego cymbała brzmiącego. Dziś już mi się zwyczajnie nie chce, a skoro nie chce, to nawet gdybym coś napisał, to by nie było tego warte.

        Polska polityka weszła w fazę, która z mojego punktu widzenia nie podlega jakiemukolwiek opisowi. To z czym mamy do czynienia to zwykłe szaleństwo, którego ja osobiście ani nie mam sposobu ani chęci opisywać. A dla mnie to jest oczywiście problem. Ja wciąż mam poczucie, że jest wiele osób, którym się nie jestem w stanie odwdzieczyć inaczej jak przez te teksty, a jednocześnie nie jestem już w stanie komentować tego obłędu uczciwie i  odpowiednio szczerze. No bo popatrzmy na tego Tuska. On wraca z Brukseli, rzekomo ratować Polskę od PiS-owskiej przemocy, i bez cienia wstydu szczuje Jarosława Kaczyńskiego przeciwko bratu, którego sam swego czasu doprowadził do owego strasznego końca. I przede mną stoi Donald Tusk i ja mam tę twarz skomentować, w inny sposób od tego jak to zrobiła moja świętej pamięci ciocia, mówiac, że „on stawia te oczy jak złodziej”? Przepraszam bardzo, ale to już jest ponad moje siły. I, co gorsze, chęci.

        Co zatem przed nami? Oczywiście ja dalej tu będę pisał, wyłącznie z nieskończonej wdzięczności dla tych wszystkich którzy tu swego czasu wykazali tak wielkie serce. Proszę mi jednak wybaczyć jeśli to będzie tylko od czasu do czasu, a więc wtedy gdy będę miał pewność, że dam Wam to na co zasługujecie.

 

piątek, 16 lipca 2021

Czy przyszłość Donalda Tuska to przekręt na milicjanta?

Dziś proponuję Państwu swój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety". Niestety znów o Donaldzie Tusku, ale co zrobić, gdy on się wepchał i nie chce wyjść? 


      Nie wiem który to już raz muszę powtórzyć, ale jaką mam możliwość, by udawać, że nic nie zauważyłem, gdy chyba każdy z nas już w tej chwili widzi, że Donald Tusk rzeczywiście wrócił, rozsiadł się nam jak jakieś panisko i ani na moment nie wyglada jakby miał sobie pójść w cholerę? Wrócił więc nam ów Donald Tusk – wbrew wszelkim rozsądnym prognozom, opartym na jak najbardziej sensownych, czysto finansowych, wyliczeniach – i to co, mnie przynajmniej, uderzyło, to przyjęcie jakie mu zgotowały nie tyle dawnoreżimowe media jako takie, ale zajmujące tam wyróżniające się pozycje kobiety. To co po tych kilkunastu już dniach, gdy ów dziwny człowiek stara się tu odnaleźć swoje miejsce, zauważam przede wszystkim to, że jego powrotu oczekują tu przede wszystkim pewne mocno już starsze panie w typie Moniki Olejnik, Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, czy dziennikarki „Newsweeka” Renaty Grochal, i to one głównie – a trzeba wspomnieć, że poza tymi trzema jest ich cały tabun – robią temu durniowi odpowiednią klakę.

      Spędzam trochę czasu na portalach w rodzaju Twittera czy Facebooka, i nie mam watpliwości co do tego, że powyższa refleksja nie stanowi wyłącznie mojego wymysłu. Otóż jest bardzo wielu komentatorów, którzy uważają, że gdyby nie histeria stworzona głównie oczywiście przez kobiety, ale nie tylko, bo tu szczególny typ meżczyzny ma również swoje do powiedzenia, powrót do kraju Donalda Tuska przeszedłby niemal niezauważony. Tymczasem, jak sami widzimy, dla niektórych z nas jego pojawienie się robi wrażenie swego rodzaju „Powtórnego Przyjścia”. Oto ledwie co wczoraj, wspomniana Renata Grochal zapowiedziała na Twitterze najnowszy numer tygodnika „Newsweek” gdzie już na samej tytułowej stronie Donald Tusk jest zapowiadany jako „RATOWNIK”, a sama ów zapowiedź świadczy o tym, że owa kobieta, gdy chodzi o Donalda Tuska, jest gotowa pójść na wszystko.

       Jak mówię, kwestia, czemu aż tak wiele osób, gdy chodzi o Donalda Tuska, traci wszelkie możliwe hamulce, frapuje nie tylko mnie, natomiast ja jestem przekonany, że odpowiedź na ów dylemat – mimo że również wielu z nas ma tu swoje przeczucia – przedstawił bardzo skutecznie w swojej powieści „Bracia Karamazow” wybitny rosyjski pisarz, Fiodor Dostojewski. Otóż kiedy toczy się proces o zabójstwo, w którym oskarżonym jest człowiek jednoznacznie zły i występny, a dowody przeciwko niemu nie ulegają najmniejszych wątpliwości, zdecydowana większość obecnych na sali sądowej kobiet ma jedno tylko marzenie: by on z jednej strony został uwolniony od odpowiedzialności, ale by jednocześnie broń Boże nie okazało się, że to nie on jest mordercą. Ja oczywiście biorę pod uwagę taką możliwość, że pisarz Dostojewski miał jakieś osobiste kompleksy, gdy chodzi o relacje damsko-męskie, myślę sobie jednak, że nawet jeśli, to tu akurat trafił w samo sedno. Starsze panie tak właśnie mają: widzą bezczelnego łajdaka, i natychmiast tracą rozum. Przypadek Donalda Tuska moje przypuszczenia wyłącznie potwierdza.



wtorek, 13 lipca 2021

O siedmiu dziadach i pewnym stolarzu

 

       Minęła nam kolejna miesięcznica Smoleńskiej Katastrofy i przynajmniej ja mógłbym się do każdej z nich do tego stopnia przyzwyczaić, by je przestać zauważać, gdyby nie fakt, że przy tej okazji – z uporem, który z mojego punktu widzenia przekracza choćby najdalsze granice obłędu – na owych uroczystościach pojawia się grupa wciąż tych samych osób wyłącznie po to, by przedrzeć się przez ochraniających je policjantów czy żołnierzy i złożyć wieniec z doczepioną na nim uwagą, że to sam śp. Lech Kaczyński jest odpowiedzialny za śmierć swoją, swojej żony oraz niemal setki innych osób. Wszystko odbywa się zawsze tak samo. Pod pomnikiem pojawia się Jarosław Kaczyński z obstawą, kładzie wieniec, przyklęka, chwilę się modli, poczym odwraca się i odchodzi, a tymczasem w pobliżu kotłuje się owa banda wariatów, a ja zachodzę w głowę – czemu? Pomyślałem też o nich już następnego dnia, gdy na boisko stadionu w Londynie wbiegł jakiś tamtejszy wariat i on też – podobnie jak ci nasi tutaj – postanowił się przedstawić światu, ot tak, bo naszła go taka potrzeba. I tu również mamy do czynienia z podobnym mechanizmem, gdzie raz na jakiś czas, zawsze w ten sam sposób, pojawia się ktoś i robi coś tak kompletnie bez sensu, że mnie akurat ogarnia lęk przed plazmą, której nie jestem w stanie przeniknąć.

       Myślę o tym dziwnym człowieku na stadionie Wembley i o tych ludziach wychodzących z domu każdego 10 miesiąca, by... no właśnie, co? Po co? I dla kogo? Dla czego? I przypomina mi się pewna historia sprzed ponad 10 już lat, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył, a w tych głowach już wtedy kotłowało się owo szaleństwo. Proszę, wspomnijmy tamten czas.

 

 

 

 

      Z przykrością muszę zakomunikować, że dziś, wbrew moim szczerym nadziejom, będzie poważnie. I niełatwo. I, co gorsza, obawiam się, że poważnie (i niełatwo) będzie znacznie częściej, niż mogłem się tego przez moment spodziewać. A skutek tego będzie taki, że i poważniejsze będą komentarze. A skoro poważniejsze komentarze, to i cały blog będzie poważniejszy i przez to wciąż coraz bardziej elitarny. Trudno. Eksperyment z Wałęsą był – owszem – ciekawy, ale przychodzi nowy dzień i człowiek zwany ‘Wałkiem’ jeszcze bardziej maleje, a my idziemy znów na żywioł.

      Zaczęło się od tego, że wczorajszym popołudniem udaliśmy się całą gromadą na wizytę do Osoby Nam Bardzo Bliskiej. Ponieważ Bliska Nam Osoba czerpie swoje poczucie uczestnictwa głównie z „Gazety Wyborczej”, tzw. living room jest egzemplarzami tego czegoś wręcz wymoszczony. A przez to że Osoba Nam Bliska jest nam rzeczywiście bliska, możemy sobie nawet pozwolić na okazjonalne, między jednym ciasteczkiem a drugim, szeleszczenie papierem. W pewnym momencie, w tym papierowym szeleście, wpadłem na niezwykle ciekawą informację. Ze względów wielorakich i dla mnie jak najbardziej oczywistych, nie podam tu ani odpowiedniego linka, ani nawet żadnych szczegółów, ale mogę bardzo rzetelnie opowiedzieć o co chodzi. Otóż gdzieś na warszawskiej Pradze, pewien biznesmen, o ile dobrze zapamiętałem z Łeby czy z okolic, postanowił rozdysponować pewną liczbę wybitych osobiście przez siebie monet, które nazwał „dziadami”. Owe dziady mają wartość siedmiu złotych każdy i zostały przez biznesmena wyprodukowane z okazji siódmej rocznicy wielokrotnie już ocelebrowanego przez nasze elity wydarzenia, kiedy to Lech Kaczyński, będąc jeszcze prezydentem Warszawy, zwymyślał, właśnie na Pradze, pewnego okolicznego menela, nazywając go „dziadem”. „Gazeta Wyborcza” na drugiej stronie swojego wydania informuje, że biznesmen wybił owe dziady w ramach szyderstwa z prezydenta Kaczyńskiego i że jeśli któryś z czytelników „Gazety” znajdzie się szczęśliwie na warszawskiej Pradze, będzie mógł sobie za jednego dziada kupić kawę lub piwo, ewentualnie wymienić monetę na siedem prawdziwych złotych. W ramach realizowania swojej publicznej misji, „Gazeta Wyborcza” publikuje w ramce listę lokali, gdzie przyjmowane są dziady.

      Jest to oczywiście informacja pod każdym względem porażająca. Porażająca do tego stopnia, że wczoraj, po wchłonięciu i przełknięciu jej, już do końca wizyty nie byłem w stanie się odpowiednio skupić. Ale też porażająca aż tak, że nie widzę sposobu, by ją w jakikolwiek sposób skomentować. W artykule na temat człowieka z dziadami, pojawiła się jednak jeszcze jedna informacja, która stała się prawdziwym początkiem tego wpisu. Otóż, jak podaje „Gazeta”, przedsiębiorca z Łeby, podjął starania, by odszukać owego menela, który pewnego pięknego dnia stał się celebrytą. On chce go poznać, chce go pokazać Polakom i prawdopodobnie zorganizować jakieś większe obchody upamiętniające wydarzenie sprzed siedmiu lat, podczas których on z tym praskim pijaczkiem byliby gwiazdami i symbolami odradzającej się z niewoli polskiej niepodległości. Kiedy przeczytałem tę informację, pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to ta, że o ile wyprodukowanie tych monet nie było wielkim problemem, podobnie jak nie sprawiło żadnego kłopotu zorganizowanie dla tej inicjatywy odpowiedniej medialnej oprawy, ta akurat część może nie wypalić. Z bardzo prostego powodu – pan Dziad już prawdopodobnie albo jest w stanie uniemożliwiającym mu publiczne występy, albo wręcz nie żyje. Dlaczego tak myślę? Myślę tak dlatego, że moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że gdyby on był w jakikolwiek sposób dostępny, redaktorzy Mrozowski z Siekielskim z TVN-u już dawno by go wygrzebali gdzieś albo na Pradze, albo na Dworcu Centralnym, albo wydobyli spod jakiejś sterty śmieci i sprowadzili przed kamery. Myślę, że było już wystarczająco dużo okazji, żeby oni, albo ich ludzie, albo ludzie zupełnie innych ludzi, wygrzebali tego nieszczęsnego człowieka choćby spod ziemi i zaprezentowali go swojej publiczności nawet, gdyby on był wyłącznie trzęsącą się i zarzyganą kupą ludzkiego nieszczęścia. W końcu telewizja TVN za coś tym swoim specjalistom od charakteryzacji płaci, co mieliśmy okazję oglądać zarówno podczas niedawnego występu pani Weroniki Pazury, jak i parę lat temu na przykładzie pijaka Huberta K. A zatem, przypuszczam, że on już jednak nie żyje. I na niego akurat Koalicja 21 października liczyć już nie może. I tak go będę już traktował. Jako straconą okazję. Bóg więc z nim.

      Natomiast nie jest to jeszcze koniec tych refleksji. Więcej. W pewnym sensie, to zaledwie ich początek. Bowiem stało się tak, że w ciągu minionych kilkunastu godzin usłyszałem o wielu przeróżnych śmierciach i się zadumałem. Poinformowano nas otóż, że policja zastrzeliła bandytę, który był eskortowany z więzienia do szpitala i został odbity przez swoją żonę, czy kochankę. Dowiedziałem się również, że człowiek, który kierując po pijanemu, wjechał w grupę ludzi i ich ciężko poturbował, powiesił się w swojej celi na sznurowadłach. Dotarła również do nas wiadomość aż z Ameryki, że człowiek – znów człowiek – który kilka lat temu zamordował dziesięć przypadkowych osób i został za to przez sąd skazany na karę śmierci, został właśnie pozbawiony życia. I już nie żyje. Jakby tego było mało, moja córka przyszła do mnie z wiadomością, że bramkarz piłkarskiej reprezentacji Niemiec rzucił się pod pociąg, bo już nie chciał żyć i też już nie zyje. Co za dzień!

      Ale jest jeszcze jedna śmierć, o której bardzo chcę napisać. Śmierć niby ta sama, a jednak zupełnie inna. Śmierć, o której – jestem pewien – nikt z nas nie słyszał, a jest to śmierć równie przejmująca, jak wszystko to, co tu dziś zostało pokazane. A jednocześnie inna. Zupełnie inna, bowiem całkowicie naturalna, idealnie ludzka, tak niezwykle i pięknie wypełniająca przestrzeń, w której żyjemy i w tak niezwykle dostojny sposób uzupełniająca nasze życie. A przez to, że nie jest to przy tym śmierć jedna z wielu, lecz taka, która daje nam okazję zastanowić się nad wszystkim tym, o czym na co dzień zastanawiać się nie mamy czasu, to trzeba o niej wspomnieć. W wydaniu magazynu „The Economist” z 5 listopada, w dziale wspomnieniowym, znalazłem całostronicową informację zatytułowaną po prostu „Alan Peters, stolarz, zmarł 11 października w wieku 76 lat” . Pytałem kolegę, który takie rzeczy powinien wiedzieć, czy Alan Peters to nazwisko znane i celebrowane w Wielkiej Brytanii. Powiedział mi że nie. Że Alan Peters był stolarzem i zmarł i znany jest dopiero teraz, kiedy napisał o nim „The Economist”. A czemu „The Economist” o nim wspomniał? To już możemy się dowiedzieć z samego artykułu. A zaczyna się on tak:

Sięgając nieprzytomnie z samego ranka po parę skarpetek, niewielu z nas zastanawia się nad tym, jak gładko otwiera się nasza szuflada. Lecz dla Alana Petersa, który przez wiele lat był prawdopodobnie najlepszym producentem mebli w Wielkiej Brytanii, właściwie zbudowana i funkcjonująca szuflada stanowiła ukoronowanie jego rzemiosła. Idealna szuflada, ja sam powiadał, powinna się przesuwać jak na powietrznej poduszce, a podczas otwierania winna sprawiać, że inne szuflady niepostrzeżenie ukryją się w hermetycznej przestrzeni”.

      Alan Peters budował meble, ale zamysł artykułu w „The Economist” jest taki, żeby opowiadać głównie o tych jego szufladach. Więc czytam opowieść o Alanie Petersie, stolarzu, który niedawno zmarł w wieku 76 lat, a który całe swoje pracowite życie składał meble i składał je najlepiej jak potrafił. O tym jak to miał zwyczaj, podczas rozmowy, głaskać stół przy którym siedział. I takie tam. I wreszcie dochodzę do końca artykułu: „To co się dla niego liczyło najbardziej to to, by mebel był prosty i uczciwy, żeby funkcjonował. I żeby był na tyle porządny, by można go było podpisać swoim nazwiskiem. Jeśli ludzie chcą to nazywać sztuką, proszę bardzo. Lecz w jego wypadku wszystko sprowadzało się do etyki rzemiosła. Jak to kiedyś sformułował Barnsley, jego nauczyciel, wiejski rzemieślnik miał po prostu się starać. ‘Jeśli oś koła u wozu skrzypiała, jeśli belka była przeżarta żywicą, jeśli stóg siana stał krzywo’ wszyscy we wsi wiedzieli, czyja to robota. No i, oczywiście, tak samo było z zacinającą się szufladą”.

      Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, żeby nagle pisać o tym stolarzu. Czy ja może próbuję przemycić jakąś złośliwość. Nic z tych rzeczy. Nie dziś. W końcu dziś piszemy o śmierci i o bohaterach. I o cywilizacji. Wielka Brytania to kraj, który ma wiele na sumieniu i za wiele będzie musiał odpowiedzieć. Ale tu akurat nie usłyszy ode mnie marnego słowa. Oni potrafią odnajdywać bohaterów i ich czcić. Choćby w tak skromny sposób, jak przez notkę w ilustrowanym magazynie. W tym widzę normalność, za którą tęsknię. Normalność, o której wspomniałem pod koniec wczorajszego wpisu. To jest właśnie ta moja normalność.

      My póki co, produkujemy dziady.