poniedziałek, 11 grudnia 2017

O Polsce mleka i miodu przed żydowską inwazją

Chodziły mi ostatnio po głowie przeróżne tematy, które mogłyby spokojnie wypełnić dzisiejszą notkę, jednak, o czymkolwiek bym sobie nie pomyślał, wszystko natychmiast jest wypierane przez kolejne rewelacje na temat Mateusza Morawieckiego, jako owej żydowskiej piątej kolumny, mającej na celu ostateczne pogrążenie Polski w nędzy i moralnym upadku, i zmuszenie naszych dzieci do ostatecznego wyjazdu, możliwie najdalej stąd. W tej sytuacji nie mam innego wyjścia, jak wzywać do opamiętania, choćby przy pomocy moich dawnych tekstów, pisanych jeszcze w czasach, gdy Polskę niszczyli Polacy, a jedynym wpływowym Żydem była Zyta Gilowska, przez swoją chorobę już wtedy szczęśliwie odsunięta na boczny tor. Oto pamiętny rok 2012. Zapraszam do refleksji.  


      Właśnie dotarła do nas wiadomość, że internetowe domeny polska.pl, poland.pl, ale też literatura.polska.pl zostały przejęte przez spółkę Agora. Kompletnie nie mam pojęcia, jak to się odbyło. Czy może dotychczasowy właściciel tych domen, a więc NASK nagle pomyślał, że właściwie można by było je sprzedać Agorze i je sprzedał, czy może to Agora bardzo się starała, by je sobie kupić i w końcu udało jej się te domeny od NASK-u wydębić? Nie wiadomo tu akurat nic, ponieważ, jak słyszę, wszystko odbyło się w najwyższej tajemnicy, bez jakiegokolwiek przetargu, a zatem nawet nie wiadomo za jaką cenę, no i mamy co mamy.
      Jedno wiadomo z całą pewnością. Polskie Państwo, a więc wszędzie na świecie absolutnie naturalny właściciel tego typu nazw, albo nie wykazało w stosunku do tych domen jakiegokolwiek zainteresowania, albo – wręcz przeciwnie – wykazało zainteresowanie na tyle duże, by uznać, że tylko Agora będzie potrafiła godnie wejść w rolę ich szafarza i otworzyło temu geszeftowi drzwi na oścież. Więc to wiadomo. Ale, jak sądzę, wiadomo jeszcze coś. W gruncie rzeczy doszło do przejęcia na poziomie tak dotychczas nieznanym, i tak symbolicznie znaczącym, że każde kolejne słowo, jakie tu padnie, nawet w jednym ułamku nie odda sprawiedliwości temu, co należałoby powiedzieć. No bo co pozostaje? Zażartować, że w tej sytuacji Polsce, jeśli zajdzie taka potrzeba, pozostanie już tylko używać domen polen.pl, lub polsza.pl?
     Sytuacja jest więc dramatyczna, i to, jak się zdaje, dramatyczna w kształcie całkowicie nowym, a jedyne co nam pozostaje, to dokładnie to samo co wczoraj, przedwczoraj i miesiąc temu. A więc cierpliwe czekanie i wskazywanie palcem na to, czemu ani na moment nie wolno pozwolić się ukryć. A jak kto ma ambicje nieco wyższe od podstawowych, niech spróbuje zgadnąć, co ma jedno z drugim wspólnego.
      Wydaje się więc, że wszystko się zaczęło od Lejba Fogelmana, nowojorskiego Żyda, który, jak wszystko na to wskazuje, straciwszy odpowiedni szpan w owym Nowym Jorku, postanowił wrócić do Polski i spróbować swoich sił na gruncie gwiazdorzenia prowincjonalnego. Swoją drogą, ten przykład upadku jest tak spektakularny, że warto by mu poświęcić całkowicie osobny tekst, lub kto wie, czy nie nakręcić jakiegoś interesującego filmu, czy napisać książki. No bo ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdolność do autopromocji akurat wśród przedstawicieli narodu wybranego jest szczególna, ale jak idzie o tego Fogelmana, wydaje się, że on tam jednak coś kiedyś miał. W końcu był – czy może wciąż jest – zatrudniony w firmie Dewey & LeBoeuf, która wprawdzie pozostaje zaledwie jedną z wielu, ale za to jedną z wielu w dość istotnym miejscu. A zatem, jak mówię, coś tam mieć musiał. To jest oczywiste. No i nagle okazuje się, że ten wybitny człowiek z dnia na dzień staje się „króliczkiem Vivy” i bryluje już wyłącznie na trzeciorzędnych bankietach gdzieś tak między Justyną Steczkowską a Kazimierzem Marcinkiewiczem. A więc, jak mówię – ciekawe.
      Zaczęło się więc od tego Fogelmana i od razu poszło w stronę Kulczyka i jego… diabli wiedzą kogo – żony, partnerki, konkubiny – niejakiej Przetakiewicz, no a skoro Przetakiewicz, to i już wszystkich, a więc Moniki Jaruzelskiej, Wojciecha Fibaka, Aleksandry Kwaśniewskiej, jej mamy i chłopaka, i wreszcie całych tuzinów jakiegoś niezidentyfikowanego buractwa spod Piaseczna. No a skoro zaczęliśmy się zajmować tą menażerią, to wyszło na to, że to wcale nie jest tak że oni stanowią jakiś tam nasz lokalny folklor, który od nas chce tylko jednego – żeby się od nich odczepić i dać im żyć tak jak sobie zamarzyli. O nie! Oni nagle, stając się częścią pewnego bardzo perfidnego planu, polegającego na wciągnięciu znacznej bardzo części naszego społeczeństwa w ten ich świat, nie jako uczestników, ale otumanionych tym światłem widzów, stali się też niemal podstawową częścią Systemu.
      Powtarzam. Nie mamy najmniejszego powodu, żeby na te ich ekscesy wzruszać ramionami. To wcale nie jest tak, że oni wszyscy, z których zresztą, tak w pełni świadomie, naprawdę znamy zaledwie paru, tworzą jakiś zamknięty krąg, który ani nie jest naszą sprawą, ani my nie stwarzamy żadnego problemu dla nich. Jestem głęboko przekonany, a ostatnio bardziej niż kiedykolwiek, że nawet jeśli kiedyś w istocie był taki czas, że oni stanowili swego rodzaju rezerwat, dla nas, zwykłych ludzi, co najwyżej zabawny, to dziś ostatnią rzeczą jaką powinniśmy robić, jest ich lekceważyć. Bo oni są dokładnie tak samo dla nas ważni jak TVN Style, MTV Polska, galerie handlowe, Szkło Kontaktowe, czy nawet „Gazeta Wyborcza”. Sytuacja jest taka niestety, że dokładnie każdy ruch, każde słowo wypowiedziane przez jakąś Katarzynę Glinkę znaczy dla nas o wiele więcej, niż choćby ten skromny felieton.
      Dosyć niedawno Robert Mazurek uznał za stosowne przeprowadzić wywiad z pewnym posłem od Palikota, którego nazwiska szczęśliwie nie pamiętam, a który w tej rozmowie wyznał, że on z burdeli korzysta, i zawsze mu się wydawało, że dla każdego normalnego mężczyzny ten rodzaj aktywności jest czymś zwyczajnym. Doszło do tego, że kiedy mu Mazurek powiedział, że on i jego znajomi do burdeli nie chodzą, nieszczęśnik ów uznał, że to mazurkowe towarzystwo musi być jakieś dziwne. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że te słowa to pewnie jakaś prowokacja, której logika pozostaje dla mnie głęboko ukryta, ale nagle zdałem sobie sprawę, że wcale nie. On może faktycznie uważać, że chodzenie na kurwy jest tak samo normalne, jak palenie marihuany, czy upijanie się na Sylwestra. Może tak być, że on na naszej scenie nie znalazł się jako jakieś nieszczęście losu, ale autentyczny emisariusz nowych czasów. I że to tylko my i paru nam podobnych, czytając tę jego wynurzenia na temat tego kurestwa, odczuwamy powiew egzotyki.
      Pomyślałem sobie, co pomyślałem, i nie minęło wiele czasu, jak nasz kolega raven59 przesłał mi link do wywiadu z „Gazety Wyborczej” jeszcze sprzed niemal dziesięciu lat z niejakim Aleksandrem Pociejem – „adwokatem, felietonistą, graczem w polo” – na temat czegoś, co popularnie nazywa się „warszawką”, a czego częścią jest, jak sam się o dziwo do tego przyznaje, ów Pociej. Ciekawy dla nas jest cały ten wywiad, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy kwestii ogólnej. Otóż ten Pociej bez mrugnięcia okiem przyznaje się do czegoś, co z punktu widzenia kogoś takiego jak ja, jest absolutnym i jednoznacznym obciachem, a więc do tego, że wśród jego bliskich znajomych znajduje się na przykład Monika Jaruzelska, że on bywa tam gdzie bywa nie dlatego, że tam jest jakoś przyjemnie, czy smacznie, lecz dlatego, że tam bywać wypada. A to że tam bywać wypada, wynika nie z jakiś zawodowych, czy finansowych potrzeb, co przecież byłoby jakoś zrozumiałe, lecz z tego, że z ludźmi, którzy tam bywają łączy go status majątkowy i… sport, a więc „przede wszystkim narty, potem tenis, konie, żeglarstwo”.
     Proszę dobrze zrozumieć, o co mi chodzi. Ów Aleksander Pociej, człowiek, który, jak sam przyznaje, należy do „stu, dwustu osób”, które tworzą tak zwaną „warszawkę”, opowiada o swoim życiu tak jak my byśmy opowiadali o tym, że dziś rano, tak jak zwykle wstaliśmy i poszliśmy do pracy. A to jego opowiadanie sprowadza się do tego, by nas poinformować, że ten jego świat, to jest taki dziwny świat, gdzie jeśli ktoś jest odpowiednio zamożny, jeździ na nartach i jest do tego córką komunistycznego mordercy, to w jednej chwili staje się też częścią „grupy ludzi, mimo że zupełnie różnych, jakoś do siebie pasujących, lubiących się na gruncie towarzyskim”.
      A zatem, to jest to, co nazywam ogólnym wymiarem rozbłysku tej czerni. Na poziomie szczegółowym, dzieje się jednak równie ciekawie. Otóż Aleksander Pociej, „adwokat, felietonista, gracz w polo”, w pewnym momencie, pytany, co ciągnie ludzi do owej „warszawki”, odpowiada tak: „Myślę, iż to samo, co wszystkich. Każdy chce wyjść na chwilę poza swoją grupę zawodową. Na gruncie prywatnym pogadać z dziennikarzami, poznać ludzi filmu i telewizji. Co nie jest bez znaczenia, ta grupa przyciąga wiele pięknych kobiet, a w końcu część polityków to też mężczyźni”.
      I to jest dla mnie całkowita rewelacja. Niemal tak jak wyznanie tego posła od Palikota, z którym ostatnio zaprzyjaźnił się Robert Mazurek, co do standardowości uczestnictwa w nierządzie. Otóż okazuje się, że przede wszystkim, nie dość że „każdy” chce wyjść poza swoją grupę zawodową, to skoro już wychodzi, to nie po to, by się rozejrzeć, co słychać w świecie, ale żeby się spotkać i poprzebywać z „dziennikarzami, ludźmi filmu i telewizji”. I to jest dokładnie ten sam wymiar, jak nam został przedstawiony w rozmowie Mazurka. Oto norma – najpierw idziemy do burdelu, a potem, kiedy potrzeby fizyczne zostały już zaspokojone, nadchodzi czas na ucztę intelektualną w towarzystwie „ludzi filmu i telewizji”. No i dziennikarzy. No i oczywiście wciąż są te kurwy. Jasne że przedstawione w sposób znacznie bardziej elegancki niż tu na blogu, no ale nie ma się czemu dziwić: w końcu my tutaj, to zwykłe „łobuzy i bandyci”. Z PiS-u. Wciąż więc są te kurwy. Bo to jest przecież też oczywiste: „ta grupa przyciąga wiele pięknych kobiet”.
      Ta relacja, którą z kolei ja tu relacjonuję, jest tak dramatycznie szokująca, że mam nieustanne wręcz poczucie, że powinienem jak najszybciej kończyć, bo każde moje słowo tylko osłabia końcowy efekt. No ale trudno. Trzeba jeszcze parę rzeczy powiedzieć. Przede wszystkim, a propos tych pięknych kobiet. Nieco wcześniej, w rozmowie z „Wyborczą”, Aleksander Pociej skarży się, ze przez te wszystkie lata nowej Polski wokół biznesu zrobiła się tak nieprzyjemna atmosfera, że z towarzystwa w znacznym stopniu wywiało polityków. Kiedyś bowiem ich tam było co niemiara, ale dziś „tak napiętnowano ich bywanie w tych samych miejscach co przedsiębiorcy, że ewentualnie przysyłają żony i to też nie wszyscy”. A ja już się tylko zastanawiam, czy te żony tam występują w roli tych „pięknych kobiet”, czy może muszą grzecznie czekać w kolejce, aż trafi się ktoś bardzo pijany.
      No i najważniejsze. Ten świat – teraz już możemy mówić o świecie wspólnym i dla tych onanistów od Palikota i dla tych buraków próbujących gdzieś pod Warszawą grać w polo – to świat, który był nam szykowany już wiele lat temu, a dziś wreszcie święci tryumfy. Świat, gdzie coś, co standardowo i historycznie zawsze się określało jako „kurwienie się”, nagle stało się czymś tak całkowicie naturalnym, że jeśli my stajemy dziś wobec tego autentycznie zamurowani, oni na nas patrzą jak na kosmitów. Oczywiście, z tymi posłami, z którymi sobie gawędzi Robert Mazurek nie mamy jakiegokolwiek kontaktu. Podobnie, nawet nie bardzo jesteśmy sobie wyobrazić tych wszystkich ludzi, którzy gdzieś tam się właśnie rozrywają z Aleksandrem Pociejem i jakąś Kiką, Diną czy Lejbem w Barbadosie, Rabarbarze, czy zwyczajnie w Bukszy u Olbrychów. Natomiast z całą pewnością możemy spróbować się do tego świata przymierzyć. Przede wszystkim, oglądając w kolorowych magazynach zdjęcia z różnych gali, na które część z wysłanników owego świata zawsze chętnie zajrzy, i da się specjalnie dla nas sfotografować. Żebyśmy ten ich świat wiedział jaka jest sytuacja na froncie, a my, żebyśmy poczuli, co tak naprawdę się w życiu liczy.
      Te magazyny z zasady są nam sprzedawane po bardzo przystępnych cenach, no ale wiadomo – nikomu nie jest dziś lekko. W tej sytuacji istnieje system promocji, który nagle, w prezencie świątecznym na przykład, sprzeda nam te obrazki za marne 99 groszy. A jeśli dla kogoś i to się okazuje za dużo – na przykład, za 99 groszy gdzieniegdzie można kupić dwa jajka, lub kilo kartofli – może się ładnie wystroić i pójść sobie do lokalnego hipermarketu, i tam, w dobrym świetle, obejrzeć sobie te zdjęcia za darmo w jednym z kiosków z gazetami.
PS. Ponieważ rozmowa z Aleksandrem Pociejem miała miejsce przed wielu już laty, pomyślałem sobie, że ciekawe by było się dowiedzieć, co u niego słychać dzisiaj. W końcu 10 lat to szmat czasu. Nawet człowiek kochający sport może się pochorować, lub skończyć jeszcze marniej. Sprawdziłem więc tego Pocieja. I mam dobrą wiadomość. On żyje słodko. Jak zawsze. Aktualnie w charakterze senatora Platformy Obywatelskiej. I jak tu nie przyznać, że kolorowe magazyny to jednak potęga?


Zachęcam jak zawsze do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.


niedziela, 10 grudnia 2017

Kto się boi czarnego Żyda?

     Jak być może niektórzy z nas zechcieli zauważyć, przedwczoraj zamieściłem tu dość obszerną notkę, w której próbowałem przedstawić swoje refleksje na temat powodów zapowiadanej rekonstrukcji rządu, której pierwszym punktem miała być wymiana premiera. Kiedy pisałem ów tekst, nie miałem jeszcze pojęcia, czy do rekonstrukcji faktycznie dojdzie, a jeśli dojdzie, to kiedy, no i przede wszystkim, jak ona faktycznie będzie wyglądała. A zatem, treścią wspomnianej notki nie było ani omawianie kształtu nowego rządu, ani dyskutowanie walorów nowego premiera, ani tym bardziej zachwycanie się nowymi perspektywami dla Polski, ale zaledwie próba analizy przyczyn, dla których Jarosław Kaczyński, wedle wszelkich danych, zdecydował się na zmianę premiera, podczas gdy jakiejkolwiek potrzeby dla tego ruchu nie było.
      Ja wprawdzie, tak zresztą, jak to zawsze robiłem, starałem się unikać zwrotów „moim zdaniem”, „nie wiem, ale wydaje mi się”, czy „możliwe, że się mylę” i chyba tylko raz napisałem wyraźnie i jednoznacznie, że to co piszę, to zaledwie spekulacje, będące wynikiem wyłącznie moich rozmyślań i przeczuć, ale myślę, że dla każdego z nas, kto tu lubi spędzać wolny czas, było jasne, że ja nie zdradzam żadnych tajnych informacji, lecz najlepiej jak potrafię analizuję sytuację i staram się uczciwie przedstawić swoje argumenty na to, że w moim mysleniu jest pewien sens.
      Napisałem więc ten tekst, a kiedy już wiadmo było, że premierem został Mateusz Morawiecki, zareagował mój kumpel Coryllus i zrobił dokładnie to, co ja wcześniej, czyli przedstawił swoje refleksje, również bez zasłaniania się bezsensownymi zastrzeżeniami, że on tylko wyraża własne zdanie, a jeśli się myli, to bardzo przeprasza, licząc tka jak ja na to, że czytelnicy wiedzą, że za tymi uwagami nie kryje się żadna wiedza, ale bardzo głęboka i uczciwa analiza tego, co przed nami.
      Muszę tu wspomnieć o bardzo ciekawej reakcji naszego kolegi, Lemminga, który najpierw przeczytał mój tekst i napisał mi, że jego zdaniem mam rację, by następnie zapoznać się z tekstem Coryllusa i powiedzieć mi co następuje: „Więc to co Gabriel pisze dziś to mi się bardzo podoba. To znaczy to jest jawnie sprzeczne z Twoją wizją, ale ja myślę że jedna z tych dwóch jest prawdziwa, out-out”.
      I to mnie prowadzi do mojej podstawowej dziś myśli. Otóż jest tak, że my tu piszemy od lat te teksty, każdego dnia dzielimy się swoimi przemyśleniami, starając się, jeśli nawet nie przekonać, to zainspirować czytelnika do własnych już refleksji, ewentualnie do jakiejś inspirującej polemiki i jest w porządku. Niestety, tym razem – być może dlatego, że temat jest naprawdę poważny, a może po prostu trudny – zdecydowana większość komentarzy, przede wszystkim na Szkole Nawigatorów, ograniczyła się do powtarzania jakichś nieznośnych wręcz z mojego punktu widzenia frazesów na temat tego, że Morawiecki to działający na zlecenie londyńskiego City Żyd i że oto rozpoczął się ostateczny etap oddawania Polskie we władanie międzynarodowych gangów, co nas doprowadzi do takiego punktu, gdzie zatęsknimy za premier Kopacz i jej tak dobrze nam znanym urokiem. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że tak się może stać, jednak proszę zwrócić uwagę, że poza Coryllusem, i w pewnym sensie Lemmingiem, dosłownie nikt nie próbował mi wskazać moich błędów w myśleniu, a jedyne co mogłem przeczytać, to kompletnie bezwartościowe deklaracje typu „Polska ginie a Żyd żyje”, no i naturalnie „Chrystus jest naszym Panem”. Przepraszam bardzo, ale jeśli się ktoś zastanawia, czemu ja nie wziąłem udziału w tej niby-debacie, to odpowiadam tak jak już parę razy wcześniej, że nie jestem w stanie brać udziału w dyskusji, gdzie problemy komentatorów się kończą tam, gdzie moje się dopiero zaczynają. Już pokazuję, o co mi chodzi, na jednym zaledwie przykładzie. Otóż w komentarzach pod wspomnianą notką pojawiło się nazwisko Lejba Fogelmana, z taką najwidoczniej intencją, by mi uświadomić zagrożenia przed jakimi Polska stoi po tym, jak premierem został Mateusz Morawiecki. Otóż chciałbym tych, którzy nagle poczuli się jakimiś szczególnymi odkrywcami, poinformować, że ja o Fogelmanie pisałem na tym blogu, kiedy jeszcze większość z tych mądrali nie miało pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje. Również całkiem niedawno, podczas wizyty prezydenta Trumpa w Warszawie, to akurat ja jako jedyny zwróciłem uwagę na to, że przy nim cały czas kręcił się ów Fogelman. A więc, proszę mnie łaskawie nie straszyć, bo choć z całą pewnością może się okazać, że gówno z tego co się dzieje rozumiem, to z pewnością rozumiem więcej, niż większość z tych co przychodzą tu i próbują zrobić na mnie wrażenie.
     Przypomnę może fragment swojego tekstu z roku 2011 zatytułowanego „Lejb Fogelman, człowiek z koszerną busolą”, który tak się spodobał prof. Gilowskiej, że zechciała mi opowiedzieć na temat tego Żyda fantastyczną wręcz anegdotę, którą powtórzyłem w książce „O samotnej wyspie…”, a którą dziś,  niemal jako swoją, bezczelnie i gdzie tylko może kolportuje niejaki Stanisław Krajski.
      O tak. Krajski. Ten też z całą pewnością jest również bardzo rozczarowany tym, że premierem został Morawiecki. Ale wróćmy do roku 2011.


      
      O Fogelmanie po praz pierwszy usłyszałem jeszcze przed laty, kiedy to Robert Mazurek, w ramach swojego cyklu „Rozmowa Mazurka”, wówczas jeszcze w „Dzienniku”, przeprowadził z nim niezwykle interesujący wywiad. To co było dla mnie tam interesujące, to przede wszystkim to, że ów Fogelman przedstawiał się jako dumny kolega z dzieciństwa obu braci Kaczyńskich, że wspominał ich z niezwykłą sympatią i że o Polsce mówił nie jak Żyd, który ma do niej wyłącznie pretensje, lecz jak Polak, który ją kocha i szanuje. Pytany przez Mazurka o Kaczyńskich, opowiadał przede wszystkim, że Kaczyńscy tacy jakich on zna, nie mają nic wspólnego z Kaczyńskimi malowanymi przez oficjalną propagandę. Że on ich pamięta jako świetnych kolegów, dzielnych chłopców, wybitnych erudytów. W pewnym momencie wspomina Fogelman, jak to w roku 1968 razem z Kaczyńskimi był na jakimś studenckim obozie wojskowym i oni tam byli wśród tych „naprawdę nielicznych”, którzy protestowali przeciwko napaści bloku komunistycznego na Czechosłowację i „zachowali się bardzo godnie”.
      I oto po latach zaglądam do magazynu „Wprost”, a tam znajduję coś co się nazywa „Alfabet Lejba Fogelmana”, w którym dokładnie ten sam Fogelman, co przed laty, opowiada o ludziach, których miał okazję – bezpośrednio i już mniej osobiście – poznać w swoim barwnym życiu, a więc i o prezydencie Obamie, o Franku Zappie, Jimim Hendriksie, z jednej strony, a Zbigniewie Zamachowskim, czy Borysie Szycu – z drugiej. No i w pewnym momencie pojawia się też nazwisko prezydenta Kaczyńskiego. I oto nagle okazuje się, że Fogelman, owszem, kolegował się z Lechem Kaczyńskim, kiedy chodzili razem do szkoły, tyle że już z Jarosławem nie bardzo. Ale nawet jeśli idzie o Lecha, to on nagle już nie wspomina go jako dzielnego, inteligentnego chłopaka o niesłychanej wręcz pamięci, choć owszem, bardzo dobrze pamięta ów obóz wojskowy. A było tak, że ponieważ Lech Kaczyński był zawsze kurduplem, jego wojskowy płaszcz był na niego tak bardzo za duży, że się za nim śmiesznie ciągnął. No i Lejb Fogelman miał w zwyczaju zachodzić go od tyłu i mu ten płaszcz przydeptywać. I wtedy najczęściej działo się tak, że Lech Kaczyński wywalał się na mordę i była kupa śmiechu. Takie wspomnienia.
       Lejb Fogelman ze swoim kolegą z dzieciństwa spotykał się również w latach już ostatnich, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył i był prezydentem Polski, i dziś dla „Wprostu” opowiada, jak to zawsze borowcy mieli wielki kłopot, bo on nieustannie robił Kaczyńskiemu tak zwaną „mukę”. Sprawdziłem w Sieci, co to jest ta „muka” i okazuje się, że to jest taki mocny kuksaniec, jaki mają zwyczaj koledzy w szkole od czasu do czasu sobie dawać. A więc to jest dzisiejsze wspomnienie Lejba Fogelmana dotyczące Lecha Kaczyńskiego – ten kurdupelski płaszcz, ten pad na mordę i te kuksańce.
      Ktoś zapewne zapyta, cóż takiego się stało, że wówczas Lejb Fogelman wspominał Lecha Kaczyńskiego z taką sympatią, a dziś uważa za stosowne wyłącznie z niego szydzić, i to najprawdopodobniej przy pomocy wyssanych z palca głupich kłamstw? Czy to możliwe, że jemu zmieniła się ta perspektywa wyłącznie dlatego, że w międzyczasie Lech Kaczyński został zamordowany w Smoleńsku i dla kogoś takiego jak Fogelman, ze szczególnych względów historycznych i kulturowych, tego rodzaju śmierć jest zwyczajnie obrzydliwa? Że tu mogą w grę wchodzić jakieś trudne dla nas do rozpoznania kwestie udręczonego sumienia? Nie sądzę. Moim zdaniem, Lejb Fogelman nie był szczery wtedy, kiedy udzielał wywiadu Mazurkowi, ale też nie jest szczery dziś, kiedy pisze na zamówienie Tomasza Lisa. Dla niego liczy się wyłącznie władza, zaszczyty i pieniądze – faktyczne i ewentualne. Mieszkał sobie ten Fogelman w Nowym Jorku i dowiedział się, że w Polsce prezydentem został Lech Kaczyński, człowiek z którym on kiedyś chodził do klasy. No i pomyślał od razu, że jest to dobry kierunek. W jaki sposób? Nie wiadomo, ale trudno, by tego przynajmniej nie spróbować sprawdzić. Dziś, kiedy Lecha Kaczyńskiego już nie ma, ten adres został z notesu skreślony, natomiast zamiast niego pojawiły się inne: Borysa Szyca i Zbigniewa Zamachowskiego. Teraz to oni są dla Fogelmana władzą.
      I z mojego punktu widzenia, odbieram to jako bardzo dobry znak. Otóż, jak wiemy, Żydzi zawsze – pomijając czasy współczesne, kiedy to oni sami tę władzę najczęściej sprawują – przylepiali się do tych, którzy akurat przy władzy mieli okazję być, i to na absolutnie wszelkich warunkach. Znamy tę prawdę zarówno z przekazów historycznych, jak i z literatury. Całkiem niedawno choćby wspominaliśmy tu „Nadberezyńców” Czarnyszewicza. Otóż była tam taka scena, kiedy z pewnego nieistotnego tu powodu miało dojść do szkolnej bitwy na kulki śnieżne między Rosjanami, a innymi dziećmi. Zanim cokolwiek się miało szansę zacząć, dzieci żydowskie natychmiast pobiegły do Rosjan i poprosiły ich, by ci ich wzięli w niewolę. Że one nie chcą się bić, chcą być niewolnikami, a jak trzeba będzie, to oni pomogą Rosjanom prać Polaków. Oczywiście, dziś czasy mamy takie, że scena opisana przez Czarnyszewicza woła o pomstę do nieba, zarówno jako oczywiście historycznie z gruntu fałszywa, a poza tym wyrażająca nasz typowy polski antysemityzm. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet jeśli jest tak, jak nas naucza dzisiejszy świat, że Żydzi są zaledwie takimi samymi ludźmi, jak my, tyle że może nieco zdolniejszymi, Czarnyszewicz doskonale pokazał to, co nam zaprezentował Lejb Fogelman, a więc na czym polega żydostwo w ujęciu karykaturalnym. On w latach, gdy Lech Kaczyński był polskim prezydentem, gotów był oddać się w niewolę jemu, a kiedy tym prezydentem być przestał, oddaje się w niewolę tym, którzy – zgoda, że być może zaledwie symbolicznie – tej prezydentury go pozbawili.
      Co w tym jest takiego, że jestem skłonny traktować to jednak jako znak dobry? Otóż tak naprawdę nie chodzi nawet o samego Lejba Fogelmana. Z tego co on tam w tym swoim alfabecie pisze, wynika jednoznacznie, że on jest tak naprawdę nikim. Że to całe gadanie o tym, jak to on, czy może jego kancelaria, reprezentowała interesy Michaela Jacksona, to jakieś nic nie znaczące bzdety. Gdyby Fogelman choćby w jednym procencie był tak ważny, jak się przedstawia, przede wszystkim nie pieprzyłby o tym, że miał okazję kiedyś sikać obok Jimiego Hendriksa, lub znał przez chwilę kogoś, kto pieprzył Brigitte Bardot i miał okazję być jednym z mężów Michelle Pfeifer, bo takie historie każdego dnia może mi opowiadać córka pewnego mojego kolegi, która pracuje w pewnej bardzo ważnej londyńskiej firmie postprodukcyjnej i tego rodzaju kontakty stanowią dla niej chleb powszedni, tylko by się z tą Pfeifer sam ożenił. Jeśli natomiast Lejb Fogelman uważa za stosowne chwalić się czytelnikom tygodnika „Wprost” tym, że kiedyś zamienił parę słów z Angelą Jolie, to znaczy, że jest zwykłym dupkiem.
      Dobra wiadomość, jaką uzyskałem z tego popisu tandety natomiast jest taka, że wszystko wskazuje na to, ze Lejb Fogelman, zmieniając swojego pana, przeskoczył z Lecha Kaczyńskiego na polskich celebrytów tak zwanego młodego pokolenia. W tym swoim alfabecie, obok Hendriksa i Franka Zappy, Fogelman wymienia – w kolejności chronologicznej – Andrzeja Chyrę, Szymona Majewskiego, Borysa Szyca, Kubę Wojewódzkiego i Zbigniewa Zamachowskiego, i o każdym z nich mówi, że to jego „kumpel”, lub „przyjaciel”. Natomiast jedynym autentycznie liczącym się politykiem, a więc kimś kto poza długami ma jeszcze jakieś perspektywy, jest jego „dobry znajomy” Janusz Palikot.
      A ja sobie myślę, że jeśli po śmierci Lecha Kaczyńskiego, polskie towarzystwo tak ustosunkowanego Żyda, jakim jest Lejb Fogelman, ztanowi ta nędza, to znaczy, że tu nie ma już nic. Dla niego nie jest nawet odpowiednim rarytasem prezydent Komorowski i premier Tusk. Widać przez to wyraźnie, że doszliśmy do dna czysto kamienistego. Niżej już zejść się nie da. Oto polskie elity. Szyc, Majewski, Chyra i Lejb Fogelman. Dla nas jest to sytuacja, kiedy można brać naprawdę wszystko. I może to zrobić dosłownie każdy, nawet poseł Hofman z europoslem Porębą. I myślę, że ów moment odzyskiwania Polski jest już bardzo bliski. Przed nami dobry rok 2012.

Jak widać, pomyliłem sią aż o trzy lata. Nic takiego. Da się żyć.

Książka z listami od Zyty Gilowskiej jest do kupienia tu: https://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu.


sobota, 9 grudnia 2017

Do czego Tomaszowi Sakiewiczowi służy słowo "Polska"?

 Dziś może poczytajmy sobie mój najnowszy felieton, jaki napisałem dla „Warszawskiej Gazety”. Tak się sklada, że wciąż w temacie.    


      Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że dotychczas o Tomaszu Sakiewiczu nie pisałem ani razu. Jeśli jednak ktoś myśli, że to dlatego, że on akurat jest tą jednym z bardzo nielicznych polityków, czy dziennikarzy, którzy albo są tak zapracowani na rzecz Ojczyzny, że nie rzucają się w oczy, względnie a w owych rzadkich przypadkach, gdy się pokażą publicznie, nie mówią ani nie robią nic kontrowersyjnego, jest w głębokim błędzie. Akurat gdy chodzi o Sakiewicza, to on się udziela bardzo dużo i to w sposób tak irytujący, że mnie osobiście zazwyczaj brakuje słów.
      Ostatnio jednak zrobił Sakiewicz coś, co mnie autentycznie zmroziło i dziś w sposób, moim zdaniem, ostateczny, wyklucza go z patriotyczno-prawicowej części sceny politycznej. Otóż na łamach „Gazety Polskiej” oświadczył Sakiewicz, że „co do Macierewicza, to sprawa jest dla mnie prosta: jeżeli prezydent doprowadzi do jego dymisji, nie zagłosuję na Andrzeja Dudę w żadnych wyborach, nawet gdyby jego miejsce miał zająć Tusk”. I proszę mnie dobrze zrozumieć. Tu wcale problemem nie jest to, że Sakiewicz jest zawiedziony postawą prezydenta Dudy w sporze z Antonim Macierewiczem, nie chodzi o to, że  Sakiewicz jest pełen pretensji do prezydenta Dudy za jego ostatnie decyzje w sprawie reformy sądów, nie chodzi nawet o to, że Sakiewicz uznał, co zresztą mówi w dalszej części swojego tekstu iż Andrzej Duda „nie ma już żadnych szans w wyborach prezydenckich” i dziś już walczy tylko o to, by dobrze „zapamiętali go ci, dzięki którym wygrał”. Jego sprawa, w jaki sposób ocenia wydarzenia polityczne w Polsce. To co mnie tu jednak bardzo niepokoi to coś, co muszę nazwać sabotażem i to sabotażem wyjątkowo brudnym.
     W czym rzecz? Otóż chodzi o ten jeden fragment deklaracji Sakiewicza: „Nie zagłosuję na Andrzeja Dudę w żadnych wyborach, nawet gdyby jego miejsce miał zająć Tusk”. Zastanówmy się nad logiką tych słów. Otóż pozornie one nie mają żadnego sensu. No bo jakie znaczenie dla tego, czy Andrzeja Dudę zastapi Donald Tusk, może mieć to, w jaki sposób zagłosuje redaktor Sakiewicz? Jaki on ma wpływ na wynik wyborów, w dodatku wpływ o takim ciężarze, że polskim prezydentem zostaje Tusk? Co waży jeden głos? Otóż tu wcale nie chodzi o jeden głos i to właśnie komunikuje Sakiewicz strasząc nas Tuskiem. On mówi wyraźnie, że jeśli Jarosław Kaczyński zdecyduje się podarować Dudzie głowę Macierewicza, on wezwie te ileś tam tysięcy swoich czytelników wiernych „Gazecie Polskiej” i mediom zaprzyjaźnionym, do bojkotu wyborów, a więc do faktycznego oddania głosu na Donalda Tuska. A w domyśle pozostaje jeszcze jedno, to mianowicie, żeby również Jarosław Kaczyński pamiętał, że karty w tej rogrywce rozdają ludzie, którzy biorą albo wszystko, albo nic. A ta śmieszna Polska służy tylko do tego, by dostarczyć pewnemu czarnemu projektowi alibi.


Ida Święta, trzeba szykować prezenty. Nie muszę chyba po raz kolejny powtarzać argumentów, dlaczego najlepiej w tej sprawie zajrzeć do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki

piątek, 8 grudnia 2017

O marnych szansach na rekonstrukcję myślenia

      Oczywiście, jest całkiem prawdopodobne, że coś przegapiłem – w końcu nie jest tak, że śledzę wszystkie, ukazujące się tu i tam, komentarze na temat stanu polskiej polityki – jednak z tego, co zdążyłem zaobserwować, gdy chodzi o powody zapowiadanej od pewnego czasu rekonstrukcji rządu, dosłownie nikt nie zwrócił uwagi na coś, co w moim odczuciu jest czymś tak oczywistym, że aż mi jest niezręcznie o tym pisać. Mamy panią premier, która cieszy się bardzo dużym i coraz większym społecznym zaufaniem, mamy rząd, którego notowania utrzymują się na stale wysokim poziomie, autoryzujące ów rząd Prawo i Sprawiedliwość w sondażach osiąga kolejne rekordy i, jak wiele na to wskazuje, w wyborach za dwa lata ma dużą szansę osiągnąć większość pozwalającą mu na zmianę Konstytucji, a co może jeszcze ważniejsze, opozycja jest w totalnej rozsypce i, jak można przypuszczać, przez wiele najbliższych lat na politycznej scenie nie pojawi się żadna nowa siła, która by była w mocy zmienić układ rządzący, a Jarosław Kaczyński ni stąd ni z owąd wpada na pomysł, by zmienić premiera? A w jakim to niby celu?
     Słuchałem przez kilka ostatnich dni analiz wypowiadanych przez najważniejszych politycznych komentatorów, którzy próbowali udzielić odpowiedzi na to pytanie i praktycznie wszyscy oni najpierw wyrażali zdzwienie, że owa wymiana premier Szydło na czy to ministra Morawieckiego, czy też nawet samego Jarosława Kaczyńskiego, jest w ogóle rozważana, następnie informowali, że podobnie jak dla nich, owe plany są też kompletnie niezrozumiałe dla większości społeczeństwa, by wreszcie sugerować, że tu może chodzić o to, że skoro Dobra Zmiana osiągnęła zamierzone sukcesy w polityce społecznej i w wymiarze sprawiedliwości, teraz przyszedł czas na przyspieszenie gospodarcze i tu premier Morawiecki byłby znacznie lepszy od Beaty Szydło. Na pierwsze miejsce przy tym wysunął się znany nam skądinąd red. Stankiewicz, który w Onecie podał siedem powodów owej zmiany, z których mnie osobiście najbardziej podobaja się te, że „Kaczyński uważa Morawickiego za wizjonera”, a jednoczesnie „nie jest dla Kaczyńskiego zagrożeniem”.  Rozumiecie Państwo? Rząd w ciągu minionych dwóch lat odniósł wszelkie możliwe sukcesy, zyskał fantastyczne poparcie społeczne, premier Szydło jest, obok prezydenta Dudy, najbardziej lubianym przez Polaków politykiem, wspomniany Morawiecki ma wszelkie potrzebne kompetencje, by postępować wedle uznania, no a przy tym wszystkim, od kilku dobrych miesięcy, opozycja w Polsce wręcz żąda od Jarosława Kaczyńskiego, by wreszcie wyrzucił Szydło na zbitą twarz, bo ta kompromituje Polskę w Europie i na  świecie… no ale ponieważ Prezes uważa Morawieckiego za wizjonera, który mu nie zagraża, trzeba to całe towarzystwo rozpędzić na cztery wiatry i zrobć krok do przodu już w nowym rozdaniu. To nam właśnie próbują tłumaczyć najwybitniejsi polityczni eksperci. Przepraszam bardzo, ale czego ja nie zauważam?
     Otóż, moim akurat zdaniem, ja mam oko na wszystko, co ważne i wymagające mojej uwagi, a przy tym, w odróżnieniu od większości komentatorów, z tego co widzę, potrafię wyciągać wnioski. Oczywiście, mogę się mylić i nagle okaże się, że jest świetnie i żadnej rekonstrukcji robić nie trzeba. W końcu, nie posiadam swoich zaufanych informatorów, którzy podrzucają mi różne ściśle tajne wiadomości, a zatem wszystko co wiem, to są rzeczy pozyskane z tych czy innych mediów. Jednak to właśnie z tych mediów wiem, że co najmniej od lipca tego roku między prezydentem Dudą, a, nazwijmy to ogólnie, środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości istnieje napięcie, które coraz bardziej się przeradza w bardzo poważny kryzys. I wcale tak naprawdę nie chodzi mi o to nieszczęsne weto, czy nawet o awanturę z ministrem Macierewiczem o generałów, ale ogólną atmosferę, której symbolem są nieustanne pretensje, a ostatnio wręcz wyzwiska, jakimi Prezydent jest zarzucany przez prawicowe media i niektórych polityków, z których chyba największe publiczne wrażenie zrobiło najpierw nazwanie Prezydenta przez dziennikarza „Gazety Polskiej” Lisiewicza „Dudaczewskim”, a tym samym oskarżenie Dudy o związki z WSI, a potem deklaracja samego Tomasza Sakiewicza, że on od Dudy woli już samego Tuska. Otóż, jestem głęboko przekonany, że dla projektu pod nazwą Dobra Zmiana nie ma większego zagrożenia – a tak naprawdę, jest to dziś zagrożenie jedyne – niż otwarty konflikt między dwoma ośrodkami, i dziś prezes Kaczyński, jeśli uważa podobnie jak ja, nie ma innego wyjścia, jak ustąpić Prezydentowi wszędzie tam, gdzie on sobie tego życzy, i to bez żadnej dyskusji. A zatem, na przykład, jeśli Prezydent uzależnia swoją współpracę z Dobrą Zmianą od tego, czy Beata Szydło, Antoni Macierewicz, Zbigniew Ziobro, czy nawet Patryk Jaki będą stali na jej czele, Prezes nie ma innego wyjścia, jak ich poświęcić, bo zwyczejnie bez nich sobie poradzi – bez Prezydenta nie.
      I tu akurat pojawia się problem, o którym od miesięcy,  a więc od czasu gdy kwestia rekonstrukcji rządu po raz pierwszy się pojawiła publicznie, wszyscy świetnie wiemy. Otóż z jednej strony, rekonstrukcja musi zostać przeprowadzona, a z drugiej, nie ma dobrego sposobu, by się choćby za nią zabrać. I nie oszukujmy się. Tu wcale nie najbardziej chodzi o ministrów Radziwiłła, Szyszkę, czy choćby nawet i Jurgiela. Oni akurat nikomu nie przeszkadzają. Podobnie, moim zdaniem, nie ma żadnego konfliktu między Prezydentem, a premier Szydło. Nie jestem nawet pewien, czy Prezydentowi przeszkadzają tak bardzo Zbigniew Ziobro z Patrykiem jakim. Ich obu akurat znamy na tyle, by wiedzieć, że jeśli tylko będzie trzeba, obaj się grzecznie podporządkują każdej decyzji i każdemu. Chodzi o Macierewicza, który osiągnął już taką, zarówno polityczną, jak i osobistą, pozycję że jego, bez ryzykowania kryzysu, którego Dobra Zmiana, a przy tym Polska, może nie przetrzymać, wyrzucić się nie da, a wszystko wskazuje na to, że pozostawić też nie można.  
     I teraz dochodzę do sedna moich rozważań. Otóż, moim zdaniem, Jarosław Kaczyński uznał, że jedynym sposobem na w miarę bezbolesne usunięcie Macierewicza, a tym samym na zapewnienie rządowi poparcia ze strony prezydenta, jest w pewnym sensie wymiana premiera, oraz całego rządu, w taki sposób, by Mateusz Morawiecki – oczywiście on, a nie sam Prezes – został premierem i jako taki dobrał sobie takich współpracowników, jakich uzna za stosowne. Trudno sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której odwołana bez żadnego wyraźnego powodu premier Beata Szydło z pokorą podporządkowuje się tej decyzji i ogłasza swoją gotowość pracy dla Polski na każdym wyznaczonym jej stanowisku, podobnie zachowują się wszyscy inni ministrowie, a Antoni Macierewicz dostaje ciężkiej cholery i wspólnie z zaprzyjaźnionymi mediami wszczyna wobec Kaczyńskiego karczemną awanturę i tego rodzaju zachowanie spotyka się ze społeczną akceptacją.
     Ktoś powie, że no dobrze. Niech będzie że mam rację i że faktycznie całe to zamieszanie z rekonstrukcją ma na celu zabranie Dudzie sprzed oczu Antoniego Macierewicza. Ale czy w takim razie tym bardziej ów upór nie świadczy przeciw Prezydentowi? Czy fakt, że prezydent Duda interes Polski postawił na szali dla swoich marnych kompleksów, nie dowodzi tego, że coś jednak jest na rzeczy w określeniu go przez Lisiewicza przezwiskiem Dudaczewski? Otóż wcale nie, i to wcale niekoniecznie dlatego, że, przy całym szacunku, interes nawet kogos takiego jak Antoni Macierewicz, w tym wszystkim stoi daleko niżej od interesu Polski. Ja do prezydenta Dudy mam swoje pretensje i to już od bardzo dawna, a więc choćby od czasu, gdy jedną z najbliższych mu osób okazał się Marcin Kędryna, że nie wspomnę o owej strasznej kompromitacji na zorganzowanej przez Zbigniewa Benbenka gali „Super Expressu”.  Nawet, choć bez specjalnego zaangażowania, mogę przyznać, że nic by się nie stało, gdyby on jednak w lipcu te ustawy podpisał. Jednoczesnie jednak jestem w stanie wyobrazić sobie, jak było nie było Prezydent RP się może czuć, gdy przez szereg kolejnych miesięcy jest traktowany przez Ministra Obrony Narodowej w ów znany nam wszystkim od niemal już 30 lat, a przy tym tak charakterystyczny, sposób. Przepraszam bardzo, ale nie trzeba być współpracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych, by stracić cierpliwość.
      A zatem, skoro nie można inaczej – a moim zdaniem, i wszystko na to wskazuje, że mam rację, inaczej się nie da – przyjdzie nam już wkrótce ministrowi Macierewiczowi powiedzieć „do widzenia się z panem” i daje słowo, że nie mam z tym jakiegoś szczególnego problemu, bo, jak już powiedziałem na początku tych refleksji, nic co dziś zrobi Prawo i Sprawiedliwość nie jest w stanie zmienić faktu, że przyszłość jest już zaplanowana na wiele następnych lat. Pomijając oczywiście otwartą wojnę z prezydentem Dudą. A zatem, śpijmy spokojnie i równie spokojnie czekajmy na to co przyniosą kolejne dni. A na święta, jak wiemy, i tak będzie ryba i tego możemy się zawsze bezpiecznie trzymać.

PS. Już po napisaniu tego tekstu dotarła do mnie oficjalna już wiadomość, że premier Szydło zostanie zastąpiona przez Mateusza Morawieckiego. A oni nadal robią mądre miny i gadają, gadają, gadają. Nic nie szkodzi.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek.  

       

czwartek, 7 grudnia 2017

O tajemniczym pytaniu Henia Gembalskiego i literaturze w rytmie hip-hop

       Pisałem przedwczoraj trochę na temat lęku, jaki paraliżuje przeciętnego czytelnika, gdy staje twarzą twarz z książką, o której wcześniej nie słyszał, a o istnieniu jej autora nie miał bladego pojęcia, i w ten sposób często traci szanse na przeżycie czegoś prawdziwie świeżego, a niekiedy nawet i najlepszego. I choć daję słowo, że nie planowałem do tego tematu wracać, to część komentarzy, jakie ów tekst sprowokował, każe mi podejrzewać, że moje intencje nie do końca zostały zrozumiane. Otóż problem nie polega w żadnym wypadku na tym, że obok literatury popularnej istnieje coś, co lubimy nazywać „literaturą ambitną” , a czytelnik woli pop. Możliwe, że tak się to właśnie dzieje w przypadku kina, czy muzyki, a więc sztuk przeznaczonych dla wszystkich i dla każdego, natomiast gdy chodzi o książki, to dzięki rozpowszenionemu mitowi, jakoby „glupcy książek nie czytali”, one niemal z zasady kierowane są do tak zwanej „wymagającej publiczności”, a ta akurat akurat -  i to jest fakt – jak ognia się boi się bycia posądzoną o szukanie tanich wzruszeń. Ponieważ jednak to wzruszenia właśnie stanowią jedyną rzeczywistą wartość i poza nimi nie ma tak naprawdę niczego więcej, to co tworzy dziś współczesną literaturę, to pretensjonalny, kompletnie bezwartościowy kicz, tym bardziej irytujący, im bardziej pozujący na coś specjalnego.
      A zatem czytelnicy boją się naszych książek nie dlatego, że one są zbyt trudne, zbyt głębokie i zbyt ambitne.  Dla przeciętnego czytelnika nie stanowi najmniejszego problemu przeczytać i się zadumać nad najnowszą powieścią Olgi Tokarczuk. Oni boją się naszych książek – co już tu zostało powiedziane – przede wszystkim dlatego, że nie znają naszych nazwisk, a nie mają serca do ryzyka, ale również dlatego, że to co my piszemy jest właśnie proste, bezpretensjonalne i tak naprawdę strasznie pop i o tym nie da się nawet mądrze podyskutować. To można jedynie przeżyć, a ambitnego czytelnika przeżycia nie interesują.
      Może nie będę tu pisał o sobie, ale proszę zwrócić uwagę na to, w jaki sposób buduje narrację Coryllus. Przecież gdyby on nie pisał na tematy „dorosłe”, te jego baśnie mogłyby czytać nawet dzieci, które dotychczas poza szkolnymi lekturami nie miały w ręky żadnej książki. A zatem w jaki sposób ma to być „literatura ambitna”? Oczywiście, to co on w swoich książkach przekazuje jest zawsze bardzo przemyślane, głębokie i w żadnym wypadku nie codzienne, natomiast sam sposób opowiadania nie mógłby być bardziej prosty i bardziej pozbawiony pretensji.
     Ktoś mi napisał, że moje książki też nie są łatwe w odbiorze i że tak naprawdę być może tylko „39 wypraw” oraz „Listonosz” mogą trafić do szerszej publiczności. Reszta wymaga prawdziwego intelektualnego zaangażowania. Daje słowo, że czuję się obrażony. Ja jakiś czas temu podarowałem swoje „Marki, dolary, banany…” zaprzyjaźnionej kelnerce w zaprzyjaźnionej knajpie, ona ją otworzyła na przypadkowej stronie i, jak mi opowiedziała przy kolejnej okazji, w przerwach w obsługiwaniu klientów, do końca dnia, to śmiejąc się, to płacząc ze wzruszenia, przeczytała całość. I to ma być trudna, ambitna literatura. Przepraszam bardzo, ale to już bardziej wymagający jest Zenek Martyniuk. Choćby jako  socjologiczna zagadka.
      Nasze książki nie dlatego są najlepsze, że stawiaja przed czytelnikiem jakieś szczególne intelektualne wymagania. One są najlepsze dlatego, że są napisane prostym i przejrzystym językiem i przedstawiają świat zrozumiały dla każdego czytelnika, pod warunkiem, że on przeżywa ów świat prosto i przejrzyście. Pisałem to już kiedyś, ale dziś powtórzę. Gdyby baśnie Gabriela Maciejewskiego, że już nie wspomnę o „Dzieciach PRL-u”, trafiły do szkół, niewykluczone, że po kilku tygodniach nasze dzieci te swoje cholerne smartfony wyrzuciłyby do kosza.
      Wspomniałem o swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. Z jednej strony, zawsze uważałem, że pod względem czysto literackim, to jest moje największe osiągnięcie, a z drugiej strony mam wrażenie, że ten akurat tytuł jest traktowany przez wiekszość czytelników, jako coś… niepoważnego. Dziwne. No, proszę tylko spojrzeć na to:

      „Zmierzch, a potem już upadek PRL-u wspominam niezwykle sympatycznie. Jednak powiem uczciwie, że nie mam wcale pewności, czy owe wspomnienia są związane faktycznie z ostatecznym końcem tamtego przykrego przecież niekiedy czasu, czy może z tym, że tamten okres, a więc lata 1986-1989, to był fantastyczny dla mnie czas osobiście.  Z tego co tu opisuję, można błoby sądzić, że wszystkie moje ówczesne smutki i radości w najmniejszym stopniu nie były związane z polityką. Polityka akurat zawsze mi towarzyszyła niejako z boku i, owszem, niekiedy mocno inspirowała, jednak to co uważałem za swoje życie, należało już do innego zupełnie wymiaru.
      W roku 1986 wzięliśmy ślub i to było naprawdę coś. Było lato, najpierw spędzaliśmy czas na plebanii w Krasiczynie, a potem już w naszym Przemyślu, i byliśmy i piękni i młodzi i wszyscy nas bardzo lubili i nic nie wskazywało, żeby to, co jest, miało się kiedykolwiek skończyć. Mieliśmy też własne mieszkanie, które mi zostało po moich rodzicach. Za pieniądze, jakie nam wpadły podczas ślubu, wyposażyliśmy sypialnię, kupiliśmy u pewnego stolarza w Kostuchnie fantastyczny stół do kuchni, który nam zresztą służy do dziś, a kiedy tamte pieniądze się skończyły, to mieliśmy już swoje, bo oboje albo uczyliśmy angielskiego, albo ja robiłem jakieś poważne tłumaczenia, a wtedy to był nie byle jaki biznes.
      Rok później urodziło się nasze pierwsze dziecko, a jeszcze rok później – już w roku 1988 – pojechaliśmy na wakacje do Rycerki do pewnego pana Stefka Kurowskiego, gdzie oczywiście wszystko kosztowało, ale nam to nie przeszkadzało, bośmy byli bogaci, no i wciąż piękni i młodzi.
      Ona miała już dobrze ponad rok, ale ponieważ nigdy nie była szczególnie przebojowa, wciąż uczyła się chodzić, więc chodziliśmy z nią po tej okolicy i patrzyliśmy jak rośnie. I było pięknie! Pamiętam jak pewnego dnia w miejscowym sklepie zobaczyliśmy – zupełnie jakby wylądowało UFO – na półce biustonosz firmy Triumph, i moja żona zupełnie oszalała, bo wcześniej coś takiego widziała tylko w kolorowych zagranicznych magazynach. No więc kupiliśmy jej ten biustonosz. Nie wiem dziś, ile on kosztował, ale myślę, że to był odpowiednik dzisiejszego tysiąca złotych.
      Ale z tamtych wakacji pamiętam coś jeszcze. Otóż w sierpniu tamtego roku przestały się ukazywać kolorowe pisma, a więc „Panorama”, „Zwierciadło”, „ITD.” i takie tam. Dlaczego? Tłumaczenie było chyba takie, że drukarnie nie są w stanie drukować tych właśnie kolorów. No więc mieliśmy tylko te gazety.
      Pewnego dnia, dowiedziałem się, że do miejscowego sklepu ma przyjść dostawa piwa i że każdy kto przyjdzie pomagać w rozładunku, będzie mógł sobie kupić całą skrzynkę. Dziś pamiętam, że to był jakiś „Żywiec”, tyle że pod inną nazwą. Nie dam głowy, że pamiętam wszystko dobrze, ale nalepka była chyba zielona, a samo piwo nazywało się po prostu „Lager”.
      Rozładowywaliśmy – ja i kilku pozostałych wczasowiczów – to piwo jak szaleni, no a potem nastąpił ten moment, kiedy każdy z nas, umęczony jak jasna cholera, mógł sobie kupić tę jedną fantastyczną zupełnie skrzynkę. Pamiętam też, że oczywiście wtedy wszystkiego tam nie wypiłem, więc znaczną tego część przywieźliśmy ze sobą tu do Katowic.
      Potem przyszedł rok 1989 i wiadomo już było, że idą nowe czasy. Wszystko wprawdzie było takie jak wcześniej, tyle że to co miało się stać, wisiało w powietrzu i robiło wrażenie czegoś absolutnie nieuchronnego. A myśmy sobie żyli też tak jak dotychczas, we trójkę z naszą córką, w naszym pięknym mieszkaniu, bez żadnych kłopotów, bez zmartwień, bez jakichkolwiek widocznych zagrożeń, z kupą wolnego czasu, no i w dodatku z tą świadomością, że jest nawet jeszcze lepiej – bo komunę niedługo szlag trafi, i zacznie się ta od tak dawna wyczekiwana akcja odwetowa. A potem, kiedy w centrum miasta pojawił się niemiecki supermarket o wzruszającej nazwie „Future Zwei”, a z nim nigdy tak naprawdę dotychczas nie widziane ananasy i orzechy kokosowe, wiedziałem, że tak – to już naprawdę za chwilę. 
      Właśnie tak ten czas pamiętam. Jako okres całkowitej beztroski, z kupą wolnego czasu i pieniędzy, które można było wydawać na wszelkie codzienne potrzeby, czy nawet niekiedy i kaprysy. Oczywiście nie mieliśmy wtedy – podobnie zresztą jest nie mamy i dziś – ani samochodu, ani domu w budowie, ani wakacyjnych planów gdzieś w Hiszpanii, bo tak naprawdę nasze potrzeby były ściśle ograniczone przez nasze nad wyraz skromne wymagania. Wakacje spędzało się niemal wyłącznie w Przemyślu, a gdy chodzi o ewentualne luksusy, to znowu w Polsce akurat tak wiele ich do nabycia nie było. Czasem może jakaś flaszka w Peweksie, no i okazja do przyjacielskiej wizyty.
      Pamiętam jak któregoś dnia – było to jeszcze zanim urodziła się nasza córka – przyszliśmy sobie skądś do domu, a przed drzwiami stały dwie kobiety – Świadkowie Jehowy. I proszę sobie wyobrazić, że ponieważ ani nie mieliśmy żadnych obowiązków, ani szczególnych planów, poprosiliśmy, żeby one weszły i napiły się z nami herbaty.
      Weszły więc obie panie, siadły i zaczęły nam opowiadać swoje historie. One więc opowiadały, a myśmy siedzieli i ich słuchaliśmy bardzo grzecznie… W pewnym momencie jedna z nich zapytała, czy mamy w domu Pismo Święte, myśmy je przynieśli, a one zaczęły nam pokazywać, gdzie znajdują się najbardziej drastyczne fałszerstwa. I wtedy nagle przyszedł do nas w odwiedziny mój do dziś wielki przyjaciel Henio Gembalski. Wszedł, siadł obok i tak samo grzecznie jak my, zaczął się przysłuchiwać naukom obu pań. Słuchał przez pewien czas w uprzejmym milczeniu, i w pewnym momencie – z tą swoją niesłychanie charakterystyczną, znaną powszechnie elokwencją – odezwał się mniej więcej tak: „Przepraszam, jeśli można, ale mam jedno pytanie: Czy państwo wierzą w istnienie Szatana?” A kiedy obie panie chętnie to potwierdziły, że oczywiście i jak najbardziej, Henio zadał drugie pytanie...

      Kto chce się dowiedzieć, jakie było drugie pytanie i co z tego wynikło, niech sobie tę książkę kupi, to się dowie. A cała reszta już będzie w cenie.

 

Wspomniana książka jest do kupienia pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/.  Naprawdę zachęcam. A kto już ma, niech się spieszy i wybiera ją, jako prezent najlepszy. 

środa, 6 grudnia 2017

Wezwani do tablicy, odcinek kolejny

Jeszcze przez pewien czas niniejszą „Tablicę” można znaleźć w kioskach, jednak jeśli ktoś na nią czeka tu na blogu, zapraszam z radością. Jak to ma miejsce ostatnio dość często, tematy są lekko przeterminowane, natomiast mam szczerą nadzieję,  że dowcip zachowuje stałą świeżość.


Tegoroczny Marsz Niepodległości, jak wszyscy wiemy, stanowił zastrzyk nowej nadziei dla totalnej opozycji, zarówno w Kraju, jak i w Bruskeli, tym razem jednak z takim oto przesłaniem, że ponieważ przez Warszawę przemaszerowało 60 tysięcy nazistów, cały cywilizowany świat nie ma innego wyjścia, jak zrobić wszystko, by doprowadzić do upadku rząd Beaty Szydło. Kłopot z tym, że mimo podejmowanych przez kolejne ośrodki wysiłków, zamiast ówych 60 tysięcy nazioli, wszędzie tylko widać zakochane pary oraz rodziny z dziećmi, i sytuacja po tamtej stronie robi się powoli naprawdę dramatyczna. I oto okazuje się, że pojawiła się przysłowiowa jaskółka, która, jak wiemy, wiosny nie czyni, ale jakąś nadzieję daje. Oto, jak donosi między innymi „Newsweek”, w rejonie, w którym odbywał się marsz, pojawiła się wraz ze swoim samochodem dawna działaczka dawnej „Solidarności”, niejaka Ewa Hołuszko, i ktoś jej w owym samochodzie wybił szyby i zniszczył lusterka. Podejrzenie jest takie, że ów ktoś to pisowcy naziści, którzy nie są w stanie tolerować faktu, że dzisiejsza Ewa Hołuszko, to tak naprawdę dawny Marek Hołuszko, tyle że po tak zwanej „korekcji płci”. Ponieważ samochód pana Ewy był na tyle tani, że wymiana szyb przewyższa jego wartość, środowiska walczące o przestrzeganie Konstytucji zorganizowały zbiórkę na nowy samochód dla pani Marka. W tej sytuacji nam nie pozostaje nic innego, jak apelować do Brukseli, by może na chwilę odpuściła problem drzew w Puszczy Białowieskiej i zajęła się samochodem Hołuszki. Sukces gwarantowany.

***

Skoro o sukcesie mowa, wielki sukces osiągnęła totalna opozycja w Polsce, kiedy po wielu miesiącach trudnych politycznych negocjacji Nowoczesna zgodziła się, by wspólnym kandydatem na prezydenta Warszawy został Rafał Trzaskowski, pod warunkiem, że wiceprezydentem miasta będzie Paweł Rabiej. Wszyscy mieliśmy okazje oglądać wspólną konferencję prasową Grzegorza Schetyny, Ryszarda Petru oraz wspomnianego Rabieja, podczas której ogłoszone zostało owo porozumienie i przez kilka kolejnych dni tkwiliśmy w stanie najwyższego zachwytu dla politycznych umiejętności przede wszystkim przewodniczącego Schetyny, kiedy to głos zabrała posłanka Lubnauer i zapowiedziała, że jeśli ona zostanie kolejną przewodniczącą Nowoczesnej, to wszystkie dotychczasowe ustalenia stracą ważność, bo „trwałe są tylko te sojusze, które dają korzyści wszystkim stronom”, a ona osobiście nie widzi jakichkolwiek korzyści z tego, by przyszłym prezydentem Warszawy został Trzaskowski, a nie jej koleżanka Kamila Pihowicz. Biorąc pod uwagę fakt, że przewodniczący Schetyna zapewnie również nie widzi żadnych korzyści w tym, by Gronkiewicz była zastąpiona przez Pihowicz, przed nami długie miesiące kolejnych sukcesów tak zwanej „totalnej opozycji”. Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, osobiście stawiam na Lubnauer. To jest nazwisko, które w Brukseli brzmi zdecydowanie bardziej serio niż jakieś „Petru”.

***

Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że w ostatnich latach kobiety w Polsce zyskały tak wybitną pozycję w polityce. Gdzie te czasy, gdy jedyną licząca się damą w owym towarzystwie była Hanna Suchocka? Dziś nie dość, że premierem jest kobieta, że kobiety dzierżą najważniejsze stanowiska w rządzie, że nawet w opozycji pierwszym wojownikiem obok posłankek Lubnauer i Pihowicz, jest posłanka Wielgus, to i w tak jednoznacznie samczym środowisku jak Platforma Obywatelska, trafiają się prawdziwe gwiazdy, takie jak choćby posłanka Pomaska. Ostatnio świat wstrzymał oddech na wiadomość, że piosenkarka Dorota Rabczewska znana skądinąd jako Doda, została zatrzymana przez policję i oskarzona o jakieś tam wymuszenia, czy groźby kierowane pod adresem swojego byłego. Jak wiemy, ostatnio pani Doda kręciła się w okolicach Dobrej Zmiany, prawdopodobnie w poczuciu zbliżających się kłopotów, no ale teraz naprawdę już nie wiadomo, co z nią będzie dalej. Jak znamy nasz wymiar sprawiedliwości w starciu z polityką, sprawa już wkrótce się rozejdzie po kościach, a artystka będzie mogła wejść w politykę pełną parą. Kto wie, czy nawet nie na stanowisko prezydenta Warszawy. W końcu kobiety rządzą, czyż nie?

***

Inna sprawa, że z nadchodzącymi wyborami samorządowymi żartów nie ma. Wprawdzie Prawo i Sprawiedliwość wręcz staje na głowie, by stworzyć taki system, który Dobrej Zmianie zapewni kolejne zwycięstwo, wygląda jednak na to, że łatwo nie będzie. Oto lokalna „Gazeta Wyborcza” zorganizowała sondaż, z którego wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy Gliwic, włącznie z tymi, którzy sobie szczególnie upodobali obecną władzę, nie marzą o niczym innym, jak o tym, by miłościwie im panujący od niemal już ćwierćwiecza prezydent Frankiewicz ich nie opuścił. Pocieszające jest to, że owe sondaże, o ile pytanie nie jest zadane uczciwie i wprost, są funta kłaków warte. Ostatnio firma Kantar Public ogłosiła, że od czasu jak PiS objął w Polsce władzę „37 procent badanych uważa, że nastąpiła zmiana na gorsze, a 36 procent, że na lepsze, 47 procent jest zdania, że w Polsce zaszły duże zmiany, 6 procent uznało, że żadnych zmian nie ma, 28 procent Polaków ocenia, iż Platforma Obywatelska rządziłaby gorzej od PiS, 27 procent jest zdania, że tak samo, a 18 procent, że lepiej, zmiany, które zaszły w kraju od przejęcia władzy przez PiS, jako duże ocenia 47 procent badanych, 31 procent uważa, że są one małe, a 6 procent wskazało w sondażu odpowiedź ‘żadne’. W tej sytuacji proponujemy, by kolejny sondaż zorganizować wokół jednego tylko pytania: „Czy uważa Pan/Pani, że pomidor”. Jestem pewien, że 70 procent badanych odpowiedziałoby, że jak najbardziej pomidor, 15 procent, że pomidor w żadnym wypadku, a zamiast pomidora chleb ze szmalcem, a reszta nie miałaby zdania.

***

Gdyby ktoś myślał, że poza bezpośrednio zaangażowanymi w bieżącą kopaninę politykami i ankietowanym przez różnego rodzaju sondażownie narodem, nikt już nie zabiera głosu, jest w głębokim błędzie. Oto przy okazji organizowanych przez opozycję protestów przeciwko skierowanym przez Prezydenta do Sejmu ustawom sądowym, dał o sobie przypomnieć nie kto inny jak sam Ojciec Narodu, Mateusz Kijowski. W wypowiedzi dla zaprzyjaźnionych mediów poskarżył się on, że w związku z kampanią nienawiści, jaką przeciwko niemu rozpętał rząd Prawa i Sprawiedliwości, on stracił ostatnie już źródło utrzymania, żyje w nędzy i gdyby nie pomoc przyjaciół, którzy mu robią zakupy i zapraszają na codzienny obiad, zmarłby z głodu. I teraz wiadomośc najbardziej wstrząsająca. Otóż w związku z zaistniałą sytuacją Mateusz Kijowski zastanawia się nad emigracją. Zanim on ostatecznie zniknie nam z oczu, pozwolę sobie na dwie refleksje. Pierwsza to taka, że to jest naprawdę straszne, jak tacy przyjaciele jak Tomasz Lis, czy Adam Michnik pozwolili Kijowskiemu żebrać o głupiego papierosa. Co by szkodziło dać mu skromny felieton to tu to tam? To już nawet osoby tak cyniczne jak bracia Karnowscy potrafią dbać o swoich bohaterów. No i druga kwestia. Po ciężką cholerę kazać się Kijowskiemu zapożyczać na wyjazd do Niemiec, czy do Francji? Czy on nie może im sprzedawać informacji stąd, z Warszawy?

***

Ktoś powie, że to jest naprawdę niesmaczne, że ile razy przyjdzie mi do głowy relacjonować stan umysłów gwiazd naszego filmu i estrady, to pada na Krystynę Jandę. No ale proszę powiedzieć, jakie ja mam inne wyjście, kiedy to cała reszta, na czele z Danielem Olbrychskim, leży nieprzytomna pod stołem i nie jest w stanie wydusić z siebie chocby jednego zdania na temat zalewającego Polskę faszyzmu. A zatem, po raz kolejny zabrała głos Krystyna Janda i poinformowała świat, że Telwizja Polska „jednym telefonem” dała jej do zrozumienia, że nie życzy sobie jej usług artystycznych. W odróżnieniu od Mateusza Kijowskiego, Janda emigrować nie zamierza i planuje nadal walczyć o „wolną Polskę” tu na miejscu, miedzy innymi na Facebooku. Ostatnio zdarzyło się jej zamieścić tam  następującą informację: „Do kuriozalnej sytuacji doszło w jednej z wrocławskich aptek. Młoda kobieta chciała zakupić lek dla swojego partnera. Farmaceutka, która własnie ją obsługiwała, zamiast sprzedania lekarstwa, postanowiła pomóc kobiecie w inny sposób, Zaproponowała jej pójście na pielgrzymkę do Lichenia”. No pięknie. Ledwo skończyli z sądami, wzieli się za apteki. A kiedy przewodniczący Guy Verhofstadt mówił o 60 tysiącach faszystów, to wzruszaliśmy ramionami.

Moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, a jeśli ktoś mieszka w Warszawie, to dodatkowo w sklepie FOTO MAG w Alei KEN. Zapraszam serdecznie. 

wtorek, 5 grudnia 2017

Czy książka może być jak piosenka?

            Powiem szczerze, że na zakończone przedwczoraj targi jechałem z ciężkim sercem. Niektórzy może pamiętają, że jeszcze kilka miesięcy temu zastanawiałem się, czy w ogóle warto mi wydawać pieniądze na pociąg tam i z powrotem, tylko po to, by albo patrzeć na ludzi, którzy przechodząc obok stoiska, zamiast rzucić okiem na książki, leniwie podnoszą wzrok, by przeczytać nazwę wydawnictwa i idą dalej, ewentualnie zatrzymują się tylko po to, by zadać pytanie w rodzaju: „Panie Krzysztofie, kiedy będzie pan miał coś nowego?”, i za każdym razem ze smutną miną odpowiadać, że będzie w momencie, jak sprzedamy to, co póki co leży w magazynie i się sączy, jak krew z nosa. Ponieważ jednak ostatnio sprzedaż nieco skoczyła, do tego stopnia, że i sam Gabriel wpadł w lepszy nastrój, to i pojechałem. I proszę sobie wyobrazić, że było nadspodziewanie dobrze. Stoisko zwróciło się już w pierwszym dniu, a ja, mimo że, jak wiemy, od września zeszłego roku nie wydałem nic nowego, wprawdzie nie sprzedałem tyle co w zeszłym roku, kiedy listy od prof. Gilowskiej jeszcze pachniały drukarnią, to jednak zdecydowanie więcej niż choćby wiosną na Targach Wydawców Katolickich. To co mnie ucieszyło szczególnie mocno, to fakt, że szczególnie dużo osób, które zdecydowały się kupić moje książki, nie słyszało ani o mnie, ani o Coryllusie, ani nawet o naszym wydawnictwie wcześniej, a mimo to, zrobiło to, czego, gdy chodzi o książki, akurat raczej się nie robi, a więc podejmuje pewne ryzyko na rzecz czegoś zupełnie nieznanego, a zaledwie robiącego wrażenie atrakcyjnego.
      Myślę, że pisałem już o tym kiedyś. Odnoszę mianowicie wrażenie, że to co kiedyś tak zabawnie podsumował Maklakiewicz w filmie „Rejs”, mówiąc, że on lubi tylko te piosenki, które słyszał wcześniej, dziś piosenek akurat już nie dotyczy. Gdy chodzi o piosenkę, widać bardzo wyraźnie, że zwłaszcza młodsi słuchacze, wciąż szukają czegoś nowego, wybierają rzeczy, których właśnie wcześniej nie znali, a wręcz poczytują sobie za punkt honoru pochwalić się odkryciem czegoś, czego nikt dotychczas nie słyszał. Inaczej jest z literaturą. Tu akurat typowy czytelnik, jeśli nawet weźmie do ręki książkę nieznanego autora, przeczyta fragment, który mu się autentycznie spodoba, w życiu jej nie kupi, ze strachu, że jeśli nie będzie mógł z nikim na jej temat porozmawiać – a nie będzie – to cała przyjemność weźmie w łeb. Piosenka to często zaledwie parę minut, wystarczy więc powiedzieć: „Posłuchaj tego, założę się, że nigdy tego nie słyszałeś” i wystarczy. No poza tym o muzyce w ogóle nie trzeba rozmawiać, słucha się jej raz za razem, przeżywa, podśpiewuje sobie pod nosem, muzyka wyznacza bowiem nasz poziom emocjonalny, a nie intelektualny. By przeżyc muzykę nie trzeba być w grupie.
      I oto miałem wrażenie, że w miniony weekend po raz pierwszy było inaczej. Po raz pierwszy od czasu, gdy zacząłem wydawać te swoje historie, zauważyłem, że zdecydowanie przybywa osób, które podchodzą do stoiska, biorą do ręki książkę, czytają fragment, spoglądają na nazwę wydawnictwa, znów kartkują te stroniczki, no i w końcu zaczynają zadawać pytania. I nie mogłem sobie nie pomyśleć, że wiele osób zaczyna odczuwać przesyt tym, co dotychczas stanowiło tak zwaną „poważną ofertę”, a nagle okazało się zaledwie tonami kompletnie bezużytecznego papieru. I oto zaczynam mieć nadzieję, że wreszcie książka stanie się tym, czym już kilka lat temu stała się muzyka, mianowicie źródłem wzruszeń zupełnie niezależnych od tego, co wypada, a co nie.
     Gabriel już mi zapowiedział, że wybiera się na wiosenne Targi Wydawców Katolickich, no a skoro on, to i ja. Tu akurat mamy doswiadczenia raczej marne. Stoisko jest bardzo drogie, czytelnicy nastawieni są na kupowanie książek polecanych przez znajomych, którzy z kolei czytali o nich w popularnej prasie prawicowej, a więc o tajemniczych nawróceniach, kolejnych dowodach na to, że Jezus istniał naprawdę, czy o  Bogu odnalezionym w Internecie, a mimo to bardzo liczę na to, że i tu się coś zmieni, a więc choćby może wreszcie i sami księża, którzy dotychczas z zasady kupują tylko to co im polecił albo „Gość Niedzielny”, albo „Tygodnik Powszechny”, zechcą się rozejrzeć wokół siebie.
     Kończąc już opowiem historię, która przyznam, że mnie puruszyła, ale i przygnębiła. Oto pojawiła się na stoisku pewna nasza dobra koleżanka, która przychodzi do nas zawsze, bardzo lubi nasze książki, większość z nich, jak sądzę, ma , porozmawiała chwilę, a potem poinformowała, że musi już iść, żeby jeszcze trochę pochodzić po innych stoiskach i kupić coś na prezenty. Powiedziałem więc jej, że po cholerę ma chodzić i szukać czegoś, czego nawet nie zna. Niech kupuje u nas. Tu znajdzie wszystko, co się może spodobać każdemu. Do wyboru do koloru i wszystko, o czym sama świetnie wie, naprawdę wartościowe. Koleżanka strapiła się, pokiwała głową i powiedziała, że akurat jej znajomi „nie czytają dobrych książek”. Postała jeszcze chwilę, jakby chciała powiedzieć coś więcej i w końcu poszła po te prezenty. Otóż moim zdaniem za opisaną postawą stoi to okropne przekonanie, znane nam właśnie ze wspomnianego wcześniej filmu „Rejs”, że tak naprawdę coś czego nie znamy nie może być ani interesujące, ani wartościowe, a jeśli nam akurat się podoba, to tylko dlatego, że my jesteśmy jacyś dziwni i nie powinniśmy się z tym czymś wyrywać publicznie. A co pomyślą sobie o nas nasi znajomi, jeśli im w prezencie damy książkę, o której oni wcześniej nawet nie słyszeli, w dodatku napisaną przez jakiegoś Maciejewskiego, czy Osiejuka, o których w ogóle nikt nigdy nie słyszał? No i jak oni sami będą się czuli, gdy ktoś ich zapyta, co dostali pod choinkę, a oni będą musieli powiedzieć, że książkę jakiegoś Osiejuka, czy Maciejewskiego i zapadnie kłopotliwa cisza?
     Tak to niestety wciąż jest, a ja mam wielką nadzieję, że już niedługo. Te dwa dni, jakie spędziłem w Aradach pod Zamkiem dają mi wszelkie podstawy do tej nadziei, że może już naprawdę niedługo.

Zbliżają się Święta, a ja szczerze zachęcam wszystkich, by jeśli myślą o prezentach nie szli na zgniłe kompromisy, tylko kupowali to, co sami uważają za najlepsze. I nich mówią odważnie: „Masz tu coś najlepszego. Założę się że o tym nie słyszałeś. Rewelacja”. Księgarnia działa 24 godziny na dobę pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a jak ktoś nie lubi klikać, a mieszka w Warszawie, niech zajdzie do sklepu FOTO MAG przy Alei KEN i kupi co będzie chciał od naszego kolegi Michała. 

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Czy Patryk Jaki zostanie liderem Dobrej Zmiany?

     Domyślam się, że część z nas czeka przede wszystkim na relację z targów, które się właśnie zakończyły, i ona oczywiście nastąpi, w pierwszej jednak kolejności zmuszony jestem skomentować coś, o czym przeczytałem wieczorem w pociągu, kiedy ledwo żywy – i nie przesadzam tu ani o milimetr – wracałem z Warszawy do domu. Oto proszę sobie wyobrazić, że portal tvn24.pl, który dziś stanowi dla mnie praktycznie jedyny kanał komunikacji z tamtą stroną politycznej sceny, poinformował mnie, że podczas cotygodniowego programu „Kawa na ławę” wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki oświadczył publicznie, że jeśli zapowiadana od pewnego czasu rekonstrukcja rządu dotknie Zbigniewa Ziobrę, to Solidarna Polska, której członkiem jest Jaki i która, póki co, współtworzy tak zwaną Zjednoczoną Prawicę, wyjdzie z obozu Dobrej Zmiany i w ten sposób wystawi ów projekt na prosty odstrzał. A zatem, albo Ziobro, albo Polska. Kto chce, niech wybiera, byle ze świadomością, że po drugiej stronie są osoby, które mają swoje ambicje.
     Słysząc te słowa, prowadzący program Bohdan Rymanowski, który, jak wiemy skądinąd, jest naszym człowiekiem w TVN-ie, bardzo sprytnie spytał Jakiego, czy to oznacza, że Solidarna Polska przewiduje dla Ziobry funkcję dożywotnią, wpadł w lekką konfuzję, jednak ostatecznie doszedł jakoś do siebie i poinformował nas wszystkich, że, jak wiemy, Zbigniew Ziobro „od minionej dekady” wiernie służy Polsce, walcząc z najróżniejszymi patologiami, i on, Jaki, zwyczajnie sobie nie wyobraża, by prezes Kaczyński był tak bezmyślny, by ryzykować utratę takiego skarbu. Wprawdzie gdy chodzi o mnie, to ja akurat doskonale pamiętam czas, kiedy to Zbigniew Ziobro na pewien czas odłożył na bok walkę z patologiami Systemu i zajął się niemal wyłącznie walką z Jarosławem Kaczyńskim i Prawem i Sprawiedliwością, licząc zapewne na to, że to on poprowadzi polską prawicę do przyszłych sukcesów, no ale nie bądźmy drobiazgowi. Prawdą jest bowiem to, że w ogólnym rozrachunku, Ziobro to, podobnie jak Rymanowski i Jaki, nasz człowiek, co wspomniany Jarosław Kaczyński, dzięki swojemu łagodnemu charakterowi swego czasu formalnie zatwierdził, no i dzięki czemu – dobrze by było, gdyby Patryk Jaki się tu nieco intelektualnie wysilił i to wszystko ogarnął – wiceministrem sprawiedliwości jest nie kto inny jak ów cudaczek z Opola.
      Jednak nie o to chodzi. Polityka to miejsce, gdzie najczęściej wieją naprawdę silne wiatry i w związku z tym bywa różnie, no a żeby to wszystko opanować, potrzeba lidera, gdzie Jarosław Kaczyński póki co radzi sobie całkiem nieźle. Problem natomiast polega na czymś nieco innym. Otóż wszyscy pamiętamy, jak wyglądała słynna koalicja z lat 2005-2007, gdzie dosłownie każdy ruch, jaki chciał wykonać Jarosław Kaczyński, był w jednym momencie poddawany głosowaniu, podczas którego decydujący głos należał do Giertycha i Leppera i gdzie Polska akurat była zawsze na ostatnim miejscu. Ja akurat pamiętam ten czas doskonale i wspominam go jako autentyczny koszmar. Mam swoje lata i widziałem wiele, ale nie wydaje mi się, bym przeżył kiedykolwiek wcześniej, czy później coś podobnego. Pamiętam, z jednej strony, ową nieustanną nadzieję, że w końcu przecież jakoś się uda porozumieć i wspólnie pracować na rzecz Ojczyzny, a z drugiej tę straszliwą prywatę, która skończyła się wysunięciem na stanowiska premiera Janusza Kaczmarka, dymisją całego rządu i przyspieszonymi wyborami, które w efekcie doprowadziły do osmioletniej władzy Platformy Obywatelskiej.
      I oto dziś Patryk Jaki, tak naprawdę ani jakoś specjalnie sprowokowany, ani znajdujący się w stanie szczególnego politycznego kryzysu, który mógłby go jakoś rozstroić, z czystej głupoty, zaczyna odstawiać teatr, który wszyscy mieliśmy okazję przeżywać we wspommnianych latach 2005-2007… Napisałem „z czystej głupoty”, ale nagle przyszło mi do głowy, że za tym wybrykiem może wcale nie stać ów słynny brak rozumu, o którym tu już nawet parokrotnie wspominałem. Możliwe, że, tym razem, Patryk Jaki, po raz pierwszy od wielu miesięcy, poczuł, że zaczyna wiać i on akurat stoi bardzo blisko przeciągu i z tej okazji zaczął kombinować. A w takich sytuacjach, jak wiemy z doświadczenia, nawet najwięksi durnie potrafią reagować z zadziwiającą sprawnością. Nie zmienia to niestety faktu, że i tak PiS-owi nie pozostaje nic innego, jak jakoś dociągnąć do wyborów w roku 2019, wygrać je, jak Pan Bóg przykazał, z konstytucyjną przewagą, a tę bandę cwaniaków albo skutecznie i ostatecznie zdyscyplinować, albo wysłać do wszystkich diabłów. 


Jutro napiszę parę słów na temat Targów, które z mojego punktu widzenia były nadzwyczaj udane, a póki co, zachęcam do kupowania moich książek w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl

sobota, 2 grudnia 2017

O lewackich ciotach z "Gazety Wyborczej"

Za chwilę wsiadam w pociąg i wyruszam do Warszawy na targi. Tak jak już pisałem, odbywają się one od czwartku do niedzieli w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem. Nasze stoisko ma numer 12. Jutro kolejnego tekstu nie będzie, więc przez dwa dni proszę czytać mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”.     

      Mam naturalnie świadomość, że „Warszawska Gazeta” to miejsce zbyt poważne, byśmy się tu zajmowali sprawami, nie wykraczającymi poza przestrzeń pomiędzy środowiskiem „Gazety Wyborczej”, a jakimiś dziwnymi feministycznymi organizacjami, no ale tak się stało, że tam właśnie doszło do eksplozji, która okazała się na tyle cuchnąca, że owa fala dotarła do świata zamieszkiwanego przez zwykłych ludzi. Oto na portalu o sympatycznej nazwie „Codziennik Feministyczny” ukazał się tekst zatytułowany „Papierowi feminiści. O hipokryzji i nowych twarzach polskiego #MeToo”, a podpisany przez pięć feministek – feministek, co należy podkreślić, nie tych znanych z tefauenowskiego prime time’u – w którym owe panie zarzucają dwóm lewicowym publicystom „Gazety Wyborczej” oraz „Krytyki Politycznej” wyjątkowo brutalne molestowanie zarówno ich osobiście, jak i ich koleżanek. Nazwisk owych publicystów podawać nie mam ochoty, raz dlatego, że one nam nic nie powiedzą, a dwa, że, jak się możemy domyślać, oni tu najpewniej stanowią zaledwie forpocztę tego, co w tamtym świecie funkcjonuje jako cywilizacyjny i kulturowy standard, natomiast odniosę się do samego tekstu.
      Oto pierwsze wrażenie robi informacja z samego wstępu owego tekstu, gdzie dowiadujemy się, że „od jakiegoś czasu wśród naszych przyjaciółek krąży eufemistyczne pojęcie ‘chłopiec lewicy’, stanowiące synonim hipokryty, który usta pełne ma feministycznych frazesów, podczas gdy jego deklaracje nie mają przełożenia na rzeczywistość”. Kogo autorki owego doniesienia mają na myśli? Otóż chodzi o tych lewicowych działaczy, polityków, czy dzienikarzy, którzy stojąc w awangardzie walki o równouprawnienie kobiet, uczestnicząc z pełnym zaangażowaniem w organizowanych przez feministki protestach, jednocześnie nie marzą o niczym innym jak tylko o tym, by z tego tłumu kobiet wyławiać co ładniejsze i je najzwyczajniej w świecie wykorzystywać jako seksualne niewolnice. Autorki tekstu w „Codzienniku” podpisują się imieniem i nazwiskiem, ujawniają nazwiska dwóch dziennikarzy, opisują w sposób naprawdę wstrząsający swoje przeżycia, jednoczesnie jednak zapewniają, że zarówno one, jak i ich prześladowcy z „Gazety Wyborczej”, oraz  „Krytyki Politycznej” to zaledwie odprysk tego, co tam stanowi standard
      Z tego co czytam, obaj opisani we wspomnianym tekście dziennikarze dążyli już publicznie swoje ofiary przeprosić i zostali usunięci ze swoich redakcji, natomiast ja bym bardzo chciał zwrócić uwagę na ideologiczną podstawę tego, z czym mamy tu do czynienia. Myślę że nie minął jeszcze rok, jak znany nam aż nazbyt dobrze „Newsweek” opublikował duży, okładkowy tekst – podkreślić należy, że podany w tonie jednoznacznie afirmacyjnym –  o tym, jak to dziś staje się coraz bardziej cywilizacyjnie poprawną postawa określana naukowo jako „poliamoria”. Czym jest owa „poliamoria” wyjątkowo graficznie przedstawia reklamowana przez wspomnianą „Krytykę Polityczną” książka niejakiej Emily Witt zatytułowana „Seks przyszłości. Nowa wolna miłość”. My oczwyiście czytać jej nie zamierzamy, natomiast myślę, że możemy skierować szczery apel do tych biednych dziewczyn z „Codziennika”: Przyjdźcie w przyszłym roku na Marsz Niepodległości. Wreszcie poznacie prawdziwych mężczyzn, a nie jakieś zboczone cioty.


Jeśli ktoś nie może przyjechać i kupić książki z dedykacją z ręki, zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl

piątek, 1 grudnia 2017

Dlaczego wolę towarzystwo kiboli Lecha Poznań od Klubów Inteligencji Katolickiej

         Jak bardziej uważni czytelnicy tego bloga wiedzą, ostatni rok był dla nas w najwyższym stopniu szczególny. Najpierw nasza starsza córka szczęśliwie bardzo wyszła za mąż, następnie urodziła nam najśliczniejszą wnuczkę na świecie, chwilę potem ożenił się – również jak najbardziej najszczęśliwiej – nasz syn, a w międzyczasie mój ukochany teść zdecydował się na operację stawu biodrowego, co go ostatecznie, i jak najbardziej dosłownie, zabiło, i o czym w odpowiednim czasie tu opowiem, efekt natomiast jest taki, że wieczorami siedzimy tu dziś sami z naszym najmłodszym dzieckiem i staramy się żyć tak jak dotychczas. Powiem uczciwie, że, mimo wszystko, idzie nam zupełnie nienajgorzej.
         Ponieważ jutro wybieram się do Warszawy na targi, pomyślałem, że nie zaszkodzi jeśli sobie kupię na tę okazję spodnie. Poszedłem, dokonałem sprawunku, wróciłem do domu… i w tym momencie żona moja poinformowała mnie, że ona mnie w tym akurat fasonie oglądać sobie nie życzy, więc zakupioną parę spodni przekazałem swojemu synowi, no i w związku z owym przekazaniem wymieniliśmy parę uwag na temat aktualnej sytuacji politycznej w naszym kraju. I proszę sobie wyobrazić, że syn mój, dotychczas być może w nasze polskie sprawy zaangażowany bardziej ode mnie, poinformował mnie, że on ma polityki dość, dlatego że widzi, wreszcie z pełną jaśnością, że w tym mordobiciu, z jakim mamy do czynienia, tak naprawdę jedni i drudzy są siebie nawzajem warci.
       I ja oczywiście tego typu postawę rozumiem, zwłaszcza że, jak sądzę, od dłuższego czasu prezentuję ją tu również w swoim imieniu na tym blogu. Rzecz bowiem w tym, że faktycznie nasze z dawna wyczekiwane Prawo i Sprawiedliwość, w momencie gdy poczuło już niemal fizycznie to, że nie utraci władzy przez kolejne długie lata, a kto wie, czy kiedykolwiek, zaczęło się zachowywać tak, jakby uznało, że my tu wszyscy jesteśmy zaledwie dodatkiem, który można spokojnie spuścić i reaktywować przy okazji kolejnych wyborów. Niestety, najprawdopodobniej jak najbardziej słusznie.
     Mimo to, kiedy rozmawiałem z moim synem, starałem się jak tylko mogłem, by go nie zniechęcać do kibicowania Prawu i Sprawiedliwości, z dwóch względów. Pierwszy z nich to ten, że cała reszta jest znacznie – i to naprawdę znacznie – gorsza, a po drugie, w najbliższej przyszłości, jaką możemy sobie wyobrazić, nie ma absolutnie widoku na nic nowego. Mogłem mu naturalnie przedstawić jeszcze jeden argument, ale przez to, że nie chciałem go doprowadzic do nerwowego załamania, dałem sobie spokój. Otóż prawda jest taka, że nawet jeśli kiedykolwiek pojawi się siła, która zastąpi Prawo i Sprawiedliwość, to ona też prędzej czy później skończy tak jak wszyscy wcześniej, jeśli nie gorzej.
        W tym momencie ktoś pewne zażąda ode mnie wyjaśnienia, w jaki to sposób Prawo i Sprawiedliwość jest lepsze od całej reszty. I na to pytanie również mam dwie odpowiedzi. Pierwsza, poważna, ma charakter ideologiczny, druga natomiast to już czysta publicystyka. Ale zacznijmy od początku.  Cokolwiek bowiem by o nich nie mówić, faktem jest, że dopóki w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość, możemy mieć pewność, że nie skończymy tak jak skończyły Francja, Holandia, Wielka Brytania, czy Niemcy. I nie ma znaczenia na ile ów kierunek rozwoju wynika ze szczerych przekonań jego animatorów, a na ile z ich bardzo cynicznej gry – fakt jest taki, że cywilizacyjna droga, jaką przyjęła Polska jest dla nas jedynym rozwiązaniem, a póki co Prawo i Sprawiedliwość jest  jedynym gwarantem jej utrzymania. I już to wystarczy, by popierać choćby i kandydaturę Patryka Jakiego na prezydenta Warszawy, czy Andrzeja Dudy na prezydenta Polski.
      No i w tym momencie, mój syn, ale przeciez nie tylko on, mówi, że wystarczy spojrzeć na ową propagandę, na te wszystkie kłamstwa, niekiedy naprawdę bezczelne, na to traktowanie nas jak skończonych idiotów, by się zniechęcić. A na to ja, z pełnym szacunkiem, odpowiadam, że, owszem, to jest coś, co jest nam faktycznie trudno wytrzymać, natomiast obok tego pojawiają się, nomen omen, fakty, które i tu naszą stronę stawiają znacznie wyżej. My, nawet jeśli szczujemy i kłamiemy, to szczujemy i kłamiemy we własnym imieniu. Niedawno nawet prezes Kurski publicznie oświadczył, że, owszem, obie strony uprawiają propagandę, ale przynajmniej doszło wreszcie do tego, że faktycznie są dwie strony. Dwie realnie istniejące strony. Jaka była reakcja mediów opozycyjnych? Jak zawsze pełne oburzenie i krzyk: „Co? My? Nigdy! My tylko relacjonujemy”
      I faktycznie, oni bardzo konsekwentnie realizują to, co tak znakomicie sprawdzało się przez całe lata. Mam na myśli tak zwane relecjonowanie. Ostatnio można to coś zaobserwować na portalu tvn24.pl w postaci nagminnego stosowania cudzysłowów. Proszę może tam zajrzeć i zwrócić uwagę na to, że właściwie bez wyjątków wszelkie ataki na Dobrą Zmianę są prowadzone przy pomocy cudzysłowów właśnie. Jeśli tvn24.pl daje wielki tytuł, na przykład: „Żyć pod takimi ludźmi jest strasznie niebezpiecznie”, to nie jest opinia redakcji, ani tym bardziej brudna propaganda. To jest zaledwie cytat z wypowiedzi Agnieszki Holland. Albo jeśli widzimy tekst zatytułowany „Mina podłożona pod system emerytalny”, to przecież nikt nie powie, że to jest opinia Redakcji. W końcu cudzysłów stoi jak byk. Wreszcie, jeśli redakcja tvn24.pl zamieszcza dwa pod rząd teksty zatytułowane: „Nie ma już czasu na grzeczności, bo reżim przekroczył czerwone linie” oraz „Barbarzyństwo w majestacie prawa”, to tu też mamy cudzysłowy, których nie da się zakwestionować, lecz co najwyżej nie zauważyć. To nie oni więc. To jest zaledwie opinia, a więc obiektywna informacja. Przepraszam, ale czy ktoś mi chce teraz zaimponować czerwonymi paskami na TVP Info?
      A zatem nawet tu jest coś, co sprawia, że ja akurat, choć wciąż coraz słabiej, niezmiennie trzymam sztamę z naszymi. Dokładnie na takiej samej zasadzie, jak trzymam zawsze sztamę z kibicami Lecha Poznań – jak słyszę, kibicami jeszcze straszniejszymi od Legii Warszawa – gdy tylko na horyzoncie pojawia się jakiś docent, czy nie daj Boże profesor uniwersytetu. Dlatego też kiedy jutro będę jechał pociagiem do Warszawy, zdecydowanie bezpieczniej będę się czuł, jeśli naprzeciwko mnie bedzie siedziało dwóch łysych z piwem, niż nawet nobliwy ksiądz z siwą brodą. Tamci bowiem, kiedy im już przyjdzie do głowy, by mnie ostatecznie załatwić, ogłoszą mi to otwarcie, a nie będą się kryć za pięknymi słowami na temat jakichś standardów. Podobno europejskich.
       A zatem, mój kochany, róbmy swoje i trzymajmy głowy podniesione wysoko.

Jutro jadę do Warszawy na Targi Książki Historycznej. Zapraszam wszystkich, którzy mają wystarczająco blisko. Arkady Kubickiego, stoisko nr 12. A jeśli ktoś nie może, pozostaje księgarnia pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie.