Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politycy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lutego 2021

Czy Bartosz Węglarczyk jest głupszy od Dominika Tarczyńskiego?

 

Szczerze powiedziawszy, rozczarowany fatalnym wręcz zlekceważeniem mojej poprzedniej notki, którą ja akurat uważam nie tylko za jeden z ważniejszych tu przekazów, ale też w ogóle za coś nadzwyczaj istotnego gdy chodzi o to, z czym mamy dziś w Polsce do czynienia, uznałem za stosowne, by ów tekst zostawić tu na kolejne dni i przez ten czas nie wrzucać nic nowego aż wreszcie on trafi tam gdzie trafić ma, czyli do ludzkich głów. Jest też jednak tak, że to co akurat ja uważam za istotne, często ma się nijak do tego, czego oczekują inni, a zatem pomyślałem sobie, że wrócę do starych tekstów i wrzucę tu coś co dokładnie tak jak kiedyś, może być aktualne wciąż dziś, a więc fenomen tak zwanego „Bartosza Węglarczyka”. Bardzo proszę.      

 

 

 

      Pamiętam że kiedyś, zanim jeszcze Polska na dobre została podłączona do Sieci, a dzieci i młodzież starsza nawiązywała przyjaźnie drogą klasyczną, czyli za pośrednictwem Poczty Polskiej, w najróżniejszych czasopismach właśnie dla młodzieży ukazywały się profile osób chcących się zaprzyjaźnić. Młodszym blogerom powiem tylko, że klasyczny profil wyglądał tak, że pod zdjęciem przedstawiającym jakąś sympatyczną buzię, widniał podpis: „Kasia z Sopotu, lat 16, lubię czytać, słuchać polskiej muzyki rockowej, uwielbiam Oddział Zamknięty, nienawidzę głupoty i faszyzmu”. O ile ten faszyzm nigdy mnie nie dziwił, no bo czego mógł nienawidzić wrażliwy chłopak, lub jego szkolna koleżanka? Jeśli nie faszyzmu, no to już tylko nienawiści, ale że głupio było pisać: „Nienawidzę nienawiści”, a pisać „Nienawidzę komuny” już zupełnie nie wypadało, to pozostawał tylko ten faszyzm. Więc, jak mówię, to rozumiałem.

      Nigdy jednak nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tą głupotą. Ja na przykład w życiu bym nie powiedział, że najbardziej na świecie nienawidzę głupoty, no bo zawsze się może znaleźć ktoś, kto powie, że ja właśnie jestem głupi, a od czasu do czasu znajdzie się ktoś autentycznie ode mnie mądrzejszy i mi to na domiar złego udowodni. Powiem więcej. Nawet jeśli miałoby się okazać, że jestem na tyle mądry, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że najbardziej ze wszystkiego nienawidzę głupoty, to jakoś nie wypada tak wyjść do ludzi i się pochwalić, że ja akurat owszem, jestem dość mądry. No ale i to próbowałem jakoś zrozumieć. Pomyślałem sobie, że gdy jest jeszcze dzieckiem, człowiek potrzebuje czegoś w miarę stałego, na czym można się oprzeć, więc jak widzi, że czegoś nie rozumie, to się złości, mówi, że to coś jest głupie, no a później, że najbardziej na świecie nie lubi głupoty. Dziś, w TVN24 wystąpił dziennikarz nazwiskiem Bartosz (kiedyś. gdy jeszcze zajmował się przyznawaniem gwiazdek wyświetlanych aktualnie w warszawskich kinach filmom, Bartek) Węglarczyk i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na tych naszych głupich polityków. Może zresztą użył innych słów, ale sens był dokładnie taki sam, że red. Węglarczyk z tą powszechną głupotą już nie wytrzymuje.

       Zdziwiło mnie to wystąpienie o tyle, że jego autorem nie był, jak już wspomniałem, Bartek, ale Bartosz. Ale to nie wszystko. Dzieci sprzed lat, gdy mówiły, że nienawidzą głupoty, to nie dodawały, że chodzi im o polską głupotę. Bartosz Węglarczyk natomiast, zupełnie poważnie, powiedział, że on się bardzo cieszy, że nie musi się już zadawać z polskimi politykami i w ogóle uczestniczyć w tej polskiej głupocie, bo głównie spędza czas z politykami zagranicznymi. Zupełnie niezrażony tym swoim początkowym wyskokiem, po chwili, komentując sytuację w polskim lotnictwie wojskowym, rozsiadł się w TVN-owskim fotelu z takim ruskim uśmiechem i powiedział, że on już nie może wytrzymać, jak patrzy na tandetę i amatorstwo, które opanowało polską przestrzeń publiczną.

      Gdyby Bartosz Węglarczyk do owej zdegenerowanej grupy dorzucił dziennikarzy, to może bym mu wybaczył, choć niechętnie. On jednak, na sto procent o dziennikarzach nie myślał. Z jego światłej wypowiedzi wynikało jednoznacznie, że dziennikarze polscy trzymają, jako jedyni, poziom światowy. I to mnie prowadzi do głównej części mojej refleksji. Głównej, i w gruncie rzeczy stanowiącej jej epilog. Otóż z jakiegoś powodu, utarła się opinia, że najgłupsi w Polsce są politycy. Politycy i – co swoją drogą bardzo ciekawe – też policjanci. Cała reszta jest mniej lub bardziej głupia lub mądra, ale nikt nie jest tak głupi, jak politycy i policjanci. Jednocześnie, najmądrzejsi są dziennikarze i to oni mają największe prawo, żeby przedstawiać społeczeństwu dzieje głupoty w Polsce.

       Proszę zwrócić uwagę, jak reaguje na przykład red. Morozowski, albo jakiś inny Sekielski, kiedy któryś z gości w ich programie zagapi się i zwróci się do niego per „panie pośle”. Reakcja jest niezmienna; „Ha, ha, ha. Panie ministrze, pan mi chyba źle życzy!” Zupełnie, jakby ktoś zaproponował Morozowskiemu czy Sekielskiemu, żeby na przykład zatrudnił się jako kelner w domu publicznym. Podczas gdy on jest przecież aż dziennikarzem.

        Wczoraj wieczorem, jeszcze jeden z nich, a więc redaktor Rymanowski, rozmawiając z ministrem Zdrojewskim, zapytał: „Czy to prawda, że pan ma dzisiaj urodziny”. Okazało się, że nie. Nieprawda. Zdrojewski „dziś” urodzin nie ma. Powstaje w tym momencie problem, dlaczego Rymanowski zadał to pytanie. Skąd mu przyszło do głowy, że Zdrojewski ma „dziś” urodziny? Czy ktoś mu powiedział? Czy coś mu się pomyliło?

      Oczywiście jest to drobiazg, jednak z punktu widzenia roboty, za którą Rymanowskiemu płacą, równie dobrze mógł pan redaktor zapytać: Czy to prawda, że jest pan bratem tego słynnego piosenkarza Zbigniewa Ziobry? Na przykład. Mniej więcej tak samo bez mądrze i jednocześnie kompletnie bez sensu.

      A Rymanowski nie jest tu wcale postacią symboliczną, choć wystarczy obejrzeć sobie dowolny występ pana reaktora w programie „Kawa na ławę”, by widzieć, że i on akurat jedynie potrafi uśmiechać się jak dziecko i od czasu do czasu przerywać rozmowę, bo do słuchawki mu powiedzieli, że trzeba zmienić temat, albo, że czas na reklamy. Ja choćby odnoszę nieodparte wrażenie, że choćby Kolenda-Zaleska, albo niejaki Grzegorz Kajdanowicz, są bez porównania bardziej od Rymanowskiego niekompetentni i że każdy najgłupszy, najbardziej tandetny polityk jest po stokroć lepszy, sprawniejszy i inteligentniejszy od większości dziennikarzy. Każdy, pierwszy lepszy polityk, mówi płynniej, poprawniej, inteligentniej od większości podobno wybitnych dziennikarzy. I odwrotnie: nie trzeba być szczególnie czujnym obserwatorem, wystarczy tylko pooglądać jakąkolwiek telewizję – wcale nie koniecznie Superstację – w jakikolwiek dzień, żeby obejrzeć sobie wszystkie najbardziej drastyczne przykłady niekompetencji dziennikarskiej na każdym możliwym poziomie: języka, logicznego myślenia, inteligencji, czy zwykłego sprytu.

       Skąd ta cała sytuacja? Choćby stąd, że kiedyś, w swoim życiu, według najbardziej obiektywnych standardów, każdy dowolny polityk okazał się lepszy od wszystkich pozostałych konkurentów. Każdy z nich kiedyś wygrał i odniósł autentyczny sukces. W swojej dzielnicy, w swojej wsi, w swoim mieście. Wszystko jedno gdzie, ale zawsze gdzieś. Czy to ktoś tak wyjątkowy, jak Jadwiga Wiśniewska, czy też ktoś tak nędzny, jak Dominik Tarczyński. O tamtej stronie dziś nie wspominam, by móc skutecznie utrzymać podstawowy sens notki.

      Co mi tam jednak – lepsi od innych okazali się nawet poseł Wenderlich, posłanka Senyszyn, czy nawet Donald Tusk. Możemy ich nie znosić, nie zgadzać się z nimi, uważać, że jako ludzie są głupi i niscy, ale w swojej branży, czyli w polityce, o niebo lepiej wykorzystali ten swój ewangeliczny „talent”, niż ktoś taki, jak na przykład Mikołaj Lizut w dziennikarstwie. A jeśli są teraz ogólnie znani i – jak mówię – często nawet znienawidzeni, to wyłącznie w związku ze swoimi osobistymi zaletami. Dzięki osobistemu wysiłkowi i osobistej skuteczności, a nie przez to, że kolega taty, albo brat kumpla coś obiecał, a później pomógł i załatwił. Ani też nie przez to, że człowiek znał trochę język włoski (dla przypomnienia, Boniek po włosku tez „wymiata”) i w momencie, jak umierał Papież, przebywał akurat w Rzymie. Albo wreszcie też nie przez to, że kiedyś pisał beznadziejne recenzje filmowe w „Gazecie Wyborczej”, później wyjechał z niewiadomych przyczyn do Ameryki, a po paru latach wrócił i został przez któregoś ze swoich szefów wyznaczony do wypowiadania się na tematy międzynarodowe, i w ten sposób wszedł również i na niemieckie salony.





 

sobota, 9 maja 2020

Marcin Matczak, czyli cienka czerwona linia


      Gdybym zapytał Czytelników, czy kojarzą nazwisko Marcina Matczaka, to, jak sądzę, zdecydowana większość odpowiedziałaby po prostu że nie,  pewna część przypomniałaby sobie, że to jest któryś ze związanych ze środowiskiem KOD-u aktywistów, pokazujących się od czasu do czasu najpierw podczas antyrządowych demonstracji, a następnie w telewizji TVN24, ktoś bardziej zanurzony w sprawy publiczne od razu rozpoznałby w nim tego Matczaka, który angażując się systematycznie w twitterowe awantury, wdał się swego czasu w psyskówkę ze znanym nam już chyba znacznie bardziej od niego Matką Kurką, a następnie odpowiednio przez niego zbluzgany, wywołał krótkotrwały skandal, zapowiadając, że korzystając ze swoich znajomości na Uniwersytecie Wrocławskim, zniszczy studiującą tam Kurki córkę. Bez jakichkolwiek zresztą, co warto zauważyć, konsekwencji.
       Gdy chodzi o mnie, to ja oczywiście, ze względu na swoje chore jak najbardziej zainteresowania, znam Marcina Matczaka z wszystkich tych wymienionych aktywności, plus z tego, że jest on radcą prawnym oraz uniwersyteckim profesorem, no a do tego jeszcze wiem, że Matczak to ojciec najwybitniejszego dziś polskiego rappera występującego pod imieniem Mata, człowieka szczególnie wrażliwego, a przede wszystkim nadzwyczaj uzdolnionego. Wiem też, że Marcin Matczak to ktoś, kto w tych dniach wziął udział w akcji zatytułowanej „Hot16 Chalenge”, gdzie każdy chętny miał zaprezentować 16-wersową hip-hopową zwrotkę, a wszystko, o ile się nie mylę, na rzecz walki z koronawirusem i opublikował w Sieci coś takiego:


      
      Nie wiem jak Państwo, ale wśród rzeczy, które mnie od wielu lat, a dokładnie chyba od dnia, kiedy odwoływano rząd Jana Olszewskiego, sam premier Olszewski wygłaszał swoje poruszające pożegnalne wystąpienie i żadna z zaangażowanych po obu stronach sporu osób nawet nie mrugnęła okiem, zadaję sobie wciąż to samo pytanie: czy oni jeszcze są ludźmi takimi jak my?
       O co chodzi? Otóż mam od tego mniej więcej czasu bardzo mocne przekonanie, że ludzie w ten czy inny sposób zaangażowani w politykę na dowolnym chyba szczeblu, wykształcili w sobie ów rodzaj odruchu, który sprawia, że kiedy ich zapytać: „Czy pan wie, że pan kłamie?”, są absolutnie przekonani, że albo to pytanie nie jest skierowane do nich, albo najczęściej w ogóle nie rozumieją, o co chodzi.
      Mało tego. Kiedy doszedłem już do tego miejsca, zacząłem się zastanawiać, jak oni wszyscy żyją poza tą polityką? Czy mają normalne rodziny, czy mają takie same problemy jak my, czy żyją podobnymi zmartwieniami i marzeniami, no a przede wszystkim – i to pytanie wracał do mnie szczególnie uporczywie – czy oni może już znaleźli się po drugiej stronie tego, co się popularnie określa nazwą „Cienka Czerwona Linia”?
       Oglądałem wczoraj prowadzoną przez Adriana Klarenbacha w TVP Info rozmowę z politykami i chyba nigdy tak intensywnie jak właśnie w ciągu tej godziny nie poczułem, jak oni są w stanie znosić wszelkie moralne upokorzenia, nie tracąc nawet czasu na jedno maleńkie zmarszczenie brwi. Jestem głęboko przekonany, że gdyby na ich miejscu posadzić samego Leonardo DiCaprio z zadaniem odegrania tego rodzaju fałszywej szczerości, on by zwyczajnie poległ. Przypomniała mi się też wówczas dość niedawna sytuacja, kiedy to poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki stał na mównicy sejmowej, darł jak zwykle mordę i nagle zwyczajnie... zemdlał. Przepraszam bardzo, ale gdyby mnie się coś takiego przydarzyło, ani moje dzieci, ani tym bardziej moja żona, w życiu by mi nie pozwolili, bym kiedykolwiek jeszcze angażował się w tę zabawę, a tymczasem nie minął dzień, jak ten sam Kropiwnicki w tej samej co wcześniej formie zadawał szyku. I tu pojawia się pytanie: do jakiego to stanu oni się doprowadzili, że potrafili się aż tak pięknie odczłowieczyć, no i tym samym pojawiła się potrzeba powrotu do osoby Marcina Matczaka i wspomnianego wcześniej pytania: Czy on naprawdę jeszcze żyje?
      Mamy bowiem prawnika z, jak sądzę, bagażem różnego rodzaju zawodowych sukcesów, który zamiast zarabiać na życie i dbać o rodzinę, spędza czas albo na uczestnictwie w jakichś obłąkanych antyrządowych demonstracjach, udzielaniu półprzytomnych wywiadów dla antyrządowych mediów, a jak by tego było mało, nagrywaniu hip-hopowych rymów o tym, że Zbigniew Ziobro w końcu zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu. Czy przy zachowaniu powszechnie akceptowalnej definicji, to jest wciąż jeszcze człowiek? I proszę sobie wyobrazić, że kiedy męczyłem się z tą zagadką, córka moja zwróciła mi uwagę na to, że oto na Facebooku nadzwyczaj aktywna jest też żona Matczaka, Arletta. Kim jest pani Arletta, czym ona się zajmuje zawodowo, jak wygląda jej życie, pojęcia nie mam, natomiast mam bardzo mocne podejrzenie, że ona siedzi głównie w domu i od rana do wieczora wrzuca na Facebooka zdjęcia, które robi albo w domu Matczaków, albo w Matczaków ogrodzie, ewentualnie w lesie w pobliżu którego Matczakowie mieszkają. Co to są za zdjęcia? Przede wszystkim, co należy podkreślić, ich jest tak dużo, i są wrzucane tak gęsto, że one faktycznie robią wrażenie jedynego zajęcia pani Arletty. Nie mniej jednak ważne jest to, że one są niemal wciąż takie same: ogród, kwiaty, Matczak, kwiaty, ogród, obiad na stole, Matczak, kwiaty na stole, białe wino w kieliszkach, kwiaty, kwiaty, kwiaty, ogród... a wszystko z jednym jedynym przesłaniem: Moje życie to Niebo.
       Ja nie umiem opisać tego, co tam się na tym jej profilu wyprawia, – kto chce wiedzieć, niech sobie sprawdzi, ona wszystko udostępnia – natomiast nagle czuję, że ja już wiem, że oni wszyscy – nie tylko Matczak, ale również Budka, Błońscy, Sikorscy, Giertychowie, wspomniany Kropiwnicki z rodziną i cała owa ferajna – zwyczajnie znaleźli się po drugiej stronie. Matczak nagrywa te idiotyczne rymy, a jego żona siedzi samotna w tym wypasionym domu w środku owego wypasionego ogrodu i wrzuca na Facebooka dowody na to, jaka w tym wszystkim ona jest szczęśliwa.
        Ktoś powie, że ja się nie powinienem wtrącać w prywatne życie obcych sobie ludzi, na co ja od razu odpowiadam, że życie Matczaków jest jeszcze mniej prywatne niż moje, choćby ze względu na publiczną działalność Matczaka i ową Facebookową aktywność Matczakowej. Ale tak naprawdę ja mam głęboko w nosie to jak spędza swój czas Arletta Matczak i na ile jej stan psychiczny przypomina stan psychiczny jej męża, a oni oboje interesują mnie tylko o tyle, o ile mam przekonanie, że kupując płytę nagraną przez ich dziecko nie żałuję ani jednego grosza. To co mnie natomiast tu ciekawi, to podejrzenie, że to co się dzieje w tych rodzinach, na skutek owego dręczącego ich od pięciu już lat odbijania się raz od wściekłości, a raz od delirycznego szczęścia, doprowadziło ich do tego, że podczas gdy jedni pogrążają się w rozpaczy, to ci drudzy w poczuciu bezgranicznego szczęścia robią zdjęcia tulipanom w pięknym wazonie, w pięknym salonie, w pięknym domu.
       I myślę sobie, że jeśli mam tu rację, to nie ma się absolutnie co dziwić, że oni dziś tak strasznie się denerwują, że nie będą mogli jutro zagłosować na... no właśnie, na kogo? Jeśli ktoś mi powie, że na Tanajnę, to daję słowo, że się nie zdziwię.

  

środa, 7 czerwca 2017

Co Beata Kempa sprzedaje ciemnemu ludowi?

Dziś znów chciałbym przedstawić tekst, który musiał troszke poczekać na swoje miejsce na tym blogu, ale zapewniam, że naprawdę warto. Oto parę bardzo nieprzyjemnych uwag, wcześniej opublikowanych na portalu papug.pl na temat tego, jak jesteśmy traktowani przez tych, których lubimy uważać za „naszych”.


To że my, jako masa anonimowych ludków, potrzebnych tym, którzy rządzą, lub rządzącym ewentualnie towarzyszą w realizacji jakichś nieznanych nam interesów, wyłącznie do tego, by raz na jakiś czas posłużyć jako demokratyczne alibi, podejrzewaliśmy już od dawna. Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem gdy jak na dłoni widzimy ów kompletny, graniczący wręcz z pogardą, brak szacunku, czujemy się w większym lub mniejszym stopniu zaskoczeni. No bo to, co o nas myślą i jak nas widzą tamci, których właśnie szczęśliwie od władzy odsunęliśmy, jest dla nas jasne i nie wymagające nawet zadumy. Ta sprawa jest ostatecznie zamknięta. Wygląda jednak na to, że, przynajmniej gdy chodzi o relacje na linii elita - obywatel, między jednymi a drugimi nie ma najmniejszej różnicy. I ci i tamci uważają nas za nic więcej jak właśnie anonimowych ludków, którzy mogą jedynie służyć jako bardzo skuteczne usprawiedliwienie dla utrzymania przez nich władzy.
Mam wrażenie jednak, że owa bezczelna protekcjonalność, z jaką oni ostatnio się do nas zwracają, przekracza wszystko to, z czym mieliśmy wątpliwą przyjemność spotykać się wcześniej. Oto w tych dniach wywiadu telewizji TVP Info udzieliła szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Beata Kempa, i poproszona o komentarz w sprawie najnowszego sondażu, w którym Prawo i Sprawiedliwość wyprzedza znacznie Platformę Obywatelską, powiedziała co następuje (cytuję dosłownie):
„Myślę że przede wszystkim warto spojrzeć na tendencję, a ta potwierdza, że preferencje Polaków, czy... bo to Polacy odpowiadają na pytania, które zadaje sondażownia, zadają ankieterzy, pokazują że potwierdzają ten projekt zmiany na dobrą zmianę, na jaką umówiliśmy się podczas naprzód kampanii wyborczej, ale i też program, na który umawialiśmy się konsekwentnie realizując go dzień po dniu już niemal przez 2 lata i to że ta realizacja tych konkretnych zmian, czyli tych zmian, o których mówiliśmy, czy 500 plus, program 500 plus, ale i też program zmian w polskiej gospodarce, program zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości tam bardzo ważny przywracający sprawiedliwość, rusza za chwilę komisja weryfikacyjna, czyli przywracająca ową sprawiedliwość chociażby tutaj w stolicy, ale za chwilę widzimy, że chyba i w innych miastach ten problem się potwierdza, ale i też kwestia mieszkanie plus, polityka w sprawie naszych seniorów i wiele wiele wiele jeszcze innych spraw, które nie zostały załatwione po 89 roku, bo to jest niezwykle ważne, że wiele spraw już dawno Polacy powinni odczuwać, że po 89 roku powinni czerpać z owoców transformacji a nie wciąż rozumieć, że mają zaciskać pasa, bo mamy transformację, czyli na czasach transformacji tak naprawdę uwłaszczyło się bardzo wąska grupa... korzystała z tych czasów bardzo wąska grupa, a cała rzesza, miliony właściwie, Polaków, a w szczególności tych, przed którymi dzisiaj chylimy czoła, czyli ci którzy wywalczyli wolność, którzy tą wolność, za tą wolność tak naprawdę bardzo cierpieli, oni, ich rodziny, ten dziesięcio-ponad-milionowy związek wielu ludzi, oni tak naprawdę czekali też na tą, na tą, na owoce tej transformacji”.
Ktoś złośliwy powie dowcipnie, że to jest naprawdę fascynujące jak ktoś tak intelektualnie skromny, jak Beata Kempa potrafi z 255 słów zbudować jedno zdanie. A nie zapominajmy, że gdyby nie to, że dziennikarka wręcz zmusiła Kempę, by ta się wreszcie zamknęła, to zdanie mogłoby mieć być może nawet tysiąc słów. Dotychczas chyba tylko Gabriel Garcia Marquez w swojej opowieści o statku-widmo potrafił osiągnąć coś podobnego. Niestety, tu akurat nie mamy najmniejszych powodów do żartów, bo mamy do czynienia z czymś naprawdę poważnym. Proszę rzućmy okiem na to, co się tak naprawdę dzieje. Beata Kempa otrzymuje pytanie na temat ostatniego sondażu i zamiast odpowiedzieć, że, owszem, wynik ją bardzo cieszy, ale nie wolno się skupiać na sondażach, bo pracy mnóstwo i takie tam, ona nagle – jak się domyślam, kompletnie instynktownie – zaczyna czuć, że ma przed sobą bandę idiotów, którym trzeba wbić do głowy parę rzeczy, których oni inaczej nie przyswoją, no i zaczyna swoją gadkę. Mało tego. Ona nawet nie uważa, że skoro już przyszło jej wygłaszać propagandową mowę, wypadałoby się może na tyle przynajmniej postarać, by owo wystąpienie było choćby w miarę merytorycznie i formalnie spójne. Mało i tego. Ona nie uznała nawet, że skoro przed sobą ma tych, których sam jej szef określił mianem „lepszego sortu”, wypadałoby może się nieco bardziej wysilić i powiedzieć coś bardziej sensownego.
Nic z tego. Kempa przyszła do telewizji z nastawieniem, że trzeba będzie wziąć udział w kolejnym odcinku serialu pod tytułem „Dobra Zmiana”, no i odwalić swoją rolę. Jestem jednak pewien, że ona by nie zrobiła z siebie nawet w połowie takiego bałwana, gdyby naprzeciwko niej posadzono jakiegoś Borysa Budkę, czy, nie daj Boże, samego przewodniczącego Schetynę. O nie! Wtedy, ona by się postarała, by wypaść jak najlepiej. Ona swoje intelektualne możliwości pokazuje choćby wtedy, gdy do swojego programu zaprosi ją Monika Olejnik, a ona wie bardzo dobrze, że tam tego typu paplanina nie przejdzie. Dlaczego? Z bardzo prostego i moim zdaniem bardzo oczywistego powodu. Otóż zarówno dla Kempy, jak i pozostałych jej kolegów kręcących się przy tak zwanej „władzy”, nie tylko red. Olejnik, ale również minister Budka, czy, nie daj Boże, sam przewodniczący Schetyna, to są dopiero poważni partnerzy. I nie łudźmy się, kiedy ona ich pogardliwie nazywa „wąska grupą”, która się na czymś tam „uwłaszczyła”, to ona wie, że oni wiedzą dokładnie tak samo jak ona, że to tylko taka retoryka, przeznaczona na użytek politycznej propagandy, a w gruncie rzeczy oni wszyscy są po tej samej stronie, tyle, że jedni dziś trochę wyżej i dalej niż ci drudzy. Prawdziwym wrogiem dla Kempy i całego tego towarzystwa od lewej do prawej jesteśmy bowiem właśnie my, a więc wyborcy, którym nie wiadomo, cholera, co strzeli do głowy, gdy przyjdzie czas, by nas poprosić o to, byśmy powiedzieli, co tak w ogóle sądzimy na temat polityki. A w związku z tym, należy na nas od czasu do czasu nas zauważyć i coś tam do nas zagadać.
Apeluję więc do nas wszystkich: miejmy na nich oko, bo większość z nich to węże, po których nie możemy się spodziewać niczego więcej jak tylko tego, że w pewnym momencie spróbują nas użyć do swoich brudnych spraw. Ja wiem, że to nie jest zadanie proste. Jednak jak wiemy, polityka to nie jest zabawa dla małych dziewczynek. Tu się kręcą osobnicy, przy których taki pedofil to przysłowiowy pikuś.

Już za parę dni w Bytomiu odbędą się nasze targi pod piekną nazwą Rozetta. Sobota i niedziela od rana do wieczora w tak zwanej Hali Na Skarpie na ulicy Frycza-Modrzewskiego 5. Zapraszam wszystkich chętnych, a tymczasem polecam jak zawsze naszą księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do nabycia moje książki.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Być jak Krystyna Pawłowicz

Od kilku już dni, a dokładnie od dnia, kiedy posłanka Pawłowicz, w którejś ze swoich licznych wypowiedzi, zamiast formy „wziąć”, użyła błędnej formy „wziąść”, a następnie zaczęła się w swoim stylu bronić, prowadzę rozmowy z moim synem, który próbuje mnie przekonać, że Pawłowicz to idiotka. Jeśli mam być szczery, okazji do tego, by sobie na Krystynę Pawłowicz ponarzekać – ponarzekać, a nie popluć, bo my tu, jak wiemy, sami PiS-owcy – mieliśmy tu więcej i to już znacznie wcześniej. Z jakiegoś powodu jednak, ostatnie wystąpienie Pani Profesor przelało czarę goryczy, no i mamy to co mamy: Internet pokłada się ze śmiechu, media rżą, moje dziecko się piekli, a ja mu tłumaczę, że nie ma racji.
Powiem szczerze, że nie do końca wiem, z czego moja obrona prof. Pawłowicz wynika, bo ja sam, niemal od pierwszego dnia, kiedy o jej istnieniu się dowiedziałem, uważam, że wszystko co ona robi, mogłaby robić inaczej. Przede wszystkim, moim zdaniem, to że ona wciąż się udziela na Facebooku, czy Twitterze – obojętne – w jej sytuacji, a więc sytuacji osoby wybitnie, że tak powiem, spontanicznej, jest wyjątkowo bez sensu. Poza tym, co może jeszcze istotniejsze, ja faktycznie gotów się jestem zgodzić z moim dzieckiem, że ona zachowuje się, jakby się kompletnie nie kontrolowała. Pod pewnym względem, prof. Pawłowicz przypomina Stefana Niesiołowskiego, z tą różnicą, że szaleństwo Niesiołowskiego jest zdecydowanie częścią planu, podczas gdy szaleństwo prof. Pawłowicz – zakładając, że mamy faktycznie do czynienia z szaleństwem – jest całkowicie poza jakąkolwiek kontrolą. Szaleństwo Pawłowicz stanowi zjawisko tak szczególne, że, w moim odczuciu, nawet prezes Kaczyński staje wobec niego bezradny.
I tu dochodzimy do sedna rzeczy, a więc do mojej argumentacji, gdy idzie o spór między moim synem a mną. Otóż jest tak, że przez czas, który nam pozostał do wyborów, Platforma Obywatelska najprawdopodobniej skompromituje się do tego stopnia, że być może nie przekroczy pięcioprocentowego progu i do Sejmu zwyczajnie się nie dostanie. W wyniku tego Prawo i Sprawiedliwość obejmie w Polsce władzę na tyle absolutną, że to z czym mieliśmy dotychczas do czynienia, będzie wyglądało na żart. I ja dziś, oglądając dość regularnie telewizję i czytając prawicowe media, widzę niemal codziennie ludzi, którzy przez najbliższe lata będą stanowili podstawę tak zwanego reżimu. Widzę tych wszystkich Mastalerków, Czarneckich, Karnowskich, Warzechów, Gowina, nawróconych Ziobrę i Poncyliusza, starych działaczy PiS-u, którzy z różnych powodów dzielnie trwali przy Prezesie, czy deszcz, czy pogoda, tych wszystkich starych i nowych posłów i senatorów, którzy tak naprawdę wszystko mają głęboko w nosie, poza tym, by nie stracić nic z tego, co im się dotychczas udało zdobyć… i nagle sobie uświadamiam, że na tle tego całego cwaniactwa, Krystyna Pawłowicz robi wrażenie czegoś autentycznie czystego. Dlaczego? Bo ona niemal jako jedyna nie kłamie. Bredzi, pluje, wypisuje te swoje głupstwa w sieci – ale ani jej w głowie kłamać.
Ja oczywiście wiem, co mi w tym momencie powie większość osób czytających tę notkę, a mianowicie to, że ona jest głupia. No dobra, przyjmijmy, że Pawłowicz jest głupia – co do czego, swoją drogą, osobiście wcale nie jestem przekonany – jednak, przepraszam bardzo, kto w tej sytuacji nie jest głupi? Poseł Kalisz? Poseł Czarnecki? Gowin? Premier Marcinkiewicz? Giertych? Ekspert Markowski? Posłanka Mucha? Ksiądz Sowa? Szejnfeld? Zalewski? Radek Sikorski? A może głupi nie są redaktorzy Miecugow, Morozowski i Wróbel? A może mądra jest red. Arletta Zalewska z TVN-u, która swego czasu zrobiła tu na tym blogu karierę pytaniem skierowanym do Mariusza Kamińskiego: „Hałs jor politikal partaj kolt?” A może mądrzy są ci wszyscy redaktorzy, którzy notorycznie używają formy „żeśmy”, lub „dwoma”, kiedy mówią o dwóch „partaj”, a kiedy przyjdzie im stworzyć zdanie na żywo, okazuje się, że ono jest pozbawione orzeczenia? Kto nie jest głupi, kiedy głupia jest Krystyna Pawłowicz?
Ktoś mi teraz powie, że no dobra, oni wszyscy są głupi i beznadziejni, ale Pawłowicz się bardziej wystawia i dlatego o niej mówimy. Na to ja od razu odpowiadam, że przede wszystkim to nieprawda, że ona jest bardziej eksponowana. Pawłowicz mamy okazję podziwiać tylko przy okazji jej kolejnego ekscesu, tak jak to miało miejsce w przypadku owego nieszczęsnego „wziąść”, i nie ma mowy, by ją zaproszono do studia telewizyjnego i skonfrontowano z kimkolwiek. Gdy chodzi o innych, my ich oglądamy dzień w dzień, od rana do wieczora, czy jako komentujących polityków, czy komentujących politologów, czy komentujących dziennikarzy, czy komentujących aktorów i sportowców. I przepraszam bardzo, ale nie raz i dwa, kiedy miałem okazję oglądać jednego czy drugiego, byłem przekonany, że mam do czynienia nie tylko z bandą durniów, ale jeszcze aż nazbyt często z bandą zdemoralizowanych zboczeńców.
Przed nami więc staje prof. Krystyna Pawłowicz – kobieta zdecydowanie szczególna, a ja mam przekonanie graniczące z pewnością, że ona jest jedną z naprawdę już ostatnich osób na tej scenie, która pozostała zwykłym człowiekiem. Pamiętam, jak w dniu zaprzysiężenia prezydenta Dudy wszyscy starali się być na swoim miejscu, a ona została wypatrzona przez kamerę TVN24 w tłumie na rynku Starego Miasta, jak szła z jakąś koleżanką i coś tam sobie wesoło podjadały. Poproszono ją o komentarz, a ona od razu porównała atmosferę tego dnia do atmosfery dnia, kiedy w Warszawie był papież Jan Paweł II. No i oczywiście po raz kolejny została wyszydzona. A ja już wiem, że to jest pani, która, jeśli ją spytają, czy tak, czy nie, odpowie tak, lub nie. Jeśli ją poproszą o opinię, ona opinię przedstawi i nikogo nie odeśle do rzecznika prasowego partii. Nie będzie kręcić, nie będzie się nikomu podlizywać, nie będzie walczyć o to, by dobrze wypaść przed kamerą. Kiedy patrzę i słucham Krystyny Pawłowicz, to myślę sobie, że ona się zachowuje dokładnie tak, jak ja bym się zachowywał, gdyby mi przyszło być na jej miejscu – z całkowita pogardą dla zwyczajów panujących w tamtej przestrzeni. I nie bałbym się nikogo. Siedziałbym Sejmie, gdybym zgłodniał, wyciągnąłbym kanapkę z kurczakiem i ją zjadł popijając coca-colą, a gdyby ktoś mi powiedział, że nie wypada, to bym powiedział, żeby mi nie przeszkadzali, bo jem. A gdyby ktoś mi zwrócił uwagę, że się nie mówi „wziąść”, tylko „wziąć”, tym bardziej bym używał niepoprawnej formy, żeby jednego durnia z drugim wyprowadzić z równowagi. A gdyby któryś z dziennikarzy zapytał mnie, czemu się tak zachowuję, zapytałbym go, czemu on się na mnie głupio patrzy, i robiłbym to na tyle konsekwentnie, że w końcu zaczęliby się mnie bać. Tak jak się dziś boją Krystyny Pawłowicz.
Uważam, że to jest moment równie dobry jak każdy inny, by podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu, że potrafi docenić człowieka.

Moje książki dostępne są na stronie www.coryllus.pl. Bardzo gorąco zachęcam.

czwartek, 18 marca 2010

Mamy już władcę. Jednego.



Nie wiem, jak jest w innych częściach kraju, ale u nas w Katowicach za darmo rozdają tzw. Metro. Oczywiście, ile razy mam okazję, to – podobnie jak ulotki od dzieci – biorę ten papier, składam go do wielkości kieszeni i wrzucam do najbliższego kosza na śmieci. Dlaczego ‘oczywiście’? No bo czemu nie? W końcu ci ludzie tam stoją po to, żeby wszystkie je rozdać, prawda? A mnie to wyciągnięcie ręki przecież nic nie kosztuje? Czy nie tak? Dlaczego natomiast nie czytam Metra? Swoje powody mam od bardzo dawna, a dzisiaj opowiem zaledwie o ostatnim z nich. Niezwykle mocnym. Jak pięść Lenina.
A więc, tak się składa, że moja starsza córka, dojeżdżając na uczelnię do Sosnowca, zawsze bierze Metro i czyta je od deski do deski w autobusie. Tak ma. Ja nic na to nie poradzę, a poza tym – jej sprawa. Jest dorosła i odpowiada za siebie. Co ja miałem do zrobienia, to już starałem się zrobić wcześniej. Dalej moja rola się kończy. Następnie przywozi Toyahówna to Metro do domu i, już pewnie bardziej z nudów, czyta je do obiadu. Później ono się pałęta po stole, aż trafi do śmieci. Wczoraj jednak leżało jakoś dłużej i trafiło na mnie. Zajrzałem, przeczytałem… i oto co już wiem. Najpierw tytuł: „Pielęgniarka Ewa jednak istniała”. A poniżej tak:

„W debacie wyborczej w 2007 r. Donald Tusk, mówiąc o zarobkach pielęgniarek, powołał się na rozmowę z panią Ewą ze szpitala w Skarżysku-Kamiennej. Dziennikarz TVN Tomasz Sekielski w filmie Władcy Marionetek dowodzi, że taka osoba nie istnieje. Na stronie internetowej premiera opublikowano oświadczenie z 2007 r. w którym kobieta imieniem Ewa zezwala na podanie jej pensji do publicznej wiadomości. W imieniu premiera rozmawiali z nią współpracownicy szefa PO. Zamieszczono także list dyrektora szpitala do Sekielskiego z 2008 r., w którym dyrektor informuje dziennikarza, że kobieta pracuje w skarżyskim ZOZ-ie”
Ponieważ powyższa informacja zrobiła na mnie wrażenie wręcz porażające, zwróciłem się do mojego syna, który i jest bardzo zainteresowany tym co się u nas dzieje i w dodatku jeszcze wykazuje w tych sprawach niezwykłą czujność i zdrowy rozsądek, żeby rzucił na to okiem. On spojrzał, przeczytał i powiedział coś w stylu: „O kurcze, niedobrze!” Kiedy go spytałem, co niedobrze, powiedział mi, że niedobrze, bo okazuje się że Sekielski został przyłapany na kłamstwie. Właśnie tak.
Podkreślam jeszcze raz. On nie jest pierwszym z brzegu przypadkowym obserwatorem. Interesuje się polityką, stawia bardzo dobre diagnozy, no i – co równie ważne – oglądał dokument Sekielskiego. A więc wie, co tam było, a przynajmniej wiedzieć powinien. I teraz, przy tym wszystkim, przeczytał mój syn informację z Metra i ją łyknął dokładnie według zamierzeń polityków Platformy, autorów, redaktorów, a pewnie i władców Metra. A więc mamy zmartwienie. Bo skoro on łyknął, to łyknęło mnóstwo innych, nie wykluczam że może i wszyscy. A skoro łyknęli, to znaczy że to jednak działa. I to już może martwić.
Wszystkim tym, którzy nie oglądali filmu Sekielskiego, ale też tym, którzy go oglądali, ale niewiele im to dało, przypominam. Początkowa sekwencja o pielęgniarce Ewie wygląda tak, że Sekielski rozmawia z Adamem Łaszynem, zawodowym kłamcą, który w roku 2007 pomagał Tuskowi prowadzić kampanię, i chyba też przygotowywał go do debaty z Kaczyńskim. Poza Łaszynem, rozmawia Sekielski z pielęgniarkami w Skarżysku-Kamiennej, dyrektorem tamtejszego szpitala, no i próbuje o tę Ewę pytać Tuska, choć tu akurat bez efektu. A więc wszystko zaczęło się od tego, że w telewizyjnej debacie Tusk, chcąc pokazać, że jest człowiekiem bliskim zwykłym ludziom, mówi, że rozmawiał z „pielęgniarką Ewą” ze Skarżyska i ona mu powiedziała, ile zarabia. Sekielski próbuje się na to dowiedzieć od wszystkich swoich rozmówców, czy jest tam jakaś Ewa, z którą rozmawiał Tusk, i wszyscy mu tłumaczą, że nie ma takiej możliwości. Że Ew jest dużo, ale gdyby któraś z nich rozmawiała z kimś takim jak Tusk, to z pewnością cały szpital by o tym wiedział. Sam dyrektor szpitala – ewidentny krętacz – staje na głowie, żeby nic nie powiedzieć, ale i tak w końcu wyjaśnia, że tam kręcili się jacyś przedstawiciele sztabu wyborczego Platformy i on im jakieś kwity tam dał. Jak idzie o Łaszyna, ten wyłącznie uśmiecha się głupkowato i zaklina się, że pomysł z Ewą nie był jego, tylko pewnie kogoś ze sztabu Tuska. Że on akurat by czegoś tak marnego nie wymyślił. Ani w jednym punkcie tego filmu nie pada informacja, że żadna pielęgniarka o imieniu Ewa nie istnieje. Wręcz przeciwnie, że pewnie takich jest kilka, bo Ewa to popularne imię. Tyle tylko, że z całą pewnością żadna z nich nie rozmawiała z Donaldem Tuskiem. Ani Sekielski, ani nikt inny, ani przez moment nie sugeruje, że żadna z tych Ew czegoś nie podpisywała. Odwrotnie, pielęgniarki opowiadają, jak one podały wysokość swoich pensji, i z tych pensji ktoś obliczył średnią, i ta średnia została przypisana do jakiejś pielęgniarki Ewy. Dyrektor – jak już pisałem – w sposób oczywisty kręci, ale i tak, z tego co pokazuje Sekielski, wynika wyłącznie, że sztab Platformy przeprowadził jedną ze swoich akcji w szpitalu w Skarżysku, do tej akcji wykorzystał pomoc dyrekcji szpitala, a Tusk bezczelnie kłamał. I tyle.
Już pisałem w jednym z poprzednich wpisów, że sprawa pielęgniarki Ewy w ogóle nie jest istotna. Przy tych zmielonych podpisach, czy przy kasie obiecanej piekarzowi przez Palikota, czy choćby nawet przy tych kilku ujęciach, na których widzimy Donalda Tuska bez maski, ta Ewa to nic. To zero. Ale, ze zrozumiałych powodów, akurat właśnie owo Skarżysko znalazło się w samym oku dyskusji. I akurat to, zostało wykorzystane do – tandetnego i tak wyjątkowo niskiego – uderzenia w film Sekielskiego. I właśnie to pokazało nam tak dobitnie, jak to właśnie dziennikarze kłamią co najmniej równie intensywnie jak politycy. Tyle że, niestety, skuteczniej. I o tę skuteczność chodzi. Politycy, jak wiemy, rozliczani są z każdego słowa. Każde ich kłamstwo, każde oszustwo, prędzej czy później, zostanie im wyciągnięte. I jeśli zbierze ich się wystarczająco dużo, może doprowadzić nawet do końca ich nędznej kariery.
Dziennikarze robią wszystko, żeby tę sprawiedliwość powstrzymać. Robią to w poczuciu absolutnej bezkarności i – co gorsza – w słusznym przekonaniu o skuteczności tych swoich brudnych aktów. Gdyby moje obawy, wyrażone w dedukcji, że skoro mój syn, to czemu nie wszyscy, okazać by się miały słuszne, to niech nas Bóg broni. I przed politykami i jeszcze bardziej przed dziennikarzami. I przede wszystkim, przed naszym osobistym lenistwem. A jak już idzie o Sekielskiego, to apel może być tylko jeden – niech on jednak zacznie pracować nad kolejnym filmem. Wprawdzie najprawdopodobniej nic z niego nie wyjdzie, ale może chociaż trafi do Internetu. W końcu po coś ten Internet mamy, prawda?

niedziela, 7 marca 2010

O tych co wiedzą i o tych co wiedzieć już nigdy nie będą



Wbrew zarzutowi, który się tu czasami pojawia, szczególnie ze strony tych wyśrubowanych intelektualistów, którzy uważają, że telewizor degraduje, podczas gdy Internet wyłącznie uwzniośla, telewizję oglądam w stopniu minimalnym. Podobnie zresztą, jak w stopniu minimalnym korzystam z usług komputera. Jest jednak taki dzień i taka pora, kiedy regularnie staram się gapić w to co pokazuje mi telewizja, a dokładnie telewizja TVN24. Jest to mianowicie niedzielne przedpołudnie. Wstaję rano i kiedy moja żona z dziećmi szykują się do kościoła, siedzę i oglądam przedpołudniowo-niedzielne rozmowy z zaproszonymi do studia ludźmi. Później zaczyna się jedyny program w telewizji, który oglądam zawsze, a mianowicie Kawa na ławę, i tak mniej więcej przed pierwsza przerwą na reklamy, telewizor zostaje wyłączony i wszyscy idziemy się modlić. Później, wracam do telewizora dopiero pod wieczór, żeby obejrzeć powtórkę, a raczej tę jej część, której rano nie zdążyłem obejrzeć. I to tyle. Oczywiście, zdarza mi się oglądać też różne programy w pozostałej części tygodnia. Ale to już raczej z tak zwanego doskoku.
Przedpołudniowe niedzielne rozmowy w TVN24 dzielą się z reguły na dwie części. Pierwsza to krótka pogawędka z jakimś aktorem, albo pisarzem, albo piosenkarzem, czy innym artystą, a druga, to głównie polityk. Nie inaczej było dziś. Redaktor, którego nazwisko znam bardzo dobrze, a mianowicie Jarosław Kuźniar poprosił o rozmowę aktora Daniela Olbrychskiego. Dla mnie Olbrychski jest przede wszystkim wybitnym, autentycznie wielkim aktorem, natomiast jeśli idzie o całą resztę, to patrzę na niego już tylko jak na kogoś, kto całe lata temu przestał był człowiekiem i tak się jakoś zdarzyło, że nie przetransformował się w żaden inny organizm, tylko został tym czymś, czym przed właściwą transformacją stają się niemal wszyscy aktorzy, a mianowicie takim kompletnie sztucznym bytem, w który dane im było się wcielić w którejś z ich licznych ról. Piszę o tym nie po to by się nad Olbrychskim pastwić, ale wyłącznie dlatego, że nie ukrywam, że nie jestem stanie odnosić się do pozaaktorskich występów Olbrychskiego w sposób obiektywny. Widzę Olbrychskiego, słyszę, jak mu jakiś dziennikarz zadaje pytanie, a już z góry wiem, że za chwilę będziemy mieli prawdziwy kosmos. Tak już mam i dlatego robię to zastrzeżenie.
Dziś Olbrychski najpierw mówił o Kubie Wojewódzkim jako zdolnym aktorze i o jakimś przedstawieniu, w którym swój aktorski debiut ów Wojewódzki odstawił, a w końcu – jakże by inaczej – Kuźniar poprosił go o komentarz na temat bieżących wydarzeń politycznych. I wtedy aktor Olbrychski powiedział mniej więcej coś takiego, że on, jak wszystkim wiadomo tak już ma, że kocha wszystkich ludzi, a w tym sympatyków PiS-u, i on chciał im wszystkim przekazać wyrazy współczucia z tego powodu, że Jarosław Kaczyński został ponownie tego PiS-u prezesem. Dodał ponadto, że on bardzo lubi Platformę Obywatelską za jej styl, kulturę i szyk, a to jego uczucie jest tym bardziej intensywne, im dłużej przygląda się, jak pięknie walczą, w jak demokratycznej i równej walce, dwaj kandydaci Platformy na prezydenta. I jakże to się różni od tego gomułkowsko-gierkowskiego upadku, jaki nam zafundował wczoraj PiS.
I na tym, kończymy z Olbrychskim, bo oto w tym momencie, jego płomienne wystąpienie zostało przerwane komentarzem Kuźniara, że to trochę nie tak, bo Sikorski z Komorowskim walczą o prezydenturę, a nie o miejsce po Tusku. Że moglibyśmy dopiero oceniać demokratyczne standardy w Platformie, gdyby tam chodziło o fotel przewodniczącego. Że dopiero wtedy byśmy wiedzieli, ile głosów dostał Tusk, a ile jego przeciwnik. Kończymy z Olbrychskim bo przede wszystkim i tak już jest go za dużo, a po drugie dlatego, że on już więcej nic na ten temat nie powiedział, lecz z oczyma wlepionymi w miejsce gdzieś tak 23 centymetry nad g łowami publiczności wyszeptał jedynie kwestię, że on już więcej na ten temat nie chce rozmawiać, bo jest mu po prostu przykro za wyborców PiS-u. Nie będzie też już więcej o nim, bo chodzi mi bardziej o samego Kuźniara, a dokładnie o to, że – jak się nagle okazało – on wie. Okazało się, że pytanie, które dręczy wielu dobrych ludzi jeszcze od zamierzchłych komunistycznych czasów, a które sformułował kiedyś tak pięknie mój zmarły ojciec; „Czy on wie, że on kłamie?” doczekało się odpowiedzi. Otóż tak – on wie, że on kłamie. On wie wszystko co trzeba.
To że Kuźniar wie, zostało nam podane na talerzu chwilę później, kiedy do studia zawitał polityk Platformy Waldy Dzikowski. Swoją drogą, ciekawe, czemu polski kabaret z takim zacięciem skupił się na Edgarze, a nie na Waldym. W końcu Edgar, to jak by nie patrzeć imię, o czym najlepiej świadczy fakt, że Word Edgara nie poprawia, a Waldiego owszem. Ale do rzeczy. Więc rozmawiał ten Kuźniar z Dzikowskim i doszło oczywiście do kwestii tego Egiptu. I znów stało się to co wcześniej. Kiedy Dzikowski się rozpędził jak należy w kwestii tego, jak to Polacy powinni odpoczywać w naszej pięknej Polsce, i jak to aż nie wypada, żeby rodaków wyrzucać gdzieś do dalekiego Egiptu, podczas gdy tu tak pięknie, Kuźniar znów wszedł mu w słowo i z przebiegłym uśmiechem zasugerował, że to chyba lepiej, kiedy na taki Egipt stać 50% społeczeństwa, a nie zaledwie 20. Jak by tego było mało, z tym samym chytrym uśmiechem, zaczął naciskać Dzikowskiego, by powiedział prosto i jednoznacznie, czy on się cieszy, że Kaczyński został prezesem, czy nie. Bo to wszyscy mówią, że Kaczyński to dla PiS-u czyste nieszczęście, więc niech on powie – dobrze to, że on został tym prezesem czy nie? Nie muszę oczywiście przypominać, że odpowiedzi ani on, ani myśmy się nie doczekali.
I znów sobie pomyślałem, że Kuźniar świetnie wie, jak się sprawy mają. Nie wiem, czy on to wie sam z siebie, czy może dowiedział się od swoich kolegów z ITI, którzy z całą pewnością też doskonale się na rzeczy znają. Ale to już jest bez znaczenia. I wie on, i wie również Rymanowski, który był chwilę później. Natomiast niewykluczone, że już tego mogą nie wiedzieć sami politycy. Pewni politycy. Dlaczego tak sądzę? Otóż sprawa Egiptu wróciła w Kawie na ławę. Wszyscy wiemy o co chodzi. Nie ma kraju w cywilizowanej Europie, gdzie tak jak w Polsce różnice między sferą zamożności a sferą nędzy byłyby tak duże. I nie ma też kraju w cywilizowanej Europie, gdzie ludzi biednych było tak dużo. I oto w tej sytuacji – sytuacji, która każdego normalnego człowieka powinna przyprawić wyłącznie o ból głowy – obecny w studio Paweł Graś poinformował wszystkich, że do Egiptu w wakacje nie warto jeździć, bo tam jest tak gorąco, że człowiekowi nawet się nie chce ruszać z hotelu, i że on proponuje, żeby ludzi spędzali wakacje raczej tak jak podróżnik Kamiński, a więc kajakiem po Wiśle, na co jego kumpel Kalisz się bardzo podniecił i dodał dobitnie, pomagając sobie palcem, że do Grecji, Egiptu i takich tam należy jeździć wyłącznie we wrześniu i kwietniu. Tylko wtedy. Głupi kto jeździ w lecie. A więc oni dwaj wiedzą tyle.
Kiedyś napisałem tu tekst, w którym napisałem, że nie ma tak głupiego polityka, który byłby głupszy od najmądrzejszego dziennikarza. Czasy się zmieniają. Moja ocena sprzed miesięcy straciła ważność. Mamy nową sytuację. Pojawili się politycy Platformy Obywatelskiej. SLD już nie koniecznie, choćby dlatego, że Kalisz od dawna robi wrażenie szczególne. Ale politycy PO, mam wrażenie, zaproponowali ostatnio nową jakoś. Wiedzą już wszyscy, nawet dziennikarze. Oni nie. Oni zaczęli spadać w otchłań czegoś, co można już tylko nazwać teatrem. Czegoś gdzie już nie ma miejsca na to, co normalny człowiek nazywa życiem. Myślę, że jak już miną te miesiące, które dzielą nas od pierwszych, drugich, i w końcu trzecich wyborów, oni wszyscy pójdą w aktorstwo. I tam już zostaną. Jako bliscy kumple Olbrychskiego. A ci, którzy wciąż będą chcieli tworzyć ich ten tak zwany elektorat, będą mogli im zamiatać scenę.

poniedziałek, 12 października 2009

Kto się boi Jarosława Kaczyńskiego?

Dzisiejszy wpis chciałbym zacząć od prośby do Administracji Salonu24. Gdyby przyszło Państwu do głowy umieszczać dziś mój tekst na głównej stronie, to proszę sobie ten gest darować. Przyczyna tego mojego apelu jest prosta. Teksty które piszę w Salonie już od tylu miesięcy są lepsze lub gorsze, głupsze lub mądrzejsze, jednak wszystkie je łączy jedna cecha. One wszystkie są śmiertelnie poważne, pisane z serca i – co może w tym wypadku najważniejsze – szalenie uczciwie. A jeśli uczciwie, to z całą pewnością, na ich początku stoi zawsze duży wysiłek emocjonalny, intelektualny i warsztatowy. Dziś natomiast, nie mogłem nie zauważyć, że ktoś z obsługi Salonu uznał, że dzień zapowiadanego odwołania Mariusza Kamińskiego wymaga szczególnego zaangażowania na całym postępowym froncie i swoje uczestnictwo w akcji postanowił zademonstrować, zapełniając całą praktycznie górną część SG najbardziej radykalnymi głosami przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu i CBA.
Jestem osobą, wbrew może pozorom, szalenie wyrozumiałą, więc w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że skoro to miejsce jest na ogół, w sposób oczywisty, zdominowane, i ilościowo i jakościowo, przez przedstawicieli tzw. prawicy, nic nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu i druga strona, poczuje, że o nich też się tu dba. Nawet jeśli każdy z nich w zasadzie ani nie potrafi pisać, ani myśleć, ani nawet poruszać się w miarę zgrabnie tam gdzie toczy się poważna debata. Czarę goryczy przelał jednak tekst napisany przez użytkownika o nicku mr off, tak fatalny zarówno pod względem argumentacyjnym jak i czysto technicznym, a trzymany przez Administrację na jedynce – jak się zdaje, wyłącznie dla uczczenia, dzisiejszego święta – przez dobrych kilka godzin. Obawiając się więc, że nagle zechcą Państwo wsadzić to co dziś napiszę pod tym offem – lub jakimś innym rozemocjonowanym, niedzielnym antykaczystą – proszę na dziś jednak o mnie zapomnieć. Ja bym tego upokorzenia mógł nie unieść.
Zabrałem się do dzisiejszego wpisu, powodowany dwoma zdarzeniami. Pierwsze to takie, że, odrabiając w trakcie weekendu zaległości prasowe, trafiłem na wypowiedz byłego wizerunkowego doradcę Platformy Obywatelskiej, Wojciecha Jabłońskiego, który w Rzeczpospolitej tłumaczy, że obecny kryzys nawet jeśli zaszkodzi Platformie, to z pewnością nie pomoże PiS-owi http://www.rp.pl/artykul/375062_Tusk_przegra__PiS_nie_wygra.html. A będzie tak z tej prostej przyczyny, że PiS, podobnie ja cała klasa polityczna, już się wcześniej skompromitowała, a poza tym, korupcja to z punktu widzenia obywateli to temat passe. Głupie? No, głupie. Ale nie to jest w tekście Jabłońskiego najmocniejsze. On w pewnym momencie, sugerując, że to Cimoszewicz może być beneficjentem obecnego zamieszania, pisze tak: „Jeśli Cimoszewicz stwierdzi, że sondaże są dla niego korzystne, to zapewne zdecyduje się kandydować. A po aferze hazardowej dla wyborców kandydat lewicy będzie miał nad Tuskiem jedną istotną przewagę: nie ciągnie za sobą worka przyjaciół z Grzegorzem Schetyną na czele”.
Ciekawe w tej wypowiedzi jest to, że o ile Jabłoński mówi o przewadze Cimoszewicza nad Tuskiem, i ją starannie uzasadnia, to jakoś nie wspomina o przewadze komunisty nad Kaczyńskim. Czy dlatego, że akurat w tym wypadku trudno by mu było tę przewagę wyjaśnić? No bo, jeśli spojrzymy – nawet oczyma Jabłońskiego – na scenę polityczną i jej ogląd przez wyborców, to widzimy, że PiSjest skompromitowany przez afery, którymi społeczeństwo się oczywiście w ogóle nie interesuje, Platformarównież, natomiast, jak idzie o Cimoszewicza, to on jest czysty jak łza, a do tego ma jeszcze tę przewagę nad Tuskiem, że „nie ciągnie za sobą worka przyjaciół”. Ja jednak chciałbym wiedzieć dwie rzeczy. Jakie to kompromitacje PiS-u Jabłoński ma na myśli i czy uważa, że PiS również ciągnie za sobą worek przyjaciół? No i jeszcze dwa, może podstawowe, pytania. Czy on uważa, że to iż Cimoszewicz mieszka w puszczy, oznacza, że nie ma przyjaciół? I czy, jego zdaniem, społeczeństwo, nie interesując się korupcją, interesuje się tym, kto ma jak pełny worek kumpli na plecach?
Oczywiście niczego nie rozjaśnił, bo rozjaśnić nie mógł, ale za to pięknie uzupełnił ten fragment wypowiedzi Jabłońskiego, wczorajszy program Rymanowskiego Kawa na ławę. Otóż wystąpiło tam pięciu polityków, Jacek Kurski, Ryszard Kalisz, Sławomir Nitras, Eugeniusz Kłopotek i Paweł Piskorski. Oczywiście wszyscy sobie dokuczali, i się, jak należy, nienawidzili, ale przy okazji nie pozostawili najmniejszych wątpliwości co do tego, że są idealnie skumplowani. A więc i był Jacek i Gienek i Rysiek i Paweł, i – jakże by inaczej – Sławek. Wszyscy – dosłownie wszyscy – kiedy tylko udało im się zapomnieć o konwencji programu, walili do siebie przez ty. Oni zachowywali się wszyscy, jak – nie przymierzając – pan prokurator z panem adwokatem i panią sędzią, kiedy wychodzą z sali rozpraw i idą wspólnie na ciasteczko.
Do czego zmierzam? Otóż, o ile się orientuję, wśród polskich polityków, jest jeden, do którego mówi się per ‘ty’ wyłącznie na bardzo szczególnych zasadach. Mówi się do niego w ten sposób, jeśli się jest dla niego osobą szczególnie bliską, z tym zastrzeżeniem, że aby stać się taką osobą nie wystarczy być jego kolegą z pracy. Mam tu na myśli Jarosława Kaczyńskiego. Ja sobie nie wyobrażam, żeby w studio TVN24,w niedzielne przedpołudnie zasiadł Jarosław Kaczyński (żeby w ogóle tam zasiadł) i żeby jakiś Kalisz zaczął do niego walić per ‘Jarek’, nie wywołując przy tym efektu uniesionych brwi. Kaczyński bowiem jest, o ile dobrze oceniam sytuację, jedynym polskim politykiem, który po prostu nie rozumie, w jaki sposób to, że on działa w polityce ma wpływać na jego życie osobiste w większym stopniu niż jest to konieczne. Kaczyński jest człowiekiem, który ma jeden jedyny cel – działać dla Polski i mieć satysfakcję z tego, że działa dla niej uczciwie i skutecznie. Ja sobie nie wyobrażam, żeby Kaczyński miał odebrać telefon od jakiegoś biznesmena, gdzie ten mówi do niego w stylu; „Jareczku, jest, kurwa, taka sprawa, że ostatnio widziałem się z Jackiem i on mi, kurwa, mówi, że są jakieś kłopoty”. Bez problemu umiem sobie wyobrazić w tej sytuacja na przykład Donalda Tuska, czy Aleksandra Kwaśniewskiego, czy Andrzeja Olechowskiego, ale nie Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego taka sytuacja jest nie do pomyślenia? Dlatego, że Jarosław Kaczyński, to nie jest ten kierunek. I to akurat wiedzą wszyscy. Nie jest też prawdopodobne, by zadzwonił do Kaczyńskiego jakiś jego zaprzyjaźniony współpracownik – powiedzmy Przemysław Gosiewski – i uderzył w ten sam ton. Bo, wszystko na to wskazuje, że Jarosław Kaczyński za taki numer nie miałby żadnego problemu z tym, żeby Gosiewskiego ze swojego otoczenia wyrzucić. A że go na różne, niestandardowe gesty stać, pokazał jasno na przykładzie Ludwika Dorna.
Chodzi o to, że Jarosław Kaczyński właśnie taki jest i zdają sobie z tego doskonale wszyscy. Wszyscy, którzy mają głowy, a w tych głowach oczy i uszy, wiedzą, że on jest prawdopodobnie jedynym polskim politykiem, którego nie da się ani skorumpować, ani oszukać, ani – co najważniejsze – wystawić do wiatru. Bo Kaczyński jest silny, inteligentny, uczciwy i skupiony w sposób naturalny wyłącznie na sprawach ważnych. A, z jego punktu widzenia, wśród tych spraw nie ma ani domu na Florydzie, ani nawet szwajcarskiego zegarka za 100 tys. czegokolwiek. Co najwyżej, mama, brat, kot i Polska. I, jakkolwiek będziemy się z tego chcieli śmiać, fakty są nieubłagane. Jarosław Kaczyński, dla III RP i jej przedstawicieli nie jest żadnym partnerem. On jest kimś, z ich perspektywy, z innego świata. Więc, jeśli ktoś chce z nim współpracować, ma przyjąć jego zasady i nie liczyć na cuda. A jeśli ktoś chce z nim walczyć, to może oczywiście walczyć, ale pamiętając przy tym, że tu na cuda liczyć jest jeszcze bardziej głupio.
Ale oczywiście walczą. Walczą na śmierć i życie. Bo wiedzą, że Jarosław Kaczyński jest jedyną przeszkodą na drodze do pełni szczęścia. Że jest przeszkodą poważną i niezgłębioną. A przy tym przeszkodą, której żaden z nich nijak nie może dotknąć. Zatrudnili cały przemysł medialny, całą kulturę popularną, wszystkie możliwe służby. I nic. Nie potrafią go dotknąć. Ani Rysiek, ani Grzesiek, ani Sławek, ani Andrzej. Bo co do niego podejdą, to widzą poważną twarz człowieka, który nie musi nic, ale chce bardzo wiele. I doskonale wie, jak to zrobić. I stąd ta furia.
Skończyłem pisać ten tekst, zajrzałem na główną stronę Salonu i widzę, że coś drgnęło. Dopóki jednak jest tam i ten off i Azraeli Infidel, a atmosfera wciąż napięta, to ryzyko jest wciąż za duże. Możemy na dziś sobie darować.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...