Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desperacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą desperacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 października 2015

Czy Michał Kamiński potrzebuje egzorcysty?

Mimo bardzo szczerych starań, znów niestety nie zdążyłem z kolejną notką. W tej sytuacji, zachęcam do czytania „Warszawskiej gazety”, a w niej mojego felietonu o tak zwanym „Misiu”.

Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze wczoraj, że którykolwiek z tych felietonów poświęcę Michałowi Kamińskiemu, wzruszyłbym ramionami i poprosiłbym, żeby ze mnie nie kpić. Tymczasem on dziś zrobił coś, co sprawiło, że tym razem litości nie będzie. I od razu pragnę zapewnić, że wcale nie chodzi mi o emitowany w tych dniach do tak zwanego „porzygania” klip, gdzie Kamiński śpiewa piosenkę o swojej nieugiętej szlachetności, ale o coś dużo bardziej znaczącego.
Oto komentując wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy w Nowym Jorku, Kamiński najpierw – zgodnie zresztą z przyjętą przez rząd narracją – pochwalił Dudę za to, że udało mu się wreszcie uniknąć plucia na Polskę, a następnie gładko przeszedł do eksploatowanego bez końca spotkania Prezydenta z Jarosławem Kaczyńskim i powiedział mniej więcej coś takiego:
„No bo po co on tam do Prezesa poszedł? Chyba nie po to, by nakarmić kota”.
Wypowiedź ta została kompletnie zlekceważona, a następnie zniknęła w odmętach zapomnienia, i ktoś powie, że nie ma się co dziwić. W końcu wspomniane lata to czas takiego zbydlęcenia – zbydlęcenia, swoją drogą, które w efekcie doprowadziło do zbrodni – że trudno się przejmować wszystkim. Ja jednak uważam, że i ze względu na osobę autora owego bon motu, jak i na kontekst, tego akurat Kamińskiemu, do czasu aż on w końcu zechce łaskawie opuścić ten padół, zapomnieć nie wolno. Bo w czym rzecz? Oto mamy z jednej strony Jarosława Kaczyńskiego, człowieka dotkniętego przez los w sposób dla nas, normalnych ludzi, wręcz niewyobrażalny, starszego pana, który w niemal modelowej samotności dokonuje żywota, nie mając już praktycznie nikogo, poza być może wspomnianym kotem, a z drugiej tego nażartego byczka z zegarkami za setki tysięcy, który nagle, na widok ich dwojga, uznaje za stosowne zacząć rechotać.
I znów ktoś powie, że to też nic takiego. Przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu przez te wszystkie lata zostało skierowanych naprawdę wiele niewymownie obelżywych gestów. I to jest również prawda, tyle że one zawsze stanowiły jakąś tam, mniej lub bardziej sensowną, reakcję. Tutaj owa złośliwość była w sposób moim zdaniem wręcz doskonały bezinteresowna. Ona nie niosła w sobie choćby śladu ewentualnej, skierowanej czy to pod adresem prezydenta Dudy, czy prezesa Kaczyńskiego, polemiki. To był czysty , niczym nie wymuszony hejt, w rodzaju tego, z jakim niekiedy mamy do czynienia w programie „Szkle Kontaktowym”, kiedy czytamy nadsyłane do programu esemesy.
Tyle że i nawet tu Kamiński przebił ich wszystkich w ten sposób, że oni plując, plują w ramach podrzuconego im tematu. Kamiński, jak mówię, był tu idealnie bezinteresowny. A biorąc pod uwagę jeszcze to, że on, w odróżnieniu od tych nieszczęśników, tak naprawdę świetnie wie, jak się rzeczy mają i o co w tym wszystkim chodzi, możemy podejrzewać, że za tym stoi coś absolutnie wyjątkowego, co zasługuje już tylko na egzorcyzmy.

Szybkimi krokami zbliża się seria kolejnych targów książki, a z nimi moja nowa książka o wielkich rodzinach finansowych. Póki co jednak, zachęcam do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupować niemal wszystko, co zostało wydane dotychczas.

piątek, 31 lipca 2015

Czy będą się wieszać, czy strzelać?

Przeczytałem gdzieś wczoraj, że dla gnijącej Platformy prawdziwą wunderwaffe ma się okazać minister obrony Tomasz Siemoniak. Podczas gdy premier Kopacz jest jaka jest, a wszystko co się kręci wokół niej, robi wrażenie jeszcze gorsze, wybitni komentatorzy polskiej sceny politycznej stawiają właśnie na Siemoniaka, który tam podobno wyrasta ponad przeciętność i którego premier Kopacz szykuje, by to on zadał pisowskiej kontrrewolucji śmiertelny cios. Przeczytałem tę informację i od razu pomyślałem sobie, że to jest coś absolutnie fantastycznego, że zaledwie dwa dni wcześniej swój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety” poświęciłem właśnie owemu cudownemu dziecku Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Będą mieli więc premierę jak się patrzy. Polecam.

Ile razy patrzę na któregokolwiek z posłów czy ministrów rządzącej koalicji i widzę, jak każdy z nich, zamiast wiać gdzie pieprz rośnie, nie dość, że jeszcze bardziej wydaje się lgnąć do tego trupa, to sprawia wrażenie, jakby życie w tej owej cuchnącej symbiozie było czymś, za co warto oddać życie, staję jak wmurowany. Tym bardziej sztywnieję, kiedy próbuję zgadnąć, jak to się dzieje, że ktoś, kto dotychczas w miarę bezpiecznie funkcjonował poza owym układem, zamiast tam dalej siedzieć, włazi z własnej i nieprzymuszonej woli pod tę rynnę, podpisując naturalnie na siebie wyrok. Tak było choćby w przypadku ministra zdrowia Zembali, który mając wydawało by się wszystko, co było mu potrzebne do szczęścia, wystawił się na odstrzał, którego świadkami jesteśmy choćby w tych dniach, praktycznie niszcząc sobie karierę. No i właściwie już w pierwszym dniu jego urzędowania wyszło na jaw, że ów Zembala jest tak fatalnie zadłużony, przy majątku wynoszącym jakieś 12 tysięcy złotych plus 105 dolarów, że wszelkie pytania typu: „Czemu on to robi” nagle straciły sens.
No a po Zembali pojawiły się kolejne informacje dotyczące kolejnych polityków, o których można by tu długo, ale by móc zrozumieć kolejne jego z pozoru absurdalne posunięcia, może wystarczy, jak wspomnimy choćby o 10 milionach złotych długu na koncie Janusza Palikota.
Ja natomiast ostatnio zwróciłem uwagę na deklarowaną w odpowiednim oświadczeniu majątkowym sytuację finansową ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka i myślę, że z powodów o których niżej, warto nam się nad nią zadumać. Otóż każdy w miarę uważny obserwator politycznej sceny zauważył ów najświeższy ruch wokół ministra Siemoniaka właśnie, który wskazuje na to, że tam toczy się autentyczna walka o to, co z nim zrobić, z wachlarzem szeroko rozciągniętym między prokuratorem, a drugim miejscem na liście wyborczej w Warszawie.
A więc zajrzałem do oświadczenia majątkowego Siemoniaka i proszę sobie wyobrazić, że on w zeszłym roku z tytułu ministrowania zarobił niemal 200 tysięcy złotych, z czego po spłaceniu bieżących zobowiązań zostało mu wszystkiego tych tysięcy zaledwie osiem. Cóż on zatem takiego spłaca? Otóż trzy kredyty, wszystkie we frankach, przy aktualnym saldzie w wysokości niemal 200 tysięcy CHF. Jeśli ktoś jest ciekawy, na co Siemoniakowi były te pieniądze, już odpowiadam: on za nie kupił trzy mieszkania, które postanowił wynajmować i w ten sposób złapać Pana Boga za palec. Co zatem z tych mieszkań? To też jest tam pokazane: 30 tysięcy złotych w zeszłym roku, czyli jakaś szósta część tego co on zarobił u Kopacz, z których też niemal nic już nie zostało. Jedyne więc co jest realne to te wciąż jakieś 800 tysięcy do oddania dla mBanku.
W październiku wybory, a ja już się zastanawiam, jak my zniesiemy tę falę samobójstw. Jeszcze zobaczymy jak bardzo to nie jest zabawne.

Przypominam, że pierwszy wybór tekstów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać już tylko u mnie pod adresem toyah@toyah.pl. Nakład „Elementarza” oraz „Biustonosza” zbliża się wprawdzie do końca, jednak obie są wciąż do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam do pośpiechu.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Marvin Heemeyer, czyli o zrównywaniu z ziemią

Jeśli przyjmiemy, że 5 lat to szmat czasu, mogę chyba powiedzieć, że dość niedawno, dzieląc się na tym blogu refleksjami na temat jednego z moich ulubionych filmów, a mianowicie „Trzech dni Kondora”, wspomniałem jego finałową scenę, kiedy to biedny Robert Redford wygraża się, jak to on o wszystkim poinformuje „New York Timesa”, „New York Times” wszystko opisze, świat się dowie, i źli ludzie zostaną ukarani, na co jego rozmówca odpowiada mu: „A co, jeśli nie napiszą?” I, jak mówię, biedny, Robert Redford kamienieje, i tak film ów się kończy.
O co chodzi? Otóż chodzi o to, co zawsze. Że w obliczu potęgi Systemu, jego ukrytej natury i nieznanego nam choćby kształtu, musimy zawsze zakładać, że w pewnych szczególnych sytuacjach nie mamy zwyczajnie szans. I tego stanu nie zmieni ani twarde prawo, ani wolne media, ani nawet tak zwana pięść ludu. Gdy stawka jest naprawdę wysoka, System robi, co chce.
Jeszcze bardziej niedawno mieliśmy okazję zaobserwować, w jaki sposób owa kontrola Systemu działa w wersji turbo, na przykładzie wielkiej katastrofy budowlanej, jaka miała miejsce w Bangladeszu, i w wyniku której śmierć poniosło ponad 1000 osób. Niektórzy z nas pewnie jeszcze wszystko dobrze pamiętają, część z całą pewnością – zgodnie zresztą z oryginalnym planem – o niczym zwyczajnie nie słyszała, część, nawet jeśli coś tam kiedyś usłyszała, nie zwróciła na to uwagi i dziś nawet nie pamięta, że cokolwiek się wydarzyło, ale to się naprawdę zdarzyło. W Bangladeszu runął ośmiopiętrowy budynek, w którym na zamówienie największych światowych sieci odzieżowych szyto ubrania dla mnie i dal Ciebie, i, jak mówię, w wyniku owego nieszczęścia zginęło ponad tysiąc osób. Rzecz jednak nie tyle w samej tragedii i w żniwie, jakie zebrała, ale w tym, że przez kilkanaście następnych dni, światowe media zastosowały wobec tego, co się stało, niemal pełną blokadę informacyjną. O ile się nie mylę, u nas w Polsce, zaczęto o tym pisać dopiero po tym, jak na tym blogu ukazał się odpowiedni tekst, i w ślad po nim o sprawie poinformowała „Gazeta Polska Codziennie”. Mniej więcej tydzień po zdarzeniu.
Dlaczego w sytuacji, gdy światowe media potrafią zrobić sensację z najbardziej trywialnych wypadków, polegających na tym, że gdzieś ktoś został zasypany kupą piasku, wpadł do studni, czy został zastrzelony przez jakiegoś wariata, o tym, że ponad 1000 osób zginęło podczas niewolniczej pracy na rzecz wielkiego międzynarodowego przemysłu, myśmy mieli się nie dowiedzieć nigdy, lub dowiedzieć się maksymalnie bezrefleksyjnie? Otóż poszło o to, że wspomniana katastrofa była czymś tak strasznym, tak głęboko porażającym, tak wreszcie pełnym znaczeń, że gdyby w tej sprawie została sprowokowana powszechna debata, System poniósłby bardzo poważne szkody. Pisałem o tym w odpowiednim momencie, dziś powtarzać się już nie mam nawet siły, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby sposób, w jaki doszło do śmierci tych ludzi, został poddany gruntownej debacie, System by się mógł z tego zwyczajnie nie pozbierać.
Bangladesz jest trzecim, największym eksporterem taniej odzieży dla światowego przemysłu. Nie wiem, kto jest pierwszym i drugim. Może Indie, może Chiny, może jeszcze ktoś, ale Bangladesz jest trzeci. Dzięki praktycznie niewolniczej pracy tamtejszych kobiet i mężczyzn, cały świat chodzi odziany i wystrojony wedle uznania, wedle potrzeby i wedle swoich finansowych możliwości. I to jest podstawa Systemu. I jej zmieniać nie wolno. Tak ma być i tak będzie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam o tym porozmawiać, to z całą pewnością powodem do tej rozmowy nie będzie to, że gdzieś zginęło 1000 osób. Uważam, że katastrofa w Bangladeszu pokazała nam tę prawdę w sposób wręcz modelowy.
I oto wczoraj otrzymałem wiadomość od mojego kumpla LEMMINGA, który zawsze bardzo dba o to, by mi nie zabrakło odpowiedniej porcji inspiracji do prowadzenia tego bloga, a ja mu się – jak wierzę – odwdzięczam lepiej, niż on by się mógł tego spodziewać, że w roku 2004, a więc ledwie co, 11 lat temu, w miejscowości Granby w stanie Colorado pewien drobny przedsiębiorca nazwiskiem Marvin Heemeyer, właściciel zakładu produkującego i instalującego tłumiki do samochodów, w reakcji na plany władz swojego miasta wybudowania cementowni, której lokalizacja odcięłaby jego zakład od świata, a tym samym doprowadziła go do ruiny, a przede wszystkim ze względu na odmowę jakichkolwiek negocjacji, połączoną z systemową wręcz agresją, przy pomocy specjalnie zaprojektowanego i odpowiednio wyposażonego, buldożera, zrównał z ziemią pół miasta, a następnie popełnił samobójstwo.
Kto chce, może oczywiście sobie zajrzeć do Wikipedii i tam o wszystkim poczytać, ale trochę na wszelki wypadek, gdyby się komuś może nie chciało szukać, a trochę z potrzeby serca – właśnie tak! – przytaczam istotne fragmenty:
„Kiedy kolejne petycje do władz, mediów i lokalnej społeczności nie dały żadnych skutków, Heemeyer poddał się, dzierżawiąc grunt firmie wywożącej śmieci. Umowa zakładała, że miałby on sześć miesięcy na wyprowadzenie się z posesji. Jak się później okazało, okres ten wykorzystał na ulepszenie swojego buldożera, osłaniając go miejscami ponad 30 centymetrami stali i betonu, instalując kamery zapewniające widoczność otoczenia w każdym kierunku, a w końcu konstruując klimatyzację i inne systemy pozwalające na komfortowe przebywanie wewnątrz przez wiele godzin.
4 czerwca 2004, konstruktor zasiadł za sterami buldożera, wyjeżdżając przez ścianę swego dawnego warsztatu, a następnie zrównując z ziemią fabrykę cementu i wyruszając w miasto. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy Heemeyer zniszczył doszczętnie budynek ratusza, siedzibę lokalnej gazety, dom burmistrza, i wiele innych budynków publicznych powiązanych z osobami, które były zaangażowane w spór. Łącznie w gruzach legło 13 budynków. To, że nikt nie został ranny, niektórzy świadkowie przypisywali precyzyjnej kalkulacji działań Heemeyera.
Podczas powolnego i nieubłaganego pochodu pojazdu, policja i oddziały SWAT próbowały powstrzymać maszynę, ale zarówno ogień z broni długiej, jak i granaty nie miały żadnego wpływu na pojazd, i ostatecznie, po oddaniu ponad 200 strzałów (w tym amunicji przeciwpancernej), siły porządkowe musiały po prostu bezsilnie obserwować wydarzenia.
Buldożer był uzbrojony w karabin Barrett M82, karabin Ruger AC556, pistolet Kel-Tec P11 i rewolwer magnum, ale Heemeyer użył ich tylko do celów obronnych. Gdy policjanci zorientowali się, że strzela ponad ich głowami, na początku sądzili, że po prostu słabo strzela, kiedy jednak później weszli do buldożera i zobaczyli uzbrojenie i kamery, uświadomili sobie, że gdyby Heemeyer chciał, mógłby pozabijać wszystkich z łatwością. Wszystko wskazuje więc na to, że jedynym celem Heemeyera była destrukcja budynków, a nie krzywdzenie ludzi.
Heemeyer dwukrotnie zmierzył się z innymi maszynami. Gdy zaatakował cementownię, Code Docheff – właściciel zakładu – wsiadł do ładowarki i próbował trafić w silnik buldożera, a następnie zerwać gąsienicę. Marvin oddał najpierw kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze, potem w łyżkę ładowarki, a potem zepchnął ją na bok. Docheff uciekł, słysząc strzały. Później, gdy buldożer znajdował się na terenie Independent Gas Co., władze wysłały w jego kierunku dwie zgarniarki. Jedna z nich zablokowała mu wyjazd, tak aby policja mogła oddać strzał z ciężkiej broni. Heemeyer zawrócił i próbował wyjechać z zakładu inną drogą, a potem po stoku znajdującym się wzdłuż drogi. Kiedy mu się to nie udało, ruszył w stronę zgarniarki. Pomimo, że kierowca z całych sił próbował go zatrzymać, Marvin zepchnął go na bok i odjechał. Kilka minut później zgarniarka zablokowała Heemeyerowi drogę wstecz podczas burzenia sklepu Gambles. Heemeyer ruszył przed siebie, niszcząc kompletnie ścianę budynku. Ostatecznie do akcji wkroczył inny buldożer, Caterpillar D9, ale wówczas było już po wszystkim.
Gdy po pewnym czasie w pojeździe zawiodła chłodnica, a jedna z gąsienic zapadła się w piwnicy sklepu Gambles, pilot buldożera sięgnął po pistolet i popełnił samobójstwo. Zarówno pozostawione przez niego nagrania, jak i sposób budowy włazu, wskazują, że nigdy nie zamierzał opuścić buldożera – właz został skonstruowany tak, by jego ponowne otwarcie graniczyło z niemożliwością. Według niektórych źródeł Heemeyer zaspawał się w środku, choć wcale nie musiał tego robić – sama pokrywa ważyła 910 kilogramów i była dobrze wpasowana w pancerz, poza tym Heemeyer zalał ją olejem, by trudniej było ją chwycić, co odkryli policjanci próbujący dostać się do kabiny.
Ponieważ obawiano się (bezpodstawnie, jak się okazało), że buldożer może być zaminowany, przewieziono go z dala od miasta i dopiero tam przystąpiono do prób otwarcia kabiny. Dopiero około 2 w nocy policjanci z pomocą palnika wycięli dziurę w miejscu, gdzie zainstalowana była kamera i weszli do środka. Wówczas z pomocą dźwigu wydobyto ciało Heemeyera.
[…]
Straty spowodowane przez Heemeyera oszacowano na ponad 7 milionów dolarów. Mimo potępienia ze strony lokalnych władz i mediów, dla wielu osób, stał się ludowym bohaterem i symbolem sprzeciwu wobec władzy. Powstało wiele witryn gloryfikujących jego działania.[…]
Urzędnicy miejscy ogłosili 19 kwietnia 2005, że[buldożer] zostanie rozebrany i zezłomowany. Części zostaną rozwiezione po wielu złomowiskach by zniechęcić zwolenników Heemeyera do zbierania pamiątek”.
Oczywiście ja biorę pod uwagę taką możliwość, że ktoś w tym momencie zakrzyknie: „To ty o tym Heemeyerze nie słyszałeś??? Nie słyszałeś o jego wypasionym Killdozerze?” Biorę to pod uwagę, ale jeszcze bardziej jestem pewien, że nic się takiego nie stanie. Gdyby bowiem ta sprawa była w owym 2004 roku choć minimalnie nagłośniona, ja akurat bym o tym usłyszał, i raczej bym tak łatwo tego nie zapomniał. Ale jest jeszcze coś. Gdyby bowiem o tym, co się stało w miejscowości Granby w Stanach Zjednoczonych w roku 2004 wolno nam było wiedzieć i szeroko dyskutować, autor notki w Wikipedii zamiast pisać o „witrynach” upamiętniających ów akt szaleństwa człowieka zaatakowanego przez System, z całą pewnością podałby nam całą listę tytułów książek i filmów opowiadających o tamtym i strasznym i tak fantastycznie pięknym piątku, a nazwisko Heemeyer byłoby znane na całym świecie, tak jak jakiś nie przymierzając, Rambo, czy choćby i Guy Fawkes, a więc postaci, które nie przestraszą nawet lokalnego chuligana, a co dopiero jakiegoś urzędnika.
No ale my o Heemeyerze nie wiemy nic, a ja chętnie – jeśli wciąż komuś trzeba to wyjaśniać – opowiem dlaczego. Otóż o nim nam wiedzieć nie wolno. O nim nam nie wolno wiedzieć, nie wolno nam o nim dyskutować, a co najważniejsze, nie wolno nam próbować czynić z niego wzoru do jakichkolwiek rozmyślań. O Heemeyerze nam nie wolno mieć jakiejkolwiek głębszej wiedzy, która mogłaby być dla nas źródłem jakichkolwiek refleksji i nastrojów, podobnie jak nie wolno nam było usłyszeć o wspomnianym wcześniej nieszczęściu w Bangladeszu. To jest coś tak oczywistego, że aż głupio o tym mówić.
Wspomniałem Guya Fawkesa. Dziś już mało kto wie, kim był Guy Fawkes, jednak my, ludzie jeszcze z tamtych lat, to wiemy, bo nas o nim uczono w liceum, więc opowiem. Guy Fawkes był katolikiem, a jednocześnie człowiekiem tradycyjnie uważanym za przywódcę grupy spiskowców, którzy wymyślili sobie, że w noc z 4 na 5 listopada 1605 roku wysadzą w powietrze budynek londyńskiego parlamentu, kiedy król i wszyscy ministrowie będą obradować. Do ostatecznego rozwiązania jednak nie doszło. Guy Fawkes i jego przyjaciele zostali pojmani, natomiast sam Fawkes uniknął najbardziej okrutnej śmierci tylko dlatego, że wcześniej sprytnie zeskoczył z szafotu i skręcił sobie kark, natomiast to co nas dziś interesuje, to to, co z tego dla nas zostało? Otóż rok w rok, każdego 5 listopada, cała Anglia świętuje tak zwany „Guy Fawkes Day”, gdzie Anglicy się bawią, śpiewają piosenki i strzelają petardami. Co ciekawe, doroczne obchody nie mają upamiętnić momentu, gdy to biedny Fawkes rzucił się z szafotu na łeb na szyję, ale tę właśnie noc, kiedy to ów brytyjski parlament miał wylecieć w powietrze, a nie wyleciał. Tak to właśnie System pokazał, jak można sobie poradzić z kłopotliwą historią. Można ją albo zlekceważyć, albo zamienić w zabawę.
I ja sobie myślę, że jednak ci Anglicy mają w sobie coś wyjątkowego, czego nie mamy ani my, ani nawet tacy Amerykanie. Gdyby ci Amerykanie byli tak sprytni, to by dzień 4 czerwca uczynili świętem narodowym, a my, ich śladem, organizowalibyśmy festyny dajmy na to każdego 10 kwietnia.
No i jeszcze jedna, już na sam koniec, refleksja. Podczas niedawnych dyskusji tu na blogach, pojawiła się nagle wielki, klasyczny dziś już zespół Sex Pistols i cały kontekst jego debiutu i kariery. Otóż jest tak, że dziś wciąż bardzo aktywnie działa wokalista zespołu John Lydon, i to działa tak, że w pewnym sensie nie ma konkurencji. Proszę sobie wyobrazić, że ile razy zespół gra swój utwór „Warrior”, John Lydon wygłasza odpowiednią laudację na cześć Guya Fawkesa właśnie. I o to właśnie chodzi. O Fawkesie on może gadać, co mu ślina na język przyniesie. Niechby jednak tylko zaczął coś pleść o Marvinie Heemeyerze, to by zobaczył, jak to wszystko działa.

Serdecznie wszystkim dziękuję za pamięć i wszystkie gesty solidarności, szczególnie te, które nadeszły do mnie w tym czarnym dla nas miesiącu. Bez nich byśmy nie przeżyli. Proszę nie odchodzić.

piątek, 17 sierpnia 2012

O tym co zakrywa noc

Jest taki film, zrealizowany przez brytyjskiego reżysera Stephena Frearsa, a znany w Polsce pod tytułem „Niewidoczni”. Jest to film o pewnej już pozycji, choćby przez fakt, że wyreżyserował go właśnie Frears, no i przez to też, że swego czasu scenariusz ten był nawet nominowany do Oscara. Filmów bardzo dobrych i pozostających w pamięci jest bardzo dużo, i trzeba powiedzieć, że „Niewidoczni” zajmują tam miejsce szczególne. Mówiąc bardzo krótko, jest to bardzo inteligentnie zrobiony film sensacyjny, którego akcja dzieje się w Londynie, a bohaterami ludzie uwikłani w nielegalny proceder handlu organami. Co dla nas, z punktu widzenia niniejszego tekstu, szczególnie interesujące, owi bohaterowie to głównie biedni, czarni, nielegalni emigranci z Afryki. I to jest oczywiście zrozumiale. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by w roli tego mięsa w tak porządnym i wiarygodnie przedstawionym scenariuszu, mieli występować biali Brytyjczycy, prawda?
Oczywiście, co wielokrotnie tu już podkreślałem, film tego typu, na tym poziomie artystycznego mistrzostwa u nas w Polsce by nie powstał, i myślę, ze nie warto tej prawdy już więcej uzasadniać. Wystarczy może, że z prawdziwym bólem serca wspomnę tylko niedawno postawione przez panią Toyahową pytanie: czy jest jeszcze jakiś kraj na świecie, gdzie wszystko – dosłownie wszystko – jest do dupy? A zatem, film „Niewidoczni” w Polsce by powstać nie mógł ze względów oczywistych, a najciekawsze w tym jest to, że owa oczywistość wcale nie jest związana z podejrzeniem, że u nas proceder nielegalnego handlu organami, choćby przez brak odpowiednio szerokiej emigracji z Afryki, nie istnieje. To bowiem akurat jest nieprawda. Jak ledwo co, chyba już po raz kolejny ostatnio, poinformowała nas stacja telewizyjna TVN24, ów biznes w Polsce ma się dobrze, a swoich ofiar nie musi sprowadzać ani z Mołdawii, ani z Afryki, bo ma ich odpowiednią ilość na miejscu. Ot tu, zaraz za rogiem.
Czytelnicy tego bloga są z reguły osobami bardzo wrażliwymi, zarówno duchem jak i myślą, więc domyślam się, że każdy mniej więcej już wie do czego może ta dzisiejsza refleksja zmierzać. Kto bowiem z nas mógł się znaleźć w takiej sytuacji, że nie pozostało mu już nic innego, jak dać ogłoszenie, czy to na Allegro, czy może gdzieindziej w Internecie, że sprzeda swoją nerkę za 20, czy 30 tysięcy złotych, licząc na to, że ktoś odpowiedni się z nim skontaktuje, zawiezie go gdzieś w jakieś ustronne i dyskretne miejsce, i mu po tym wszystkim uczciwie już za wszystko zapłaci? No, kto z nas? A więc my świetnie wiemy, o kim mowa. Komentarz redakcji TVN24 skierowany jest już więc nie do nas, ale do tych, którzy niczego się nie domyślają. No i widzą oni tych biedaków z zamazanymi twarzami i zniekształconymi głosami, i słyszą jak opowiadają podstawionemu dziennikarzowi o swojej niedoli, która im kazała uciec się do rozwiązania być może ostatecznego. No i mówią o pracy, którą właśnie stracili, o dziecku w gimnazjum, o niepracującej żonie, i jakimś kolosalnym długu, którego spłacić nie są już w stanie, no i oczywiście niemal za każdym razem pojawiają się te pytania – czy ta operacja jest bezpieczna, no i przede wszystkim może, czy za nią stoją uczciwe zamiary? Jest ten człowiek, który mówi, że sytuacja w jakiej się znalazł tak go dusi, że właściwie już był gotów popełnić samobójstwo, ale kiedy mu córka powiedziała, że jeśli on umrze, to ona zaraz za nim, zdecydował się dać jeszcze to ogłoszenie.
A więc nam te historie do niczego nie są potrzebne. My to wszystko potrafimy sobie wyobrazić bez tej jakże profesjonalnie przeprowadzonej dziennikarskiej prowokacji. Uważam, że nas może tu zainteresować coś znacznie głębszego. Coś, o czym dziennikarze TVN24 nie wspominają i wspomnieć nie mogą, bo gdyby to zrobili, mielibyśmy już do czynienia z bezczelnością, przy której ta, która właśnie przed nami, wyda się ledwo skromnym nieporozumieniem. O jakiej bezczelności mówię? Otóż mam na myśli bezczelność, którą już troszkę miałem okazję wspomnieć w zakończeniu wczorajszego wpisu, a zaprezentowanej przez owego radykalnego zwolennika Platformy Obywatelskiej, który doradza mojemu synowi, by emigrował z Polski, bo tu się nie da się żyć. Prawdopodobnie z powodu wciąż się tu panoszącej, jak się to ktoś już akurat inny inteligentnie wyraził, „moralnej” władzy PiS-u. Tym razem jednak chodzi mi o bezczelność wyrażającą się w epatowaniu nas Polaków opowieściami o tym, jak to się powoli stajemy prawdziwą kolonią, a wszystko to na tle owego tefauenowskiego błękitu, od którego dobrzy ludzie już od wielu lat nie mają siły, by się odpowiednio porzygać.
A więc oni posunęli się już nawet do tego. A dalej – wraz z dalszą profesjonalizacją medialnego przekazu – po nadaniu tego typu programu, pojawi się pewnie grupa wynajętych przez państwa Walterów ekspertów, którzy zupełnie szczerze będą załamywać ręce nad tym, jak to się to fatalnie ułożyło, że im się tak dobrze powodzi, podczas gdy większość ich rodaków musi zdychać gdzieś w jakichś lewych klinikach na piętrze. A po ekspertach przyjdą politycy, i też dorzucą swoje trzy grosze. A zatem, Roman Giertych powie, że jak kto gapa, niech ma pretensje tylko do siebie, a Tadeusz Cymański pochyli się nad problemem w skupieniu i wykrzyknie, że no wie pan, panie mecenasie, naprawdę nie wypada, a potem pokaże się reklama kolejnego meczu politycy-dziennkarze na rzecz wsparcia fundacji Bożeny Walter „Nie jesteś sam”.
A więc to wszystko my akurat świetnie wiemy. I co w związku z tym nam zostaje? Dokładnie to co już parokrotnie mówiłem, cytując Zbigniewa Herberta. Dajemy świadectwo i wiernie idziemy przed siebie. Niestety, wszystko wskazuje na to, że z polityką możemy sobie dać – przynajmniej na razie – święty spokój. Wszystko wskazuje na to, że w Smoleńsku oni jednak zabili obu, i zostaliśmy kompletnie sami. A co przed nami? Mam tylko marną nadzieję, że nie dojdzie do eksplozji.

Tradycyjnie przypominam o tym, że ten blog, poza wszystkim innym, pomaga mi utrzymywać rodzinę. Jesli ktoś jest w możliwościach, będę zobowiązany. Dziękuję i przepraszam za obcesowość, ale jakie czasy taka obcesowość.

niedziela, 10 października 2010

Gdy wokoło są sami szeryfi

Tygodniowy cykl wydawniczy Warszawskiej Gazety, dla kogoś, kto ma dostarczać do redakcji teksty traktujące na temat bieżącej polityki, stanowi pewien kłopot. Szczególnie jeśli ta polityka jest w głównej mierze tworzona i kontrolowana przez ludzi, których polityczny plan wiąże się przeważnie z perspektywą jednodniową. Weźmy kwestię najnowszego grepsu z tzw. dopalaczami. Kiedy piszę ten tekst, jest niedzielne popołudnie. Wczoraj, a więc w sobotę, jak tryumfalnie doniosły media, do setek punktów handlujących wspomnianymi dopalaczami weszli kontrolerzy Sanepidu w towarzystwie policji i zamknęli niemal połowę z nich. Wprawdzie o tym, co się stało z drugą połową już nie usłyszeliśmy, ale gest nastąpił, akcja została odnotowana i, jak nawet to dziś wspomniał kultowy już rzecznik rządu Paweł Graś, rząd nie popuści. Wczoraj była sobota, dziś jest niedziela, jutro zacznie się nowy tydzień, a ja się zastanawiam, co z tego szumu zostanie po upływie tych kilkunastu kolejnych godzin. Nie mówiąc już o tym, co z niego będziemy jeszcze pamiętać w piątek, kiedy Warszawska Gazeta się ukaże, czy w kolejny poniedziałek, kiedy ten tekst – zgodnie z pewną dżentelmeńską umową – zostanie opublikowany na naszym blogu.
Użyłem słowa ‘greps’. Ktoś spyta, co w tym złego, że rząd wreszcie się zdecydował rozpieprzyć w drobny mak to całe towarzystwo, które nie dość że postanowiło w sposób systematyczny i konsekwentny zniszczyć cale pokolenia, to ten swój plan realizuje z bezczelnością wręcz bezprecedensową. Oczywiście, może się okazać, że nic. Że ja się zwyczajnie mylę i że tym razem, po raz pierwszy w niemal już trzyletniej karierze tego gangu funkcjonującego publicznie jako Rząd Premiera Tuska, pojawił się jeden jedyny projekt, który ci ludzie zaczęli i doprowadzili do końca. Może się też okazać, że ja się pomyliłem, i tym razem, kiedy Donald Tusk zagrzmiał, że on nie pozwoli, by w Polsce oficjalnie i bezkarnie handlowano śmiercią i to na poziomie pokolenia najmłodszego, to on mówił poważnie, a jego oburzenie było szczere. Jednak zanim zweryfikuję swoje bardzo brzydkie podejrzenia, chciałbym bardzo się dowiedzieć, cóż się takiego stało w ciągu akurat minionego tygodnia, że nagle nie ma dnia, żeby ktoś gdzieś nie zatruł się tym świństwem, albo wręcz od niego ni stracił życia. Cóż takiego się stało, że podczas gdy przez minione dwa lata – a więc od czasu gdy ten sam rząd Donalda Tuska zalegalizował handel dopalaczami i kiedy w całej Polsce jak grzyby po deszczu zaczęły stawać budy handlujące tym czymś, ministrowie beztrosko kopali piłkę – ani jedna osoba się od tego czegoś nawet nie poczuła słabo, dziś codziennie kilkoro z nich karetki odwożą do szpitala?
Otóż mam bardzo poważne podejrzenie, że to z czym mamy dziś do czynienia to właśnie zwykły tandetny greps i nic więcej. Że zarówno Donald Tusk, jak i wszyscy jego kumple zaangażowani w tę akcję, przede wszystkim świetnie wiedzą, że przy obecnym stanie prawa – jak powiadam, prawa, które oni sami wprowadzili – handel tą chemią pozostaje całkowicie niezagrożony. Po drugie, oni są znakomicie świadomi swojej niekompetencji, bezradosności i w ogóle tego bezwładu w jaki już jakiś czas temu popadli, i przez to też wiedzą, że nawet jeśli coś potrafią zacząć, to wyłącznie zacząć. Po trzecie wreszcie, tam wśród nich nie ma ani jednej osoby, której na sercu leży ten problem. Jeśli ktokolwiek z nich interesuje się narkotykami i uzależnieniem, to wyłącznie osobiście i tylko w odniesieniu do swojej własnej osoby. A więc zwyczajnie nie jestem w stanie uwierzyć, że to całe zamieszanie ostatnich dni ma jakikolwiek cel poza tym, by na poziomie przede wszystkim lokalnym pokazać ludziom, że ta władza to jednak nie w kij dmuchał. Jestem też niemal pewien, że to iż akurat do mieszania ludziom w głowach wybrano dopalacze, a nie coś zupełnie innego, to była kwestia przypadku. Trzeba było z czymś wyjść – niech będą te dopalacze. Jedna cholera. Byleby się dało choćby na jakiś czas zająć czymś publiczną uwagę.
Jest tu jednak jeszcze coś, o czym żeby powiedzieć muszę odwołać się do pewnego wspomnienia. Pamiętam mianowicie, jak wiele jeszcze lat temu spotkałem w pobliskiej Żabce ucznia, który kupował dwie półlitrówki czystej wódki i parę puszek któregoś z tak zwanych napojów energetyzujących. Skonsultowałem się z innymi moimi uczniami co do celu takiego zestawu i oni mi wyjaśnili, że wódka z tym czymś bardzo dobrze działa. W tym sensie jest lepiej, szybciej i mocniej. Oni też wyjaśnili mi, że wódka plus ten drink, to zestaw w ich towarzystwie jak najbardziej powszechny i standardowy. Chodzi o to, że tak jest szybciej. Właśnie wtedy po raz pierwszy zorientowałem się, w jakim to wszystko kierunku zmierza. Oczywiście wiadomo było już wcześniej, że młodzież pije, pali, a jak jest coś na nosek, to i nawet sobie pociągnie. Natomiast to, że już zwykła wódka nie wystarczy, to była już jednak jakaś nowość. I naprawdę nie przypominam sobie, żeby to komukolwiek przeszkadzało. Nie przypominam sobie nawet, żeby ktokolwiek na to zwrócił uwagę.
W mieście w którym mieszkam, ostatnio jedna z ulic w centrum pzostala przerobiona na pasaż kawiarniano-restauracyjny. Postawiono tam parasole, ławki, drzewka… no i pootwierano piękne knajpki. Jest nawet autentyczna indyjska restauracja, której właścicielem jest prawdziwy Sikh, a kucharzem autentyczny Hindus. W miarę upływu wieczora, ulica wymiera i tylko przed jednym punktem wciąż pozostają tłumy młodzieży. Kiedy mówię „tłumy” wcale nie przesadzam. Tam jest gwar jak na jarmarku w dzień targowy. Knajpa nazywa się Lorneta z Meduzą i specjalnością zakładu jest własnie ta lorneta z meduzą, czyli ogólnie rzecz ujmując wódka. Zwykła, czysta wódka. Wszyscy wiemy, jak trudno jest dziś zrobić dobry interes. Jak biznesy jeden po drugim padają, i znów trzeba szukać czegoś innego. Lorneta z Meduzą, to jest – bez najmniejszej przesady – katowicki hit sezonu. I pomyśleć tylko, że tak niewiele trzeba było. Wódka. I już. Żadne piwo, żadna szisza. Po prostu wódka. Do tegośmy doszli.
A tu mamy te dopalacze. Jeśli ktoś wciąż nie wie, o co mi chodzi, już wyjaśniam. Dopalacze nie mogą przeszkadzać temu rządowi z tego prostego względu, że one nie są początkiem tej paskudnej drogi, lecz wyłącznie jednym z jej zakrętów. Kiedy zastanawiam się nad sensem i uczciwością całej akcji, o której tak dużo dziś słychać, jestem przekonany nie tylko o tym, że ludzie umierali od tego świństwa już dwa lata temu, tyle że nikt nie uznał za stosowne robić wokół tego zamieszanie, ale że oni umierali bo to był tylko jeden z elementów całości. Oni najpierw się nawpieprzali jakiś proszków, później zapalili jakąś fajeczkę, a na to wszystko wylali flaszkę, a dalej szło już z górki. To co mamy dziś, to nie wypadek. To nie jest tak zwane wypaczenie. To jest styl zycia, które pojawił się w Polsce już dawno, jeszcze może i w PRL-u, ale na pełen gaz ruszył w latach 90-tych, kiedy nowa władza rzuciła hasło: pieprzyć to wszystko! Liczy się wolność, pieniądz i dobra zabawa! Donald Tusk – dzisiejszy bojownik o uwolnienie polskiej młodzieży od dopalaczy – wtedy gdy to wszystko nabierało przyspieszenia, jeszcze zanim w ogóle mu przyszło do głowy, że kiedykolwiek jego noga postanie w jakimkolwiek kościele, że nie wspomnę już o tym ślubie, był z całą pewnością bardzo dumny z tego co się wokół niego działo. I dziś również, kiedy to co wraz z kolegami stworzył, może już tylko przydeptywać, ostatnia rzecz jaka mu przeszkadza, to to że gdzieś ktoś handluje jakimiś prochami. Tyle że pewnie ten jego doradca powiedział mu, że ogólnie nie jest za dobrze i trzeba zrobić coś ekstra.
No, ale jak piszę, mogę się mylić. Zresztą bardzo bym też chciał się mylić. Może się nagle okaże, że oni jakimś cudem się zorganizują i to całe wybezczelnione towarzystwo rozgonią na cztery wiatry. Nie żeby ten gest miał coś radykalnie zmienić, ale dla czystej ludzkiej satysfakcji ujrzenia jak ten interes upada. Jeśli oni dla utrzymania władzy odbiorą temu bydlakowi jego cały majątek, a jego samochód, przy pokazie sztucznych ogni i w obecności prezydenta z małżonką, spalą na sopockiej plaży – też będę bił brawo. I tu wracamy do początku tej refleksji. Kiedy będziecie czytać te słowa, wszyscy będziemy wiedzieć znacznie więcej. Choćby to czy miałem rację bardzo, czy może tylko trochę. A więc potraktujmy to jako eksperyment. Na ile oni są przewidywalni, a na ile desperacja zmusza ich do kroków absolutnie niestandardowych. I w gruncie rzeczy zupełnie wbrew sobie.


Powyższy wpis ukazal się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie. Trochę zdezaktualizowany, ale tylko trochę. Bardzo trochę.

czwartek, 30 września 2010

Jeżeli - ciąg dalszy

Nie wiedzieć czemu, w tym informacyjnym bagnie, jakie nas zalewa – od niedźwiedzi panda, przez pijanych nauczycieli, po nową fryzurę Joanny Muchy – pojawił się nagle temat tzw. dopalaczy, a więc chemicznych środków powszechnie i jak najbardziej legalnie sprzedawanych dzieciom w dużych polskich miastach, dla zarobku i ze zwykłego, pierwotnego pragnienia śmierci. Piszę „nie wiedzieć czemu”, bo w rzeczy samej ten typ informacji, w świecie niemal już nierzeczywistej zabawy i zidiocenia, nie wiadomo ani czemu ma służyć, ani też do kogo ma być faktycznie adresowany. Ktoś niezorientowany mógłby przypuszczać, że oto problem, który każdy normalnie myślący i w miarę uważny obserwator życia zna od lat doczekał się wreszcie odpowiedniego potraktowania ze strony polskiego państwa i że właśnie cały ten czarny biznes zostaje zlikwidowany, a jego właściciele postawieni wobec bankructwa. Na ten jednak temat nic nie wiadomo. Jeśli już, to jest wręcz odwrotnie. Informacja jest bowiem taka, że sprawa jest trudna, a – jak sami zainteresowani, czyli ci mordercy z rozbawieniem zaświadczają – perspektywa pozostaje też raczej bez zmian. Może więc chodzi o to, by o tym niezwykle interesującym zjawisku poinformować społeczeństwo i zachęcić kogo trzeba do obywatelskiej aktywności? Nie sądzę, choć na ten temat jeszcze będzie. Nie sądzę, bo jak wszystko na to wskazuje, coś takiego jak obywatelska inicjatywa już dawno w Polsce zostało wytępione, i to też wcale nie przypadkiem. Jeśli więc jakiś mądrala w telewizji informuje, że dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie społecznego sprzeciwu wobec tych sklepów, on sam musi wiedzieć, że zwyczajnie pieprzy trzy po trzy, a poza tym, nie ma pojęcia o czym mówi. I o tym też będzie później. A zatem i adres też jest nie bardzo znany.
Coś jednak na rzeczy być musi. Bo temat jest zbyt poważny i zbyt przy tym ponury, żeby sobie tak media miały teraz przez parę dni poużywać. Czy rzeczywiście? Otóż zaryzykuję tezę, że niekoniecznie. Może być po prostu tak, że temat dopalaczy pojawił się wyłącznie dlatego, że na niego przyszła kolej. Dokładnie tak samo jak w pewnym momencie uwaga opinii publicznej została zaabsorbowana stadionem w Bydgoszczy, czy tym chłopcem spod Przemyśla, którego rodzice nakarmili muchomorem, przyszła pora na dopalacze. Ktoś powie, że to nie są żarty, że to nawet nie jest kwestia jakieś pojedynczej tragedii, która zawsze może liczyć na odpowiednią publiczność, lecz tu mamy do czynienia z problemem systemowym. Że tu chodzi o życie narodu. Że tu w grę wchodzi coś co mamy za oknem. Niewykluczone że niedługo wszyscy. Że pewien typ wrażliwości wymaga, żeby tego akurat problemu nie wykorzystywać dla tak nędznych celów jak władza.
I znów. Może i tak jest. Nie mam tu żadnej pewności, ale zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby się miało okazać, że rozmowy o wrażliwości i odpowiedzialności stanowią już tylko pieśń przeszłości na każdym możliwym poziomie. Od czasu jak się okazuje, że nawet smoleńska katastrofa i tak straszna śmierć tylu ludzi potrzebowały zaledwie paru dni, by całe zło tego świata stanęło pewnie na obie nogi, a dziś widok tego porzuconego samolotu nie budzi w znacznej części społeczeństwa emocji większych, niż wiadomość o tym, że jutro prawdopodobnie też będzie padać, powinniśmy zapomnieć o tym co jeszcze wypada, a co już nie. A zatem, mam podejrzenie, że te dopalacze to temat na dwa, trzy dni i tyle wszystkiego. Że za te dwa czy trzy dni będzie dokładnie tak jak było dotychczas – kolejne sklepy będą powstawać, kolejne odmiany tej trucizny znajdą swoich nabywców, a kolejni biznesmeni zarobią kolejne pieniądze. Psy pozostaną psami, sądy pozostaną niezależne i niezawisłe, prezydent będzie pełnił swoją służbę, no i może też już z pielgrzymki do Smoleńska wrócą pani Komorowska z panią Komorowską, a Donald Tusk z panią Małgosią udadzą się na kolejny wypoczynek.
A ja cały czas myślę o tych dopalaczach. Dzień w dzień jadę do pracy i z okien tramwaju widzę ten sklep, na którym stoi jak byk niezwykle dobitny napis, że przede mną rozrywka na wyciągnięcie reki, a nawet jest podany – wielki niemal tak jak to słowo ‘dopalacze’ – numer telefonu, na który mogę zadzwonić, jeśli albo mi się nie chce, lub nie jestem w stanie się ruszyć z domu. Mijam ten sklep, nie widzę co jest w środku, poza jakimiś przebijającymi się przez zaciemnione szyby iskierkami świateł, i tylko ten napis ‘dopalacze’ mówi mi, że to nie jest kolejny sex shop, lub salon gier, ale narkotykowy salon dla starszej i młodszej młodzieży szkolnej.
Mogę się oczywiście mylić i niedługo okaże się, że nasze państwo właśnie teraz, kiedy pisze te słowa, podejmuje szereg bardzo zdecydowanych i przemyślanych czynności mających na celu likwidację tego nieszczęścia. Że tak, jak przy naszej kompletnej nieświadomości, urzędnicy prezydenta rozpisywali bardzo precyzyjny plan usunięcia krzyża sprzed Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, dziś też ktoś w jakimś gabinecie zbiera się, żeby już niedługo cały ten podły biznes rozgonić na cztery wiatry. Ja tu jednak nie jestem po to by się karmić złudzeniami, ale by drżeć ze strachu. Szczególnie gdy tak wiele wskazuje na to, że w momencie gdy przestanę się bać – nastąpi ostateczny koniec i tego państwa i tego narodu. Siedzę więc tu dziś i myślę sobie, że najprawdopodobniej moje niedawno tu formułowane obawy, że wobec oczywistej secesji państwa polskiego, jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby brać sprawy w swoje ręce, mają jak najgłębsze podstawy. Bo jeśli tak ma wyglądać Polska, a więc ma być państwem chaosu, bezprawia, powszechnej nędzy i zwycięstwem tych, którzy potrafią sobie poradzić, to ja bym nie chciał być w skórze ani tych którzy dziś rządzą, ani tych co im tę władzę gwarantują. Bo natura chaosu nie wytrzymuje. Po prostu.
O co mi chodzi? O nic konkretnego. Jeszcze nie. Ale pofantazjować można, prawda? Otóż ja mam troje dzieci. Załóżmy, że moja najmłodsza córka – która jest osobą, jak już kiedyś wspominałem, wyjątkowo niezależną i czasem beztroską – zacznie korzystać z oferty firmy dopalacze.com i od tego umrze. Ponieważ jest tak, że ja widziałem jak ona się rodzi, i może też trochę z tego powodu ją bardzo kocham i nie wyobrażam sobie, jak mógłbym bez niej żyć, jeśli zdarzy się, że ona od tego świństwa umrze, to ja jestem sobie akurat w stanie wyobrazić, że ja zorganizuję się tak, że pójdę do tego sklepu, o którym wspomniałem i ich wszystkich powystrzelam. A ponieważ już wtedy prawdopodobnie będzie mi wszystko jedno, pojadę do Warszawy, zaczaję się na jakiegoś ministra i go też rozwalę, Tak jak robią ludzie na tych amerykańskich filmach o ludziach, którzy zostali doprowadzeni do tego stanu, że po prostu niszczą ten świat, bo im przestało zależeć. Mogę też zrobić tak, że zadzwonię na ten numer, który widnieje na szybie sklepu, zamówię by mi ktoś przywiózł do domu coś mocnego, a jak ten ktoś się u mnie w domu pojawi, to mu poderżnę gardło i zrzucę go na pysk z balkonu.
Przepraszam, czy ktoś może ma pretensje, że zaczynam przesadzać? Że mnie ponosi? A niby czemu? Przecież od samego początku mówimy o niczym innym jak śmierci. I to nie byle jakiej, ale usankcjonowanej przez państwo, które zobojętniało.
A więc ja bym bardzo chciał wiedzieć, dlaczego ci wszyscy, którzy albo dziś w Polsce rządzą, albo ci, którzy im w tym rządzeniu pomagają, albo ci, którzy uciekają się do najbardziej bezwzględnych zabiegów, żeby zachować status quo, mają tak strasznie mało wyobraźni. Przecież to naprawdę nie jest takie trudne. Zwłaszcza że to tak naprawdę nie chodzi o mnie. Ja sobie tylko lubię pofantazjować. Mi wystarczy fantazjowanie. Ale nie można zapominać, że to państwo – państwo w obecnej sytuacji tak strasznie egoistyczne i bezmyślne – doprowadziło wielu ludzi do stanu, który naprawdę niczego już nie może gwarantować.
Oglądamy ostatnio angielski serial o Tudorach. Głupio patrzeć, jak Anglia – ta piękna, niezwykła, dumna Anglia, którą tak podziwiamy – wyrosła na tak strasznej zbrodni i takim kłamstwie. Toyahowa patrzy jak Henryk VIII pewnego dnia postanowił ściąć ileś tam zupełnie niewinnych osób, bo mu tak wyszło z obliczeń, że w ten sposób będzie mu się lepiej królowało, i mówi, że z tego punktu widzenia, to co oni dziś zrobili w Smoleńsku jest jak najbardziej zrozumiałe. Dla takiego Henryka, cóż miałby znaczyć jeden samolot, choćby aż tak ważny? Patrzymy na tę Anglię sprzed stuleci i myślimy sobie, że myśmy tacy okrutni nigdy nie byli. Te tłumy oblizujące się na widok egzekucji – to takie niepolskie. Takie nie nasze. Ciekawe. Też tak mi się wydaje, że my to jednak co innego. My nie. Ale kto wie?
Jednego jednak możemy być pewni. Nasza dzisiejsza władza, to nie władza królewska. Co by o nich nie mówiły te panie, które patrzą rozanielonym wzrokiem na Donalda Tuska i jego przybocznego Grasia, ani jeden ani drugi to jednak ani Henryk ani Cromwell, i choćby dlatego powinni zdecydowanie znać swoje ograniczenia. A jeśli ich nie znają, to będą się mogli któregoś dnia bardzo nieprzyjemnie zdziwić. Ten rodzaj nonszalancji nie może im do końca uchodzić na sucho. Nawet jeśli Polacy to nie Anglicy, tylko taki sobie skromny i łagodny lud, który bardziej żyje marzeniami niż twardymi faktami. Bo nie tylko ja mam dzieci. I nie tylko ja je tak bardzo kocham. I jeszcze raz. Czemu to jest tak trudno pojąć?

środa, 15 września 2010

Czy warto zwariować?

Jakiś miesiąc, czy dwa temu, zdarzyła mi się bardzo dziwna, choć mocno znamienna historia. Byliśmy w domu z Toyahową, dzieci gdzieś polazły, ona siedziała na balkonie i zajmowała się swoim ogródkiem, a ja gdzieś się snułem po mieszkaniu. W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi – mamy kołatkę więc się stuka – otworzyłem i zobaczyłem dwóch dużych mężczyzn, którzy w jednej chwili, bez słowa, ruszyli do środka. To był ułamek sekundy. Oni mnie nawet nie zdążyli odsunąć, ani też ja nie zdążyłem się cofnąć. Ułamek chwili. Ci goście – duzi faceci o standardowo zimnych twarzach – nie mówiąc ani dzień dobry, ani nic, zrobili ruch, jakby chcieli wejść do mieszkania, a ja się mało co nie posrałem ze strachu. W tym drobnym mgnieniu oka pomyślałem sobie… no właśnie – co sobie pomyślałem? Wstyd to przyznać, ale uznałem, że wreszcie przyszli mi wpieprzyć za tego bloga.
Dlaczego pomyślałem sobie akurat o tym blogu? No, z tej prostej przyczyny, że ja w swoim życiu nie robię absolutnie nic takiego, co mogłoby mnie narazić na agresję ze strony kogokolwiek, wliczając w to sprawy skarbowe, kredytowe, czy jakiekolwiek tego typu. Jedyną rzeczą, o którą ktokolwiek może mieć do mnie pretensje, jaka przychodzi mi do głowy, to ten blog. A i nawet on nie wydaje mi się aż takim zagrożeniem, żebym miał się obawiać tu Rosji. Choćby nawet w formie karykatury. No dobra, może się na przykład okazać, że ktoś kto mnie zatrudnia jest szczególnie nerwowy na punkcie tak zwanego kaczyzmu i nie może przepuścić jednej chwili, by nie dostać to tu to tam, czystej cholery. Rozumiem, że gdyby taki ktoś zobaczył, co ja tu wypisuje, to mógłby mnie z roboty wyrzucić. Zwłaszcza, że mam dość mocne podejrzenia, że coś takiego już raz mi się zdarzyło. Ale, żeby przyłazić tu i próbować mi – jak to ładnie określił swego czasu mistrz Nowak – skopać tyłek? No, to już raczej nie.
Więc pomyślałem sobie o tym blogu, i to raczej w skali ogólnopolskiej, a nie lokalnej. Albo na poziomie znanych nam większych lub mniejszych patriotów z Krakowa, który mi już tu kiedyś pewne działania obiecywali, albo samej już stolicy, z jej interesami i planami, o których ani nie mam pojęcia, ani też go za bardzo mieć nie chcę. A więc przyszła ta drobna chwila, to mgnienie oka, ten moment prawdziwego strachu… kiedy oto nagle wszystko się skończyło. Na twarzach tych dwóch biedaków pojawiło się najpierw zdziwienie, potem zakłopotanie, oni stanęli jak wryci i zaczęli mnie przepraszać, że to pomyłka, bo oni szli do pani, która mieszka pod nami, żeby zabrać wannę, tylko po drodze się zagadali i jakoś tak przegapili piętro.
O czym może świadczyć ta, w gruncie rzeczy śmieszna, historia? Przede wszystkim o tym, że nawet ja – a więc ktoś kto mijając mury oblepione tymi kartkami, na których Adam Słomka, czy któryś z jego kolegów napisał, że jeśli chce go zniszczyć sądowa, czy policyjna mafia, to powinien się do któregoś z nich zgłosić, czuje wyłącznie – lubię od czasu do czasu wpaść w małą paranoję. Z drugiej jednak strony – i niech mi nikt nie mówi, że właśnie przemawia przeze mnie owa paranoja – myślę sobie, że państwo, które doprowadziło do tego, że nawet stosunkowo rozsądni i psychicznie zrównoważeni ludzie dopuszczają do siebie taką możliwość, że wyłącznie za poglądy polityczne można od tego państwa oberwać, ma przede wszystkim kłopot z samym sobą. Proszę tu zwrócić uwagę na pewną subtelność. Ja oczywiście pamiętam, jak w czasie rządów PiS-u wielu moich znajomych – ludzi równie trzymających się powszechnie obowiązujących standardów jak ja – wciąż powtarzało, że człowiek nie zna dnia, kiedy do niego o 6 rano wpadnie grupa antyterrorystów z ABW, lub agentów z CBA, by go aresztować, lub niechcąco zastrzelić, i to oczywiście mogłoby z mojej strony stanowić dobrą odpowiedź na zarzut paranoi. Jednak tak się składa, że to jest absolutnie nie to samo. Podczas gdy oni wierzyli szczerze, że przeciwko nim knuje samo państwo, i to w dodatku nie za same poglądy, bo jak wiemy, oni się ze swoimi poglądami publicznie czuli się wręcz fantastycznie, ale za jakieś wydumane łapówki, czy inne przekręty, to jeśli byli niewinni, a ich strach był szczery, trzeba uznać, że cierpieli na stuprocentową paranoję. Ja natomiast, kiedy zobaczyłem tych dwóch byków, jak się pakują do mojego mieszkania, nie pomyślałem, że to ABW coś na mnie ma, ale że to ta straszna nerwowa improwizacja, jaką odstawia w ostatnich latach nasze państwo, coś popieprzyła. A więc nie bałem się Systemu, ale tej nieprawdopodobnej tandety, jaka go przenika.
Jaka jest więc moja opinia na temat siły, determinacji i całego tego paskudztwa, jakie oblepia System, w wymiarze już bardzo konkretnym? Otóż ja sądzę, że oni na przykład mogą spróbować zdelegalizować Prawo i Sprawiedliwość. Jestem pewien, że kiedy dziś wielu polityków Platformy Obywatelskiej, a wraz z nimi wybrani dziennikarze i komentatorzy, dyskutują sprawę legalności i sposobu prowadzenia polityki przez PiS, lub prawomocności jego statutu, oni testują teren a konto ewentualnych przyszłych posunięć. Również rozważam taką opcję, że jeśli oni się poczują naprawdę zagrożeni, a żadne inne środki nie podziałają, mogą nawet spróbować zamknąć Jarosława Kaczyńskiego. Ale nawet i tu – w więzieniu, a nie w szpitalu. Natomiast wydaje mi się, że do czasu gdy to nastąpi, a w kraju wybuchnie rewolucja, oni raczej nie będą wpadać do domów takich ludzi jak my i nas lać. Dlaczego? Dlatego że póki co, oni nie mają najmniejszego interesu, by wprowadzać stan wyjątkowy w sposób aż tak demonstracyjny. Z tego też samego powodu, nie wydaje mi się możliwe, by oni mieli zbierać ludzi z ulicy, czy to demonstrujących, czy tylko robiących niedobre miny, i ich zakuwać w kajdanki.
Ktoś mi powie, że System, który nam zabił prezydenta, nie cofnie się przed niczym. Oczywiście że się nie cofnie. Tyle tylko, że po pierwsze on się nie cofa przed niczym tylko wtedy gdy to niecofanie się jest wyraźnie w jego interesie, a po drugie, akurat jak idzie o Smoleńsk, na razie tyle tylko wiemy, że Prezydent został zamordowany. Cała natomiast reszta – a więc przez kogo i na ile w sposób zaplanowany – pozostaje nie tak znów bardzo pewna. No i najważniejsze – przy całym moim poczuciu własnej wartości, nie sądzę, żeby ci którzy zdjęli z nieba ten samolot, akurat bardzo przejmowali się nawet kimś takim jak ja.
Czy to znaczy, że jeśli za jakiś czas znów ktoś zapuka do naszych drzwi i bez pytania wpakuje się nam do środka, to ja się im roześmieję prosto w ich zimne szare twarze? Otóż nie. Wręcz przeciwnie. Tym razem będę wiedział, że dziś to już się dzieje naprawdę. Że jest autentycznie niedobrze. I wiem, że wtedy oni albo mnie zleją na miejscu, albo gdzieś wywiozą, i tam dopiero mi pokażą czym się kończy niczym nieusprawiedliwiona bezczelność. Tyle że myślę sobie też, że chwilę później zrobi się z tego mniejsza lub większa afera i zaraz się okaże, ze to jakiś syn ministra, czy kumpel przewodniczącego, czy żona oficera zorganizowała tę akcję, a ponieważ oni najczęściej chodzą od rana do wieczora zaćpani, gdzieś coś się posypało i wyszło jak wyszło. I że już na drugi dzień będą nas wszystkich przepraszać, że tak głupio wyszło. Dlaczego? Bo, jak mówię, nie sądzę, żeby oni tu mieli jakieś wyraźnie zarysowane interesy.
Czemu dziś o tym wszystkim piszę? Otóż chodzi o wyrzuty sumienia. Konkretnie mianowicie poszło o to, że od czasu do czasu – ostatnio ledwo co wczoraj – jestem przez czytelników tego bloga informowany o tym, że gdzieś służby Systemu kogoś brutalnie potraktowały, albo go bezprawnie aresztując, albo go rzucając na ziemię, przyciskając mu twarz butem do ziemi, a najczęściej i jedno i drugie. Często jest też tak, że ta zmaltretowana osoba ma ciężką chorobę serca i musi brać lekarstwa, których oni nawet nie pozwolili wziąć ze sobą, a w dodatku, kiedy ci antyterroryści się z nią szarpali, to jej rozkrwawili wargę lub rękę, a niewykluczone że też złamali żebro, choć to się jeszcze dopiero zobaczy. Proszę mnie dobrze zrozumieć, ja w żaden sposób nie mam zamiaru szydzić z osob, którzy są tak bardzo udręczeni przez to całe kłamstwo i tak bezczelne szyderstwo, że w pewnym momencie coś w nich pękło i już tylko czekają na ten moment fizycznego męczeństwa. Rozumiem ich, bo w ostatnich miesiącach miałem parę razy taką sytuację, że ogarniało mnie takie zdenerwowanie, że moja biedna żona i dzieci autentycznie zaczynali się o mnie bać, że któregoś ranka ja wsiądę w pociąg, pojadę do Warszawy i przykuję się do tego krzyża, a jak mnie od niego odczepią, to będę się prał z policją. Ja również wiem, że wielokrotnie to właśnie dzięki takim ludziom, tym właśnie ludziom, których desperacja podprowadziła pod same granice, tyle razy odnosiliśmy zwycięstwa, których nigdy miało nie być. Jednocześnie jednak czuję wspomniane wyrzuty sumienia, bo zwyczajnie nie umiem na nich patrzeć jak na ludzi takich jak ja i ci wśród których żyję. Ta perspektywa prowadzi mnie do miejsca, gdzie kiedy słyszę o tym, że gdzieś ktoś… – no sami wiecie, o czym mówię – a później na youtubie oglądam tego człowieka, jak z ogniem w oku opowiada w gruncie rzeczy dokładnie to samo, co ja tu mówię na blogu, i co chętnie bym powtórzył za nim, tyle że jest przy tym zdecydowanie dalej niż moja wyobraźni sięga, myślę sobie, że ja bym chciał, żeby mnie z tego wyłączyć. Bo ja zwyczajnie się nie nadaje.
Jest mi oczywiście przykro, że tak bardzo mnie owo moje tchórzostwo, czy może tylko naiwność, wiąże i ogranicza, ale nic na to nie umiem poradzić. Jedyne co mogę zrobić, to opowiedzieć na koniec jeszcze jedną historię. Otóż nie wiem, czy tu już kiedyś o tym nie wspominałem, ale trzeba wiedzieć, że na mnie pogniewany jest osobiście sam Kazimierz Świtoń – polski patriota, człowiek bohaterski i unikalny. Zdarzyło się więc kiedyś tak, że z okazji rocznicy urodzin pana Świtonia, w naszym kościele odbyła się msza w jego intencji, którą zorganizowali jacyś nieznani mi patrioci. Byli więc ludzie, był nasz ksiądz, byli organizatorzy, był też sam Kazimierz Świtoń. Kiedy msza dobiegała końca, można było zauważyć, że coś się szykuje. Już wtedy. Jeszcze w kościele. Zaczęliśmy wychodzić i okazało się że na schodach przed kościołem już stoi cała grupa, macha jakimiś tablicami, wykrzykuje bardzo patriotyczne hasła, wręcza ludziom ulotki i ogólnie rzec biorąc robi poważną akcję. Wyszedł ksiądz i powiedział im, żeby sobie poszli. Na to, część patriotów zwróciła się do księdza i zaczęła z niego szydzić, lub choćby tylko z nim przekomarzać. No i wtedy zareagowałem. Nic takiego. Nawet nie do nich, tylko do księdza powiedziałem, żeby się nie przejmował, bo to są zwykłe dupki. Zrobiła się jeszcze większa awantura, no i ostatecznie wtedy własnie Kazimierz Świtoń się na mnie obraził. Powiedział, ze tego się po mnie nie spodziewał, i od tego czasu już mnie ignoruje.
Co chcę powiedzieć, przypominając obie te historie? Tę, którą ten wpis zacząłem i tą drugą, którą go kończę. Że oczywiście nie jestem bez winy, i calkiem możliwe, że jeszcze się o tym boleśnie przekonam. Jednak też po to, żeby powiedziec, że naprawdę bardzo się staram. Biorąc pod uwagę czasy, w jakich przyszło nam walczyć – najbardziej uważam na to, by nie zwariować. Czego wszystkim bardzo szczerze życzę.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...