Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fałszerstwo wyborcze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fałszerstwo wyborcze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 sierpnia 2019

O kulach noszonych przez Pana Boga


       Parę dni temu wywiadu którejś ze stacji udzieliła była prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz Waltz i tam ogłosiła ni mniej ni więcej, że nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość przegra nadchodzące wybory, to i tak władzy nie odda, bo dla większości polityków partii utrata władzy oznacza więzienie. Miałem okazję wysłuchać paru komentarzy na temat tej wypowiedzi i uderzyła mnie w nich jedna uwaga. Otóż wspomniano tam, że gdy chodzi o możliwość fałszowania wyborów - a z wypowiedzi Waltz wynika, że to własnie ona ma na myśli – to w Polsce akurat zdarzyła się dotychczas jedna tylko taka sytuacja, gdzie ewentualnie można było na ten temat spekulować, a mianowicie pamiętne wybory samorządowe z roku 2014, gdzie PSL odniósł ów spektakularny sukces w postaci ponad 20 procent głosów nieważnych.
      A ja sobie myślę, że choć oczywiście to prawda, w dodatku prawda wykraczająca poza granice spekulacji, to z czymś o znacznie większym wymiarze mieliśmy do czynienia cztery lata wcześniej, kiedy to na skutek wyjątkowo brutalnego i bezczelnego fałszerstwa wyborczego, prezydentem na kolejne pięć lat został Bronisław Komorowski. Pisałem o tym w swoim tekście tu na blogu i uważam, że bardzo solidnie przedstawiłem swoje argumenty. Krótko mówiąc, chodziło mi o to, że jeśli po przeliczeniu 50% głosów, wedle oficjalnych danych prezydentem był Jarosław Kaczyński, to nie ma takiej możliwości, by kolejne 50% dały Komorowskiemu zwycięstwo z różnicą ponad 6%.
      Pisałem o tym w lipcu 2010 roku, w następnych latach ów tekst powtarzałem, jednak bez większego efektu. I oto dziś Gronkiewicz Waltz wspomina coś o możliwym sfałszowaniu jesiennych wyborów, a ja trafiam na tekst, którego wcześniej nie znałem, zamieszczony na blogu o nazwie alexjones.pl, napisany na podstawie analizy przedstawionej przez kogoś publikującego pod adresem zonacezara.blogspot.com. Zamiast więc dziś powtarzać swoje przemyślenia, bardzo proszę rzucić okiem na to, co miał nam do przekazania ów Alex Jones. Fascynująca lektura.
      I jeszcze jedna refleksja. Po latach bowiem myślę sobie, że gdyby wówczas jednak pozwolono Jarosławowi Kaczyńskiemu objąć urząd, to by się musiało skończyć wielkim nieszczęściem. Po raz kolejny więc okazuje się, że człowiek strzela, a kule jak zawsze nosi dobry Pan Bóg.
    


To sensacyjne, ale Komorowski był uzurpatorem, a legalnym Prezydentem Polski powinien być Jarosław Kaczyński - Matematyka nie kłamie: II Tura Wyborów Prezydenta 2010 została sfałszowana. Jakie będą konsekwencje udowodnienia tego faktu?

WYNIKI II TURY WYBORÓW PREZYDENTA 2010

Liczba głosów ważnych
A
16 853 021
100%
KOMOROWSKI Bronisław
B
8 933 887
53,01%
KACZYŃSKI Jarosław
C
7 919 134
46,99%
RÓŻNICA W GŁOSACH POMIĘDZY KANDYDATAMI
D
1 014 753
6,02%

Tabela przedstawia ostateczny wynik II tury Wyborów Prezydenta 2010, liczbę zarejestrowanych przez PKW głosów ważnych, liczbę głosów przyznanych każdemu z kandydatów, w tym w procentach
A = B + C            D = B - C
Niżej komunikat PKW z dnia 05.07.2010 r., wynik cząstkowy z 23:50 

Liczba głosów ważnych
A1
7 898 019
100%
KOMOROWSKI Bronisław
B1
3 916 709
49,59%
KACZYŃSKI Jarosław
C1
3 981 310
50,41%
RÓŻNICA W GŁOSACH POMIĘDZY KANDYDATAMI
D1
- 64 601
- 0,82%

Tabela przedstawia wynik cząstkowy II tury Wyborów Prezydenta 2010 , liczbę zarejestrowanych przez PKW głosów ważnych, liczbę głosów przyznanych każdemu z kandydatów, w tym w procentach
A1 = B1 + C1           D1 = B1 - C1

Na podstawie wyniku końcowego Wyborów Prezydenta 2010, i wcześniejszego wyniku cząstkowego,  można wyliczyć  drugi wynik cząstkowy. 

Obliczony wynik cząstkowy z głosów zliczonych przez PKW po godzinie 23:50

Liczba głosów ważnych
A2 = A - A1
8 955 002
100%
1% = 89550,02
KOMOROWSKI Bronisław
B2 = B - B1
5 017 178
56,02654248%
KACZYŃSKI Jarosław
C2 = C - C1
4 002 425
44,69476338%
RÓŻNICA W GŁOSACH POMIĘDZY KANDYDATAMI
D2 = D - D1
JEST
+1 014 753
POWINNO BYĆ
950 152
głosów różnicy
+11,34%

A2 = B2 + C2           D2 = B2 - C2

Różnica dla D2 powinna wynosić D - D1, czyli 1 014 753 - 64 601 = 950 152 głosy      

RÓŻNICA W GŁOSACH POMIĘDZY KANDYDATAMI Z CAŁEGO WYNIKU WYBORÓW PREZYDENTA 2010
D
+ 1 014 753
+6,02%
RÓŻNICA W GŁOSACH POMIĘDZY KANDYDATAMI Z CZĘŚCI ZLICZONEJ PRZED 23:50
D1
- 64 601
- 0,82%
RÓŻNICA W GŁOSACH POMIĘDZY KANDYDATAMI Z CZĘŚCI ZLICZINEJ PO 23:50
D2
JEST
+1 014 753
POWINNO BYĆ
950 152
głosów różnicy
+11,34%

Różnica dla D2  powinna wynosić D - D1, czyli 1 014 753 - 64 601 = 950 152 głosy
Fałszerze byli jednak tak "błędnie perfekcyjni," że wynik końcowy, i różnicę w głosach  między kandydatami, z części liczenia po 23:50,  dopasowali do różnicy w głosach części liczenia po 23:50  , zapominając, że Komorowski miał przed 23:50 stratę w wysokości 64 601 głosów, ... i różnica końcowa pomiędzy kandydatami powinna być o tą stratę pomniejszona.

Ten błąd świadczy, że wynik Wyborów 2010 dopasowywano w PKW "ręcznie".
To, oraz ogromna nadwyżka głosów uzyskana przez Komorowskiego po 23:50 świadczą, że wybory zostały sfałszowane

Jak widać, przed 23:50 Komorowski miał -64601 głosów.  Też, co widać, po 23:50 dosypali mu 1 014 753 co zasypało stratę z pierwszej połowy, i dało zwycięstwo, ... popełniając przy tym błąd.

Skoro w pierwszej połowie , przed 23:50, Komorowski miał stratę (-64 601 głosów), a w drugiej połowie, po 23:50, miał nadwyżkę (+ 1 014 753) , to finalna nadwyżka powinna wynosić 1 014 753 - 64 601 = 950152 głosy różnicy.

Po sprawdzeniu wyniku końcowego Wyborów Prezydenta 2010 stoi jednak "jak byk": Różnica z całości = 1 014 753

PKW OGŁASZAJĄC WYNIK WYBORÓW PREZYDENTA 2010 NIE UWZGLĘDNIŁA STRATY KOMOROWSKIEGO Z PRZED GODZINY 23:50, "WZIĘŁA WYNIK Z GŁOWY", NIE Z WYBORÓW, DOPASOWUJĄC GO DO ZAPOTRZEBOWANIA.

Niesiołowskli, po ogłoszeniu wyniku w Wyborach Prezydenta 2010 (https://www.youtube.com/watch?v=y3pULo9SyRo):

 "Radość! Ogromna radość, porównywalna trochę do radości z '97 roku. - Z tym że wtedy były jeszcze te sondaże, ja wtedy nie wiedziałem na ten temat. - Teraz to się do końca wahało.  Ja miałem "o 11-stej" (23:00)  przeciek: Kaczyński prowadzi 56 ... 54.46% ...  ja myślę Boże!  No!  Katastrofa! Muszę wyjeżdżać chyba, na starość mnie czeka emigracja. - No na szczęście to się nie stało."

** Niżej w tabeli wynik z 23:00 po przeliczeniu na "przeciek Niesiołowskiego".

Imię i nazwisko kandydata
Liczba uzyskanych głosów
% uzyskanych głosów
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander
1 739 663
54,56
KOMOROWSKI Bronisław Maria
1 454 723
45,54

Wynik z 11-stej, który niechcący podał Niesiołowski, znacząco różni się od oficjalnego wyniku cząstkowego podanego przez PKW, z tej samej godziny.

 Imię i nazwisko kandydata
Liczba uzyskanych głosów
% uzyskanych
głosów
KACZYŃSKI Jarosław Aleksander
1 577 612
49,39
KOMOROWSKI Bronisław Maria
1 616 775
50,61

Tabela wyżej / Oficjalny wynik cząstkowy z godz. 22:48 podany przez PKW

http://zonacezara.blogspot.com/2015/10/niesioowski-zatai-wiedze-o-faszerstwie.html 






wtorek, 27 maja 2014

Państwowa Komisja Wyborcza, czyli o zdychaniu pod płotem

Po wyborach prezydenckich w roku 2010 na tym blogu przedstawiłem tekst zatytułowany „O burych sukach na poważnie”, w którym spróbowałem – moim zdaniem bardzo skutecznie – udowodnić, że wybory te zostały przez System sfałszowane w taki sposób, by prezydentem został nie Jarosław Kaczyński, a Bronisław Komorowski. Pozwolę tu sobie przypomnieć kluczowy fragment tamtej notki:
„Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co mieliśmy w tym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Ostatnim razem, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, że może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, że najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w piątek prawdopodobnie pojadę do Dobrej relaksować z pewnym moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowskim, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmieniła się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli piani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie mi prosto w oczy i łżą jak psy. Nawet w tak drobnej i niepoważnej sprawie jak ta kratka. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre”.
W komentarzu pod tamtym tekstem, mój serdeczny przyjaciel LEMMING, napisał mi, że jemu jest bardzo trudno przyjąć moje argumenty, i to już nawet nie tyle ze względu na ich wartość merytoryczną, co na fakt, że gdyby faktycznie doszło do sfałszowania wyborów, mielibyśmy do czynienia z czymś, co się gdzieniegdzie określa nazwą „game changer”. Napisał LEMMING coś takiego:
„Otóż fałszowanie wyborów to jest ‘game changer’. Nawet domniemane zabójstwo Prezydenta nie jest "game changerem" - amerykańska demokracja szczęśliwie przeżyła dwa zabójstwa prezydenta, a chyba możemy uważać ja za wzorowa. W tym sensie zabójstwo prezydenta staje się tylko problemem, który sprawne państwo posiadające demokratycznie wybrany rząd może rozwiązać. Oczywiście mega problemem, który rozwiązuje się za pomocą środków o historycznej skali, takich jak np. wytoczenie komuś wojny, ale wciąż - rozwiązuje się.
Jeżeli natomiast wybory w Polsce są fałszowane, to wszystko co Jarosław Kaczyński i Ty robicie jest całkowicie bezcelowe. Trzeba już tylko gromadzić się na placach i wywołać rewolucje, albo stworzyć partyzantkę i podżegać do rewolucji. No bo co ma za sens pisać albo mówić ze ta partia dobra, a ta zła, ta ustawa dobra, a ta zła, jak na końcu i tak wygra Bronek? Jeżeli wybory są fałszowane, to cala istota sporu o Polskę, rozumianego właśnie jako spór, a nie jako walka z bronią w ręku, bierze w łeb. Zechciej się nad tym uprzejmie zastanowić”.
Oczywiście, ja się nad tym zastanowiłem jeszcze wielokrotnie i niestety za każdym razem tylko się moje obawy potwierdzały. No a kiedy zupełnie niedawno ktoś zechciał spopularyzować dawną już wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, gdzie ów dziwny człowiek przyznał, że w ową niedzielę wyborczą, późnym już wieczorem otrzymał od osoby bardzo dobrze poinformowanej i zaufanej, że Kaczyński zdecydowanie wygrywa te wybory i się naprawdę przeraził, to powiem uczciwie, że nawet mi powieka nie drgnęła. Bo ja już od dawna, jak było, wiedziałem.
Ktoś się zatem zapyta, co w takim razie z owym „game changer”, o którym pisał LEMMING? Czy rzeczywiście jest tak, że jeśli przyjmiemy, że oni posunęli się już do tego, by fałszować wybory, to znaczy, że nasza walka straciła sens? Że od momentu, gdy oni uznali, że to jest coś co faktycznie można zrobić i w dodatku natychmiast się przekonali, że im to uszło zupełnie na sucho, że nawet nie rozległo się jedno westchnienie, oni już tak mogą ciągnąć w nieskończoność? Otóż uważam, że wcale nie koniecznie. Kiedy bowiem patrzymy na wyniki przedwczorajszych wyborów do Parlamentu Europejskiego i widzimy, że tym razem już nie tylko ja i Stefan Niesiołowski, ale nawet wiele osób nastawionych do tego co się dzieje w Polsce znacznie bardziej ode mnie umiarkowanie, widzi, że ów przedziwny twór funkcjonujący pod – dziś już brzmiącą niemal jak szyderstwo – nazwą Państwowej Komisji Wyborczej, jest w swoich działaniach wyłącznie wykonawcą poleceń Systemu, świadomość tego, że w Polsce doszło do przekroczenia pewnej granicy, za którą nie ma już nic, musi się już tylko powiększać. I jeśli w końcu dojdzie do tego – niewykluczone, że już w wyborach kolejnych – że Platforma Obywatelska realnie otrzyma 5 procent głosów, to nie ma takiej siły, by oni z tych pięciu procent byli w stanie zrobić 35, i wtedy to się skończy. A kiedy się skończy, ta część Systemu runie, jak domek z kart. Oczywiście jest też możliwe, że do owych 5 procent spadnie w Polsce frekwencja wyborcza, ale to i tak musi spowodować wstrząs. I wtedy ten brud zacznie się wylewać. I tego już nic nie powstrzyma.
W kwietniu 2010 roku System, przy bardzo aktywnym współudziale czołowych polityków Platformy Obywatelskiej, doprowadził do strasznej katastrofy, w której zamordowany został Prezydent RP z małżonką, całe niemal dowództwo Polskich Sił Zbrojnych, i cała kupa najważniejszych polityków politycznej opozycji. Otóż uważam, w brew temu, co sądził wtedy LEMMING, to był prawdziwy „game changer”. Prezydenta Kaczyńskiego bowiem nie zamordowały służby, tak jak to było w przypadku dajmy na to prezydenta Kennedy’ego. Służby to zaledwie ludzie, a ludzi można zawsze albo wymienić, albo nawet wsadzić do więzienia za jakieś tam przekroczenie kompetencji. Prezydent Kaczyński został zamordowany przez System. System w roku 2010 dokonał wyborczego fałszerstwa, przekazując w ręce Bronisława Komorowskiego stanowisko prezydenta. Dziś już natomiast wybory fałszują tylko ludzie; ludzie, którzy wówczas – zarówno w kwietniu, jak i lipcu – realizowali zlecenie Systemu. Dziś wybory fałszuje ta grupka przerażonych utratą pracy staruszków z PKW na polecenie grupki przerażonych tym, co się może stać już jutro, polityków. Mieliśmy przedwczoraj i wczoraj fantastyczną wręcz możliwość obserwowania, jak oni działają. Jakie to jest wszystko obnażone i nieporadne. Dziś piszą o tym wszystkie media.
Tak mój kochany przyjacielu. Wyborcze fałszerstwo z lipca 2010 roku to nie był żaden „game changer”; tym bardziej nie jest nim to, co się stało wczoraj. To są ostatnie podrygi ludzi, których System wykorzystał do końca, a następnie zostawił pod płotem, by zdychali. W swojej powieści „Mistrz i Małgorzata” Bułhakow bardzo czytelnie pokazuje, że Szatan nie oszczędza nikogo, nawet swoich najwierniejszych przyjaciół, najbardziej oddanych sług. W stosunku do nich jest równie zimny i bezwzględny, jak w stosunku do całej reszty świata. Wystarczy że będziemy o tym pamiętać, i z naszego punktu widzenia, to zupełnie wystarczy.

Wszystkie moje książki, a każda lepsza od drugiej, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Dodatkowo, obie książki Toyaha już do wyczerpania nakładu idą po 15 złotych. Wszystkich tych, którzy albo juz nie potrzebują więcej moich książek, ae za to mają jaką sluźna gotówkę, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. Bez niego ledwo orzemy.

poniedziałek, 14 marca 2011

Czy bure suki zmieniają plan gry?

W wywiadzie, jakiego udzielił niedawno tygodnikowi Uważam Rze, Jarosław Kaczyński przyznał, że nie wyklucza takiej oto możliwości, że Polska jest krajem, gdzie fałszuje się wybory. Oczywiście, Prezes mówiąc to co mówi – a mówi to w sposób niemal jednoznaczny – dokonuje wielu zastrzeżeń, niemniej informacja jest jasna: należy brać pod uwagę to, że w Polsce dokonuje się wyborczych przekrętów. Że zarówno ostatnie wybory samorządowe, jak i wcześniejsze prezydenckie mogły zostać sfałszowane. A zatem, to akurat wydaje się dla Kaczyńskiego jasne. To natomiast, czego on przyznaje, że jeszcze nie wie, to jedyne to, czy wspomniane fałszerstwa są organizowane indywidualnie, na poziomie lokalnym, czy stanowią już problem systemowy.
Informacja jaką uzyskuję z tej rozmowy nie jest dla mnie w najmniejszym stopniu przyjazna. Powiem nawet, że wręcz przeciwnie. Jeśli istotnie miałoby się okazać faktem, że w Polsce wybory są fałszowane, to nie ma wiadomości dla nas gorszej. Jeśli rzeczywiście polityczna sytuacja, jaka nam została tu zafundowana osiągnęła poziom już nie incydentalnych w końcu zabójstw, ale systemowych wyborczych oszustw, to znaczy, że przed nami już tylko rewolucja. A rewolucji nam zdecydowanie nie potrzeba. Rewolucje niech sobie robią w Egipcie, Libii, a nawet na Białorusi, jeśli im się jakaś zapragnie. My powinniśmy mieć inną historię.
Powtarzam. Bardzo bym chciał, żeby Jarosław Kaczyński się głęboko mylił i żeby się okazało, że choćby owe dwa miliony nieważnych głosów, to wynik naszego polskiego skretynienia, które manifestuje się tym, że ci sami ludzie, którzy znajdują w sobie dość osobistego zaangażowania, żeby w ogóle wyjść z domu i wziąć udział w głosowaniu, nie mają jednocześnie wystarczająco rozumu, by wykonać prosty ruch długopisem na dostarczonej im kartce papieru. Powtarzam to, a jednocześnie wiem, że właściwie powinienem mieć satysfakcję, jaką daje poczucie, że to co sobie kiedyś człowiek wymyślił, znajduje swoje potwierdzenie w faktach. Bo istotnie tak otóż składa się, że zaraz po drugiej turze prezydenckich wyborów, nie znając opinii ludzi ode mnie mądrzejszych i bardziej w sytuacji zorientowanych, doszedłem do wniosku, że zwycięstwo Bronisława Komorowskiego śmierdzi oszustwem. I to śmierdzi na kilometr. Doszedłem do tego wniosku, a co więcej na swoim blogu opisałem go i podparłem najbardziej poważną analizą, na jaką mnie było stać. A więc, powinienem może się cieszyć, gdyby jednak nie to, że i już wtedy wiedziałem, że cała nasza nadzieja w tym, że ktoś mi wykaże błąd i udowodni, że nie mam racji.
Dlaczego tamtego dnia, w lipcu uznałem, że wybory mogły być sfałszowane? Jak mówię, pisałem już o tym na blogu, ale chętnie przedstawię moje racje raz jeszcze. Otóż jest tak, że ja polityką interesuję się od wielu, wielu już lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale bardzo. Powiedziałbym obsesyjnie. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich wyborach i we wszystkich wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co przydarzyło się nam w zeszłym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% komisji, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadzi nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Zarówno w przypadku wyborów prezydenckich, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, że najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, że może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie.
Ja świetnie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem dobrze z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem też, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji – a mieszkam w Katowicach, a więc, jak by nie patrzeć, w mieście – tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu członkowie komisji potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie we wsi rodzinnej, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, ze najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to my miejscy inteligenci mamy w zwyczaju się przechwalać, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w najbliższy piątek spotkam się na piwie z pewną moją uczennicą sprzed lat. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i w tempie w jakim do tych co liczą, napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowskim, to po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica nie może się zmienić na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca. Że taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli pijani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Dziś już od tamtych wyborów minęło bardzo dużo czasu. Wystarczająco dużo, żeby te moje podejrzenia w tę lub w drugą stronę zweryfikować. Mogły je już odpowiednio skorygować nawet komentarze naszego LEMMINGA, który zaraz po opublikowaniu tamtej notki, tak się przestraszył, że natychmiast przeprowadził odpowiednie sprawdzenie i przedstawił mi liczby, z których miało wynikać, że podobnie było też w poprzednich latach, kiedy to w miarę upływu czasu głosy poparcia się znacznie przesunęły z jednej strony na drugą, i w porównaniu z wynikami początkowymi, gdzie przewaga Lecha Kaczyńskiego nad Donaldem Tuskiem wynosiła zaledwie niecałe 2%, to ostatecznie sięgnęła 8%, a więc zmieniła się o niemal 6%. I, jak mówię, ja bym był najszczęśliwszy na świecie, gdyby to mnie przekonało, tyle że te dwa procenty, to były lokale zamknięte, a więc głównie więzienia, a zatem naturalny elektorat Tuska i Platformy, jednak później poparcie dla Lecha Kaczyńskiego błyskawicznie skoczyło, tworząc różnice między kandydatami najpierw do 9,72%, później do 10,88%, by pod koniec – a więc prawdopodobnie po podliczeniu Warszawy – spaść do 8,08%. W tamtych więc wyborach, właściwie z wyjątkiem kilku pierwszych procent podliczonych głosów, wynik wyborów utrzymywał się na mniej więcej równym i przewidywalnym poziomie. W roku 2010 natomiast doszło do autentycznej burzy, i to wtedy, gdy już policzono ponad połowę głosów. A dziś dodatkowo pojawia się głos Jarosława Kaczyńskiego, który mówi, że nie należy wykluczać sytuacji prawdziwie dramatycznej.
Ktoś mnie spyta, co w tej sytuacji można zrobić. Otóż LEMMING, przedstawiając swoje wyliczenia, użył pojęcia „game changer” i napisał tak: „Otóż fałszowanie wyborów to jest ‘game changer’. Nawet domniemane zabójstwo Prezydenta nie jest ‘game changerem’ - amerykańska demokracja szczęśliwie przeżyła dwa zabójstwa prezydenta, a chyba możemy uważać ją za wzorową. W tym sensie zabójstwo prezydenta staje się tylko problemem, który sprawne państwo posiadające demokratycznie wybrany rząd może rozwiązać. Oczywiście mega problemem, który rozwiązuje się za pomocą środków o historycznej skali, takich jak np. wytoczenie komuś wojny, ale wciąż - rozwiązuje się. Jeżeli natomiast wybory w Polsce są fałszowane, to wszystko co Jarosław Kaczyński i Ty robicie jest całkowicie bezcelowe. Trzeba już tylko gromadzić się na placach i wywołać rewolucję, albo stworzyć partyzantkę i podżegać do rewolucji. No bo co ma za sens pisać, albo mówić że ta partia dobra, a ta zła, ta ustawa dobra, a ta zła, jak na końcu i tak wygra Bronek? Jeżeli wybory są fałszowane, to cała istota sporu o Polskę, rozumianego właśnie jako spór, a nie jako walka z bronią w ręku, bierze w łeb. Zechciej się nad tym uprzejmie zastanowić.”
No więc się zastanawiam. Wciąż. Głośno. Bardzo głośno. Tak jak wtedy. Tyle że dziś już, jak wszyscy widzimy, prawdopodobnie wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim.


Tekst do czytania jednocześnie w Warszawskiej Gazecie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...