Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2018

Gdy piosenka szła na wojnę


     Gdy chodzi o polską piosenkę, moje zdanie znane jest tu aż nazbyt dobrze i nie ma sensu, bym je tu ponownie prezentował. Rzecz natomiast w tym, że, podobnie jak pewnie znaczna część z nas, zanotowałem niewątpliwy sukces tego dziecka z Jasła. Co więcej, zaintrygowany tym, co owa dziewczynka zaprezentowała, może niekoniecznie na poziomie artystycznym, ale czysto wykonawczym, owszem, obejrzałem sobie parę z nią wywiadów i powiem uczciwie, że tym razem się nie zawiodłem.
     Co mam na myśli mówiąc o poziomie wykonawczym? Otóż cytowany tu od czasu do czasu Bob Greene opowiedział historię, jak to któregoś dnia zaszedł do pewnego przeciętnego baru w Chicago i tam nagle, przy kompletnie pustej sali, miał okazję wysłuchać krótkiego wokalnego występu, jaki przy akompaniamencie pianina, dała miejscowa babcia klozetowa. I pisze Greene, że poza tym, że ona śpiewała naprawdę znakomicie, na nim główne wrażenie zrobiło to, że ona, stojąc tam w tej pustej sali, pokazywała całą swoja postawą i każdym swoim gestem, że wie znakomicie, czym jest scena i co to znaczy być artystą.
       Otóż kiedy oglądałem występ tej dziewczynki, a może jeszcze bardziej jej zachowanie podczas telewizyjnych wywiadów, przypomniał mi się tekst Greene’a i uwaga o tym, jak ważna jest u wykonawcy świadomość sceny. Ona bowiem przez cały czas kontrolowała każdy jej element. Uśmiechała się, kiedy trzeba, patrzyła w kamerę, kiedy trzeba i kiedy trzeba wykonywała dokładnie taki jak trzeba gest ręką. A więc, bez względu na to, jak wiele jej jeszcze brakuje do tego, by odnieść autentyczny sukces, ona już w wieku 13 lat z pewnością wie, co to znaczy być artystą. A tego w Polsce nie mieliśmy dotychczas nigdy. A w wypadku Kory, ani u Nosowskiej, ani tym bardziej u jakiejś Majki Jerzowskiej, czy Jopek.
       Ale nie o tym przede wszystkim chciałem mówić. Zanim jednak przejdę do sedna, nie uniknę dygresji. Otóż jest w TVP osoba, której całym swoim sercem nie toleruję bardziej niż kogokolwiek innego w tym towarzystwie, włączając w to red. Cezarego Gmyza, a mam tu na myśli dziennikarki Wiadomości TVP, o nazwisku Maria Stepan. Moja niechęć do niej jest czysto fizyczna, wręcz irracjonalna, a bierze się wyłącznie z jednego epizodu. Otóż kiedy w roku śmierci Zyty Gilowskiej, przy okazji dnia Wszystkich Świętych, Wiadomości TVP wspominały zmarłych w minionych miesiącach, owa Stepan uznała za stosowne przedstawić prof. Gilowską, jako „wspołzałożyciela Platformy Obywatelskiej oraz ministra finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza”. Kropka. Tym samym też wpędziła mnie w stan, z którego już nie wyjdę do końca życia. Otóż rozmowę z Roksaną Węgiel, trzynastoletnią zwyciężczynią konkursu Eurowizji dla dzieci, prowadziła wspomniana Stepan i w pewnym momencie padło takie mniej więcej pytanie, które mnie natychmiast utwierdziło przekonanie, że ja na Stepan reaguję zgodnie z naturą : „Czy bierzesz pod uwagę, że twój sukces związany jest przede wszystkim z tym, że jesteś jeszcze dzieckiem? Czy nie boisz się, że kiedy będziesz starsza, nie będziesz już robiła takiego wrażenia? Czy masz już na taką okoliczność przygotowany plan B?”
     I proszę sobie wyobrazić, że zamiast wstać i pokazać tej dziwnej kobiecie środkowy palec, tak jak by to zrobił porządny młody artysta ze Stanów, czy Wielkiej Brytanii, to dziecko wprawdzie najpierw lekko straciło rezon, za to potem oświadczyło:
     „Nie. Oczywiście może być różnie, ale póki co nie mam planu B, ponieważ zamierzam zostać gwiazdą światowego formatu”.
      Wiem oczywiście, że za chwilę ktoś powie, że to nie jest żadna artystka, lecz zaledwie bezczelny gówniarz, któremu brakuje skromności i szacunku dla większych. Nie zgadzam się. Uważam, że oto przed nami wreszcie ktoś, kto - niezależnie od wszystkiego - przynajniej wie, czego chce i się nie boi świata, w który postanowił wejść ze świadomością swojej wartości.
       Wielki rockowy gitarzysta, Johnny Marr, autor wszystkich jakże klasycznych melodii dziś już kultowego zespołu The Smiths, opowiada jak w wieku 5 lat dostał swoją pierwszą gitarę-zabawkę i pierwsze co zrobił, to ją przemalował, tak by wyglądała jak prawdziwe rockowe gitary, następnie zaczął do niej przyklejać kapsle od piwa, by te imitowały prawdziwe gitarowe pokrętła i trzymając w dłoniach to coś udawał, że jest gwiazdą światowego formatu. A potem, jak oni wszyscy, nie zatrzymał się choćby na chwilę. Choćby na moment nie wystraszył się przyszłości. Jak oni wszyscy.
       Podoba mi się ta Roksana. Mam nadzieję, że będzie twarda i nie da się ustawić w tym ponurym szeregu.



Moje książki - naprawdę jedne z najlepszych - są tam gdzie zawsze. Zbliżają się Święta i nie ma co czekać.
     

wtorek, 5 grudnia 2017

Czy książka może być jak piosenka?

            Powiem szczerze, że na zakończone przedwczoraj targi jechałem z ciężkim sercem. Niektórzy może pamiętają, że jeszcze kilka miesięcy temu zastanawiałem się, czy w ogóle warto mi wydawać pieniądze na pociąg tam i z powrotem, tylko po to, by albo patrzeć na ludzi, którzy przechodząc obok stoiska, zamiast rzucić okiem na książki, leniwie podnoszą wzrok, by przeczytać nazwę wydawnictwa i idą dalej, ewentualnie zatrzymują się tylko po to, by zadać pytanie w rodzaju: „Panie Krzysztofie, kiedy będzie pan miał coś nowego?”, i za każdym razem ze smutną miną odpowiadać, że będzie w momencie, jak sprzedamy to, co póki co leży w magazynie i się sączy, jak krew z nosa. Ponieważ jednak ostatnio sprzedaż nieco skoczyła, do tego stopnia, że i sam Gabriel wpadł w lepszy nastrój, to i pojechałem. I proszę sobie wyobrazić, że było nadspodziewanie dobrze. Stoisko zwróciło się już w pierwszym dniu, a ja, mimo że, jak wiemy, od września zeszłego roku nie wydałem nic nowego, wprawdzie nie sprzedałem tyle co w zeszłym roku, kiedy listy od prof. Gilowskiej jeszcze pachniały drukarnią, to jednak zdecydowanie więcej niż choćby wiosną na Targach Wydawców Katolickich. To co mnie ucieszyło szczególnie mocno, to fakt, że szczególnie dużo osób, które zdecydowały się kupić moje książki, nie słyszało ani o mnie, ani o Coryllusie, ani nawet o naszym wydawnictwie wcześniej, a mimo to, zrobiło to, czego, gdy chodzi o książki, akurat raczej się nie robi, a więc podejmuje pewne ryzyko na rzecz czegoś zupełnie nieznanego, a zaledwie robiącego wrażenie atrakcyjnego.
      Myślę, że pisałem już o tym kiedyś. Odnoszę mianowicie wrażenie, że to co kiedyś tak zabawnie podsumował Maklakiewicz w filmie „Rejs”, mówiąc, że on lubi tylko te piosenki, które słyszał wcześniej, dziś piosenek akurat już nie dotyczy. Gdy chodzi o piosenkę, widać bardzo wyraźnie, że zwłaszcza młodsi słuchacze, wciąż szukają czegoś nowego, wybierają rzeczy, których właśnie wcześniej nie znali, a wręcz poczytują sobie za punkt honoru pochwalić się odkryciem czegoś, czego nikt dotychczas nie słyszał. Inaczej jest z literaturą. Tu akurat typowy czytelnik, jeśli nawet weźmie do ręki książkę nieznanego autora, przeczyta fragment, który mu się autentycznie spodoba, w życiu jej nie kupi, ze strachu, że jeśli nie będzie mógł z nikim na jej temat porozmawiać – a nie będzie – to cała przyjemność weźmie w łeb. Piosenka to często zaledwie parę minut, wystarczy więc powiedzieć: „Posłuchaj tego, założę się, że nigdy tego nie słyszałeś” i wystarczy. No poza tym o muzyce w ogóle nie trzeba rozmawiać, słucha się jej raz za razem, przeżywa, podśpiewuje sobie pod nosem, muzyka wyznacza bowiem nasz poziom emocjonalny, a nie intelektualny. By przeżyc muzykę nie trzeba być w grupie.
      I oto miałem wrażenie, że w miniony weekend po raz pierwszy było inaczej. Po raz pierwszy od czasu, gdy zacząłem wydawać te swoje historie, zauważyłem, że zdecydowanie przybywa osób, które podchodzą do stoiska, biorą do ręki książkę, czytają fragment, spoglądają na nazwę wydawnictwa, znów kartkują te stroniczki, no i w końcu zaczynają zadawać pytania. I nie mogłem sobie nie pomyśleć, że wiele osób zaczyna odczuwać przesyt tym, co dotychczas stanowiło tak zwaną „poważną ofertę”, a nagle okazało się zaledwie tonami kompletnie bezużytecznego papieru. I oto zaczynam mieć nadzieję, że wreszcie książka stanie się tym, czym już kilka lat temu stała się muzyka, mianowicie źródłem wzruszeń zupełnie niezależnych od tego, co wypada, a co nie.
     Gabriel już mi zapowiedział, że wybiera się na wiosenne Targi Wydawców Katolickich, no a skoro on, to i ja. Tu akurat mamy doswiadczenia raczej marne. Stoisko jest bardzo drogie, czytelnicy nastawieni są na kupowanie książek polecanych przez znajomych, którzy z kolei czytali o nich w popularnej prasie prawicowej, a więc o tajemniczych nawróceniach, kolejnych dowodach na to, że Jezus istniał naprawdę, czy o  Bogu odnalezionym w Internecie, a mimo to bardzo liczę na to, że i tu się coś zmieni, a więc choćby może wreszcie i sami księża, którzy dotychczas z zasady kupują tylko to co im polecił albo „Gość Niedzielny”, albo „Tygodnik Powszechny”, zechcą się rozejrzeć wokół siebie.
     Kończąc już opowiem historię, która przyznam, że mnie puruszyła, ale i przygnębiła. Oto pojawiła się na stoisku pewna nasza dobra koleżanka, która przychodzi do nas zawsze, bardzo lubi nasze książki, większość z nich, jak sądzę, ma , porozmawiała chwilę, a potem poinformowała, że musi już iść, żeby jeszcze trochę pochodzić po innych stoiskach i kupić coś na prezenty. Powiedziałem więc jej, że po cholerę ma chodzić i szukać czegoś, czego nawet nie zna. Niech kupuje u nas. Tu znajdzie wszystko, co się może spodobać każdemu. Do wyboru do koloru i wszystko, o czym sama świetnie wie, naprawdę wartościowe. Koleżanka strapiła się, pokiwała głową i powiedziała, że akurat jej znajomi „nie czytają dobrych książek”. Postała jeszcze chwilę, jakby chciała powiedzieć coś więcej i w końcu poszła po te prezenty. Otóż moim zdaniem za opisaną postawą stoi to okropne przekonanie, znane nam właśnie ze wspomnianego wcześniej filmu „Rejs”, że tak naprawdę coś czego nie znamy nie może być ani interesujące, ani wartościowe, a jeśli nam akurat się podoba, to tylko dlatego, że my jesteśmy jacyś dziwni i nie powinniśmy się z tym czymś wyrywać publicznie. A co pomyślą sobie o nas nasi znajomi, jeśli im w prezencie damy książkę, o której oni wcześniej nawet nie słyszeli, w dodatku napisaną przez jakiegoś Maciejewskiego, czy Osiejuka, o których w ogóle nikt nigdy nie słyszał? No i jak oni sami będą się czuli, gdy ktoś ich zapyta, co dostali pod choinkę, a oni będą musieli powiedzieć, że książkę jakiegoś Osiejuka, czy Maciejewskiego i zapadnie kłopotliwa cisza?
     Tak to niestety wciąż jest, a ja mam wielką nadzieję, że już niedługo. Te dwa dni, jakie spędziłem w Aradach pod Zamkiem dają mi wszelkie podstawy do tej nadziei, że może już naprawdę niedługo.

Zbliżają się Święta, a ja szczerze zachęcam wszystkich, by jeśli myślą o prezentach nie szli na zgniłe kompromisy, tylko kupowali to, co sami uważają za najlepsze. I nich mówią odważnie: „Masz tu coś najlepszego. Założę się że o tym nie słyszałeś. Rewelacja”. Księgarnia działa 24 godziny na dobę pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a jak ktoś nie lubi klikać, a mieszka w Warszawie, niech zajdzie do sklepu FOTO MAG przy Alei KEN i kupi co będzie chciał od naszego kolegi Michała. 

piątek, 25 sierpnia 2017

Czy Jerzy Andrzej Marek mógłby pisać piosenki dla Roda Stewarta?

      Jestem pewien, że wielu z nas nie jeden raz zdarzyło się coś takiego, że budzimy się rano i w głowie mamy piosenkę, której nie dość, że od wielu, wielu lat nie słyszeliśmy, nie dość, że o jej istnieniu dawno zapomnielismy, to jeszcze zawsze uważalismy ja za wyjątkowy syf. Czemu tak się dzieje, co za niezwykły wybryk ludzkiego mózgu za tym czymś stoi, Bóg jedyny raczy wiedzieć, proszę jednak sobie wyobrazić, że wczoraj od samego rana, budząc oczywisty popłoch w całym domu, żona moja nuciła stale i niezmiennie piosenkę pod tytułem „Po ten kwiat czerwony”.
      W pierwszej chwili, kiedy już nam minął pierwszy szok, próbowaliśmy ustalić, kto to coś w ogóle oryginalnie śpiewał. Żona moja utrzymywała, że to była piosenka Czerwonych Gitar, ja natomiast obstawiałem Piotra Janczerskiego z zespołem No to co, no i ostatecznie, po sprawdzeniu zasobów youtube’a, okazało się, że „Po ten kwiat czerwony” to nie były Czerwone Gitary, lecz w rzeczy samej stnowiło słynny przebój zespołu No to co.
    Następnym krokiem była próba zbadania, kto był autorem następujących słów:
„Idę. Wrócę.
O nic nie pytaj dziś.
Przyjdę - nie zasmucę.
Powiem, po com musiał iść.

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie
”.
       I tu pierwsza niespodzianka. Otóż, jak się okazało, słowa te ułożył, zapisał i dał do zaspiewania Piotrowi Janczerskiemu niejaki Bronisław Brok…
      Kiedy piszę „niejaki”, nie chodzi mi w żadnym wypadku o lekceważącą sugestię, że mamy do czynienia z byle kim, lecz wyłącznie o fakt, że ja na to nazwisko wcześniej nie wpadłem, a nawet, widząc je, uznałem, że normalny człowiek nie może się tak nazywać, więc to musi być czyjś artystyczny pseudonim. I proszę sobie zresztą wyobrazić, że to faktycznie okazał się być pseudonim człowieka nie byle jakiego bo Bronisława Kaufmana, „polskiego literata, reżysera, scenarzysty, operatora, fotografa, autor tekstów piosenek dla wokalistów, zespołów, a także na potrzeby teatru i filmu, jednego z założycieli ZAKR-u”, co warto też podkreslić, autora tekstów piosenek takich wybitnych artystów polskiej estrady jak Chór Czejanda, Adolf Dymsza, Anna German, Jerzy Połomski, Sława Przybylska, Irena Santor, Urszula Sipińska, Teresa Tutinas, Violetta Villas, ale również wykonawców całkowicie zapomnianych, że pozwolę sobie wymienić takie nazwiska jak Wiera Gran, Hanna Rek, Anita Traversi, czy Jadwiga Wajcman.
      Co równie, a może dla nas jeszcze ciekawsze, to fakt, że ów Brok, stale i przez wiele długich lat, współpracował z, niemal kultowym dziś już w pewnych środowiskach Jerzym Wasowskim, tak na marginesie, autorem muzyki do piosenki „Po ten kwiat czerwony”.
      A więc, jak widzimy, robi się powoli ostro.
      Przejrzałem nazwiska owych słynnych niegdyś artystów estrady, trafiłem na zapomnianą dziś już kompletnie Teresę Tutinas i pomyślałem sobie, że sprawdzę przede wszystkim, co ona takiego spiewała, no i przy okazji, co u niej dziś słychać. Otóż, jak się dowiadujemy, Teresa Tutinas – swoją drogą, też ciekawie, prawda? – ma dziś zaledwie 73 lata, mieszka w Szwecji, a jej największym przebojem była piosenka, którą wielu z nas z całą pewnością – głównie niestety, jako cover – pamięta, „Jak cię miły zatrzymać”, w tworzeniu której akurat swoich, utalentowanych niewątpliwie, palców nie maczali ani Wasowski, ani Brok, a do której jeszcze zresztą wrócimy.
     Szukałem jeszcze innych piosenek Tutinas, które bym pamiętał, jednak bezskutecznie, natomiast, owszem, trafiłem nagle na dwie swego czasu bardzo dobrze znane piosenki, śpiewane, jak się okazuje, przez dziś już równie, jak Tutinas, zapomnianą, Ludmiłę Jakubczak: „Gdy mi ciebie zabraknie”, oraz „Szeptem”. Poczytałem więc sobie o Jakubczak i pomijając to, że tu też stałym kompozytorem nie był Wasowski, lecz mąż Jakubczak, Jerzy Abratowski, dowiedziałem się rzeczy prawdziwie fascynujących. Otóż urodziła się ona w 1939 roku w Tokio, dzieciństwo spędziła na sowieckiej Ukrainie, wyjechała do Polski, wyszła za mąż za Abratowskiego, a w wieku 22 lat zginęła w wypadku samochodowym. Abratowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, a w roku 1989 zginął przypadkowo w strzelninie podczas napadu na bank.
     Ktoś się mnie zapyta, po co ja w ogóle o tym piszę. Odpowiedź jest prosta. Przede wszystkim uważam, że to wszystko jest bardzo ciekawe, zaczynając na współpracy tego całego Broka z samym Jerzym Wasowskim, przez to, że dziś Tutinas mieszka w Szwajcarii i wszyscy ją mają głeboko w nosie, że Ludmiła Jakubczak zmarła w wieku zaledwie 22 lat, a autor piosenki „Szeptem” zginął w Los Angeles podczas jakiegoś napadu na bank. Po prostu, uważam, że to są informacje ciekawe. Te, ale też wiele innych, na które tu nie starczyło miejsca, w tym choćby i taka, że muzykę do jednej z najpiękniejszych polskich piosenek napisała jakaś Hanna Skalska, a tekst do niej również „jakiś” Kazimierz Szemioth, Skalskiej mąż.
      Niedawno, podczas targów w Bytomiu, zapytany przez kogoś Leszek Żebrowski, czy było coś w PRL-u co on uważa za dobre, po pewnym namyśle odpowiedział, że jednak nic. Otóż wygląda na to, że on się tu fatalnie pomylił. Może lepiej było go zapytać, czy jest coś, co on uważa za dobre w Polsce dzisiejszej, a ja mam tylko nadzieję, że on by nie odpowiedział na to, że to jest, że każdy z nas może swobodnie podróżowac po świecie.
      I pomyśleć tylko, że nigdy bym sobie tego wszystkiego nie poukładał i tu nie opowiedział, gdyby nie przedziwne wędrówki myśli mojej żony. Rozstańmy się więc na tej refleksji i posłuchajmy piosenki Teresy Tutinas, z muzyką znów „jakiegoś” Jerzego Andrzeja Marka – swoja drogą, to jest pomysł na miarę Wojciecha Zbigniewa Leszka, lub Macieja Antoniego Wojciecha – i zastanówmy się, co byśmy powiedzieli, gdyby to dziś zaśpiewał, powiedzmy, Rod Stewart. No co?





       



Moje książki, naturalnie, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

niedziela, 18 listopada 2012

Spójrz, co oni zrobili z moją piosenką

Niedawno, czy to na tym blogu, czy może tam w Salonie, pojawił się problem talentów, których nie ma, bo zostały zwyczajnie zabite przez mainstream, zębami i pazurami broniący się przed konkurencją. Ja oczywiście wiem, że większość z nas nie ma tego komfortu, by pozwalać sobie na zajmowanie się takimi drobiazgami jak rynek sztuki, jednak dla mnie jest to zmartwienie stałe, i powiem uczciwie, że trudno mi jest znaleźć coś – wliczając w to jak najbardziej politykę – co jest tak bardzo w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, jak nieustanna obecność wokół mnie tego straszliwego beztalencia, próbującego najbezczelniej w świecie aspirować do miana kultury.
Ile razy mam okazję zapoznać się z najnowszymi osiągnięciami polskiego filmu, teatru, malarstwa, literatury, piosenki – ogarnia mnie przygnębienie, z którego jedyną drogą ucieczki jest albo się upić, albo zasypać to coś całą dostępną kolekcja bluzgnięć. Czy ja wiem, jak to się stało, że akurat nas to spotkało? Czemu nawet w najbardziej egzotycznych miejscach i kulturach na świecie można znaleźć prawdziwe perły, a tu mamy albo piosenkarkę Peszek, albo reżysera Pasikowskiego, albo aktora Pazurę, albo pisarza Kuczoka, albo kompozytora Rubika… można wymieniać? Otóż wiem i wspomniałem o tym już wcześniej. Winę za to ponoszą połączone siły twórców sztuki, którzy boją się utraty pozycji, i ich mecenasów, którzy z kolei są z nimi zaprzyjaźnieni i nie mają ochoty ryzykować jakiejkolwiek zmiany na tym poziomie. No i oczywiście kolejne rządy, które uznały, że za wszystko odpowiada wolny rynek, a władzy nic do tego, jak tam się to wszystko poukłada. A zatem, jedynym zajęciem owej władzy, jak idzie o rynek sztuki i idei, jest sprawdzanie raz do roku stanu rzeczy, i dosypywanie pieniędzy dokładnie tam, gdzie poprzednie pieniądze się skończyły.
Oczywiście ten rodzaj polityki kulturalnej działa w trzech kierunkach: pierwszy to taki, że żaden autentyczny nowy talent nie ma jakiejkolwiek szansy na znalezienie mecenasa, a więc przed sobą ma tylko skazaną na porażkę walkę w niszy, drugi to ten, że wszyscy ci, którzy dziś tworzą mainstream, w poczuciu kompletnej bezkarności stają się coraz gorsi i zalewają rynek najgorszego rodzaju głupstwem, no i wreszcie tak zwana publiczność wciąż otrzymuje ten jeden jedyny komunikat: że to co dostaje, może nie jest aż tak wybitne jak byśmy chcieli żeby było, no ale widocznie my Polacy tacy już jesteśmy byle jacy. A więc bawmy się tym co mamy.
Wczoraj syn mój pokazał mi na youtubie coś co mnie wręcz zmasakrowało. Otóż proszę sobie, ze jest discopolowy zespół o nazwie Weekend. Proszę posłuchać:



O co mi chodzi? Oczywiście w najmniejszym stopniu o to, że to jest zwyczajny syf. W końcu nie to jedno i niekoniecznie najbardziej. Rzecz jest bowiem znacznie poważniejsza. Jak może ktoś zauważył, ów klip ma w tej chwili ponad 18 milionów tak zwanych obejrzeń, co jak i idzie o Polskę jest absolutnym rekordem, w dodatku rekordem, który w wyobrażalnej przyszłości nie ma jakichkolwiek szans na utratę pozycji. Nie dość tego. Dzięki kompletnej histerii jaką on wywołał w Polsce, ów filmik znalazł się na 69 miejscu tak zwanej listy Top 100, obejmującą wszystkie dostępne na youtubie filmy. Czemu tak? No właśnie. Czemu?
Ktoś mi powie, że ja się uczepiłem jakiegoś discopolowego gówna. Że wystarczyłoby mi rzucić okiem na sztukę prawdziwą, to bym widział, że nie jest aż tak źle. Proszę więc bardzo. Spójrzmy na sztukę prawdziwą. I, żeby mi znów nie zarzucono manipulacji, nie będzie to Maria Peszek, ale cos naprawdę poważnego. Kasia Nosowska z zespołem Hej.



Mam nadzieję, że nie muszę nic tłumaczyć. Ani jak idzie o sam pomysł tego klipu, ani jego realizacje, ani samą piosenkę. Ponieważ popularna w środowiskach traktujących zespół Hej jako zjawisko kultowe opinia jest taka, że Kasia Nosowska to wielka poetka, pozwolę sobie zwrócić tylko uwagę na tekst:

„Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć raz
To choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę
Powrotów nie będzie

Czasem coś... tyci czort
Zdania szyk przestawi mi

Kochaj mnie mimo wszystko
”.

Niedawno wspomniałem tu o pewnym projekcie – jednym z bardzo wielu obecnych na youtubie właśnie – który ma za zadanie otwieranie drogi do kariery dla wszelkiego typu uzdolnionych artystów. Wystarczy raz tylko tam zajrzeć i zobaczyć te tłumy młodych brytyjskich śpiewaków i muzyków śpiewających swoje piosenki, by włosy stanęły nam dęba na głowie. Świadomość tych wszystkich poziomów, na których tworzy się brytyjska piosenka pop, oraz systemu promocji jakiemu ona podlega, tych wszystkich młodych piosenkarzy, tak nieprawdopodobnie zdolnych, z których zaledwie niektórym się uda przebić na sam szczyt, i z których każdy, nawet ten, który jeszcze pewnie nie dostał swojej szansy, by się gdziekolwiek pokazać, i kto wie, czy kiedykolwiek dostanie – bo po prostu konkurencja jest za silna – ale i tak jest o niebo zdolniejszy i fascynujący niż ta nieszczęsna Nosowska – świadomość ta zwyczajnie poraża.
Posłuchajmy na koniec jednego z wielu, pierwszego z brzegu. Naprawdę pierwszego z brzegu. To naprawdę nie jest nic takiego. W tym nie ma ani szczególnych umiejętności, ani szczególnego talentu. Powiedzmy, trochę – i to już wystarczy, żeby całą tę bandę nieudaczników odesłać do kąta. Posłuchajmy i zastanówmy się do czego ci głupcy bez serc i dusz nas doprowadziła.




Tradycyjnie już, wszystkich przyjaciół tego bloga, i ludzi, którzy uważają, że ta praca nie idzie na marne, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i bezpośrednią pomoc na podany obok numer konta. Jeszcze raz powtarzam - bez tego nas nie ma. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...