Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żołnierze Wyklęci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żołnierze Wyklęci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2020

Nasze usta nucą pop


        Wczoraj na swoim blogu Coryllus zamieścił tekst zatytułowany „Infantylizacja żołnierzy wyklętych” którego podstawowa myśl wystarczająco mocno manifestuje się już w samym tytule, jednak odpowiedniemu doprecyzowaniu ulega w jednym z pierwszych zdań wspomnianego tekstu, a mianowicie w opinii, że „jeśli bowiem ktoś uważa, że podejmowanie tematów dotyczących żołnierzy wyklętych i mieszanie ich z popkulturą, prowadzi do jakiegoś dobrego celu, ten musi biec do lekarza. I to natychmiast”.
       A ja zdecydowałem się dziś zająć tą kwestią z dwóch względów i jest w błędzie ktoś kto myśli, że poszło o kolejne zdania, gdzie, choćby odnosząc się do kompletnie fałszywej rzeczywistości, pisze Coryllus iż „wielu osobom zdaje się, że jeśli z postawy i śmierci tych ludzi zrobimy jakieś popkulturowe ikony, nie wspominając przy tym ani słowem o kontekstach politycznych i historycznych, to uzyskamy fantastyczny efekt [który] będzie polegał na tym, że rzesze całe młodzieży, gotować się będą na śmierć za ojczyznę, [a] każdy kto tych przygotowań nie podejmie zostanie okrzyknięty zdrajcą”. To jest oczywiście nieprawda, bo ani nikomu się nie zdaje, że dzięki wkręcaniu tej części polskiej historii w popkulturę uda się zachęcić kogokolwiek, w tym młodzież, do umierania za Ojczyznę, ani tym bardziej, że wszystkich tych, którzy nie zadeklarują owej chęci, zostaną okrzyknięci zdrajcami. Ten rodzaj retoryki – bo biorę pod uwagę, że to jest tylko retoryka – nie ma najmniejszej mocy. Chodzi mi mianowicie o coś innego. Przede wszystkim, zasadniczo nie zgadzam się z opinią, że owa „infantylizacja”, zarówno żołnierzy wyklętych jak i tego wszystkiego, co kojarzy się z tym co niektórzy lubią nazywać „bohaterskim polskim męczeństwem”, nie jest niczym dobrym. Powiem więcej, moim zdaniem, jeśli zależy nam na tym, by  zainteresować dzieci, młodzież, a nawet młodszych-starych, ową bohaterską historią, a przez zainteresowania mam na myśli wzbudzenie w nich względnie trwałych emocji, nie znajdziemy na to innego sposobu, jak maksymalne zinfantylizowanie tematu, czyli – powiedzmy to wreszcie jasno – umieszczenie tych wszystkich bohaterów i konteksty, w których oni działali, w najbardziej ordynarnym popie. A to z tej prostej przyczyny, że poza popem nie ma nic; poza popem mamy już tylko to, co tworzy wieczną porażkę. 
      A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej, która tu się pojawia od kwietnia 2010 roku, i która, kto wie, czy nie została przez mnie zaprezentowana jeszcze wcześniej, również w dziś już niedostępnej książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, że wszystko co daje realne zwycięstwo ma swój początek i koniec w popie właśnie. Jedyna kwestia, o której warto dyskutować to ta, z jakim talentem potrafimy ów pop eksploatować i na ile uda się nam przy tym zachować podstawową uczciwość wobec tego, do kogo nas przekaz jest skierowany. Mówiąc krótko, najgorsze – i tak naprawdę jedyne – zło, jakie ryzykujemy, sprowadza się do tego, że w którymś momencie zaczniemy lekceważyć ludzi i potraktujemy ich jak naturalnie głupszych od siebie.
       Wspomniałem o kwietniu 2010 roku, bo przypomniał mi się tekst, który właśnie wtedy opublikowałem tu pod tytułem „Ich oczy nucą pop”, a w którym, jak sądzą bardzo celnie pokazałem, w jaki sposób wspomniana przez Coryllusa „infantylizacja” może okazać się porażką, ale też jak najbardziej zwycięstwem. To był czas gdy zarówno w galeriach handlowych, jak i w sklepach z pamiątkami we Władysławowie i na zakopiańskich Krupówkach, królowały koszulki z „Borubarem” oraz radiem, które „ma ryja” i musiało upłynąć wiele lat, zanim wszystkie zostały – w co głęboko wierzę, skutecznie i na długie dekady – wyparte przez biało-czerwone flagi, szaliki z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny” i t-shirty z podobiznami rotmistrza Pileckiego, Zygmunta Szendzielarza, czy Danutą Siedzikówną. No ale przede wszystkim też to, jak poza nią – a więc poza popkulturą – nie ma nic, poza bezużytecznym głupstwem. Bardzo proszę o uwagę:

      Kultura pop, taka jaką dziś znamy, oczywiście cuchnie i każdy z nas jest w stanie wykazać na wiele przeróżnych sposobów, że ta ocena jest jak najbardziej sprawiedliwa. Mimo to, nie da się też ukryć, że z punktu widzenia tego co się liczy i co w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, nie ma nic ponad ten pop, ponad wszystko z czego on wyrasta i ponad to, co on tworzy. Od pierwszych dni, kiedy na tym blogu zaczęły pojawiać się te refleksje, problem wpływu jaki kultura popularna ma na nasze życie spotykał się ze szczególnym szacunkiem. Od pierwszych dni bowiem, kiedy pojawił się problem tego nieprawdopodobnego, bezprecedensowego kłamstwa i manipulacji, jakie niszczy Polskę i nas wszystkich, wiadomo było, że sukces tej czarnej misji mógł się powieść wyłącznie dzięki potędze kultury popularnej. Tych kolorowych magazynów, tych kabaretów, tych żartów, tańców, tego wielkiego, niekończącego się supermarketu. Tej galerii. Tego co w języku angielskim określa się słowem mall.
      A zatem, nie sposób tę kulturę lekceważyć. Szczególnie dziś, gdy wszyscy bardzo wyraźnie możemy zobaczyć z jaką siłą ta właśnie kultura – ten pop – w tak spektakularnym geście, najpierw rozerwał na strzępy, a następnie zmiótł z powierzchni ziemi niemal całą polityczną, intelektualną, czy po prostu kulturową elitę naszego kraju. Bo to on stał na samym początku tego dalekosiężnego planu. To pop. I jeśli te słowa czyta jakiś ambitny miłośnik kultury wyższej i czuje w tej chwili niepokój, to niech wie, że tam nie było nic więcej ponad zwykły pop. Naprawdę nie ma się czym szczycić.
      Chodzi mi po głowie ten pop, bo i sam nie jestem bez winy. Tak się składa, że znaczna część mojej wrażliwości jest właśnie stamtąd. Właśnie stamtąd. Tyle że ja akurat czuję – i wiem że mam rację – że udało mi się ten pop wykorzystać dla siebie, a nie pozwolić, by to on mnie wykorzystał i wystawił na pośmiewisko czasów. Jak wielu innych. Dziś. A więc przychodzi dziś mi do głowy ten pop w postaci wiecznie niezgłębionego „Ojca Chrzestnego” Puzzo oraz Coppoli. Druga jego część, kiedy ktoś chce zabić Michaela Corleone, ale jakimś cudem on, jego żona i syn uchodzą z życiem i już po chwili okazuje się, że nawet nie dowiemy się, kto stał za tym zamachem, bo obaj zabójcy już i tak nie żyją, a zatem łańcuch się urwał. Nic takiego. Jak mówię, normalny pop.
      Ale to już przeszłość. Obiecywałem sobie, że nie będę się zajmował grzebaniem w przyczynach katastrofy – KATASTROFY! – spod Smoleńska, bo i po co? I tak nic z tego. I tak umrę, nie doczekawszy się oficjalnego potwierdzenia tego, co się tam naprawdę stało. Ale się nie da. Moje dzieci choćby wciąż o tym gadają. Grzebią w Internecie, zbierają jakieś relacje, wciąż czytają jakieś ekspertyzy, ale – jakby tego było mało – są coraz bardziej przerażone i to przerażenie rozsiewają wokół. Pomyślcie tylko, jak one się czują. W efekcie jest tak, że nie sposób żyć, gdy wciąż wraca obraz tych biednych pilotów, którzy najprawdopodobniej przez te kilkanaście sekund wiedzieli jedno: że, cholera, wszystko przestało działać. Że to co było zawsze takie proste – no ma człowiek ten fach i to doświadczenie – w pewnym momencie staje się niczym. A tu, nagle widać, jak pojawiła się obca ręka. I nie ma sposobu by ją odsunąć. Jakież to straszne!
      A więc tak się jakoś dzieje, że ten nastrój faluje. Od prawdziwego życia, od tego mięsa – do przygody i zwykłych wzruszeń. Trochę mi to przypomina muzykę do „Taksówkarza” Scorsesego, gdzie groza przeplata się nieustannie z taką niezwykła lirycznością. A więc słyszę te codzienne głosy, które wciąż do mnie dochodzą jak złe fatum i znak zwykłej beznadziei, a jednocześnie wspominam te tłumy, te znicze, tę desperację, żeby nie ulec, nie zrezygnować. By dać znak. I żyję nadzieją. A później znów przychodzi ta noc. I znów myślę o tych wspaniałych, świetnie wyszkolonych pilotach, znakomitych, pewnych siebie fachowcach, i myślę – co oni czuli w momencie, gdy zorientowali się, że na pokładzie jest jeszcze ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. No bo, kurcze, takie rzeczy się nie dzieją. Nie tu.
      Myślałem, że ta żałoba potrwa dłużej. Że to co się stało, to jest coś tak wielkiego, coś tak niewyobrażalnego, coś tak oczywistego nawet dla najbardziej pustej głowy, że każdy musi temu ulec. Że nie ma takiej niewrażliwości, takiej bezmyślności, czy wreszcie takiej obojętności, która nie przestanie w tej sytuacji wciąż gadać. A tu mamy pop. Niezniszczalny, nigdy nie zmęczony, zawsze na posterunku – pop.
      A więc i mi przychodzi do głowy coś równie mocnego jak ci wszyscy ludzie – i tu i tam i wszędzie, którzy nagle uznali, że zabawa się wcale nie skończyła. Przypomina mi się inny film, „Prawdziwy romans”, gdy niejaki Virgil, brutalny morderca do wynajęcia, siedzi w fotelu nad zmasakrowaną Alabamą, którą zresztą już za chwilę ma zabić i mówi mniej więcej w ten sposób: „Pierwszy człowiek jakiego zabijasz, jest zawsze najgorszy. Nie ma znaczenia, czy jesteś Dusicielem z Bostonu czy jakimś Wyattem Earpem, Założę się, że ten facet, Charles Whitman, który z tamtej wieży wystrzelał tych wszystkich ludzi, musiał to przeżyć. Choćby pierwszego z nich. Poważnie. Pierwszy jest zawsze ciężki. Drugi już jest łatwiejszy. Zdecydowanie łatwiejszy. Pewnie – wciąż się coś czuje, ale już nie tak. Trzeci to już pestka. Trzeci to nic. Dochodzi do tego, że w końcu zabijasz ludzi tylko po to, by sobie popatrzeć, jak się zmienia wyraz ich twarzy”.
      I myślę sobie, że to właśnie tak musi wyglądać. Najtrudniej było na początku. Niewykluczone, że niektórzy – na wiadomość o tym co się stało – w pierwszej chwili się zwyczajnie porzygali. Ja sam przez kilka dni oglądałem ich poszarzałe z przerażenia twarze. Dziś już jest im łatwiej. Ale przecież, jak uczy kultura popularna, drugi raz jest już zdecydowanie łatwiejszy. A trzeci – wystarczy się rozejrzeć. Nawet nie trzeba szczególnie nastawiać uszu.
      A mi wciąż żal tych pilotów, bo mogę się domyślać, co oni czuli w ostatnich chwilach tamtego strasznego lotu. I żal mi Prezydenta i pani Kaczyńskiej i wszystkich tych ludzi, którzy – tak im się w życiu złożyło – znaleźli się tam, wtedy, na samym końcu tego strasznego planu. I z których dziś pozostały tylko skrawki, które wpadły w ręce ludzi złych. I tych tutaj i tamtych – tam. I żal mi Jarosława Kaczyńskiego, który kiedy nawet jeszcze nie opadła ta dziwna smoleńska mgła, znalazł się w samym środku szyderstw ze strony tych, którzy już nie są debiutantami, ale doświadczonymi uczestnikami tej gry. Już jest spokojnie.
      Uważajmy na nich. Oni w tej chwili robią to co robią, i mówią to co mówią, już tylko po to, by zobaczyć, jak zmienia się wyraz naszych twarzy. A więc starajmy się. Zachowajmy postawę wyprostowaną. Pamiętajmy choćby o roku 1990. Ja, na przykład, wspominam słowa, które padły wtedy, w sobotę przed pierwszą turą wyborów prezydenckich z ust osoby mi bardzo bliskiej: „Jestem dziwnie spokojny. Mazowiecki wygra w pierwszej turze”. I powiem szczerze, że wtedy – wbrew mojej nadziei i wierze – bałem się, że on może mieć rację.






poniedziałek, 10 marca 2014

Ojczyznę trzeba kochać i szanować, a głupców tępić

Pewnie ci z nas, którzy śledzą tylko teksty publikowane w Salonie24, a na to co się ukazuje pod toyah.pl nie zaglądają, tego nie wiedzą, ale w swoim czasie kilkakrotnie pisałem o tym, jak to nasza starsza córka, nie mogąc znaleźć normalnej, a więc po prostu płatnej pracy w swoim zawodzie, a jednocześnie nie chcą stracić kontaktu z zawodem, zapisała się na studia podyplomowe we Wrocławiu, gdzie przez pewien czas była studentką Krzysztofa Szwagrzyka. Tu akurat nie mam pewności, ale wydaje mi się, że o tym też pisałem, jak to od czasu tamtych wykładów ona nie ma marzeń większych od tego jednego, by znaleźć się wśród tych, którzy pod okiem dr. Szwagrzyka zajmują się odszukiwaniem i identyfikowaniem grobów polskich żołnierzy zamordowanych przez polskie państwo po zakończeniu II Wojny Światowej. Fakt jest bowiem taki, że ona, przy wszystkich swoich pasjach i codziennych zainteresowaniach, przy pracy, którą wreszcie znalazła i która otwiera przed nią wcale nienajgorsze perspektywy, wie jedno: cokolwiek będzie robiła w życiu, a nie będzie to polegało na siedzeniu w tej świeżo rozkopanej mogile i oczyszczaniu przy pomocy specjalnego pędzelka czaszki kolejnego polskiego bohatera, jej życie nie będzie pełne. Taka ta jej obsesja i taki jej patriotyzm, czy, jak to określają pewnego rodzaju intelektualiści – karma.
Ze względu na jedno i drugie, ile razy widzę gdzieś nazwisko Krzysztofa Szwagrzyka, czy spotykam informację o artykule, czy telewizyjnym programie, gdzie pojawia się nazwa „Żołnierze Wyklęci”, natychmiast alarmuję w tej sprawie moją córkę, no a potem już muszę cierpliwie wysłuchiwać jej niekończących się relacji.
I tak też było kilka dni temu, kiedy w portalu wpolityce.pl przeczytałem, że TVP będzie nadawać program o Żołnierzach Wyklętych, tyle że z punktu widzenia kultury popularnej reprezentowanej przez współczesną polski rock. Przyznaję uczciwie, że choć nieszczęśliwie dla nas nie udało się nam o tym programie zapomnieć, i dać się pochłonąć przez codzienne sprawy, takie choćby jak kolejna kolejka Premier League, czy kolejny skok Kamila Stocha, obejrzeliśmy zaledwie jego pierwsze pięć, czy może dziesięć minut, po czym całkowicie zdruzgotani estetycznie, emocjonalnie i moralnie udaliśmy się do swoich zajęć.
O co poszło? Powiem może tak. Otóż tak się złożyło, że wczoraj przez jakieś trzy godziny spędziłem w autokarze, w którym byłem zmuszony do tego, by słuchać radia RMF, gdzie najpierw swoje ulubione piosenki puszczała Agnieszka Chylińska, by ostatecznie ustąpić miejsca zwykłej dyskotece, i to co tam leciało wprawiło mnie w nastrój tak ponury, że nagle poczułem, że jeśli natychmiast się nie pomodlę, stanie się coś bardzo złego. Muzyka, którą puszczało radio RMF była tak zła, że to zło w pewnym momencie przybrało wymiar niemal fizyczny, a ja sobie pomyślałem, że oto narodził się Demon.
Jeśli ktoś myśli, że ja teraz bardzo złośliwie napiszę, że piosenki Darka Malejonka, zespołu DePress, czy owych dziewczyn znanych jako Panny Wyklęte są jeszcze gorsze od oferty RMF-u, myli się. Tak bowiem nie jest. One nie są gorsze ani od Chylińskiej, ani od tego, co ona słucha, ani od tego jakiegoś discopolo, puszczanego przez krakowskich radiowców; one nie są od tego wszystkiego gorsze, bowiem startują w zupełnie innej konkurencji, a żeby wyjaśnić, o jaką konkurencję mi chodzi, powiem tylko, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek z nas będzie się zastanawiał, dlaczego ogólnopolskie stacje głównego nurtu nie grają piosenek Darka Malejonka, czy owych Panien Wyklętych i przyjdzie mu do głowy myśl, że to pewnie przez to, że główny nurt nienawidzi Polski, będzie miał racje tylko częściowo: owszem, to prawda, że główny nurt Polski nienawidzi, Polską gardzi i najchętniej by ją sprzedał za kolejną działkę koki, czy jeszcze jedną flaszkę, natomiast RMF nie puszcza tej muzyki wyłącznie dlatego, że oni mimo wszystko dbają o poziom – poziom, który mnie przeraża, i o którym myślę sobie bardzo brzydko, ale jednak poziom, który pewnego rodzaju artystycznych ekscesów tolerować nie może.
Ktoś powie, że to kompletnie nie ma sensu, by się znęcać nad jakimiś dennymi amatorami, i to bez względu na to, czy owi amatorzy reprezentują szczery satanizm, czy mniej lub bardziej autentyczną pobożność. Owszem, skoro spędziłem te trzy godziny w autokarze słuchając muzyki satanistycznej, i moje serce zwyczajnie tego nie wytrzymało, mogę coś na ten temat napisać, choćby po to, by się pożalić, natomiast naprawdę nie ma powodu, bym się miał znęcać nad jakimiś nieudacznikami, którzy postanowili śpiewać czy to umęczonym Jezusie, czy o umęczonym rotmistrzu Pileckim – ich sprawa, ich ewentualnie grzech.
Otóż nie do końca. Nasz problem polega na tym, że skoro już wszyscyśmy się tak bardzo zaangażowali w tę naszą Polskę, i tak bardzo wierzymy w to, że Ona jest czymś, o co należy dbać i bronić przed wszelkim złem, powinniśmy też z całą mocą tępić każdy przypadek, gdy owa Polska jest traktowana z pogardą przez bandę głupców, którym się wydaje, że się na niej mogą najpierw przejechać bez ważnego biletu, a potem jeszcze coś z tego dla siebie wyciągnąć. Powinniśmy każdy tego typu przypadek pokazywać palcem i zadbać do samego końca, by ten palec nam nawet nie zadrżał.
Ale jest jeszcze coś. Chodzi o to, że obserwowany dziś przez nas wszystkich ruch tak zwanego „patriotycznego przebudzenia”, właśnie przez to, że on był tak bardzo wyczekiwany i powstaje, jak się zdaje, w reakcji na kłamstwo cyniczne w sposób wręcz niewyobrażalny, będzie nic niewarty, jeśli oparty zostanie na kłamstwie równie cynicznym i na równie potężnej pogardzie, jak ta, przeciwko której rzekomo występuje.
Ale jest i jeszcze gorzej. Jeśli bowiem to zło, któremu postanowiliśmy się przeciwstawić, operowało pod tym swoim czarnym patronatem, mnie ewentualny wstyd i hańba tych, którzy tym sterują, nie obchodzi, jednak jeśli tym razem za tę naszą nędzę ma się wstydzić Polska, to ja bardzo przepraszam, ale mowy nie ma, żebym jak się tu zamknął choćby na chwilę. Jeśli taka Maria Peszek, Agnieszka Chylińska, czy zespół Bayer Full wystawia tę swoją nędzę, robi to w imię jakichś dziwnych wartości, które są mi kompletnie obojętne, a świat się z nich śmieje – mnie to w najmniejszym stopniu nie rusza. W momencie jednak, gdy istnieje poważna obawa, że przedmiotem tego szyderstwa stanie się Polska – a jeśli to ma się w ten sposób odbywać, to my tego nie unikniemy – to cała sytuacja robi się już bardzo poważna.
Polska bowiem to jest coś zbyt poważnego, żeby jacyś nieudacznicy mogli sobie po niej bezkarnie jeździć. Tu nie dość, że za darmo nic nie ma, to jeszcze cena wejścia jest absolutnie najwyższa, a gapowicze mają być traktowani z najwyższą surowością. Bo to są tak zwane imponderabilia. Popatrzmy, jak to robią inni.
W swojej książce o zespołach wspomniałem o brytyjskiej piosenkarce PJ Harvey. Otóż ona niedawno wydała płytę pod tytułem „Let England Shake”, która stanowi, słodko-gorzki, jak to się nieraz mówi, hymn dla wielkiej Anglii, którą PJ Harvey wbrew wszystkiemu najzwyczajniej w świecie kocha. „Let England Shake” to 12 bardzo patriotycznych piosenek, jednak jeśli ktoś się spodziewa, że ów patriotyzm jest choćby w ułamku tak bezpośredni, a przez to tandetny, jak to do czego jesteśmy przyzwyczajeni tutaj, jest w dużym błędzie. Patriotyzm PJ Harvey jest tak wielopiętrowy i tak głęboki, że tu zwyczajnie nie ma miejsca na prosty przekaz, typu „Niech żyje Anglia”.
Ale jest jeszcze coś. Płyta „Let England Shake”, to zdaniem niektórych i najlepsza płyta w dorobku PJ Harvey, i jedna z najwybitniejszych płyt, jakie zostały w zeszłym roku wydane w Wielkiej Brytanii. „Let England Shake” to autentyczne dzieło sztuki, a więc coś, na co Anglia, tak jak ją widzi PJ Harvey i ci, którzy tę płytę kupują, zasłużyła. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby ona była choć trochę gorsza, Anglia by zwyczajnie tę PJ Harvey z tymi jej pomysłami pogoniła. Bo akurat Anglia na ten rodzaj bezczelności, gdzie ktoś próbuje wobec niej grać choćby minimalnie nieczysto by zwyczajnie nie pozwoliła. Bo Anglia się za bardzo szanuje, by do jej reprezentowania wyznaczała jakichś tanich magików. A sami Anglicy też doskonale to czują, że, jeśli ktoś już postanawia oddać Anglii cześć, ma to robić na poważnie.
No i na koniec coś bardzo smakowitego również dla naszego kumpla Coryllusa. Producenci projektu pod nazwą „Let England Shake” wynajęli irlandzkiego artystę nazwiskiem Seamus Murphy, by do każdej z tych piosenek nakręcił 12 klipów video, i z tego co widzę, tu też wymagania były postawione bardzo jednoznacznie: nie ma mowy o jakiejkolwiek uldze – tu wszystko ma być na poziomie najwyższym. Popatrzmy więc, jak to się robi tam, gdzie ludzie szanują siebie, ale też szanują swoje państwo. Tam gdzie patriotyzm to coś więcej, niż tylko parę tanich gestów zrobionych w przekonaniu, że będzie jak będzie, że damy radę. I, proszę, niech nikt nie próbuje mi mówić, że gdzie Chylińskiej do PJ Harvey, a Żulczykowi do Murphy’ego? Bo to oczywiście pewne wagę ma jak najbardziej, ale na poziomie, o którym dyskutujemy jest zupełnie bez znaczenia.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...