Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sądy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sądy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2022

Gdy znów dostaliśmy w mordę

 

       Kilka dobrych już lat temu w mojej okolicy znajdował się mały sklep z serami i był to sklep zupełnie wyjątkowy. Pierwszym powodem jego wyjątkowości było to, że tam faktycznie były tylko sery – wszelkie możliwe sery, jakie można sobie wyobrazić – drugim natomiast to, że stołował się tam nie kto inny jak poseł Borys Budka. Zaszedłem tam kiedyś, a tam, proszę sobie wyobrazić zakupy robił on sam we własnej osobie, a z boku doradzały mu żona i mała córeczka. I proszę mi teraz powiedzieć, czyż to nie była wspaniała wręcz okazja, by w tej właśnie rodzinnej konfiguracji dać Budce w łeb i go zwyzywać, a jego żonie – gdyby próbowała interweniować – powiedzieć żeby zamknęła mordę i zabrała dziecko, bo jeszcze i ono niechcąco oberwie. Pytanie jest oczywiście retoryczne, bo choć przede wszystkim wszyscy wiemy, że okazja po temu, owszem, była wyśmienita, to takich rzeczy się nie robi. Po prostu. Pomarzyć jak najbardziej oczywiście można, ale tego typu egzekucje my, ludzie cywilizowani, zostawiamy chołocie, czy jak to pięknie kiedyś zacytował klasyka sam Prezes – innym szatanom.

        A zatem, my tu wszyscy mamy świadomość owego porządku, natomiast, jak już pewnie część z nas słyszała, wczoraj własnie jeden z owych innych szatanów w którymś ze sklepów gdzieś w Polsce zauważył marszałka Karczewskiego jak próbuje zrobić zakupy, wyrwał mu z ręki telefon, walnął nim o ziemię, a następnie, wykrzykując znane z różnego rodzaju politycznych manifestacji wulgarne hasła, zabrał się za samego Karczewskigo, pobił go i posłał w ślady telefonu. Czemu on to zrobił, wszyscy wiemy. Powód jest zawsze ten sam i to jest też ten sam powód, dla którego ja miałem ochotę zelżyć i dać w mordę Borysowi Budce przed laty w sklepie z serami: nienawiść i pogarda. Różnica jest tylko taka, że ani ja, ani nikt kogo znam nie biega po mieście drąc mordę, szarpiąc się z policją i plując na obcych ludzi, a już tym bardziej waląc kogo popadnie po pysku.

        Ale jest jeszcze jedna różnica, i moim zdaniem absolutnie kluczowa. Otóż gdybym ja pobił Borysa Budkę, popchnął policjanta, czy zwyzywał i opluł kogokolwiek, stanął bym przed sądem i się od kary nie wywinął. Tymczasem nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet jeśli człowiek który zaatakował marszałka Karczewskiego zostanie zidentyfikowany, a prokuratura postawi mu zarzuty, to każdy sędzia albo jego sprawę umorzy, albo go uniewinni, albo nie wymierzy żadnej kary ze względu na niską społeczną szkodliwość czynu. Mało tego. Gdybym ja dał w mordę Borysowi Budce, to wszyscy moi bliźsi i dalsi znajomi uznaliby mnie za idiotę, a niewykluczone że prezes Kaczyński na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ogłosił, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Gdy chodzi o tego żula co pobił Marszałka, on już z cała pewnością jest w swoim środowisku bohaterem, jego sojusznicy już szykują transparenty z napisem „murem za”, a kto wie, czy Donald Tusk nie zastanawia się, czy nie przydałoby się tego dzielnego człowieka umieścić na listach wyborczych.

         Czytałem niedawno rozmowę jaką tygodnik „Sieci” przeprowadził z premierem Morawieckim i tam padły słowa, które z jednej strony zmroziły mnie swoją ponurą bezwzględnością, a z drugiej stanowiły zwiastun czegoś co już za chwilę, jak się okazało musiał nastąpić. Otóż, zapytany o sytuację Polski wobec unijnej agresji i zablokowane pieniądze z KPO, Premier powiedział co następuje:

To, co powiem, niektórym się pewnie nie spodoba, ale dla mnie są to sprawy trzeciorzędne i powoli wpadają w czwartorzędność. Wiem że inni widzą w tym jakieś funhdamentalne wybory; ja – powiem szczerze – tego nie dostrzegam. Większego chaosu i kłopotów, niż mamy obecnie w sądownictwie, już chyba mieć nie możemy, a to, czy jeden sędzia może powiedzieć coś o drugim, nie ma chyba aż tak fundamentalnego znaczenia, by z tego powodu tkwić w tym pacie. Sądownictwo zostało doprowadzone do stanu półzapaści i myślę, że będzie wegetowało do momentu gdy nastąpi jakaś poprawa, a może i szersza zgoda na zmiany. Dziś jest gorzej niż było”.

      A więc – nie daliśmy rady. Jeszcze, jak słyszę, Prezydent próbuje się stawiać i ogłasza, że on nie pozwoli na to, by ktokolwiek obcy powoływał i odwoływał nam sędziów, ale jest oczywiste, że nawet jeśli on rzeczywiście nie pozwoli, to od razu usłyszy, że nie pozwalać to on może najwyżej ministrowi Czarnkowi, a od nas wara. 

      Nie daliśmy więc rady.  Natomiast ja do tego co powiedział Premier mogę dodać już tylko tyle, że choć oczywiście podzielam jego diagnozę, że nigdy tak źle jak dziś nie było, i dziś nie ma najmniejszego sensu, by prowadzić dotychczasową, tak strasznie doraźną walkę z tym złem, to jestem pewien, że z każdym miesiącem będzie jeszcze gorzej i jedyne na co możemy liczyć, to to, że jakimś cudem dotrwamy do jesiennych wyborów i jeśli tylko Polacy wytrwają, wtedy owo zło w sposób naturalny zdechnie. Tak nam dopomóż Bóg!



 

środa, 17 listopada 2021

Ile można dostać w Kaliszu za bycie głupim?

      Przyznać muszę, że gdy wczoraj dotarła do mnie informacja o tym że Wojciech Olszański vel Jabłonowski poszedł siedzieć, ucieszyło mnie to niemal tak samo jak wiadomość wcześniejsza, a więc ta, że ów komediant został zatrzymany, doprowadzony i ładnie sfotografowany na tym krzesełku. Czemu tak? Otóż mam tę swoją wstydliwą słabość, że niektóre funkcjonujące publicznie osoby do tego stopnia działają mi na nerwy, że w swojej bezradności nie jestem w stanie pozbyć się tego marzenia, by zobaczyć ich jednoznacznie i do końca pokonanych, a wspomniane krzesło i te kraty znakomicie owo marzenie wypełniają. Tak na marginesie, to jest też powód dla którego kolejna z wczorajszych wiadomości, ta mianowicie że zmarł Kamil Durczok, wcale mnie nie ucieszyła, a wręcz przeciwnie zmartwiła jak jasna cholera.

       A zatem, powtórzę raz jeszcze, bardzo mnie cieszy myśl o tym, że ten bezczelny idiota siedzi za kratami i z pewnością nie jest tam traktowany z jakąś szczególną atencją. Ktoś zapyta, skąd ta pewność. Stąd mianowicie, że nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że jeśli najpierw prokuratura, a następnie sąd w Kaliszu uznały za stosowne Olszańskiego posadzić, to nie w wyniku fachowej oraz do końca sprawiedliwej oceny jego winy, ale ze względu na polityczne zapotrzebowanie. A skoro tak, to nie wyobrażam też sobie, by przy tego rodzaju zmowie, oni się zatrzymali w pół drogi i mu darowali choćby jedną chwilę z tych trzech miesięcy. A zatem, jeszcze raz – miło mi bardzo widzieć jak Olszański dostał po uszach, tak samo jak byłoby mi miło widzieć, jak po uszach dostaje nawet nie Nowak, Tusk, Komorowski, czy Sikorski, którzy prawdopodobnie zasługują nie tylko na trzymiesięczny areszt, ale ciężki pobyt w ruskich kazamatach, ale choćby cała banda znanych nam tak zwanych aktywistów, którzy od 10 już z górą lat, kiedy to najpierw ruszyli z bon motem „Krwawa Mary i Zimny Lech”, a dziś szarpią się z policją 10 każdego miesiąca i przebierają nogami nie mogąc się doczekać aż do tych dwojga dołączy ten trzeci, wywołują w dobrych ludziach najgorsze instynkty.

       Poszedł więc Olszański siedzieć, ja mam z tego powodu satysfakcję, natomiast świadomość tego, że on nie tylko padł ofiarą swojego skretynienia, ale przede wszystkim zmowy między skorumpowanymi sądami a rządzącą elitą, ową radość skutecznie mi psuje. O co konkretnie poszło? Otóż trafiłem dziś na portalu wpolityce.pl na informację o owych trzech miesiącach aresztu, a w niej na takie kwiatki: „antysemiccy prowokatorzy”, „nawoływanie do nienawiści”, „sąd w całości podzielił argumentację prokuratury”, „żaden inny środek zapobiegawczy nie jest w stanie zagwarantować prawidłowego toku postępowania karnego w tej sprawie”,  „obawa matactwa procesowego ze strony podejrzanych oraz ukrycia się, a nawet ucieczki w celu uniknięcia odpowiedzialności karnej”, „grupa dopuściła się działań, które skutkować mogły wykreowaniem negatywnego wizerunku Polski na arenie międzynarodowej”, etc. Przepraszam bardzo, ale co to ma być? Ja bym zdecydowanie bardziej wolał, by na to co się stało, prokuratora, sąd, oraz prawicowe media zareagowały jednym, prostym, niemal jak z Marqueza, zdaniem: „Siedzisz baranie, nie przez to żeś złodziej, ale przez to, żeś głupi” i tyle. Każde dodatkowe słowo w tym wypadku to zwyczajny skandal, a te zacytowane wyżej, to skandal nad skandale. Ja mam uznać, że Olszański siedzi, bo „dopuścił się działań, które skutkować mogły wykreowaniem negatywnego wizerunku Polski na arenie międzynarodowej”? Tacy Franek Starczewski, Babcia Kasia, czy Klaudia Jachira, że już nie wspomnę o tych wszystkich europosłach, którzy kompromitują Polskę, gdziekolwiek wypluta przez nich ślina wyląduje, kreują ów negatywny wizerunek od rana do wieczora i co? Czy kaliska prokuratura się na to oburza?

        Również wczoraj odezwał się publicznie człowiek, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, a który jest podobno nawet pisarzem, o nazwisku Bartek Sabela, i wygłosił następujące oświadczenie: „Polsko zniknij proszę, przestań istnieć, spierdalaj jak najdalej razem ze swoimi flagami, godłami, hymnami, granicami i dumną historią”.

         Proszę więc bardzo o wyjaśnienie mi, jaki inny środek zapobiegawczy poza aresztowaniem na trzy miesiące jest w stanie zagwarantować „prawidłowy tok postępowania karnego w sprawie”, oraz uniknięcie „matactwa procesowego ze strony podejrzanego oraz ukrycia się, a nawet ucieczki w celu uniknięcia odpowiedzialności karnej”, gdy chodzi o Bartka Sabelę? Zachęcam też przy okazji do zastanowienia się, jak by potraktowali owego Bartka kaliscy prokuratorzy i sędziowie, gdyby on ten swój ciekawy komunikat nieco przeedytował i wyszłoby mu coś takiego:

Izraelu zniknij proszę, przestań istnieć, spierdalaj jak najdalej razem ze swoimi flagami, godłami, hymnami, granicami i dumną historią

      I teraz właśnie bardzo bym chciał się też dowiedzieć, w jaki to sposób ów Bartek Sabela jest lepszy od Wojciecha Olszańskiego, który aktualnie siedzi za kratami i czeka na wyrok, który już z całą pewnością został ustalony i który z całą pewnością wybije mu z jego durnego łba te wszystkie popisy, a jego kolegom też da coś do myślenia. Pewnie się tego nie dowiem, i to mnie smuci, ale najbardziej mi szkoda tego że nie ma żadnego sposobu, byśmy się mogli zająć również tym co się zagnieździło w głowach tych co wspomnianego Bartka Sabelę stworzyli.



wtorek, 13 kwietnia 2021

Z życzeniem długich lat życia dla sędziego Gąciarka i jego paczki

 

      Jak pewnie większość z nas wie, głównym tematem wczorajszych doniesień stało się wypuszczenie przez niejaką sędzię Agnieszkę Domańską z aresztu Sławomira Nowaka, a ja, ze względu na i tak zdecydowanie nadmierną liczbę dotyczących tego zdarzenia komentarzy, nie widziałbym najmniejszego powodu by się do komentowania owego zdarzenia podłączać, gdyby nie pewna drobna rzecz, która mnie tu zdecydowanie zainspirowała. Otóż w reakcji na powszechne oburzenie jakie zwolnienie Nowaka wywołało, Onet postanowił zwrócić się do współpracujących z nim branżowych ekspertów o opinię na temat owej Domańskiej i oto najpierw pewna nieczynna już sędzia Kluziak zaświadcza, że „Domańska ma wyjątkowo niezależny charakter. Do tego jest rzetelna, pracowita i zawsze można na nią liczyć”. Po Kluziak przed redaktorem Onetu staje niesławny sędzia Igor Tuleya i on z kolei informuje, że życzy ministrowi Ziobro, by ten „znalazłszy się w sytuacji takiej jak Sławomir Nowak, trafił na sędziego tak rzetelnego jak pokazała to Agnieszka Domańska”, sędzia „o której jasno można powiedzieć, że nigdy nie była w żaden sposób zaangażowana politycznie”. No i wreszcie trzeci niezależny ekspert, „służbowo podległy sędzi Agnieszce Domańskiej sędzia Gąciarek, starając się w niczym nie odstawać od swoich kolegów sędziów, informuje że „Sędzia Domańska to osoba w pełni profesjonalna i bardzo doświadczona, niezależne od wszelkiego rodzaju nacisków. Sędzia w całym tego słowa znaczeniu”.

      Ale sędzia Gąciarek dodaje coś jeszcze, na co zwróciłem uwagę szczególną i co sprawiło, że zdecydowałem się na dzisiejszy komentarz. Otóż mówi on tak: „Obawiam się jednak, że może ponieść tego konsekwencje. Wielokrotnie w ostatnich latach sędziowie podejmujący decyzje nie po myśli władzy musieli mierzyć się z postępowaniami wdrażanymi przez mianowanych przez Ziobrę rzeczników dyscyplinarnych”. Mam nadzieję, że wszyscy doskonale widzimy bezczelność tego z czym mamy do czynienia. Agnieszka Domańska, w sposób oczywisty na polecenie Donalda Tuska, wydaje decyzję o zwolnieniu Nowaka z aresztu, grupa sędziów, waląc w rząd jak w kaczy kuper, wychwala Domańską pod niebiosa, żaden, dosłownie żaden, z nich  ani przez moment nie demonstruje jakiegokolwiek, nie mówię strachu, ale choćby respektu wobec czy to ministra Ziobry, czy premiera Morawieckiego, prezydenta Dudy, czy osobiście prezesa Kaczynskiego, a sędzia Gąciorek mrugając do nas oczkiem, żali się jednocześnie jak to oni wszyscy nie znają dnia ani godziny, jak ich kariera zawodowa zostanie brutalnie przerwana przez reżim. Tylko dlatego że postanowili być strasznie niezawiśli i niezależni.

        Otóż moim zdaniem zarówno zachowanie sędzi Domańskiej, jak i reakcja branży na jej wybryk, dobitnie świadczą o tym, że oni doskonale wiedzą, że nawet jeśli do końca swojej sędziowskiej kariery będą wydawać wyroki czy to zlecone przez tak zwaną „górę”, czy też wynikające wyłącznie z ich zasmarkanej fantazji, wyroki, które będą budzić wyłącznie społeczny szok i niedowierzanie, nic im nie grozi, bo póki co, nie ma takiej siły, która byłaby w stanie urzędowo zakwestionować jakąkolwiek wydaną przez któregokolwiek z nich decyzję. Mało tego, oni mają też pełną świadomość, że mogą - podobnie jak ta kobieta opluwająca policjantkę - w nieskończoność demonstrować swoją pogardę dla politycznej władzy i całego świata, w przekonaniu, że to właśnie ich niezawisłość i niezależność daje im to prawo. I że każda próba poskromienia tego szaleństwa zostanie potraktowana jako zamach na konstytucyjny porządek i demokrację.

       Skąd zatem to ich nieustanne podenerwowanie, przeradzające się niekiedy wręcz w histerię? Otóż oni się autentycznie boją nie Ziobry, czy Kaczyńskiego, lecz wspomnianej przez sędziego Gąciarka Izby Dyscyplinarnej, tyle że nie w związku z tym co ona mogą zrobić Domańskiej za wysługiwanie się Tuskowi – bo tu, jak już wspomniałem, polskie państwo ma związane ręce – ale przez to, że owa Izba może ich wziąć za twarz za korupcję, pijaństwo, złodziejstwo, oszustwa, oraz wszelkiego rodzaju moralne zepsucie, z którym to środowisko jest za pan brat niemal od zawsze – swoją drogą pod każdą długością i szerokością geograficzną. I to stąd tak wielu z nich, nie ukrywając swojej nienawiści do obecnego rządu i prowadząc wobec niego – a w efekcie wręcz wobec polskiego państwa – całą serię oczywistych działań prowokacyjnych, czyni to wiedząc, że czas biegnie nieubłaganie i że zwycięzca tej potyczki może być tylko jeden. No i wiedzą też, że ten kto przegra, przegra wszystko. I tego się tak bardzo boją. No i stąd ta nieprzytomna wręcz agresja.

         Wspomniałem o tym że owo zepsucie przeżera środowisko sędziowskie nie tylko w Polsce i w dzisiejszych czasach, ale wszędzie i od początku wieków. Niektórzy z nas lubią piosenki Boba Dylana. Mam wrażenie, że on akurat miała na tym punkcie obsesję jeszcze w początkach swojej artystycznej kariery i parę jego piosenek zdecydowanie mogło wyrażać i nasze emocje. Proszę posłuchać naprawdę poruszającego tekstu zatytułowanego "Seven Curses", który z odpowiednim życzeniem chętnie zadedykuję sędziemu Gąciarkowi i jego kumplom z ferajny.



        

wtorek, 24 listopada 2020

Gdy Sekta włącza piąty bieg

       Przyznaję bez bicia, że w owym natłoku wydarzeń, których masa zaczyna powoli przeradzać się w chaos, którego przynajmniej ja już nie potrafię kontrolować, jedyne dwie myśli, jakie mi po głowie chodzą, to z jednej strony najszczersze współczucie dla premiera Morawieckiego, który dziś musi się jednocześnie mierzyć z pandemią, brukselską agresją, ulicznymi rozróbami lokalnego lewactwa, nie zapominając oczywiście o codziennym utrzymywaniu naszej Polski w pozycji w miarę wyprostowanej, a z drugiej, sytuacja w Stanach Zjednoczonych, której rozwój, wbrew temu co się niektórym wydaje, może wręcz decydująco wpłynąć na to co przed nami, i to nie tylko dziś, ale przez najbliższe lata. No i jest jeszcze coś, o czym ostatnio myślę dość często, a mianowicie to, jak się mają rzeczy wewnątrz tak zwanego obozu zjednoczonej prawicy i  wpływ jaki na na to co się tam dzieje ma – lub może już przestał mieć  – Jarosław Kaczyński.

       O Ameryce pisałem już wystarczająco dużo, na temat awantur urządzanych na zmianę przez różnego rodzaju wewnętrzne i zewnętrzne ośrodki, pisać mi się nie chce, gdy natomiast chodzi o ewentualny kryzys w obozie rządzącym, nie mam tu żadnej wiedzy, a zatem też pozostaje mi jedynie czekać na rozwój wypadków i jak zawsze od tylu lat, liczyć na to że Prezes wszystko odpowiednio poskleja.

      I oto w momencie gdy po raz kolejny uznałem, że nie jestem w stanie powiedzieć nic  takiego, co bym sam uznał za warte czyjejkolwiek uwagi, dotarła do mnie informacja z pozoru kompletnie błaha, a moim zdaniem bardzo jednak symboliczna, a przez to istotna. Oto proszę sobie wyobrazić, że jeszcze w dawnych dobrych czasach, gdy o koronawirusie nie słyszał nikt, którejś nocy w miejscowości Wałcz, pewna 55-letnia kobieta, niszcząc witrynę, ścianę, oraz zaparkowany w pobliżu samochód, wjechała swoim samochodem do miejscowego sklepu spożywczego, wysiadła, wzięła butelkę wódki, a następnie spokojnie odjechała. Ponieważ cały szturm został zarejestrowany przez znajdującą się na terenie sklepu kamerę, już na drugi dzień owa dziwna kobieta została najpierw zidentyfikowana, następnie zatrzymana, i wreszcie oskarżona o kradzież z włamaniem, zniszczenie mienia, oraz – last but not least – jazdę po pijanemu.

      Wiadomość na dziś jest taka, że oto właśnie Sąd Rejonowy w Wałczu rozpatrzył sprawę owej kobiety i skazał ją na na karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, oraz dodatkowo objął ją zakazem prowadzenia pojazdów przez trzy lata.

      Gdyby ktoś mnie zapytał teraz, skąd ja o tym wiem, to ze wstydem przyznaję, że informację tę znalazłem na portalu tvn24.pl, to co jednak muszę przy okazji zaznaczyć, to fakt że mimo wielu starań, nic więcej na ten temat nigdzie nie znalazłem, w tym oczywiście informacji na temat uzasadnienia wyroku, że już nie wspomnę o tym, że naprawdę bardzo bym chciał wiedzieć, kim była owa zdesperowana kobieta, skoro w pierwszej kolejności zdobyła się na aż tak ekscentryczny gest, a na dodatek teraz spotkała ją w odwecie tak straszna kara, że przez trzy lata będzie musiała szczególnie uważać, jeśli jej przyjdzie do głowy siąść za kierownicą, jak rozumiem, nowego samochodu. Jest bowiem tak, że, owszem, można w wielu miejscach znaleźć informacje na temat samego zdarzenia sprzed roku, gdy chodzi jednak o dzisiejszy wyrok i okoliczności jego wydania – pełne milczenie. Po obu zresztą stronach.

     Ja oczywiście biorę pod uwagę to, że ową kobietę chwilę przed owym atakiem na sklep, spotkało jakieś wyjątkowe nieszczęście, z którym ona nie potrafiła sobie poradzić w inny niż ten szczególny sposób, no ale skoro tak, to ja nie dość że potrafię ją znakomicie zrozumieć, to w dodatku uważam, że ona powinna była być przez Sąd Rejonowy w Wałczu uniewinniona jako osoba działająca poza jakąkolwiek kontrolą, czyli zwyczajnie niewinna. W tym przypadku jestem nawet gotów przystąpić do Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, jako ten, kto będzie usprawiedliwiał każdy przypadek szaleństwa, które spada na te biedne głowy niemal każdego dnia. Przepraszam jednak wszystkich bardzo, ale jest coś co mi każe przypuszczać, że owa pani S. – bo w ten sposób została ona zaprezentowana przez tvn24.pl – to nie byle kto. I że jeśli ona faktycznie przeżywała jakiś szczególną tragedię, to ona bezpośrednio wynikała z tego, że Polska wpadła w łapy faszystów, którzy chcą nas wypisać z Unii Europejskiej. No i jeszcze coś: że to nie jest była pracownica owego zaatakowanego sklepu.

        A zatem, jeśli mam tu rację, to uważam też że ów wyrok jest dla nas wszystkich nie mniej istotny niż choćby najświeższe wystąpienia Marty Lempart.



 

wtorek, 3 marca 2020

Wirus, czyli o tych co odlatują i tych co zostają


      Planowałem dziś wreszcie napisać dłuższą refleksję o koronawirusie, jednak ostatecznie pomyślałem sobie, że tu nie ma się co napinać, wystarczą te 444 słowa, jakie co tydzień publikuję w „Warszawskiej Gazecie”, a tu na blogu po raz kolejny dam od siebie odetchnąć. Jest jednak tak, że uczę kogoś, kogo od pewnego czasu traktuję jako swego rodzaju tego blogu czytelnika-symbol i przez to staram się bardzo, by przynajmniej w każdy wtorek i piątek czekał tu na niego przede wszystkim kolejny felieton. Zdecydowałem zatem, że tak zostawić tego nie mogę.
      Dodatkowo jeszcze, rozmawialiśmy sobie niedawno o Bobie Dylanie, więc uznałem też, że nie zaszkodzi jeśli dziś właśnie zamieszczę tu tekst jeszcze z roku 2009, którego jednym z bohaterów był właśnie Dylan, a którego mój specjalny uczeń zapewne nie czytał. Mało tego; ów tekst był w pierwszej kolejności poświęcony nie tyle Dylanowi, co temu, do czego zostało doprowadzone polskie sądownictwo, a więc tematowi, który w sposób całkowicie bezczelny i zdecydowanie skuteczny został tu w Polsce przykryty właśnie przez wspomniany koronawirus. No więc proszę bardzo, za jednym razem mamy wszystko: i Dylana i sędziów, a nawet wirus, wprawdzie nie korona, ale kto wie, czy nawet nie poważniejszy. Na tego mniejszego zresztą i tak czas przyjdzie w najbliższy weekend.      



      2 stycznia 2009, w Richmond w stanie Virginia, zmarł w wieku 69 lat William Devereux "Billy" Zantzinger. Myślę, że część czytelników tego bloga wie, o kogo chodzi. Tym natomiast, którzy są zbyt młodzi żeby wiedzieć, albo po prostu jakoś tę historię przegapili, pragnę przypomnieć, że William Zantzinger, 9 lutego 1963 lutego o 1.30 w nocy, w hotelowej restauracji w Baltimore, „zabił biedną Hattie Carroll laską, którą zakręcił wokół swojego palca z pierścieniem z brylantem...".
      Skąd ja to wiem? Od Boba Dylana oczywiście. To znaczy, jeśli mam być zupełnie ścisły, to od Dylana wiem, co William Zantzinger zrobił. O tym natomiast, że zmarł, dowiedziałem się od młodszego Toyaha, który zamiast uczyć się do matury grzebie, grzebie, grzebie… no i wygrzebał. A więc William Zantzinger nie żyje. Jednak tamtej zimowej nocy już niemal pół wieku temu, w tamtym hotelu, 24-letni William Zantzinger, plantator tytoniu, człowiek bardzo bogaty i o rozległych politycznych koneksjach, bawił się w hotelowej restauracji, bardzo mocno pijąc i ogólnie zadając szyku. Historia nieomal jak z tandetnego filmu. Siedział więc ten Zantzinger w tym eleganckim hotelu, bawiąc się i pijąc ze swoimi znajomymi, w ręku cały czas trzymał laskę-zabawkę, którą sobie sprawił za głupie 25 centów i którą się bawił jak dziecko, aż wreszcie zażyczył sobie od obsługującej ich czarnej kelnerki, żeby mu przyniosła kolejnego drinka. Ponieważ ta się, jego zdaniem, ociągała, walnął ją tą laską najpierw po plecach, a następnie w głowę tak mocno, że laska rozpadła się na części, a ona umarła. Nazywała się Hattie Carroll. Przypominam: to nie były lata 30-te. Był to rok 1963. Stany Zjednoczone.
      Bob Dylan napisał swoją piosenkę zatytułowaną „Lonesome Death Of Hattie Carroll” – jak się mogę domyślać – z dwóch powodów. Przede wszystkim, jak sądzę, zainteresowało go to, że facet się wścieka na kelnerkę, że ta go zbyt powoli obsługuje, więc ją zabija. Drugi powód, dla którego Dylan zainteresował się tematem był, jak sądzę taki, że ponieważ Zantzinger był biały i bogaty, a Carroll czarną, biedną, na dodatek starą i tylko kelnerką, sędzia uznał postępek Zantzingera za nieumyślne spowodowanie śmierci i skazał go na sześć miesięcy więzienia. Myślę, że to wystarczyło. Nawet gdyby sam Dylan wiedział już, pisząc swoje wielkie dzieło, że Zantzingerowi sąd odroczył wykonywanie kary ze względu na żniwa, że z różnych humanitarnych względów Zantzinger odsiedział wyrok w wyjątkowo łagodnym więzieniu i że za dobre sprawowanie wyszedł po trzech miesiącach, niewiele by to zmieniło. Pierwsze wrażenie i tak było wystarczająco mocne.
     Pisałem tu stosunkowo niedawno o zabójstwie pewnej 16-latki z Kętrzyna. Zabił ją jej chłopak, który najpierw zrobił jej dziecko, później zażyczył sobie aborcji, a ponieważ ona nie chciała, to się zezłościł i ją zamordował. Zastanawiałem się więc, kto tego Kubusia (bo tak mu rodzice dali na chrzcie) tak starannie wyedukował, że – będąc niewątpliwie przeciętnym kretynem – to akurat wiedział: że na trudne chwile aborcja jest dobrym rozwiązaniem. I przypominałem sobie inną piosenkę Boba Dylana, również sprzed lat, o pewnym bokserze, który zginął na ringu, w której to piosence Dylan zastanawia się, kto tak naprawdę tego boksera zabił: czy ten drugi bokser, który go uderzył,  a może sędzia, który nie przerwał walki, bo się bał, że sala go wybuczy, publiczność, która darła mordy "Zabij go!", a może dziennikarz sportowy, który tę walkę nakręcał, a może facet, który sprzedawał na nią bilety? Taka poezja. Ciekawe – na marginesie – że ów Davey Moore zginął zaledwie półtora miesiąca po śmierci Hattie Carroll. Szczególny rok, prawda?
      Napisałem więc tekst na moim blogu, z jednej strony dumając nad różnymi ważnymi sprawami, a z drugiej wyrażając żal, że jakoś cierpimy na szczególny brak Dylanów i pewnego rodzaju wrażliwości. Sprawa jest, jak się okazuje, dość aktualna nawet jeśli już dziś wiemy, że nam się akurat tak poszczęściło, że zamiast jednego Dylana mamy paru Pilchów. Gdybyśmy natomiast zamiast nawet pięćdziesięciu Pilchów, mieli ćwierć Dylana, moglibyśmy może się zastanowić nad kilkoma bardzo ważnymi sprawami. Chodzi bowiem o to, że w owej piosence o śmierci Hattie Carroll, Bob Dylan z niespotykanym talentem literackim kreśli cztery obrazy. Pierwszy z nich pokazuje scenę zabójstwa, w drugim pokazuje Zantzingera i całe jego 24-letnie tło, w trzeciej widzimy Hattie Carroll, z jej kolei nędzną historią i czystą niewinnością, a to wszystko po to, żeby wreszcie na koniec obejrzeć sobie sędziego z jego powagą, dostojeństwem i – oczywiście – niezawisłością. Pozwoliłem sobie przetłumaczyć dla nas tę ostatnią zwrotkę, bez rymów, ale za to w odpowiednim rytmie, żebyśmy mieli pojęcie, do czego tak naprawdę tu zmierzam:
W pięknej sali sądowej, sędzia stuknął swym młotkiem,
By pokazać, że wszyscy są dziś równo słuchani
I że prawo się nie da ni naciągać ni skręcać
I że nawet elita karę swoją odbierze
Gdy policja dopadnie i pod sąd ich sprowadzi
I że drabina prawa nie ma dołu ni góry
I popatrzył na tego co zabił tak sobie
Bo mu przyszło do głowy, bo tak mu się chciało,
I przemawiał w swej todze tak głęboko i szczerze
I wezwał surowo do pukuty i kary
I dostał Zanzinger pół roku bez mała”.
___________________

      Ostatnio, przy najróżniejszych okazjach, co jakiś czas zmuszeni jesteśmy wszyscy wysłuchiwać najbardziej zakłamanych i przy tym zdecydowanie idiotycznych dyskusji na temat tak zwanych niezawisłych sądów. Z jakiegoś, kompletnie dla mnie niezrozumiałego powodu, jednym z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie, stanowczych osiągnięć Trzeciej RP stało się powszechne przekonanie, że idiotą może być pan dziennikarz, lekarz, nauczyciel, piosenkarz, aktor, adwokat, prokurator, inżynier, a nawet pan poseł, pan minister, pan premier i pan prezydent – dosłownie każdy, z wyjątkiem praktycznie dwóch tylko osób – mianowicie pana sędziego i pani sędzi. I nie ma znaczenia, czy sędzia jest stary czy młody, doświadczony, czy niedoświadczony, bardzo elokwentny, czy bełkoczący bez ładu i składu. Jedno jest poza wszelką dyskusją – że sędzia nie może się pomylić, nie może oszukać, nie może zwyczajnie zgłupieć, albo równie zwyczajnie się zapętlić. O nie! Każdy, tylko nie sędzia. Sędzia z samej swojej definicji jest mądry, sprawiedliwy, bezstronny i niezawisły i każdy kto to kwestionuje jest niemalże przestępcą, a w najgorszym wypadku głupcem.
      Doszło do tego, ze wczoraj chyba Jarosław Kaczyński wyraził się o sędzi, która – w sposób dla każdego zwykłego obserwatora – czytając wyrok w sprawie spotu PiS-u, wystawiła się na czyste pośmiewisko, słowami „młoda dama”, czy jakoś tak, i posypały się na niego natychmiastowe gromy. Że co? Że w taki sposób on śmie charakteryzować sędzię???? Toż to skandal i hańba! Jakim prawem? Zbudowaliśmy wspólnymi siłami tę demokrację i tę europejską kulturę, a tu przychodzi jeden z drugim i ma czelność kwestionować pozycję kogoś takiego jak sędzia! Cóż to za białoruskie zwyczaje?
      A ja pamiętam z mojej kariery nauczycielskiej jeden epizod. Zdarzyło mi się przed laty uczyć grupę sześciu sędziów. Tak wyszło, że same panie. A ja powiem zupełnie uczciwie, że w życiu nie zdarzyło mi się spotkać grupy osób tak tandetnych i niepoważnych, jak one. Nawet biorąc pod uwagę to, że ja naprawdę byłem zaskoczony tym, co mnie spotkało i tym niezwykłym kontrastem między moimi oczekiwaniami, a stanem faktycznym, efekt i tak był sam w sobie piorunujący. Myśmy się spotykali przez rok i one się przez cały ten czas, dwa razy w tygodniu, zachowywały jak nie przymierzając nauczycielki w gimnazjalnym pokoju nauczycielskim. Ile razy tam przychodziłem, czekałem z przerażeniem aż którejś z nich wypadnie z torebki magazyn dla dziewcząt „Bravo Girl”. Nie przesadzam. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu uznałem, że tu nie ma żartów. Że po wyższych uczelniach, wali się kolejny mur; że już autentycznie nie zostaje nic. Wydawało mi się – jak się okazuje, naiwnie – że po tych ciężkich studiach prawniczych, po tych wszystkich aplikacjach tych egzaminach, tej mitycznej już wręcz walce, nie ma, że tak to ujmę, bata – trzeba coś mieć. Okazało się, że nie; że tu też nie trzeba mieć dokładnie nic.
      Więc ja oczywiście wiem, co tam się dzieje i czego się po tych ludziach można spodziewać. I to najprawdopodobniej bez względu na to, czy mamy do czynienia z sędziami sądu okręgowego, czy sądu najwyższego. Różnica najprawdopodobniej jest tylko taka, że jedni bardziej od innych zadzierają nosa. Ja wiem, że te stare skecze z Monty Pythona, gdzie sędziowie najczęściej byli równie śmieszni i niepoważni, jak cała reszta tego pythonowskiego pejzażu. Z piosenki Dylana, która mi się dziś przypomniała, wynika dokładnie to samo. Że w prawdziwie nowoczesnym świecie, a nie w kraju, który dopiero co zaczął do tego świata aspirować i to na dodatek w tak nędznym i niskim stylu, kwestia szczególnej pozycji sądu i sędziego nigdy nie była dyskutowana. Zwyczajne społeczeństwa, i to nie społeczeństwa sprzed 100 lat, ale całkiem świeże, już od lat budujące lepszą i mądrzejszą demokrację, nigdy nie potrzebowały ani żadnych lewych autorytetów, ani żadnych pseudo-kulturowych zakazów, ani też jakiegokolwiek cywilizacyjnego alibi dla usprawiedliwiania czyichś ciemnych sprawek. Oczywiście, niewiele – jak się okazuje – im to dało. Ale przynajmniej wszystko co spieprzyli, poszło na ich konto, a nie na konto jakichś, podsuniętych im przez ludzi złych i głupich, przesądów.
      Bardzo bym był ciekawy zobaczyć, co by się działo, gdyby dziś pojawił się u nas ktoś równie utalentowany i podobnie wrażliwy, jak Bob Dylan i zaśpiewał piosenkę o parszywym prawie i parszywie służących temu prawu parszywych sędziach. Piosenkę o podobnym jak u Dylana ładunku goryczy, złośliwości i gniewu. Już słyszę te inteligenckie fuknięcia. Już widzę te marsy na tych czołach, które od notorycznego braku kontaktu ze zgiętym palcem już zupełnie utraciły swoją tradycyjną funkcję.
      Jest jednak coś w tym wszystkim pocieszającego. Na końcu i tak jest zawsze to samo. Wraz z nadejściem nowego roku, jak się właśnie okazało, przekonał się też o tym William Devereux "Billy" Zantzinger. A najprawdopodobniej wiele lat przed nim jeden amerykański sędzia.




piątek, 7 lutego 2020

Cukierkiem w skroń, czyli powrót do przyszłości


Dziś postanowiłem zrobić coś, na co nigdy wcześniej się nie poważyłem, a mianowicie pwtórzyć swój tekst zaledwie sprzed kilku miesięcy. Jak wiemy, powtarzanie wcześniejszych notek weszło mi już w krew, jednak zawsze były to refleksje bardzo dawne, co do których choćby nie mogłem mieć pewności, czy większość dzisiejszych czytelników tego bloga je w ogóle zna, czy choćby pamięta, no ale żeby wracać do czegoś, co własciwie jeszcze nie ostygło, to już przesada. Stało sie jednak tak, że wczoraj telewizja TVP Info, w ramach propagandowej akcji zohydzania nam tak zwanej „kasty”, kilkakrotnie poinformowała o tym, że człowiek, który swego czasu zeżarł w „Biedronce” cukierek za 40 groszy został w procesie odwoławczym skazany na 20 złotych grzywny plus stówę kosztów sądowych, no i oczywiście nie omieszkała zauważyć, że ci sędziowi to już zupełnie oszaleli, skoro ciągają człowieka, w dodatku biednego emeryta, po sądach za głupi cukierek. Przypomniano nam tamtą sprawę, a ja oczywiście w jednej chwili dostałem starej cholery, tyle że tym razem jeszcze bardziej powiększonej przez to, że już nie dowiedzieliśmy się, że problem polegał na tym, że ów wygłodniały biedaczek mógłby spokojnie sobie dalej żyć, gdyby za tego cukierka zapłacił, o co obsługa sklepu go grzecznie prosiła, tyle że on się zaparł i zamiast tego pierwsze co zrobił, to popędził na skargę do TVN-u, a oni zrobili resztę.
W czym rzecz. Oto proszę sobie wyobrazić, że ja wchodzę tu do swojej „Żabki”, żeby kupić piwo, a ponieważ akurat wpada mi pod rękę jakiś Snickers, czy Mars, zjadam go i próbuję wyjść jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna przy kasie mówi mi, żebym za ten batonik zapłacił, a ja jej na to, że nie zapłacę, bo po pierwsze on mi w ogóle nie smakował, a poza tym niech ona się nie wygłupia i nie robi awantur o głupie parę złotych. Na to ona, że w tej sytuacji ona będzie musiała za niego zapłacić, bo właściciel uzna, że to ona mu te batoniki podjada, zwłaszcza że takich jak ja, ona ma tu dziesiątki dziennie. No to ja jej na to, że to jest jej problem. Ona zatem zamyka sklep, wzywa psy, psy przyjeżdżają, a ja im mówię, że nie zapłacę, bo nie będę brał udziału w jakimś teatrze absurdu, no a na końcu powiadamiam o tym co mnie spotkało media i zostaję bohaterem walki z bezdusznym wymiarem sprawiedliwości.
Przepraszam bardzo, ale po czymś takim, ilu z nas miałoby jeszcze ochotę przychodzić tu i czytać te moje wypociny? Po co komu jeszcze jeden idiota? Tymczasem emeryt ze Szczecina wraca ponownie na czołówki portali informacyjnych, znów w glorii męczennika w wojnie o rozsądek.
Przepraszam wszystkich bardzo, ale tu nie daję rady i kiedy słucham tych wszystkich mądrali tłumaczących mi, że 40 groszy to nic takiego, a poza tym przecież oni w tych sieciówkach cały czas coś rozdają ludziom na zachętę, to aż mnie skręca. W tej sytuacji zatem, skoro temat wrócił, to i ja wracam ze swoim tekstem sprzed zaledwie 4 miesięcy wyłącznie po to by sobie ulżyć. Kto chce, niech sobie poczyta, albo kolejny raz, albo – kto wie – może po raz pierwszy. A kto nie, to do widzenia, do jutra.


      Przed wielu już dziś laty miałem okazję uczyć pewnego dyrektora pracującego dla sieci Carrefour. Powiedział mi ów człowiek, że jednym z największych nieszczęść na jakie natrafia sieć, jest to, że liczba drobnych kradzieży dokonywanych każdego dnia w prowadzonych przez nią sklepach, w końcowym rozrachunku sprawia, że firma operuje na granicy opłacalności. Czy z tą opłacalnością było tak jak on mówił, to raczej wątpię, faktem jest jednak, że ja tych lekcji udzielałem w biurze umieszczonym nad tą halą, odgrodzoną od kupujących wielką szybą, i przez tę szybę mogliśmy obserwować bieżący ruch, i mój dyrektor zapewnił mnie, że w momencie, gdy my tu sobie miło spędzamy czas, któryś z ludzi, których widzimy, coś kradnie, a odpowiednie systemy najczęściej nie są w stanie nawet tego zauważyć.
         Przyznaję, że choć byłem pod wrażeniem, to nie poczułem szczególnego dreszczu. W końcu, co mnie obchodzi jakiś Carrefour? Nie podoba im się, niech spieprzają do Francji; tam z całą pewnością nikt ich nie będzie okradał. Któregoś dnia jednak rozmawiałem z dziewczyną z sąsiedniej „Żabki” i powiedziała mi ona, że prawdziwą plagą są nie tylko ci kupujący, którzy przy okazji zakupów, coś tam sobie lewą ręką ściągną z półki, ale ci już najbardziej bezczelni, co wejdą do sklepu, zdejmą z półki zgrzewkę piwa i jak gdyby nigdy nic wyjdą, a ona nie jest w stanie się nawet ruszyć, bo diabli wiedzą, co oni mają w kieszeni, lub choćby w pięści. No a te kradzieże idą oczywiście na jej konto, bo jak ona jest w stanie udowodnić, że to nie ona, lub jej chłopak, to piwo zwędził?
       Przypomniało mi się to moje doświadczenie, gdy wczoraj wszystkie – ich i nasze – portale poinformowały o nieszczęściu, jakie spotkało „pana Romana, emeryta ze Szczecina”, który tylko z tego powodu, że w sklepie „Biedronka” najpierw ściągnął z półki, a następnie zeżarł śliwkę w czekoladzie, by potem bez płacenia udać się na dalsze zakupy, został skazany przez sąd na 20 dni prac społecznych. Portal tvn24.pl posunął się wręcz do tego, by odwiedzić wspomnianego emeryta u niego w domu i nakręcić odpowiedni reportaż w wersji HD, gdzie ów biedaczek opowiada:
      „Byłem w Kołobrzegu na wypoczynku. W dniu 4 lipca udałem się do sklepu ‘Biedronka’ na ulicy Tarnowskiego 3, dokonałem tam zakupu kilku produktów, włożyłem te produkty do koszyka i przechodząc między półkami, odruchowo sięgnąłem po cukierka, sądziłem że sprawa się zakończyła, tymczasem 11 października otrzymałem wyrok nakazowy”. I tu stacja pozwala najpierw emerytowi odczytać całe orzeczenie, a następnie oświadczenie, że ponieważ on nie wyniósł nic poza sklep, tylko „skonsumował na miejscu”, to zarzut kradzieży jest absurdalny.
       W opisie przedstawionym przez portal sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca:
       „Pan Roman to 69-letni emeryt ze Szczecina. Wcześniej pływał jako marynarz w Polskiej Żegludze Morskiej. Jak sam mówi – opłynął cały świat. Jednak dopiero w Polsce spotkała go taka - w jego ocenie - absurdalna sytuacja. W wakacje wybrał się do Kołobrzegu. Jak relacjonuje, 4 lipca poszedł na zakupy do samoobsługowego sklepu jednej z sieci marketów. Znajduje się on przy ul. Tarnowskiego. W trakcie zakupów zauważył śliwki w czekoladzie sprzedawane na wagę. Jak tłumaczy, odruchowo wziął jednego cukierka i spróbował. Nie posmakował mu, więc zrezygnował z ich kupna. Po chwili jeden z pracowników sklepu zwrócił mu uwagę, że to kradzież. Pan Roman uznał to za nadinterpretację i kontynuował sprawunki”.
     Przepraszam bardzo, ale co to się do ciężkiej cholery dzieje? Ów były marynarz, co „opłynął cały świat” podpieprza z półki w „Biedronce” cukierka, pracownik sklepu, widząc, co się dzieje, każe mu za tego cukierka zapłacić 40 groszy, na co ten się stawia, bo on go nie ukradł, tylko zeżarł na miejscu, i wychodzi z godnością, a potem stacja TVN24 robi aferę na cała Polskę, że za jeden głupi cukierek, „Biedronka” ściga jakiegoś marynarza, który opłynął cały świat.
     Powiem zupełnie szczerze, że gdy chodzi o TVN24, ja jestem gotowy na wszystko i jestem już naprawdę bardzo blisko, by ich przestać zauważać. Podobnie problem z tym idiotą, który nie dość, że nie potrafił się opanować przed tym, by zwędzić ze sklepowej półki głupiego cukierka, to potem nawet nie chciał zapłacić za niego tych głupich 40 groszy, jest dla nas kompletnie nieinteresujący. Czerwona linia między zidioceniem a kłamstwem jest naprawdę cienka. To co mnie natomiast bardzo zastanawia, to to że ów news nie dość że zrobił wrażenie na telewizji TVP Info, która ową wiadomość zdecydowała się podać na swoim internetowym profilu, to jeszcze sprowokował do działania nadzorowaną przez Zbigniewa Ziobro prokuraturę, która postanowiła zaskarżyć wspomniany wyrok na korzyść naszego miłośnika słodyczy. Mam nadzieję, że wszyscy to widzimy: prokuratura wnioskuje o to, by oskarżonemu odpuścić wszystkie grzechy. Bo ten nie wyniósł, tylko zjadł na miejscu.
      Wszyscy dziś się przejmujemy oczywiście sytuacją po wyborach, zastanawiamy się, jak się sprawy potoczą zanim przyjdzie nam wybierać w wyborach prezydenckich. Niektórzy z nas koncentrują się na sprawach bardziej bieżących, takich jak choćby na wybrykach działaczy LGBT pod papieskim oknem w Krakowie. Tymczasem tu mamy tego złodziejaszka i potężną medialną organizację, która angażuje niewyobrażalne siły i środki, by go bronić przed... no właśnie, przed kim i przed czym? Czyżby przez to całe zamieszanie nawet oni stracili panowanie nad rzeczywistością, czy może w tym obłędzie jest jakaś metoda?





piątek, 17 stycznia 2020

Ile wynosi współczynnik wkurwiania u Janusza Lewandowskiego?


      Od wczoraj owa garstka z nas, którą polityka w ogóle jeszcze obchodzi, żyje dwoma wydarzeniami. Pierwsze z nich to rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie rzekomego łamania praworządności w Polsce i na Węgrzech, a dokładnie rzecz biorąc fakt, że ową rezolucję poparli wszyscy jak jeden posłowie Koalicji Europejskiej, drugie natomiast to opinia, jaką w tej samej sprawie skierowała do naszego Senatu tak zwana Komisja Wenecka, zachęcając w niej senacką póki co większość do nieustępliwej postawy wobec polskiego rządu.
      O zachowaniu brukselskiej lewicy gadać mi się nie chce, choćby z tego względu, że ja ich do pewnego stopnia rozumiem. Oni tam nie szli po to, by dzielić się ze światem swoimi przemyśleniami, ani tym bardziej po to, by się tam jakoś szczególnie intelektualnie napinać. Owa dziwna organizacja została stworzona przede wszystkim po to, by jej członkowie mogli skutecznie przewalać wszelkiego rodzaju budżety, walcząc jednocześnie o to, by z tego stołu mogli jak najwięcej – i jak najdłużej – zgarniać dla siebie, więc trudno jest się spodziewać, że choćby niewielka ich część będzie miała ambicję popisywania się tam jakąkolwiek niezależnością. Natomiast, owszem, zainteresowało mnie wystąpienie Komisji Weneckiej, a dokładnie ten jej fragment, w której ci dziwni ludzie wreszcie przedstawili nową i od dziś, jak sądzę, powszechnie obowiązującą odpowiedź na pytanie, czemu inni mogą, a Polska już nie bardzo. Chodzi mianowicie o te konkretnie słowa:
Są kraje demokratyczne, w których sądownictwo jest niezawisłe, mimo że nominacje sędziowskie są dokonywane przez władzę wykonawczą. Mimo to, Komisja Wenecka z zadowoleniem przyjmuje fakt, że praktycznie wszystkie nowe demokracje, w których w niedawnej historii sądownictwo zostało podporządkowane innym gałęziom władzy, ustanowiły Rady Sądownictwa”.
       To ciekawe zdanie było wczoraj wielokrotnie cytowane w naszych mediach, jednak, o ile czegoś nie przegapiłem, zabrakło tu koniecznego moim zdaniem komentarza. Otóż dotychczas było tak, że ile razy zadawaliśmy przedstawicielom kasty pytanie, czemu oni się tak pieklą na pisowskie reformy, jakoby przekazujące władzę sądowniczą w ręce polityków, czemu wciąż gadają o jakichś powszechnych rzekomo europejskich standardach, czemu oni nie chcą zauważyć, że są w Europie kraje – i nie mówimy o Rosji, czy Turcji, gdzie sądownictwo jest przez władzę wykonawczą wręcz trzymane za mordę i poprawiane butem, oni albo natychmiast zmieniali temat, albo powtarzali jak mantrę zdanie, że nie powinniśmy się interesować podwórkiem cudzym, lecz swoim. I oto wreszcie z pomocą przybiegła rzeczona Komisja Wenecka i przedstawiła opinię, że, choć owszem, gdzie indziej władza sądownicza nie jest formalnie niezależna, ale oni bardzo by chcieli, żeby w Polsce akurat była, i to była nie tylko tak, że rząd się nie będzie wtrącał w sędziowskie nominacje i konsekwentnie w owych nominatów niezawisłość, ale że całą kontrolę nad aparatem sprawiedliwości przekaże w ręce samego aparatu. Dlaczego? No, tego już nam nie wyjaśniono, jeśli przyjąć, że nie stanowi sensownego wyjaśnienia uwaga, że nasza polska demokracja jest jeszcze młoda i nieopierzona.
       No ale pojawiło się tu jeszcze coś bardzo interesującego. Otóż kiedy przeczytałem zacytowane wyżej zdanie, gdzie nas poinformowano, z czego Komisja Wenecka czerpie zadowolenie, przypomniałem sobie czasy, kiedy cała ta awantura o Polskę się dopiero rozpoczynała, a to przy okazji decyzji rządu w sprawie przywrócenia poprzedniego wieku emerytalnego. Dziś już, jak wiele innych zdarzeń, i to wypadło nam z pamięci, ale ja akurat sobie bardzo dobrze przypominam, rwetes, jaki nastąpił gdy chodzi o ów wiek emerytalny. W pewnym momencie otrzymaliśmy z Brukseli informację, że Europa absolutnie nie wyraża zgody na to, by w Polsce mężczyźni pracowali do 65 roku życia, a kobiety do 60, bo to nie jest zgodne z europejskimi standardami. I wtedy również, kiedy próbowaliśmy im tłumaczyć, że tu nie ma czegoś takiego jak europejskie standardy, bo w różnych krajach ludzie w różnym wieku przechodzą na emeryturę, pojawiła się opinia – dziś juz nie pamiętam, czy tu przypadkiem znów nie zabrała głosu Komisja Wenecka – że może i faktycznie tu i ówdzie ludzie wchodzą w wiek emerytalny wcześniej, ale Polska jest młodą demokracją, a Europie zależy, by te młode własnie demokracje wytyczały nowe standardy. Stopniowe przesuwanie wieku emerytalnego stanowi bardzo dobry pomysł, perspektywa jest już wytyczona, więc w Europie póki co będzie jak jest, ale gdy chodzi o Polskę, pozwolenia na pyskowanie nie ma.
        Pozostaje pytanie, czemu oni to robią? Czemu oni tak bardzo się angażują w wyszukiwanie tych idiotycznych kompletnie argumentów, zamiast powiedzieć temu, kto im wciąż zawraca głowę swoimi skargami na Polskę, że to iż stracił władzę to jego problem, a więc jeśli dziś tak bardzo chce ją odzyskać, to niech się sam o to postara? Krótko mówiąc, chciałbym wiedzieć, czemu ich to wszystko aż tak bardzo obchodzi? Otóż mam bardzo mocne przekonanie, że oni, nawet jeśli nie mają bladego pojęcia, o tym, co się dziś w Polsce naprawdę dzieje, to wiedzą bardzo dobrze, że ci, którzy gwarantują im zachowanie pełnej kontroli nad całym tym dobytkiem, sami utraconej władzy nie odzyskają, bo są na to zbyt głupi i gnuśni, a w dodatku przy tym do końca zepsuci. A w tej sytuacji oni czują, że muszą wciąż pisać te memoriały, opinie i ekspertyzy, później tu do nas z nimi przyjeżdżać i je gdzie się da wygłaszać.
      Powstaje pytanie, co w takim razie dalej. Otóż jestem pewien na sto procent, że to będzie trwało, dopóki ta tak zwana Europa ma tych idiotów się zwyczajnie nie – pardon me french – nie wkurwi. W momencie jednak kiedy oni stracą owo wsparcie, stracimy ich z oczu i z pamięci w jednej sekundzie. No ale znów ciekawe byłoby wiedzieć, co się musi stać, by ta cierpliwość się wypaliła. Tego niestety nie wiem, ale nie należy wykluczyć, że może już za kilka lat to im akurat zacznie się palić grunt pod nogami i wtedy ostatnią rzeczą, jaka ich będzie zajmować, to ratowanie pozostawionego w Polsce dobytku.
       


wtorek, 31 grudnia 2019

Do siego roku, czyli jak tu przeżyć jeszcze paru...


       Przyszedł wczoraj na chwilę do nas mój zięć i nie wiedzieć czemu z miejsca zadał mi pytanie o opinię na temat mijającego roku. Na to ja mu, również z miejsca, odpowiedziałem, że skoro przyszły nam na świat dwie śliczne i zdrowe dziewczynki, sprawa jest chyba dość jasna. On na to, ponieważ, jak sądzę, miał ochotę trochę ponarzekać, nieco zmarkotniał, uczciwie jednak przyznał, że skoro ja wystrzeliłem z aż tak grubej rury, to nie mamy co dalej gadać. Na to ja mu dołożyłem jeszcze fantastyczną pierwszą połówkę sezonu Liverpoolu i zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości i w tym momencie nasze podsumowywanie roku się zakończyło moim pełnym zwycięstwem.
       A szkoda, bo jeśli by dobrze poszukać, to znalazłoby się parę powodów do marudzenia, a ja w owej sytuacji ciężkiego niedopowiedzenia chciałbym dzisiejszy felieton poświęcić czemuś, co wedle wszelkich możliwych analiz stanowi w moim rozumieniu nasze prawdziwe nieszczęście, czyli sytuacji w polskich sądach. To jest bowiem moim zdaniem coś, co – nawet gdyby w wariancie najbardziej optymistycznym przyjąć, że władza Prawa i Sprawiedliwości przez długie lata będzie trwała niezagrożona – jeśli nie zostanie bardzo szybko rozwiązane, doprowadzi do tego, że wszystko to na co liczymy, da nam wynik jednoznacznie karykaturalny. Skąd ta dzisiejsza refleksja? Otóż również wczoraj, dotarła do mnie wiadomość, że sąd w Zamościu rozstrzygnął sprawę jeszcze z początku mijającego roku, gdzie dwóch żuli z okolicznej wsi zatłukło na śmierć pewnego człowieka. A było tak, że człowiek wracał z żoną i dwiema córeczkami samochodem z cmentarza i jednego ze wspomnianych żuli, który akurat przechodził drogą wraz ze swoją cizią, ochlapał błotem. W tej sytuacji żul szybko wywołał drugiego żula, z którym błyskawicznie ruszyli w pogoń za, jak rozumiem, znajomym kierowcą, dopadli go pod domem i tam, na oczach rodziny, rozwalili mu głowę czymś odpowiednio tępym i ciężkim, no i go zabili.
        Jak mówię, sprawa o zabójstwo właśnie się zakończyła i obaj sprawcy zostali skazani przez zamojskiego sędziego na odpowiednio pięć i cztery lata więzienia plus nawiązkę na rzecz osieroconych dzieci w wysokości po 50 tys. zł. na głowę. Czemu wspominam o tej nawiązce, mimo że i to co już przed nią, robi odpowiednio duże wrażenie? Otóż chcę przez to powiedzieć, że najpewniej sędzia nie dopatrzył się tu okoliczności łagodzących, a świadczyć też o tym musi to, że przy zeznaniach licznych świadków i wbrew argumentom obrony, że to bydło zostało przez swoją ofiarę sprowokowane, sąd uznał, że tam nie ma absolutnie okoliczności łagodzących i mamy do czynienia z czystą, niczym niezmąconą agresją.
       Ja jednak, jak czytelnicy tego bloga wiedzą, jestem zawsze nadzwyczaj ostrożny i uważam na każde swoje słowo, a więc i w tym wypadku zakładam, że było jednak tak, że ów zakatowany na śmierć człowiek, przede wszystkim przez swoją wrodzoną wredność, specjalnie ochlapał błotem tych dwoje. Biorę również pod uwagę, że któremuś z nich on jak najbardziej słusznie zalazł już wcześniej za skórę i oni mieli powody, by go szczerze nienawidzić, a ich nienawiść tym bardziej wzrosła po wspomnianym ochlapaniu. Biorę też pod uwagę, że argumenty obrony były jak najbardziej słuszne i faktycznie, kiedy ci dwaj swoją ofiarę w końcu dopadli, to, zamiast słowa „przepraszam”, usłyszeli najbardziej wulgarne obelgi i już naprawdę było im ciężko odłożyć to coś, co mieli pod ręką, i odejść w pokoju. No i wreszcie nie wykluczam faktu, że oni go wcale zabić nie chcieli, tylko zwyczajnie, jak to zwykli ludzie, dostali cholery na kogoś, kto na nic lepszego nie zasługiwał.
        Rzecz jednak w tym, że o ile mi wiadomo, żeby człowieka zatłuc na śmierć, trzeba się jednak bardzo mocno napracować. Żeby kogoś zabić, to albo trzeba mu strzelić z pistoletu prosto w ucho, albo wbić sztylet pod żebro, ewentualnie – o czym wiemy wszyscy aż nazbyt dobrze –  podłożyć bombę w samolocie. Żeby kogoś skutecznie pozbawić życia nie wystarczy przywalić mu deską w łeb. A więc domyślam się, że jeśli oni już osiągnęli znany nam wynik, to się nie oszczędzali. Taka też zresztą była ocena sądu w Zamościu. Oni go zabili, bo zabić chcieli, a dziś, jeśli tego co zrobili nie żałują, to tylko dlatego, że ich zdaniem jemu się należało.
      I efekt jest taki, że jeden z nich idzie siedzieć na pięć lat, a drugi na cztery, a jak znamy życie, obaj za dobre sprawowanie wyjdą na wolność za lat parę, a te dwie dziewczynki tych stu tysięcy nie zobaczą na oczy.
      No i teraz powstaje pytanie najważniejsze, czemu ów sędzia z Zamościa postanowił wydać taki a nie inny wyrok? Otóż, moim zdaniem, pierwsze co powinniśmy wykluczyć, to to, że on wykrzesał z siebie to nadzwyczajne chrześcijańskie ciepło, które mu kazało potraktować owych zbirów tak łagodnie. To jest zwyczajnie niemożliwe, nawet na Marsie. A skoro tak, to wszystko wskazuje na to, że on wydał ów wyrok, wiedząc, że dzięki temu zrobi odpowiednie wrażenie na tych, z którymi  walczy i oni może już teraz zrozumieją, że nie ma się co stawiać, bo naprzeciwko siebie mają system, do którego dostępu nigdy nie uzyskają. A jak to zrozumieją, to się wycofają.
      Taka to historia na koniec mijającego roku, który, jak wspomniałem na początku tej notki, był dla mnie nadzwyczaj dobry. Ponieważ domyślam się, że nie jestem tu jedyny, któremu wszystko się ostatnio udało, chciałbym przypomnieć, że są jeszcze miejsca, skąd może przyjść atak, którego zwyczajnie nie wytrzymamy. Dlatego też nie wolno nam się cofnąć ani o centymetr.



piątek, 13 grudnia 2019

O sędziowskich ryjach, paszczach i facjatach


Dziś zapraszam do czytania mojego najświeższego felietonu z "Warszawskiej Gazety".
   
   Jak z pewnością czytelnicy „Warszawskiej Gazety” zdążyli się zorientować, w ostatnich tygodniach, czy nawet miesiącach, nie ma praktycznie dnia, byśmy się nie dowiedzieli o tym, że gdzieś w Polsce kolejny sędzia wydał decyzję, czy wyrok, tak oburzający, że normalny człowiek nie dość, że nie jest go w stanie przyjąć na spokojnie, to gotów się zbroić i całe to tak zwane sądownictwo rozgonić w drobny kurz. Przy okazji też, kiedy tych spraw się nazbiera już wystarczająco dużo, wielu z nas, niemych obserwatorów tego obłędu, zaczyna się zastanawiać czy za tym nomen omen szaleństwem nie stoi przypadkiem jakaś wyjątkowo parszywa metoda. No i w końcu nieuchronnie pojawia się myśl ostateczna, że tak to właśnie musi wyglądać; że w rzeczy samej te wszystkie wyroki są takie jakie są, ponieważ stanowią jedynie prowokację, która ma na celu pokazanie wszystkim tym, którzy stracili szacunek do sądów i nie dość że ów brak szacunku artykułują, to jeszcze wysuwają jakieś żądania, że tak naprawdę nie mają nic do gadania, a jeśli mimo to próbują gadać, to wspomniane sądy urządzą im takie piekło, że oni wreszcie zamkną swoje głupie ryje i się uspokoją.
      I dziś właśnie chciałem parę słów na temat wspomnianych ryjów. Otóż w tych dniach na Twitterze Polskiej Policji pojawiło się uzasadnienie wyroku w sprawie przeciwko pewnemu stadionowemu bandycie, który nagrywając telefonem legitymujących go policjantów, powiedział: „Pokażcie mi swoje ryje”. Oto fragment wspomnianego uzasadnienia, podpisaneIgo przez sędziego Sądu Rejonowego w Chorzowie, Wojciecha Krucińskiego:
      Należy stwierdzić, iż słowo ‘ryj’ to określenie na przedłużenie żuchwy, występujące u niektórych zwierząt jak świnie, dziki, itp., a chodzi tu głównie o zwierzęta ryjące w ziemi, w poszukiwaniu pokarmu. W wielu słownikach to słowo występuje również jako pospolite określenie ludzkiej twarzy (np. w powiedzeniu ‘zamknij ryj’), będąc synonimem takich słów jak: morda, pysk, facjata, japa, paszcza, itp., bowiem samo słowo ‘ryj’ jest jedynie synonimem nieokreślającym cech wyglądu”.
     Otóż ja miałem w swoim życiu okazję poznać kilku sędziów i muszę powiedzieć, że gdy chodzi o jakikolwiek poziom, oni znajdowali się znacznie poniżej standardów, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Niektórzy z nich byli tak głupi, że to się wydawało wręcz nieprawdopodobne. A zatem, ja nie mam w stosunku do nich większych wymagań. To jednak, co przedstawiłem wyżej, przekracza nawet i te wyśrubowane przecież granice, a zatem, ja zwyczajnie nie wierzę, że sędzia Kruciński może być aż tak zdefektowany, by coś podobnego powiedzieć w dobrej wierze. Moim zdaniem, on dobrze wiedział co robi i robił to z wielką frajdą.
     W tej sytuacji, w moim przekonaniu, jedyne co nam pozostaje, to poprosić kolejną osobę, która będzie słuchana przez owego sędziego, by w pewnym momencie zaapelowała do niego, by „zamknął ryj”. Wtedy też się dowiemy, jak to naprawdę z tymi sądami jest.





niedziela, 13 października 2019

Mój pierwszy protest wyborczy


       Szanowna Państwowa Komisjo Wyborcza, Wielmożny Panie Prokuratorze, oraz Wielce Szlachetny Panie Sędzio!
        W ten nadzwyczaj ważny dla wszystkich miłujących demokrację obywateli dzień, pragnę donieść, że w dniu wczorajszym zarządzany przez reżim portal tvp.info złamał ciszę wyborczą, publikując na swojej stronie tekst zatytułowany „Wywozili do lasu i znęcali się nad ofiarami. Sąd zmniejszył wyrok dla gangsterów”. Ze wspomnianego artykułu dowiadujemy się, że, jak to w sposób jednoznacznie tendecyjny relcjonuje wspomniały portal, „Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że kara 5, 6 i 7 lat więzienia dla osób, które wywoziły swoje ofiary do lasu i znęcały się nad nimi, jest zbyt surowa”.
       Jak się dowiadujemy z dalszej częsci wspomnianego tekstu:
      Czterech mężczyzn ze Środy Śląskiej wywoziło do lasu swoje ofiary. Każda z nich była bita, i strzelano do niej z broni pneumatycznej. Celem gangsterów było podpisanie przez porwanych zobowiązania do oddania pieniędzy, których nie pożyczyli”.
       W dalszej części wspomnianego artykułu czytamy:
      W listopadzie 2018 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu postanowił wymierzyć napastnikom wyższą karę. Uznano, że przez znęcanie się nad uprowadzonymi należy zmienić klasyfikację czynów z bezprawnego pozbawienia wolności na przetrzymywanie zakładnika w celu zmuszenia go do określonego działania. I tak, Krystian G. został skazany na siedem lat więzienia, Damian G. i drugi Krystian G. na pięć lat, a Maciej S. na rok i dziesięć miesięcy.
       Wszyscy mężczyźni odwołali się od wyroku. Teraz Sąd Apelacyjny – odwrotnie niż Sąd Okręgowy – uznał, że nie można im przypisać wzięcia i przetrzymywania zakładnika, a tylko pozbawienie człowieka wolności. W ten sposób kary zostały zmniejszone na odpowiednio: 6,5 roku więzienia, cztery, trzy lata oraz rok pozbawienia wolności
”.
         Uważam, że jest rzeczą nie podlegającą dyskusji, że powyższa informacja, przekazana w ten a nie inny sposób, stanowi oczywiste naruszenie przepisów o ciszy wyborczej, zachęcając do głosowania na Prawo i Sprawiedliwość, która to partia od dłuższego już czasu atakuje polski wymiar sprawiedliwości i na tym ataku buduje swoje społeczne poparcie. W tej sytuacji, Telewizja Polska winna być pociągnięta do odpowiedzialności karnej za to, że naruszając ciszę wyborczą, szczuje przeciwko obecnie funkcjonującemu – co należy podkreślić, zgodnie z obowiązującym prawem –  systemowi wymiaru sprawiedliwości, a tym samym zachęca do głosowania w dzisiejszych wyborach na Prawo i Sprawiedliwość.
       Niech żyje demokratyczna Polska w demokratycznej Europie!


      
     


czwartek, 11 lipca 2019

O życiu w świecie bez granic opowieść ponura


      TVPiS – postanowiłem, że od dziś będę ich tak nazywał i to w jak najbardziej pozytywnym sensie – poinformowała mnie, że w Pruszkowie mieszkał sobie pan z panią i dwiema córeczkami, ale w pewnym momencie doszło do kryzysu, państwo się rozstali, a pani z dziewczynkami wyprowadziła się do Wrocławia, gdzie związała się ze ze znajomym transwestytą... a może z tak zwaną „osobą transseksualną” – tego dokładnie nie wiemy – no i ojciec dziewczynek zwrócił się do sądu o to, by polskie prawo zechciało chronić jego córki przed zepsuciem. Nie wiem, kim są ci państwo, nie mam pojęcia, o co im poszło, że nie mogli już więcej ze sobą wytrzymać, nawet nie próbuję dociekać, kto był głównym winowajcą owego smutnego rozpadu, wiem natomiast, że sąd po pierwsze zdecydował, że jeśli ojciec ma ochotę widywać się ze swoimi dziećmi, niech jeździ z Pruszkowa do Wrocławia, a po drugie że ma się przestać dopieprzać do tego, jak się prowadzi jego była żona i w jakich warunkach są wychowywane jego córki, zwłaszcza gdy „doświadczenie sądu” wskazuje na to, że tam panuje życie wypełnione miłością, różnorodnością i tolerancją, a wszystko to ubogacone wszystkimi kolorami tęczy.
      Wspominam o owym „doświadczeniu sądu” z dwóch powodów. Po pierwsze, w uzasadnieniu wyroku owo stwierdzenie rzeczywiście się pojawiło, a po drugie to jest kategoria prawna, która zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że to przez to w pierwszym rzędzie zdecydowałem się na te refleksje. W czym rzecz? Otóż kiedy słuchałem powyższej informacji, po raz pierwszy z prawdziwym przerażeniem zdałem sobie sprawę z tego, że ów społeczny podział, który przed laty stał się wręcz główną metodą zdobycia, utrzymania władzy, a dziś jej odzyskania przez środowisko Platformy Obywatelskiej, a który dziś coraz bardziej zatruwa nasze życie, będzie się już tylko coraz bardziej radykalizował i zarażał wszystko co wokół niego. A to musi doprowadzić do tego, że tego typu sytuacji, z jaką mamy do czynienia w przypadku tych państwa z Pruszkowa, będzie coraz więcej. Mało tego: ich będzie coraz więcej, ale przy okazji one będą coraz bardziej zradykalizowane i coraz bardziej bezczelnie egzekwowane.
      Znamy wszyscy sędziego Tuleję, a zwłaszcza jego wizerunek, gdzie ten siedzi za swoim stołem, niedbale opierając swój sędziowski łeb na dłoni, pozbawiony tradycyjnego łańcucha z godłem, wypluwający z siebie słowa, w których nawet nie próbuje ukrywać swoich politycznych obsesji. Czemu on tak robi? Czemu nie przyjdzie mu do głowy, że tak nie wypada? Otóż moim zdaniem przyczyna jest jedna: on do tego stopnia dał się ponieść falą politycznego konfliktu, że uznał iż on jako sędzia w Polsce rządzonej przez PiS, reprezentuje nie Polskie Państwo, ale jedynie – i aż – emocje i wartości, które dzieli wspólnie z popieraną przez siebie polityczną opcją. Jakie zatem są to wartości? Tu odpowiedź jest wbrew pozorom bardzo nieokreślona. Problem polega na tym, że wszystko zależy od rozwoju politycznej sytuacji. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, trzeba być gotowym na wszystko. Jeśli Platforma Obywatelska wejdzie w sojusz z Wiosną Biedronia, to będzie tak, jeśli z SLD to będzie nieco inaczej, a jesli z PSL-em, to jeszcze nieco mniej lub bardziej. A więc, jak mówię, trzeba byc gotowym na wszystko, nawet na uznanie, że małe dzieci wychowywane przez parę osób emocjonalnie zaburzonych, powinny się cieszyć, że odnalazły prawdziwy dom.
        Żyjemy w świecie, gdzie praktycznie każdego zdania jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę osób oraz instytucji. I choć oczywiście sądy stanowią tu element robiący wrażenie szczególne, mam na myśli również tak pozornie tu nieistotne miejsca jak szkoła, szpital, czy zwykła drukarnia. Ja oczywiście mam świadomość, że tam doszło do perfidnej bardzo prowokacji, niemniej przypadek owego drukarza który odmówił druku plakatów reklamujących ruch LGBT, jest bardzo znamienny. Mamy tu bowiem do czynienia dokładnie z tym samym szaleństwem, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku pani sędzi, która uznała, że dwie małe dziewczynki wychowywane przez mamę wariatkę i jej przyjaciela transwestytę, nie dość że nie są zagrożone, to jeszcze trafiły na prawdziwą złotą żyłę.
       Ciężko pisze mi się ten tekst, bo mam świadomość, że jest to temat, który zasługuje na znacznie głębszą rozmowę, a ograniczenia formy to uniemożliwiają. No ale skoro już się za niego wziąłem, spróbuję jakoś dobrnąć do końca. Otóż obawiam się, że siła, dziś w gruncie rzeczy społecznego, podziału z jakim mamy dziś do czynienia jest tak wielka, że przyjdzie w końcu moment, że poza tym podziałem nie będzie się liczyło zupełnie nic. A więc, że w końcu faktycznie dojdzie do tego, że – wiem, że sprowadzam sprawę do absurdu – dojdzie do ciężkiego starcia między dwiema demonstracjami, gdzie jedni wymordują połowę swoich przeciwników, a drudzy połowę swoich, a niezawisłe sądy podejmą decyzje oparte wyłącznie na głębokim przekonaniu poszczególnych sędziów, że wydają wyroki zgodnie ze swoim „doświadczeniem”.
      Ktoś mi powie, że wyważam otwarte drzwi, bo przecież każdy z na wie, że wszędzie na świecie wszelkie decyzje są niezmiennie podejmowane, owszem, w oparciu o przepisy, ale przede wszystkim z uwzględnieniem prywatnej wrażliwości. I ja to też bardzo dobrze wiem, mnie jednak chodzi o sytuacje, gdzie przepisy, wobec potęgi emocji, przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie, i to nie tylko na poziomie wykonania, ale również zewnętrznej oceny.
      Oto niedawno znany tu i ówdzie prowokator Rafał Betlejewski przedstawił na Facebooku zrealizowany przez siebie reportaż o pięcioletniej Zosi, która uznała, że nie jest Zosią, lecz Bartkiem i jej mama w jednej chwili nie dość, że zaczęła ją traktować jak chłopczyka, to jeszcze uznała za stosowne wymusić ten rodzaj traktowania swojego dziecka na innych. Ja oczywiście biorę pod uwagę to, że ów Betlejewski, jak to ma w zwyczaju, całą przygodę zainscenizował, załóżmy jednak że jest tak jak on opowiada: pięcioletnia Zosia postanowiła być Bartkiem, jej mama, jako osoba otwarta i nowoczesna, ową przemianę w pełni zaakceptowała i teraz już tylko czekamy na decyzję sądu, który stwierdzi, czy Zosia nie jest przypadkiem chłopczykiem.  Wydawałoby się, że sprawa jest prosta. Wystarczy zbadać sytuację w domu tej kobiety – ojca tam oczywiście nie ma – ocenić stan rzeczy i mamy jasność. Bo jest oczywiście możliwe – jak słyszę są na świecie tego typu anomalie, że dochodzi do konfliktu miedzy płcią naturalną, a płcią odczuwalną i jest on naprawdę ciężki do pokonania. Może jednak być też tak  – i to jest w naszej historii całkiem prawdopodobne – że mama Zosi – nie pierwsza i nie ostatnia znana nam wariatka – rodząc już jedną dziewczynkę, bardzo pragnęła mieć chłopczyka i kiedy znów pojawiła się dziewczynka, postanowiła stanąć na głowie, by z niej zrobić chłopczyka. Nie mówię, że tak było, ale jedynie że tak mogło być. Wszystko jednak można sprawdzić, i sprawdzić, dla dobra tego dziecka, należałoby.
       Ja jednak obawiam się, że kiedy już w Polsce nie ma podziału na prawicę i lewicę, kiedy tradycyjnie stosowane etykiety przestały mieć jakiekolwiek znaczenie i jedyny konflikt z jakim mamy do czynienia, to konflikt między cywilizacjami, gdzie obie strony żyją w przekonaniu, że z naprzeciwka idzie już tylko śmierć, owa Zosia – czy Bartek – ma przed sobą wyłącznie tę szansę, że za stołem sędziowskim zasiądzie ta a nie inna sędzia.
       Jak już wspomniałem, ciężko mi się pisze ten tekst, bo po zakończeniu każdego akapitu, mam poczucie, że jeszcze muszę coś dodać. No a tak, jak wiemy, pisać się nie da. 
       Słabo to wyszło, ale już nie będę nic zmieniał. Niech tak zostanie, a jako tak zwana punchline niech mi pozostanie wiadomość, która dotarła do mnie kiedy już napisałem ten tekst. Otóż okazuje się, że mama Zosi od pewnego już czasu organizuje różnego rodzaje akcje pomocy w swojej rzekomo trudnej sytuacji finansowej, a ostatni wybryk Betlejewskiego stanowi jedynie część szerszego planu. Co więcej owa Zosia to dziecko z bardzo ciężkim autyzmem, które ona bezwzględnie wykorzystuje do swoich biznesowych celów. Tym bardziej jednak została potwierdzona moja teza, że jeśli tylko będzie taka potrzeba i uda się nazbierać wokół wystarczająco dużo zdeterminowanych pracowników opieki społecznej, psychologów, lekarzy, czy wreszcie sędziów, będzie tak jak ma być i nic na to nie poradzimy. Pozostanie już tylko złość, że oni akurat znów sobie z nami dali radę.


piątek, 30 listopada 2018

Czy liżydupstwo to dobry sposób na Prezesa?


Jutro i pojutrze jestem na Targach Historycznych w Warszawie i nie wiem czy jeszcze uda mi się coś napisać. A zatem już dziś przedstawiam swój felieton z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” i do zobaczenia albo jeszcze jutro rano, albo dopiero w poniedziałek.

     Wprawdzie od procesu, jaki Lechowi Wałęsie wytoczył Jarosław Kaczyński upłynęło już dość dużo czasu, jego echo nie milknie, a ja podejrzewam, że nie umilknie przynajmniej do 6 grudnia kiedy sędzia Weronika Klawonn nie wyda wyroku nakazujacego Wałęsie Kaczyńskiego przeprosić. A że tak się stanie, jestem dziś przekonany.
      Oczywiście, ponieważ przede wszystkim znam sytuację, w jakiej znajduje się polskie sądownictwo, a dodatkowo znam polityczne upodobania wspomnianej sędzi, biorę pod uwagę możliwość, że gdy dojdzie co do czego, okaże się, że to Jarosław Kaczyński ma przepraszać Wałęsę. Niemniej, znając przebieg tej rozprawy i kierując się zdrowym, a nie partyjnym rozsądkiem, uważam, że Klawonn Wałęsę załatwi na czysto.
      Czemu więc zajmuje mnie ta kwestia aż tak, że poświęcam jej osobny felieton? Otóż moim problemem jest to, że podczas gdy sędzia Klawonn w sposób ewidentny sprawę przeciwko Wałęsie prowadziła wedle powszechnie przyjętych standardów sztuki sędziowskiej, spotkał ją z tak zwanej „naszej” strony hejt wręcz niewyobrażalny. I co najgorsze, nie mam na myśli głosu Internetu, ale jak najbardziej pierwszej ligi prawicowych mediów, oraz polityki. O co są pretensje? Główna sprowadza się do tego, że sędzia Klawonn trzymała cały czas stronę Wałęsy i prowadziła rozprawę tak, jakby to Kaczyński był osobą pozwaną. Gdy jednak chodzi już o konkrety, zarzuty są zaledwie trzy: po pierwsze, sędzia Klawonn nie ukarała Wałęsy gdy ten odmówił odpowiedzi na pytania, po drugie, sędzia towarzyszący zapytał Kaczyńskiego, czy on wciąż  bardzo cierpi z powodu śmierci brata i po trzecie wreszcie, Kaczyński był odpytywany trzy godziny, podczas gdy Wałęsa zaledwie pół. Poza tym nie ma nic. Zero.
       Od dawna twierdzę, że 90% naszego dramatu w każdym możliwym wymiarze zawdzięczamy naszej ignorancji i głębokiemu przekonaniu, że ona nam w żaden sposób nie przeszkadza w wyrażaniu opinii. W tym wypadku mamy do czynienia wręcz z manifestacją tego nieszczęścia. Otóż po pierwsze, sędzia mogłaby ukarać Wałęsę gdyby on odmówił zeznań jako świadek, a nie osoba pozwana. Jako pozwany, on może wręcz sądowi powiedzieć, żeby mu dał święty spokój, bo on jest głupi i nie rozumie co się do niego mówi. Po drugie, ponieważ proces dotyczył obrazy uczuć, sąd musiał poprosić Kaczyńskiego, by owe uczucia opisał. Po trzecie ostatecznie, to nie sędzia przez trzy godziny trzymała na nogach Kaczyńskiego, lecz adwokat Wałęsy.
     O co więc chodzi? Mógłbym pomyśleć, że posłowie Czarnecki i Tarczyński, czy redaktor Jachowicz to prości durnie, jednak za tym stałoby ewentualnie tylko podejrzenie, że nimi kieruje czyste lizusostwo. Jeśli bowiem oni sądzą, że Kaczyński się na to weźmie, to muszą być wybitnie głupi. A zatem pozostaje już tylko metoda. Oni świetnie wiedzą, że Klawonn nie można nic zarzucić, natomiast zależy im wyłącznie na tym, by robić zwykłe bydło.
      Po co? Aaaa… to już jest temat na osobny felieton.



Jak wspomniałem, w Warszawie pod Zamkiem trwają Targi Książki Historycznej, na których od kilku już dobrych lata regularnie spotykam się z Czytelnikami. Zapraszam wszystkich i tym razem w sobotę i niedzielę od 10 do 18. Siedzę lub stoję na stoisku Kliniki Języka nr 11

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...