Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lewica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lewica. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 listopada 2021

Jebać Trumpa, jebać PiS, jebać nas?

 

      Gdzieś tak w okolicach Wszystkich Świętych trafiłem na którejś z amerykańskich facebookowych grup zdjęcie, którego autor najpierw zakupił dziewięć dyń, następnie, tam gdzie zwykle wycina się dyni oczy, nos i buzię, pracowicie wyciął literki, w taki sposób, by po odpowiednim uszeregowaniu owe dynie utworzyły napis „Fuck Trump”, by w końcu swoje dzieło sfotografować i z dumą umieścić na Facebooku właśnie. Gest ów zrobił na mnie wrażenie z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że jest coś zupełnie niezwykłego w tym, że w sytuacji gdy Donald Trump od niemal już roku funkcjonuje poza jakąkolwiek władzą, w tym również i tą, jaką daje popularność medialna, i jak wiele na to wskazuje, władzy tej już nie odzyska, są ludzie którzy żyją tak jakby on wciąż ich po nocach straszył. To jest naprawdę nie do uwierzenia, jak dla niektórych, dopóki wciąż żyje, a kto wie, czy i nie dopóki oni żyją, Donald Trump wciąż pozostaje autentycznym zagrożeniem.

      Drugi powód mojego zainteresowania tymi dyniami jest taki, że owo „Fuck Trump” do złudzenia wręcz przypomina nasze swojskie „Jebać PiS” i tu jak też zaczynam podejrzewać, że jeśli kiedyś jakimś cudem Prawo i Sprawiedliwość utraci władzę, sama partia wraz z nazwą zostanie przez odnowiony wymiar sprawiedliwości zdelegalizowany, a Jarosław Kaczyński zostanie przykładnie rozstrzelany, to ci, którzy dziś ozdabiają swoje miejsca pobytu ośmioma gwiazdkami, będą to robić w dalszym ciągu, a kto wie, czy napędzeni nową odwagą, nie zdecydują się na bardziej bezpośrednie „Jebać PiS”.

       Ale jest coś jeszcze, co prowadzi mnie do faktycznego tematu dzisiejszych refleksji, a mianowicie niezwykłego podobieństwa owych haseł. Trudno jest bowiem uwierzyć, że tamto „Fuck Trump” i nasze „Jebać PiS” powstały niezależnie od siebie, zupełnym przypadkiem i że to owo podobieństwo emocji w sposób zupełnie naturalny, i to niemal jednocześnie, stworzyło coś tak – przyznajmy – nośnego. Otóż, moim zdaniem, ten kto wymyślił te osiem gwiazdek – i wcale nie uważam, że był to popularny rapper Taco Hemingway, bo on był zaledwie wynajętym medium – stanowi część czegoś w rodzaju międzynarodówki idei i czynu i to ta właśnie międzynarodówka tak dziś sobie znakomicie w Polsce radzi. I to na całej linii, a nie, jakby można było sądzić, tylko tu w walce z PiS-em.

      Jak wszyscy obserwujemy od dłuższego już czasu, dobrzy ludzie nie są w stanie się nadziwić, jak to liberalna część politycznej sceny, plus stowarzyszeni z nią dziennikarze, oraz różnego rodzaju artyści, wręcz modlą się o to, by szturmująca naszą wschodnią granicę arabsko-ruska dzicz wreszcie skutecznie rozprawiła się z polskim wojskiem i policją, najlepiej przy pomocy takiej broni, która zapewniłaby komentującym odpowiednio atrakcyjny spektakl. Czytamy różnego rodzaju komentarze, słuchamy wystąpień polityków i nie możemy się nadziwić, jak to jest w ogóle możliwe, by w tak krótkim czasie osiągnąć taki poziom nienawiści w stosunku do było nie było ludzi, którzy nie robią nic poza bronieniem polskiej granicy przed wrogim atakiem, a przy okazji bronieniem swojego zdrowia i życia. Jak to jest możliwe, że w konfrontacji polskiego wojska z obcym agresorem, niektórzy z nas stają po stronie obcych. Dotychczas, wydawałoby się, tylko najbardziej mroczni żule demonstrowali bluzy z napisem ChWDP: wygląda na to, że już za chwilę zaczną je zakłądać prominentni politycy opozycji. Zadaję sobie te pytania i nagle, jakby w jakimś olśnieniu, uświadamiam sobie, że przecież my tu nie mamy do czynienia z niczym nowym. Przecież ledwo co pisałem tu o paszkwilu wypuszczonym przez stację TVN24 na Mariusza Kamińskiego, gdzie wspomniano powszechnie znany fakt, jak to Stany Zjednoczone przegrały swą historyczną wojnę w Wietnamie wyłącznie dzięki antyamerykańskiej propagandzie lewicowych – innych nigdy praktycznie nie było – mediów. Starsi z nas doskonale pamiętają tamten czas, w tym i to, jak bardzo powszechny kształt ówczesnej popularnej narracji przypominał to, co widzimy dziś tu u nas, i co widzielibyśmy w wersji turbo, gdybyśmy dopuścili na granicę liberalne media, politykó, czy celebrytów..

         Na ale i to nie wszystko, nie chodzi bowiem wyłącznie o nienawiść do własnego kraju, czy choćby nielubianej władzy. Podczas szczególnie nasilonej propagandowej dywersji w czasach Wietnamu miało oczywiście znaczenie, że prezydentem był Richard Nixon, podobnie jak znaczenie ma to, że dziś w Polsce władzę ma Prawo i Sprawiedliwość, a ci wszyscy co wspierają agresywne działania Rosji oraz Białorusi liczą na to, że porażka Polski w tym starciu pozwoli im odzyskać polityczną władzę. Tu jednak mamy też do czynienia z czymś znacznie bardziej autentycznym, a więc motywowanym ściśle ideologicznie współczuciem dla rzekomych ofiar owych reżimów. Tak jak Ameryka przełomu lat 60 i 70 nie mogła oderwać wzroku od płonących w ogniu napalmu biednych wietnamskich dzieci, oraz rozstrzeliwanych przez okrutnych Marines bojowników Viet Congu, tak samo dziś owa najbardziej zdegenerowana część Polski wpatruje się w oczy wygłodzonych irackich dzieci i zapuszczone twarze ich rodziców, pragnących niczego więcej ponad własne szczęście, i biega po podlaskich lasach w poszukiwaniu trupów.

        Otóż tu mamy również do czynienia z czymś co Amerykanie nazywają ideologiczną agendą i która od kilkunastu lat jest bardzo agresywnie realizowana od Waszyngtonu po Berlin, a ostatnio nawet i po Warszawę. We wspominanej tu niedawno książce Tuckera Carlsona jest fragment poświęcony interesom Marka Zuckerberga i w pewnym momencie trafiamy na następujące słowa:

„Prawdopodobnie po to by zaszczepić się przeciwko ewentualnej krytyce ze strony elit, Zuckerberg postanowił zaangażować się w modne polityczne tematy. W roku 2013 uruchomił projekt o nazwie FWD.us w celu wspierania masowej imigracji. Grupa zorganizowała bardzo agresywny lobbying przeciwko działaniom służb imigracyjnych, naciskając na amnestię wobec 11 milionów imigrantów przebywających obecnie na terenie kraju, i dokładając do tego żądanie przyznania wszystkim im obywatelstwa i praw wyborczych”.

       Zajrzałem na internetową stronę owej organizacji i wszystko się jak najbardziej zgadza Już na samej górze widzimy zdjęcie jakiejś meksykańskiej, czy innej, z tego samego geograficznego kierunku, rodziny, ze szczególnie oczywiście wyeksponowanymi smutnymi oczami dzieci i słowa Zuckerberga:

„Zapewnijmy wszystkim wolność realizowania swoich celów – nie tylko dlatego, że tak jest słusznie, ale dlatego, że im więcej ludzi ze swoich marzeń stworzy coś wielkiego, skorzystamy na tym wszyscy”.

       Proszę zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Mamy Marka Zuckerberga, jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi na świecie oraz rok 2013, a więc czas, kiedy nikomu z nas nawet się nie śniło, że przyjdzie czas, że polscy politycy będą biegali po lasach szukacjąc uchodźców, a relacjonujący sprawę dziennikarze zachęcali owych uchodźców, by zaczęli wreszcie do polskich żołnierzy strzelać. Mija od tego czasu 8 lat, a ja nagle sobie uświadamiam, że to wszystko jest wyprodukowane w jednej fabryce. Mało tego: to jest jeden i ten sam produkt, a tym durniom wydaje się, że odkryli coś nadzwyczaj oryginalnego. Byłoby to oczywiście zabawne, gdyby nie to, że wiele wskazuje na to, że przeciwko temu złu nie ma obrony. Podczas rozmowy z dziennikarzem Bobem Greenem były już prezydent Nixon wspomina, jak to podczas przemówienia, w którym zapowiedział wycofanie kolejnych 25 tys. żołnierzy z Wietnamu, podeszła do niego może 15 letnia śliczna dziewczyna, krzyknęła "Ty morderco"  i splunęła mu w twarz. Czekajmy aż nasi dzisiejsi aktywiści zapoznają się z tą historią. Będzie o czym mówić.

 


czwartek, 3 grudnia 2020

Przyszli Marsjanie i chcą się przytulić

 

Oryginalny komentarz na temat tego, co ostatnio z przerażeniem obserwujemy, a na co zwrócił również uwagę we wczorajszej notce niezastąpiony Integrator, próbuje zamieścić jutro, dziś natomiast chciałbym przypomnieć swój tekst sprzed lat, kiedy dzisiejsza fala dopiero nadchodziła, ale już wtedy można było zobaczyć to niewyobrażalne szaleństwo. Bo nie oszukujmy się, to z czym mamy dziś do czynienia, to nic innego jak napaść Marsjan. I to w najlepszym dla nas układzie rzeczy.

 

 

       Nie będę ukrywał, że niezbyt się dobrze czuję w sytuacji, gdy przychodzi mi komentować, i to w dodatku po raz kolejny, sprawę tak zwanych „uchodźców”, jednak obłęd, którego niemal każdego dnia jesteśmy wszyscy świadkami, nie pozwala mi się tak naprawdę zająć czymkolwiek innym. Dlaczego tak mi źle z tym tematem? Przede wszystkim, ja nie bardzo lubię sytuację, kiedy ten blog staje się zbyt mainstreamowy, a trzeba przyznać, że w ostatnich dniach o uchodźcach już rozmawiają nawet dzieci na przerwach w szkole, a gdzieniegdzie nawet przy śniadaniu w przedszkolach. Komu więc potrzebny jestem jeszcze ja? Drugi powód jest może jeszcze bardziej istotny, a chodzi mianowicie o to, że jeśli się wsłuchać we wszystko to, co zostało na ten temat powiedziane, nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek jeszcze ukrył się jakiś oryginalny argument. Pisałem parę razy o tych Erytrejczykach w Szwajcarii, bo miałem wrażenie, że o zagrożeniu, jakie owa historia opisała akurat u nas pies z kulawą noga nie wspomniał… no ale poza tym, cóż można powiedzieć więcej?

      I oto nagle doszła do mnie informacja, że Kinga Dunin – gdyby ktoś nie pamiętał, to ta pani, której przez pewien czas usługi seksualne świadczył wybitny polski pisarz Ignacy Karpowicz, za co ona finansowo wspierała jego twórczy komfort – w felietonie zamieszczonym na łamach „Krytyki Politycznej”, zachęcając polskie kobiety do poślubiania syryjskich uchodźców, napisała co następuje:

„Martwimy się o asymilację? Nie ma lepszego sposobu na asymilację niż małżeństwo, jak wiadomo. Miłość jest w stanie pokonać wszelkie kulturowe przeszkody. Przy okazji może niektórzy zmienią schaboszczaka z kapustą na coś zdrowszego. A piękne i liczne dzieci (polskim mężczyznom, jak widać po wskaźnikach, płodzenie słabo wychodzi) staną się wspaniałymi polskimi obywatelami. Mężczyźni zaś będą mieli motywację – żona, dzieci – do wytężonej pracy”.

      Ktoś powie, że Dunin to idiotka, w dodatku idiotka wzgardzona przez jakiegoś taniego pederastę, a więc powinno się ją traktować adekwatnie do jej zasług, i ja oczywiście jestem gotów ową argumentację zrozumieć. Rzecz jednak w tym, że już niezależnie zupełnie od tego, co owa Dunin ma w głowie, ona ze swoimi opiniami tworzy część pewnego szczególnego propagandowego frontu, który ostatnio się bardzo uaktywnił i robi wrażenie, jakby miał na celu zorganizowanie nam tu w Polsce takiego piekła, że się z niego nie wyrwiemy przez długie lata. A wszystko z powodu wspomnianego idiotyzmu właśnie.

      Co mam na myśli? Otóż u granic Europy stoją już w tej chwili miliony ludzi – w sposób oczywisty i jednoznaczny, kulturowo i cywilizacyjnie nam obcych – w oczekiwaniu na to aż my wreszcie pozwolimy im tu wjechać i zmienić nasze życie na zawsze, a wielu z nas w jakimś nieprawdopodobnym zaślepieniu zaczyna głosić nauki o rzekomej uniwersalnej solidarności i powszechnej miłości, z taką intensywnością, że już tylko można się dziwić, że w naszych galeriach handlowych od rana do wieczora nie jest grany wielki przebój Johna Lennona „Imagine”. I, owszem, trzeba przyznać, że głos Kingi Dunin brzmi tu szczególnie donośnie, co jednak nie zmienia faktu, że ten obłęd zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Przecież nie oszukujmy się, czym jest wczorajsze wystąpienie premier Kopacz na temat miłości i nienawiści, jak w gruncie rzeczy powtórzeniem tego, co nam próbowała powiedzieć Kinga Dunin?

      W tej sytuacji, chciałbym bardzo powrócić tu do słynnego filmu Tima Burtona „Marsjanie atakują”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, sytuacja jest taka, że na wiadomość o tym, że lada dzień na Ziemi mają wylądować Marsjanie, wszyscy – dosłownie wszyscy – reagują histerią, którą można porównać już tylko do tego, z czym mamy do czynienia dziś, a co starałem się opisać powyżej. No i w momencie, gdy oni wszyscy w niemal religijnym uniesieniu czekają na tych Marsjan, aż oni przybędą i poszerzą nasze pole wolności, ci lądują, wyciągają swoją fikuśną broń i w sposób najbardziej okrutny niszczą wszystko, co im wejdzie w drogę. Bez dyskusji, bez sentymentów i co ciekawsze, bez śladu zrozumienia sytuacji. Owi Marsjanie to przede wszystkim całkowicie inny wymiar w tym sensie, że gdy my po naszej, ziemskiej stronie mamy cały wachlarz wrażliwości, poczynając od ludzi podłych, głupich i złych, po jedynie dramatycznie naiwnych, tam jest świat, który pod względem moralnym można oceniać mniej więcej tak deskę w przydrożnym płocie.

      No i tu Kinga Dunin proponuje, by nasze dziewczyny wychodziły za mąż z tych muzułmanów, bo oni przynajmniej są prawdziwymi mężczyznami. A premier Kopacz wzywa do powszechnej miłości i tolerancji. W tej sytuacji ja mam do opowiedzenia pewną historię. Oto w sklepie w sąsiedztwie pracuje pewna zaledwie 19-letnia, moim zdaniem bardzo ładna i rezolutna dziewczyna. I oto opowiedziała mi ona właśnie, że parę dni temu w sklepie pojawił się pewien bardzo przystojny mężczyzna o śniadej urodzie, powiedział, że jest z Jordanii i zaczął ją namawiać do tego, by się z nim romantycznie związała. Mówił jej, że ona jest najpiękniejsza na świecie, że on ją kocha, że nie może przez nią spać, że jest gotów dać jej nawet tysiąc, a nawet dwa tysiące złotych, by ona z nim poszła na kolację. Ona odmawiała, on wracał na drugo dzień, gonił ja po całym sklepie, prosił by pozwoliła się chociaż pocałować, ostatecznie jednak, widząc, że ona jednak ma swój honor, po kilku dniach zniknął. Opowiedziałem tę historię córce, a ona mi na to, że ona to wszystko zna, bo raz że ma parę koleżanek, które miały tego typu przygody, a dwa że i one mają swoje znajome i z tych wspólnych opowieści wynika, że owi muzułmanie właśnie tacy są; oni krążą po okolicy i próbują wyciągać co się wyciągnąć da. Zgodnie ze znaną nam skądinąd muzułmańską zasadą, że Allah wprawdzie zabronił kłamać, ale zrobił jeden wyjątek, gdy idzie o kobiety. Moje dziecko, jak twierdzi, osobiście zna jedną dziewczynę, która poznała jednego z nich w czerwcu, a dziś są już po ślubie.

      W tej więc sytuacji ja już mam tylko dwie rzeczy do powiedzenia. Oto nasz ulubiony artysta Morrissey w swoim czasie zaśpiewał piosenkę – nie, nie o Arabach – której fragment brzmiał następująco:

On nie chce cię zasmucić.
O nie, on ci tylko chce zaimponować.
Chce tylko opanować twoją kulturę
I zaprzyjaźnić się z tobą na zawsze.
Bengali, Bengali,
Zapomnij o swoich zachodnich planach
I zrozum, że życie z tobą jest wystarczająco
trudne.
Ta srebrna obwódka na twoich butach,
Ta gwiazda na kostce, która tak oślepia,
Ten tak wysoki żółty obcas
Przypomina mi, bym ci powiedział
Łagodnie
‘Zapomnij o swoich planach.”
Życie z tobą jest wystarczająco trudne…

      No a już na sam koniec, fragment filmu „Marsjanie atakują”. Bardzo znaczący. Życzę wszystkim dobrej zabawy.



 

wtorek, 1 grudnia 2020

Peggy Noonan: Zakochani w śmierci

Jeszcze wczoraj wieczorem Integrator zamieścił tu krótki filmik wraz ze swoim jeszcze krótszym komentarzem, a ja sobie myślę o tych kobietach, które zostały w tak brutalny sposób zmuszone do straszliwej wręcz autokompromitacji i zastanawiam się, czy kiedy one – widząc chyba przecież, co się dzieje, a mimo to brnąc dalej w jakimś kompletnym zamroczeniu – kierowały się złością na tego, kto spróbował odsłonić jej prawdziwą duszę, czy wciąż tym samym zachwytem nad śmiercią, który je opętał już na zawsze. Proszę teraz może na początek obejrzeć wspomniany film, a potem wrócić tu i przeczytać – niektórzy już po raz drugi – tekst Peggy Noonan, który przetłumaczyłem z myślą o Czytelnikach i opublikowałem tu jeszcze w roku 2012. O ludziach najwyraźniej bez pamięci zakochanych w śmierci. Przykro mi, ale wygląda na to, że tym razem nie przyniosę choćby okruchu pocieszenia.




 

      Bóg stworzył świat, lub nie.

      Bóg stworzył nas, lub nie.

      Jeśli tak, to maleńkie ludzkie życie zostało dotknięte świętością, i wciąż tą świętością jest wypełniane. Jeśli to prawda, musiałoby to dotyczyć każdego człowieka, a nie tylko tych wybranych. I znów, jeśli to prawda, każde ludzkie życie jest cenne, ma wartość nieskończoną, godne jest najwyższego szacunku.

      Większość – może nie wszyscy, ale pewnie większość – z tych, którzy wspierają prawo Terri Schiavo do życia, wierzą w to co zostało powiedziane wyżej. I ta wiara tłumaczy ich pasję i ich emocje. Wierzą oni, że prowadzą walkę o ludzkie życie, które jest bezcenne i niezastąpione. Są jak owa słynna matka, która znalazła w sobie dość siły, by unieść tył swojego samochodu, by uwolnić przyciśnięte do ziemi dziecko. To jest właśnie ta desperacja, by ratować życie; to jest ów zastrzyk adrenaliny, który sprawia, że na ten ułamek sekundy stajesz się nad-człowiekiem, i robisz coś co jest niemożliwe.

      I to jest właśnie to, co próbują robić oni.

      Oni nie chcą, by niewinne ludzkie życie zakończyło się z przyczyn, które wyglądają na tak bardzo praktyczne, i tak bardzo z tego świata. Ów świat mówi, że jakość życia pani Schiavo jest super niska, a więc jej życie nie ma sensu. Odpowiadają więc oni na to: „A kto powiedział, że nie ma sensu? I czym w ogóle jest ów sens? Może sensem jest już samo życie?”

      Emocji, jakie kierują ludźmi głoszącymi potrzebę odłączenia pani Schiavo od aparatury nie rozumiem. Co im każe się tak angażować? Czy to wszystko dlatego, że są oni tak pełni współczucia, i na samą myśl, że pani Schiavo cierpi, krwawią im serca? Ale przecież od samego początku, jak ta sprawa jest dyskutowana, nikt nigdy nie stwierdził, że Terri Schiavo dręczy fizyczny ból, tak jak to ma miejsce w przypadku osób konających na raka.

      Jeśli jednak to jej ból każe im się tak o nią troszczyć, dlaczego wydają się zupełnie niewzruszeni bólem, jaki jej zadano, kiedy pozbawiono ją jedzenia i picia. I dlaczego argumentując za prawem pani Schiavo do tej śmierci, używają oni tak bardzo agresywnego języka? Przewodniczący Amerykańskich Demokratów nazwał Republikanów ludźmi „bez mózgu”. Michael, mąż pani Schiavo, o przywódcy parlamentarnej większości, Tomie DeLay, powiedział, że to „obleśna żmija”.

      Każdy kto zabierał publicznie głos w obronie prawa pani Schiavo do życia otrzymywał maile, które robiły wrażenie jakby były dyktowane przez osoby psychicznie niestabilne, a pisane przez wariatów. Na portalu Democratic Underground ktoś napisał, że „faszystom należy skopać dupy”. W miniony wtorek twarz Jamesa Carville [popularny demokratyczny polityk – przyp. Toyah], kiedy przeklinał Republikanów, że chcą uratować życie pani Schiavo, wykrzywiło tak nieprawdopodobne szyderstwo, że aż można było ujrzeć jego dziąsła. Gdybyśmy nie wiedzieli, jaki to w gruncie rzeczy pan Nikt, moglibyśmy uznać, że oto przed nami pojawił się prawdziwy Szatan.

      Czemu więc oni wszyscy tak bardzo zaangażowali się w to, by ta kobieta umarła?

      Otóż mam wrażenie, że oni są w śmierci zakochani.

      Czego symbolem jest dla nich życie Terri Schiavo? Co im chodzi po głowie, kiedy pomyślą, że ona jednak może żyć?

      Dlaczego owa perspektywa życia tak strasznie ich złości? I znów, jeśli czujemy, że życie Terri Schiavo stanowi bezcenny dar od Boga, pasja z jaką go bronimy, jest oczywista. Pasja demonstrowana przez zwolenników śmierci już zrozumiała nie jest. Nie jestem w stanie pojąć ich pewności siebie. Jak idzie o samą wiedzę, osobiście nie mam pojęcia, czy jakakolwiek poprawa w leczeniu Terri Schiavo wchodzi w grę. Mam oczywiście taką nadzieję, wiedzy jednak już nie. I nikt z nas wiedzieć nie może, natomiast z pewnością możemy się „mylić stając po stronie życia”. Skąd jednak ci, co stają po stronie śmierci wiedzą, że nie ma mowy o poprawie, o wyleczeniu, o cudzie wyzdrowienia? Wygląda na to, że oni się wręcz zakochali w tych wciąż przez siebie powtarzanych frazach o „stanie wegetatywnym”, o „śmierci mózgowej”, o „korze mózgowej w stanie ciekłym”.

      Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ludzie, którzy, zresztą podobnie jak ja, tak bardzo się angażują w ochronę wielorybów, uważają, że kampania na rzecz ratowania człowieka jest tak mało interesująca. Nie umiem zrozumieć ich braku emocji. A mimo to jest faktem, że ludzie poświęcający się walce o ratowanie wielorybów jakoś niezbyt często są jednocześnie ludźmi, których można spotkać wśród tych, którzy sprzeciwiają się aborcji. Działacze PETA, organizacji na rzecz etycznego traktowania zwierząt, ci sami, którzy opowiadają, jak to bardzo zależy im na tym, by skończyć z okrucieństwem wobec zwierząt, robią wrażenie, jakby problem późnej aborcji, która jest przecież jednoznacznym przykładem okrucieństwa, tyle że tym razem wobec człowieka, ich w żaden sposób nie interesował.

      Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie, walczący o zaprzestanie wierceń na Alasce, na rzecz zachowania piękna lokalnej przyrody, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się zaangażować walkę na rzecz ratowania piękna, jakie jest w człowieku.

      Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy, którzy postulują wstrzymanie wykonywania kary śmierci, tak by każdy przypadek przejrzeć raz jeszcze pod kątem badań DNA – gest świadczący o wielkim współczuciu w stosunku do tych, którym udowodniono bardzo ciężkie przestępstwa – nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, by pewnej kobiecie, której nikt nigdy nie oskarżył o jakiekolwiek przestępstwo, też dać jeszcze jedną, może ostatnią szansę.

      Istnieją w Ameryce kobiece organizacje, bardzo mocno zaangażowane w walkę o prawa kobiet dręczonych przez swoich mężów, kobiet bitych i pogardzanych. Wciąż z ich ust słyszymy o tym, jak to kobieta nie jest własnością mężczyzny. I świetnie. Tylko dlaczego owe dobre kobiety nie zaangażują się w walkę o życie Terri Schiavo. Jak by one wyjaśniły swój brak zaangażowania w tej sprawie? Jeśli pani Schiavo umrze, umrze z ręki swojego męża, i tylko z tej ręki. Bo to on właśnie zapewniał wszystkich, że ona bardzo chciała, a może chciałaby, a może tylko w pewnej rzekomej rozmowie lata temu mówiła, że by chciała umrzeć. Marna to podstawa do pozbawienia życia człowieka.

      Osoby żądające, by ludzi cierpiących odłączać od aparatury mówią: „Ależ on musi mieć dość życia z tak bardzo uszkodzonym mózgiem!”. O tak! Z całą pewnością. Inna sprawa, że jeśli przyjąć tę argumentację, należy też założyć, że jakiś rodzaj emocji Terri Schiavo jednak odczuwa. Kto z nas nie czułby ogromnego smutku, wiedząc, że jest tak fatalnie niepełnosprawny? Ja pewnie bym płakała każdego dnia, Wy nie?

      Popatrzcie jednak na swoje życie. Czyż w nim nie ma momentów, które sprawiają, że jest Wam niezwykle smutno, kiedy czujecie nieznośny ból, frustrację, lub jesteście zwyczajnie źli? Jednak mimo to, wciąż cieszycie się, że żyjecie, czyż nie? Ja tak. Nikt nie lubi leżeć na łożu śmierci. Mało kto tak naprawdę chce odejść.

      Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.

      A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.

      Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.

      Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda.


*Peggy Noonan jest amerykańską dziennikarką oraz autorką książek, w latach 1984-1986 głównym autorem przemówień prezydenta Reagana oraz jego Specjalnym Asystentem. Obecnie związana z Wall Street Journal, gdzie publikuje swój cotygodniowy felieton.

 

sobota, 21 grudnia 2019

Przybyli aktorzy pod okienko


Przedstawiam dziś swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem o aktorach niezłomnych.      

     Mogę się mylić, ale mam wrażenie przez te już kilka dobrych lat, jak publikuję swoje cotygodniowe refleksje w „Warszawskiej”, konsekwentnie trzymałem się tematów krajowych i chyba ani razu nie wyszedłem poza granice zakreślone przez nasze polskie „awantury”. Wygląda więc dziś na to, że po raz pierwszy opowiem o czymś, co się własnie zdarzyło daleko od nas a konkretnie w Wielkiej Brytanii. Jednocześnie jednak zapewniam, że temat ów wybrałem wcale nie w oderwaniu od spraw, którymi żyjemy, a wręcz przez wzgląd na nie właśnie.
      Otóż, jak wiemy, w Wielkiej Brytanii miały właśnie miejsce przyspieszone wybory parlamentarne, w wyniku których konserwatyści odnieśli zwycięstwo, którego wielkość można porównać jedynie do osiągnięć niezapomnianej Margaret Thatcher. To jednak co w owym brytyjskim wydarzeniu zwraca naszą szczególną uwagę, to fakt, że histeria, jaka już na drugi dzień po wyborach ogarnęła tamtejsze środowiska liberalno-lewicowe była tylko minimalnie mniejsza od tej, z jaką w tygodniach poprzedzających ostatecznie ową sromotną porażkę głosiły one swój rzekomo pewny przyszły sukces.
       Aby dać przykład owych kompletnie obłąkanych zachowań, a tym samym pokazać, jak to z czym my tu w Polsce musimy się użerać, stanowi zaledwie marną parodię tego, czym oni tam żyją na co dzień, opowiem o tym, co wykonał, słynny również u nas, aktor Hugh Grant. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ulegając przekonaniu, że  tylko on, wybitny artysta i człowiek, przed którym klęka świat, jest w stanie sprawić, że „faszyzm nie przejdzie”, postanowił osobiście chodzić od domu do domu i namawiać mieszkańców do tego, by zagłosowali przeciwko partii Borysa Johnsona. Mało tego. Ponieważ on bardzo w swoim mniemaniu sprytnie uznał, że labourzyści mają małe szanse, by zagrozić Johnsonowi, postanowił zachęcić wyborców, by zrobili coś, czego wielu z nich nie robiło nigdy wcześniej, czyli zagłosowali na liberalnych demokratów. Byle tylko odebrać władzę – powtórzmy to raz jeszcze – faszystom.
       Ktoś powie, że przesadzam, a więc oddajmy głos samemu Grantowi:
       „Wybory, które przed nami, nie są wyborami takimi jak inne. Dziś znaleźliśmy się na skraju  upadku, jakiego brytyjska historia nigdy wcześniej nie doświadczyła. Partia konserwatywna została przejęta przez prawicowych ekstremistów, a ponieważ nie jesteśmy w stanie zmienić obowiązującej ordynacji, nie wolno nam głosować, jak nam mówi serce, bo doprowadzimy do prawdziwej katastrofy”.
      Do czego zmierzam? Otóż już za chwilę tu u nas rusza kampania przed majowymi wyborami prezydenckimi, no i niewykluczone, że oni się prędzej czy później zorientują, że Kidawa-Błońska to kompletne nieporozumienie i też nie zdziwię się, jeśli ktoś tam, korzystając z brytyjskiego przykładu, postanowi zatrudnić choćby Daniela Olbrychskiego, by ten chodził po domach i wzywał Bogu ducha winnych obywateli do taktycznego głosowania  na Szymona Hołownię, który potrafi przynajmniej wypowiedzieć trzy kolejne zdania bez jakiejś kompromitującej wpadki. Taktycznie oczywiście, no bo serce sercem, ale faszyzmowi trzeba powiedzieć „dość”.


      

     

czwartek, 5 grudnia 2019

Czy polskie lewactwo marzy o elektronicznych owcach?


       Jeszcze zanim ogólnopolska debata na temat konieczności wprowadzenia do języka polskiego całej serii form żeńskich, dotychczas normalnym ludziom nieznanych, nabrała rozpędu, pamiętam jak gdzieś na Twitterze, czy może na Facebooku, pewna moja znajoma pochwaliła się, że jej synek zapytał ją, czemu mama jest kierowcą, a nie kierowczynią, z sugestią, że jej dziecko jest bardzo mądre. Ponieważ owo pytanie, a już zwłaszcza chwalenie dziecka za tego typu przenikliwość, wydało mi się bardzo osobliwe, żartobliwie sprowadziłem sprawę do absurdu, sugerując, że „kierowca” to jest w sposób oczywisty forma żeńska, a zatem to tata raczej powinien funkcjonować jako kierowiec, a nie mama jako kierowczyni. Mój żart nie został skomentowany ani przez moją znajomą, ani w ogóle przez nikogo, więc na długie miesiące zostałem z nim sam na sam, a kiedy już temat zyskał ogólnopolską popularność, zdziwiłem się tylko, że cała dyskusja sprowadza się wyłącznie do kwestionowania owej dziwnej nowomowy, zamiast skupić się na wyszydzeniu całej tej zabawy językiem, który ze względu na swoją szczególną nieregularność, kompletnie się do niej nie nadaje. No i wciąż wracał do mnie tamten, moim zdaniem, bardzo celny przykład z ową „kierowcą”.
        Mijały na tej bezsensownej przepychance kolejne tygodnie i oto wczoraj trafiłem na jakiś – w tej chwili już niestety nie pamiętam konkretnie o jakiej treści – komentarz posłanki lewicy, Anny Żukowskiej i uznałem, że nadarzyła się znakomita okazja do tego, by przedstawić wspomnianą „kierowcę” bardziej szeroko. I proszę sobie wyobrazić, że pani Żukowska w ogóle nie zrozumiała sensu tego przykładu, tylko poinformowała mnie, że słowo „kierowca” to forma męska, natomiast – i tu się okazało, że dziecko mojej znajomej wykazało jednak prawdziwie rewolucyjne wyczucie – kobieta kierowca to kierowczyni, podobnie jak kobieta sprawca to sprawczyni. Ponieważ zrobiło się grubo, natychmiast wymyśliłem coś wydawałoby się bardziej przejrzystego i zaproponowałem, że w tej sytuacji, kobieta owca – to będzie owczyni...
       I w tym momencie rozgorzało prawdziwe piekło. Najpierw  w takiej oto kwestii, że słowo „owca” jest  rodzaju żeńskiego, a ja powinienem wrócić do podstawówki, bo najwidoczniej nie uważałem na lekcjach, no a potem już ruszyła lawina. Na mój portal zleciało się niemal całe twitterowe lewactwo, szydząc ze mnie, że jestem skończonym bałwanem, który nie wie, że owca to dziewczyna, a chłopiec w owej relacji to baran. Kiedy poziom zidiocenia osiągnął granice absurdu, postanowiłem naciągnąć tę gumkę jeszcze bardziej i poinformowałem zainteresowanych, że ja występuję w tej debacie jako obrońca tych wszystkich owiec, które jeśli idzie o płeć nie potrafią określić się jednoznacznie, a przy homofobicznych nastrojach polskiego społeczeństwa popadają w depresję i często zmuszone są popełnić samobójstwo.
      Wszystko zgodnie z przewidywaniami. Moi nowocześni antagoniści zaczęli mi zupełnie na poważnie tłumaczyć, że ponieważ polski język jest dla owiec językiem obcym,  w tej sytuacji moja misja traci sens, no a przy tym oczywiście w dalszym ciągu na moją głowę wylewało się szyderstwo sprowadzające się do stwierdzenia, że oto „prawactwo się samozaorało”.
      W tym momencie, zwłaszcza że już za chwilę zaczynał się mecz Liverpoolu z Evertonem, pomyślałem, że machnę na to wszystko ręką i rzeczywiście machnąłem. I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwo przestaliśmy świętować, moja córka poinformowała mnie, że z komentarzem do mnie zawitał nie kto inny jak sam przewodniczący Włodzimierz Czarzasty i powiedział coś, co mnie już kompletnie rozbiło: „Zabolało, Krzysiu? Lewica pozdrawia”. Na co ja napisałem Czarzastemu coś, co właściwie powinienem powtórzyć i tu, a mianowicie:
      „Wiesz, Włodku, za co ja szanuję Jarosława Kaczyńskiego? Za to, że on nie spędza wieczorów na dogadywaniu internautom na Twitterze. Gdyby on na starość zwariował i zaczął to robić, to ja bym w jednej chwili pieprznął tym całym PiS-em i zanurzył się w błogiej prywatności”.
      On mi oczywiście jeszcze próbował tam coś odpyskowywać, ale ja, wiedząc też, że już za chwilę dyskusja skręci na temat tego durnia Kaczora, który nie wie nawet, co to Twitter, wyłączyłem się i postanowiłem zająć się swoimi sprawami. Tam oczywiście, z tego co widzę, szajba trwa na całego, ja natomiast faktycznie mam w głowie naszego Prezesa. Popatrzcie Państwo, jak to się przedziwnie wszystko ułożyło. Z nich wszystkich jedynie on zachował do samego końca pozycję całkowicie wyprostowaną, którą w pewnym sensie nawet symbolizuje ten jego niemal po proboszczowsku wypięty brzuch i to spojrzenie, z jednej strony tak bardzo dobroduszne, a jednocześnie niosące w sobie tę z trudem skrywaną nutkę pogardy dla tych, co jak najbardziej ją widzą. Tu jest ten Tusk, ta Żukowska, ten Schetyna, te wszystkie Kukizy, te Korwiny, ta cała pryszczata Konfederacja, nawet ten Trump – można wymieniać – a z drugiej strony już tylko on. Myślę dziś o nim i nagle już wiem, że tak to właśnie ze mną jest. Ja go od zawsze szanuję za to, że on, jako jedyny, nie uległ. Bo gdyby i jego ogarnęła ta chwila słabości, to byłby jak oni wszyscy, tyle że może nieco bardziej zdolny. A ja bym te jego zdolności miał już dawno głęboko w nosie.

       





czwartek, 14 listopada 2019

Prawi napadają


     Tekst ten, mimo nieco zmodyfikowanej treści, wraca do mnie od pierwszej niemal chwili, jak zacząłem prowadzić ten blog i powiem zupełnie szczerze, że tak jak wydawałoby się, że przez wszystkie te lata uzyskałem dość grubą skórę i byle co mnie poruszyć nie jest w stanie, to akurat, owszem, robi na mnie nieodmiennie wrażenie. Konkretnie chodzi o to, że już chyba wiosną 2007 roku po raz pierwszy któryś z komentatorów napisał mi: „Toyah, odwal się od Ziemkiewicza”, a potem już poszło z górki. Ów tekst, zawsze mniej więcej tej samej treści, jedynie ze zmienionym nazwiskiem, powracał z obłąkanym wręcz uporem: „Toyah, odwal się od Michalkiewicza”, „Toyah, odwal się od Jurka”, „Toyah, odwal się od Zawiszy”, „Toyah, odwal się od Kukiza”, „Toyah, odwal się od Korwina”, „Toyah, odwal się od Tarczyńskiego”, Toyah, odwal się od Międlara”, „Toyah, odwal się od Gadowskiego”, „Toyah, odwal się od Wielomskiego”, „Toyah, odwal się od Ściosa”, „Toyah, odwal się od Brauna”, „Toyah, odwal się od Słomki” i tak dalej, i tak dalej, bez końca.
      Ciekawe przy tym wszystkim było to, że gdy chodzi o owo odwalanie się, praktycznie nikt nigdy – mimo że powodów, jak chyba się wszyscy zgodzimy, miał bez liku – nie żądał ode mnie, bym nie wypowiadał swoich opini na temat Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny, czy Jerzego Urbana. Jeśli tu pojawiała się jakakolwiek niechęć ze strony Czytelników, to nigdy w obronie któregoś z tych tutaj. Jeśli przez te wszystkie lata zgromadziłem wokół tego bloga pewną grupę hejterów, to wszystko, pomijając zwykłych wariatów, byli niemal wyłącznie tak zwani „prawi”. Lewactwo albo mnie lekceważyło, albo darzyło bardzo dyskretnym szacunkiem.
       Przyznać jednak muszę, że minione kilka dobrych lat to był względny spokój i oczywiście możliwe bardzo, że polityczna atmosfera się nieco oczyściła; może jedynie od czasu do czasu ktoś się tu do mnie zwracał z pretensjami, że wbrew oczywistym faktom, nie zauważam, co to za zdrajca z Andrzeja Dudy, czy czemu z tak bezmyślnym uporem wpatruję się w Jarosława Kaczyńskiego. Ogólnie rzecz biorąc, nie miałem tu jednak zbyt ciężko. I oto ostatnio zaczęły się pojawiać niemal identyczne jak wówczas przed laty wezwania, tyle że znów zmodyfikowane odpowiednio do czasów. Ledwie co wczoraj, któryś z czytelników zostawił tu komentarz o następującej treści: „Toyah, odwal się od Konfederacji”. Z ową Konfederacją, od której mam się odwalić, jest zresztą dośc ciekawa sprawa. Proszę zwrócić uwagę, że tym razem nie chodzi już o pojedynczych bohaterów polskiej „prawdziwej prawicy”, ale w ogóle o całość. Ja nie mam się odwalić od Korwina, Brauna, Winnickiego, czy Bosaka, ale w ogóle od Konfederacji. Dlaczego? To jest jeszcze ciekawsze: ponieważ demokrację należy szanować. Dokładnie takie jest owego wezwania uzasadnienie: „A gdzie demokracja?” No i jeszcze coś: „Aha, Jarek nie lubi nikogo po prawej stronie. No to ruską onucą w nich”. Okazuje się, że jeśli ja nie lubię Bosaka i jego politycznego towarzystwa, to mnie nie ratuje to, że mam prawo jednych lubić, a drugich nie, bo najpewniej jest tak, że to „Jarek” mi kazał, w dodatku jeszcze wciskając mi do ręki „ruską onucę”. Tu mamy bowiem jednego Furera, a tam Konfederację. Poglądy nie istnieją. Istnieje wyłącznie demokracja, którą należy szanować. Zwłasza na prawicy, na której, jak wiemy, wrogów nie ma. Poza oczywiście wrogami.
       Piszę o tym wszystkim wcale jednak nie dlatego, że po raz kolejny dostał na mnie cholery któryś ze wspomnianych „prawych”. Ja ich mam na co dzień choćby na Twitterze i to w ilościach wręcz nie do zniesienia. Mnie chodzi o to, że w ostatnim czasie doszło do pewnego ideologicznego wzmożenia, gdzie na tapecie nie mamy już Polski, Żydów i choćby i Wołynia, lecz Kościół. Wspomniany komentarz dotyczy akurat Konfederacji, jednak w większości pretensje formułowane są w takim oto kierunku: „Toyah, odwal się od Pospieszalskiego”, „Toyah, odwal się od księdza Zaleskiego”, „Toyah, odwal się od Kratjuka”, „Toyah, odwal się od Górnego”, „Toyah, odwal się od Frondy”, „Toyah, odwal się od Polonii Christiana”, ewentualnie „Toyah, czy ty naprawdę nie widzisz, że Franciszek to lewak?”
        Po co o tym wszystkim piszę? Z paru powodów. Przede wszystkim, jak już wspomniałem na początku, mnie tego typu zachowania Czytelników doprowadzają do cholery, no i owej cholerze muszę dać odpowiednie ujście. Poza tym jednak jest i to, że ja bym bardzo chciał zwrócić uwagę tym z nas, którzy uważają się za osoby zainteresowane światem polityki, religii, oraz oczywiście sprawami Narodu, że skoro już zdecydowali się na komentowanie, to może niech spróbują wykształcić w sobie jakiś zestaw w miarę stałych poglądów, a nie kierowali się wyłącznie tym, co w kwestii bieżących wydarzeń przeczytali w tak zwanych „mediach społecznościowych”. Ja już nie mówię o Kościele, który ze swoją wcale nie tak oczywistą, prostą i przejrzystą historią istnieje już od 2 tysięcy lat i z jednej strony radzi sobie wcale nie najgorzej, a z drugiej, nawet jeśli sobie tu czy tam nie radzi, to my akurat mamy najmniej kompetencji, by owe problemy odpowiednio opisać i zdiagnozować. Jeśli stoimy wobec czegoś, co się nam kojarzy z kryzysem, to perspektywa w jakiej funkcjonujemy jest śmiechu warta wobec perspektywy samego Kościoła. Ale, jak mówię, zostawmy już ten Kościół. Spójrzmy na Polskę i jej najnowszą, a więc, powiedzmy, sięgającą roku 1945, ze szczególnym może uwzględnieniem lat 1990-2019, historię. Otóż jak w ogóle można próbować oceniać aktualną sytuację, że już nie wspomnę o decydowaniu się na dyskusję, całą swoją wiedzę i wszystkie emocje opierając na tym, co nam się wydaje od dwóch powiedzmy lat, czyli powiedzmy od czasu, gdy Grzegorz Braun ogłosił, że potężne lotnisko, które ma powstać gdzieś pod Radomiem, jest budowane przez Żydów, którzy potrzebują mieć solidne schrony na wypadek jakiejś przyszłej katastrofy? Jak możemy w ogóle dostawać cholery na kogoś, kto ma inne upodobania od naszych, skoro owe upodobania są najczęściej lepione przez internetowe doniesienia na temat kardynałów, którzy rzekomo zaczynają się oblekać w tęczę LGBT?
       No dobra, trzeba już kończyć, więc na koniec mam dla części Czytelników jedną informację i jeden apel. Otóż nigdy nie lubiłem i wciąż nie lubię ludzi, którzy przedstawiają się jako „narodowcy” i usiłują mi urządzać Polskę wedle swoich dziwnych planów, natomiast, owszem, bardzo lubię papieża Franciszka, który jest dla mnie jak Ojciec, którego będę szanował „choćby nawet rozum stracił”. Bo on jest Skałą, na której stoi wszystko co mam i której zgodnie z Obietnicą „bramy piekielne nie przemogą”. No i apel: jeśli komuś się to nie podoba, niech nie liczy na to, że przychodząc tutaj uzyska jakąkolwiek satysfakcję. Bo jej nie uzyska.


     


sobota, 29 grudnia 2018

Lewica, prawica, dialog, czyli o przykrych konsekwencjach siedzenia na płocie


     W swojej wczorajszej notce, poświęconej świętej pamięci zmarłego niedawno katowickiego biskupa Gerarda Bernackiego, wspomniałem też o drugim, również ostatnio zmarłym, biskupie, Tadeuszu Pieronku i zupełnie niezwykłym - niezwykłym nawet jak na możliwości jego autora - komentarzu, jaki w kwestii tego odejścia wygłosił wicepremier w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Gowin. Ponieważ wygląda na to, że o bp. Bernackim już w tej chwili pies z kulawą nogą nie pamięta, a debata na temat wszelkich zasług zmarłego bp. Pieronka nabiera dopiero rozpędu, postanowiłem się głębiej zainteresować w tej sprawie dzieje i z prawdziwym zdziwieniem zaobserwowałem, że chyba od czasu gdy w kalendarz kopnął niesławny gensek Leonid Breżniew, nie doszło w Polsce do sutuacji, gdzie właściwie cały naród ogarnęła fala i hejtu i zimnej satysfakcji z powodu śmierci jednego człowieka. Kiedy czytam internetowe komentarze - a musimy przyznać, że to właśnie Internet jest dziś pierwszym głosem wolnego społeczeństwa - nie możemy nie zauważyć, że tam z jednej i z drugiej strony wszyscy znęcaja się nad doczesnymi szczątkami zmarłego księdza, przy czym i jedni i drudzy za to, co on powiedział w życiu takiego, co jednym i drugim nie pasuje. W tej zatem sytuacji, by może choć część z nas zechciała wypowiedzieć jedno dobre słowo na temat było nie było osoby zmarłej, pozwolę sobie zwrócić się z pewnym szczegolnym adresem do jednych i do drugich.
     Najpierw niech może nastawią ucha wszyscy ci, co biskupa Pieronka nienawidzą za to, że nie był Polakiem, a których bardzo wymownie zareprezentował pewien użytkownik Twittera, podpisujący się imieniem Alonzo Mourning:
     „Zmarł bp Pieronek. O zmarłych dobrze albo wcale? Ok. Zmarł bp Pieronek. Dobrze”.
     Oto zatem seria wyypowiedzi Biskupa, które jednak spowodują, że z tej strony pojawi się choć jedno dobre słowo:
     „Akty homoseksualne są amoralne i przeciwko naturze, dlatego wykluczają z Królestwa Niebieskiego”.
     „Orientacja to może być na Wschód albo na Zachód. Tymczasem normalnym się jest, albo nie”.
    „Feministyczny beton, na który kwas solny nie pomoże”.
     „Aborcja to zabójstwo i nie można tego inaczej nazwać”.
     „Ale oni, Żydzi, mają dobrą prasę, ponieważ dysponują potężnymi środkami finansowymi, ogromną władzą i bezwarunkowym poparciem Stanów Zjednoczonych i to sprzyja swego rodzaju arogancji, którą uważam za nie do zniesienia”.
     „Nie róbcie z Kościoła siedliska pedofilii! Ataki przypominają minioną epokę komunizmu. Brak mi tylko jeszcze pokazowych procesów".
     „Dziecko genderowców nie rodzi się, ale jest przedmiotem produkcji. Polski rząd powinien sprzeciwiać się gender, a nie dawać opętać się tej chorej i niebezpiecznej ideologii”.
     „Cierpienie jest twórcze, trzeba je wykorzystywać do tego, aby pogłębić człowieczeństwo”.
     „Kampania na rzecz związków partnerskich zmierza do tego, by każde wydarzenie, każde ludzkie postępowanie, nawet sprzeczne z powszechnym odczuciem moralności, usankcjonować i chronić. Czy fakty dokonane mogą być wyznacznikiem reguł moralnych? Nie!"
     „Pierwowzorem in vitro jest Frankenstein”.

      A teraz seria wypowiedzi bp Pieronka skierowanych pod adresem tej bardziej „europejskiej” części społeczeństwa, której głos, jak sądzę znakomicie reprezentuje internautka Maria Miklasewicz: „Jego poglądy i wypowiedzi były świadectwem zacofania. Zwykly klecha. Żadna osobowość”.
    „Słowa Kaczyńskiego to wypowiedź człowieka, który uważa się za naczelnika państwa, a który zachowuje się jak człowiek po narkotykach. Inaczej tego nie potrafię wytłumaczyć”.
    „Ci, którzy powinni strzec Konstytucji, łamią ją raz po raz i zmieniają tak, by zatwierdzić wszystkie swoje łajdactwa. Każde złamanie konstytucji, zwłaszcza przez jej stróży, jest łajdactwem. To jest jakaś operacja na narodzie, tłuczenie mądrości, która tkwi w narodzie, sprowadzania jej do takich stwierdzeń, że wszystko można zrobić, bo mają mandat społeczeństwa”.
     „Wygłaszanie na miesięcznicach buńczucznych przemówień, które tchną nienawiścią, to nie akt religijny tylko czysta polityka”.
      „Przesłanie człowieka, który podpalił się w przed Pałacem Kultury jest jest bardzo logiczne i bardzo mocne.  Trudno podważyć jakiekolwiek słowo w tym tekście. Jest to moim zdaniem desperacki akt odwagi tego, kto oddaje życie za tego typu sprawy. On jest dla mnie bohaterem, człowiekiem, który upomina się w imieniu całego narodu”.
      „Dotarliśmy do końca. PiS to dyktatura”.
      „Nie jeżdżę na konferencje episkopatu, bo mi szkoda czasu. Ja tego episkopatu w dużym stopniu nie znam, bo to młodzi ludzie. Nie mają doświadczenia wojny czy komunizmu. Moim zdaniem, brak takiego doświadczenia  odbija się w tym, że przyjmują postawę wygodnictwa. Uważają, że przecież OnI za nas walczą. Dziękuję, nie chcę żeby moje zasady wywalczane były przez rząd”.
      Myślę, że tyle nam wystarczy, przynajmniej po to, byśmy mogli uznać, że tego Pieronka, co by o nim nie mówić, w sumie jednak to był spoko gość. A skoro tak, to już tylko pozostaje nam  jeden cytat ze śp. Tadeusza Pieronka, który nas wszystkich zjednoczy raz na zawsze. No bo kto powie, że on nie powiedział szczerej prawdy?
      „Jeżeli widzę, że ludzi się dzieli na elity i na lud, to pachnie autorytaryzmem, rasizmem. To jest dzielenie ludzi na lepszych i gorszych”. 
      Słyszycie, psy, co mówił o was ten wspaniały człowiek?



poniedziałek, 23 lipca 2018

Joseph Kabila następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych


Tematów jest tyle, ze i tym razem jesteśmy nieco spóźnieni, niemniej równie serdecznie zapraszam do kupowania „Warszawskiej Gazety”, a w niej moich felietonów. Dziś najnowszy z nich. Polecam serdecznie.
     
      O ile się nie mylę nasze, ale pewnie też większość światowych mediów tej informacji nie podała, ale przy okazji Dnia Niepodległości pod Statuą Wolności lewacka grupa o nazwie „Rise and Resist” zorganizowała protest przeciwko agencji działającej od lat w USA pod nazwą Immigration and Customs Enforcement, której celem jest deportacja osób, które pogwałciły prawo imigracyjne. Agencja, jak mówię działa od zawsze, jednak dopiero za rządów Trumpa stała się powszechnie rozpoznawalna. W ramach wspomnianego protestu, jedna z jego uczestniczek, niejaka Therese Okoumou, przybyła do Stanów Zjednoczonych z objętego wojną domową i przerażającą nędzą Konga, ubrana w koszulkę z napisem „Polityka Trumpa sprawia, że chce się nam rzygać”, wdrapała się na Statuę Wolności i się tam przyczaiła. W tej sytuacji policja zmuszona była oczyścić teren z 4,5 tysiąca zwiedzających i podjąć działania ratujące tę kobietę, tak nieszczęśliwą z tego powodu, że ona zamiast żyć sobie spokojnie w Kongo, zmuszona jest cierpieć pod batem prezydenta Trumpa.  Kobieta została bezpiecznie sprowadzona na dół, a przy okazji aresztowano siedmiu działaczy wspomnianej wcześniej organizacji, którzy, swoją drogą, oświadczyli, że oni akurat ową Okoumou pierwszy raz widzą na oczy. Nie zmieniło to faktu, że sama policja, owszem, o niej wcześniej słyszała, choćby wtedy, gdy w zeszłym roku aresztowała ją za napaść na policjanta podczas jednego z jej cotygodniowych protestów przeciwko prezydenturze Trumpa.
      Ktoś powie, że to jest rzecz nie warta naszej uwagi, bo ani to Polska, ani, nawet jeśli będziemy się trzymać wyłącznie Ameryki, problem zasługujący chocby na splunięcie. Otóż to jest nieprawda. Gdy chodzi o nas, to przede wszystkim to co się dzieje w Ameryce jest dla nas ważne, bo tym bardziej musimy mieć świadomość, że zostalismy bardzo szczodrze dotknięci palcem Bożej Opatrzności. I nawet jeśli będziemy od czasu do czasu narażeni na wystepy takich ludzi jak Magdalena Środa, czy Jacek Żakowski, to powinniśmy mieć tę świadomość, że jesteśmy wciąż bardzo, ale to bardzo daleko od piekła.
      Jeśli natomiast idzie o Amerykę, to nasze refleksje mają wymiar jak najbardziej uniwersalny. Wspomniałem tu o tym przelotnie wcześniej, ale proszę zwrócic uwagę na to, co się dzieje. Nie wiem, w jaki sposób owa Therese Okoumou to osiągnęła, ale pewnego dnia przybyła z Afryki do Ameryki, została tam przyjęta, jak słyszę, znalazła dom i bardzo dobrą pracę tak zwanego „personal trainer”, i nagle dostaje takiej cholery na póki co zaledwie jedną kadencję jednego prezydenta, że dla swoich emocji gotowa jest poświęcić to swoje niewątpliwe szczęście i wrócić do swojej rodziny w Kongo.
      Ja oczywiście nie wiem, czy ona ostatecznie będzie deportowana, czy nie, choć oczywiście liczę, że tak. W tej chwili jednak interesuje mnie to, jak bardzo – mimo oczywistych różnic między różnymi punktami na świecie – ten obłęd jest tak naprawdę zawsze taki sam.

Książki są tam gdzie zawsze, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, no i u mnie tu na miejscu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo zachęcam.



czwartek, 5 kwietnia 2018

Kim pan jesteś, panie Osiejuk?


     Zabierałem się do tego tekstu parokrotnie, jednak zawsze brakowało mi tego czegoś, co pozwoliłoby go odpowiednio zacząć, tak by jednocześnie mieć i temat i sens, no i ową wiadomość, o którą tak naprawdę zawsze chodzi. I oto stało się tak, że ledwo co opublikowałem notkę o modlitwach przed bankomatem, w którym najlepiej jak potrafię zgnoiłem Tomasza Terlikowskiego za to, że po raz niewiadomo już który kompromituje publicznie naszą Wiarę, na tym drugim portalu, gdzie ludzie przychodzą nie tylko po to, by, tak jak tu, czytać, ale jeszcze po to, by sobie pogadać, pewien komentator poinformował mnie o wynikach eksperymentu, który przeprowadził wykorzystując właśnie ów tekst. Otóż dał on go do przeczytania kilku swoim znajomym – jak sam przyznaje, osobom o wyraźnie prawicowych poglądach – i kazał im zgadnąć, kto jest jego autorem. I proszę sobie wyobrazić, że większość z uczestników testu uznała, że to jest robota któregoś z dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.
      Rozumiemy o co chodzi, prawda? Piszę tekst, w którym najpierw szydzę z „Wysokich Obcasów”, następnie krytykuję Tomasza Terlikowskiego i wspierające go polityczne środowisko za to, że próbują coś tak doniosłego jak modlitwę o cud wykorzystywać do najbardziej podłego geszeftu, porównując jednocześnie ów upadek do tego, z czym mamy do czynienia po stronie, która dziś na widok Terlikowskiego już tylko pokłada się ze śmiechu, by na koniec już zupełnie otwarcie napisać, że gdy chodzi o poziom publicznej kompromitacji, nie ma już żadnej różnicy między Michnikiem, Żakowskim, Terlikowskim, czy Gmyzem, a tu natychmiast pojawiają się ludzie, którzy uważają, że skoro ktoś ma czelność źle mówić o Terlikowskim, a więc o kimś, kto broni naszej Wiary przed Szatanem, który, jak się właśnie okazuje, zamieszkał w Watykanie, to ten ktoś niechybnie musi pracować dla „Wyborczej”.  
      Komentator, który przeprowadził wspomniany eksperyment, a następnie z troską poinformował mnie o jego wynikach, wie, że ja nie jestem przedstawicielem „Gazety Wyborczej” On wie też, że ja czepiam się Terlikowskiego z pozycji, których on wprawdzie nie popiera, jednak stara się rozumieć. Jego problemem natomiast jest to, że ja piszę w sposób niewystarczająco przejrzysty, wręcz „hermetyczny”. To znaczy, kiedy krytykuję Platformę Obywatelską, prezydenta Dudę, ewentualnie tygodnik „Newsweek”, to wszystko jest jak najbardziej jasne, natomiast problem powstaje wtedy, kiedy się okazuje, że mam coś przeciwko takiemu na przykład Terlikowskiemu, Rachoniowi, czy Michalkiewiczowi. W takiej sytuacji, moi czytelnicy albo popadają w tak zwany dysonans poznawczy, albo, co się dzieje znacznie częściej, uznają, że mają do czynienia z jakimś prowokatorem z „Gazety Wyborczej”. I to, zdaniem naszego komentatora, stanowi duży problem, bo w ten sposób moje teksty nie dotrą do wielu z tych czytelników, do których dotrzeć powinny, a jak dotrą, to tylko pomieszają im w głowach.
      Jak wspomniałem na początku, do napisania tej notki zabierałem się już wcześniej i cel miałem jeden, by mianowicie poinformować tych wszystkich, którzy wciąż jeszcze nie bardzo wiedzą, co tu się dzieje, że ten blog, przez minione dziesięć okrągłych lat, nigdzie nie spotkał się z taką nienawiścią, jak właśnie ze strony środowisk określających się, jako „patriotyczno-niepodległościowe”. Czym jest tak zwany „hejt” i to w kształcie wręcz modelowym, wiem od samego początku, jednak muszę przyznać, że nie ma takiego socjalisty, komunisty, czy liberała, który byłby w stanie, gdy chodzi o poziom owego szaleństwa, pokonać przeciętnego polskiego patriotę. Ja dziś z godną podziwu regularnością dostaję maile, ale też komentarze pod wybranymi notkami, od parunastu osób, których niemal sensem życia jest obrzucanie mnie i moich bliskich wszelkimi możliwymi obelgami, i z tego co zdołałem spośród tego brudu wyczytać, wiem z cała pewnością, że te maile w żadnym wypadku nie są pisane przez członków Komitetu Obrony Demokracji. Ci, jestem pewien, chętnie by może nawet ze mną podyskutowali, tylko się boją. Te chłopaki z orłami na t-shirtach nie boją się niczego, poza ujawnieniem swojej twarzy. Oni mi życzą wyłącznie gwałtownej i możliwie bolesnej śmierci.
      A zatem, przestańmy, proszę, się oszukiwać. To wcale nie chodzi o to, że moje teksty są zbyt skomplikowane, w dodatku wypełnionę ową nieznośną ironią, która jeszcze bardziej sprawia, że już w ogóle nie wiadomo, kto jest kim. Nic podobnego. Jestem pewien, że każdy kto w ogóle widzi sens, by tu przychodzić i to wszystko czytać, doskonale wie, co ja mam na myśli. I dlatego część z nich uważa mnie za zdrajcę. Takiego samego jak, nie przymierzając, ten, ten i tamten. Gorzej, że ostatnio wszystko zrobiło się już tak wielopoziomowe, że z każdym dniem tych zdrajców jest coraz więcej.

Przypominam, że 11 kwietnia, czyli już za tydzień będę w Kielcach opowiadał o nauce języka angielskigo, i nie tylko. Zapraszam każdego, kto ma te Kielce bardziej pod ręką. Będę ja, będą książki, a jeśli ktoś nie da rady, to może już 14 i 15 uda nam się spotkać w Warszawie na Targach Wydacow Katolickich.



sobota, 2 grudnia 2017

O lewackich ciotach z "Gazety Wyborczej"

Za chwilę wsiadam w pociąg i wyruszam do Warszawy na targi. Tak jak już pisałem, odbywają się one od czwartku do niedzieli w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem. Nasze stoisko ma numer 12. Jutro kolejnego tekstu nie będzie, więc przez dwa dni proszę czytać mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”.     

      Mam naturalnie świadomość, że „Warszawska Gazeta” to miejsce zbyt poważne, byśmy się tu zajmowali sprawami, nie wykraczającymi poza przestrzeń pomiędzy środowiskiem „Gazety Wyborczej”, a jakimiś dziwnymi feministycznymi organizacjami, no ale tak się stało, że tam właśnie doszło do eksplozji, która okazała się na tyle cuchnąca, że owa fala dotarła do świata zamieszkiwanego przez zwykłych ludzi. Oto na portalu o sympatycznej nazwie „Codziennik Feministyczny” ukazał się tekst zatytułowany „Papierowi feminiści. O hipokryzji i nowych twarzach polskiego #MeToo”, a podpisany przez pięć feministek – feministek, co należy podkreślić, nie tych znanych z tefauenowskiego prime time’u – w którym owe panie zarzucają dwóm lewicowym publicystom „Gazety Wyborczej” oraz „Krytyki Politycznej” wyjątkowo brutalne molestowanie zarówno ich osobiście, jak i ich koleżanek. Nazwisk owych publicystów podawać nie mam ochoty, raz dlatego, że one nam nic nie powiedzą, a dwa, że, jak się możemy domyślać, oni tu najpewniej stanowią zaledwie forpocztę tego, co w tamtym świecie funkcjonuje jako cywilizacyjny i kulturowy standard, natomiast odniosę się do samego tekstu.
      Oto pierwsze wrażenie robi informacja z samego wstępu owego tekstu, gdzie dowiadujemy się, że „od jakiegoś czasu wśród naszych przyjaciółek krąży eufemistyczne pojęcie ‘chłopiec lewicy’, stanowiące synonim hipokryty, który usta pełne ma feministycznych frazesów, podczas gdy jego deklaracje nie mają przełożenia na rzeczywistość”. Kogo autorki owego doniesienia mają na myśli? Otóż chodzi o tych lewicowych działaczy, polityków, czy dzienikarzy, którzy stojąc w awangardzie walki o równouprawnienie kobiet, uczestnicząc z pełnym zaangażowaniem w organizowanych przez feministki protestach, jednocześnie nie marzą o niczym innym jak tylko o tym, by z tego tłumu kobiet wyławiać co ładniejsze i je najzwyczajniej w świecie wykorzystywać jako seksualne niewolnice. Autorki tekstu w „Codzienniku” podpisują się imieniem i nazwiskiem, ujawniają nazwiska dwóch dziennikarzy, opisują w sposób naprawdę wstrząsający swoje przeżycia, jednoczesnie jednak zapewniają, że zarówno one, jak i ich prześladowcy z „Gazety Wyborczej”, oraz  „Krytyki Politycznej” to zaledwie odprysk tego, co tam stanowi standard
      Z tego co czytam, obaj opisani we wspomnianym tekście dziennikarze dążyli już publicznie swoje ofiary przeprosić i zostali usunięci ze swoich redakcji, natomiast ja bym bardzo chciał zwrócić uwagę na ideologiczną podstawę tego, z czym mamy tu do czynienia. Myślę że nie minął jeszcze rok, jak znany nam aż nazbyt dobrze „Newsweek” opublikował duży, okładkowy tekst – podkreślić należy, że podany w tonie jednoznacznie afirmacyjnym –  o tym, jak to dziś staje się coraz bardziej cywilizacyjnie poprawną postawa określana naukowo jako „poliamoria”. Czym jest owa „poliamoria” wyjątkowo graficznie przedstawia reklamowana przez wspomnianą „Krytykę Polityczną” książka niejakiej Emily Witt zatytułowana „Seks przyszłości. Nowa wolna miłość”. My oczwyiście czytać jej nie zamierzamy, natomiast myślę, że możemy skierować szczery apel do tych biednych dziewczyn z „Codziennika”: Przyjdźcie w przyszłym roku na Marsz Niepodległości. Wreszcie poznacie prawdziwych mężczyzn, a nie jakieś zboczone cioty.


Jeśli ktoś nie może przyjechać i kupić książki z dedykacją z ręki, zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. 

sobota, 4 marca 2017

Gdy Polska się musi wstydzić za Amerykę

      Mija kolejny tydzień, a ja zachęcam do kupowania „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego najnowszego felietonu. Polecam:

      Oglądaliśmy transmisję nocy oscarowej i można powiedzieć, że wszystko poszło zgodnie z przewidywaniami. A więc większość nagród Akademii zgarnęła superprodukcja „La La Land”, dołączył do niej film o Murzynach homoseksualistach, reszta się nagrodami podzieliła, no a całość utonęła w antyprezydenckiej retoryce i typowych dla pewnych środowisk żartach, jak to prezydent USA spędza oscarowy wieczór siedząc na kiblu.
      Przypomniało mi to zresztą pamiętny rysunek Andrzeja Mleczki, jeszcze sprzed roku 2010, gdzie widzimy prezydencką limuzynę, ciągnącą za sobą budkę na kółkach z charakterystycznym napisem „toi toi”. Wygląda na to, że oni faktycznie, kiedy już naprawdę nie wiedzą co zrobić, by tę swoją frustrację rozładować i przełożyć na coś konstruktywnego, muszą się uciekać do portretowania nielubianych przez siebie polityków w tego rodzaju kontekstach.
      Jeszcze zanim doszło do przyznania nagród, wypowiedział się w tej sprawie kompozytor, członek Akademii, Jan Kaczmarek i przewidując sukces słynnego musicalu, powiedział coś bardzo moim zdaniem ciekawego. Otóż jego zdaniem: „Szaleństwo wokół musicalu ‘La La Land’ to rodzaj eskapizmu przerażonego Trumpem Hollywoodu. To ucieczka od protestów na które chodzą, nerwów, strachu. Miejmy tę chwilę wytchnienia, zagłosujmy na ‘La La Land’, a od poniedziałku, znów będziemy się oburzać i protestować”.
     Osobiście filmu nie oglądałem, ale po tym, co usłyszałem i po rozmowach ze znajomymi, którzy go widzieli, myślę sobie, że to co mówi Kaczmarek, może mieć sens. Owa teoria praktycznie potwierdza diagnozę niedawno sformułowaną dla „Newsweeka” przez psychologa Jacka Santorskiego, gdzie ten radzi żyjącym we wspomnianych „nerwach i strachu” ucieczkę w seks.
     Mnie jednak bardziej zainteresowało coś, na co jak się zdaje mało kto zwrócił uwagę, a ja akurat uważam za gest znamienny, mianowicie na żart prowadzącego galę Jimmy’ego Kimmela, który odnosząc się do tego, ilu to ludzi w Ameryce i na świecie ogląda oscarową noc na ekranach swoich telewizorów, wspomniał o „225 państwach na świecie, które nas nienawidzą”. I to jest moim zdaniem coś zupełnie niezwykłego nie przez to, że Kimmel czegoś akurat nie wie, bo taki nasz Petru na przykład okazuje się być jeszcze głupszy, ale że za tego rodzaju opinią stoją dokładnie te same kompleksy, które rządzą emocjami naszych elit. My w Polsce zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tych wszystkich intelektualnych pojękiwań, że to przez to, iż władzę sprawuje PiS, świat z nas szydzi, gardzi nami i traktuje jako coś najgorszego, i nagle się okazuje, że tamta propaganda idzie dokładnie w tym samym kierunku, czyli przekonania Amerykanów, że przez tego całego Trumpa nienawidzi ich teraz cały świat, w tym oczywiście Polska.
      Powiem szczerze, że ja fakt istnienia jakiejś solidarności idiotów całego świata mocno podejrzewałem, natomiast nigdy bym się nie spodziewał, że go doświadczę w tak spektakularnej formie, czyli owej ubikacji i tego niezwykłego wprost pytania: „Co o nas sobie pomyślą za granicą?”

Gdyby ktoś miał ochotę na więcej, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia książki, w tym jak najbardziej moje. Właśnie zrobiliśmy dodruk „Listonosza”, więc można się też pouczyć języka.

niedziela, 30 października 2011

Gdy szarość pokraśniała

Dziennikarz „Gazety Wyborczej” Robert Leszczyński, jeszcze do niedawna był mi osobą równie znaną, jak większość polskich dziennikarzy reżimowych na poziomie… ja wiem? Milady Jędrysik, może? Czy kogoś takiego. Jedyna różnica to taka, że, jeśli ta Jędrysik nie kojarzyła mi się nigdy z niczym innym, jak tylko ze swoim fikuśnym imieniem, to Leszczyński w mojej pamięci zawsze występował w postaci podwójnej, mieszając mi się niezmiennie z innym dziennikarzem – oryginalnie też chyba z „Gazety Wyborczej” – Robertem Orlińskim. Dlaczego ci dwaj mi się tak bardzo mylą? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Może dlatego, że obu zawsze traktowałem jako przedstawicieli tego nowego nurtu młodego pokolenia przygazetowych bolszewików, dla których słuchanie punk rocka w młodości, na starość – przy wykorzystaniu jakiejś chorej logiki – zaczęło oznaczać walkę o wolność aborcji, eutanazji i narkotyków? A może dlatego, że jeden z nich nosił przez jakiś czas blond dredy i jakoś mi utkwił w pamięci, a że ten drugi też był młody i też zorientowany mocno lewicowo, no i że jeszcze obaj mają tak samo na imię, albo to, że ich nazwiska mają tyle samo sylab i oba kończą się na „–ński”? Może tak, a może tam było coś jeszcze? Jak mówię, nie wiem. Na pewno Orliński dużo występował w telewizji i gadał o muzyce, no a przez to, że miał te włosy, to jakoś go zapamiętałem. No ale ostatecznie i tak, nigdy nie wiedziałem do końca, czy jemu jest tak naprawdę Orliński, czy może Leszczyński.
Piszę, że ten Leszczyński był mi osobą niemal całkowicie obcą do niedawna, bo od pewnego czasu, mój kolega LEMMING, który – pewnie ze względu na swoje zawodowe uwarunkowania – dużo czyta, systematycznie informuje mnie, co ten Leszczyński pisze na mój temat na swoim blogu. Czy mnie te doniesienia interesują? Owszem – bardzo. Przede wszystkim dlatego, że Leszczyński jest jednak jakąś tam figurą, i – mimo że osobiście nie chciałbym go spotkać nawet w autobusie – fakt, że on czyta mój blog, skutecznie łaskocze moją próżność. Ja go nie czytam, a on mnie – jak najbardziej, i z tego co zdążyłem zauważyć, regularnie i dokładnie. O czym to może świadczyć? No przede wszystkim o tym, że tak jak ja nie muszę, to on się powstrzymać nie potrafi. Zaczyna dzień, i z tysięcy różnych blogów, od których w Internecie się aż roi, wybiera akurat mój. On pewnie powie, że nie mam się z czego cieszyć, bo mój blog jest tak wyjątkowo głupi, lub literacko nieporadny, że on czytanie go traktuje czysto badawczo. No więc przede wszystkim, ja mu w takie wyjaśnienie z wielu powodów nie uwierzę, a poza tym, nawet gdyby to była prawda, to i tak tu musiałoby być coś jeszcze. Z tego mianowicie powodu, że na polu głupoty i literackiej nędzy, konkurencja jest zwyczajnie zbyt duża, a ja – cokolwiek by o mnie nie mówić – jestem tu nikim. I to akurat, ja po prostu wiem.
Interesuje mnie to jeszcze z jednego powodu. Otóż myślę sobie, że jeśli mnie czyta Leszczyński, to niewykluczone, że Orliński też, a jeśli Orliński, to zapewne też bardzo duża liczba najprzedziwniejszych reżimowych, ale też i nie-reżimowych, celebrytów. A to dla kogoś, kto traktuje to swoje blogowanie bardzo poważnie, stanowi naprawdę potwierdzenie tego, że to wszystko ma bardzo poważny sens.
Czy są jeszcze jakieś przyczyny, dla których zainteresowało mnie doniesiecie LEMMINGA, że Leszczyński mnie czyta i to czyta w sposób do tego stopnia zaangażowany, że od czasu do czasu wspomina o mnie na swoim blogu? Chyba nie bardzo. A przynajmniej nic o nich nie wiem. Nie mogę nawet powiedzieć, że dzięki tej wiedzy, postanowiłem czytać blog Leszczyńskiego i w ten sposób uzyskałem jakąś dodatkową porcję inspiracji. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest bardzo w stylu mówić o kimś, kim się gardzi, że to jest nie – Kowalski, ale „niejaki” Kowalski, a jeśli ten ktoś jest autorem, czy dziennikarzem, twierdzić, że jeśli się czyta jego teksty, to wyłącznie przypadkiem. Tyle że ja naprawdę w życiu nie przeczytałem jednego tekstu Leszczyńskiego. Nigdy. Nawet te, które mi przesłał LEMMING, przejrzałem wyłącznie pod kątem tego, co on miał do powiedzenia na mój temat. A więc znów – poszło o mnie, a nie o niego. To już bardziej zawsze interesował mnie ten Orliński. Zanim Palikot wprowadził go do Sejmu, ja czytałem jakieś jego teksty we „Wproście”, albo oglądałem go w telewizji, jak mówił o muzyce, bo zawsze mnie strasznie irytowało, jak on się kompletnie na niej nie zna. A jak wiemy z informacji przekazanej nam przed wielu już laty przez Johna Lydona: „Anger is an energy”.
Nie inaczej było i tym razem. LEMMING poinformował mnie, że Leszczyński znów coś o mnie napisał, więc zajrzałem na jego blog i sprawdziłem, o co poszło. Otóż poszło o to, że jemu się bardzo nie podoba to, że ja próbuję żyć z pisania tych tekstów, i to nie dlatego, że to jest wstyd lub nieuczciwość, ale że tak jest głupio. Dlaczego głupio? Bo z bloga żyć się nie da i Leszczyński to wie. Gdyby bowiem żyć się dało, to Leszczyński też by żył ze swojego. A więc Leszczyński tym razem napisał o mnie po to tylko, by powiedzieć swoim czytelnikom, że z bloga żyć się nie da, a ja jestem durniem, sądząc, że jest przeciwnie. Ale ja jestem też durniem, ponieważ – zdaniem Leszczyńskiego – ja miałem pracę, ale z lenistwa i chciwości ją rzuciłem, sądząc naiwnie, że lepiej zarobię, pisząc bloga. Ale jest jeszcze jeden dowód na to, że jestem durniem. Otóż ja uznałem, że ponieważ ten mój blog jest tak popularny, że go czyta nawet Leszczyński, to ja z całą pewnością dostanę się do Sejmu. I dziś, kiedy się do tego Sejmu nie dostałem, widać wyraźnie jaki jestem żałosny.
I teraz jest tak. Nawet jeśli przyjmiemy, że Leszczyński nie zmyśla, lecz pisze prawdę i tylko prawdę, a więc ja w istocie rzuciłem pracę na rzecz tego bloga, a następnie oszalałem, i uznałem, że się dzięki niemu dostanę do Sejmu, to wciąż pozostaje pytanie: co to wszystko Leszczyńskiego obchodzi? Nawet jeśli założymy, że Leszczyński nie kłamie, i ja faktycznie – prowadząc tę swoją kampanię za stówę, bez reklam i plakatów – uzyskałem najgorszy wynik na liście, to dlaczego taki Leszczyński nie może z tego powodu spać? Dlaczego on się tak bardzo przejmuje tak makabrycznie nędznym nieudacznikiem jak ja? Powtórzę raz jeszcze: nie mam bladego pojęcia. Sposób na życie emocjonalne, jaki wybrał dla siebie Robert Leszczyński jest dla mnie zagadką i ja tej zagadki rozwiązać nie potrafię. Akurat jest jedna ewentualność, której jednak moja wrodzona skromność na poważnie rozważać mi nie pozwala. Może być tak, że nawet dla tak ciężkiej bolszewii, jaką reprezentuje Leszczyński, to co ja piszę, jest tak niepokojące, że dopóki oni mnie w jakikolwiek sposób nie zniszczą, nie zaznają spokoju. Ja wciąż pamiętam spotkanie, jakie miałem już ponad dwa lata temu na trzecich urodzinach Salonu24 z blogerem Azraelem. Jadłem sobie spokojnie golonkę, popijałem ją piwem, i nagle do mnie się dosiadł ów Azrael i zaczął mnie gwałtownie namawiać, żebym się przyznał, że ja tak naprawdę myślę inaczej, natomiast to co piszę, to tylko taka prowokacja. A więc niewykluczone, że podobnie jest z Leszczyńskim. On czyta te teksty, widzi, że one są pisane na takim poziomie merytorycznym i technicznym, jakiego on nigdy nie osiągnie, że ich logika, inteligencja i zwykłe serce, jego – choćby tylko potencjalne – możliwości zwyczajnie przekraczają, no i się denerwuje. Zwyczajnie. Niektórzy tak mają.
Ponieważ jednak tej opcji, ze względu na swoją wspomnianą już skromność, pod uwagę brać nie mogę, zwrócę uwagę na coś innego. I to już nie bardzo nawet dotyczącego samego Leszczyńskiego, ale wielu, wielu innych osób – po wszystkich możliwych stronach sceny – rzekomo wyznających pewne idee, ale tak naprawdę dbających wyłącznie o to, by się jakoś dało żyć. Skoro bowiem nie można tak, niech będzie jakkolwiek. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga – a więc i sam Leszczyński – ja nie rzuciłem pracy na rzecz pisania, ale właśnie przez to pisanie ją straciłem. Ludzie którzy mnie zatrudniali, sprawdzili w Sieci, jakie ja mam poglądy, i za te poglądy postanowili skazać mnie i moją rodzinę na ruinę. Dodatkowo wręcz, niektórzy z nich, komentując to co się stało, oświadczyli mi osobiście, że tak właśnie ma być, że mam to co mi się należało, i że jeśli będę dalej prowadził tego bloga, spotka mnie coś znacznie gorszego. I to nie tylko mnie, ale i osobiście już moich bliskich. A zatem, doszło do sytuacji, której taki Leszczyński powinien się, przynajmniej teoretycznie, radykalnie i zasadniczo sprzeciwiać. Tymczasem jest wręcz odwrotnie. To że ja próbuję zarabiać, pisząc te teksty, budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i pogardę. O kim to świadczy? No, z całą pewnością nie o mnie, lecz właśnie o nim. O nim i o szczerości jego zaangażowania.
Jest jeszcze jedna sprawa. Tak naprawdę jedyna tu istotna. Otóż jest tak, że choć ja rzeczywiście raczej poruszam się na krawędzi, to jednak staram się pracować. Tłumaczę, daję lekcje, również w soboty i w niedzielę. Biorę wszystko, co mi proponują. Nie odmawiam, nie targuje się o ceny. Pracuję, jak się da i ile się da. Nie jest tego tyle, by utrzymać pięcioosobową rodzinę i pokryć wszystkie bieżące zobowiązania, ale robię co mogę. Po co mi więcej pieniędzy? Otóż ja mam kredyty. Niewiele. Dwa. Jednak one mnie trzymają za gardło. A trzeba wiedzieć, że ja nie wziąłem ich po to, by sobie kupić samochód, czy dom, albo pojechać na wakacje do Toskanii, czy na Karaiby, ale żeby spłacić inne zobowiązania. Krótko mówiąc, uważam się za jedną z wielu ofiar bankowego systemu, jaki mamy w Polsce. Leszczyński, jako dumny lewicowiec, powinien się tu ze mną solidaryzować. Jestem pewien, że kiedy ostatnio w Warszawie jego kumple i wychowankowie organizowali marsze tzw. oburzonych, on tam z nimi jak najbardziej był. I co? I nic. Wyłącznie dlatego, że jemu się bardzo nie podoba to, jak ja myślę, uważa, że powinienem zdechnąć. A jeśli banki mi w tym pomogą – on akurat nie będzie się sprzeciwiał. Może nawet tak będzie lepiej. Akurat tu System, z którym Leszczyński rzekomo walczy, gwarantuje najwyższą skuteczność.
Co więc ja mam o tym myśleć? Wydaje się, że odpowiedź jest jedna. Wiara, idea, zaangażowanie, poświęcenie – to wszystko zostało już wyłącznie po stronie reprezentowanej przez nielicznych. Cała reszta, to już tylko coś, co kiedyś Norwid określił pogardliwym terminem „interesy”. Leszczyński jest tu świetnym przykładem tego, co mam na myśli, mówiąc „cała reszta”. Uważam, że z niego jest taki lewicowiec, jak ze mnie biznesmen. Leszczyński to jest ktoś, kto z jakiegoś powodu uważa, że należy przestać karać za posiadanie narkotyków i dać spokój pederastom. Oczywiście, zakładając, że ów pederasta i posiadacz marihuany, to nie jest ktoś, kogo Leszczyński nie lubi. Bo jeśli tak, to niech do akcji wkraczają nawet ruscy faszyści i w jego imieniu zrobią porządek. Co do reszty jednak, on pozostaje elastyczny. Powiem szczerze, że, jeśli mam wybierać, to już wolę liberałów. Ci przynajmniej oficjalnie głoszą potrzebę zamknięcia takich jak ja w jakimś mało przytulnym getcie, a co do pederastów i narkotyków się nie wypowiadają, byle nie ruszano tego co ich. Obrzydliwe? Owszem. Ale przynajmniej uczciwe.
Na koniec chciałbym parę słów skierować osobiście pod adresem Roberta Leszczyńskiego. Ale zanim to zrobię, chwila wspomnień. Miałem otóż kiedyś taką koleżankę, która z jakiegoś powodu, ile razy mnie spotykała, pytała z ironią w głosie, czy już sobie kupiłem samochód. Ponieważ samochodu nie mam i nigdy nie miałem, odpowiadałem zawsze, że nie, i ona wtedy była bardzo zadowolona. Któregoś dnia, zaczepiła mnie jak zwykle, a ja jej, nie wiedzieć czemu, odpowiedziałem, że ja mam w dupie samochód. Wożę się wyłącznie taksówkami, bo wprawdzie nie są bardzo tanie, ale człowiek ma przynajmniej wolne ręce, na to, by się pobawić komórką. Zadziałało? Zadziałało. Jeszcze jak! Leszczyński twierdzi, że gdyby z blogowania dało się żyć, to on by od razu zaczął na tym zarabiać, ale ponieważ wie, że tak dobrze nie jest, to ten sport zostawia naiwnym bałwanom, takim jak ja. W tej sytuacji mam mu coś do zakomunikowania, jednak w tym celu otworzę nowy, końcowy już, akapit.
Panie! Żeby zarabiać na blogowaniu, trzeba mieć coś więcej, niż umiejętność robienia skrętów. Żeby żyć z blogowania, trzeba umieć ładnie i z sercem pisać. I mieć wiernych i oddanych czytelników. Żeby wreszcie żyć z blogowania – trzeba mieć talent. I to nie jeden. Kilka talentów. To wcale nie jest tak, że ktoś jest redaktorem w gazecie i uznaje, że możnaby nagle coś przyrobić. Tu trzeba znacznie więcej. Pan jednak tu się akurat zdecydowanie nie mieści. Pan jest zaledwie jednym z nich. A jak jest ze mną? Chciałby Pan wiedzieć? Otóż ja z tego blogowania żyję dużo lepiej, niż Pan z tych swoich kretyńskich tekstów dla „Wysokich Obcasów”. I w ogóle dużo lepiej, niż jest Pan w stanie sobie wyobrazić. A teraz mam do Pana pytanie. Skoro Pan jest taki sprytny, niech mi Pan teraz powie – czy ja teraz kłamię

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...