Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 września 2025

O ludobójstwie, o głodzie i o pięciu pieczątkach

 

Dziś, kiedy minęło już 17 lat jak prowadzę ten blog, przypominam sobie, że zaledwie raz zamieściłem tu tekst poświęcony rocznicy sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 roku. A miało to miejsce we wrześniu 2009 roku. Czemu tak? Trudno mi powiedzieć, niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę sądzić, że przez te wszystkie lata zupełnie mimowolnie trzymałem gdzieś wewnątrz przekonanie, że to co w tamtym tekście powiedziałem, to jest wszystko, co mogę z siebie wyrzucić i na tym już koniec: każda kolejna próba będzie skazana na porażkę. I oto mamy dziś rocznicę kolejną, a ja, mając wrażenie, że chyba nigdy dotąd nie byliśmy tak dramatycznie rozdarci między naszą pogardą dla Rosji z jednej strony, a z drugiej do Niemiec, wypadałoby właśnie tamten tekst przypomnieć. Może troszeczkę tylko zmodyfikowany, ale wciąż tamten sprzed lat. Zapraszam więc do wspólnych refleksji.



Nie wiem absolutnie, jak to się stało, ale od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć, czyli mniej więcej tak długo, jak sięgam pamięcią, nienawidziłem wszystkiego co ruskie. Prawie wszystkiego, ale o tym później. Ta moja niechęć do rosyjskich sportowców, do rosyjskiego języka, do rosyjskiej nauki, i – jakże by inaczej – do rosyjskiej wielkomocarstwowej polityki była o tyle dziwna, że moi rodzice i dziadkowie nigdy szczególnie mnie w tym kierunku nie prowadzili. Oni sami, oczywiście, w sposób naturalny nie znosili komuny i całej tej duszącej nas bolszewii, ale, o ile sobie przypominam, ten temat nigdy nie dominował naszych rozmów. Kiedy próbuję zgadnąć, jak to się stało, że przez tyle lat potrafiłem w sobie pielęgnować tę moją nienawiść, to dochodzę do wniosku, że może ma rację pewien mój dobry kolega, który twierdzi, że to jest wszystko kwestią tego, kim się było w poprzednim wcieleniu i – na ile go znam – to on pewnie by mi powiedział, że mnie zapewne bolszewicy zamordowali w Katyniu, lub zatłukli po wojnie we Wronkach i teraz mam jak mam. Czy jest to zatem wina reinkarnacji, czy może powody są zupełnie inne, fakt pozostaje faktem. Mój antykomunizm, a przy okazji tę antyrosyjskość, nosiłem ze sobą zawsze jak relikwię.

Nie byłem nigdy ani bojownikiem, ani bohaterem, ani człowiekiem w sposób naturalny poszukujący adrenaliny. Nie byłem szczególnym patriotą, nie nosiłem w klapie opornika, nie goniłem się z milicją po mieście. Ale wtedy – choćby tamtego ranka, jeszcze w czasie studiów, gdy zaciągnięto mnie na komendę i jakiś esbek zaproponował mi współpracę – wiedziałem na pewno, że prędzej dam się wyrzucić ze studiów, niż zgodzę się pracować dla Ruskich i ich ludzi w Polsce. I wciąż nie wiem, dlaczego to na mnie tafiło.

Piszę dziś o tym, bo mamy 17 września, czyli rocznicę napaści Związku Sowieckiego na Polskę. Czyli rocznicę wydarzenia, które przez wiele lat, było dla mnie centralnym punktem mojej historycznej świadomości. Wydarzenia, o którym, gdy idzie o historyczne szczegóły, zawsze wiedziałem znacznie mniej, niż o 1 września i o wszystkim, co się działo między nami, a Niemcami, ale które jak żadne inne sprawiało, że czułem dumę z tego, że jestem Polakiem. Że to ja jestem członkiem tego narodu, który został tak straszliwie zduszony przez to połączone i zorganizowane zło. Myślę sobie, że ten mój brak wiedzy na temat tego, co się działo w latach wojny po sowieckiej stronie, był trochę spowodowany tym, że w latach, kiedy się wychowywałem, ten akurat temat praktycznie nie istniał, a – jak już wspomniałem – w moim domu szczególnej atmosfery pod tym względem też nie było. Ale też tym, że cała moja rodzina, w czasie wojny, raczej cierpiała z rąk Niemców, niż Sowietów, a po wojnie żyła raczej w biedzie, ale za to w spokoju.

A mimo to, 17 września dla mnie znaczył zawsze znacznie więcej, niż jakakolwiek inna historyczna data. I dziś, kiedy piszę ten rocznicowy tekst, wiem, że muszę coś powiedzieć takiego, żeby nie było wątpliwości, że ten dzień odpowiednio uczciłem. A więc, pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z – nieżyjącą już dziś – babcią mojej żony, która w momencie wybuchu wojny mieszkała we Lwowie. Opowiadała ona, jak przypomina sobie pociąg stojący na dworcu we Lwowie, do którego Rosjanie pakowali mające być wywiezione na Sybir polskie rodziny, wewnątrz pociągu był straszliwy ścisk, a na zewnątrz panował równie straszliwy mróz. I od czasu do czasu, widać było, jak od ludzi z pociągu, stojący na peronie odbierali zamarznięte na śmierć niemowlęta. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mi opowiadała babcia mojej żony, która podobno stała wtedy na tym peronie i to wszystko widziała.

To byłoby jedyne właściwie wspomnienie, jakiego stałem się przez te wszystkie lata biernym uczestnikiem, a dotyczące początków tego, czego już jako bezpośredni obserwator, w ten czy inny sposób, miałem okazję dotykać przez całe moje życie w komunie. I byłoby to wspomnienie jedyne, gdyby nie to, ze dopiero co spotkałem się z moim wujkiem, o którym już tu parokrotnie wspominałem, a który – w moim najszczerszym przekonaniu – jest najwybitniejszym ekspertem od wszystkiego tego, co się wiąże z II Wojną Światową. Powiedział mi Wujek mianowicie, że po tym jak Niemcy uderzyli na Związek Sowiecki, w ciągu bardzo krótkiego czasu do niemieckiej niewoli trafiło pięć milionów sowieckich żołnierzy, z czego prawie milion wstąpiło do niemieckiej armii. Pozostałe cztery miliony – choć i ta reszta nie została do końca oszczędzona – zmarły następnie w straszliwej nędzy i rozpaczy, z głodu i z chorób, w niemieckich obozach. Wujek mój twierdzi, że te pięć milionów w większości poddało się głównie z głodu i z nadziei, że w niewoli przynajmniej dostaną coś jeść. Mówi dalej mój wujek, że gdyby Niemcy zapewnili każdemu z nich talerz gęstej zupy i kromkę chleba na dzień, to niemiecka armia powiększyłaby się o pięć milionów wiernych żołnierzy. A tak, ci co nie zgodzili się kolaborować, a jeśli zdezerterowali to tylko dlatego, że liczyli bardzo na to, że ktoś wreszcie ich nakarmi, zwyczajnie zmarli.

Biedni sowieccy żołnierze. Tak sobie o nich dziś myślę i teraz, kiedy piszę ten tekst i tyle razy wcześniej, kiedy oglądałem wspaniałe rosyjskie filmy wojenne, które zawsze mnie wzruszały. Czy to Lecą żurawie, czy to Dziecko wojny, czy Ballada o żołnierzu… zawsze sobie myślałem, jak to fatalnie się dla nich ułożyło życie, że ktoś im któregoś dnia kazał umierać za sowiecką ojczyznę i za światową rewolucję. I wtedy znów wracam do tej sceny na dworcu we Lwowie w tamten mroźny wieczór, i w tym momencie nagle przypominam sobie ów niemiecki papier, który jest do obejrzenia w Muzeum w Oświęcimiu, z pięcioma pieczątkami i sześcioma podpisami, skazujący więźnia na dwa dni karceru za zrobienie kupy z barakiem. Człowiek zrobił kupę w niewyznaczonym do tego przez komendanta obozu miejscu i za ten brak dyscypliny został skazany na dwa dni karceru, a wyrok został zatwierdzony pięcioma pieczątkami i sześcioma podpisami. I zaczynam już myśleć o Niemcach. I już się czuję pewniej. Tu teren jest przynajmniej czysty. Tu jest zdecydowanie łatwiej.

I to jest mój obiecany już parę tygodni temu wpis z okazji rocznicy napaści Sowietów na Polskę i początku tej gehenny, dzięki której marszałek nasi niedzielni patrioci mogą się dziś poczuć prawdziwymi politykami i poślizgać się po temacie ludobójstwa i jego znamion.




wtorek, 2 września 2025

Czyli wojna?

 

Gdy wczoraj w ciągu dnia telewizja Republika zamieściła na swoim profilu na platformie X zdjęcie pracownika którejś z niemieckich firm kurierskich, jak dostarcza wieniec w okolice niesławnego 30-tonowego głazu mającego rzekomo upamiętnić polskie ofiary niemieckiego ludobójstwa, komentując owo zdjęcie złośliwą uwagą, że oto niemieckie władze wysłali swojego przedstawiciela, by tam złożył odpowiedni wieniec, pomyślałem sobie o Tomaszu Sakiewiczu i całym tym paskudnym towarzystwie, to co myślę niemal od początku ich publicznej obecności. Przyznać jednak przy tym muszę, że – choć oczywiście nie miałem najmniejszych wątpliwości, co do tej ich brudnej gry – to przez chwilę miałem nadzieję, że w końcu się jednak okażę, że ponieważ żadnemu z nich nie chciało się tam pojawić osobiście, to wysłali ten wieniec kurierem płacąc temu biedakowi za dodatkową usługę w postaci złożenia tego wieńca, a nie rzucenia go gdzie popadnie. Dziś już wiem, że ten kurier najpewniej sam, z własnej inicjatywy, poczuł się w obowiązku, by ów wieniec złożyć, a nie nim walnąć i chwała mu za to, a jacyś Niemcy, tym razem już w garniturach, zjawili się na miejscu parę godzin później.

A zatem, co się stało? Wygląda na to, że nic, poza tym, że Republika, a za nią cała fala ogłupiałych komentatorów zrobili z siebie nawet nie głupców – bo oni wszyscy musieli na sto procent czuć, że ten chłopak w krótkich spodniach i rozjechanych trampkach nie jest w żaden sposób państwowym urzędnikiem, tylko kurierem w pracy – ale ludzi, o których swego czasu, w kompletnie innym kontekście, mówił Jarosława Kaczyński, że gdyby im TVN24 w najgorszy upał powiedział, że jest mróz, oni by natychmiast założyli kożuchy czapki i szaliki. I to nie dlatego, że oni by autentycznie uznali, że jest zimno, ale przez to, że oni bardzo by chcieli, żeby to była prawda.

A więc, jak mówię, nie stało się nic, a przynajmniej nie wczoraj. To o czym powinniśmy mówić mianowicie, to ten idiotyczny głaz, o którym ktoś również wczoraj bardzo ładnie powiedział, że taki można by było kupić z flaszkę u każdego chłopa na Podlasiu. Otóż ja – to wszystko zdarzyło się wczoraj – dowiedziałem się czegoś, o czym Bóg mi świadkiem dotychczas nie wiedziałem, a co wyjaśnia znakomicie, dlaczego Niemcy uznali za stosowne postawić tam ten ów kamień i podpisać, że to niby z tego żalu, jaki oni czują po tym, co narobili 80 lat temu. I to jest też coś, co, gdyby Sakiewicz i całe to nieszczęsne towarzystwo tworzące swoją idiotyczną propagandę pod nazwą Republika byli naprawdę przejęci Sprawą i gdyby i naprawdę zależało na sukcesie Polski i Polaków, omawialiby od rana do wieczora w kwestii niemieckiej odpowiedzialności za to co nam uczynili podczas wojny. Co mam na myśli? Tak się otóż zdarzyło, że w Tygodnika Solidarność trafiłem na tekst nieznanego mi wcześniej. Pawła Sokali. Pisze Sokala tak:


W wywiadzie dla Deutsche Welle z 29 sierpnia  2023 r. [jeden z inicjatorów postawienia głazu, niemiecki architekt Florian Mausbach] powiedział: „Można było wznieść pomnik w ciągu trzech, czterech lat... Ale nie ma takiej woli, unika się nawet słowa 'pomnik'”. Jego zdaniem 'pomnik' byłby wyrazem ‘uznania swojej winy’ przez Niemców. A tego, jak Mausbach zwrócił uwagę, Niemcy nie chcą w sposób wyraźny uczynić.

Mausbach dotknął w tej wypowiedzi kwestii niesłychanie istotnej. Sednem sporu o pomnik nie jest bowiem sam fizyczny monument, a problem trudnej do zaakceptowania z polskiego punktu widzenia polityki pamięci RFN. W Berlinie istnieje cały szereg pomników „ofiar narodowego-socjalizmu” - od memoriału Holokaustu, przez pomnik ofiar pochodzenia romskiego, aż po miejsca upamiętnienia ofiar niepełnosprawnych i - osobno - ofiar prześladowanych ze względu na tożsamość seksualną. Ta lista nie jest przypadkowa. 4 wymienione tu miejsca upamiętnienia stanowią lustrzane odbicie standardowego modelu polityki historycznej RFN. Jest to swego rodzaju kanon pamięci. To właśnie te 4 grupy ofiar wymieniane są zawsze przez najwyższych funkcjonariuszy państwowych przy okazji uroczystości rocznicowych upamiętniających wojnę. Co w takiej sytuacji nie zaskakuje, są to także dokładnie te grupy ofiar, które utkwiły w świadomości społecznej, co potwierdzają regularne badania sondażowe. Najistotniejsze z punktu widzenia naszych rozważań jest jednak to, że te same badania potwierdzają równocześnie prawie kompletny brak świadomości na temat skali oraz charakteru zbrodni dokonanych przez Niemców na Polakach. Problem nie ogranicza się zresztą tylko do szerokich mas społecznych. Nawet wśród historyków niemieckich nie brakuje takich, którzy relatywizują ludobójczą politykę III Rzeszy wobec etnicznych Polaków, usiłując zamknąć ją w formule bliżej nieokreślonych „zbrodni wojennych”, popełnionych często „w reakcji na działania ruchu oporu”. Stan rzeczy dobrze oddaje chyba opinia byłego dyrektora Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich Dietera Bingena. Historyk ten określił stosunek Niemców do polskich ofiar wojny, jako „ofiary drugiej kategorii”.


O co mi chodzi? O to mianowicie, że jeśli Sokala mówi prawdę o tych „czterech grupach ofiar niemieckiego ludobójstwa”. Czterech i tylko czterech, a więc Żydów, Cyganów, osób chorych i homoseksualistów, to znaczy że Karol Nawrocki wczoraj faktycznie, jak to dziś określił pewien mój przyjaciel, wypowiedział Niemcom wojnę. Jeśli to że Niemcy faktycznie nie zamierzają uznać swojej odpowiedzialności za zbrodnie na Polakach wynika bezpośrednio z ich narodowej doktryny i to do tego stopnia, że objawia się to w ich ostatecznej odmowie postawienia polskim ofiarom choćby jednego pomnika, to znaczy, że oni tego już nie zrobią. Bo gdyby zrobili, to – tak jak oni to rozumieją – runąłby z hukiem cały sens ich istnienia.

Na tym blogu, ale również tu i tam w sieci, kilka razy przypominałem zdjęcie pewnej dziewczynki o nazwisku Czesia Kwoka, Polki i katoliczki, zamordowanej przez Niemca w Auschwitz. Ze szczególnym zaangażowaniem zamieszczałem to zdjęcie, gdy w jakiejkolwiek sprawie zwracałem się bezpośrednio do Niemców, licząc na to, że w ten sposób zamknę im choć na chwilę te bezczelne twarze. Ostatnio uczyniłem to zaledwie wczoraj, tyle że tym razem chcąc wskazać na to, jak Żydzi - prawdopodobnie w duchowym porozumieniu z Niemcami - widząc to zdjęcie, próbują wmówić światu, że Czesia Kwoka to było dziecko żydowskie, a nie polskie.

Czekając na to, aż odezwie się też ruch LGBT i ogłosi, że Czesia Kwoka to była lesbijką, zaczynam jeszcze lepiej rozumieć, że dopóki my tego 30-tonowego głazu w jakiś sposób na łeb im nie spuścimy, to wypowiedziana wczoraj przez Prezydenta wojna się nie skończy.



poniedziałek, 1 września 2025

Jeszcze o ostatecznym rozwiązaniu kwestii niemieckiej

 

Nie mam naprawdę pojęcia, ile przez te wszystkie lata jak prowadzę ten blog, zamieściłem tu tekstów na wszystkie możliwe tematy, ale musiało ich tu już pojawić dobrych kilka tysięcy, a jestem pewien, że większość z owych tematów skomentowałem wielokrotnie, z każdej możliwej perspektywy. Jest to oczywiście powód do satysfakcji, z drugiej strony jednak, od dłuższego już czasu coraz częściej przyłapuję się na tym, że gdy coś mnie zacznie uwierać, nie bardzo potrafię znaleźć sposób by powiedzieć coś, czego już wcześniej nie powiedziałem. No i w efekcie, pomijając to potężne archiwum, ten blog zieje zawstydzającą pustką.

Weźmy takie niemiectwo. Ów wrzód na organizmie świata daje mi niezliczone wręcz okazje, by go jakoś opisać, a tymczasem czy ta okazja to kolejna rocznica wybuchu II wojny Światowej, czy Powstania Warszawskiego, czy masakry Woli, czy likwidacji Getta, czy któreś z kolejnych świadectw, jakie nam pozostawia historia, czy wreszcie zupełnie aktualne wybryki przedstawicieli tego czy to narodu, czy zbiorowiska plemion, czy po prostu cywilizacyjnego wybryku i diabeł jeden wie, nawet ja nie jestem w stanie powiedzieć coś nowego. Zwłaszcza gdy o Niemcach powstału tu już dotychczas może i najwięcej tekstów

Mamy jednak dziś rocznicę napaści Niemiec na Polskę, a ja coś czuję, że ta akurat rocznica jest wyjątkowo szczególna. Mam bowiem wrażenie, że nigdy dotąd od czasu zakończenia wojny owi Niemcy nie demonstrowali w stosunku do Polska aż takiej wrogości, wrogości wręcz fizycznej i namacalnej. Z tego też względu czuję też wielką potrzebę powtórzenia pewnej myśli, którą tu mogli Państwo znaleźć jeszcze w roku 2012, a ja już naprawdę nie ma nic więcej do dodania. Bardzo proszę.



Wydaje mi się, że Niemcom jako Niemcom poświęciłem tu dwie, albo trzy notki. Jedna z nich nawet nosiła najbardziej jednoznaczny z możliwych tytuł, czyli „Niemiectwo”, a opisałem w niej historię opowiedzianą mi kiedyś przez mojego dziś już świętej pamięci wujka, który w czasie wojny był małym dzieckiem i pewnego dnia został dostał od jakiegoś Niemca pięścią w twarz, tylko przez to, że się kręcił po okolicy i mu zasłaniał świat. To co mnie w tej historii poruszyło najbardziej, to nie tyle to, że mój wujek od tego Niemca oberwał, ale, że on do końca swojego życia pamiętał, jak wtedy pobiegł z płaczem do swojego ojca, i jak ten go przytulił, i jak mu drżały te jego wielkie, spracowane wiejskie dłonie. Opowiedziałem tę historię i zakończyłem wszystko refleksją, że może dla świata – no bo przecież ani dla całej naszej rodziny, ani nawet dla mnie, dziś tu piszącego ten tekst – lepiej by było, gdyby on temu szwabowi zwyczajnie poderżnął gardło. Tymi swoimi trzęsącymi się rękoma wziął nóż i poderżnął mu gardło od jego jednego szwabskiego ucha do drugiego.

Kiedy pisałem tamten swój tekst o Niemcach, chyba jeszcze nie znałem innej historii, której chyba jednak wciąż nie miałem okazji opowiadać, a która stanowi fragment wspomnień Roalda Dahla ze jego pobytu w Afryce, natomiast jak najbardziej dotyczy znanego nam już Mdisho z plemienia Muanumuezi. Otóż, jak niektórzy pewnie pamiętają, ostatni raz jak spotkaliśmy się z owym Mdisho, mieszkający w Afryce Anglicy szykowali się do wojny z Niemcami, a sam Mdisho tłumaczył Dahlowi, że to właśnie teraz, kiedy jeszcze wojna się nie zaczęła, jest najlepszy moment do tego, by wszystkich kręcących się po okolicy Niemców wymordować, i będzie spokój. Póki oni się niczego nie spodziewają i są całkowicie bezbronni, tylko ktoś kompletnie naiwny nie skorzystałby z okazji. Dahl tłumaczył Mdisho, że w cywilizowanym świecie tak się nie postępuje, a Mdisho mu z kolei objaśniał, że jego ojcowie zawsze uderzali pierwsi. I że on akurat o wiele lepiej rozumie to, niż jakieś bezsensowne czekanie.

No i wreszcie wojna została wypowiedziana, jak to ładnie ujął Dahl, rozległ się gwizdek i mecz się rozpoczął. Sam Dahl został natychmiast powołany do wojska, mianowany oficerem i wysłany z grupą czarnych żołnierzy na drogę z Tanganiki do dzisiejszego Mozambiku, by tam zatrzymać i internować wszystkich uciekających z miasta Niemców. Kiedy on tam stał na tej drodze i czekał na rozwój wypadków, Mdisho nie czekał na nic. Przybrał strój wojenny, porwał ze ściany należącą do Dahla pamiątkową muzułmańską szablę, pięknie grawerowaną scenami z życia Proroka, i popędził do domu najbliższego znanego sobie Niemca, miejscowego plantatora sisalu. Niezwykła jest owa opisywana przez Dahla scena, kiedy to Mdisho biegnie przez chyląca się ku wieczorowi, a następnie już nocną Afrykę, z tą szablą w dłoni, godziny mijają, a on ma w głowie tylko to jedno – trzeba zabić Niemca, zanim Niemiec zabije ciebie.

No i wpada do tego domu, biegnie przez jeden pokój, potem drugi, wreszcie wpada do ogrodu, a tam stoi ten Niemiec i pali w ognisku jakieś papiery. No i oczywiście, jak się domyślamy, nie ma żadnych negocjacji, żadnych deklaracji, ani nawet żadnych zaklęć. Mdisho robi najpierw jeden zamach potem poprawia drugim, i obcina Niemcowi głowę. A potem, tak samo szybko i tą samą drogą, wraca do swojego domu.

Bardzo znamienna jest natomiast rozmowa, do jakiej w tej sprawie dochodzi między Dahlem a Mdisho. Mdisho w bezgranicznym uniesieniu opowiada mu o swoim zwycięstwie, a Dahl, zmartwiony jak cholera, musi go wręcz błagać, by nikomu pod żadnym pozorem nie wspominał o tym, co zrobił, bo zostanie aresztowany i pewnie surowo ukarany. „Dobrze postąpiłeś. Zachowałeś się jak bohater”, mówi mu Dahl. „Tylko, pamiętaj, nie mów o tym nikomu”.

Przypomniała mi się tamta scena kiedy wpadł mi w ręce któryś z ostatnich numerów „Warszawskiej Gazety”. Na samym dole strony tytułowej widnieje tytuł: „Hekatomba dokonana przez ‘szlachetny’ Wehrmacht”, a obok jest to zdjęcie. Malutkie skromne zdjęcie, jedno z tych starych, przymglonych historią czarno-białych zdjęć, które Niemcy podczas okupacji lubili pstrykać wszędzie tam, gdzie się pojawili. Oto jakiś budynek, na ziemi leży parę ciał świeżo rozstrzelanych mężczyzn, a nad tymi ciałami stoi dwóch innych, i czeka na swoją śmierć. Jeden z nich to chyba jeszcze młody chłopak. Drugi jest już zdecydowanie starszy. No i proszę sobie wyobrazić, że ten chłopak ma złożone na piersiach dłonie i płacze. Ale płacze nie tak, jak to czasem jedni ludzie płaczą, a drudzy na to patrzą i stwierdzają, że oto ktoś płacze. On płacze tak jak człowiek, który za chwile umrze i nie pozostaje mu nic innego jak właśnie się rozpłakać.

Ten co stoi obok niego już nie płacze. On wygląda trochę tak jak wyglądają pojedynkujący się na westernach kowboje. A więc stoi wyprostowany, z dzielnie wysuniętą do przodu piersią, nawet ręce trzyma tak jakby miał za chwilę sięgnąć po rewolwer. I wszystko wyglądałoby właśnie w ten sposób, gdyby nie to, że kiedy się przyjrzeć uważniej, to widać, że on nie czeka na swoją szansę, ale wyłącznie na śmierć. W całej jego postawie nie ma śladu skupienia, śladu niepewności. No i ma głowę uniesioną zbyt wysoko, i te dłonie są otwarte zbyt szeroko. Tego już akurat nie widać, ale mam wrażenie, że nawet jeśli on ma oczy otwarte, to patrzy gdzieś w dal, nad głowami tych Niemców, którzy przyjechali do jego miasta, by go zabić.

Co to za scena? Nieważne. Jedna z wielu wojennych scen z okupowanej Polski, której bohaterami nie byli ani polscy żołnierze, ani partyzanci, tylko zwykli Bogu ducha winni cywile. Każdego dnia zabijani przez Niemców. Patrzę więc na to z jednej strony ponure, a z drugiej tak podniośle uroczyste zdjęcie, i myślę sobie, że ci Niemcy to jednak nie byle jaki naród. Taka historia, taka kultura, takie aspiracje – a jak idzie o stronę emocjonalną, to wyłazi coś tak pomiędzy Muanumuezi a najbardziej spedalonym kozactwem, z tym może tylko zastrzeżeniem, że opcja kozacka byłaby tu zdecydowanie bardziej wyeksponowana. I powiem uczciwie, że ponieważ mamy wojnę i musimy dokonać jakiegoś wyboru, to ja bym zdecydowanie był za tym, żeby tam wpadł jakiś Murzyn z bogato inkrustowaną scenami z życia Proroka szablą, i im wszystkim poobcinał te szwabskie łby. I nawet nie po to, by było kulturalniej, ale zwyczajnie przyjemniej. Dla zwykłej ludzkiej satysfakcji.

Niemcy. Jasna cholera! Że się to jakimś cudem na tej naszej Ziemi uchowało. I nawet z tymi kartoflami nic nie wyszło. Ciekawe tylko czy to już naprawdę jest tylko melodia przeszłości? Bardzo liczę na to, że jednak nie.

PS.

Czy wiedzą Państwo, że prominentny nowojorski rabin niejaki Szmulej zamieścił na platformie X zdjęcie niezapomnianej Czesi Kwoki z odpowiednim komentarzem.



Myśłę, że Niemcy muszą być tym zdjęciem bardzo poruszeni.

środa, 28 maja 2025

Do czego Europie potrzeba nazistów?

 

Wybory już tuż-tuż, a świadomość tego mają już chyba wszyscy, z wyjątkiem być może tej części elektoratu Rafała Trzaskowskiego, która nie wie nic. Ich akurat trzeba będzie w najbliższą niedzielę zaciągnąć do najbliższej urny i pokazać palcem, który krzyżyk mają zakreślić, ja natomiast tymczasem z zainteresowaniem zauważam, że propagandowy przekaz Berlina i jego przedstawicielstwa w Polsce, został w tych dniach uzupełniony przez skierowany do wyborców Konfederacji apel, by dla swojego najlepiej pojętego interesu zagłosowali przeciwko Karolowi Nawrockiemu. Tempo w jakim owa sugestia się rozwija i rozprzestrzenia wskazuje być może na to, że skoro trick pod tytułem „gangus-sutener-narkoman” najwyraźniej nie wypalił, od jutra już będziemy słyszeć tylko to jedno: „Porażka Nawrockiego doprowadzi do ostatecznego upadku PiS-u i wówczas dominującą siłą na polskiej prawicy będzie Konfederacja. Nie chcecie tego? Chcijcie”.

Subtelność tej zagrywki jest moim zdaniem tak grubo szyta, że pewnie bym się nawet nad nią nie pochylał, gdyby nie fakt, że – a wiem to z całą pewnością – wśród osób głosujących w pierwszej turze na Sławomira Menzena jest tak dużo naiwnych głuptasów, że oni tego typu analizę gotowi są kupić bez mrugnięcia okiem. No bo cóż bardziej oczywistego: PiS przegrywa wybory prezydenckie, Donald Tusk z ferajną uzyskują pełnię władzy, pisowskie psy prezesa Kaczyńskiego zagryzają, partia się rozpada, staje się jasne, że na tzw. prawicy pojawia się miejsce dla czegoś nowego, w tę lukę jak w masło wchodzą narodowcy i wówczas bez jakiejkolwiek konkurencji mogą rozpocząć kampanię do wyborów parlamentarnych w roku 2027. Tak to widzę i czuję się w obowiązku przynajmniej części z nich wytłumaczyć, jak bardzo się mylą.

Proszę posłuchać. Przede wszystkim uważam, że nawet jeśli Karol Nawrocki te wybory przegra i nawet jeśli w Prawie i Sprawiedliwości dojdzie do kryzysu, to partia to przetrwa, przynajmniej przez ten czas do kolejnych wyborów. No ale mogę się mylić i może się okazać, że berlińscy analitycy kombinują jednak bardzo dobrze. Może się okazać, że już chwilę po wyborach dojdzie do nieszczęścia i era Jarosława Kaczyńskiego się zakończy, a nawet może się zdarzyć, że wtedy wreszcie Donald Tusk z Bodnarem zaczną nas po kolei zamykać. No ale co zostanie? Zostanie oczywiście Koalicja Obywatelska z komunistami po lewej i „nazistami” – tak, tak – po prawej stronie. Czy oni również zostaną zutylizowani? Otóż nie. Nie będzie takiej potrzeby, bo szkoda sił i środków na przedsięwzięcie skierowane przeciwko zagrożeniu, którego praktycznie nie ma. A poza tym, bez przesady. Budowanie w środku Europy państwa o systemie jednopartyjnym nie wychodzi w grę. Pozory muszą być zachowane. Popatrzmy na Niemcy, czy Francję. Tam, poza rozbudowanym centrum, które raz na parę lat przekazuje władzę raz to w prawą, raz w lewą stronę, nie ma nic, a jeśli wziąć pod uwagę wspomnianych wcześniej komunistów czy faszystów, to oni pełnią wyłącznie funkcję alibi i władzy wystarczy od czasu do czasu przejechać prętem po klatce, by oni zawsze zareagowali tak, by ogłupiałe społeczeństwo pomyślało sobie o nich z najwyższym obrzydzeniem, ewentualnie zwykłym strachem.

Gdy chodzi o Polskę, której zabraknie zwykłej, tradycyjnie zorientowanej, patriotycznej, politycznej reprezentacji, to ona skończy jak wspomniani Niemcy ze swoim AfD, czy Francja z rodziną Le Pen, którzy nigdy nie obejmą władzy, bo raz że przeciw sobie będą mieli zawsze koalicję wszystkich, a dwa że ludzie przez te wszystkie lata nowoczesnej Europy zostali odpowiednio i skutecznie nimi postraszeni. Tak też się stanie u nas. Konfederacja może rzeczywiście zdominować prawą część sceny, może nawet ją uzyskać wyłącznie dla siebie, ale oni nigdy w życiu nie uzyskają takiego społecznego poparcia, które choćby zbliży ich do objęcia władzy. Dlaczego? Bo na „nazistów” i „antysemitów” głosować nie wolno, a przede wszystkim nie wypada. Zwłaszcza na tych, co zaledwie i wiecznie tylko aspirują.

Ktoś powie, że Jarosławowi Kaczyńskiemu, a przed zamachem z roku 2010 również jego bratu zarzucano i jedno i drugie. Jednemu i drugiemu regularnie dorysowywano hitlerowski wąsik, swastykę, czy co tam jeszcze, a mimo to połowa Polski wciąż stoi za nimi murem. To prawda, jednak Porozumienie Centrum w roku 1990 startowało z zupełnie innego poziomu, niż dziś to ma miejsce w przypadku Konfederacji, polska scena polityczna się dopiero kształtowała, a dzięki absolutnie unikalnym politycznym talentom Jarosława Kaczyńskiego, po ciężkich latach 90., gdzie System jeńców czasami dosłownie wręcz likwidował, ów projekt się odrodził i to odrodził z absolutnym sukcesem. Coś takiego się już nie powtórzy ani w Polsce, ani w Europie.

Dlatego mam apel do tej części wyborców Sławomira Mentzena, którzy marzą o potędze. Nawet nie próbujcie. Nic z tego nie będzie. Jeśli po prawej stronie polskiej polityki pozostanie tylko Konfederacja, wieczna władza przejdzie w ręce najpierw Koalicji Obywatelskiej, a potem już tylko Brukseli, czy co tam w jej miejsce powstanie. A nam pozostaną już tylko modlitwy.

O zdrowie nasze, naszych rodzin i ostateczne zbawienie.




wtorek, 4 marca 2025

O tym jak w 1944 Niemcy uchronili Warszawę przed polskimi nazistami

 

          Nikiego, pół Niemca pół Chorwata, znamy od ponad dziesięciu lat, spotykamy się regularnie i z radością, i można powiedzieć, że jesteśmy zaprzyjaźnieni. Niki jest dobrze wykształconym nauczycielem, człowiekiem bardzo oczytanym, ciekawym świata, w dodatku muzykiem, no i, ktrótko mówiąc, fantastycznym kolegą. Niki, jak wielu Niemców z jego pokolenia, bardzo cierpi z powodu grzechów, może nie swojego ojca, który jest Chorwatem, ale grzechów, Niemców, czyli tych wśród których się urodził i żyje. Niki ma żonę, nadzwyczaj miłą i kochaną kobietę, i dwie córki, tak jak oni, wykształcone i przemiłe. Jedna z nich gra amatorsko w piłkę nożną. Od tygodnia Niki z żoną są w Polsce, a w związku z tym, od trzech dni widzimy się to tu to tam codziennie i jest to bardzo dobry czas, zwłaszcza że oni przywieźli nam w prezencie litrowego Laphroaiga, a my im zapewniliśmy pełny wybór naszego wykwintnego piwa.

        Żona Nikiego w Polsce jest pierwszy raz, natomiast Niki jeszcze nigdy w życiu nie był w Warszawie, ograniczając się wyłącznie do Katowic, Krakowa i oczywiście Auschwitz. I oto wczoraj, w związku z jakimiś nieskonkretyzowanym celem, zapytał, czy warto odwiedzić Warszawę i co tam jest ciekawego do obejrzecnia. Zgodnie z moim najszczerszym przekonaniem, jeśli jest jakiś powód by zajechać do Warszawy, to wyłącznie po to, żeby zobaczyć Muzeum Powstania Warszawskiego, no i ewentualnie zobaczyć jak owa Warszawa, ze szczególnym uwzględnieniem Starego Miasta, powstała po wojnie z kompletnych ruin.

      I proszę sobie w tym momencie Niki zapytał: „Ale Warszawa nie została chyba w czasie wojny zbombardowana?”

      Powiedziałem Nikiemu, ale też chyba przy okazji jego żonie, że owszem, Niemcy Warszawę bombardowali dwukrotnie, pierwszy raz w 1939 roku, zabijając może nawet i 50 tys. ludzi, a drugi raz po Powstaniu Warszawskim, na bezpośredni rozkaz Himmlera, zostawiając ją w stanie którego by się nie powstydziło Aleppo, co sam Niki potwierdził chwilę później, kiedy mu na dowód tego pokazałem. Wstrząśnięty, zapytał, dlaczego oni to zrobili, ja odpowiedziałem, że dlatego, że bardzo się na nas zdenerwowali, chwilę pomyśleliśmy, ja przewróciłem płytę na drugą stronę i sobie nalalismy kolejnego shota.

        I teraz sobie przypominałem, jak zupełnie niedawno przeczytałem gdzieś, że w niemieckich szkołach zapytano uczniów, kto ich zdaniem rozpoczął II Wojnę Światową i zdecydowana większość z nich postawiło na Polskę. Później, w sensowny jak sądzę sposób, pomyślałem sobie o minister Nowackiej i jej słowach o polskich nazistach, no i naturalną koleją rzeczy doszedłem do naszych pretensji do uzyskania od Niemców odpowiednich reparacji za wszystko to, co Polska przez te pięć lat utraciła, czy to w formie zniszczeń, czy to ofiar w ludziach, czy skradzionych majątków.

 [Swoją drogą, czy Państwo może wiedzą, że podczas okupacji Niemcy wycieli połowę Bieszczad i wywieźli drewno do Rzeszy, co stanowi przyczynę tego, że w znacznej części Bieszczady porasta stosunkowo młody las]

        Pomyślałem sobie więc o tych reparacjach i uznałem z przerażeniem, że ci którzy dziś rządzą Niemcami, czyli często osoby nieco tylko starsze od Nikiego i jego żony, zupełnie autentycznie i szczerze kompletnie nie są w stanie pojąć, o co ci Polacy się przypieprzają. Wybudowali sobie te obozy koncentracyjne, zaprosili potem nazistów, żeby pomogli im tam umieścić miejscowych Żydów, paru Polaków, owszem zginęło, jak to podczas wojny, a teraz drą japę, żeby państwo niemieckie im za niewiadomo co płaciło jakieś biliony. Co to ma, Donnerwetter, być!

      Mój serdeczny kumpel Niki, oczywiście aż tak tępy nie jest. On doskonale wie, co rodzice i dziadkowie jego mamy i żony, mają za uszami. On wie, że to Niemcy są tym „bad guy”. On wie, że to wszystko zaczęli Niemcy, a nie jacyś „naziści”. On wie naprawdę dużo.  Tak się jednak złożyło, że o tym akurat, że Himmler w roku 1944 wydał rozkaz zrównania Warschau z ziemią, i że ów rozkaz został wykonany i potwierdzony wspominanymi tu już kiedyś pięcioma pieczątkami, ani jego mama, ani dziadkowie, ani teściowie, ani szkoła, ani niemieckie historyczne książki, ani niemiecki film, telewizja i prasa go nie nauczyli. Jest gorzej. Wygląda na to, że jego nawet nie nauczył tego Hollywood.

        A skoro tak, to wiele wskazuje na to, że owa teoria iż sprawa ma zakres międzynarodowy, to już nie tylko teoria. To co jednak naprawdę straszne, że w awangardzie tego kłamstwa stają ostatnio również nasze miejscowe elity.



         

czwartek, 27 lutego 2025

O śniadaniu na trawie i porządnej żelaznej miotle

 

Poniższy tekst napisałem i zamieściłem tu cztery lata temu, licząc bardzo na większy odzew, ale niestety, jak to często bywa, mocno się przeliczyłem i wręcz o tym – nie temacie, oczywiście, ale o samej publikacji –  zapomniałem. Spędziliśmy jednak miniony tydzień w naszym Przemyślu i kwestia męczeństwa państwa Kurpielów jakimś tam sposobem wróciła, więc pomyśałem sobie, że warto byłoby o nim opowiedzieć. Tymczasem okazało się jednak, że tekst już jednak powstał, ale że powstał ze wspomnianym wcześniej rezultatem, pomyślałem,  że go opublikuję raz jeszcze, z pewnym bardzo ważnym uzupełnieniem. Ale to już może pod sam koniec.    

 

 

      Mam tu pod nosem nadzwyczaj interesującą książkę wydaną przez znanego nam watykańskiego dziennikarza oraz publicystę Vittorio Messoriego pod prostym tytułem „Cud”, w której opisuje on nam  historię prawdopodobnie najlepiej udokumentowanego dochodzenia w sprawie cudu właśnie „przywrócenia natychmiastowo i ostatecznie” nogi 23-letniemu Miguelowi Juanowi Pellicerowi. Noga ta, złamana kołem wozu, a później zaatakowana przez gangrenę, została hiszpańskiemu chłopakowi odcięta w publicznym szpitalu w Saragossie i zakopana na cmentarzu szpitalnym, by po dwóch latach zostać cudownie przywrócona dzięki wstawiennictwu Maryi. Jak mówię, to co się zdarzyło w roku 1640 w Saragossie, to być może najlepiej udokumentowany oraz potwierdzony wieloma świadectwami  cud właśnie, a mimo to jednocześnie, jak sądzę, coś o czym większość z nas zwyczajnie nie słyszała.

      Po przeczytaniu owej książki, gdzie, powtarzam, wszystko, wraz z wszelkimi koniecznymi dowodami przedstawione jest czarno na białym, skonsultowałem się z zaprzyjaźnionym księdzem i zapytałem go jak to jest, że coś tak wielkiego jak owo zdarzenie z Saragossy pozostaje całkowicie nieznane, podczas gdy raz na jakiś czas słyszymy o kolejnych świętych, czy choćby błogosławionych, których wstawiennictwo dokonało rzeczy niezwykłych, a owe wydarzenia pozostają w świadomości wielu. Odpowiedział mi ów ksiądz, że nawet i tu, jak w wielu innych miejscach i sytuacjach, mamy do czynienia z tak zwanym „block busting” gdzie wygrywa ten silniejszy, bardziej agresywny, czy zwyczajnie bardziej obrotny. A cud z Saragossy został w tym miejscu w którym jest do dziś, bo najwidoczniej nie miał wystarczająco silnych promotorów.

         Brzmi to wszystko oczywiście nie najładniej, choć z drugiej strony myślę, że jeśli tu akurat jest aż taka konkurencja, to tym bardziej musi to oznaczać, że mamy do czynienia z towarem naprawdę pierwszej klasy. A skoro tak, to niech będzie jak jest. Niech oni konkurują, a nasza wiara niech rośnie.

         Przypomniałem sobie tamtą historię oraz związaną z nią rozmowę, podczas niedawnego pobytu w Przemyślu, a konkretnie na pewnym symbolicznym bardzo grobie w wiosce Tarnawce, tuż obok miasta. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że tam, w owych Tarnawcach znajduje się takie miejsce:

 


 

Od razu wyjaśniam, że to co tu widzimy to jest to co pozostało po domu rodziny niejakich Kurpielów. Owe ruiny są upamiętnione specjalną tablicą, natomiast poza nimi tuż obok znajduje się zaledwie krzyż oraz coś takiego:



 

 

Co tam się stało, że mimo tej nędzy, znajdziemy w tym miejscu ową tablicę? Oto, proszę sobie wyobrazić, że podczas II Wojny Światowej wspomniani wyżej państwo Kurpielowie przechowywali w owym dziś już kompletnie zrujnowanym majątku 25 Żydów, których jedynym schronieniem na wypadek ewentualnego nieszczęścia było to przedziwne miejsce pokazane wyżej. Niestety stało się tak, że któregoś dnia miejscowi Ukraińcy donieśli Niemcom o tym co owi Kurpielowie wyprawiają, no i w efekcie wszyscy Żydzi zostali ze swojej nory wyciągnięci, następnie – co ciekawe przez tych samych Ukraińców – niemal wszyscy rozstrzelani, a po nich oczywiście wzięto się za samych Kurpielów. Co ciekawe, wojnę przeżyło sześcioro dzieci Kurpielów, oraz dwóch czy trzech Żydów, którym udało się uciec, w tym, jak słyszę, przyszły minister oraz premier w PRL-owskim rządzie, Zbigniew Messner.

        No i to tyle. Jeszcze jedna historia z tamtych dziwnych lat. A ja sobie myślę, że z jednej strony to naprawdę ciekawe, że historia małżeństwa Kurpielów i owych 24, czy 25 Żydów nie jest powszechnie znana, a z drugiej strony nie zapominajmy, że ów czas to były setki, jeśli nie tysiące takich historii i trudno jest bardzo, by każda z nich znalazła tu swoje miejsce. Tak samo akurat by swoje miejsce znalazł tu wśród nas każdy cud, uczyniony za wstawiennictwem tego czy owego świętego, czy nawet samej Matki Boskiej.

         A ja już na sam koniec tych rozważań, chciałbym zakomunikować, że w roku 2010 Kurpielowie zostali pośmiertnie uhonorowani przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski, a Prezydent podpisał nadanie krzyża tuż przed swoją tragiczną śmiercią w katastrofie lotniczej w Smoleńsku. Dopiero trzy lata później Kurpielowie zostali odznaczeni medalem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”, nadawanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie.

         No i znów pojawia się pytanie, czemu tak mało wiemy o cudzie z Saragossy. Odpowiedź jest prosta i znajduje się w historii z Tarnawiec spod Przemyśla.

 

A zatem, jak widzimy choćby na tych dwóch zdjęciach, poza wspomnianą tablicą, umieszczoną tam na tym rozwalającym się, zapomnianym i schowanym przed światem murze, skrywającym smutną historię państwa Kurpielów i tych biednych Żydów, tam nie ma nic. Te cegły porośnięte trawą i długi, głęboki tunel, wykopany przez pana Kurpiela po to by jego Żydzi mogli się okryć i ewentualnie uciec.

Ale jest jeszcze coś, absolutnie strasznego. Otóż prosze sobie wyobrazić, że zanim Niemcy zaczęli swoją egzekucję, kazali Kurpielom wynieś na zewnątrze stół, a pani Kurpielowej przyrządzić im śniadanie. Zjedli, a potem ją zastrzelili.

 

 

poniedziałek, 3 lutego 2025

Czy każde polskie serce pika, gdy w telewizji Republika występuje poseł Łącki?

      Od niesławnego wystąpienia minister Nowackiej i poczynionej przez nią uwagi na temat „polskich nazistów”, wspólnie z Niemcem budujących Auschwitz, upływa kolejny już dzień, a ja mam wrażenie, że jeszcze trochę czasu, a słowa Donalda Tuska o tym, że biedactwo – choć owa nieuwaga zasługuje na reprymendę – zaledwie się przejęzyczyło, powszechnie i oficjalnie uzyska status faktu, a nie zaledwie opinii. I nie mam tu na myśli jedynie wypowiedzi strony bezpośrednio zainteresowanej wyciąganiem Nowackiej za uszy z gnoju, jakiego narobiła, ale również głosów tych z nas, którzy jak najbardziej życzą owej kobiecie wszystkiego najgorszego. Dla większości z nas, pogląd jakoby Polacy nie dość że urodzili się antysemitami, i z nienawiści do Żydów gotowi byli ich wysyłać na śmierć, to jeszcze byli nazistami, jest tak absurdalny, że nawet ktoś taki jak Nowacka nie mogłaby posunąć się aż tak daleko. Dlatego, jak mówię, my wiemy, że ona – podobnie jak cale reprezentowane przez nią środowisko – Polski nie szanuje, Polski się wstydzi, Polskę chętnie by oddała w niemieckie łapy, ale że niby „polscy naziści” postawili Auschwitz? No, bez przesady. A zatem – bezmyślne i beztroskie przejęzyczenie.

     Uważam to myślenie za błąd, z powodów, o których za chwilę, ale również widzę jako błąd – nie moralny, ale merytoryczny – pogląd wyrażony ostatnio przez kibiców Legii Warszawa, że Barbara Nowacka to „antypolska kurwa”, błąd w tym sensie, że, owszem, antypolska, ale jednak nie „kurwa”. W czym rzecz? Otóż, gdybyśmy przyjęli, że Nowacka, to „kurwa”, musielibyśmy uznać, że ona Polskę zdradziła i to pewnie za pieniądze. A zatem, wypadałoby też nam przyjąć, że ona tak naprawdę wie, że pojęcie „polskich nazistów” w znaczeniu historycznym to fikcja, ale ruska i niemiecka propaganda kazała jej te słowa wypowiedzieć. A więc z jednej strony, ona się nie przejęzyczyła, tylko odczytała z uwagą to, co jej napisano, ale niejako wbrew swojej wiedzy i przekonaniom. Normalnie jak to bywa z kurwami.

     Proszę mi teraz pozwolić podzielić się swoją refleksją odnośnie tego, co tak naprawdę stało za – wcale nie tak egzotycznym – wystąpieniem minister Nowackiej. Otóż dla każdego człowieka w miarę starannie obserwującego społeczno-polityczną scenę w Polsce, jest faktem, że istnieją środowiska utrzymujące, że to iż Niemcy zdecydowali się na budowę obozów śmierci akurat w Polsce, spowodowane było, owszem, tym, że tu Żydów było dużo za dużo, by ich systematycznie wyłapywać i wywozić czy to do Niemiec, czy to do Holandii, Włoch, czy Francji, ale przede wszystkim, że dzięki aktywnej i pełnej zaangażowania współpracy ze strony polskich antysemitów, czy, jak woli Nowacka, nazistów, ogólne koszta, fizyczne i finansowe, będą minimalne. Zdaniem owych historyków, polityków, intelektualistów, i pracowników mediów – a jest ich cały legion – jest czas byśmy zgodnie się do tej potworności przyznali.

     Dziś Barbara Nowacka wygłasza to swoje czarne zdanie i cała Polska popada w stan niebywałej wręcz histerii, że, z jednej strony, jak ona mogła, a z drugiej, że jak ktokolwiek może ją oskarżać, że ona jest tak głupia i w tej głupocie aż tak nieprzytomna. W tej sytuacji, ponieważ – jak niestety aż nazbyt wiele razy, mogliśmy być tego świadkami – pamięć jest tym co w sytaucjach kluczowych zawodzi nas najbardziej, chciałbym przypomnieć wypowiedź czołowego polityka Koalicji Obywatelskiej, Artura Łąckiego, jeszcze z roku 2021, kiedy to ów Łącki w rozmowie w TVP Info stwierdził co następuje: „Dawno historycy stwierdzili ten fakt, że obozy koncentracyjne, w których mordowało się Żydów i Polaków, powstały na terenie Polski, dlatego że w Polsce był największy antysemityzm przed II wojną światową”.

      Wypowiedź Łąckiego wywołała oczywiście pewne oburzenie, ale nie na tyle duże, by któryś z obecnych w studio gości nie wyprowadził go stamtąd na butach, lub by w jej efekcie przestano Łąckiego zapraszać do stacji, że już nie wspomnę o wyrzuceniu go z partii na zbity pysk. Prawdę powiedziawszy, poruszenie jakie mogliśmy zaobserwować nie było nawet w jednym procencie tak duże, jakie ma miejsce dziś wobec wybryku Nowackiej. Mało tego, ani żaden z partyjnych kumpli Łąckiego, ani nawet on sam, nie próbowali się bronić jakimiś idiotycznymi wymówkami na temat rzekomego przejęzyczenia. Było wręcz odwrotnie. Łącki osobiście przeprosił za „niefortunną” wypowiedź, publikując swoje oświadczenie w „Monitorze Szczecińskim” [sic!],  jednak tylko w tym sensie, że on był mało precyzyjny, bo prawda jest taka, że to iż Niemcy budowali swoje obozy w Polsce było spowodowane „również”, a nie „wyłącznie” tym, że w Polsce panował zbrodniczy antysemityzm. Proszę rzucić okiem:

Dość niefortunnie dobrałem słowa. Z mojej wypowiedzi można by było wyciągnąć nieuprawniony wniosek, że niemieccy naziści wybudowali obozy koncentracyjne w Polsce jedynie ze względu na to, że w polskim społeczeństwie były silne nastroje antysemickie. Nie takie były moje intencje i przepraszam za niefortunny dobór słów. Bowiem powodów jakie zdecydowały o tym, że przemysł zagłady hitlerowcy ulokowali w Polsce było wiele; od geograficznych przez demograficzne aż po ekonomiczne. W opracowaniu autorstwa Roberta Szuchty p.t. ‘1000 lat Historii Żydów Polskich’ wydanym przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, autor wspomina, że między innymi i ten fakt brany był pod uwagę przez nazistów przy podejmowaniu decyzji”. 

     O jakim więc przejęzyczeniu możemy mówić? A jeżeli nawet możemy, to po ciężką cholerę? A cóż to zmieni, skoro Robert Szuchta „wspomina ten fakt”? I cóż to mogłoby zmienić, skoro trzy lata z grubym hakiem po tamtym wybryku, nie dość że pozycja Łąckiego pozostaje niewzruszona, to przy braku TVP Info, on jest stałym gościem w debatach organizowanych przez telewizję Republika, która, jak wiemy, gdy nadaje, to pika każde polskie serce? Jedyne co jest w tym wszystkim pocieszające, to to, że cała ta gadka o „przejęzyczeniu” stanowi pewien znak czasów. Najwidoczniej z tym co trzy lata temu jeszcze wypadało, dziś lepiej jest się za bardzo nie wychylać. Bo piłkarscy kibice wyskoczą jeszcze z jaką kurwą, czy czymś jeszcze brzydszym.





niedziela, 4 grudnia 2022

O tym jak dać się skutecznie znienawidzieć

 

        Parę dni temu, jak chyba już wiedzą nawet ci co na co dzień piłką nożną się nie interesują, stało się tak że reprezentacja Niemiec, nie wychodząc nawet z fazy wstępnej, wyleciała z mistrzostw świata. To natomiast co najbardziej ciekawe w całym szumie spowodowanym owym wydarzeniem, jest wbrew pozorom nie to, że Niemcy uchodzili za jednego z głównych faworytów mistrzostw, bo tak akurat nie było. Oni akurat już od wielu lat ciągną się w ogonie Europy i tak naprawdę sami od początku na jakikolwiek sukces nie liczyli. Głównym natomiast powodem tego, że o tym co się stało rozmawia dziś cały świat, to to że Niemców już chyba nikt poza Rosją i jej kolaborantami tam i tu nie lubi, i każda ich porażka siłą rzeczy jest dla każdego normalnego człowieka swego rodzaju świętem. I nie chodzi tu przede wszystkim oczywiście o zwykłych Polaków, Anglików, Francuzów, czy Ukraińców; radość z niemieckiego wstydu jest, jeśli się tylko rozejrzeć, powszechna.

         Co jednak, gdy chodzi o kolaborantów? Tam również jest pewien podział. Otóż z jednej strony, mamy środowiska, które swoją proniemieckość, czy niekiedy wręcz niemieckość, wpisaną w swoją historię, z drugiej natomiast te, dla których owa proniemieckość jest czystą wypadkową ich antypolskości – antypolskości obecnej niestety w całej Europie. Europejska internacjonalistyczna lewica tu akurat nie będzie nas interesowała, natomiast z naszego lokalnego punktu widzenia ciekawy jest sposób w jaki przedstawiają ów problem śląski europoseł Łukasz Kohut, który aspiracje do zostania Niemcem ma już chyba wdrukowane w swoje serce, oraz niezwykle aktywny w internecie ksiądz jezuita Krzysztof Mądel, zamieszczając na swoim koncie twitterowym co następuje:

Przeciwko Niemcom są tylko nacjonaliści i nieudacznicy, zwykli Polacy utożsamiają się z Niemcami nie z Japonią, bo wielu pracuje lub pracowało w Niemczech, a inni ubijają z nimi doskonałe interesy, bo to nasz główny partner handlowy, wymianę z Japonią mamy niewielką”.

      I tu znów konfidentura w rodzaju Kohuta, jako organizm obcy, nas nie zainteresuje, natomiast chciałbym powiedzieć kilka słów na temat jak najbardziej Polaków, dla których jednak pogarda do wszystkiego co polskie jest tak silna, że oni aż padają na kolana – w przypadku ks. Mądla, dosłownie – prosząc by Francuzi, Belgowie, Szwedzi, czy w tym wypadku Niemcy wzięli nas za łeb, postawili do pionu, a następnie łaskawie nas pogłaskali i powiedzieli: „Gut Polack”. Proszę zwrócić uwagę, na sposób w jaki ks. Mądel przedstawia sytuację. Kiedy on pisze o naszych związkach z Niemcami, nie pisze o korzyściach jakie ci mieli czy to z niewolniczej Polaków w czasie okupacji, czy z quasi-niewolniczej przez długie lata po wojnie, nie pisze o tym jak to dzięki tzw. współpracy gospodarczej dziś Niemcy opanowali znaczną część branży spożywczej, elektronicznej i kosmetycznej w Polsce, ale wręcz odwrotnie – dla ks. Mądla to co ważne to to, że to Polacy mają to szczęście, że mogli robić dla Niemca kiedyś za marki, a dziś euro i że mogą liczyć na jakieś promocje w Lidlu czy w Rossmanie, a nie Niemcy że rok w rok ciągną z Polski ciężkie pieniądze. To nie my jesteśmy ich partnerem handlowym, to oni łaskawie zgadzają się ubijać z nami interesy. I to wreszcie my ciężko pożałujemy, jeśli w Polsce wygra nacjonalizm i nieudacznictwo i nie będziemy potrafili się cieszyć z sukcesów niemieckich sportowców, a oni sobie stąd pójdą.

       Jest jednak w tweecie ks. Mądla coś, co jego pozycję wobec Niemców mocno osłabia. Otóż, jak pewnie zauważyliśmy, wspomina on o „utożsamianiu”. Jest oczywiście możliwe, że on się u tych swoich jezuitów słabo uczył i nie wie, co oznacza owo słowo. Jeśli jednak użył go świadomie, to, jak mówię, wyszło słabo. Jeśli bowiem tak to właśnie było, to każdy Niemiec, słysząc że jakiś Polak zamarzył, by się z nim utożsamić, natychmiast w jego stronę z pogardą splunie i powie mu, żeby nie wychylał się z szeregu i pamiętał, że jest tylko głupim Polakiem, a jeśli już chce, to utożsamiać się może tylko z tą swoją podczłowieczą masą, ciesząc się ewentualnymi drobnymi przywilejami.

      Ktoś może mnie zapytać, co mnie obchodzi jakiś upadły ksiądz, a ja chętnie odpowiem. Otóż ks. Mądel nie obchodzi mnie nic, a jeśli poświęcam mu nieco miejsca, to tylko jako komuś to dał mi pretekst, by wreszcie powiedzieć coś, do czego zabierałem się już wielokrotnie, ale jakoś nie potrafiłem zacząć. Jest bowiem tak, że ów straszny podział, jaki przecina Polskę niemal na pół musi mieć jakąś inną przyczynę niż tylko tę, że Kaczyński to stary pierdziel z kotem i bratem, którego wysłał na śmierć, a Donald Tusk to przystojny, inteligentny i szanowany w świecie europejski polityk z piękną żoną, jeszcze piękniejszą córką i cudownymi wnukami. To nie może być tak, że przez zwykłą, choćby nawet i bezczelnie głośną propagandę, doszło w części naszego społeczeństwa do takiej histerii, by jednemu Bogu ducha winnemu człowiekowi aż tak powszechnie życzyć najbardziej okrutnej śmierci, a tych którzy do owych życzeń nie chcą się dołączyć, wyzywać od śmierdzącej, burackiej hołoty, nie zasługującej na prawa wyborcze. I oto stało się tak, że po przeczytaniu tweeta ks. Mądla, zrozumiałem że owa nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego co on reprezentuje wynika z tego przede wszystkim, że za nim stoi Polska piękna i dumna. Ludzie którzy są już na granicy, by zacząć podkładać bomby i strzelać, żyją w tym swoim świecie denerwują się głównie tym, że ktoś od tylu lat, z nieprawdopodobną determinacją, próbuje im powiedzieć, że to nie my powinniśmy się wstydzić przed światem, ale jeśli już, to świat – a przynajmniej pewna ważna jego część – przed nami. I to sprawia, że oni tracą rozum.

        Zaczęliśmy od piłki i na piłce może skończmy. Jest oto tak, że po to by śledzić na bieżąco wydarzenia sportowe, zainstalowałem sobie w telefonie aplikację sport.pl, jak się okazuje, zarządzaną przez niesławną spółkę Agora. Proszę sobie wyobrazić, że dziś nie ma praktycznie dnia, by tam się nie ukazał tekst pod tytułem „Francuzi szydzą z Polaków”, „Niemiecka prasa nie zostawia na Polakach suchej nitki”, „Według światowych mediów Polska najgorsza drużyną na mistrzostwach w Katarze”, „Hiszpanie śmieją się z Lewandowskiego”.  Nie chodzi mi o to, że oni, choćby bezlitośnie i okrutnie, krytykują naszą grę. Nie. Agora chce nam powiedzieć, że dla świata Polska to kupa śmiechu. Część z nas to czyta, a następnie widzi premiera Morawieckiego, czy prezesa Obajtka jak dumnie stoją i ogłaszają wielki polski sukces i dostają cholery na tak nieprzystojną w ich rozumieniu bezczelność.

      Znałem kiedyś pewnego pana, który kiedy usłyszał że Borussia sprzedaje Roberta Lewandowskiego do Bayernu, tłumaczył mi że jeśli tak wielka drużyna jak Bayern kupuje Polaka, to nie po to, by się wzmocnić, ale po to, by osłabić głównego rywala w Bundeslidze. Był mój znajomy szczerze przekonany, że Lewandowski będzie w Bayernie wyłącznie grzał ławkę, bo oni mają mnóstwo znacznie lepszych piłkarzy i im Lewandowski jest potrzebny tylko jako pionek w poważnej grze. Tak było i Bóg mi światkiem, że nie zmyślam. Dziś mojego znajomego już z nami nie ma, więc trudno mi zgadnąć, w jakim nastroju byłby on dziś, przed meczem z Francją, no i oczywiście tym bardziej nie umiem powiedzieć, czy jeśli Polska dziś jakimś cudem wygra ten mecz, on by się cieszył, czy raczej byłoby mu przykro, że Polska nie potrafiła zrozumieć, gdzie jest jej miejsce. A co z innymi? Co choćby z portalem sport.pl? Co wreszcie z tymi wszystkim, dla których zwycięstwo Polski w takim momencie to jedynie powód do rozpaczy, bo w ten sposób owa Polska – nie ich Polska – będzie mogła mówić że Niemcy z mistrzostw wylecieli, a my gramy dalej. I kto wie, czy niektórzy z nich nie zażądają od takiego Facebooka, by usuwał wszelkie szowinistyczne komentarze polskich nieudaczników i nacjonalistów, jako naruszające europejski szyk i porządek. Niemożliwe? Ależ skąd! Proszę popatrzeć choćby na to, ledwie sprzed tygodnia.

      


       


piątek, 16 września 2022

Być jak Rolf

 

Jak wszyscy pewnie świetnie pamiętamy, wśród wszystkich obelg, jakimi obrzucano najpierw Porozumienie Centrum, potem Prawo i Sprawiedliwość, a w międzyczasie kolejne związane z owymi projektami osoby, ze szczególnym uwzględnieniem Jarosława Kaczyńskiego, pierwszymi epitetami były NSDAP oraz Adolf Hitler. Z czasem jednak, zwłaszcza po dojściu do władzy Platformy Obywatelskiej  i otwarciu nowego rozdziału w historycznej polityce Polski wobec Niemiec, środowiska liberalne, uznając najwyraźniej, że w gruncie rzeczy Hitler miał swoje zalety, a II Wojna Światowa to głównie kwestia relacji niemiecko-żydowskich, nazistowski argument nieco osłabł i został zastąpiony przez Kim-Ir-Sena oraz Aleksandra Łukaszenkę. Dziś, przede wszystkim skutkiem wojny na Ukrainie, Prawo i Sprawiedliwość to już wyłącznie agentura Kremla, a Jarosław Kaczyński to tym razem ani Hitler, ani Kim-Ir-Sen, ale Lukaszenka, lub jeszcze chętniej, sam Władimir Putin.

Skąd nagle owe rosyjskie resentymenty, już wcześniej o nich wspomniałem. W momencie gdy powszechne oburzenie agresją Rosji na Ukrainę zostało wykorzystane przez neoliberałów i kontrolowaną przez nie kulturę popularną, stało się jasne, że w nowym świecie nie będzie już miejsca ani dla Rosji, ani jej politycznej i gospodarczej potęgi, ale i dla może przede wszystkim owej swoistej egzotyki, tak dotychczas szanowanej w rosyjskiej muzyce, literaturze, czy choćby i w sporcie. A zatem nie było już też żadnej możliwości, by dalej kontynuować linię, wedle której taki Kaczyński nie mógł się choćby równać z Putinem, skoro dziś już nawet Roger Waters wie, że Kaczyński i Putin to bracia bliźniacy. Co się jednak stało, że Adolf Hitler i jego brunatna paczka nie dość że dla liberalnej sceny nie stanowią już najmniejszego problemu, to coraz częściej wręcz przesuwają one odpowiedzialność za wojenne zbrodnie z Niemiec na Polskę, oburzając się, że Polacy najpierw mordowali Żydów, a teraz żadają od Niemców reparacji. Doszło w tych dniach i do tego, że któryś z zaangażowanych internetowych komentatorów uznał, że tak naprawdę żądania Polski nie dotyczą rekompensaty za niemieckie zbrodnie, ale wypłacenia zaległych sum za wykonanie niemieckiego zlecenia [sic!]. Otóż uważam, że główną przyczyną owego zwrotu w stronę Niemiec był sam Donald Tusk, jak powszechnie wiadomo, Niemiec, i to Niemiec z jak najbardziej nazistowską historią. To Niemcy w roku 2007 zapewniły jemu i jego partii wygraną w wyborach parlamentarnych, i to oczywiście Niemcy pozwoliły mu zachować władzę przez całe osiem lat, a dziś dają mu nadzieję na triumfalny powrót. No i, jak wiemy, to Niemcy swego czasu wynagrodziły go za posłuszeństwo europejskim stanowiskiem i europejskimi pieniędzmi, i to jego dozgonna wdzięczność za to dobro nie pozwala, by ktokolwiek jeszcze ważył się porównywać Jarosława Kaczyńskiego do Hitlera.

Mamy dziś więc ową zmianę sympatii i związanych z nich priorytetów, a na tym tle kwestię reparacji. Oglądaliśmy wprawdzie zaledwie wczoraj, jak niemal cały Sejm przegłosował uchwałę dotyczącą odszkodowań, nikt z nas chyba jednak nie ma wątpliwości, że gdyby Polacy nie wystąpili z powszechnym i jednoznacznym poparciem dla tych żądań, to cały liberalny obóz, media, politycy, ludzie kultury, uniwersytety, śladem prezydenta Wrocławia Sutryka, już wiele dni temu wysłaliby do rządu oraz narodu niemieckiego otwarty list, w którym by uroczyście przeprosili za niewyobrażalną impertynencję polskich władz w stosunku do Niemiec, sam Donald Tusk być może nawet odśpiewałby w Bundestagu znaną pieśń „Deutschland, Deutschland über alles”, a Onet opublikowałby specjalną analizę dowodzącą, że kiedy liberalny świat w swoich gazetach pisze o założonych przez Niemców na okupowanych terenach w Polsce obozach koncentracyjnych, jako o „obozach polskich”, to ma właściwie rację, bo obozy te w rzeczy samej były obozami polskimi i owa nomenklatura jest jak najbardziej uprawniona.

Miałem wujka, brata mojej Mamy, który w czasie wojny był małym dzieckiem. Opowiadał mi ten mój wujek, że w wiosce w której mieszkał, była stała niemiecka placówka. Dowódca tej placówki miał psa imieniem Rolf i małego, może dziesięcioletniego synka. Synek ten był członkiem Hitlerjugend i zawsze w lecie przyjeżdżał z Niemiec do tej okupowanej polskiej wioski, do swojego taty na wakacje. Ponieważ nie miał żadnych kolegów, to okropnie się nudził, i z tym Rolfem, w odpowiednim umundurowaniu, chodził tam i z powrotem po wsi i terroryzował dzieci, który były na tyle nieostrożne, że wyszły na drogę podczas przemarszu owej parki, albo bijąc je specjalnym pejczem, albo szczując tym psem.

Dziś, obserwując co się dzieje na naszej polskiej scenie i w głowach części z występujących na niej aktorów, myślę sobie, że gdyby oni wszyscy w tamtych opisanych przez mojego wujka czasach byli dziećmi i mieszkali w tej okupowanej wiosce, obok tego Rolfa i jego pana, z pewnością znaleźliby tam swoje szczególne miejsce. Prezydent Wrocławia Sutryk zapewne by się z tym dzieckiem zapoznał i zostaliby kolegami. Pani europoseł Róża Thun siedziałaby w domu, patrzyła z tęsknotą przez okno i dyskretnie by się w tym Hansie, czy Klausie podkochiwała, bo i ładny i taki silny i męski i zdecydowany. A Donald Tusk... no, tu już nie wiem. Może on po prostu byłby tym chłopczykiem? No bo nie Rolfem. W końcu w reinkarnację, nawet w przypadku Donalda Tuska, nie wierzymy.

 


wtorek, 6 września 2022

O naszych polskich głowach i o tym co się w nich potrafi zmieścić

 

         Rozmawiałem niedawno z pewnym Brytyjczykiem i powiedział mi on coś, co pewnie i mnie samemu mogło było już dawno przyjść do głowy, a mianowicie to, że w takiej Wielkiej Brytanii, a prawdopodobnie i wszędzie na świecie, znaczna część obywateli o wszystko zło jakie się wydarzy – zło choćby najbardziej politycznie neutralne – będzie zawsze oskarżać aktualną władzę. Irytacja mojego znajomego była tak wielka, że w pewnym momencie wyznał on, że jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem na to szaleństwo byłoby to, żeby któryś z brytyjskich premierów, czy choćby ministrów, wystąpił z publicznym adresem do publiki i powiedział „Listen you cunts!”.

      Jak już wspomniałem, refleksja ta jest tak oczywista, że aż nie rozumiem, jak sam mogłem ją w swoim czasie przegapić, ale i tak faktem pozostaje to, że w istocie rzeczy tak to własnie wygląda: o całe zło tego świata, niezależnie od długości i szerokości geograficznej, powszechnie oskarżana jest aktualna władza.

      Moje spotkanie ze wspomnianym Brytyjczykiem zbiegło się z wydarzeniem z jednej strony absolutnie szczególnym, a jednocześnie zamykającym wspomniany problem ostatecznie, tyle że tu, na naszym polskim podwórku. Oto w minioną sobotę umówiłem się na spotkanie w nieodległej Dąbrówce Małej z dawnym, a przy tym bardzo wieloletnim kolegą, a ponieważ akurat przez miasto, z pełnym zabezpieczeniem, przechodził tak zwany Marsz Równości, uznałem że bezpieczniej będzie się do owej Dąbrówki udać taksówką. I proszę sobie tu wyobrazić, że o ile prawdopodobnie autobusy podczas przemarszu nie jeździły wcale, to na taksówkę czekałem ponad pół godziny. I oto, kiedy już się doczekałem i zadysponowałem kurs, pan kierowca – człowiek w żadnym stopniu fizycznie czy umysłowo nie wyróżniający się w jedną czy drugą stronę ode mnie czy od czytających ten tekst – wygłosił następujący tekst:

Można dostać kurwy z tymi pedałami. Wszystkie drogi zablokowane żeby im się te flagi nie połamały. ALe czego się można spodziewać po tym pierdolonym pisowskim państwie. Jebany PiS, za co się weźmie to musi spierdolić”.

      Powiem szczerze, że tak mnie ów wybuch zidiocenia zaskoczył, że zaniemówiłem i już do końca się słowem nie odezwałem, tymczasem taksówkarz cały czas coś mruczał na temat jebanych pedałów i pierdolonego „pisowskiego państwa”, które mu kazało bez sensu objeżdżać całe miasto. Tymczasem mijają dni, i tu nagle okazuje się, że któryś z ośrodków badających poglądy Polaków zwrócił się do nas z pytaniem, co sądzimy na temat aktualnie bardzo żywej sprawy niemieckich reparacji, i okazało się że16 procent uważa, że Polsce żadne reparacje się nie należą, a kolejne paręnaście procent ma całą tę sprawę w nosie. W związku z owym badaniem, mądrzy komentatorzy zachodzą w głowę, jak to jest możliwe, że tak wielu z nas postanowiło nagle z taką pogardą potraktować swoją narodową tożsamość. Ja natomiast z kolei nie mogę uwierzyć, jak to możliwe, że ponad 60 procent społeczeństwa wciąż zachowuje jakąś tam przytomność i gdy przyjdzie odpowiedni moment, potrafi niezbadanym cudem rozpoznać co, kto, gdzie i jak. Jak to możliwe, że wciąż, mimo tych wszystkich zasadzek, jakie na nas czychają, ponad 60 procent polskiego społeczeństwa potrafi rozpoznać, kto Polak, a kto Niemiec. Uważam to za wielki sukces.

      Przeżywamy aktualnie bardzo trudny czas, a powodów tego stanu jest mnóstwo. Wielu z nas zastanawia się, jak nam się uda przetrwać tę zawieruchę i jaka nas czeka przyszłość. Mając w pamięci rozmowę z moim sobotnim taksówkarzem, i jednocześnie patrząc na ów wynik gdzie ponad 60 procent ludzi na pytanie, czy Niemcy powinni zapłacić Polsce za to co jej swego czasu zrobili, odpowiada, że owszem, jak najbardziej, jest czymś co nastraja nadzwyczaj optymistycznie, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów, przynajmniej do czasu gdy znów trafimy na kogoś, kto nam opowie o tym jak to „jebany PiS chce Polskę sprzedać Niemcom.



piątek, 27 maja 2022

O tym jak Niemcy budowali przyszłość wolnego i demokratycznego świata (część ostatnia)

 Dziś już ostatni fragment artykułu z niemieckiego „Der Spiegela" na temat niesławnej Ostpolitik.

      W roku 1991 Kohl brał zupełnie serio pod uwagę możliwość, że ów straszny nacjonalizm, który wystąpił we Wschodniej Europie po I Wojnie Światowej, może pojawić się ponownie. Wierzył też zatem, że gdyby tak się stało że kraje bałtyckie uzyskają niepodległość „znów dojdzie do starcia z Polską”, tak jak to miało miejsce między Polską a Litwą w roku 1920. W tej sytuacji, jedyną konkluzją jaką z owego przekonania mógł Kanclerz wysnuć była ta, że „rozpad Związku Sowieckiego absolutnie nie może być w interesie Niemiec”.

      Ostatecznie jednak, kraje bałtyckie niepodległość uzyskały i dziś najprawdopodobniej nie da się już ustalić z całą pewnością, czy to owo rozumowanie Kohla było błędne, czy też po prostu Łotysze i Litwini mieli to szczęście, że ich droga do niepodległości przeszła tak spokojnie.

      Tak czy inaczej, wiele państw Zachodu, analizując sytuację na własną rękę, raczej wspierało w tej kwestii Niemcy. Francuski prezydent Mitterrand osobiście narzekał na Bałtów, tłumacząc im, że „nie mogą ryzykować wszystkiego co udało im się osiągnąć dzięki Moskwie, tylko po to by pomagać krajom, które tak naprawdę nie cieszyły się samodzielnym bytem od 400 lat”. Nawet prezydent George Bush, skądinąd chłodny realista, nie omieszkał wygłosić parę cierpkich słów pod adresem polityków z krajów bałtyckich i ich dążeniu do niezależności.  

        Gdy chodzi natomiast o Kohla, jego przyjazne realacje z Moskwą pozwoliły mu posunąć się do tego, by przy pewnej okazji udawać że nie zauważył swoieckich działań ściśle przestępczych. 13 stycznia 1991 roku stacjonujące w Wilnie sowieckie siły specjalne zaatakowały obywatelski ruch niepodległościowy, szturmując miejską stację telewizyjną i inne budynki. Śmierć poniosło 14 nieuzbrojonych cywilów, a setki innych odniosło rany. Reakcja Bonn była, i to w najlepszym wypadku, letnia. Kilka dni po owej agresji Kohl odbył telefoniczną rozmowę z Gorbaczowem. Będący jej świadkiem niemiecki dyplomata zapisał w swojej notatce, że obaj panowie „wymienili między sobą serdeczności”. Gorbaczow narzekał, że nie ma możliwości, by posuwać się do przodu „nie podejmując niekiedy bardziej surowych kroków”, co zostało odczytane jako aluzja do tego co się stało w Wilnie. Reakcja Kohla była szokująca: „W polityce, wszyscy musimy być otwarci na to, że są momenty, gdy trzeba wybrać drogę okrężną. Liczy się natomiast przede wszystkim to, by nie stracić z oczu celu podstawowego”.

       Gorbaczow zakończył wymianę uprzejmości zapewnieniem, że „bardzo sobie ceni” przyjętą przez Kanclerza pozycję. Wedle tego co znalazło się w notatce, słowo „Litwa” podczas owej rozmowy nie padło ani razu.

      Rola, jaką w owej zbrodni odegrał osobiście Gorbaczow, do dziś nie została wyjaśniona. 


 

 

 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...