Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nasi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nasi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2016

Z ostatniej chwili: TVP od dziś też na Skypie

Mam kumpla, bardzo bliskiego towarzysza, który politycznie sam chętnie od zawsze określa się, jako „katolik i polski patriota”, poza tym jednak w żaden sposób nie udziela się publicznie, no a już na pewno nie w taki sposób, byśmy musieli o tym wszyscy wiedzieć. Jestem pewien, że każdy z nas ma w swoim otoczeniu kogoś takiego. To ktoś, kto, owszem, bardzo interesuje się tym, co się w Polsce dzieje, chętnie o tym dyskutuje, bardzo martwią go wszelkie przykrości, którą Polskę spotykają, bardzo go radują wszelkie polskie sukcesy, ale jego udział w życiu narodu ogranicza się jedynie do roli obserwatora. To ktoś, kto swoje zdanie na popularne tematy wraża wyłącznie w formie komentarzy. To ktoś, kto, mówiąc symbolicznie, nie prowadzi bloga, ale zaledwie blog czyta i, jeśli poczuje potrzebę, to coś do tematu doda.
I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu kumpel mój, gdy go zapytałem, jak mu się podoba to, że nie dość, że wreszcie odzyskaliśmy państwowe media, to jeszcze wszystko wskazuje na to, że to co dostaniemy, to z dawna wyglądane tak zwane Media Narodowe, zareagował ponurą obojętnością i jednym zdaniem: „Czemu oni się nie myją?” Pogadaliśmy chwilę i mój kumpel poinformował mnie, że poza TV Trwam, telewizji już praktycznie nie ogląda, a to z tego prostego powodu, że nie jest w stanie znieść widoku nowych prowadzących – brzydkich, w wymiętych ubraniach, nieumytych, nieogolonych, z tłustymi włosami. I to, powiem uczciwie, było dla mnie szokiem. On nigdy nie robił wrażenia, jak by mu zależało na czymś więcej jak tak zwanym przekazie patriotycznym. To my tu się głównie czepialiśmy to tego, to tamtego, wyskakiwaliśmy z coraz to nowymi pretensjami i biliśmy w dzwony za każdym razem, gdy widzieliśmy, że ta prawda, ta Polska, te wartości są najzwyczajniej w świecie korumpowane przez bylejakość, gnuśność, czy zwykłe kłamstwo. On to najwyżej czytał i komentował, uśmiechając się pobłażliwie.
Któregoś dnia poinformował mnie, że oni z rezygnowali z tak zwanej kablówki i założyli sobie TV Trwam. Teraz, poza oczywiście Toruniem, mają tylko TVP, TVP Historia, coś tam jeszcze i im to w pełni wystarczy. Oczywiście TVP kłamie, ale ponieważ „oni wszyscy” kłamią to i tak nie ma to większego znaczenia. No i oto polski rząd zdobywa władzę, przejmuje media, rozpoczyna, tym razem już bez niepotrzebnych kompromisów, budowę mediów narodowych, i kiedy wydawałoby się, że kto jak kto, ale on powinien mieć satysfakcję najbardziej pełną, okazuje się, że on właściwie to już tylko ogląda Trwam, bo ci nasi jacyś brzydcy i niedomyci.
W ostatnich dniach dość dużo oglądałem TVP Info i powiem szczerze, że odnoszę wrażenie, że gdyby problemem był tylko Rachoń z tą swoją szyderczo wykrzywioną twarzą, ten komicznie zagrzebany gdzieś w czeluściach fotela Targalski, czy ci wszyscy „hipsterzy prawicy” od Pereiry do młodego Wildsteina, to można by było zaapelować, by ich zmienić i wszystko zagra. Tymczasem nie. Oto oglądam wczorajsze wieczorne wiadomości, nieznany mi prowadzący wyglądający tak, że przy nim nawet prezes Rzepliński w poniedziałkowy poranek robi wrażenie wypożyczonego prosto ze Sky News, zapowiada korespondencję z Ankary. I w tym momencie widzimy obraz ze Skype’a, a na nim jakaś siedząca w łazience pani, która wśród szumów i pisków z sieci coś do nas mówi.
A więc tak to działa. To jest ten szyk, oto ten gest. W niedawnym wywiadzie dla „W Sieci” premier Beata Szydło zwracając się do opozycji powiedziała „Źle się, panowie, bawicie”. No to ja nie będę oryginalny i zwyczajnie powtórzę te słowa: „Źle się państwo bawicie”.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić mnóstwo fantastycznych, bardzo starannie wydanych książek. W tym sześć moich. Bardzo solidna lektura. Polecam.

środa, 24 września 2014

Prostowanie powstańca, czyli i ty zostaniesz lustratorem

Może mi ktoś w to nie uwierzyć, ale ja nie za bardzo lubię dni, kiedy – z jakiegokolwiek zresztą powodu – zamiast wklejać tu kolejny, nowy zupełnie tekst, przypominam coś, co napisałem już wiele lat temu. Niestety, wygląda na to, że jest to sytuacja do nie do uniknięcia, a jej powodem wcale nie jest to, że mi brakuje tematów, lub pisać mi się nie chce, ale fakt, że od czasu do czasu, po raz kolejny i z tą samą przejmującą wyrazistością okazuje się, że wszystko już było i żadne nasze nowe słowo nie jest w stanie uczynić owej pierwszej refleksji ani mądrzejszą, ani choćby odrobinę głębszą.
Nie umiem powiedzieć, jak tu się sprawdza nasza pamięć, ale mam nadzieję, że większość z nas przypomina sobie ów wiosenny dzień roku 2008, kiedy to jak najbardziej nasze, prawicowo-patriotyczne środowiska dokonały okrutnego linczu na arcybiskupie Wielgusie; mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy tamtą sylwetkę Arcybiskupa, z jednej strony próbującego zachować należną dumę, a jednocześnie tak przejmująco drżącego, stojącego przed owym żądającym prawdy i sprawiedliwości tłumem pobożnych patriotów. Mam tę nadzieję, bo bardzo bym chciał, żebyśmy my tu przynajmniej nigdy nie zapomnieli owego szczególnego przykazania: „Nie będziesz głupcem”.
A wiemy mam nadzieję bardzo dobrze, jak bywa trudno. Oto ostatnie dni przyniosły nam zaledwie drugi w ciągu minionych lat, ale za to wyjątkowo spektakularny, pokaz tego, czym jest skutecznie przeprowadzona lustracja, i wiele wskazuje na to, że i tym razem ową robotę wykonaliśmy zupełnie sami, naszymi własnymi rękami, inspirowani wyłącznie naszą osobistą świadomością tego, czego od nas oczekuje System, i kiedy tak stoimy dumni i dyszący ową naszą polskością, nikt już chyba nie może mieć wątpliwości, że to do nas należy przyszłość – przyszłość prawa, sprawiedliwa i tym razem już na zawsze nasza.
No i to jest ten moment, kiedy naprawdę mi już nic innego nie przychodzi do głowy, jak przypomnieć tamten tekst, opublikowany w tym samym co dziś miejscu, kiedy to jeszcze, gdy idzie o Sławomira Cenckiewicza, nie wiedzieliśmy za dobrze nawet, czy jemu jest Cenckiewicz, czy Centkiewicz, a taki Piotr Zychowicz, to już w ogóle nie był niczym więcej, jak chrząknięciem na wietrze.
Tyle się zmieniło od kwietnia 2008 roku, w tym nawet zamordowano nam prezydenta, i zobaczmy tylko, że żadnemu z nich nawet włos z głowy nie spadł. Jedno natomiast pozostaje niezmienne: owa zażartość tych, których postanowiliśmy nazywać „naszymi”. Nie do wiary! Zupełnie jak tamte pomniki. Proszę poczytajmy sobie więc tamten tekst sprzed lat. On nosił tytuł „Prostowanie księdza, czyli i ty zostaniesz lustratorem”. Wszystko jest jak było, tyle że zamiast księdza mamy powstańca.

Właśnie wybrzmiewa kolejny etap niszczenia arcybiskupa Wielgusa. Znów padły najróżniejsze słowa, a w nich głównie głosy moralnego sprzeciwu i żądania kary dla księdza renegata. Więc i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze.
Jeszcze w czasach studenckich, dawno, dawno temu, za starej zamierzchłej komunistycznej władzy, zaproponowano mi współpracę. Nie byłem ani działaczem Solidarności, ani w ogóle żadnym działaczem, nie walczyłem, nie roznosiłem ulotek, raz strajkowałem. Cichutko nienawidziłem Systemu i tyle. Nie byłem na to przygotowany, więc wiedziałem tylko tyle, że odmówię i że w związku z tym stanie się coś złego. I odmówiłem. Oficer zrobił się niemiły, służbowy, powiedział, że mam nikomu o naszej rozmowie nie mówić i kazał mi się wynosić. Poza tym nie stało się nic.
Przez długi czas myślałem o tej swojej przygodzie i przede wszystkim uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że esbek właściwie ani razu nie wspomniał bezpośrednio o donoszeniu, o szpiegowaniu, o tzw. współpracy. Jedyne konkrety, to parę bardzo interesujących dla studenta w PRL-u ofert i zdanie: “Może by pan tak czasem wpadł, to pogadamy”. A więc, zgadzając się, wiele nie ryzykowałem. Zawsze mogłem sobie powiedzieć, że nic złego nie robię. Po prostu wpadam od czasu do czasu do znajomego na kawę i papierosa. A jak esbecja myśli, że coś z tego ma, to ich problem. Ja jestem sprytny.
Druga rzecz to to, że nie stało się, jak już wspomniałem, nic. Nawet nie dostałem w pysk. A więc, odmawiając też nie byłem bohaterem. Oczywiście biorę pod uwagę, że ja akurat mogłem nie być w ogóle dla komunistów wartościowy. Oni na pewno woleli prof. Geremka, księdza Malińskiego, reżysera Piwowskiego, ministra Boniego, może nawet red. Miecugowa (kto może wiedzieć?), a nie kogoś, kto jest nikim.
Choć myślę, że to nie do końca tak – oni potrzebowali każdego na każdym tzw. “odcinku”. I właśnie dlatego że byłem nikim i odmówiłem przysługi, co by im szkodziło, żeby mi pokazać, jak się należy prowadzić? Nie należałem do pracowitych i dobrych studentów, każdy egzamin był dla mnie dużym wysiłkiem. Pies z kulawą nogą by się nie zdziwił, gdybym nagle wyleciał z roku. A wówczas, kto by się za mną ujął? Radio Wolna Europa? Proszę nie żartować.
Ale właśnie dlatego, że mam to doświadczenie i wiem, jak łatwo można było się zgodzić i jak łatwo można było odmówić, to dziś, kiedy dokonuje się kolejna porcja linczu na arcybiskupie Wielgusie, nie mam żadnego powodu, żeby go usprawiedliwiać. Pleść bzdury o tym, jak to niejednoznaczne były czasy. Jak to esbecja potrafiła zastraszać. Jak to niebezpiecznie było odmówić. Bo skoro ja mogłem się postawić, to taki ważny ksiądz, jak Stanisław Wielgus, i wielu innych księży, tym bardziej. Esbek mógł bez mrugnięcia powieką kogoś zamordować, jeśli tylko system miał w tym interes i mu pozwolił to zrobić, ale sądzę, że służby nie miały żadnego interesu, żeby korzystać z usług kapusi zmuszonych i przerażonych. Zwłaszcza, że chętnych konformistów w każdym środowisku było na kopy. W tym takich Wielgusów.
Ale również wiem, że nie trzeba było być szczególnym bydlakiem, żeby się zgodzić na współpracę. Bo liczyła się, jeśli nie szczera chęć, to jedynie pierwszy krok. Później już nic nie miało takiego znaczenia. I tego też nie mówię, aby bronić Arcybiskupa i innych. Chcę przez to powiedzieć ni mniej ni więcej, tylko to, że różnego rodzaju szubrawców, którzy za najdrobniejszą przysługę gotowi byli sprzedać własną matkę były legiony. Najróżniejszych drobnych kombinatorów, którzy swoją podłość usprawiedliwiali bezczelnym: “To ja nimi kręcę, a nie oni mną”.
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo “lustracja” dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza – kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.
Jakby nie byli w stanie pojąć, o co toczy się gra.

Minęło 6 lat. Tym razem wzięli się za Kieżuna. Co za skuteczność!

Wszystkich tych, którym powyższy tekst dał do myślenia, zapraszam do kupowania moich książek, które wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Wśród nich jest również pierwszy wybór felietonów Toyaha, a tam również powyższy tekst o tym, jak nasi dosolili Arcybiskupowi. Bardzo też proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy nie ma nic

wtorek, 5 sierpnia 2014

Czy Daniel Olbrychski też jest już nasz?

Nie wiem, na ile się tu orientujemy, ale wśród gwiazd współczesnego polskiego kina pojawia się od czasu do czasu nazwisko niejakiego Andrzeja Saramonowicza. Kto to taki ów Saramonowicz? Otóż jest to przede wszystkim autor dwóch największych chyba komediowych przebojów ostatnich lat, a mianowicie „Testosteronu” i „Lejdis”, filmów, z których ja akurat nie widziałem ani jednego ani drugiego, ale z tego co słyszałem, swój sukces opierających głównie na gadkach o dupczeniu, prowadzonych w taki sposób, by zgromadzona publiczność miała okazję od początku do końca ryczeć ze śmiechu. Jak słyszę, oba te filmy prezentują poziom zbliżony, tyle że drugi, a więc ten gdzie świntuszą panie, jest jeszcze śmieszniejszy od debiutu, czyli od „Testosteronu”. Tyle więc o Saromonowiczu – reżyserze.
Jest jednak jeszcze jedna przestrzeń, w której Saromonowicz udziela się z równym talentem i sukcesem, a mianowicie komentarz społeczno-polityczny. Otóż od kilku już lat Andrzej Saramonowicz posiada swój profil na Facebooku, gdzie – tu znów nie mam doświadczeń osobistych, ale znajomi mi o wszystkim donoszą – zajmuje się przede wszystkim Jarosławem Kaczyńskim i rzezią w Smoleńsku. Dwa najsłynniejsze jak dotychczas wystąpienia Saramonowicza dotyczą najpierw określenia Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy powszechnie uznanego za wulgarne i obelżywe słowa „chuj”, a następnie na publicznym przedstawieniu autorskiej hipotezy, jakoby w Smoleńsku doszło do bratobójstwa, w tym sensie, że brat Jarosław zamordował brata Lecha. I to jest drugi powód, dla którego Andrzej Saramonowicz jest osobą niezwykle popularną i szanowaną w określonych środowiskach.
I oto ostatnio, czując prawdopodobnie, że dla prawdziwego artysty zamykanie się w określonych gatunkach, a przez to ograniczanie się do jednego typu publiczności, jest czymś przede wszystkim niegodnym, a poza tym biznesowo zbyt ryzykownym, Andrzej Saramonowicz postanowił pokazać się, jako prawdziwy polski patriota i oświadczył publicznie – oczywiście na Facebooku – że: „Fakt historyczny, jakim było Powstanie, powinien wniknąć w polski krwiobieg XXI wieku wszystkimi możliwymi arteriami. […] Poza tym – taki mój subiektywny ogląd świata – wolę skatera z koszulką z Powstańcem Warszawskim niż Che Guevarą lub podobną mu gnidą. I wolę biało-czerwoną opaskę na rękawku wyfiokowanej laski z gimnazjum niż na tym samym rękawki wchłonięte już wcześniej przez pop-kulturę p…e sierpy i młoty”.
A już w dyskusji pod ową patriotyczną deklaracją, gdzie oczywiście część komentarzy krytykuje Saramonowicza za niszczenie pamięci Powstania przy pomocy kultury pop, dobija Saramonowicz wszystkich swoich ideowych przeciwników, kolejnym oświadczeniem, adresowanym bezpośrednio do jednego z nich:
„Jasne, że wojna nie jest z lukru. Ale gdyby pamięć historyczna zależała od takich ludzi jak ty, to wkrótce dowiedzielibyśmy się, że Powstanie Warszawskie polegało na obronie gejowskiej tęczy na Placu Zbawiciela przez nazistowskimi hordami. Każdy buduje mity własne, tylko tobie pewne bardziej odpowiadają, a inne mniej”.
Ktoś mnie spyta, skąd ja wiem o tym, co porabia Wojciech Saramonowicz. Czy ja może śledzę jego facebookowy profil? Otóż nie. Profilu Saramonowicza nie śledzę, natomiast owszem śledzę bardzo uważnie wszelkie ruchy po tak zwanej „naszej” stronie, a prawdziwy pean na cześć Saramonowicza przeczytałem w jak najbardziej „naszym” portalu wpolityce.pl. To tam znalazłem tę relacje, i to stamtąd też się dowiedziałem, jakim to wybitnym twórcą i artystą jest ów człowiek i jaka wielka jest radość patriotycznej Polski z tego, jak to gęstnieją nasze szeregi.
Również się cieszę i czekam na kolejne odkrycia moich ulubionych niepokornych dziennikarzy. Osobiście marzę o Danielu Olbrychskim i Annie Nehrebeckiej. Tak by było sprawiedliwie – wzorem „Testosteronu” i „Lejdis”.

Wszystkich czytelników tego bloga zapraszam do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie wciąż można kupować moje dwie pierwsze „polityczne” książki po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. To jest już reszta nakładu. Dodruk nie jest planowany. Proszę jednocześnie o wspieranie tego bloga i przy okazji dziękuje wszystkim, którzy ostatnio zechcieli nam tu tak szczodrze pomóc. Oni wiedzą.

czwartek, 19 grudnia 2013

Breaking news: Nasi już za progiem!

Kiedy mogłoby się wydawać się, że reżimowe dziennikarstwo nie jest w stanie już nas niczym zaskoczyć, i to zarówno na poziomie systemowym, jak i czysto ludzkim, mam wrażenie, że oto właśnie został tam postawiony kolejny krok. Co gorsza, tu już nie chodzi o problem, jaki mamy z tymi ludźmi w wymiarze wyznaczanym przez samą organizację mediów w Polsce, ale o coś tak zwyczajnie ludzkiego, że włos na głowie się jeży, a po plecach przechodzi autentyczny dreszcz. Wszystko wskazuje na to, że ludzie zatrudnieni w mediach do tego stopnia utożsamili się z Systemem, że jeśli powiemy, że dziś to jest już w istocie jedno, nie mamy powodu, by traktować to, jako retoryczną figurę, ale proste stwierdzenie faktu. Tam już nikt nikomu nie musi ani nic kazać, ani do niczego namawiać, ani napominać – oni działają jak szwajcarski zegarek.
Właśnie niektóre media doniosły, że dziennikarka „Gazety Wyborczej” Agnieszka Kublik siedząc którejś nocy na Twitterze i oddając się coraz bardziej powszechnemu nałogowi paplania, paplania i paplania bez umiaru, w pewnym momencie otrzymała od któregoś ze swoich kolegów – fałszywą, jak najbardziej – wiadomość, że właśnie umarł Jarosław Kaczyński, i nie czekając ani chwili dłużej, podskoczyła z radości i „zaćwierkała”: „Kaczor umarł”.
Po krótkim czasie jednak, kiedy się okazało, że z tą śmiercią, to wcale nie taka pewna rzecz, rzuciła: „Nie, poczekajcie, może mnie ktoś wpuścił”. A po kolejnych paru chwilach: „Sorry, usunęłam info, jeszcze sprawdzam, bo może mnie ktoś specjalnie wpuszcza”.
W tym momencie, jak się możemy domyślać, Kublikowa wpadła w ciężką panikę, i zaczęła autentycznie bełkotać:
„No właśnie zbyt to się składa, usunęłam twitta. Dostałam na priva”.
Szybko jednak doprowadziła się do porządku, wygładziła grzywkę, poprawiła makijaż i spróbowała wydostać się z tej kupy, którą zrobiła, przy pomocy lekkiego żartu:
„No i jak to się ludzie ożywili w środku nocy. No kolega mnie nabrał nieżle...”.
Wystarczy? Otóż nie. Niestety, to nie wszystko. Gdyby to było wszystko, można by było właściwie uznać, że to, z czym tu mamy do czynienia, to pojedynczy upadek pojedynczego pracownika czarnych mediów. Jednak tak nie jest. W odpowiedzi na to nieszczęście, zareagowali kumple Kublikowej, zebrani na portalu natemat.pl, i ogłosili, że, owszem, ich koleżanka się pomyliła, ale na szczęście przeprosiła za swoją pomyłkę, wiadomość o rzekomej śmierci Jarosława Kaczyńskiego sprostowała, ale, przede wszystkim może, też się całym incydentem „zbytnio nie przejęła”. I dobrze, bo (słuchajmy, słuchajmy): „mamy do czynienia z dziennikarką, która znana jest z troski o wiarygodność mediów, z wyczulenia na łamanie standardów moralnych i dziennikarskich”, a „jej głos, uparcie pilnujący przestrzegania zasad dziennikarskich, jest nam wszystkim bardzo potrzebny”.
A sama Kublik? Co ona na to mówi dziś? Niestety nic takiego, co by nas mogło zaskoczyć. Otóż ona nie widzi problemu. Bo choć bez żadnego sprawdzenia puściła w świat wiadomość, że „Kaczor nie żyje", to „nie ma sprawy, bo to był breaking news”. Właśnie tak: „breaking news”. To wszystko, to był zaledwie i aż „breaking news”. To, kłamstwo, ten żart, te emocje, no i ta radość z powodu czyjejś śmierci – to wszystko przez to ich wyczulenie na coś, co cywilizowane media nazywają wiadomością, która nie może czekać. A więc, właściwie o co pretensje?
Już miałem kończyć ten bardzo smutny tekst, kiedy się okazało, że się pomyliłem. Nie, poczekajcie, wygląda na to, że ktoś mnie wpuścił. Kublikowa jest czysta. To był tekst naszej Agnieszki Romaszewskiej, a jej obronę zamieścił też nasz portal wpolityce.pl. No a przede wszystkim nie chodziło o naszego Pana Prezesa, ale Jaruzela. A to, jak się domyślamy, stawia całe zdarzenie w kompletnie innym świetle.
A co ze mną? Jak to co? Nic. W końcu o co chodzi? Że chciałem podzielić się newsem. W dodatku breaking? To chyba dobrze, nie? Od czegoś tu w końcu jestem.

Idą Święta, a my, jak zwykle, z dnia na dzień i z dnia na dzień i z dnia na dzień. Bardzo proszę o nas pamiętać. Dziękuję.


czwartek, 20 września 2012

To znowu my

Przez dłuższy czas – o czym czytelnicy tego bloga wiedzą bardzo dobrze – na Salonie24 ani nie pisałem, ani tam nawet nie zaglądałem, jednak w pewnym momencie, kiedy już nie mogłem patrzeć na to, jak mój kolega Gabriel Maciejewski, znany skądinąd jako Coryllus, męczy się tam samotnie przeciw niemal całemu światu, pomyślałem sobie, że mu przyjdę z pomocą, i we dwójkę, nawet jeśli nie zaprowadzimy tam właściwych porządków, będzie nam zwyczajnie raźniej. A zatem wyszło na to, że zacząłem prowadzić dwa blogi.
Ponieważ to jednak to miejsce jest głównym polem mojej aktywności, i to tu zaangażowałem niemal całe swoje nie tylko emocjonalne życie, tu też powstają teksty dla mnie najważniejsze i takie, dla których mam najwięcej serca. Salon24 bardzo często służy przypominaniu tego, co napisałem już kiedyś i co uważam za warte przypomnienia, zwłaszcza w sytuacji gdy towarzystwo jakie tam się gromadzi wymaga tego, by z nimi rozmawiać jak z dziećmi, które pozostawione sobie samym choćby na chwilę są natychmiast gotowe coś zbroić. W tej sytuacji nie bardzo wiem, czy wszyscy ci, którzy lubią spędzać swój czas tutaj, mają w ogóle ochotę zaglądać do Salonu24. Choćby po to, żeby zobaczyć, co ja tam napisałem. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby akurat owej ochoty nie mieli.
W tej sytuacji nie wiem, czy ktoś z, że się tak wyrażę, miejscowych był zaznajomiony z przypadkiem Bronisława Wildsteina, który oto właśnie wydał swoją kolejną powieść, i uznał za konieczne założyć w Salonie24 właśnie bloga, tylko po to, by ową powieść spopularyzować. By i tu na blogach poszukać ewentualnych chętnych do tego, by tę książkę kupić. Ponieważ tego nie wiem, a jestem bardzo o tym przekonany, że sprawa wymaga uwagi, chciałem podzielić się na ten temat paroma refleksjami. Otóż jak wiemy, polski rynek powieściowy jest dziś niemal w całości opanowany przez ludzi, którzy bez wsparcia „Gazety Wyborczej” byliby kompletnie nikim. I nie chodzi tu tylko o Jerzego Pilcha, Wojciecha Kuczoka, czy Dorotę Masłowską, ale całą serię pomniejszych autorów, którzy niemal z dnia na dzień, dzięki odpowiedniej promocji, stali się ogólnopolskimi gwiazdami. Weźmy choćby człowieka nazwiskiem Pilipiuk. Jeszcze dwa tygodnie temu nie miałem pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje, a tu najpierw zobaczyłem go jak plecie jakieś dyrdymały na katowickich targach książki, a ledwo co wczoraj zaszedłem do EMPiK-u i z przerażeniem nie mogłem nie zauważyć, że tam, na jak najbardziej poczesnym miejscu, wystawione są chyba z trzy jego tytuły. A więc mamy tego Pilipiuka, a ja jestem pełen obaw, że to wcale nie koniec.
Osobiście wprawdzie, o czym miałem okazję tu już wspominać, czytam niezwykle mało, ale ponieważ mam w tej mierze pewne swoje stare bardzo doświadczenia, bardzo mi zależy, by coś takiego jak dobra literatura istniało i kwitło. W związku z tym, jest mi okropnie przykro kiedy widzę, jak, podobnie jak polski film, polska sztuka i w ogóle polskie życie artystyczne, zwyczajnie gniją. Kiedy biorę do ręki nowa powieść Kuczoka i już pierwsze linijki robią na mnie wrażenie równie silne jak telewizyjny występ któregoś z posłów Ruchu Palikota.
Wiem jednak, że tak jak jest być musi, bo wszystko to co tworzy ten ruch, jest poza naszym zasięgiem, a my tak naprawdę nie jesteśmy naprawdę jego adresatami. Tu chodzi o zupełnie inne cele i zupełnie inną publiczność, a nam nic do tego. Mam kolegę, który jest dość ważnym profesorem od literatury, i który ma za zadanie w jakiś tam sposób opiniować kolejne nowe polskie powieści do jakichś tam nagród, i to od niego właśnie dowiedziałem się, że to co oni dostają do oceny jest tak strasznie złe, że gdyby nie to, że oni muszą coś zaproponować, to wszystko co do niech przychodzi, wyrzuciliby do kosza. I oto nagle, na tle całej tej rozpaczliwej wręcz mizerii, zaczęli pojawiać się autorzy, których pierwszym komunikatem wydało się być to, że to oni są ci prawdziwi. Że to oni nam przynoszą literaturę prawdziwą, a więc nie o kurwach, pijakach i kosmitach, których nikt normalny nawet na oczy nie widział, ale o Polsce i o nas – ludziach którzy żyjemy tuż obok. I tak to się dziwnie złożyło, że oni pojawili się nie w sposób naturalny, a więc zostali wypluci przez jakieś bardziej ambitne uniwersytety, czy licea ogólnokształcące, ale przez tak zwane prawicowe media. Jak się zdaje, w ramach odzyskiwania od „katów, zdrajców i tchórzy” przestrzeni wolności. I z nimi to właśnie nadszedł pisarz Bronisław Wildstein.
Wszyscy wiemy, kim jest Wildstein. To bardzo zasłużony bohater naszej walki o wolność, następnie równie bardzo zaangażowany wolny dziennikarz, i wreszcie przez jakiś czas szef publicznej telewizji. I oto nagle okazało się, że Wildstein uznał, że czemu nie – można by też zostać pisarzem. W końcu, skoro człowiek umie zgrabnie złożyć zwykły tekst publicystyczny, to i coś większego też nie powinno być jakoś specjalnie trudne. Wystarczy to wszystko napisać jeszcze raz, tyle że raz na jakiś czas w ową publicystyczną narrację wstawić fikcyjne nazwisko.
Powieści Wildsteina sa żenująco słabe. Staram się bardzo go tu oszczędzać, ale obawiam się, że one są jeszcze słabsze od Masłowskiej, a kto wie czy nie i od Pilcha. Powiem więcej. Ja o sobie jako o potencjalnym autorze powieści mam zdanie jak najgorsze, ale wydaje mi się, że on jest gorszy nawet ode mnie. Rzecz w tym, że Wildstein jest tak makabrycznie niedobry, że dla niego konkurencją może być już chyba tylko Kuczok, albo ów autor kryminałów z Wrocławia, szczęśliwie akurat dziś dla mnie bez nazwiska. Ktoś się zapyta, co mnie to obchodzi? Co mi przeszkadza, że Wildstein postanowił zarabiać na życie wymyślając literackie intrygi. Tu właśnie dochodzimy do głównej przyczyny, dla której piszę ten tekst. Otóż w ostatnich dniach, jak już wspomniałem wcześniej, zamieścił on kilka kolejnych wpisów w Salonie24, w których zaprezentował fragmenty swojej nowej powieści i najpierw zaapelował do internautów, by tę jego powieść kupowali, a na koniec by przyszli na spotkanie, które dziś właśnie odbędzie się gdzieś w Warszawie, a które poprowadzi sam brat Karnowski z Antonim Liberą. Z owych czterech chyba notek, jedynie pierwsza spotkała się z pewnym odzewem czytelników, w większości zresztą dość prześmiewczym. Cała już reszta wywołała zainteresowanie żadne albo bardzo skromne, w dodatku ograniczone jednie do wyzwisk i szyderstw ze strony bandy jakichś miłośników twórczości Masłowskiej i Pilcha właśnie.
O co mi chodzi? Otóż właśnie o to. Mamy Wildsteina. Tego Wildsteina. Naszą ikonę i bohatera naszej walki o wolność. Człowieka, który dotychczas, ile razy pokazał się publicznie, gwarantował, że przez tę jego niezłomność i bezkompromisowość nikt go nie będzie w stanie nawet tknąć. Człowieka, którego bali się najsilniejsi. I oto on właśnie, nie dość że wydaje powieść, której poziom automatycznie wręcz musi go – a z nim i nas – skompromitować, to jeszcze zaczyna w najczystszej desperacji chodzić po zaprzyjaźnionych redakcjach i prosić swoich znajomych, by zechcieli mu pomóc to coś sprzedać. A więc robi coś takiego – on, Bronisław Wildstein – czego ani Kuczokowi, ani Pilchowi, ani nawet jakiś Pilipiukowi by do głowy nie przyszło.
Mało tego. On przychodzi prosić o tę uwagę, a w odpowiedzi zostaje obrzucony najbardziej przykrymi złośliwościami z każdej możliwej strony, a jedyny praktyczny tego efekt jest taki, że on nie dość że nie sprzeda tej swojej ksiązki, to jeszcze na dodatek cały ten straszny rynek reżimowych wydawnictw i reżimowej literackiej krytyki będzie miał bezpośredni dowód na to, że choć być może oni są słabi, to na pewno nie tak słabi jak ci, którzy chcieliby zająć ich miejsce. I to jest właśnie to, czego dokonał Bronisław Wildstein.
I tu właśnie zaczyna się coś znacznie ważniejszego od całej tej smutnej literatury. Mianowicie polityka. To bowiem jesteśmy my. To jest właśnie to, co mamy do zaproponowania my, jako alternatywa dla tego nieszczęścia, któremu na imię Platforma Obywatelska. Mieliśmy swoje nadzieje, mieliśmy swoich bohaterów, mieliśmy wreszcie swoją dumę. I co nam z tego zostało? Banda drobnych ciułaczy kombinujących tylko, jak by tu się ogrzać przy tym ogniu, który rozpalił System i ogłosił, że każdy chętny będzie mile widziany. Te twarze i te glosy ludzi, którzy nawet jeśli kiedyś wierzyli w jakąś walkę i w jakieś zwycięstwo, wkrótce potem uznali, że nie ma się co szarpać, zwłaszcza że wynik jest mocno nieznany, a żyć trzeba. I to jakby coraz bardziej. I dziś każde sowo przez nich wypowiedziane i każdy grymas na ich twarzach sprawia nam wyłącznie ból.
A Bronisław Wildstein jest tu właściwie zaledwie symbolem. On to właśnie pokazuje nam jak to tak naprawdę wygląda. Jacyś my to „nasi”. Jaka to za nami stoi siła, determinacja i niezłomność. To właśnie ta jego powieść i wszystko to co on wokół niej postanowił zorganizować, włącznie z tą dzisiejsza nieszczęsną premierą, idealnie symbolizuje miejsce, w jakim się dziś wszyscy znaleźliśmy. To jest miejsce w którym ci zaprzańcy mogą z uśmiechem na swoich podłych twarzach pojawić się i wybuchnąć okrutnym śmiechem satysfakcji, że nie są tacy w końcu bardzo sami.

Zgodnie z ostatnio tu obowiązującą tradycją, zwracam się do wszystkich, by jeśli ktoś miał ochotę kupić jedną lub drugą z tych naprawdę bardzo ciekawych książek – zapraszam. Obiecuję każdą z nich ładnie podpisać i wysłać na własny koszt. „Liść” za 40 zł., a „Elementarz” za jedyne 30. Obok znajduje się odpowiedni numer konta. Wszyscy, którzy obie książki już wielokrotnie przeczytali i kolejnych kupować już nie planują, nawet w formie prezentu, mogą uprzejmie wspomóc ten blog w inny sposób. Pod tym samym numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...