Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władysław Bartoszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władysław Bartoszewski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2019

O świniach i ludziach

     Pewnie część z nas pamięta bardzo starą, nadzwyczaj zabawną piosenkę Wojciecha Młynarskiego zatytułowaną „Sposób na bezsenność”. Kto nie pamięta, może sobie sprawdzić w Google’u, a gdyby się komuś nie chciało, krótko opowiem, o czym to jest. Otóż chodzi o to, że kiedy nie możemy zasnąć, zdaniem Młynarskiego powinniśmy zacząć sobie przypominać twarze i imiona wszystkich tych ludzi, którzy nas w jakiś tam sposób zranili, a więc po kolei najpierw tego, który się martwi, że nam się powiodło w życiu, potem tego, co „nas spycha, by wypłynąć”, potem tego co nam poderwał dziewczynę, po nim pójdzie zwykły cham, a wreszcie na końcu ten co „cieszy się że strachu przed nim drżysz”. A pointa owej piosenki jest zawarta w dowcipnym zdaniu: „Bo sposób to najlepszy i wypróbowany, przed snem policzyć barany”.
      Gdy słucham tej piosenki po latach, zwracam uwagę na dwie rzeczy. Przede wszystkim uderza to, że Młynarski nie bawił się jeszcze wtedy w politykę, ale opisywał zwykłych ludzi, a po drugie to, że on ich traktował ze swego rodzaju czułością. On nie napisał piosenek o bydle, świniach, czy o szarańczy, lecz zaledwie o baranach i to zrobił na tyle delikatnie, że pozostawił nas nie z nienawiścią w sercu, lecz z wręcz przyjaznym rozbawieniem. Ale jeszcze coś. Owa piosenka nie była ani deklaracją moralną, czy tym bardziej traktatem filozoficznym i nikomu nawet wówczas do głowy nie przyszło, by Młynarskiego cytować, jako wielki i ważny głos człowieka wielkiego.
      Przypomniał mi się ów Młynarski, gdy na Facebooku znalazłem mem zamieszczony przez grupę o nazwie „Wielkie myśli wielkich ludzi”, gdzie najpierw widzimy mądrą twarz Władysława Bartoszewskiego, a pod nią jego rzekomo wielką myśl: „Jeżeli człowiek rodzi się nie prosięciem, a niemowlęciem ludzkim, to nie powinien na starość być świnią, tylko człowiekiem”. Ponieważ nie znam się na myślach Władysława Bartoszewskiego, choćby i tych największych, natomiast znam się trochę na Facebooku, biorę pod uwagę, że Bartoszewski nigdy czegoś takiego nie powiedział i powiem szczerze, że mimo wszystko to by była bardzo dobra informacja. Jednak nawet jeśli, to i tak nie jest ważne, czy to są jego słowa, czy zostały mu narzucone przez tych, którzy mają problem z ludźmi, którzy nie urodzili się prosięciami, a na starość głosują na Prawo i Sprawiedliwość, bo to co ma znaczenie, to fakt, że są tacy, którzy faktycznie uważają, że to są słowa „wielkie”.
      Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Otóż, w pierwszej kolejności, powyższa myśl w ogóle nie doprecyzowuje, co zdaniem jej autora musi zrobić człowiek, by przestał być człowiekiem, a stał się świnią, a po drugie przez odniesienie do prosieńcia oraz niemowleńcia, owa świnia nie jest w żaden sposób przenośnią, tylko realnym, zwierzęcym bytem. A to nas prowadzi do wniosku, że autor tego bon motu patrzy na ludzi, których z jakiegoś powodu nie szanuje, jak na zwierzęta. Tu nie ma mowy o zabawie słowami, o żarcie, czy o przenośni. Tu jest świnia w sensie zupełnie dosłownym.
      Ale, jak mówię, nie chodzi o Bartoszewskiego, czy jakiegoś innego literata-hejtera, któremu przyszła do głowy tego typu myśl, ale o tych, którzy uważają ją za wielką. I w dodatku uważają ją za wielką w czasach, gdy prawdziwie złym człowiekiem nie jest już ani złodziej, ani oszust, ani zwykły cham, lecz ktoś, kto dokonał naszym zdaniem niewłaściwego politycznego wyboru. Bo do tego te emocje się tak naprawdę sprowadzają.
       Ja również mam bardzo złe zdanie o politykach, z których zarówno politycznym, jak i niekiedy czysto ludzkim zachowaniem zachowaniem się nie zgadzam, podobnie jak mam bardzo złe zdanie o tych wszystkich, którzy uważają, że oni wszyscy są wspaniałymi i godnymi szacunku ludźmi. Niekiedy mówię o nich bardzo brzydko, nazywając ich nawet durnymi pałami, że już nie wspomnę o ludziach „dziwnych”, nigdy jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by mówić o nich zupełnie dosłownie, że są świniami, czy bydłem, czy że, krótko mówiąc, nie są ludźmi.
      I znów powtórzę, że nie chodzi o Bartoszewskiego, który na starość mógł zwyczajnie stracić rozum, czy o kogoś kto ten rozum stracił o wiele wcześniej. Chodzi o to, że są wśród nas tacy, którzy autentycznie uważają, że wspomniany opis to jest coś na tyle wybitnego, by go awansować na listę „wielkich mysli wielkich ludzi”.
       I to jest moim zdaniem duży problem, bo wszystko wskazuje na to, że wielu z nas nie dość że faktycznie patrzy na innych ludzi, jak nie na ludzi, ale uważa że się tym należy chwalić. A ja sobie myślę, że dobrze jeśli przynajmniej na zwierzęta, zwłaszcza w czasach gdy wielu twierdzi, że zwierzęta stoją moralnie wyżej od ludzi.



Przypominam, że z książek, jakie dotychczas wydałem zostały już tylko cztery: „Listonosz”, „Rock and Roll”, „Marki, dolary”, oraz ta ostatnia, o SS Mantola. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie do kontaktu bezpośredniego: k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 1 maja 2015

Po co komu Komorowski, skoro Profesor nie żyje?

Zaczął się ów niezwykły miesiąc, w tym roku bardziej niezwykły niż w latach minionych, dzień piękny, pogoda póki co znakomita, każdy ma jakieś pewnie plany na weekend – my na przykład już za chwilę wybieramy się na spotkanie z Andrzejem Dudą – polecam więc tekst z najnowszej „Warszawskiej Gazety” i życzę radosnej nadziei.

Zmarł Władysław Bartoszewski i w temacie nadchodzących wyborów prezydenckich jedno możemy już powiedzieć na pewno: mowy pożegnalnej na pogrzebie z całą pewnością nie wygłosi Andrzej Duda. Może ją wygłosić, zgodnie zresztą z wyraźnie sformułowanym przez Zmarłego życzeniem, Bronisław Komorowski, ewentualnie w zastępstwie (w końcu, jak sami ledwo co zobaczyliśmy, niezbadane są wyroki Pana), marszałek Sikorski, Duda natomiast z całą pewnością nie. I to powinna być wiadomość dla Władysława Bartoszewskiego i jego rodziny wiadomość wręcz fantastyczna.
Gorzej, że, co obserwujemy bardzo wyraźnie, cały System skupił się na wyduszeniu ze Zmarłego wszystkiego, co się tam jeszcze wydusić da, do samego końca i bez cienia szacunku dla powagi śmierci. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że i tak nie jest jeszcze tak najgorzej, bo gdyby tak się stało, że wybory prezydenckie zostały zaplanowane na przykład na 10 czerwca, trzymanie tego trupa w lodówce jeszcze przez ponad miesiąc, tylko po to, by go w odpowiedniej chwili wyciągnąć i w ten sposób rzucić Bronisławowi Komorowskiemu sznurek, którego ten będzie się mógł uczepić, tej żenady moglibyśmy wszyscy zwyczajnie nie wytrzymać. Jednak i tu owe dziesięć dni w pełnym napięciu oczekiwaniu aż polskie środowiska patriotyczne pomogą przygotować na ów dzień odpowiednią atmosferę, robi wrażenie. Dziesięć dni, kiedy ciało Profesora będzie coraz bardziej stygło, tylko po to, by prezydent Komorowski dostał te dwa czy trzy procent głosów więcej, robi wrażenie nokautujące.
Otóż chciałem zakomunikować tym, których tego typu tanie manewry w ogóle interesują, że nic z tego. Podobnie jak w wielu wcześniejszych sytuacjach, kiedy to prędkość, z jaką opinia publiczna jest każdego dnia bombardowana nowymi wiadomościami, nowymi sensacjami i nowymi emocjami i nikt już nawet nie jest w stanie odróżnić tego, co jest ważne od tego, co kompletnie bez znaczenia, kiedy już dojdzie do tego nieszczęsnego pogrzebu, większość z nas nawet nie będzie pamiętała, że ów dziwny staruszek w ogóle zmarł, a być może, że on w ogóle istniał. Takie to mamy czasy i choćbyśmy się nie wiadomo jak napinali, tego nie zmienimy. Każda wiadomość, choćby nie wiadomo, jak istotna, żyje maksymalnie dwa, trzy dni, a następnie jest zastępowana przez kolejną i to już naprawdę nie ma żadnego znaczenia, jak ważną. A zatem, powtarzam raz jeszcze: 4 maja pogrzeb Władysława Bartoszewskiego zostanie przez publiczną opinię potraktowany, jak, nie przymierzając, kolejna informacja o tym, że kolejny idiota jeździł po Warszawie samochodem marki BMW z niedozwoloną prędkością.
Jeśli więc z tego, co się właśnie stało, zostanie nam jakieś przesłanie, to tylko to, że skoro Władysław Bartoszewski już od nas odszedł i wszelkie przemówienia zostały już wygłoszone, słynne zalecenie Profesora, by głosować na Komorowskiego by to on, a nie ten głupek Duda, wygłaszał na jego pogrzebie pożegnalną mowę, nie zobowiązuje nas już do niczego.

Oczywiście, każdą moją książkę można kupować w księgarni czynnej w dzień i w nocy pod adresem www.coryllus.pl. Polecam bardzo serdecznie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Ostatnie przemówienie Bronisława Komorowskiego, czyli Mission Accomplished

Muszę przyznać, że to, co reżimowe media wyprawiają w związku ze śmiercią Władysława Bartoszewskiego stanowi nawet dla mnie zagadkę i pewnego rodzaju wstrząs. Z towarzystwa, którego niewątpliwym reprezentantem był ów dziwny człowiek odeszli już (w kolejności chronologicznej) Jacek Kuroń, Czesław Miłosz, Bronisław Geremek, Wisława Szymborska, no i, zaledwie w zeszłym roku, Tadeusz Mazowiecki, jednak, o ile sobie dobrze przypominam, w żadnym wypadku poziom propagandowego szaleństwa nie był aż tak uderzający. Ja oczywiście, mając świadomości szczególnych nastrojów poprzedzających wybory prezydenckie, rozumiem, jak ciężko jest tym hienom zrezygnować z tak smakowitego kąska, uwzględniając jednak nawet i tę poprawkę, można się zdziwić. Wystarczy może jak wspomnę, że dziś nawet mój teść, a więc człowiek związany z obozem władzy całym swoim sercem, duszą i rozumem, wyraził pewne zażenowanie, oświadczając, że on oczywiście wie, jak wielkim człowiekiem był Zmarły, niemniej jednak…
Pytanie więc, które nasuwa się jako pierwsze i podstawowe, brzmi następująco: Czemu oni to robią? Dla potrzeb dyskusji przyjmijmy, że Władysław Bartoszewski rzeczywiście był wielkim Polakiem i człowiekiem dla Polski zasłużonym. Jednak nawet jeśli przyjmiemy to absurdalne założenie, musimy się zastanowić nad tym, czy oni naprawdę doszli do przekonania, że im bardziej nakręcą tę histerię, tym lepszy wynik osiągnie ich kandydat, a więc owa żałoba to zwykła hucpa, czy są już zwyczajnie tak głupi, że z ich strony mamy w istocie rzeczy do czynienia z pokazem autentycznego bólu? Czy jest taka możliwość, że oni tego Bartoszewskiego do tego stopnia uwielbiali, że przy nim gaśnie nawet wielkość Tadeusza Mazowieckiego? Nawet Szymborskiej? Przypomnijmy sobie, co działo, kiedy tamci umierali, i popatrzmy na to, z czym mamy do czynienia teraz. Przecież między jednym a drugim rozciąga się istny kosmos.
W wieku 94 lat zmarł Władysław Bartoszewski, a w telewizji TVN24 wystąpił Henryk Wujec (swoją droga, ja wciąż czekam na informacje o człowieku, którego on jakiś czas temu przejechał na pasach) i ogłosił, że Bartoszewski odszedł „zbyt wcześnie”. I to też prowokuje pytania. Ile, zdaniem Wujca, powinien żyć ktoś taki jak Bartoszewski, by należało uznać, że nadszedł jego czas. 100 lat, 120, a może 300? Rozumiem, że dla niego 94 to wciąż za mało. A może jest tak, że Wujec świetnie wie, że jeśli człowiek żyje w miarę dobrym zdrowiu całe 94 lata, to powinien Bogu dziękować, że podarował mu tyle aż czasu na danie świadectwa, tyle że wie też, czego od niego wymaga potrzeba chwili i gada, co mu jego cwany instynkt podpowiada. A może faktycznie jest tak, że dla Wujca Władysław Bartoszewski był zjawiskiem tak perfekcyjnie cudownym, że ten idiotyzm był jedyna rzeczą, jaką on był tego dnia w stanie z siebie wydusić?
To jest to, co ja potrzebuje dziś wiedzieć. Czy to możliwe, że dla nich odejście Bartoszewskiego to koniec świata, jaki znamy? Czy to możliwe, że oni są aż tak głupi?
Jak już pisałem, w miniony piątek poszedłem z synem do cyrku. Ponieważ był to cyrk ze zwierzętami, przed wejściem, jak się należało spodziewać, kotłowały się grupki dziewczynek z pomalowanymi na czarno włosami i kolczykami w nosach, wargach, policzkach i brwiach, rozdających ulotki zachęcające do tego, by cyrki bojkotować. Wziąłem jedną z tych ulotek i trafiłem na wiersz podobno Wisławy Szymborskiej, zatytułowany „Zwierzęta cyrkowe”, o następującej treści:

Przytupują do taktu niedźwiedzie
skacze lew przez płonące obręcze,
małpa w żółtej tunice na rowerze jedzie,
trzaska bat i kołysze oczy zwierząt,
słoń obnosi karafkę na głowie,
tańczą psy i ostrożnie kroki mierzą.

Wstydzę się bardzo, ja – człowiek.

Źle się bawiono tego dnia
nie szczędzono hucznych oklasków,
chociaż ręka dłuższa o bat
cień rzucała ostry na piasku.


Zdaję sobie sprawę, że obniżanie poziomu tego bloga ma swoje granice, i ja je właśnie przekroczyłem, jednak chciałem bardzo pokazać, że zawsze może być gorzej. Otóż kiedy Władysław Bartoszewski w roku 2007 podzielił się z nami refleksją na temat Polski, że „jeśli panna nie jest piękna i posażna, to powinna być choć sympatyczna, a nie nabzdyczona”, a ci co go słuchali, wybuchnęli radosnym i pełnym podziwu dla starego umysłu śmiechem, to tym samym zarówno on, jak i ci, co się śmiali, sięgnęli poziomu znacznie, znacznie niższego, niż Wisława Szymborska w wyżej zacytowanym wierszu. A mimo to, ona takiej fety nie otrzymała.
Zbliżają się wybory prezydenckie 10 maja, w których Władysław Bartoszewski nie weźmie udziału. A to sprawia, że Bronisław Komorowski dostanie ten jeden głos mniej. Jednak to nie wszystko. Jest jeszcze coś. Jak wiemy, zabierając głos na niedawnej konwencji kandydata, ten sam Bartoszewski wyjaśnił, że on głosuje na Komorowskiego, bo jemu bardzo zależy, by prezydentem nie został Andrzej Duda, a to w tym jednym celu, by to nie on wygłaszał mowę pożegnalną na jego pogrzebie. Wydaje się więc, że to jest już załatwione. Jeszcze jakieś życzenia? Nie widzę, nie słyszę. W tej zatem sytuacji, myślę, że wszyscy z czystym sumieniem możemy już głosować na Dudę. A przynajmniej ci z nas, którzy wiedzą, że na ich pogrzebie, ktoś taki jak prezydent przemawiać nie będzie.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl i nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, że ta księgarnia to naprawdę ostatnia stacja. Dalej nie ma co jechać.


piątek, 24 kwietnia 2015

Pożegnanie, czyli o igraniu z ogniem

Modlitwy zostały wysłuchane. Bez względu na wynik majowych wyborów, wielki Polak, patriota i – by nie popadać w niepotrzebny patos – dobry człowiek, Władysław Bartoszewski, będzie miał pogrzeb, o jakim marzył, jaki tak naprawdę dla siebie wyprosił i, co by nie mówić, na który sobie zasłużył. Już mu nie grozi ponura perspektywa, że żegnać go będzie pyszałek i idiota. Chwała niech będzie Panu!
A my już może tylko się zastanówmy, czemu Dobry Bóg uznał za konieczne nie ryzykować.

poniedziałek, 9 marca 2015

Z życzeniami dla profesora Władysława Bartoszewskiego

Z informacji, jakie do mnie dochodzą, wynika, że gdy chodzi o sobotnią konwencją wyborczą Bronisława Komorowskiego, na którą w napięciu czekała cała Polska, by nie powiedzieć cały świat, największe wrażenie na obserwatorach, poza wjeżdżającym do sali autokarem, zrobiła pociągająca z flaszki premier Kopacz, jednak ja bym chciał zwrócić uwagę na coś, co chyba tylko ze względu na sędziwy wiek bohatera zdarzenia zostało dyskretnie przemilczane, a co z mojego punktu widzenia stanowiło pierwszy i tak naprawdę jedyny godny uwagi punkt dnia. Otóż w pewnym momencie wszedł na scenę tak zwany „profesor” Władysław Bartoszewski i ogłosił, co następuje (cytuję z pamięci):
„Pytają mnie znajomi, dlaczego głosuję na Bronisława Komorowskiego, a ja im zawsze odpowiadam, że to dlatego, że mam już 94 lata i bardzo bym był niezadowolony, gdy miał mnie chować ktoś inny, niż on”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Władysław Bartoszewski już od parudziesięciu lat jest typowym wesołym staruszkiem, który niczym tak pięknie opisany przez J.D. Salingera sędziwy nauczyciel Holdena Caulfielda, ożywia się wyłącznie wtedy, gdy żartuje, a więc wszyscy mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by się przyzwyczaić, niemniej ta akurat wypowiedź robi wrażenie szczególne. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, co ów nieszczęsny człowiek powiedział. Ma on mianowicie już 94 lata i od pewnego już czasu żyje świadomością, że każdy kolejny dzień może być jego dniem ostatnim, i ma już tylko jedno marzenie, by kiedy umrze, na jego pogrzebie nie żegnał go Andrzej Duda. On ma 94 lata, jego życie dobiega końca, przed nim zagadki, których normalny człowiek nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, a on zakłada garnitur i udaje się na konwencję Bronisława Komorowskiego, aby powiedzieć światu, że kiedy on umrze i Polskie Państwo zorganizuje mu pogrzeb, on sobie życzy, by nad jego grobem przemawiał ktoś z Platformy Obywatelskiej, PSL-u, SLD, czy choćby i Ruchu Palikota, byle tylko nie jakiś tępy pisowiec. A zgromadzona publiczność, słysząc te słowa, wybucha szczerym entuzjazmem dla owej demonstracji miłości do Ojczyny i Człowieka.
Oni więc szaleją, a ja sobie przypominam, jak zaledwie kilka dni po Smoleńskiej Katastrofie, ten sam Bartoszewski udzielił wywiadu dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, w którym wyraził opinię, że w związku z tym, że samoloty generalnie się rozbijają, on nie widzi powodu, byśmy się akurat tym razem mieli jakoś szczególnie tym, co się stało, emocjonować, a ja sobie natychmiast pomyślałem, że on tak naprawdę uważa, że świat tak naprawdę jest piękny. I powiem szczerze, że nie wiedziałem, co to za cholera… aż do dziś. Dziś nagle zrozumiałem, że Władysława Bartoszewskiego tak bardzo ucieszyła śmierć Lecha Kaczyńskiego, bo on w tamtym momencie zrozumiał, że to nie Kaczyński będzie wygłaszał pożegnalną mowę na jego pogrzebie.
Niektórzy z nas pewnie w tym momencie się spodziewają, że ja już za chwilę znajdę jakiś odpowiedni bon mot, by podsumować ten rodzaj obłędu, a może też i opętanie, jakiemu ulegli ci wszyscy, którzy tego dziwnego pana tak bardzo hołubią, jednak nic z tego. Ja do ludzi starszych i niedołężnych na ciele i umyśle mam stały i niewzruszony szacunek, i w żaden sposób nie mam zamiaru dokuczać Władysławowi Bartoszewskiemu i szydzić ze stanu, w jakim znalazł się on na krawędzi życia. Natomiast jak najbardziej chciałbym poinformować fanów Bartoszewskiego, że skoro już weszliśmy na poziom ostatniej woli człowieka stojącego nad grobem i to w dodatku w zaproponowanej przez samego zainteresowanego poetyce, to powinniśmy wszyscy życzyć mu jednego: niech nam Pan Profesor kituje w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, bo w maju już może być za późno i znów trzeba będzie czekać – a i to w najlepszym wypadku – do jakiejś katastrofy.

Wszystkich, którzy lubią tu w dobrej wierze przychodzić, zapraszam do kupowania moich książek, wszystkie do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 16 maja 2014

Władysław Bartoszewski, czyli człowiek bez znaczenia

Nasz kolega Coryllus napisał dziś kolejny bardzo dobry tekst, tym razem poświęcony wyjątkowo brutalnemu procederowi głównie intelektualnego i emocjonalnego wykorzystywania kobiet przez najróżniejszego rodzaju oszustów, poczynając od zwykłych, jak on to określa „puchaczy rolnych”, przez pospolitych oszustów, a kończąc na politykach. Powiem szczerze, że choć tekst Coryllusa okazuje się ostatecznie idealnie pełny, początkowo liczyłem na to, że on trochę miejsca poświęci naszym biednym koleżankom z blogów – w tym tak przecież inteligentnym i w pewnym sensie wybitnym, jak Kobieta Kula – które w kompletnie nierozpoznany sposób garną się do blogów prowadzonych przez oczywistych wariatów, by nie powiedzieć – psychopatów, których obłęd rozpoznali już wszyscy… tylko nie one.
No ale, jak mówię, ostatecznie tekst Coryllusa stanowi całość idealnie zamkniętą, a biorąc pod uwagę fakt, że w swoim komentarzu on jeszcze nam przypomniał u dzisiejszych urodzinach kobiety świętej i jednocześnie skandalicznie zapomnianej, mianowicie Marii Gaetan Agnesi, mamy naprawdę znacznie więcej, niż mogliśmy się spodziewać.
Ktoś się zapyta, co ja tu w takim razie robię. Otóż jest tak, że w „Warszawskiej Gazecie”, od dziś do nabycia w kioskach, znajduje się mój felieton poświęcony również kobiecie – moim zdaniem kobiecie mądrej, dzielnej i niezłomnej – a mianowicie Krystynie Pawłowicz, i zgodnie z niepisanymi zasadami, ja ten tekst powinienem tu opublikować najwcześniej jutro, lub w niedzielę. Tak się jednak składa, że i jutro i pojutrze od rana do wieczora będę sprawdzał matury i nie ma takiej możliwości, bym coś napisał, a zatem i przez te matury i trochę w uzupełnieniu tekstu Gabriela, chciałby już dziś zaprezentować tu tekst poświęcony kobiecie, której nie jest w stanie oszukać nikt, bo ona jest od nich wszystkich jednoznacznie sprytniejsza. W najlepszym słowa tego znaczeniu. A więc – choć na komentarze czekam z niecierpliwością – kolejny tekst dopiero w poniedziałek.

Z pisaniem o Władysławie Bartoszewskim mam z jednej strony sytuację wyjątkowo komfortową, bo w polskiej przestrzeni publicznej nie ma chyba osoby aż tak jednoznacznie odpychającej, jak ten człowiek, więc nie trzeba się wysilać, a z drugiej – z tego samego zresztą powodu – istnieje niebezpieczeństwo, że nie znajdę sposobu, by w felietonie tak skromnym, o kimś tak szalenie płaskim, napisać coś na tyle interesującego, żeby to w ogóle dało się czytać. No bo jakie tu mam możliwości? Powtarzać po raz enty tak bardzo już wytarty slogan o „strasznym dziaduniu”? Ja tu naprawdę mam o wiele większe ambicje, niż podłączanie się do popularnej debaty.
A mimo to trzeba się tym dziwnym człowiekiem zająć. Na szczęście, mamy też Krystynę Pawłowicz – osobę, która pod każdym niemal względem stanowi jego całkowite przeciwieństwo, a więc jest od Bartoszewskiego znacznie bardziej dowcipna, inteligentna, i wreszcie, co bardzo istotne, odważna. Bo ile ją kosztuje wygłaszanie szczerych opinii, wiemy wszyscy aż za dobrze. Natomiast zastanówmy się nieco, jakiego to charakteru trzeba, by publicznie wyzywać antysystemową część społeczeństwa od bydła, a ich najszczersze emocje określać jako nekrofilię, mając jednocześnie pełne gwarancje Systemu? Przecież w sytuacji, w jakiej dziś się znajduje Bartoszewski, na taką odwagę mógłby sobie pozwolić już nawet nie pastuch, ale najzwyklejszy uczestnik debat na portalu „Gazety Wyborczej”.
I tu pojawia się Krystyna Pawłowicz i w dzisiejszej sytuacji, gdy już można sobie pozwolić naprawdę na wiele, choć wciąż oczywiście nie na za wiele, no a już z całą pewnością nie na coś, co dla każdego uczestnika politycznej debaty stanowi oczywiste tabu, mówi nam Pawłowicz ni mniej ni więcej, jak najpierw to, że w najnowszym klipie Platformy Obywatelskiej Bartoszewski „siedzi w fotelu jak przed egzekucją na krześle elektrycznym i to już chyba po wykonaniu wyroku, bo wszystkie światła jakieś pogaszone dziwnie”, a następnie – na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz – dodaje, że Bartoszewski, to „pastuch powiedziałabym słabej klasy, [który to] pastuch niech się schowa i już nie poucza, ani bydła ani nikogo innego
". No i wreszcie, jak można było zresztą od początku oczekiwać, wyczytana po nazwisku i zachęcona, żeby „dziadunia” przeprosić, ów fantastyczny popis politycznej retoryki kończy tym, że to akurat ona „się czuję obrażona i w imieniu bydła oczekuję jego przeprosin. Pan Bartoszewski jeszcze nie jest wpisany do konstytucji”.
Mam zresztą wrażenie, że to ostanie zdanie, szalenie niesprawiedliwie, zostało w bieżących komentarzach pominięte, a zatem nawet jeśli ten felieton powstał tylko po to, by na nie zwrócić uwagę, stanowi to powód wystarczający. Otóż na tym właśnie polega wielkość Pawłowicz i małość Bartoszewskiego. Ją mamy po to, by nam wyjaśniała, że konstytucja nie służy chronieniu agentów Systemu, ale rzeczy znacznie ważniejszych, natomiast jego… Władysław Bartoszewski tu akurat stanowi element w najlepszym wypadku obojętny.

Z przyjemnością informuję, że w naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl do nabycia są również i moje książki, w tym w wyjątkowej promocji dwie pierwsze, sygnowane jeszcze nickiem Toyah. Serdecznie zachęcam. Szczególnie dziewczyny. Zapewniam, że tam akurat nie ma mowy o żadnych ciemnych intencjach. Przy okazji dziękuje wszystkim, którzy, reagując na mój desperacki apel, od wczoraj wsparli ten blog i wciąż proszę o nas nie zapominać.

środa, 22 lutego 2012

Jedna refleksja w temacie pewnych urodzin

Może ktoś nie wie – ja, na przykład nie wiedziałem – istnieje sport, chyba, skoro jest prezentowany na Eurosporcie, niezbyt niszowy, który polega krótko mówiąc na tym, że zamyka się w klatce dwóch bandziorów i każe im się bić. Nie jest to ani boks, ani zapasy, ani kickboxing, lecz tak jakby wszystko to połączone do kupy, no a poza tym zawodnicy nie wyglądają jak sportowcy, ale jak właśnie tacy gorsi bandyci. Gdyby można było to porównać do czegokolwiek, to coś bardziej przypomina tzw. wrestling, tyle że o ile tam mamy do czynienia ze swego rodzaju iluzją, tu wszystko co się dzieje, dzieje się naprawdę – prawdziwa jest przemoc, prawdziwa krew i prawdziwe okrucieństwo.
Jest jednak jeszcze coś, co odróżnia te walki w klatkach od wrestlingu. Wrestling to w gruncie rzeczy cyrk. Zawodnicy są fantazyjnie poprzebierani, a sama walka wygląda jak swego rodzaju rytuał wypełniony najbardziej wymyślnymi popisami. Tu, w tych klatkach, widać wyraźnie, co sprawia, że wrestling to jednak tylko zabawa. Gdyby któryś z tych zawodników w klatce spróbował jakichś sztuczek, dostał by od razu w łeb i został wyniesiony. W klatkach nie ma nic szczególnie spektakularnego – tam jest tylko chęć zakończenia tej udręki w jak najkrótszym czasie. Z tego chyba też powodu, walka w klatce trwa zwykle krótko. Bardzo krótko.
Skąd to ja jestem taki mądry? Otóż proszę sobie wyobrazić, że stąd, że parę dni temu obejrzałem sobie na Eurosporcie chyba z cztery takie walki pod rząd. A stało się to tak, że późnym wieczorem siedziałem sobie przed telewizorem i na kanale TVP Historia oglądałem jakiś wspomnieniowy program Tomasza Raczka o Zygmuncie Kałużyńskim. Weszła sobie na to moja młodsza córka i zapytała, co to za sympatyczny staruszek, ja jej na to odpowiedziałem, że on już nie żyje, ale jak żył, to był komunistą, homoseksualistą – ja zawsze przy niej używam tej nomenklatury, bo ona nienawidzi słowa „pedał” – i prawdopodobnie oficerem służb, natomiast, przyznaję, to bardzo sympatyczny i inteligentny człowiek. Córka moja się oburzyła, informując mnie, że to jest absolutnie okropne, że ile razy ona zobaczy w telewizji kogoś, kto jej się podoba, ten natychmiast z mojej relacji okazuje się komunistą, homoseksualistą, albo agentem, i sobie poszła.
W pewnym momencie Zygmunt Kałużyński powiedział coś, co mnie absolutnie poraziło. Otóż, z tym swoim niepowtarzalnym, cudownie radosnym, prawdziwie szatańskim uśmiechem, oświadczył, że jego zdaniem wszystkie ideowe wybory, jakie człowiek podejmuje, opierają się na interesie. A przynajmniej tak zawsze było w jego wypadku. Nie pamiętam oczywiście, jak on to powiedział dokładnie, ale mniej więcej brzmiało to tak, że jeśli on swego czasu popierał Stalina, a dziś wspiera reżim peerelowski, to wyłącznie dlatego, że jemu się tak opłaca. On wręcz kilka razy podkreślił słowo „interes”. Interes jako przywileje, interes jako mieszkanie, interes jako pieniądze. Na koniec, gdyby ktoś myślał, że się przesłyszał, powtórzył, że dla niego tego typu postawa jest czymś całkowicie naturalnym. Później Kałużyński mówił jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, takich choćby jak to, że jego zdaniem, cała sztuka – sztuka absolutnie dowolna – jest wyłącznie kłamstwem, a jej celem jest to, żeby właśnie przez to kłamstwo pokazać coś pięknego, a więc prawdziwego. Nie do wiary. Nie do wiary.
Słuchałem Zygmunta Kałużyńskiego, i myślałem sobie, że co to za cholera, że przez te wszystkie lata, tylu naprawdę miłych, inteligentnych, dowcipnych, czasem wręcz autentycznie mądrych ludzi sprzedało się Złu? I jak to, do ciężkiej cholery, jest, że oni mają w sobie tyle uroku, który potrafi przyciągać, wydawałoby się, nawet tych najbardziej porządnych i wrażliwych. Patrzyłem na Zygmunta Kałużyńskiego, jak z tą swoją niezwykłą energią i tym nieprawdopodobnie pięknym uśmiechem, głosił potęgę kłamstwa i tryumf Zła, i pomyślałem sobie, że to właśnie tak musi działać. Pojawia się taki pełen niemal nieskończonego wigoru staruszek, a na to przychodzi ktoś całkowicie czysty, bez jakichkolwiek uprzedzeń, bez szczególnych pretensji i oczekiwań, i ulega temu urokowi w sposób niemal pełny, tylko dlatego że nagle widzi to życie. Takie pełne wolności i zwycięstwa nad śmiercią.
Pooglądałem więc sobie trochę tego Kałużyńskiego, a następnie zajrzałem, co słychać w sporcie, a tam właśnie była ta klatka. Pisałem wcześniej, że tam nie ma tego cyrku co w przypadku wrestlingu. Jednak, choć faktycznie, walki w klatce są znacznie bardziej surowe, nie jest to do końca prawda. Ci mężczyźni też jakoś starają się nadać swojemu występowi kolorów. A więc przede wszystkim mają bardzo jednoznacznie brzmiące przezwiska, no i niekiedy założą na siebie jakiś równie jednoznaczny strój, który przynajmniej umożliwi im mocne wejście. W pewnym momencie pojawił się człowiek przebrany za księdza. Oczywiście przebrany nie całkiem, od stóp do głów, bo miał na sobie obcisłe majtki, obcisłą koszulę bez rękawów, natomiast pod szyję założył sobie coś w rodzaju fartuszka z koloratką. Co najważniejsze jednak, gdyby ktoś nie bardzo wiedział, co się dzieje, po obu stronach miał eskortę złożoną z kobiet w typowo burdelowatym rynsztunku, a więc w stringach, z siatkowanymi pończochami i wylewającymi się spod biustonosza piersiami, tyle że na głowach, zamiast króliczych uszu, miały one zakonne welony, a w dłoniach trzymały duże krzyże. No i może ciekawe jeszcze w tym było to, że owemu wejściu towarzyszyła nie muzyka organowa, ani kościelne dzwony, ale „O Fortuna!” Orffa.
A zatem wszedł ten niby-ksiądz, z tymi niby-zakonnicami na ring, energicznie jak jasna cholera, zaczął się prężyć, wznosić ramiona w geście zwycięstwa, robić bojowe miny, i zanim walka rozpoczęła się na dobre, dostał w ryj… i został wyniesiony. Niewykluczone że do szpitala, albo prosto tam, gdzie mógł się nim zająć już autentyczny ksiądz, wraz z autentycznymi siostrami zakonnymi. I oczywiście, przyznaję, że z jednej strony wyglądało to okropnie, jednak z drugiej, ten rodzaj szybkiej i bezrefleksyjnej sprawiedliwości, zawsze na mnie robi wrażenie. No ale to jest już zupełnie inna historia.

Jeśli ktoś uznał ten tekst za ważny, inspirujący, a przede wszystkim wart tego czasu, bardzo proszę o wrzucenie do przygotowanej obok puszki cokolwiek tam kto ma na zbyciu, bo powiem szczerze, sytuacja robi się autentycznie groźna. Co do książki, domyślam się, że kto ją chciał mieć, to ją ma, a reszta woli czytać co innego. Na wszelki wypadek jednak informuję, że oprócz tego bloga, ona jest wciąż do kupienia w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3 maja, w Poznaniu w księgarni u Karmelitów na ulicy Działowej, no i w sklepie Foto-Mag w Alei KEN w Warszawie. Dziękuję.

czwartek, 3 marca 2011

Komu nie straszno jechać do Bełżca?

Władysław Bartoszewski stanowi problem dla znacznej części z nas od czasu, gdy Platforma Obywatelska – czy kto tam tym interesem kręci – postanowiła wykorzystać jego sytuację, że tak powiem, biologiczną do swoich doraźnych interesów politycznych. Na czym polega ów problem? Oczywiście, dla części z nas chodzi o tak zwany zawód, jaki Bartoszewski sprawił tym wszystkim, którzy go jakoś tam cenili i uważali za autorytet. Dla większości jednak tych, których dziś Bartoszewski wyłącznie irytuje, sprawa sprowadza się do tego, że on – podobnie, jak z jednej strony, powiedzmy, Aleksander Kwaśniewski, a z drugiej Lech Wałęsa – swoją obecnością zwyczajnie obraża urodę tego świata, a jednocześnie czerpie pełnymi garściami z tego, że wiatr wieje jak wieje.
Minione miesiące, mniej więcej od czasu jak ów staruszek wystąpił na jednym z przedwyborczych wieców Bronisława Komorowskiego pozwoliły nam o tej szczególnej postaci szczęśliwie zapomnieć. I to do tego stopnia, że ktoś bardziej złośliwy i paskudny niż ja, mógłby pomyśleć, że jemu się coś stało i to raczej w sposób ostateczny. Tymczasem najświeższe informacje wskazują, że nic podobnego. Nasz dziadziuś żyje i fika.
Wbrew temu, co większość czytelników, którzy wiedzą, czego się można po mnie spodziewać, sądzi, nie będę się tu jednak znęcał nad Bartoszewskim. Z jakiegoś powodu, najzwyczajniej nie mam sumienia. Z jakiegoś powodu, uważam, że akurat jeśli idzie o niego – ale nie tylko, o czym później – powinienem zachować umiar. I akurat nie ze względu na tzw. rangę postaci, ale ze względu na wiek. Nie da się bowiem ukryć, że on jest zwyczajnie biednym, słabo przytomnym staruszkiem, którego pech polega na tym, że dał się wykorzystać złym ludziom do złych celów.
Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale rządząca obecnie naszym pięknym krajem Platforma Obywatelska, na poziomie doraźnej propagandy, postanowiła postawić na ludzi stojących jedną nogą nad grobem. Pisząc te słowa, od razu musze się zastrzec, że wcale nie mam zamiaru ironizować, zwłaszcza, że nieskromnie twierdzę, że i ja w pewnym sensie do tego klubu się zaliczam. Jednak mój problem polega na tym, że ja wprawdzie jestem już starszym panem z nadmierną ilością cholesterolu, poważnym nadciśnieniem i – co może najgorsze – histeryczną wiarą w to, że wszystko, co było dobre, jest już dawno za nami, niemniej jednak, mniej więcej orientuję się, co się wokół mnie dzieje.
Tu akurat mamy sytuację nieco inną. Trzech naczelnych mądrali, których spin doktorzy Platformy Obywatelskiej wystawili na pierwszy front walki, jako tzw. autorytety, to półprzytomne dziadki, które – jak to pięknie określił Holden Caufield w ‘Buszującym w zbożu’ – nie za bardzo się już nawet orientują, gdzie mają łokieć, a gdzie dupę. O kim mówię? O Kazimierzu Kutzu, Andrzeju Wajdzie, no i, naturalnie, o Władysławie Bartoszewskim. Ciekawa sprawa polega na tym, że dzięki najnowszym osiągnięciom sztuki kosmetycznej i medialnej manipulacji, każdy z nich, kiedy występuję w telewizji, robi wrażenie kogoś, kto pozostaje w wieku nieokreślonym. To znaczy, wszyscy – jeśli nas tylko zapytać – wiemy, że oni są już bardziej tam, niż tu, a mimo to, kiedy oglądamy ich w telewizji, czy zaledwie czytamy, cóż to oni takiego ciekawego powiedzieli, traktujemy ich, jak kolejnych uczestników debaty.
To zresztą jest w ogóle bardzo ciekawe zjawisko. Idziemy ulicą i widzimy starszego człowieka. Mamy go przed sobą, i wiemy, że on ma może 80, a może i 85 lat i wiemy doskonale, że cokolwiek on zrobi, czy powie, co nas zirytuje, lub choćby zdziwi, możemy z czystym sumieniem zarzucić na karb wieku. Bo starość szanujemy i rozumiemy jej prawa. Jednak już gdyby on znalazł się w telwizji, widzielibyśmy wyłącznie kogoś kto nie jest ani młody, ani stary, nie jest gruby ani chudy, ani niski, ani też wysoki. Bo w telewizji dzieje się jakoś tak, ze ludzie stają się kompletnie nierzeczywiści. Jest tam coś takiego, strasznie tajemniczego, że niekiedy kogoś kogo znamy właśnie z ekranu telewizora, spotykamy na ulicy i nawet go nie poznajemy. Bo i ma inne włosy, i jest niższy, i grubszy, albo chudszy, no a przede wszystkim dużo straszy, lub też niekiedy znacznie młodszy. Nie znam się na tym, nie wiem, co to takiego, ale wydaje mi się, że to co my oglądamy na ekranie – to obraz nawet nie inny, zdeformowany, ale zwyczajnie sztuczny. A zatem, to co widzimy, to często fikcja. Fikcja do tego stopnia, że kiedy na przykład widzimy, jak obok siebie siedzą Daniel Olbrychski, Kazimierz Kutz i, dajmy na to, poseł Wikliński, to, gdyby nie to, że Olbrychskiemu leci z nosa, a Kutz zasypia. nawet byśmy nie wiedzieli, że Olbrychski jest od Wiklińskiego starszy, a Wikliński młodszy od Kutza.
Tymczasem fakty są nieubłagane. Oni są starymi, ledwo co rozumiejącymi dziadziusiami, którzy, gdyby znali swoje miejsce, i to miejsce było im odpowiednio wskazane, mogliby sobie jeszcze pięknie pożyć. Nawet zachowując te swoje dziwne poglądy i emocje. Tak jak to się przydarzyło naszym ojcom i dziadkom. Tymczasem, tak się to wszystko poukładało, że my na nich patrzymy, słuchamy jak bełkoczą i dostajemy na nich bardzo niedobrej i grzesznej cholery. I przez to nieporozumienie, oni zamiast cichutko bawić wnuki, będą musieli kończyć żywota we wstydzie i w niesławie. I to wyłącznie dla czyichś najbardziej parszywych interesów.
Ostatnio odezwał się Władysław Bartoszewski i oświadczył, że tak jak on pamięta wojnę, to dla niego Niemcy byli zdecydowanie bardziej ludzcy i przewidywalni, niż Polacy, i że w związku z tym, on Polaków w czasie wojny bał się znacznie bardziej, niż Niemców. Na to dziwactwo zareagowała nagle Marta Kaczyńska na swoim blogu, potraktowała Bartoszewskiego z buta… no i się zaczęło. Dziś rozglądam się po świecie, który mnie otacza i właściwie, powoli już przestaję się dziwić. Czy może ze względu na Bartoszewskiego? Owszem, o niego też mi tu jakoś chodzi, natomiast to co mnie naprawdę dręczy, to komentarze, które biegną ze wszystkich kierunków, wyłącznie po to, żeby skopać Martę Kaczyńską za to, że ona, gówniara, miała czelność dotknąć swą niegodną ręką rąbka szaty kogoś takiego jak sam Pan Profesor.
Uważam jednak, że to wydarzenie, tak naprawdę nie pokazuje nam, co się stało z Bartoszewskim, lecz z tymi, którzy dziś go bronią i uważają za stosowne dokuczać Marcie Kaczyńskiej z powodu jej jak najbardziej naturalnego odruchu protestu. Bartoszewski bowiem jest w tej grze nikim, poza tym, że gdzieś ktoś nagle uznał, że kto wie, czy on się może na tę jedną chwilę jeszcze nie przyda? Na tę jedną krótką chwilę. A takich jak on jest cała masa. Jeśli ktoś interesuje się II Wojną Światową i w ogóle lubi grzebać w tamtych czasach, być może natrafił na zamieszczane regularnie na youtubie filmiki niejakiego Alana Heatha – Anglika, który mieszka w Polsce i pasjonuje się naszą historią. Otóż w jednym z tych filmów, rozmawia on z pewną staruszką, która w czasie wojny mieszkała w Bełżcu w rodzinie miejscowego piekarza, który jak najbardziej naturalnie zaopatrywał w pieczywo miejscowy obóz zagłady. Patrzę na tę panią, słucham jej głosu i widzę kogoś, kto wprawdzie ma już swoje lata, ale mówi jasno i trzeźwo. I widzę starszą panią, którą, zamiast Bartoszewskiego, mógłby do swojego programu zaprosić Bogdan Rymanowski, żeby nam opowiedziała, co się jej wydaje. I słyszę, jak ona opowiada, jak to ci Niemcy, to byli mili i eleganccy ludzie, przystojni jak jasna cholera, i pod każdym innym względem tac jak trzeba, natomiast Żydzi… no wiadomo… o czym tu gadać? Tyle ona dziś z tego wszystkiego pamięta.
A zatem, tak wyglądają wspomnienia. Wspomnienia ludzi starych i połamanych przez życie. I czy ja się mam nimi przejmować? Czy ja się mam przejmować Władysławem Bartoszewskim, który nagle wszedł w kolejny rok swojego życia i uznał, że ci Niemcy, to jednak było coś. Zastanawiać się, dlaczego on się tak zachowuje? Mowy nie ma. Ja mam do starszych ludzi szacunek i zrozumienie. A do tej pani z Bełżca nawet większe, bo ona, w odróżnieniu od Bartoszewskiego, robi przynajmniej sympatyczne wrażenie.
Natomiast nie mam ani szacunku, ani zrozumienia dla tych, co wprawdzie też już się zbliżają do swego końca, ale wciąż jeszcze jakoś działają. Takich jak choćby ja sam. W wymiarze popularnym, mam tu na myśli tomasza nałęcza – człowieka, którego nazwisko obiecałem już jakiś czas temu pisać z małej litery, i ten nastrój mnie nie opuszcza. Otóż to on mnie dziś obchodzi. Właśnie on. Nie Bartoszewski. On. Gdy staje przede mną i ogłasza, że nie ma jak kłamstwo, i z tym hasłem na ustach informuje, że Marta Kaczyńska, podnosząc swój podły wzrok na kogoś tak świętego jak Władysław Bartoszewski, popełniła publiczne moralne i intelektualne samobójstwo. A ja, który tego kłamstwa słucham, nie zasługuję na choćby odrobinę szacunku. A więc mam na myśli nałęcza. Ja sądzę, że on ma jakieś ciemne sprawki na sumieniu. On i ten co go zatrudnia. Nie wiem, jakie to sprawki, ale im nie zazdroszczę. To musi być coś absolutnie wyjątkowego. W końcu oni są ledwo w okolicach sześćdziesiątki. Tu musi być coś innego na rzeczy. Proponuję więc, żeby dziś pomyśleć nie o Bartoszewskim, ale właśnie o tych dwóch. Właśnie o nich.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...