Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozum. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lutego 2021

Siedmiokilogramowy liść napada, czyli o poznaniu wiary

 

       Kiedy byłem jeszcze bardzo młody, wszyscy przeżywaliśmy film Milosa Foremana „Lot nad kukułczym gniazdem”, a w nim finałową scenę, kiedy to Indianin, widząc że McMurphy został poddany zabiegowi lobotomii i od tego momentu już nie jest tym samym człowiekiem, którym był wcześniej, dusi go poduszką. Pamiętam przy tym jak pewna nasza koleżanka gwałtownie broniła tezy, że McMurphy wcale nie przeszedł owego zabiegu, a Indianinowi tylko się tak wydawało i McMurphy'ego zabił przez fatalną pomyłkę i o tym jest ten film. Skąd ona to wiedziała? Stąd mianowicie, że jej tato jest lekarzem i on jej powiedział, że zabiegów lobotomii od bardzo dawna się nie przeprowadza.  

      Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy w tych dniach spotkało mnie coś absolutnie niezwykłego. Otóż na Twitterze, gdzie się, owszem, udzielam, zaczepiła mnie pewna nieznana mi kobieta, i w trakcie dyskusji na temat zbrodni dokonanej niedawno przez Koronę Brytyjską w szpitalu w Plymouth, najpierw stwierdziła że ponad wiarą i przeczuciem stoi niezmiennie nauka i rozum, a następnie owego przekonania broniła, informując mnie, ze jej mąż jest lekarzem i jej wszystko jak należy wytłumaczył. Zdziwiła mnie ta opinia z dwóch powodów. Przede wszystkim mnie się wydawało, że ludzi, którzy uznali rozum za boga na świecie już nie ma; że przekonanie iż wszystko czego się nie da ogarnąć rozumem, jest kompletnie passe i każdy kto tego typu wiarę wyznaje to jakieś dziwadło. I nie chodzi mi oczywiście o to, że dziś wszyscy są strasznie religijni w tę czy inną stronę, ale o to tylko że każdy z na od czasu do czasu jest gotów przyznać, że są rzeczy, których ludzki rozum nie ogarnia. Czy to nieskończoność, czy ludzki mózg, UFO, wróż Maciej, Matrix, ewentualnie Wielki Architekt, czy wreszcie – jak to swego czasu ujawnił śp. Grzegorz Miecugow – zwykłe krzesło...  Jest tak strasznie dużo rzeczy w które można uwierzyć, jeśli nie lubi się księży. A tu nagle rozum. Dziwne.

      Drugi powód dla którego owa kobieta zrobiła na mnie swoim wyznaniem wrażenie to ten że dotychczas byłem przekonany że jeśli prawdziwych tak zwanych „racjonalistów” już na świecie nie ma, to wcale nie dlatego, że oni uznali że żadnego Boga ani nie ma, ani nigdy nie było, ale dlatego że oni doskonale wiedzą, że On istnieje jak najbardziej, tyle że jest głupim, okrutnym, zgnuśniałym satyrem, dla którego człowiek i jego świat to zaledwie swoisty plac zabaw. Uznałem, że wszyscy owi „racjonaliści” są jak żona Hioba, która kiedy mówi mężowi, żeby przeklął Boga, ani przez chwilę nie kwestionuje tego że Bóg istnieje, ale twierdzi, że On jest zły i podły. A zatem, ile razy myślałem o ludziach odwracających się plecami do Wiary, to widziałem osoby zwyczajnie rozczarowane, a nie „mądre”.  Oto tymczasem pojawia się ta pani, a kiedy mi oznajmiła, że poza rozumiem i nauką nie ma nic, to ja tracę głos.

        Rozmawialiśmy mimo to przez parę długich dni, bez efektu oczywiście, natomiast przyznaję, że rozstaliśmy się bez złych słów i gniewu, a ja sobie pomyślałem, że może jej zaproponuję swój tekst o ateizmie, z którego jestem bardzo dumny i który tu już parokrotnie publikowałem, i pozostanę w nadziei że coś jednak do niej dotrze. I nagle uznałem, że nie ma co się powtarzać i przypomnę inny, bardzo dawny felieton, który sam już kompletnie zapomniałem, a który posłużył mi za tytuł mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Licząc na to, że nie jestem jedyny, chętnie go przypomnę i tu, a i mam nadzieję, że wspomniana przeze mnie miłośniczka rozumu coś z tego wyniesie. O ile oczywiście pozwoli jej na to mąż - lekarz.

 

 

       Są rzeczy które mnie nurtują może nieco bardziej niż wszystko to, co może od czasu do czasu człowieka nurtować. Nie wiem na przykład, jak to się stało, ze kiedy byłem małym jeszcze chłopcem, stałem się tak bardzo otwarty na muzykę. Wspominałem już tu chyba kiedyś, że kiedy miałem zaledwie piętnaście lat, słuchałem z niezwykłym napięciem jazzu, który nawet z punktu widzenia moich dzisiejszych doświadczeń, mógłby być uznany za zbyt ekstrawagancki. Pamiętam że kiedy w roku 1969 Led Zeppelin wydali swoją pierwszą płytę, a zatem jeszcze wcześniej, nie mogłem ani na moment przestać słuchać choćby tego dziś już klasycznego Dazed and Confused. A pierwsze King Crimson? To był przecież ten sam rok. A miałem przecież dopiero lat 14. Rozumiałbym to pewnie jakoś lepiej, gdyby moi rodzice byli ludźmi w jakikolwiek sposób umuzykalnionymi, gdyby którekolwiek z nich grało na jakimś instrumencie, gdyby mnie do muzyki w jakikolwiek sposób zachęcali. Gdyby chociaż w moim domu muzyka grała nieustannie. Ale nic z tego. To było wyłącznie we mnie. Dziwne.

Niedawno bardzo pisałem o tym, że moi znajomi, tak się jakoś złożyło, są w większości ludźmi w ten czy inny sposób wybitnymi. Wczoraj spotkałem się z moim starym kolegą, który oprócz tego że jest moim kolegą, jest autentycznie wybitnym artystą. Przyniósł mi ów mój kolega swoje nagranie sprzed iluś tam lat, którego wcześniej nie znałem i które w żaden sposób nie było podobne do czegokolwiek co wcześniej słyszałem. Siedziałem i słuchałem tego w zauroczeniu i pytam go, jak to jest, że on puszcza coś takiego komuś, kto ani nie ma muzycznego wykształcenia, ani w ogóle ogólnego muzycznego pojęcia, ani nawet nie umie na głupiej gitarze zagrać Domu wschodzącego słońca, i liczy na to, że coś z tego będzie. A on mi (słuchajcie, słuchajcie!) mówi, że to właśnie dla takich jak ja muzyka w ogóle powstaje.

Brzmi to tak jak bym się chwalił, ale proszę zwrócić uwagę, że chodzi mi o coś zupełnie przeciwnego. Ja wręcz chcę podkreślić, że to co tu się dzieje, nie jest w żaden sposób moją zasługą. Ani moją, ani moich rodziców, ani sytuacji, ani miejsca, ani czasu. Tu nie ma mowy o zasługach czyichkolwiek. Tu jest tylko zagadka. Coś spada na człowieka i od tego momentu już sobie jest. I nie ma nikogo, kto by potrafił pokazać palcem jedno choćby bardzo skromne dla tego wytłumaczenie. Poza tą muzyką jestem – też o tym wspominałem – głupi jak but. Nie mam żadnego oczytania. Kiedy rozmawiają ludzie wykształceni, najczęściej nie rozumiem, o co im chodzi. Gdyby ktoś mnie siłą zmusił do pisania testu na inteligencję, to najprawdopodobniej uzyskałbym z niego jakieś pięćdziesiąt punktów. Jeśli nie mniej. Niedawno mój kolega don esteban kazał mi przeczytać książkę jakiegoś Blooma. Tak się składa, że mam tę książkę, bo już dawno temu ktoś mi kazał ją kupić, ale oczywiście nawet nie przeczytałem pierwszej strony. A więc gapię się w tę okładkę i myślę, że może gdyby ten Bloom śpiewał, albo grał na trąbce, to ja bym się do niego zabrał. A tak?

Ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie dręczy. Jest coś jeszcze, co jest już bardzo osobiste, i nawet nie wiem, czy mi wypada o tym pisać, ale w końcu ten blog jest już od dawna konfesyjny jak cholera, więc może i to zniesie. Otóż chodzi o to, że ja mam bardzo poważny kompleks na tle kłamstwa i krętactwa. I to jest ciekawa sprawa. Gdyby poprosić tu jakiegoś psychologa, pewnie by mi wytłumaczył, że to wynika z jakichś moich starych doświadczeń, które tak mnie załatwiły na całe życie. Jednak, choć bardzo się staram to zbadać, nic mi mądrego nie przychodzi do głowy. Moje życie układa się dla mnie od dzieciństwa tak, że ani mnie nikt nie skrzywdził, ani ja nikogo szczególnie nie skrzywdziłem, ani nie miałem złych snów, ani w ogóle nic wokół mnie nie stwarzało nigdy takich napięć, bym się miał jakoś szczególnie stresować. No, może z wyjątkiem szkoły, gdzie byłem uczniem raczej marnym i ten czas akurat wspominam nie najlepiej. Ale przecież nie ja jeden. A więc, tu mamy kartę czystą. A mimo to, to kłamstwo mnie zwyczajnie dewastuje.

Zauważyłem to też stosunkowo wcześnie. Jeszcze za najbardziej czarnej komuny, ja się autentycznie od rana do wieczora dławiłem z oburzenia, ile razy słyszałem co oni wygadują. I tu, podobnie jak w przypadku muzyki, nie miałem żadnego powodu, żeby się czuć jakoś wyróżniony. Wprawdzie moi rodzice nie byli tak zwanymi ludźmi systemu, ale – jak to jest u zwykłych wieśniaków – też nie angażowali się w walkę w jakikolwiek sposób. U mnie w domu ani nie śpiewało się patriotycznych pieśni, ani nie chodziło się na demonstracje, ani nie czytało na głos Sienkiewicza. Powiem więcej. Moi rodzice nawet nie byli szczególnie pobożnymi ludźmi w tym sensie, żeby jakoś mieli tę swoją religijność demonstrować. Zero. Normalnie się żyło i jeśli Mama lub Tato wspominali coś na temat polityki, to wyłącznie w formie zalecenia, żeby uważać, bo wezmą i zabiją. A ja, jeśli komunistów nienawidziłem z całego serca, to nawet nie za to, że ta ich ideologia była zła i nieludzka, a Polsce brakowało suwerenności, lecz wyłącznie za te ciągłe kłamstwa, które – jak mówię – mnie z dnia na dzień demolowały. Skąd to się brało? Nie wiem. A mimo to, kiedy przyszło do tego – też tu już o tym była mowa – że miałem się zdecydować, czy nie pójść na współpracę, to wiedziałem, że prędzej zgodzę się stracić wszystko, niż powiem skurwysynowi tak.

Czemu o tym wszystkim piszę? Powód jest jak najbardziej prozaiczny. Mój kolega, wspomniany tu już dziś don esteban, miał tu wczoraj chyba, krótką wymianę z innym moim kolegą LEMMINGIEM, na temat tego, jak pochodzenie, narodowość, czy cholera wie co tam jeszcze, wpływa na to, kim, lub czym, czym człowiek się staje. I w pewnym momencie, don esteban rzucił ot tak sobie, że może ja kiedyś coś na ten temat napiszę (tak to działa, prawda?). A ponieważ szanuję moich kolegów i wiem, że mam w stosunku do nich zobowiązania, zmartwiłem się bardzo, że jednak nic z tego nie wyjdzie. No bo co ja mogę mądrego powiedzieć w tak sformułowanym temacie? A jednak piszę. O tym, co tworzy człowieka. Co sprawia, że człowiek jest zły, lub głupi, lub wrażliwy, lub tępy jak deska w dworcowym szalecie, a może mądry bardzo, lub bardzo głupi, lub dzielny lub ewentualnie tchórzliwy? Co sprawia, że jeden człowiek z największym okrucieństwem dręczy innych ludzi, a co nim powoduje, że ktoś stojący tuż obok nad tymi ludźmi wyłącznie płacze? Czy to może być narodowość? Co za bzdura!!! Jak można mówić o narodowości, podczas gdy nawet coś tak kameralnego jak rodzina, nie jest w stanie wpuścić w ten świat maleńkiego nawet podmuchu czegoś przewidywalnego? Oczywiście, bez pewnych podstaw, takich już najbardziej niewzruszonych, może być naprawdę ciężko, ale cała reszta naprawdę przychodzi już naprawdę nie wiadomo skąd.

Jest coś takiego jak wrażliwość, rozum, czułość. Jedni mają i jedno i drugie i trzecie. Inni zaledwie jedno. Dlaczego? Skąd? Bóg jeden wie. I to chyba by była odpowiedź na wszelkie pytania, które nas otaczają, ile razy spotykamy kogoś osobiście, lub jedynie o kim słyszymy, i chcemy wiedzieć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlaczego? Bóg jeden wie. Ten, który jest wszędzie i stwarza nas i ich i wszystko każdego dnia. I wszystko wprawia w ruch. A my, jeśli tylko będziemy otwarci na to co dostaliśmy, z pewnością nie będziemy potrzebować już nic więcej. Moja najmłodsza córka któregoś dnia, jeszcze jesienią, przyszła do domu i powiedziała: „Liść spadł mi na głowę. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby on ważył siedem kilo. Przecież zabiłby mnie jak nic!”. Ciekawe, prawda? Czasem mam wrażenie, że niektórym z nas na głowy spadają te siedmiokilowe liście. I zabijają ich, zanim jeszcze ci zdążą się na dobre ucieszyć, że spotkało ich tak wielkie szczęście.

Również nam, tu piszącym, byłoby moim zdaniem dobrze się zastanowić, skąd się biorą te wszystkie nerwy, te awantury, te oskarżenia i podejrzenia. Pojawia się często taka opinia, że część z nas jest, jak to się określa, „zadaniowana”. Że to co ja tu piszę, to nie efekt moich przemyśleń, lecz konsekwentna realizacja czyjegoś planu. I że to co piszą jacyś mądrale od Tuska, to też nie pochodzi z ich serc, lecz z kieszeni, lub czarnych teczek. A zatem, że każdy jest wystarczająco mądry, żeby być też wystarczająco wrażliwym i czułym. A ja myślę, że nie. Że to wszystko jest szczere jak diabli. Że nawet kiedy ktoś bezczelnie kłamie, to robi to ze szczerego serca. Nawet jak ktoś kogoś krzywdzi, to tez jest głęboko przekonany, że tak trzeba. I to co ja piszę, jest szczere jak diabli, i tak samo szczere jest to co pisze ktoś kto mnie uważa za idiotę. Problem jest jedynie w tym, że niektórzy z nas dostali ten swój talent i zamiast go z pokorą przyjąć i wykorzystać, to najpierw się wściekli, że chcą więcej, i w efekcie nawet to co mieli - zmarnowali.

I już na sam koniec, powiem coś jeszcze. Proszę wszystkich psychologów, psychiatrów i innych specjalistów od ludzkiej duszy, żeby się nie mądrzyli bardziej niż trzeba. Bo sami wiedzą dokładnie tyle samo co ja. Czyli nic.



 

sobota, 4 września 2010

O głupocie i głupocie

Syn mój przyniósł mi dziś link do fragmentu jakiegoś nieznanego mi zupełnie teleturnieju z amerykańskiej telewizji, gdzie pewna równie nieznana mi kobieta nie umie zgadnąć, czego stolicą jest Budapeszt. Kłopot jest jeszcze większy, bo ona robi wrażenie, jakby nie wiedziała w ogóle nic. Co ja zresztą będę gadał. Proszę sobie obejrzeć: Budapeszt. Jak wszyscyśmy z pewnością zauważyli, filmik zatytułowany jest „Tępa i głupia blondynka” i zdecydowanie ma na celu ośmieszenie tej kobiety. Ale nie tylko to jest ciekawe. Otóż jeśli ktoś oprócz tego co wie sam z siebie, wie też, że ona jest najprawdopodobniej jakąś wiejską dziewczyną z okolic Tennessee, albo z jakiejś jeszcze głębszej amerykańskiej prowincji, gdzie Europa może być czymś równie egzotycznym, jak dla pierwszego lepszego polskiego prowincjusza powiedzmy… Sri Lanka, może dojść do wniosku, że w tym rzeczywiście zabawnym filmiku nie ma nic szczególnie szokującego. Jeszcze kiedy byłem bardzo młody, mieliśmy zwyczaj sobie żartować na temat Amerykanów, że oni są tak ogromni i tak z boku, tak samowystarczający, że dla wielu z nich świat to Ameryka, Rosja, Europa i Afryka. I na tym koniec. Reszty nie ma, a to co jest, to…. Tak naprawdę nie wiadomo co. No, po prostu – Europa, Afryka i Rosja. I że jeśli któremuś z nich zadać zagadkę, co to jest Warszawa, to jest bardziej prawdopodobne, że wskaże którąś z kilku amerykańskich Warszaw, niż tę naszą, polską, kochaną.
No ale, nie ma co się oszukiwać. Owa kobieta męcząca się z tą Europą, tym Budapesztem i tą Francją jest śmieszna jak nie wiem co. Pozostaje tylko pytanie – czy ona jest głupia? Czy ona jest głupią blondynką? Czy ona jest tą głupią blondynką, która robiąc sobie drugie dziecko na boku, ma pretensje do swojego męża, że ją zdradza. Czy ona jest tępa. Otóż w tej sprawie doszło u nas w domu w tej sprawie niemal do awantury. Ja i młody Toyah uznaliśmy, że ona nam się podoba. Że jest fajna, wesoła, sympatyczna i wcale niekoniecznie głupia. Na to pani Toyahowa ze zwykłą dla siebie wyższością, stwierdziła, że to jest z naszej strony coś absolutnie typowego, natomiast starsza Toyahówna dostała niemal szału. Ona przede wszystkim wie, że ta pani jest durna w sposób modelowy, a my jej bronimy, bo ona nam się po prostu podoba jako kobieta. Że gdyby ona wyglądała jak pani Kaszalotowa, to nawet jednym słowem byśmy jej nie bronili. Wręcz przeciwnie. Tego niestety sprawdzić nie możemy, choćby z tego względu, że ona istotnie wygląda jak wygląda. Ale i tak, problem wciąż pozostaje ten sam. Czy ona naprawdę jest głupia?
Kiedy byłem jeszcze na studiach, mieliśmy taką koleżankę – bardzo dobrą, milą koleżankę – która nie mogła uwierzyć, że jeśli ona buty, które sobie kupiła wyjmie z pudelka, to one się w torbie zmieszczą, a jeśli nie, to nie. Tłumaczyliśmy jej to pięćdziesiąt razy, a ona swoje. Buty to buty. Jeśli pudełko się nie zmieści, to i same buty się nie zmieszczą. Czy ona była głupia? Nikomu z nas nigdy nie przyszło do głowy, żeby tak o niej myśleć. Co więc z tymi butami? Nikt się za bardzo nie zastanawiał. Myśleliśmy sobie, że może ona nie ma wyobraźni geometrycznej, albo że się zagapiła, albo że coś się jej po prostu pomieszało. Ale że głupia? Nigdy. Dlaczego? Bo ją znaliśmy i ona głupia z całą pewnością nie była. A może to znaczy, że głupców w ogóle nie ma? Że każdy ma jakieś swoje kłopoty i ograniczenia i w jednym miejscu jest wybitny, a w innym nagle już wręcz odwrotnie? Tyle że to nieprawda. Każdy z nas niejednokrotnie spotkał przynajmniej kilka osób w swoim zyciu, o których nie można było powiedzieć nic więcej, jak tylko to, że ten ktoś to dureń. Dlaczego więc ten ktoś tak, a ten inny już nie?
Spójrzmy zatem jeszcze raz na tę Amerykankę, która myśli, że Europa to na pewno kraj, natomiast co do Francji, to już nie ma takiej pewności. Czemu ona taka jest? Pisałem już o tym troszeczkę wcześniej, ale nic nie zaszkodzi powtórzyć. Ona mieszka gdzieś na wsi, na południu Stanów i ani nikt nigdy jej o tym nie powiedział, ani ona też nie pytała. Dlaczego? Bo ją to zwyczajnie nie zainteresowało. Prawdopodobnie tak samo, jak to, kim był Shakespeare, albo co to znaczy de Gaulle. A zatem, problem jest taki, że jej nie brakuje rozumu, ale wiedzy. Oczywiście, można się kłócić, czy to, że ona nie znalazła w sobie wystarczająco dużo otwartości, ambicji i ciekawości świata nie świadczy o tym, że jest głupia. No ale to już jest problem do dalszej dyskusji, bo nawet jeśli przyjmiemy, że to lenistwo świadczy o niej jak najgorzej, to może się okazać, że ona jest zwyczajnie zadowolona ze swojego życia i na tyle na ile jest jej to potrzebne, świetnie sobie radzi i zawodowo i towarzysko, a nikt z jej znajomych w życiu by o niej nie powiedział, że jest leniwa. Choćby i umysłowo. No i co zrobimy, jeśli pójdziemy do niej i jej zaczniemy tłumaczyć, że to skandal, że ona nie wie, co znaczy Francja, a ona nas w jednej chwili najzwyczajniej w świecie rozłoży na łopatki?
Doszedłem już tak daleko w tej notce i zaczynam się obawiać, że skoro dotychczas z niej nic nie wynika, może w ogóle nie warto było tego tematu zaczynać? Spokojna głowa. Nie z takimi sobie problemami radziliśmy, czyż nie? Otóż myślę sobie, że z całą pewnością tytuł tego filmiku, „Tępa i głupia blondynka” ktoś musiał wymyślić. Ktoś musiał ten filmik wkleić i go tak zatytułować. To jest z całą pewnością żywa i realna postać. I ja bardzo bym chciał wiedzieć, kto to taki. Czy to ktoś wykształcony bardzo, czy tylko trochę? Czy to ktoś wesoły i sympatyczny, czy wręcz przeciwnie – ponury i nadęty? Czy to ktoś, z kim chcielibyśmy się zaprzyjaźnić, czy wręcz przeciwnie? Czy to wreszcie ktoś mądry, czy głupi? O! Właśnie to by mnie bardzo interesowało – czy on jest mądry, czy głupi? Nie, czy wie, czego jest stolicą Albuquerque i czy Boliwia to państwo czy miasto. Chodzi mi o nieco inny wymiar mądrości. A więc o to, czy on – ten ktoś, kto napisał, że tamta kobieta jest idiotką – kiedy słyszy na przykład, jak Bogdan Borusewicz na zarzut, że obraził pamięć Lecha Kaczyńskiego, człowieka, który zanim poległ w tamtej katastrofie, chciał dla Polski tylko dobrze, a który przy okazji zrobił tyle dobrego dla samego Borusewicza, odpowiada, że on na takim poziomie rozmawiać nie będzie, myśli sobie, że ten Borusewicz to dureń i skurwysyn, czy wręcz przeciwnie – że to prawdziwy artysta.
Ja wiem, co mi powiedzą za chwilę jacyś studenci, jak to ostatnio się przyjęło tu symbolicznie określać. Że ja mam obsesję i że nie umiem rozdzielić życia od polityki. Otóż na ten zarzut mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób. Ja życie od polityki oddzielam bez najmniejszego problemu. Tyle tylko, że robię to wyłącznie wtedy, kiedy to oddzielanie ma sens. Natomiast to, że weszliśmy w czasy, gdzie – nie naszej zresztą winy, i nie w naszym absolutnie interesie – życie i polityka stały się często nie do odróżnienia, to już nie moja robota. Podobnie jak nie mój to grzech, że nagle, ni stąd ni z owąd okazuje się, że znacznie większe trudności ze zdaniem egzaminu na człowieczeństwo mają ci, którzy wszystko wiedzą, ale za to nic już nie czują, i w tym swoim skretynieniu mieliby się jak w siódmym niebie, gdyby nie to, że wciąż ich dręczą ci, co nawet jeśli gówno wiedzą, to przynajmniej wszystko świetnie czują. I jeśli ich przedstawicielem ma być ta dziewczyna z głębokiego amerykańskiego zadupia – jestem za tym.

sobota, 30 stycznia 2010

O siedmiokilogramowym liściu



Są rzeczy które mnie nurtują może nieco bardziej niż wszystko to, co może od czasu do czasu człowieka nurtować. Nie wiem na przykład, jak to się stało, ze kiedy byłem małym jeszcze chłopcem, stałem się tak bardzo otwarty na muzykę. Wspominałem już tu chyba kiedyś, że kiedy miałem zaledwie piętnaście lat, słuchałem z niezwykłym napięciem jazzu, który nawet z punktu widzenia moich dzisiejszych doświadczeń, mógłby być uznany za zbyt ekstrawagancki. Pamiętam że kiedy w roku 1969 Led Zeppelin wydali swoją pierwszą płytę, a zatem jeszcze wcześniej, nie mogłem ani na moment przestać słuchać choćby tego dziś już klasycznego Dazed and Confused. A pierwsze King Crimson? To był przecież ten sam rok. A miałem przecież dopiero lat 14. Rozumiałbym to pewnie jakoś lepiej, gdyby moi rodzice byli ludźmi w jakikolwiek sposób umuzykalnionymi, gdyby którekolwiek z nich grało na jakimś instrumencie, gdyby mnie do muzyki w jakikolwiek sposób zachęcali. Gdyby chociaż w moim domu muzyka grała nieustannie. Ale nic z tego. To było wyłącznie we mnie. Dziwne.
Niedawno bardzo pisałem o tym, że moi znajomi, tak się jakoś złożyło, są w większości ludźmi w ten czy inny sposób wybitnymi. Wczoraj spotkałem się z moim starym kolegą, który oprócz tego że jest moim kolegą, jest autentycznie wybitnym artystą. Przyniósł mi ów mój kolega swoje nagranie sprzed iluś tam lat, którego wcześniej nie znałem i które w żaden sposób nie było podobne do czegokolwiek co wcześniej słyszałem. Siedziałem i słuchałem tego w zauroczeniu i pytam go, jak to jest, że on puszcza coś takiego komuś, kto ani nie ma muzycznego wykształcenia, ani w ogóle ogólnego muzycznego pojęcia, ani nawet nie umie na głupiej gitarze zagrać Domu wschodzącego słońca, i liczy na to, że coś z tego będzie. A on mi (słuchajcie, słuchajcie!) mówi, że to właśnie dla takich jak ja muzyka w ogóle powstaje.
Brzmi to tak jak bym się chwalił, ale proszę zwrócić uwagę, że chodzi mi o coś zupełnie przeciwnego. Ja wręcz chcę podkreślić, że to co tu się dzieje, nie jest w żaden sposób moją zasługą. Ani moją, ani moich rodziców, ani sytuacji, ani miejsca, ani czasu. Tu nie ma mowy o zasługach czyichkolwiek. Tu jest tylko zagadka. Coś spada na człowieka i od tego momentu już sobie jest. I nie ma nikogo, kto by potrafił pokazać palcem jedno choćby bardzo skromne dla tego wytłumaczenie. Poza tą muzyką jestem – też o tym wspominałem – głupi jak but. Nie mam żadnego oczytania. Kiedy rozmawiają ludzie wykształceni, najczęściej nie rozumiem, o co im chodzi. Gdyby ktoś mnie siłą zmusił do pisania testu na inteligencję, to najprawdopodobniej uzyskałbym z niego jakieś pięćdziesiąt punktów. Jeśli nie mniej. Niedawno mój kolega don esteban kazał mi przeczytać książkę jakiegoś Blooma. Tak się składa, że mam tę książkę, bo już dawno temu ktoś mi kazał ją kupić, ale oczywiście nawet nie przeczytałem pierwszej strony. A więc gapię się w tę okładkę i myślę, że może gdyby ten Bloom śpiewał, albo grał na trąbce, to ja bym się do niego zabrał. A tak?
Ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie dręczy. Jest coś jeszcze, co jest już bardzo osobiste, i nawet nie wiem, czy mi wypada o tym pisać, ale w końcu ten blog jest już od dawna konfesyjny jak cholera, więc może i to zniesie. Otóż chodzi o to, że ja mam bardzo poważny kompleks na tle kłamstwa i krętactwa. I to jest ciekawa sprawa. Gdyby poprosić tu jakiegoś psychologa, pewnie by mi wytłumaczył, że to wynika z jakichś moich starych doświadczeń, które tak mnie załatwiły na całe życie. Jednak, choć bardzo się staram to zbadać, nic mi mądrego nie przychodzi do głowy. Moje życie układa się dla mnie od dzieciństwa tak, że ani mnie nikt nie skrzywdził, ani ja nikogo szczególnie nie skrzywdziłem, ani nie miałem złych snów, ani w ogóle nic wokół mnie nie stwarzało nigdy takich napięć, bym się miał jakoś szczególnie stresować. No, może z wyjątkiem szkoły, gdzie byłem uczniem raczej marnym i ten czas akurat wspominam nienajlepiej. Ale przecież nie ja jeden. A więc, tu mamy kartę czystą. A mimo to, to kłamstwo mnie zwyczajnie dewastuje.
Zauważyłem to też stosunkowo wcześnie. Jeszcze za najbardziej czarnej komuny, ja się autentycznie od rana do wieczora dławiłem z oburzenia, ile razy słyszałem co oni wygadują. I tu, podobnie jak w przypadku muzyki, nie miałem żadnego powodu, żeby się czuć jakoś wyróżniony. Wprawdzie moi rodzice nie byli tak zwanymi ludźmi systemu, ale – jak to jest u zwykłych wieśniaków – też nie angażowali się w walkę w jakikolwiek sposób. U mnie w domu ani nie śpiewało się patriotycznych pieśni, ani nie chodziło się na demonstracje, ani nie czytało na głos Sienkiewicza. Powiem więcej. Moi rodzice nawet nie byli szczególnie pobożnymi ludźmi w tym sensie, żeby jakoś mieli tę swoją religijność demonstrować. Zero. Normalnie się żyło i jeśli Mama lub Tato wspominali coś na temat polityki, to wyłącznie w formie zalecenia, żeby uważać, bo wezmą i zabiją. A ja, jeśli komunistów nienawidziłem z całego serca, to nawet nie za to, że ta ich ideologia była zła i nieludzka, a Polsce brakowało suwerenności, lecz wyłącznie za te ciągłe kłamstwa, które – jak mówię – mnie z dnia na dzień demolowały. Skąd to się brało? Nie wiem. A mimo to, kiedy przyszło do tego – też tu już o tym była mowa – że miałem się zdecydować, czy nie pójść na współpracę, to wiedziałem, że prędzej zgodzę się stracić wszystko, niż powiem skurwysynowi tak.
Czemu o tym wszystkim piszę? Powód jest jak najbardziej prozaiczny. Mój kolega, wspomniany tu już dziś don esteban, miał tu wczoraj chyba, krótką wymianę z innym moim kolegą LEMMINGIEM, na temat tego, jak pochodzenie, narodowość, czy cholera wie co tam jeszcze, wpływa na to, kim, lub czym, czym człowiek się staje. I w pewnym momencie, don esteban rzucił ot tak sobie, że może ja kiedyś coś na ten temat napiszę (tak to działa, prawda?). A ponieważ szanuję moich kolegów i wiem, że mam w stosunku do nich zobowiązania, zmartwiłem się bardzo, że jednak nic z tego nie wyjdzie. No bo co ja mogę mądrego powiedzieć w tak sformułowanym temacie? A jednak piszę. O tym, co tworzy człowieka. Co sprawia, że człowiek jest zły, lub głupi, lub wrażliwy, lub tępy jak deska w dworcowym szalecie, a może mądry bardzo, lub bardzo głupi, lub dzielny lub ewentualnie tchórzliwy? Co sprawia, że jeden człowiek z największym okrucieństwem dręczy innych ludzi, a co nim powoduje, że ktoś stojący tuż obok nad tymi ludźmi wyłącznie płacze? Czy to może być narodowość? Co za bzdura!!! Jak można mówić o narodowości, podczas gdy nawet coś tak kameralnego jak rodzina, nie jest w stanie wpuścić w ten świat maleńkiego nawet podmuchu czegoś przewidywalnego? Oczywiście, bez pewnych podstaw, takich już najbardziej niewzruszonych, może być naprawdę ciężko, ale cała reszta naprawdę przychodzi już naprawdę nie wiadomo skąd.
Jest coś takiego jak wrażliwość, rozum, czułość. Jedni mają i jedno i drugie i trzecie. Inni zaledwie jedno. Dlaczego? Skąd? Bóg jeden wie. I to chyba by była odpowiedź na wszelkie pytania, które nas otaczają, ile razy spotykamy kogoś osobiście, lub jedynie o kim słyszymy, i chcemy wiedzieć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dlaczego? Bóg jeden wie. Ten, który jest wszędzie i stwarza nas i ich i wszystko każdego dnia. I wszystko wprawia w ruch. A my, jeśli tylko będziemy otwarci na to co dostaliśmy, z pewnością nie będziemy potrzebować już nic więcej. Moja najmłodsza córka któregoś dnia, jeszcze jesienią, przyszła do domu i powiedziała: „Liść spadł mi na głowę. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby on ważył siedem kilo. Przecież zabiłby mnie jak nic!”. Ciekawe, prawda? Czasem mam wrażenie, że niektórym z nas na głowy spadają te siedmiokilowe liście. I zabijają ich, zanim jeszcze ci zdążą się na dobre ucieszyć, że spotkało ich tak wielkie szczęście.
Również nam, tu piszącym, byłoby moim zdaniem dobrze się zastanowić, skąd się biorą te wszystkie nerwy, te awantury, te oskarżenia i podejrzenia. Pojawia się często taka opinia, że część z nas jest, jak to się określa, „zadaniowana”. Że to co ja tu piszę, to nie efekt moich przemyśleń, lecz konsekwentna realizacja czyjegoś planu. I że to co piszą jacyś mądrale od Tuska, to też nie pochodzi z ich serc, lecz z kieszeni, lub czarnych teczek. A zatem, że każdy jest wystarczająco mądry, żeby być też wystarczająco wrażliwym i czułym. A ja myślę, że nie. Że to wszystko jest szczere jak diabli. Że nawet kiedy ktoś bezczelnie kłamie, to robi to ze szczerego serca. Nawet jak ktoś kogoś krzywdzi, to tez jest głęboko przekonany, że tak trzeba. I to co ja piszę, jest szczere jak diabli, i tak samo szczere jest to co pisze ktoś kto mnie uważa za idiotę. Problem jest jedynie w tym, że niektórzy z nas dostali ten swój talent i zamiast go z pokorą przyjąć i wykorzystać, to najpierw się wściekli, że chcą więcej, i w efekcie nawet to co mieli - zmarnowali.
I już na sam koniec, powiem coś jeszcze. Proszę wszystkich psychologów, psychiatrów i innych specjalistów od ludzkiej duszy, żeby się nie mądrzyli bardziej niż trzeba. Bo sami wiedzą dokładnie tyle samo co ja. Czyli nic.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...