Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2019

Trus me - god


         Dziś w celach ściśle wypoczynkowych wyjeżdżamy na cztery dni do Gdyni i choć początkowo myślałem, by dać Czytelnikom od siebie odpocząć, tak się jednak stało, że moje dziecka znalazło na Facebooku pewną zupełnie niezwykłą historię zaanonsowaną przez administratorów następującymi słowami:
         „Ten film może przedstawiać przemoc wobec dziecka lub osoby nastoletniej. Nie usunęliśmy go z Facebooka, ponieważ może pomóc w uratowaniu tego dziecka. Aby dowiedzieć się, co możesz zrobić aby udzielić pomocy, lub ją uzyskać, przejdź do centrum pomocy”.
        A obok odpowiedni guziczek dla osób wrażliwszych.
        Oczywiście nie muszę zapewniać, że gdyby ten komunikat był pierwszą rzeczą, jakiej się w opisanej sytuacji dowiedzieliśmy, raczej byśmy tę stronę zamknęli i poszli się bawić gdzie indziej, jednak tak się składa, że na ów komunikat trafiliśmy już z pewną wiedzą, a ja dziś ową wiedzą pragnę się podzielić. Otóż chodzi o to, że w styczniu 2017 roku 6-letnia córeczka pewnych Rachel i Levi’ego Devine, o imieniu Kinnady zachorowała na bakteryjne zapalenie opon mózgowych i trafiła do szpitala w stanie krytycznym.  Ani rodzice dziewczynki, ani tym bardziej ona sama nie byli w żadnej mierze osobami religijnymi, natomiast znajomy rodziny opublikował na Facebooku apel do  wszystkich osób, które mogłyby ewentualnie go przeczytać, o modlitwę. Jak wyglądały te modlitwy, nie wiemy i wiedzieć nie możemy, rzecz jednak w tym, że z tego, co pisząc ten tekst coraz mocniej i głośniej słyszę, wedle wszelkich dostępnych relacji, w pewnym momencie dziewczynka zmarła, by po chwili, całkowicie już zdrowa, powrócić.
        I w tym momencie pojawia się film, który można znaleźć dziś w wielu miejscach Sieci, a który Facebook łaskawie, mimo podejrzeń, że może on przedstawiać „sceny przemocy wobec dziecka” zgodził się udostępnić. Zanim go tu pokażę, małe wyjaśnienie dla tych z nas, którzy, jak sądzę, już krzyczą: „Cóż to za ludzie, ci rodzice, którzy w chwili gdy ich dziecko umiera znajdują czas i siły na to, by tę scenę nagrywać?” Otóż, jak się dowiaduję,  to co widzimy na filmie to sceny zamykające cały proces. To co widzimy, to sceny, które rodzice zdecydowali się zarejestrować dopiero wtedy, gdy zorientowali się na dobre, co się dzieje. Zanim doszło do tego, co oglądamy, minęła godzina bez żadnych telefonów, żadnych kamer, żadnego szukania sensacji. Te blisko 14 minut to relacja z powrotu, jakiego, na ile się orientuję, świat nie widział. Popatrzmy na to co się tam odbywa, a jeśli ktoś jest zainteresowany, to nie musi nawet zaglądać do Facebooka i czytać te tysiące komentarzy, zwłaszcza że oni w każdej chwili mogą jednak dojść do wniosku, że owej „przemocy” nowoczesny świat tolerować nie może. Informacje na temat Kinnady Devine można znaleźć w Internecie gdzie bądź. A tymczasem już sam film:



      I jeszcze wiadomość na koniec:





sobota, 22 października 2016

O nieskończonej radości modlitwy

      Przed wielu laty zamieściłem tu tekst zatytułowany „Życie” gdzie opisałem pewne niezwykłe, jeszcze starsze, zdarzenie, kiedy to mój syn, wówczas jeszcze może cztero, lub pięcioletni, obudził się przestraszony w nocy, rozpłakał się i powiedział: „Jacy wy musieliście być smutni, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie”. Przypomniały mi się te jego słowa przy okazji którejś z kolejnych debat na temat ochrony życia poczętego, napisałem tamten tekst, no i od czasu do czasu myślałem sobie, że moje dziecko – cokolwiek by o nim przy różnych okazjach nie mówić – ma pewien szczególny talent, o którym warto pamiętać. I oto niedawno, jako człowiek już bardzo dorosły, on znowu odnalazł w sobie to coś, a ja napisałem kolejny tekst i wysłałem go, jako swój felieton do „Warszawskiej Gazety”. Dziś wrzucam go tutaj, z nadzieją, że się spodoba.


       Wszyscy ostatnio jesteśmy tak okropnie zajęci bieżącą polityką, że w całym tym zamieszaniu nie zauważyliśmy nawet, że w minioną niedzielę przybył nam nowy święty, do którego od dziś będziemy się mogli modlić w sprawach daleko bardziej kluczowych, niż to by Hanna Gronkiewicz- Waltz została wyprowadzona w kajdankach ze swojego gabinetu. Mam tu na myśli 16-letniego Meksykanina Jose Sáncheza del Río, od dziś znanego nam jako św. Józef, a który niemal wiek temu został zamęczony na śmierć przez meksykańską masonerię. Nie zauważyliśmy nawet tej uroczystości, bo i zauważyć nie mogliśmy, kiedy wszystkie media ją skutecznie zamilczały, skupiając się na awanturach między posłem Kierwińskim, a senatorem Jackowskim.
      Myślę więc, że nie zaszkodzi, gdy zrobię coś, czego dotychczas tu nie robiłem i skoncentruję się na wymiarze od polityki jak najdalszym, a mianowicie na modlitwie. Wiem, że wśród czytelników „Warszawskiej Gazety” jest wiele osób autentycznie pobożnych, więc jest nadzieja, że moje refleksje nie pójdą na marne.
     Otóż parę dni temu spotkała mnie przygoda zupełnie niezwykła. Było sobotnie popołudnie, siedziałem w domu bez rodziny, która rozjechała się po najróżniejszych miejscach i w pewnym momencie zadzwonił do mnie mój syn. Ponieważ telefon miałem wyciszony, próby kontaktu skończyły się niepowodzeniem. Ponieważ mam już swoje lata, serce mi nawala, a ja się nie odzywałem przez kilka godzin, dziecko moje się zaniepokoiło i rzuciło okiem najpierw na mój blog, a następnie na Twittera, by sprawdzić, czy jestem tam aktywny, niestety i tu, ponieważ akurat zajęty byłem czymś innym, mnie nie znalazło. No i w tym momencie pojawił się strach, że ja zwyczajnie umarłem. Jak mi potem opowiadał syn, on był tak przestraszony, że zaczął w mojej intencji odmawiać różaniec, a czynił to tak gorliwie, że ostatecznie mnie uratował.
      Ktoś powie, że nikt mnie nie uratował, bo mi nic nie było, tylko miałem wyciszony telefon i byłem zbyt zajęty, by wpisywać komentarze na blogu, czy na Twitterze. Modlitwa, jaką na różańcu skierował on do Niebios, była gestem niepotrzebnym, a on się niepotrzebnie zaniepokoił. No bo, jak mówię, problemem był wyciszony telefon i zwykłe codzienne zajęcia.
      Otóż nie. Jestem przekonany, a moje przekonanie wynika bezpośrednio z tego, co mi powiedział mój syn właśnie, że równie prawdopodobne jak to, że nic się nie stało, jest i to, że on mi faktycznie wymodlił życie. Jest niewykluczone, że ja owej soboty samotnie w swoim mieszkaniu umarłem na zawał serca, tylko Dobry Pan wysłuchał modlitwy mojego dziecka i zmienił bieg życia.
      Dla Niego bowiem, jak wiemy, czas nie istnieje, a my tu nie mamy nic do gadania. Pamiętajmy więc, że nasze modlitwy nigdy nie idą na marne. Dziękujmy więc Panu, bo jest dobry. A owe podziękowania możemy też od paru dni kierować do Niego również przez małego Jose Sáncheza.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Jak się modlić, gdy czasu tak mało?

Parę tygodni już temu dość duże poruszenie w Sieci wywołała informacja, wzmocniona jak najbardziej odpowiednią migawką filmową, że gdzieś w Argentynie tłum bardzo agresywnych lesbijek zorganizował kolejną demonstrację, i w trakcie owej demonstracji tak się podniecił, że w którymś momencie postanowił wkroczyć do pobliskiej katedry i dalej realizować się już tam. Ponieważ Argentyna to wciąż kraj w dużej mierze katolicki, a ludzie tam mieszkający, często bardzo pobożni, grupa miejscowych wiernych otoczyła katedrę zwartym kordonem i lesbijek nie przepuściła.
Jeśli idzie o mnie, mam wrażenie, że, wraz z upływającym czasem, i coraz bardziej zaawansowanym wiekiem, staję się coraz bardziej odporny na wszelkiego rodzaju ekscesy, a to w tym sensie, że i sam nie widzę sensu, by w nich uczestniczyć, ale też nie umiem się angażować emocjonalnie w ekscesy innych. Tu jednak, muszę przyznać, uległem. I wcale nie mam na myśli tego pogrążonego w swoim obłędzie tłumu półnagich kobiet, ale owych ludzi budujących ów pierścień wokół katedry i modlących się w swoim, kompletnie dla mnie niezrozumiałym, języku.
I już tylko się zastanawiam, co to była za modlitwa, która tym ludziom pomogła obronić swoją katedrę przed atakiem tego zła? O co oni się modlili? Za kogo? W jakiej intencji? Czy może oni modlili się za nawrócenie tych dziewcząt? Może ta modlitwa była o to, by Dobry Bóg wybaczył im ich grzechy? Może. Jednak nie sądzę. Kiedy patrzę na twarze tych ludzi, jestem niemal pewien, że oni kierują swoją pobożność wszędzie, tylko nie w stronę tej bezbożnej tłuszczy. Ja sobie nie potrafię wyobrazić, by któremukolwiek z nich, w tym akurat momencie, choćby przez myśl przeszło modlić się za te czarne dusze. Może później. Może, gdy to wszystko się już uspokoiło i nadszedł nowy dzień. Ale nie wtedy. Wtedy żaden z nich w głowie miał wszystko, tylko nie te wściekłe serca.
Nie wiem więc, co to było. Możliwe że po prostu zwykły Różaniec. A może jeszcze bardziej zwykłe Ojcze Nasz. A może jeszcze jakąś inną prostą modlitwę. A może słowa któregoś z tych bardziej dramatycznie brzmiących Psalmów? Kto wie, co ci cudowni Argentyńczycy lubią odmawiać na wypadek ataku sił ciemności. Nie sądze jednak, by to były modlitwy o nawrócenie Szatana. Ja to wszystko widziałem w tych twarzach i w tych oczach. Tak jak wszystko inne. A tamte twarze i tamte oczy również powiedziały mi wszystko.
Idą Święta. Nie wiem, jak Wy, ale ja planuje je, poza zwyczajowymi intencjami o zdrowie dla siebie i moich bliskich, i zbawienie dla tych z nas, którzy zmarli, poświęcić w tej jednej intencji. I na jej końcu z całą pewnością nie będą stali ci, którzy już dawno sprzedali swoje dusze Diabłu, a ja w swojej skromności nie wierzę, bym osobiście był w stanie ich z tych płomieni wyciągnąć. Jeśli już mam się nimi zajmować, to wolę prosić o to, by wpadli w nie jeszcze głębiej.


Proszę przyjąć ode mnie najlepsze życzenia bożonarodzeniowe, a przy okazji, jak zwykle ostatnio, przypominam, że ponieważ do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta, a u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 13 października 2013

Komu przypadki, komu czary, komu cuda

Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech się skupi, bo historia jest wielce ciekawa.
Otóż, co niektórzy z nas wiedzą, moje najstarsze dziecko ponad dwa lata temu ukończyło wydział biotechnologii na Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach i wpadła w zwykły, pusty jak jasna cholera czas kompletnego bezrobocia, nienaruszonego nawet akcjami podejmowanymi na szczeblu naprawdę wysokim. Nie ma pieniędzy, nie ma etatów, nie ma pracy i kropka. W międzyczasie, ponieważ jest ona osobą ambitną i z aspiracjami, ukończyła studia podyplomowe we Wrocławiu, mając za swojego mistrza samego dr. Szwagrzyka, zatrudniła się w poważnym krakowskim laboratorium o jeszcze bardziej poważnej nazwie Biote21, skąd po miesiącu codziennego dojeżdżania z Katowic do Krakowa, sumiennej pracy od rana do wieczora, nie otrzymała ani jednego grosza zapłaty, i tyle wszystkiego, że mogła sobie ów oddany czas wpisać do CV, jako zawodowe doświadczenie.
Widząc, że dziś polski biotechnolog nie ma praktycznie szans na znalezienie pracy w zawodzie, postanowiła zarabiać na drobne wydatki opiekując się dziećmi. A po to, by nie stracić podstawowych zawodowych umiejętności, przyjęła propozycję wolontariatu w jednym z najpoważniejszych na Śląsku instytutów naukowych.
Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest dziś wolontariat, i wierzył w to, że mamy tu coś do czynienia z działalnością dobroczynną w domach opieki społecznej, czy hospicjach, powinien wiedzieć, że dziś wolontariat to zwykła, standardowa praca, w dowolnej branży, z dowolnym zakresem obowiązków, tyle że za darmo. Ludzie jeżdżą do pracy rano, pracują po osiem godzin jak każdy inny, po pracy wracają do domu, i nie mają z tego nic poza doświadczeniem i nadzieją, że może ktoś ich wreszcie przyjmie do normalnej pracy. Takie miejsce, taki czas.
No ale, jak już wspomniałem, moje dziecko jest osobą ambitną i pełną poświęcenia, więc zgodziło się wydawać zarobione na opiekowaniu się dziećmi pieniądze na codzienne dojazdy na ów wolontariat, no i tak sobie żyliśmy od miesięcy.
I oto któregoś dnia otrzymała ona maila, będącego odpowiedzią na jej ofertę dotyczącą opieki nad dziećmi, z prośbą, by przyszła i się przedstawiła. Pojechała więc do owych ludzi, dowiedziała się, że ludzie, którzy ją zaprosili właśnie przyjechali na Śląsk do pracy, siadła sobie z ową mamą w salonie i zaczęły rozmawiać. One sobie rozmawiały, obok biegały dzieci, a w tle chodził mąż tej pani i czymś tam się zajmował. W pewnym momencie pani spytała, co ona robi na co dzień, ona na to odpowiedziała, że jest na wolontariacie w swoim instytucie… i mąż tej pani, usłyszawszy nazwę, znieruchomiał, i, chcąc się upewnić, zapytał: „Gdzie?”. Dziecko moje powtórzyło nazwę, a on jej na to, już bez dodatkowych wyjaśnień, powiedział, że to jest bardzo ciekawe, bo on tam właśnie został szefem pewnej jednostki, która jest akurat uruchamiana, i on ją w tej sytuacji jest tam gotów zatrudnić, jako swoją asystentkę. I ją zatrudnił. No i to wszystko, jak idzie o naszą dzisiejszą opowieść.
Mam nadzieję, że każdy z nas wie, dlaczego w pierwszych zdaniach tego tekstu napisałem, że sprawa jest bardzo ciekawa, bo, przepraszam bardzo, ale jeśli nie, to ja nie mam sposobu, by to wyjaśniać. To by bowiem było równie żenujące, jak objaśnianie sensu opowiedzianych właśnie dowcipów. A ja, ponieważ nigdy nie robiłem tamtego, to i proszę mi wybaczyć, to też zostawię takie jak jest. I tylko pozwolę sobie wyrazić wiarę w to, że zdarzają się rzeczy przedziwne. I wcale nie mam na myśli czarów.

Czekamy na ukazanie się książki. Myślę, że to potrawa około tygodnia. Do końca miesiąca będziemy próbowali z jej sprzedaży pokryć koszt druku. Potem zacznie się już, mam nadzieję, faktyczny handel. Do tego czasu jednak jesteśmy w ciągłym kryzysie. W ostatnich tygodniach straciłem trzy duże grupy i przez to póki co wszystko opiera się na tym blogu. Bardzo więc proszę o pamięć i wsparcie. Dziękuję.

sobota, 16 marca 2013

O Bogu, Diable i o nas, co upadamy

Podczas mojego ostatniego spotkania, nasz wspólny przyjaciel LEMMING powiedział mi, że on bardzo dobrze widzi różnicę między tekstami, które się ukazują tu, a tymi, które zamieszczam na blogu w Salonie24. I że on uważa, że ja to robię celowo. On to powiedział, a ja się z nim zgodziłem. Tak to bowiem jest. W Salonie ja mogę zamieścić wszystko. Natomiast tu ja daję teksty tylko takie, które w Salonie by nie zostały potraktowane z odpowiednią uwagą. A więc, jest tak, że ten blog jest jak gdyby przeznaczony dla tych czytelników, którzy mnie dobrze znają i nie ma większego ryzyka, że do nich mój przekaz nie dotrze. Dziś jednak stało się tak, że ja musiałem napisać coś, co w zdecydowany sposób dotyczy kwestii "salonowych", a drugiej strony budzi poważne wątpliwości, czy zostanie tam odpowiednio odczytane. A więc, mam na myśli tekst, który moim zdaniem zdecydowanie nadaje się do publikacji tu, a tam akurat już nie bardzo. No ale, jak mówię, sprawy, które omawia należą w znacznym stopniu do tamtego miejsca i tam powinny być adresowane.
Ponieważ jednak nie mam sumienia, by go tam tylko zostawić, zamieszczam go też tutaj, na toyah.pl. Mam nadzieję, że znajdzie się wystarczająco dużo osób, które to zrozumieją. Bardzo proszę.

Nie tak bardzo dawno temu, w jednej z zamieszczonych tu notek wspomniałem o pewnym człowieku, którego z pewną regularnością spotykam w kościele podczas niedzielnych Mszy Świętych. Jest to może 40-letni, może młodszy, mężczyzna, niezmiennie ubrany w garnitur, z nieodłącznym parasolem, którego używa jak laski, zawsze siedzący w pierwszym lub najwyżej w drugim rzędzie, niezwykle poważny i bardzo pobożny.
Po raz pierwszy zwróciłem na niego uwagę wiele lat temu podczas Mszy Wielkanocnej w katowickiej katedrze, kiedy to z tą niesłychaną pobożnością i powagą obskubywał trzymaną w ręku świeczkę… i ją jadł. A kiedy ją tak jadł, można było odnieść wrażenie, że on to traktuje jako fragment obrzędu. I to wtedy też właśnie, po raz pierwszy, pomyślałem sobie, że z nim jest coś nie w porządku. Że on jest zdecydowanie inny. I też już później, ile razy zdarzało mi się na niego trafiać, jego zachowanie, i to wcale niekoniecznie związane z jedzeniem świeczek, coraz bardziej umacniało mnie w przekonaniu, że to jest człowiek zwyczajnie chory. I powiem szczerze, że chyba nie tylko mnie. Wnioskując z reakcji osób siedzących w pobliżu, jego towarzystwo budziło w nich co najmniej popłoch.
Z drugiej strony, ja go też niekiedy spotykałem na ulicy, zawsze w tym garniturze i parasolem, czasem też w czarnym eleganckim płaszczu, czasem też w kapeluszu, jak spieszył gdzieś przed siebie, jakby szedł do pracy, czy wracał do domu z pracy, a parę razy widziałem go, jak z kimś rozmawia. Zwyczajnie. Bez żadnych ekscesów w rodzaju podjadania z ukrytej głęboko w kieszeni świeczki.
I proszę sobie wyobrazić, że moja koleżanka zza miedzy, Ginewra, w komentarzu pod tamtą notką, napisała, że z mojego opisu ona sądzi, że to jest jej kolega z uczelni, człowiek, który na uniwersytecie, na którym ona prowadzi zajęcia, wykłada literaturę staropolską. Ups!
Po co ja o tym dziś przypominam? Otóż, jak wiemy, w swojej homilii na zakończenie Konklawe, Ojciec Święty Franciszek powiedział następujące słowa: „Kto się nie modli do Boga, ten się modli do Diabła”, a ja sobie pomyślałem, że one oczywiście brzmią bardzo atrakcyjnie, do tego stopnia atrakcyjnie, że można by było je sobie powiesić w każdym domu w formie memento, jednak jeśli się nad znaczeniem owych słów nie zastanowimy głębiej i bardziej poważnie, one równie dobrze mogłyby nie paść.
No bo zastanówmy się, o co Papieżowi chodziło. Co on chciał nam powiedzieć? Że każdy, kto się nie modli, w rzeczywistości się modli jak najbardziej, tyle że do Szatana? Możliwe. A może jemu chodziło o to, że to ten tylko, kto się modli do drzew czy powietrza, w rzeczy samej modli się do Złego? Kto wie? Może wreszcie on nam chciał powiedzieć, że każdy z nas, kto nie żyje w Bogu, żyje w kłamstwie, i w ten sposób naraża się na śmierć. Diabli, nomen omen, wiedzą, co Papież miał na myśli.
Czy ja może teraz spróbuję w powyższym kontekście umieścić tego nieszczęśnika z tą jego świeczką, z tymi wszystkimi ludźmi, którzy kiedy przychodzi czas na przekazanie sobie znaku pokoju, udają, że go nie widzą? Czy ja może będę go próbował zachęcić do prawdziwej modlitwy? Mowy nie ma! Nawet mi to w głowie. Ja jestem zarozumiały, ale nie aż tak. Nawet ja nie jestem aż tak zarozumiały. Ja tylko chcę zwrócić uwagę na fakt, że dotyk Złego, a więc Tegoktórynieomijażadnejokazji jest rozdawany jak najbardziej demokratycznie, i nie uciekną przed nią ani najwięksi głupcy, ani najwięksi mądrale. Nawet ci z uniwersyteckimi tytułami w szufladach. A o człowieku ze świeczką i parasolem już ani słowa.
Jak wiemy, tu w Salonie udziela się bloger o nicku Pantryjota. On wprawdzie dziś już przeżywa swój prawdopodobnie ostateczny zmierzch, niemniej, ponieważ wciąż jakoś tam się rzuca w oczy, można niekiedy też zauważyć, że coś tam napisał. Otóż on kilka dni temu wkleił swój kolejny tekst, poświęcony chyba Kaczyńskiemu, a może Kościołowi – nie wiem – i prawdopodobnie bardzo niezadowolony z tego, że wśród komentatorów są wciąż ci sami, co zawsze wariaci, a więc blogerzy McQuriosum i Sowiniec, postanowił sam siebie skomentować i wpuścił tam dość długi tekst, o którym nie wiem, czy był jego autorstwa, czy on go znalazł gdzieś w czeluściach Sieci, i który w ogóle nijak się miał do głównej notki, a mianowicie, w założeniu jego twórcy, bardzo zabawny opis zmarłego w Smoleńsku Przemysława Gosiewskiego, jak stoi przed pisuarem w jakiejś toalecie i próbuje zrobić siusiu. To jest opis bardzo szczegółowy, bardzo wulgarny, a jego główną intencją jest rozbawienie czytelnika opisem owej męki, jakiej doświadcza ktoś tak nieforemny jak śp. Przemysław Gosiewski, kiedy wszystko jest dla niego fizycznie zwyczajnie za trudne. Ręce nie sięgają rozporka, pisuar jest za wysoko, penis jest zbyt krótki, kręgosłup się łamie z wysiłku, publiczność pęka ze śmiechu…
Ja już czytałem wcześniej teksty blogera Salonu24 Pantryjoty, i wiem, że jego stać na wiele. Na przykład, pamiętam jak on kiedyś opowiedział dowcip, jak twierdzi, wymyślony przez siebie, o tym jak to lekarze badający ludzi, którzy zginęli w Smoleńsku, stwierdzili, że przyczyną śmierci Anny Walentynowicz była „miażdżyca”. Daje słowo, że ja to znalazłem nie w kiblu na stacji Ochota w Warszawie, ale w tekście Pantyjoty na jego blogu w Salonie24.
Ponieważ ów auto-komentarz Pantryjoty tam sobie bezpiecznie wisiał i nic nie wskazywało na to, by komukolwiek przeszkadzał, a nawet wręcz przeciwnie, uruchomił dyskusje na temat pisuarów, zgłosiłem do Administracji nadużycie. Minęło kilka godzin, efektu nie było widać, a więc napisałem osobną informacje do Administracji, prosząc tych dziwnych ludzi, aby skoro parę dni wcześniej zwinęli mój komentarz zawierający słowo „skurwysyny”, w dodatku nie skierowane pod niczyim adresem, ale jako cytat, mogliby się wstawić za tym biednym Gosiewskim. Po pewnym czasie komentarz zniknął, ponieważ jednak nie otrzymałem żadnej informacji w tej kwestii, nie wiem, czy skutkiem interwencji, czy zupełnie niezależnie od moich pretensji, a Pantryjota umieścił kolejną notkę.
Ktoś powie, że to chyba dobrze, że tego komentarza tam nie ma. Że ja powinienem być zadowolony. Że prawda zwyciężyła. Diabeł przegrał. Otóż nie. Diabeł nie przegrał. Rzecz w tym, że on jeszcze nie przegrał. On by dalej tryumfował, nawet gdyby Administracja Salonu zrobiła jedyną rzecz, jaką w tej sytuacji powinna była zrobić, a mianowicie blogera Pantryjotę potraktowała jak wielu innych przed nim, a więc ten jego blog ukryła permanentnie. Nawet wtedy on by tryumfował. Od czasu jak ten tekst w ogóle powstał, a następnie się tam ukazał, Diabeł się ma bardzo dobrze. Dlaczego tak sądzę? Dlatego że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że bloger Pantryjota nie jest sam, i że jemu wokół siebie udało się już dziś zgromadzić pewne towarzystwo, któremu on zwyczajnie imponuje, i które nawet jeśli uważa, że z tym Gosiewskim, to on jednak przesadził, nie zmienia to faktu, że z niego jest kawał kompana. W dodatku kompana o niepodważalnych talentach.
Wśród nich mamy na przykład wspomnianego wcześniej Sowińca. Wszyscy wiemy, kim jest Sowiniec. To krakowski działacz patriotyczny i niepodległościowy, doktor na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Jagielońskiego, człowiek mocno rozpoznawany w krakowskich elitach prawicowych i nie tylko. Co on robi na blogu kogoś takiego jak Pantryjota? Otóż on tam, jak się zdaje, przyszedł wyłącznie zwabiony zapachem śliny, jaka tam zalegała skierowanej pod moim i Coryllusa adresem. Ponieważ swego czasu Pantryjota nie znał innych tematów, jak tylko te związane z moją i Gabriela osobą, Sowiniec, który nas bardzo nie lubi, uznał, że tam znajdzie dla siebie odpowiednio sympatyczną atmosferę. Ja przyznam, że dość starannie obserwowałem ewolucję, jaką obecność Sowińca na blogu Pantryjoty przeszła. Na początku Pantryjota traktował ją, jako jednoznaczne wyróżnienie. Sowiniec tam przychodził, pisał „Bingo”, albo „Nie warto o nich wspominać, to grafomani”, a Pantryjota go pozdrawiał, a do innych się odwracał i mówił: „Widzicie? Sam Sowiniec mnie czyta”. Po pewnym czasie jednak, zacząłem zauważać, że Sowiniec, wciąż bardzo się starający, by nie podejmować z Pantryjotą żadnej dyskusji na tematy, w których oni się różnią, zaczął był przez Pantryjotę traktowany z pewną najpierw nonszalacją, potem z rozbawieniem, a następnie już tylko wzgardą. I o ile na samym początku, to raczej Sowiniec występował w roli nauczyciela, tłumacząc Pantryjocie, że Internet to tylko zabawa, i że nie powinien się przejmować czymś tak marnym jak ja i Coryllus, z czasem tę rolę wziął na siebie Pantryjota, i siłą rzeczy kompletnie uległego i zafiksowanego w swoich obsesjach, a więc i bezbronnego, Sowińca, zaczął albo pouczać, albo wyśmiewać.
I oto, pod ostatnim tekstem Pantryjoty doszło do zdarzenia szczególnego. On napisał ów tekst – jak zwykle kompletnie niepotrzebny, oparty wyłącznie na jego chorych projekcjach, o tym, że rzekomo Jarosław Kaczyński zaprosił papieża Franciszka na obchody 3 rocznicy Katastrofy – a Sowiniec, chcąc koniecznie zaznaczyć swoją wierną obecność, ale z kolei nie wchodząc w żaden merytoryczny spór, zwrócił uwagę Pantryjocie na rzekomy błąd ortograficzny, jaki on zrobił. Pantryjota zareagował natychmiast, zwrócił się do Sowińca per: „Zapamiętaj sobie raz na zawsze!” i przedstawił mu dowód na to, że Sowiniec nie dość, że się nie zna na ortografi, to się bez sensu wtrąca. Co na to Sowiniec? Długo myślał, myślał, myślał, a następnie przyszedł, przeprosił Pantryjotę i obiecał, że w przyszłości będzie bardziej rozważny i roztropny. Ups!
Obawiam się, że już w tej chwili część moich czytelników zadaje pytanie, po jasną cholerę ja się zajmuję Sowińcem i Pantryjotą. Otóż ja muszę wszystkich ich wyprowadzić z błędu. Ja się Sowińcem i Pantryjotą zajmuje tylko pozornie. Tak naprawdę, ja się zastanawiam wciąż, co miał na myśli Ojciec Święty, kiedy mówił, że kto się nie modli do Boga, modli się do Diabła. Zastanawiam się nad tymi słowami, rozglądam się wokół siebie, no i wpadł mi w oko ten Sowiniec. I myślę, że Papieżowi musiało chodzić o coś właśnie tego typu. On musiał mieć na myśli sytuację, kiedy człowiek – inteligentny, porządny, pobożny, patriotyczny, miły dla innych ludzi – zaczyna wchodzić w złe towarzystwo, nawet nie dlatego, że to towarzystwo mu jakoś imponuje, ale trochę z próżności, a trochę z nieco dziwacznie pojmowanego interesu, i nagle się okazuje, że ani się nie obejrzał, a tu stał się wyłącznie pionkiem w czyjejś grze, a w dodatku pionkiem, który można z pogardą, czy wściekłością, w każdej chwili wyrzucić, i zastąpić innym. I że ta gra została tak poprowadzona, że ów dobry, acz próżny i głupi człowiek tak naprawdę już nie ma żadnego pola manewru. Zacznie się stawiać, zostanie wyrzucony na pysk; zacznie przepraszać i prosić o zrozumienie, zostanie wyszydzony; odwróci się na pięcie i pójdzie do domu, inni pomyślą, że okazał się słaby.
Nie lubię Sowińca i mam do tego tyle powodów, że miejsca nie starczy, by je tu wyłuszczać. Wciąż jednak, jeśli mam wybierać między nim, a takim Pantryjotą, a więc człowiekiem, który na swoim blogu zamieścił tekst wyszydzający w sposób absolutnie bezprecedensowy – i mówię to bez retorycznej przesady – i bezczeszczący pamięć człowieka zmarłego w strasznej, w niczym przez niego niezawinionej, katastrofie, i zrobił to krztusząc się ze śmiechu, wybieram Sowińca – krakowskiego patriotę.
I jest mi cholera bardzo niewygodnie, kiedy widzę, że Diabeł tryumfuje. A tryumfuje nie dlatego, że jest taki przebiegły i inteligentny, ale wyłącznie przez to, że myśmy przestali się modlić do Boga, a Tenktórynieomijażadnejokazji jest bardzo uważny. Jak to mówią niektórzy wykształceni ludzi – zfokusowany.
Ponieważ mój poprzedni tekst wywołał bardzo żywe zainteresowanie, a więc tym samym mam prawo przypuszczać, że wszyscy jakoś tam martwimy się tym, co się stało z pewnym jezuitą i proboszczem z Nowego Sącza, chciałbym w geście chrześcijańskiego pojednania zwrócić się do niego z apelem. Proszę Ojca, niech Ojciec uważa na to, by się nie potknąć i nie upaść. Może Ojciec zacząć od czegoś bardzo prostego i oczywistego. Od wzruszenia się losem słabych, bitych i prześladowanych. By nie daleko szukać, weźmy choćby takiego śp. Przemysława Gosiewskiego.

poniedziałek, 10 października 2011

...

Oczywiście, jakoś głupio jest komentować zdarzenie, które z jednej strony, musimy traktować, jako naszą osobistą porażkę, a z drugiej, jako dowód naszego kompletnego braku zdolności oceny. Szczególnie ta druga kwestia boli wyjątkowo. Akurat w moim wypadku, sytuacja jest o tyle łatwiejsza, że ja swój optymizm i wiarę w człowieka wyssałem z mlekiem mojej mamy, i nie widzę takiej możliwości, by się tu miało kiedykolwiek coś zmienić. A zatem, jeśli widzimy dwoje ludzi, którzy patrzą na zachmurzone niebo i jeden mówi „Będzie lało”, a drugi „Na pewno się przejaśni”, to jest więcej jak pewne, że ja jestem tym drugim. Ale też, jeśli dziś stoimy oko w oko z tą bardzo przykrą porażką, to nikt nie może ode mnie wymagać, bym wpadał w nastrój bardziej czarny, niż on jest ze mną w sposób naturalny, i na przykład zaczął brać udział w debacie na temat koniecznych zmian po prawej stronie politycznej sceny, czy organizował konkurs na tego, kto powinien zastąpić Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku prezesa mojej partii. Odmawiam udziału w tego typu przedsięwzięciach przede wszystkim dlatego, że uważam Jarosława Kaczyńskiego za najwybitniejszego i najskuteczniejszego polskiego polityka w ogóle, a poza tym wiem doskonale, że w momencie gdy dojdzie do owej spektakularnej rezygnacji, polska prawica – od środowisk Gazety Polskiej zaczynając, a kończąc na najbardziej radykalnych środowiskach katolickich – dopiero wówczas pokaże, na co ją stać. A ten pokaz będzie tak spektakularny, że nawet wtedy, gdy już się skutecznie wyrzygamy, nie zrobi nam się ani trochę lepiej.
Ktoś powie, że czym innym jest zaprzeczanie całej swojej naturze i występowanie przeciwko temu, w co się zawsze wierzyło, a czym innym jest nieumiejętność przyznania się do błędu. Otóż ja się do błędu przyznaję. Tak, to prawda. Widząc co się dzieje w Polsce od czterech lat, obserwując bardzo uważnie tegoroczną kampanię wyborczą, analizując postawy tej kampanii uczestników, i wreszcie starając się dochodzić do konkretnych ocen, pomyliłem się i udowodniłem swoją, w najlepszym wypadku, naiwność. Uznałem, że musi się rozpogodzić, podczas gdy, jak się właśnie okazuje, nie dość, że nie musiało, to – wręcz przeciwnie – wiadomo było, że będzie lać. I to mocno. I to długo. A zatem, zupełnie uczciwie, mogę dziś zaapelować do czytelników tego bloga, ale też do wszystkich moich przyjaciół, którzy ufali moim politycznym i społecznym analizom, by następnym razem, jeśli już będą chcieli mnie słuchać, moje słowa traktowali, jako słowa człowieka, który już tak ma, że kiedy niebo się chmurzy, on wierzy, że na pewno się przejaśni. No i jeszcze, ewentualnie, takiego kogoś, kto pokazuje nie jak jest, ale jak – wedle najbardziej podstawowego ludzkiego porządku – być powinno.
A jak być powinno? Myślę, że bardzo dobrze wyraziła to moja starsza córka wczoraj, kiedy zalewając się łzami, powiedziała, że to wszystko jest tak strasznie niesprawiedliwe, że ona już dłużej nie jest w stanie tego znieść. Że nie może być tak, by to kłamstwo, ta bezczelność, ta zbrodnia zostały tak bardzo niesprawiedliwie oczyszczone. A więc, z całą pewnością, powinna istnieć sprawiedliwość i powinien istnieć najbardziej podstawowy, ludzki instynkt, który sprawia, że kiedy człowiek widzi wreszcie to zło, które tak bardzo każe mu cierpieć – to na to zło reaguje wzburzeniem. A nie spuszczoną pokornie głową. Powinno być tak, że jeśli człowiek stoi przed oknem, z którego zdjęto kraty, to powinien to okno otworzyć i przez nie wyjść.
Pewnie ze względu na te kraty, przypominają mi się tu końcowe sceny z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem” i to nasze bezradne niegdysiejsze zdziwienie, że oni tam wszyscy zostali, a McMurphy wraz z nimi, bo jakoś mu było żal ich opuścić. Ale wydaje mi się, że dziś o wiele lepszym przykładem będzie dla nas tamta przetragiczna historia dziewczyny sterroryzowanej przez dwóch mężczyzn, którzy kazali jej sobie towarzyszyć przez dzień i noc i dzień, i którzy ją w końcu - znudzeni tym jej irytującym beczeniem - zabili, a ona przez ten cały czas była przerażona, bo wiedziała, że oni ją ciągną za sobą na śmierć, ale też i posłuszna i pokorna i oddana, bo prawdopodobnie uznała, że jeśli się zacznie bronić, to tylko będzie gorzej. Straszna to historia. Najstraszniejsza. A ja sobie myślę, że gdybym w jakiś magiczny sposób mógł obserwować tamtą gehennę, a jednocześnie nie byłbym w stanie jej zatrzymać, to z całą pewnością bym do końca wierzył, że ona się jednak poderwie i im zwieje. No i modlił się, by okazało się, że miałem rację. I oczywiście i wtedy, tak jak dziś, naraziłbym się na złośliwe docinki, że jednak jestem strasznie głupi i naiwny.
Wspomniałem o modlitwie. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, żyję przekonaniem, że tak naprawdę, to była jedyna rzecz, jakiej nam zabrakło. Oczywiście wiem, że ta kampania – choć, moim zdaniem, zupełnie dobra – mogła uniknąć paru wręcz dramatycznych błędów i wykorzystać parę naprawdę dobrych pomysłów. Myślę sobie na przykład, że może jednak trzeba było Jarosławowi Kaczyńskiemu skorzystać z pomocy Jacka Kurskiego, o którym, cokolwiek by nie myśleć, trzeba powiedzieć jedną rzecz na pewno – on wygrywa wybory. Można było – skoro nie dało się bezpośrednio wykorzystać talentów Zyty Gilowskiej – zauważyć, jaką siłę stanowi proponowana przez nią narracja, i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Można było skorzystać z jej wręcz rewolucyjnego pomysłu z kartką papieru i prostym dzieleniem, zrobić z tego wyborczy klip i wydać na jego emisję, codziennie od rana do wieczora, wszystkie pieniądze. Trzeba było zrozumieć, że droga do zwycięstwa leży w zaapelowaniu do tak bardzo ludzkiego pragnienia przeżycia. A więc można było wiele, i ja to dziś bardzo boleśnie czuję.
Wiem jednak z całą pewnością – i wciąż to powtarzam – że tego, czego nam zabrakło najbardziej, to modlitwa. I to modlitwa zarówno indywidualna, jak i powszechna. I że brakuje nam tej modlitwy od wielu już lat, i tak samo jak brakuje nam tej modlitwy, tak też nam brakuje tego, kto by nam tę modlitwę pomógł prowadzić, a mianowicie polskiego Kościoła. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, nie mam pojęcia, czy za tym stoi jakiś plan, czy tylko przypadek, czy zaledwie błąd, czy jakaś potężna zdrada, ale faktem jest, że już wiele lat temu polski Kościół opuścił swój lud. Opuścił swój lud i wydał go na pastwę najbardziej podłych żywiołów. Widziałem to wielokrotnie – jeszcze wtedy, gdy ci biedni, zapłakani ludzie, ściskający swoje różańce byli obszczywani przez hordy pijanej warszawskiej żulii, kiedy te znicze i te kwiaty, na polecenie warszawskich urzędników, były przez warszawskie służby miejskie pakowane do śmieciarek, kiedy wygarniturowani urzędnicy
prezydenta Komorowskiego zabierali otumaniałym warszawskim księżom sprzed ich zadartych z zadowolenia nosów Krzyż, ale też i wczoraj, gdy w moim kościele nasz ksiądz proboszcz, z okazji ważnego przecież wydarzenia, jakim są wybory parlamentarne, nie dość, że nie wezwał do modlitwy za Ojczyznę, to nawet na temat tych wyborów się nie zająknął. Zupełnie jakby nic szczególnego się nie działo. Jak słyszę, nie tylko mój ksiądz, ale w ogóle polscy księża we wczorajszą niedzielę bardzo powszechnie zademonstrowali, że ich te wybory nie dotyczą.
No ale, czego się mogliśmy po nich spodziewać, skoro, jak się wydaje, nawet Episkopat nie uznał za stosowne zauważyć, że coś się właśnie decyduje? Zupełnie jakby ich zaczarował tryumfujący dziś Adam Darski. Dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” uczciła Dzień Zwycięstwa wezwaniem do prawa do aborcji dzieci walczących o przetrwanie w inkubatorach. Wczoraj, jak podały rozbawione media, ksiądz kardynał Dziwisz tak pędził do wyborów, że zapomniał zabrać ze sobą dowód osobisty i jego kierowca musiał szybko wracać po dokument do Kurii, czy gdzie tam była ta szufladka. Wszystko się jednak dobrze skończyło i głos został oddany. Jest dobrze.
A więc dziś, kiedy wiem, że znaleźliśmy w bardzo przykrym położeniu, a ja sam okazałem się tak głupi, że tego co się kroi nie przewidziałem, nie bardzo mam ochotę ani na wypominanie sobie swojej naiwności, ani innym ich słabości. Natomiast zdecydowanie mam żal do Kościoła. Czuję ten żal i jednocześnie się modlę, by ta zdrada nie spuściła na nas jeszcze większej kary. Bo tego jestem już naprawdę pewien. Zasłużyliśmy sobie na nią stuprocentowo.

Zachęcam wszystkich do kupowania książki. Jest tuż obok i wystarczy kliknąć, by wejść do księgarni. Gwarantuje że warto. W samych Katowicach i w sąsiednich miastach głosowało na mnie ponad 400 osób. Gdyby oni wszyscy kupili po jednym egzemplarzu (a czemu nie?), już byśmy mogli się szykować do wydania kolejnej. A to przecież tylko Śląsk. A gdzie cała Polska?

piątek, 13 sierpnia 2010

Gdy Niebo zamilkło

Właśnie w telewizorze występuje tzw. "ojciec Zięba". Szkoda że Państwo tego nie widzą! Wygląda pięknie! Jak jakiś co najmniej Brad Pitt. Ta marynarka! Ta koszula zawadiacko rozpięta pod szyją! Te super okulary pięknie podniesione na czoło! A obok mistrz Wajda...
Tylko ten pot, cholera. Trochę za bardzo się o. Zięba poci. Ciekawe, skąd ten pot? Czyżby tam nie było klimatyzacji? Wajda jednak suchy.
Najmłodsza Toyahówna właśnie spytała: „A on ma żonę?” Głupie to moje dziecko. Skąd Dominikanin może mieć żonę? Następne pytanie już było sensowniejsze. „Ciekawe, jaki on ma samochód?”
Tak czy inaczej, ja bym temu biednemu księdzu majorowi, o którym nam troszeczkę wczoraj napisał nasz dobry ksiądz Don Paddington, jednak wybaczył. Ja bym mu wybaczył.
A skoro już wspominałem Księdza, to pozwolę sobie tu przytoczyć jego komentarz, jeszcze z Salonu. Jeden z wielkich komentarzy naszego Don Paddingtona:
„Jest w Apokalipsie tekst, który mówi o otwieraniu przez Baranka siedmiu pieczęci. Obraz ten najczęściej jest interpretowany, jako ujawnienie sensu dziejów – sensu, który dopiero dzięki Chrystusowi staje się zrozumiały.
I przy siódmej pieczęci, czytamy co następuje:
’A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny’ (Ap 8,1.)
Cisza w niebie, by lepiej się wsłuchać w płynące z ziemi modlitwy. Cisza przed burzą. Pełne napięcia oczekiwanie na interwencję Bożą…”
I już ani słowa.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...