Blogowanie, jeśli przyjąć, że ten kto się tym zajmuje, robi to z uczciwie i z pasją, to bardzo przyjemne zajęcie. Dlaczego zrobiłem zastrzeżenie odnośnie uczciwości i pasji? Otóż chodzi mi o to, że bardzo często trafiam na autorów, którzy zdecydowanie traktują te robotę tak, jakby ktoś im powiedział, że blogować należy, ale oni osobiście nie mają do tego ani serca, ani podstawowego talentu. Mogę zatem sądzić, że dla nich akurat ta część ich życia nie daje im większej satysfakcji. Po czym można poznać, że ktoś blogerem został wyłącznie z tego powodu, że inni też tam już są, a jakoś głupio zostać w tyle? Przede wszystkim, jak już wspomniałem, w ten sposób, że teksty tam publikowane są albo na żenująco niskim poziomie literackim i intelektualnym, lub że to nawet nie są teksty w sensie powszechnie rozpoznawalnym, lecz jakieś parozdaniowe, najczęściej pełne interpunkcyjnych błędów, uwagi na tematy kompletnie nieistotne. Ale jest też inny sposób rozpoznania blogera bez serca i bez choćby podstawowej ciekawości tego, czym mu się przyszło zajmować. Chodzi o komentarze. Są bowiem tacy blogerzy, dla których blogowanie oznacza wyłącznie wlepianie swoich najświeższych przemyśleń, a jak idzie o to, co z nimi się dzieje dalej – to już jest kompletnie nieinteresujące. I tu prym wiodą zawodowi dziennikarze, politycy i różnego rodzaju osoby publiczne. Im akurat do pełnej satysfakcji wystarczy to, że ich tekst znalazł się na eksponowanym miejscu i że czytają go tabuny rozpalonych ciekawością internautów. Podejrzewam, że, poza wklejeniem samego tekstu, jeśli oni tam w ogóle zaglądają, to wyłącznie po to, by się zorientować, ile osob to co tam jest skomentowało, i ewentualnie, czy udało się wzbudzić w nich jakieś emocje. Jakiekolwiek.
Ale są też blogerzy-amatorzy. Ci, którzy, kiedy dopiero zaczynali swoją działalność, owszem, starali się zachować pewną aktywność, ale jak już nagle odnieśli pewien większy sukces i ten sukces został im oficjalnie potwierdzony, uznali się za część owego blogerskiego establishmentu, i zaczęli traktować swoje pisanie niemal wyłącznie jako okazję do potwierdzenia swojej obecności, i to obecności na, odpowiednim jak najbardziej, towarzyskim poziomie. Tu akurat idealnym przykładem byłaby może Kataryna, no ale ona jest już swego rodzaju weteranem. Znacznie bardziej ciekawe jest natomiast obserwowanie blogerów stosunkowo nowych, ale już publicznie rozpoznawanych. A więc najczęściej tych, którzy choćby w minimalnym wymiarze zostali autoryzowani przez domenę oficjalną. Aż serce rośnie, kiedy widać to ich odpływanie.
Co mi strzeliło do głowy, by nagle pisać o blogowaniu, i to jeszcze w tym przedziwnym kontekście? Otóż nagle sobie dziś uświadomiłem, że moja sytuacja jest całkowicie odwrotna do tej, którą opisałem wyżej. Otóż nie chciałbym, żeby ktoś te moje słowa odebrał jako brzydkie nadymanie się, ale ja naprawdę mam kilka bardzo poważnych dowodów na to, że ten blog należy do najważniejszych politycznych blogów w Polsce. Nie będę owych argumentów tu przedstawiał, bo wiem świetnie, że ci, którzy mnie nie znoszą i tak ich do wiadomości nie przyjmą, a ci, co tu przychodzą z potrzeby serca, wiedzą to wszystko świetnie i bez mojego gadania. A zatem, ja miałbym, jak się zdaje wszelkie podstawy do tego, by wszystko co dotychczas robię, robić dalej na tym poziomie zaangażowania, tyle że to zaangażowanie ograniczałoby się zaledwie do pisania tych tekstów i ich wklejania. W końcu, co mi zależy? Ten blog ma swoich stałych czytelników, wedle danych z kalkulatora, odwiedza go często ponad tysiąc osób dziennie – czego mi więcej trzeba? Ktoś powie, że chodzi o pieniądze. No dobra. Niech będzie, że i to, ale, jak sądzę, nawet gdybym od dziś zaczął odpowiadać tylko na wybrane komentarze, wielkość tej pomocy by się raczej nie zmieniła. A mimo to, ja tu siedzę od rana do wieczora i patrzę, czy tu się coś dzieje, czy nie. I ten blog niezmiennie pozostaje niemal całym moim życiem.
Tymczasem, często jest tak, że ja tu jestem niemal jedynym uczestnikiem tego spotkania. Weźmy tekst, który, kiedy piszę te słowa, jest wciąż tekstem najnowszym, ale zaraz spadnie o schodek niżej. Napisałem go wczoraj i miałem poczucie, że to jest coś, co mi się zdarza zaledwie parę razy do roku. Kto się zajmuje blogowaniem na poważnie, wie, co to za uczucie. Ale też ten kto się zajmuje blogowaniem na poważnie, wie, że to jest jedna z tych dwóch sytuacji, kiedy to blogowanie staje się wyłącznie udręką. Jedna to odwieczne już użeranie się z tym okropnym poczuciem, że w większości przypadków w ogóle nie wiadomo, kto to taki siedzi po przeciwnej stronie sieci, a drugie – i z tym mamy do czynienia tu i dziś – to sytuacja, gdy ten tekst, na który tak liczyliśmy, okazuje się inspirujący niemal w stopniu zerowym. Proszę popatrzeć, o co mi chodzi. Wkleiłem tę notkę wczoraj wieczorem, i pierwszy komentarz pojawił się dziś dopiero około południa. Oczywiście od razu na niego odpisałem. A więc, jak na razie, jest jeden-jeden. Czyż nie?
Donoszą mi koledzy, że to w ogóle nie chodzi o inspiracje i brak zainteresowania. Chodzi o to, że każdy, kiedy już pisze, chciałby napisać coś naprawdę ważnego i mądrego, a to akurat nie zawsze się udaje. A zatem, szczególnie przy tekstach bardziej zamkniętych, komentowanie jest bardzo utrudnione. Może i tak, choć nie sądzę. Nie mogę na przykład nie zauważyć, że kilku bardzo znaczących komentatorów, którzy byli tu w swoim czasie bardzo intensywnie obecni, dziś praktycznie się nie pojawiają. Czy to znaczy, że ich opuściła twórcza wena? Niestety nie. Wygląda na to, że to ja tracę siły. Bo czym na przykład można wytłumaczyć to, że taka „latinitas” już się tu nie pojawia? Tu nie. Gdzie indziej, jak najbardziej. No i to jest bardzo poważne zmartwienie, wiążące się z prowadzeniem bloga.
Napisałem wczoraj ten tekst o Oceanii i byłem z niego tak dumny, że pomyślałem sobie, że zatrzymam go na samym szczycie tej strony przez parę dni. No, niestety, jak to czasem bywa, okazało się, że on napisany został raczej tylko dla mnie. A więc, zsuwamy go. Dziś jest czas na kolejną refleksję. Pamiętamy może jeszcze, jak to kilka dni temu zasugerowałem, że w praktyce, podstawowy sens organizowania tzw. Marszu Niepodległości sprowadzał się do tego, by wyprowadzić na ulicę, z jednej strony całą kupę polskich patriotów, a z drugiej ruskich prowokatorów, doprowadzić do krwawego starcia, i w efekcie tego, wzbudzić w podstawowej części społeczeństwa takie napięcie, by można było, już bez dodatkowych, turbulencji, przejść suchą nogą przez przyszły, krytyczny jak się zdaje, rok. Plan nie wypalił. Wielotysięczna demonstracja przeszła ulicami Warszawy bez najmniejszego incydentu, a zatem System i jego służby, chcąc koniecznie zrealizować swój zamysł choćby w wymiarze propagandowym, doprowadziły do starć, na znacznie oczywiście mniejszą skalę, na samych peryferiach tego wielkiego ruchu. Napisałem w swoim tekście, że moim zdaniem, to była, choć nieudana, to zaledwie pierwsza próba. Ale że do podobnych prób musi dojść co najmniej raz jeszcze. Dlaczego? Dlatego, że System nie ma absolutnie żadnej innej szansy zachowania władzy, niż przez spacyfikowanie społecznych nastrojów, które na przyszły tok zapowiadają się w sposób bardzo konkretny. Jeśli System chce utrzymać władzę, musi, jeszcze zanim nastąpi prawdziwy wstrząs i ludzie zaczną wychodzić na ulicę w sposób całkowicie nieskoordynowany, sprowokować zdarzenia tak straszne, by większość społeczeństwa zwyczajnie bała się ruszyć. I teraz, kiedy owa większość żyje wciąż resztkami nadziei, że jeśli tylko zachowamy spokój, nic strasznego się nie wydarzy, jest na to czas jedyny.
Przedstawiłem tę analizę i zaproponowałem, by nie dać się sprowokować. By siedzieć cicho do czasu aż wszystko się zacznie rozwijać w sposób naturalny. Bo oni aż proszą, żebyśmy stracili nerwy. Oni zaczynają i kończą każdy kolejny dzień tą jedną myślą i tym jednym marzeniem. Żeby ludzie wyszli na ulicę i żeby doszło do wybuchu, który wypluje z siebie krew. Prawdziwą krew. Bo tylko to powstrzymać może gniew już autentyczny, i tylko to pomoże zachować władzę. Myślałem sobie o tych scenariuszach, i nagle uświadomiłem sobie, że w najbliższym czasie nie bardzo trafi się taka okazja, by można było zorganizować szerokie protesty, ale nagle ktoś zauważył, że wcale nie – że oto mamy przed sobą grudzień, a tu do przeprowadzenia skutecznej prowokacji przynajmniej parę okazji się musi pojawić. I oto wczoraj System otrzymał pomoc ze strony całkowicie nieoczekiwanej. Nasz prezes – Jarosław Kaczyński wezwał do tego, by 13 grudnia, w rocznicę stanu wojennego powtórzyć ów piękny i poruszający Marsz Niepodległości. Tym razem, by zaprotestować przeciwko temu, co Radosław Sikorski powiedział do swoich kumpli Niemców.
Słysząc te słowa, najpierw osłupiałem, a później usłyszałem kolejne, tym razem pochodzące z ust samego premiera, który zakomunikował, że niech się terroryści, faszyści, kibole i wszelkiego rodzaju pisowska ekstrema, mają na baczności, bo polskie państwo nie pozwoli na jakiekolwiek akty chuligaństwa i przemocy. Przepraszam bardzo wszystkich, którzy może nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji, ale ja w słowach Donalda Tuska zauważyłem wyłącznie wybuch najprawdziwszej satysfakcji. Że oto nadchodzi druga szansa. I że tym razem nie wolno popełnić poprzednich błędów. Tym razem trzeba się zachować energicznie, no a przede wszystkim, zacząć już teraz. Sącząc ze wszystkich stron te zaczepne słowa, że chuligani zostaną rozbici, że faszyzm nie przejdzie, że Warszawa nie ulegnie przed szantażem prawicowych ekstremistów, że Polska przetrwa i teren akt agresji, i licząc na to, że z drugiej strony już tylko będzie rósł ten gniew i ten krzyk: „Nie wierzycie, że zwyciężymy? To my wam pokażemy!!!” I wtedy się zacznie.
Czytałem wczoraj słowa Donalda Tuska, kiedy mówił, że policja jest już gotowa na ten akt terroryzmu, i niemal fizycznie czułem ów dreszcz satysfakcji. I pomyśleć, że owym dobrodziejem okazał się sam Jarosław Kaczyński. Módlmy się za naszą Ojczyznę.
A ja tradycyjnie już zachęcam do myślenia o prezentach świątecznych i do wspomagania tego bloga na codzień. Dziękuję.