Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marsz Niepodległości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marsz Niepodległości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2011

Próba druga. Próba ostatnia?

Blogowanie, jeśli przyjąć, że ten kto się tym zajmuje, robi to z uczciwie i z pasją, to bardzo przyjemne zajęcie. Dlaczego zrobiłem zastrzeżenie odnośnie uczciwości i pasji? Otóż chodzi mi o to, że bardzo często trafiam na autorów, którzy zdecydowanie traktują te robotę tak, jakby ktoś im powiedział, że blogować należy, ale oni osobiście nie mają do tego ani serca, ani podstawowego talentu. Mogę zatem sądzić, że dla nich akurat ta część ich życia nie daje im większej satysfakcji. Po czym można poznać, że ktoś blogerem został wyłącznie z tego powodu, że inni też tam już są, a jakoś głupio zostać w tyle? Przede wszystkim, jak już wspomniałem, w ten sposób, że teksty tam publikowane są albo na żenująco niskim poziomie literackim i intelektualnym, lub że to nawet nie są teksty w sensie powszechnie rozpoznawalnym, lecz jakieś parozdaniowe, najczęściej pełne interpunkcyjnych błędów, uwagi na tematy kompletnie nieistotne. Ale jest też inny sposób rozpoznania blogera bez serca i bez choćby podstawowej ciekawości tego, czym mu się przyszło zajmować. Chodzi o komentarze. Są bowiem tacy blogerzy, dla których blogowanie oznacza wyłącznie wlepianie swoich najświeższych przemyśleń, a jak idzie o to, co z nimi się dzieje dalej – to już jest kompletnie nieinteresujące. I tu prym wiodą zawodowi dziennikarze, politycy i różnego rodzaju osoby publiczne. Im akurat do pełnej satysfakcji wystarczy to, że ich tekst znalazł się na eksponowanym miejscu i że czytają go tabuny rozpalonych ciekawością internautów. Podejrzewam, że, poza wklejeniem samego tekstu, jeśli oni tam w ogóle zaglądają, to wyłącznie po to, by się zorientować, ile osob to co tam jest skomentowało, i ewentualnie, czy udało się wzbudzić w nich jakieś emocje. Jakiekolwiek.
Ale są też blogerzy-amatorzy. Ci, którzy, kiedy dopiero zaczynali swoją działalność, owszem, starali się zachować pewną aktywność, ale jak już nagle odnieśli pewien większy sukces i ten sukces został im oficjalnie potwierdzony, uznali się za część owego blogerskiego establishmentu, i zaczęli traktować swoje pisanie niemal wyłącznie jako okazję do potwierdzenia swojej obecności, i to obecności na, odpowiednim jak najbardziej, towarzyskim poziomie. Tu akurat idealnym przykładem byłaby może Kataryna, no ale ona jest już swego rodzaju weteranem. Znacznie bardziej ciekawe jest natomiast obserwowanie blogerów stosunkowo nowych, ale już publicznie rozpoznawanych. A więc najczęściej tych, którzy choćby w minimalnym wymiarze zostali autoryzowani przez domenę oficjalną. Aż serce rośnie, kiedy widać to ich odpływanie.
Co mi strzeliło do głowy, by nagle pisać o blogowaniu, i to jeszcze w tym przedziwnym kontekście? Otóż nagle sobie dziś uświadomiłem, że moja sytuacja jest całkowicie odwrotna do tej, którą opisałem wyżej. Otóż nie chciałbym, żeby ktoś te moje słowa odebrał jako brzydkie nadymanie się, ale ja naprawdę mam kilka bardzo poważnych dowodów na to, że ten blog należy do najważniejszych politycznych blogów w Polsce. Nie będę owych argumentów tu przedstawiał, bo wiem świetnie, że ci, którzy mnie nie znoszą i tak ich do wiadomości nie przyjmą, a ci, co tu przychodzą z potrzeby serca, wiedzą to wszystko świetnie i bez mojego gadania. A zatem, ja miałbym, jak się zdaje wszelkie podstawy do tego, by wszystko co dotychczas robię, robić dalej na tym poziomie zaangażowania, tyle że to zaangażowanie ograniczałoby się zaledwie do pisania tych tekstów i ich wklejania. W końcu, co mi zależy? Ten blog ma swoich stałych czytelników, wedle danych z kalkulatora, odwiedza go często ponad tysiąc osób dziennie – czego mi więcej trzeba? Ktoś powie, że chodzi o pieniądze. No dobra. Niech będzie, że i to, ale, jak sądzę, nawet gdybym od dziś zaczął odpowiadać tylko na wybrane komentarze, wielkość tej pomocy by się raczej nie zmieniła. A mimo to, ja tu siedzę od rana do wieczora i patrzę, czy tu się coś dzieje, czy nie. I ten blog niezmiennie pozostaje niemal całym moim życiem.
Tymczasem, często jest tak, że ja tu jestem niemal jedynym uczestnikiem tego spotkania. Weźmy tekst, który, kiedy piszę te słowa, jest wciąż tekstem najnowszym, ale zaraz spadnie o schodek niżej. Napisałem go wczoraj i miałem poczucie, że to jest coś, co mi się zdarza zaledwie parę razy do roku. Kto się zajmuje blogowaniem na poważnie, wie, co to za uczucie. Ale też ten kto się zajmuje blogowaniem na poważnie, wie, że to jest jedna z tych dwóch sytuacji, kiedy to blogowanie staje się wyłącznie udręką. Jedna to odwieczne już użeranie się z tym okropnym poczuciem, że w większości przypadków w ogóle nie wiadomo, kto to taki siedzi po przeciwnej stronie sieci, a drugie – i z tym mamy do czynienia tu i dziś – to sytuacja, gdy ten tekst, na który tak liczyliśmy, okazuje się inspirujący niemal w stopniu zerowym. Proszę popatrzeć, o co mi chodzi. Wkleiłem tę notkę wczoraj wieczorem, i pierwszy komentarz pojawił się dziś dopiero około południa. Oczywiście od razu na niego odpisałem. A więc, jak na razie, jest jeden-jeden. Czyż nie?
Donoszą mi koledzy, że to w ogóle nie chodzi o inspiracje i brak zainteresowania. Chodzi o to, że każdy, kiedy już pisze, chciałby napisać coś naprawdę ważnego i mądrego, a to akurat nie zawsze się udaje. A zatem, szczególnie przy tekstach bardziej zamkniętych, komentowanie jest bardzo utrudnione. Może i tak, choć nie sądzę. Nie mogę na przykład nie zauważyć, że kilku bardzo znaczących komentatorów, którzy byli tu w swoim czasie bardzo intensywnie obecni, dziś praktycznie się nie pojawiają. Czy to znaczy, że ich opuściła twórcza wena? Niestety nie. Wygląda na to, że to ja tracę siły. Bo czym na przykład można wytłumaczyć to, że taka „latinitas” już się tu nie pojawia? Tu nie. Gdzie indziej, jak najbardziej. No i to jest bardzo poważne zmartwienie, wiążące się z prowadzeniem bloga.
Napisałem wczoraj ten tekst o Oceanii i byłem z niego tak dumny, że pomyślałem sobie, że zatrzymam go na samym szczycie tej strony przez parę dni. No, niestety, jak to czasem bywa, okazało się, że on napisany został raczej tylko dla mnie. A więc, zsuwamy go. Dziś jest czas na kolejną refleksję. Pamiętamy może jeszcze, jak to kilka dni temu zasugerowałem, że w praktyce, podstawowy sens organizowania tzw. Marszu Niepodległości sprowadzał się do tego, by wyprowadzić na ulicę, z jednej strony całą kupę polskich patriotów, a z drugiej ruskich prowokatorów, doprowadzić do krwawego starcia, i w efekcie tego, wzbudzić w podstawowej części społeczeństwa takie napięcie, by można było, już bez dodatkowych, turbulencji, przejść suchą nogą przez przyszły, krytyczny jak się zdaje, rok. Plan nie wypalił. Wielotysięczna demonstracja przeszła ulicami Warszawy bez najmniejszego incydentu, a zatem System i jego służby, chcąc koniecznie zrealizować swój zamysł choćby w wymiarze propagandowym, doprowadziły do starć, na znacznie oczywiście mniejszą skalę, na samych peryferiach tego wielkiego ruchu. Napisałem w swoim tekście, że moim zdaniem, to była, choć nieudana, to zaledwie pierwsza próba. Ale że do podobnych prób musi dojść co najmniej raz jeszcze. Dlaczego? Dlatego, że System nie ma absolutnie żadnej innej szansy zachowania władzy, niż przez spacyfikowanie społecznych nastrojów, które na przyszły tok zapowiadają się w sposób bardzo konkretny. Jeśli System chce utrzymać władzę, musi, jeszcze zanim nastąpi prawdziwy wstrząs i ludzie zaczną wychodzić na ulicę w sposób całkowicie nieskoordynowany, sprowokować zdarzenia tak straszne, by większość społeczeństwa zwyczajnie bała się ruszyć. I teraz, kiedy owa większość żyje wciąż resztkami nadziei, że jeśli tylko zachowamy spokój, nic strasznego się nie wydarzy, jest na to czas jedyny.
Przedstawiłem tę analizę i zaproponowałem, by nie dać się sprowokować. By siedzieć cicho do czasu aż wszystko się zacznie rozwijać w sposób naturalny. Bo oni aż proszą, żebyśmy stracili nerwy. Oni zaczynają i kończą każdy kolejny dzień tą jedną myślą i tym jednym marzeniem. Żeby ludzie wyszli na ulicę i żeby doszło do wybuchu, który wypluje z siebie krew. Prawdziwą krew. Bo tylko to powstrzymać może gniew już autentyczny, i tylko to pomoże zachować władzę. Myślałem sobie o tych scenariuszach, i nagle uświadomiłem sobie, że w najbliższym czasie nie bardzo trafi się taka okazja, by można było zorganizować szerokie protesty, ale nagle ktoś zauważył, że wcale nie – że oto mamy przed sobą grudzień, a tu do przeprowadzenia skutecznej prowokacji przynajmniej parę okazji się musi pojawić. I oto wczoraj System otrzymał pomoc ze strony całkowicie nieoczekiwanej. Nasz prezes – Jarosław Kaczyński wezwał do tego, by 13 grudnia, w rocznicę stanu wojennego powtórzyć ów piękny i poruszający Marsz Niepodległości. Tym razem, by zaprotestować przeciwko temu, co Radosław Sikorski powiedział do swoich kumpli Niemców.
Słysząc te słowa, najpierw osłupiałem, a później usłyszałem kolejne, tym razem pochodzące z ust samego premiera, który zakomunikował, że niech się terroryści, faszyści, kibole i wszelkiego rodzaju pisowska ekstrema, mają na baczności, bo polskie państwo nie pozwoli na jakiekolwiek akty chuligaństwa i przemocy. Przepraszam bardzo wszystkich, którzy może nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji, ale ja w słowach Donalda Tuska zauważyłem wyłącznie wybuch najprawdziwszej satysfakcji. Że oto nadchodzi druga szansa. I że tym razem nie wolno popełnić poprzednich błędów. Tym razem trzeba się zachować energicznie, no a przede wszystkim, zacząć już teraz. Sącząc ze wszystkich stron te zaczepne słowa, że chuligani zostaną rozbici, że faszyzm nie przejdzie, że Warszawa nie ulegnie przed szantażem prawicowych ekstremistów, że Polska przetrwa i teren akt agresji, i licząc na to, że z drugiej strony już tylko będzie rósł ten gniew i ten krzyk: „Nie wierzycie, że zwyciężymy? To my wam pokażemy!!!” I wtedy się zacznie.
Czytałem wczoraj słowa Donalda Tuska, kiedy mówił, że policja jest już gotowa na ten akt terroryzmu, i niemal fizycznie czułem ów dreszcz satysfakcji. I pomyśleć, że owym dobrodziejem okazał się sam Jarosław Kaczyński. Módlmy się za naszą Ojczyznę.

A ja tradycyjnie już zachęcam do myślenia o prezentach świątecznych i do wspomagania tego bloga na codzień. Dziękuję.

czwartek, 17 listopada 2011

Gdy Niebo milczy

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam, znajduje się bardzo piękna willa, która od niepamiętnych czasów należała najpierw do Partii, a następnie do rządu. Kiedy byłem dzieckiem, ile razu do Katowic przyjeżdżał ktoś ważny, a więc jakiś de Gaulle czy Castro, wiadomo było, że będzie mieszkał właśnie tam, a kiedy już dzieckiem być przestałem, w pewnym momencie ów budynek został przeznaczony na czeski konsulat, i takim pozostał już do dziś. Na murze sąsiadującym z czeskim konsulatem, dokładnie naprzeciwko, można wciąż jeszcze bez wysiłku odczytać nabazgrany czerwoną farbą napis: „Bracie Czechu nie truj”. Może mi się tak tylko po tych wszystkich latach wydaje, ale mam wrażenie, że oryginalnie tam było napisane „Bracie Czechu nie truj Lecha”, tylko że tego Lecha gdzieś w międzyczasie wcięło. Ale chyba jednak coś źle zapamiętałem, bo główna część napisu jest bardzo wyraźna i nie bardzo wiem, w jaki sposób to ostatnie słowo mogło się zgubić. Może więc było tak, że całość tej prośby była wypisana ni tu, ale na jakimś plakacie, czy transparencie.
Nieważne. To co się liczy, to fakt, że najprawdopodobniej z całej naszej dzielnicy jestem dziś jedną z nielicznych osób, które wiedzą, skąd się ten napis tam wziął i o co w nim chodziło. A jest tak jak mówię, wcale nie dlatego, że jestem taki stary, ani też dlatego, że jakoś szczególnie się zawsze pewnymi sprawami interesowałem, ale przez czysty przypadek. Otóż jeszcze za komuny, choć już pod sam jej koniec, w pewnej wiosce na Morawach o nazwie Stonawa, komunistyczne władze Czechosłowacji postanowiły wyciąć duży kawał lasu i wybudować w tamtym miejscu koksownię. Na ten pomysł zareagowali czescy i polscy ekolodzy, i solidarnie się decyzji władz postawili. Nie bardzo dziś pamiętam, jak się ten protest rozwijał i jak zakończył, ale pamiętam, że pewnego dnia pod „moim” konsulatem doszło do mikroskopijnej demonstracji naszych lokalnych ekologów. Jak mówię, protest był mikroskopijny – zaledwie kilkadziesiąt osób – jednak na tyle duży, że trudno go było w tamtych latach nie zauważyć. Stałem sobie więc z boku, patrzyłem na tych peerelowskich zielonych wznoszących hasła typu „Stonawa zagłada”, czy własnie to wspomniane wyżej „Bracie Czechu nie truj Lecha”, i w pewnym momencie zobaczyłem, że wśród demonstrujących nagle pojawili się jacyś nowi, wyciągnęli takie małe składane pałki i zaczęli tych ekologów zwyczajnie lać.
I to zdarzenie musiałem już zapamiętać. I samo zdarzenie i wszystko co mu towarzyszyło. Trochę oczywiście przez to, że tych demonstracji w tamtych czasach aż tak dużo nie było, ale przede wszystkim przez tych panów z rozkładanymi pałkami, no a już najbardziej przez to, że wśród nich rozpoznałem pewnego mojego sąsiada, a jeszcze wcześniej kolegę z podwórka. Biegał on wraz ze swoją ferajną w tę i z powrotem między tymi ekologami i walił ich gdzie popadnie tą swoją pałeczką. To było naprawdę coś. To było coś naprawdę dużego.
Przypomniałem sobie ten napis na murze naprzeciwko czeskiego konsulatu w Katowicach, a przy okazji tamto zdarzenie sprzed lat, chwilę po tym, jak obejrzałem na youtubie nadesłany mi przez Pawła film, pokazujący bardzo wyraźnie i w zwolnionym tempie, jeden, drugi i trzeci raz, scenę, kiedy to 11 listopada, podczas rozpędzania warszawskiej demonstracji, przez policję, jakiś chłopak w cywilu, bezlitośnie i w kompletnym amoku, najpierw pierze, potem obezwładnia gazem, a następnie kopie, jakiegoś innego, nawiasem mówiąc kompletnie bezbronnego, chłopaka. Piszę „w cywilu”, bo jak wszyscy, którzy czytają ten tekst już wiedzą, ów napastnik to policjant, a poza tym, na filmie widać wyraźnie, że to akurat nie może być nikt inny, jak właśnie policjant. Obejrzałem ten film, a przy okazji jeszcze parę innych filmow i zdjęć z tych uroczystości, i w pierwszej kolejności uznałem, że wszystkie moje podejrzenia co do tego, że tego właśnie 11 listopada władza miała na celu sprowokowanie takich zamieszek i takiego zbiorowego nieszczęścia, by w reakcji na to co się stało, wprowadzić coś w rodzaju permanentnego stanu wyjątkowego, który następnie pozwoli jej najpierw, z pewnym społecznym poparciem, zdelegalizować wszelką prawicową opozycję, a przy okazji w miarę suchą nogą przejść przez przyszłoroczny kryzys, że wszystkie te podejrzenia były jak najbardziej słuszne. To właśnie w tym celu, rzuciła ona na miasto bandy tych policjantów w cywilu, z jednym tylko zadaniem – by doprowadzili oni do rozruchów na skalę dotychczas niespotykaną. Kiedy się ogląda ten film, zachowanie tego policjanta, ale też zachowanie jego kolegów, nie można mieć najmniejszej wątpliwości, że wszystko co oni robią, ma na celu ten jeden, jedyny efekt. Choć jedną śmierć i jeden wielki wstrząs.
No więc to było to, co sobie pomyślałem w pierwszej chwili. Jednak już w chwilę potem, przypomniałem sobie tę Stonawę, tamtą demonstrację pod czeskim konsulatem w Katowicach, i tego mojego byłego kolegę, tłukącego jednego z ówczesnych ekologów swoją specjalną rozkładaną pałką, i pomyślałem sobie, że tamto się w żaden sposób nie skończyło. Że wciąż trwa w najlepsze, i się nie skończy dopóki będziemy mieli to, co mamy dziś.
Żyjemy w czasach, kiedy wokół dzieje się tyle różnorakich rzeczy, a wszystkie są tak interesujące i tak barwne, że nie sposób przejmować się już czymkolwiek dłużej niż jeden dzień. W związku z tym, ja naprawdę nie mam nadziei, że to co nakręcił ów anonimowy świadek, zmieni cokolwiek w naszej zbiorowej świadomości. Nie mam najmniejszej nadziei, że nawet gdyby ten film telewizja TVN24, a za nią wszystkie pozostałe stacje telewizyjne, nadawała przez następny miesiąc od rana do wieczora – wraz z odpowiednim komentarzem, czy bez owego komentarza – ogromna większość społeczeństwa by się w pewnym momencie tym wszystkim zaledwie znudziła, i zaczęła prosić o powtórkę „Tańca z gwiazdami”, lub ostatniego odcinka programu „Top Model”. I to uważam za coś absolutnie porażającego. Przede wszystkim dlatego, że to z czym mieliśmy w miniony piątek do czynienia, stanowi w najgorszym wypadku ten sam – a prawdopodobnie jednak znacznie gorszy – rodzaj zdarzenia, jakie miało miejsce przed laty w Los Angeles, kiedy to dwóch policjantów brutalnie pobiło jakiegoś zaćpanego, agresywnego czarnego motocyklistę, ktoś ten incydent przypadkiem nakręcił kamerą wideo, i przez to czarni mieszkańcy miasta, Los Angeles zwyczajnie spalili. Dlaczego my nie spalimy Warszawy? Dlatego mianowicie, że taki to jest ten nasz charakter. Ludzi łagodnych i cierpliwych. Niektórzy mówią, że i posłusznych.
Ale tak to już jest w tym naszym świecie. Że całe nasze życie to walka z tymi, co naszą łagodność traktują albo jako okazję do wyżycia się, albo do wymuszenia na nas pewnych zachowań, dzięki którym oni się wykarmią. I muszę przyznać, że ile razy mnie ktoś w życiu pytał, czego najbardziej nie lubię, to nigdy nie mówiłem, że głupoty, podłości, kłamstwa, czy zdrady – a przynajmniej nie przede wszystkim – ale zawsze w pierwszej kolejności ludzi, którzy wykorzystują naszą łagodność dla swoich bardzo niskich celów. Zwykle tego typu zachowania przejawiają się w zwykłych codziennych kontaktach w domu i w pracy. W mojej sytuacji najprościej by było wspomnieć o tym, jak traktuje mnie pani Toyahowa, która doskonale wie, że w stosunku do mnie może sobie pozwolić na wszystko, i oczywiście – w tej chwili już na zasadzie odruchu – na wszystko sobie pozwala. No ale nie będę się skarżył, bo przede wszystkim sam sobie zgotowałem ten los, a poza tym, w tym stanie rzeczy potrafię dojrzeć pewną wartość. Nie jestem jednak w stanie zaakceptować sytuacji, kiedy to ludzie mniej lub bardziej obcy, pozwalają sobie w stosunku do innych – równie obcych – osób, na tego typu, nazwijmy to, poufałość. I przykłady tu możnaby mnożyć. Proszę zwrócić uwagę, że ile razy zdarza nam się, że ktoś nas potraktuje jak szmatę, to najczęściej jest tak, że ów ktoś, musi wcześniej zorientować się, że akurat z nami tak można. Z kimś innym – już nie. Ale z nami, owszem. Bo powszechnie wiadomo, że my nasze oburzenie schowamy głęboko w sobie. Bo tacy już jesteśmy. Uważam więc ten rodzaj kalkulacji za podłość i grzech największy.
W przypadku, o którym w dzisiejszym tekście piszę, chodzi jednak o coś więcej. To nie tylko jest tak, że – traktowany tu oczywiście wyłącznie jako symbol czegoś szerszego i znacznie ważniejszego – Donald Tusk doszedł do wniosku, że świat w jakim mu przyszło funkcjonować, jest na tyle delikatny, że to mu daje prawo do zupełnie nieograniczonego się tu panoszenia. Że ponieważ otaczają go wyłącznie jednostki słabe, on tu będzie panem. On będzie wszystkich traktował jak swoje psy. I w dodatku będzie to robił w poczuciu całkowitej bezkarności. Chodzi, jak mówię, o coś więcej. Donald Tusk – powtarzam, traktowany tu jedynie jako symbol – doszedł do przekonania, że sama bezpośrednia agresja to za mało. Że, choćby dla wzmocnienia poczucia własnego komfortu, powinien doprowadzić do tego, że ten cały motłoch, tę zbieraninę prostych, łagodnych, łatwowiernych, naiwnych i w gruncie rzeczy dobrych ludzi, należy odpowiednio postraszyć. Należy im dać do zrozumienia, że jeśli oni tylko spróbują podnieść głowę, to dopiero wtedy zobaczą, na czym polega prawdziwe piekło. Ja wiem, że polityka to sztuka walki, ale skoro jest wojna, to i ja nie zamierzam się poddawać już na samym jej początku.
Nadchodzi bardzo ciężki rok. Osobiście jest mi bardzo trudno wyobrazić sobie, jak to będzie, kiedy zrobi się naprawdę źle. Ale ludzie, którym wierzę, mówią, że nadchodzi rok bardzo, bardzo ciężki. I zakładam, że będziemy wszyscy mieli kłopot. Ale, ponieważ wierzę w te przepowiednie, uważam też, że i Donald Tusk – cały czas traktujemy go tu wyłącznie jako tak zwaną „figurehead” – świetnie wie, co się kroi. A wiedząc to, zapewne uznał, że już nie wystarczy zwyczajnie, tak jak dotychczas, straszyć nas, tych biednych, nicnierozumiejących ludzi, tym czymś, co się stanie, kiedy Platforma Obywatelska utraci władzę, ale pokazać im film, na którym wszystko będzie widać wyraźnie i w kolorze. No i ten film postanowił dla nich nakręcić. A do tej roboty wynajął tych wszystkich, którzy zawsze się do tego najlepiej nadawali, a więc służby i media. Że się nie do końca udało? Trudno. Zawsze można spróbować raz jeszcze. A jak nie wyjdzie – bo to, że to bydło jest takie łagodne i spokojne, ma swoje dobre, ale też niestety i złe strony – to trzeba będzie spróbować jeszcze raz. Po co? Dla władzy i pieniędzy. Wyłącznie dla władzy i pieniędzy. Dla niczego więcej.
Dlatego też, jedyne co mi w tej chwili przychodzi do głowy, to myśl taka, że kiedy wreszcie się otrząśniemy z tego poczucia, że zawsze może być gorzej, i że dziś najważniejsze jest, by nie stracić tego naszego spokoju i cierpliwości, będziemy wiedzieli co trzeba zrobić już od samego początku. I to nie dlatego, że za tym gestem będą stały jakieś względy praktyczne – w końcu kto z nas kiedykolwiek był aż tak bardzo praktyczny? – ale, ot tak, żeby sobie nie pluć później w brodę, że przegapiliśmy ten jeden moment, kiedy można było się zachować godnie i odważnie. I mam tylko nadzieję że wszyscy świetnie wiemy, kto stoi na samym końcu tego marzenia.

Jeśli kogoś powyższy tekst w jakikolwiek sposób nastroił pozytywnie, bardzo proszę, niech wspomoże ten blog finansowo, a jeśli ktoś uważa, że coś za coś, niech te pieniądze wpłaci Coryllusowi w jego księgarni i kupi sobie moją książkę o liściu. Zapewniam, że nie pożałuje. Dziękuję.

sobota, 12 listopada 2011

Rok 2011

Tak się to nam ułożyło, że ostatni spacer z psem najmłodszej Toyahówny, ma miejsce późnym wieczorem, i, naturalnie, do tej roboty zostałem wyznaczony ja. A zatem, każdego wieczora, w okolicach godziny 23, biorę psa, wychodzę z domu i udaję się na pobliski plac Andrzeja, gdzie z jednej strony mam nasz kościół, z drugiej nasze więzienie, a z trzeciej dworzec kolejowy. Lubię te wieczorne spacery, przede wszystkim z tego względu, że przez swoją powtarzalność, mają one w sobie coś z rytuału, a, jak powszechnie wiadomo, człowiek w pewnym wieku przywiązuje się do rytuałów, i to one własnie pozwalają mu wierzyć, że nigdy tak do końca nie umrze.
Podobnie więc i wczoraj, kiedy zobaczyłem, że nadeszła nasza pora, najpierw sobie założyłem buty, następnie psu kolczatkę, i wyszliśmy z domu. Kiedy wszedłem na plac, zobaczyłem – co akurat tu bardzo ważne, zobaczyłem, a nie usłyszałem – tłum nadchodzących od strony dworca ludzi, którzy, już na pierwszy rzut oka, wyglądali na tzw. kiboli. Było ich mnóstwo, może 50, a może nawet i znacznie więcej, szli niemal w całkowitym milczeniu, przeszli przez plac, zatrzymali się pod więzieniem i zaczęli skandować chyba jakieś imię, którego niestety nie zrozumiałem – jak się domyślam swojego kolegi, i jak się domyślam wyłącznie po to, by go w ten swój szczególny sposób pozdrowić. Kiedy już sobie powrzeszczeli, zawrócili na pięcie i ruszyli – znów w całkowitym spokoju i prawie w milczeniu – w stronę dworca.
Widok ten był tak surrealistyczny, że, powiem szczerze, do dziś nie potrafię się po nim pozbierać. Przez całe lata zostaliśmy przyzwyczajeni do tego, że kiedy widzimy bandę kiboli sunących przez miasto, możemy się spodziewać, że oni nie tylko będą drzeć mordy, ale również zaczepiać ludzi, którzy mieli pecha znaleźć się na trasie tego przemarszu, no a przed wszystkim przewracać kosze na śmieci, ławki i skakać po niefortunnie zaparkowanych w okolicy samochodach. A jeśli nagle pojawi się policja, to, naturalnie, zaczną tych policjantów obrzucać czym popadnie i co tylko znajdą pod ręką. Tymczasem, tłum, który przeszedł wczoraj w nocy przez plac Andrzeja, miał na uwadze tylko jedno: podejść pod więzienie, pozdrowić swojego kolegę i wrócić… ja wiem dokąd? Może na pociąg, który ich zawiezie gdzieś dalej. Do Bielska, do Żywca, czy diabli wiedzą, gdzie.
Pojawia się pytanie, skąd oni się tu nagle o tej porze, w tym kształcie, na tym moim placu Andrzeja wzięli? Nie wiem, ale najbardziej prawdopodobną odpowiedzią wydaje się być to, że oni akurat wracali z Marszu Niepodległości w Warszawie i wstąpili na chwilę do Katowic, by załatwić sprawę, która wydała im się, może nie tak ważna jak ta jakaś niepodległość, ale owszem – ważna.
Miałem dziś jedną lekcję. Człowiek, któremu uczę dzieci angielskiego, jest moim znajomym niemal wyłącznie, że tak powiem, służbowo. Oznacza to, że, jeśli sobie gawędzimy, to najczęściej albo o kwestiach rodzinnych, a więc o dzieciach i o tym, jak się te dzieci wychowuje, albo o tym, czy to ja mu jestem winien jakieś lekcje, czy może to on mi pieniądze. Normalnie. Czasem pojawi się tam coś jeszcze, natomiast już o takiej polityce, na przykład, mowy być nie może. Zresztą, jak sądzę, tego tematu i tak lepiej by było nie poruszać, choćby ze względu na fakt, że, jak się zdążyłem zorientować, u niego króluje „Gazeta Wyborcza” i okolice. I dziś, ledwo wszedłem, opowiedział mi on, że był wczoraj w Warszawie na Marszu Niepodległości, wrócił wieczorem i to co dziś przeczytał – a gdzież by indziej – w „Wyborczej” i obejrzał w TVN24, go zwyczajnie zszokowało. No i powtórzył mi właściwie dokładnie to samo, co wczoraj wieczorem we wspomnianym TVN-ie opowiadał Artur Zawisza. Marsz wyruszył tak jak miał wyruszyć, w wielotysięcznym tłumie szli zwykli ludzie z rodzinami, z dziećmi, młodzi, starzy, oczywiście było też dużo kiboli, jednak wszystko przebiegało w atmosferze spokojnej i radosnej, ludzie śpiewali pieśni, machali chorągwiami, wreszcie marsz się skończył i wszyscy rozeszli się do domów. Dopiero później, uczestnicy tej manifestacji dowiedzieli się, że gdzieś w centrum Warszawy bandy niemieckich anarchistów zaatakowały ludzi przebranych w historyczne stroje i ta akcja spowodowała jakieś większe rozruchy, w których już brali udział zwykli chuligani. No ale to, jak mówię, znał mój znajomy wyłącznie z relacji w „Gazecie” i w TVN24. Zwrócił mi on jeszcze uwagę na dwie bardziej konkretne kwestie. Pierwsza to taka, ze przez cały czas trwania marszu, on nie zauważył jednej pijanej osoby, jednej osoby agresywnej, nie usłyszał jednego okrzyku, który możnaby było potraktować jako prowokacyjny, czy w ogóle w jakiś sposób niestandardowy. Wokół panowało czyste, niczym nie zakłócone święto. Druga rzecz to taka, że „Gazeta Wyborcza”, choć bardzo dużo miejsca poświęciła na użalanie się nad tym co się wczoraj zdarzyło w Warszawie, ani jednym słowem nie wspomniała o zatrzymanych Niemcach. A wiedzieć nam trzeba, że niemal połowa z zatrzymanych bandytów, to właśnie oni.
A zatem, wszystko jest na swoim miejscu. Mój znajomy może i jest zszokowany. Może i dla niego dzisiejszy dzień stanowi jakiś przełom. Nie mam pojęcia. My jednak to wszystko wiemy od dawna i to wiemy tak dobrze, że możemy się już tylko dziwić, że wciąż na wieść o tym, że doszło do kolejnego kłamstwa, czy kolejnej prowokacji, jeszcze nie rzygamy. To co jednak sprawia wrażenie nowości, to fakt, że akurat ta wczorajsza prowokacja, najnowsza i prawdopodobnie zaledwie pierwsza z wielu kolejnych, w sposób oczywisty się nie udała, a mimo to – sądząc po reakcjach, nie tylko przecież zaangażowanych w nią bezpośrednio mediów i polityków, ale również wielu osób komentujących to co się wokół nas dzieje – odniosła pełny sukces. Z tego co opowiada mój znajomy, ale też z relacji osób znających sprawę, wczorajszy Marsz Niepodległości odniósł pełne zwycięstwo. Mimo tego, że brało w nim udział kilkadziesiąt tysięcy spontanicznie zgromadzonych osób, nie doszło w jego obrębie ani do aktów przemocy, ani do jakichkolwiek choćby minimalnych ekscesów. Wygląda na to, że obawy, formułowane parokrotnie wcześniej między innymi przez naszego kolegę Coryllusa, że ten marsz zostanie pochłonięty przez wielką prowokację Systemu, nie sprawdziły się. Wygląda na to, że jedyna poważna awantura rozegrała się tam gdzie była ona przygotowywana przez minione miesiące, i wyłącznie z udziałem jej organizatorów, a więc środowisk, które – paradoksalnie właśnie – dziś mogą tryumfować.
O czym to świadczy? Uważam, że o dwóch rzeczach. Pierwsza z nich to taka, że wkraczamy – i wspomniany wcześniej Coryllus to bardzo skutecznie przewidział – w okres serii bardzo ciężkich prowokacji. Że w tej chwili, kiedy System zachował władzę, a nadchodzące miesiące będą tak ciężkie, jak to jest ze wszystkich stron zapowiadane, jedyny sposób w jaki będzie on tę władzę zachować umiał, to przez utrzymywanie pewnej części społeczeństwa w stanie nieustannego wzburzenia, które to wzbudzenie będzie mógł następnie wykorzystać jako argument do wprowadzenia swego rodzaju stanu wyjątkowego. W ten sposób osiągnięty zostanie stan, w którym większość społeczeństwa będzie cierpliwie znosiła udręki kryzysu, licząc oczywiście na tę, wspominaną tu ją parokrotnie, nagrodę w postaci cotygodniowych odwiedzin w czystych, dobrze oświetlonych galeriach handlowych, a bardziej świadoma i wrażliwa mniejszość, będzie nieustannie pacyfikowana przy pomocy policyjnych pałek, lub – co bardziej prawdopodobne – najbardziej bezczelnej i agresywnej propagandy. Doprowadzi to, że wspominana mniejszość coraz bardziej będzie stygmatyzowana, jako ci, którzy stanowią jedyne, realne zagrożenie dla naszego codziennego spokoju i naszej cichutkiej i cierpliwej nadziei.
I to jest pierwsza zła wiadomość. Druga natomiast jest taka, że na ten scenariusz nikt z nas prawdopodobnie nie będzie już umiał nic poradzić. Bo nawet jeśli wobec tego co niechybnie nastąpi, zachowamy pełną wstrzemięźliwość i nie damy się wciągnąć w jakikolwiek ciemne operacje Systemu, to i tak wszystko się będzie toczyło zgodnie z planem. Doskonale to widać na przykładzie wydarzeń najnowszych. Jak już wcześniej starałem się pokazać, ale też przecież, jak wszyscy choćby średnio zorientowani obserwatorzy wiedzą, organizatorom wczorajszego marszu udało się zachować pełną niezależność wobec działań Systemu. Jednak, kiedy wsłuchamy się dochodzący dziś do nas szum oficjalnego przekazu, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że nawet gdyby te 30 tys. osob biorących udział we wczorajszym święcie, roztropnie zostało w domu, a całość tej awantury miała miejsce tylko tam, gdzie została zorganizowana przez tych Niemców, ich polskich przyjaciół i zwołanych przez nich – świadomie, czy nieświadomie – miejscowi chuliganów, propagandowy efekt byłby dokładnie taki jaki jest dziś. A zatem pewien bardzo bliski mi człowiek i tak toczyłby pianę, że wczoraj Romaszewski ze stadionową żulownią spalił miasto, a Donald Tusk – którego chyba juz na stałe będę tu traktował wyłącznie jako symbol – też powiedziałby dokładnie to samo, co powiedział dzisiaj, a czego ze względu na swoją wrodzoną delikatność nie będę cytował.
Co więc nam pozostaje? Wygląda na to, że niewiele. Ja oczywiście nadal będę prowadził ten blog, licząc na to, że kogoś płynące z niego słowa wzruszą i że dzięki temu wzruszeniu jakoś przeżyję ten niełatwy czas. A my wszyscy? Nie wiem. Wygląda na to, że powinniśmy się modlić. I chyba bardziej niż kiedykolwiek, przede wszystkim za polski Kościół i naszych biskupów. Bo w tej chwili najprawdopodobniej wszystko jest w ich rękach. Chyba wciąż jeszcze tak. Bo kiedy ten czas minie, zostanie nam on. Tylko on. Taki jak tu. Dokładnie taki.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...