Nie wiem, czy ta moja przypadłość pozwoliła mi na życie spełnione, czy wręcz przeciwnie. Wprawdzie osobiście czuję się człowiekiem bardzo szczęśliwym, natomiast nie mogę mieć pewności, czy gdybym miał inny charakter, lub mój los potoczyłby się inaczej, miejsce w jakim dziś się znajduje nie było jaśniejsze i bardziej sympatyczne. I na przykład nie musiałbym prosić o wsparcie. Co mam na myśli, mówiąc o przypadłości? Otóż chodzi mi o to, że ja w sobie nie mam nic z lidera. Gdyby ktoś, w którymkolwiek momencie mojego życia ktoś mi zaproponował, żebym został kierownikiem, dyrektorem, naczelnikiem, czy jakimś prezesem, najpierw wpadłbym w panikę, a następnie powiedział, że jednak nie. I co najgorsze, nie ma takich pieniędzy, którymi można by mnie tu kupić. Nie ma takich pieniędzy, które by mogłyby kupić mój wstyd, w wypadku pierwszej kompromitacji.
A zatem, uczucie, jak to jest być szefem – pomijając niekiedy jakiś mały senny koszmar – jest mi całkowicie obce. Nawet u siebie w domu, choć akurat – przyznaję z dumą – jedyną osobą, której nasz pies słucha akurat jestem ja, to nie ja rządzę. Jest jednak coś jeszcze, co mnie niekiedy w duszy boli. Mam na myśli to, ze ja fizycznie, psychicznie, duchowo i serdecznie nie toleruję, jak ktoś mnie traktuje po dyrektorsku. Jeśli mogę na chwilę znów wrócić do życia rodzinnego, to powiem, że robi to notorycznie moja żona, i to jest maksimum tego, co potrafię zaakceptować. Drugiej żony nie jestem już w stanie zdzierżyć. Nie jestem w stanie tolerować jednego pojedynczego zachowania, gdzie jestem traktowany w sposób protekcjonalny, czy demonstracyjnie lekceważący. Ja zwyczajnie już w pierwszej sekundzie tracę cierpliwość i ogarnia mnie tu czysta, żywa desperacja, kiedy ktoś pokazuje mi moje miejsce i kiedy robi to nie ktoś ode mnie mądrzejszy, bardziej zasłużony, lub po prostu lepszy, lecz ktoś, kogo jedyna przewaga nade mną sprowadza się do tego, że akurat wyświadcza mi jakąś przysługę, lub że ja akurat od niego coś chcę. Jeśli coś takiego się dzieje, ja oczywiście walczę z sobą jak mogę, choćby dlatego, że wiem, iż jest to moja swego rodzaju skaza. Walczę z tym niekiedy zadziwiająco długo, ale wiem przy tym, że jeśli ten ktoś nie przestanie, to wszystko skończy się tak, że ja mu powiem, żeby spieprzał. I to nawet za cenę spowodowanych tym gestem zmartwień.
Opowiadał mi wczoraj pewien mój znajomy historię o jakimś swoim z kolei znajomym, któremu do pracy dali nowego dyrektora – podobno nie dość, że kompletnego idiotę, to jeszcze kogoś, z kim naprawdę było trudno wytrzymać. Znajomy ów jednak jakoś wytrzymywał, znosił jego obecność i nawet zachowania, cierpiał jak nie wiem, aż któregoś dnia dyrektor ów zaprosił znajomego do siebie do gabinetu, poprosił by usiadł, a później jakimś wyjątkowo irytującym tonem zapytał go: „No i co, panie kolego, niech pan powie, co pan sobie o mnie myśli?” Ton musiał być na tyle trudny do zniesienia, że znajomy mojego znajomego – świetnie rozumiejąc oczywiście konsekwencje swojego kroku – powiedział: „Myślę, ze jest pan skończonym ciulem”. Dosłownie tak. No i oczywiście na drugi dzień stracił pracę. Oczywiście.
I to jest właśnie to, co mam na myśli, mówiąc o tym, że ja bardzo źle znoszę konieczność pokornego powstrzymywania się od reakcji na złe traktowanie. Tyle jednak na razie o mnie. Pora na samo traktowanie. I o dyrektorów. Nie wiem, czy czytelnicy tego bloga, a jeśli tak, to czy w dużej liczbie, znają ze swojego życia sytuację, kiedy to nasz dobry znajomy, lub wręcz kolega, czy kumpel, zostaje szefem, i to w dodatku naszym. Mnie to coś przytrafiło się raz w życiu, ale też zdarzyło się to pani Toyahowej, pewnemu mojemu kuzynowi, i dość wielu bliższym i dalszym znajomym. Otóż oni wszyscy w pełnej rozciągłości potwierdzają moje na tym polu doświadczenia. A są one takie, że ten nasz kumpel, czy znajomy, w momencie jak zostaje naszym szefem, natychmiast staje się pierwszej wody sukinsynem i idiotą.
Oczywiście ja zdaję sobie sprawę – i mam nadzieję, że i ci, co te słowa czytają, również – że zarówno ów „sukinsyn” jak i „idiota” nie odnoszą się bezpośrednio i dosłownie do osoby tego kolegi-dyrektora, ale do samego sposobu w jaki my na niego patrzymy. Jest bowiem tak, że on, zostając tym dyrektorem, zaledwie po paru tygodniach zaczyna zachowywać się w sposób, który dla nas jest zachowaniem sukinsyna i idioty. On w normalnym życiu może i jest dalej taki sam jak był zawsze, natomiast w tym jego dyrektorowaniu jest coś, co powoduje, że nagle on w sobie kumuluje wszystko co w człowieku najgorsze. I zaczynamy go nienawidzić.
Ktoś powie – zwłaszcza pewnie ktoś, kto właśnie został dyrektorem – że wina leży po naszej stronie. Że nam się wydaje, że to jest nadal nasz kumpel, podczas gdy on ma już większą odpowiedzialność, więcej obowiązków, mniej dla nas czasu, no i przede wszystkim wystarczająco dużo zmartwień, by niekiedy może i nawet być zmęczony, a przez to trochę bardziej nerwowy. Otóż nie. To wszystko oczywiście jak najbardziej się dzieje, ale mi akurat nie o to chodzi, że on już nie chce być naszym kumplem. Ani o to, że my bardzo chcemy. Kiedy mówię, że on się staje nagle zwykłym sukinsynem, to mam na myśli sytuację, że on już właściwie po paru tygodniach swojego szefowania, wpada w taki stan, który mu każe – i to każe niemal zawsze – w każdej sprawie, z jaką do niego przychodzimy, mówić nam coś w stylu: „Proszę cię, stary, nie zawracaj mi teraz głowy”. A i to tylko w wersji soft. Bo tych odzywek jest znacznie więcej, i mógłbym je tu wyliczać. „Ile razy ci mówiłem, żebyś z takimi sprawami do mnie nie przychodził?” Albo: „Czy ja, kurwa, mam za was wszystko robić?” Albo: „Proszę cię, stary, przynajmniej dziś mnie nie wkurwiaj”.
Co to jest za cholera? Czy może gdzieś tam w tych dyrektorskich rejonach, oni mają jaką specjalną komórkę, gdzie każdy z nich od razu musi się zgłosić po odbiór kompilacji tego typu odzywek, z zaleceniem nauczenia się ich wszystkich na pamięć w ciągu najbliższych dwóch tygodni? Nie wiem, natomiast faktem jest, że większość z nich działa tu jak zaprogramowani, nakręceni i wprawieni w ruch. Faktem jest też to – i tu wracam do swojej osobistej sytuacji – że ja w całym swoim życiu nie posiadłem odporności na tego rodzaju rytuał. I być może znalazłbym w sobie jakiś mechanizm, który by mnie tu jakoś chronił, gdyby nie jeszcze coś, co sprawia, że dla mnie przynajmniej sprawa staje się całkowicie beznadziejna. Chodzi mi o to, że przy tym wszystkim, co opisałem wyżej, dochodzi do jeszcze czegoś, co przy moich, wspomnianych na początku, kompleksach, jest dla mnie autentycznym piekłem. Jest mianowicie też u świeżoupieczonych dyrektorów coś takiego, co nie pozwala im słuchać, co się do nich mówi. Oni – choćby wcześniej byli najinteligentniejszymi i najbardziej wrażliwymi ludźmi – z dnia na dzień tracą całkowicie umiejętność słuchania i rozumienia.
Mieliśmy przyjść za dwie godziny. Przychodzimy po tych dwóch godzinach, nasz kolega-szef patrzy na nas nieprzytomnym wzrokiem i pyta: „Co znowu?” Mówimy mu, że własnie minęły dwie godziny, a on rozkłada demonstracyjnie bezradnie ręce i jęczy: „Dwie godziny to 120 minut, stary, a nie 15”. I dodaje: „Mnie tu płacą za bycie dyrektorem, a nie niańką dla dzieci, które nie znają się na zegarku”. Mówimy mu cierpliwie raz jeszcze: „O ósmej mówiłeś, żeby przyjść o dziesiątej, jest po dziesiątej, to przychodzę”. Nasz szef na to wbija w nas tępy wzrok i mówi: „Czy ty myślisz, ze ja może jestem idiotą? A może byś tak trochę popracował, zamiast się snuć po korytarzach i kombinować, co by tu zjeść?” Więc my z kolei patrzymy na niego, i w naszej głowie krąży już tylko jedna myśl. Żeby powiedzieć mu, że jest durniem, że mamy go dość i że niech spieprza. Następnie wyjść i wrócić za chwile z wymówieniem. No i któregoś dnia to robimy. To znaczy nie wszyscy. Większość się męczy do emerytury. Ja owszem.
To znaczy nie wychodzę, bo nie bardzo mam okazję. Zdarzyło mi się to dwa razy i wystarczy. Natomiast, skoro już wspominam wciąż o swoim życiu, to powiem jeszcze, że ono tak się potoczyło, że wprawdzie nigdy nie byłem kierownikiem, ale też właściwie nigdy – pomijając około dziesięciu lat pracy w szkole – nie miałem szefa. Tak jakoś układało mi się życie, że zawsze starałem się być na swoim i zawsze to sobie bardzo ceniłem. Przy okazji jednak, w miarę upływu lat, stawałem się coraz bardziej radykalny jeśli idzie o mój stosunek do opisanych wyżej rytuałów. Bo, trzeba nam wiedzieć, to coś nie dzieje się tylko na płaszczyźnie biurowej, czy gabinetowej. Nie jest wcale tak, że człowiek narażony jest na impertynencje ze strony tylko swoich bezpośrednich szefów. To się dzieje przez całe życie wszędzie. Niedawno zaszedłem do sklepu Saturn i postanowiłem sobie kupić taki czteropłytowy box Milesa Davisa z orkiestrą Gila Evansa. Podszedłem do chłopaka, który tam obsługiwał i poprosiłem go, żeby mi otworzył to pudełko, żebym mógł zobaczyć jak to wygląda. On bez słowa odlepił tę folię, dał mi pudełko, ja je otworzyłem i zauważyłem, ze te dyski są tam umieszczone w jakiś bardzo dziwny, nieznany mi wcześniej sposób. Zapytałem więc chłopca, czy nie wie, jak się te płyty wyjmuje. On wziął to do ręki i zaczął się męczyć. W końcu wyjął jedną z nich, wsadził z powrotem, znów wyjął, wsadził z powrotem, dał mi to pudełko i rzucił: „Musi pan uważać”. Więc pytam go: „Trochę się pan męczył. Myśli pan, że ja sobie poradzę” A on mi na to: „Tego nie mogę wiedzieć. Ja pana nie znam. Nie wiem, co pan umie, a co nie”.
Nie powiem, co mu powiedziałem, bo to nie ma większego znaczenia. Ale dziś tę historię opowiadam, bo to jest właśnie to. To jest stan, jaki osiąga człowiek, kiedy znajdzie się w sytuacji, że ktoś coś od niego chce, a on sobie z tego świetnie zdaje sprawę. Oczywiście, to dziecko w Saturnie to jakiś wół, którego los skierował na ten odcinek i który pewnie już tam zostanie do końca swoich dni. Podobnie jak te dziewczyny w warszawskim McDonaldach, czy dyżurny na pogotowiu w Łodzi, czy asystenci na Uniwersytecie Śląskim. Prawdziwi szefowie, to są ludzie poważni i z dorobkiem. Mechanizm jest jednak wciąż ten sam. I ja go nie toleruję. I to jest między innymi powód, dla którego moje teksty będą dostępne już tylko tu, na tym blogu. Gdzie jeśli z kimś się zepnę – a zdarzy się to pewnie nie raz i bardzo brutalnie – to na dokładnie identycznych zasadach i warunkach. Demokratycznie. Gdzie ja mogę nie pisać, a ten ktoś może nie czytać. I tak jest dobrze.