Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lutego 2019

Dlaczego Frank Pentangeli nie zdecydował się na zwykłe dziadostwo?


       Wbrew moim nadziejom i wynikającym z niej zapowiedziom, wygląda dziś na to, że nie dam rady ukończyć przed kwietniowymi targami kolejnej książki. To znaczy, druga część „Listonosza” oczywiście jest gotowa i czeka już tylko na ruch Coryllusa, natomiast faktycznie  bardzo słabo wyglądają aktualne szanse drugiego z dwóch zapowiadanych tytułów. Czemu tak? Przede wszystkim rzecz w tym, że owe trzy tygodnie grudnia były tak intensywne, że chyba nawet gdybym miał talent pisarza Remigiusza Mroza, też bym nie dał rady. Drugi powód jest chyba jednak jeszcze ważniejszy. Otóż, jak niektórzy wiedzą, 11 stycznia urodziła mi się moja druga wnuczka i od tego czasu, dla odciążenia jej mamy, postanowiliśmy się bardzo intensywnie zaopiekować jej starsza siostrą. Spędza więc ona u nas znaczną część tygodnia i tym sposobem nawet gdybym miał talent Mroza i w dodatku był pełen twórczej energii, to też bym ją wolał spożytkować na zadawanie się z moją wnuczką.
       Myślę, że niektórzy z nas wiedzą, czy to z rodzinnych opowiadań, czy choćby z literatury i filmu, czym jest tak zwane „dziadkostwo” w sensie emocjonalnym. Ja również, wydawałoby się, miałem tego śwadomość, jednak, jak się okazuje, tak naprawdę wiem to dopiero od paru tygodni. Proszę mi pozwolić, że przedstawię ów stan rzeczy na przykładzie. Wczoraj więc z moją wnuczką byłem od rana sam na sam i wszystko zaczęło się od śniadania. Otóż wiedząc, że najpewniejszym rozwiązaniem jest jej dać kabanosa, wyjąłem z lodówki owego kabanosa, pokroiłem go w cieniutkie plasterki i zacząłem dziecko karmić. Po pewnym czasie uznałem, że może wypadałoby jej dołożyć do tego odrobinę pieczywa, wyjałem więc kromkę specjalnie dla niej przez moją żonę upieczonego chleba, pokroiłem ją na małe kwadraciki… jednak dziewczynka odwróciła główkę z pogardą. Wymyśliłem więc, że może ona się skusi na jajecznicę, którą zawsze jadła bez oporów, usmażyłem jajeczko, podałem na talerzyku, jednak ona pozostała przy kabanosie, a zimne już jajo zjadłem sam, zagryzając chlebem. Ponieważ po śniadaniu wypada się czegoś napić, poczęstowałem dziecko sokiem z pomarańczy, osobiście na tę okazję wyciśniętym - niestety na nic. W tej sytuacji, doszedłem do wniosku, że jedynym ratunkiem będzie płyn „Kubuś” do wyciskania - no wiecie, taki z nakrętką, jak pasta do zebów. Dałem jej tego „Kubusia”, odwróciłem się na chwilę by patelnię po jajecznicy włożyć do zmywarki, a kiedy wróciłem do swojej wnuczki, okazało się, że cały kubuś był rozsmarowany na krzesełku w formie fantazyjnych linii.
      I teraz przechodzę do clue. Otóż, proszę soboie wyobrazić, że przez cały ten czas, nawet powieka mi nie drgnęła z irytacji. Gdyby to było moje dziecko, pewnie bym je zabił, tu jednak jedynie się słodko uśmiechnąłem, pocałowałem dziewczynkę w paluszek, wytarłem ścierką krzesełko, dziecko postawiłem na podłodze i poszedłem się z nią bawić w skakanie po łóżku. A zatem, gdyby ktoś dotychczas nie miał tego pełnej świadomości, na tym własnie polega dziadostwo.
     To jednak prowadzi mnie do spraw mniej już poważnych. Otóż dzięki tego rodzaju dziennym zajęciom, wczorajsze wydarzenia społeczno-polityczne obserwowałem wyłącznie krótko i z doskoku. Tym samym zatem, o kolejnym wybryku tej idiotki dowiedziałem się z relacji znajomych, o polityce miłości Stefana Niesiołowskiego podobnie, a z przesłuchania przed komisją sejmową Roberta Nowaczyka obejrzałem zaledwie jakieś 20 minut, to jednak wystarczyło mi w pełni do tego, by ogarnęła mnie tak potężna fala refleksji, że starczyłaby na cały tydzień. Kto to oglądał ten wie, kto nie oglądał, niech sobie zajrzy do youtube’a, ja natomiast muszę przyznać, że już po paru minutach tego cyrku przypomniała mi się scena z drugiej części „Ojca Chrzestnego”, kiedy to FBI postanawia zniszczyć rodzinę Corleone i na przesłuchanie przed Senatem przyprowadza gangstera o nazwisku Frank Pentangeli, który wlaśnie zgodził się zeznawać jako świadek koronny przeciwko Rodzinie.  No i w momencie kiedy rozpoczyna się przesłuchanie, Pentangeli widzi, że specjalnie na okazję tego zdarzenia Michael Corleone sprowadził z Sycylii jego rodzonego brata, wyłącznie po to, by Pentangeli zobaczył, co się stanie, jeśli on się natychmiast nie zreflektuje i nie odmówi zeznań. A więc on zeznań naturalnie odmawia i zaczyna się jedna z najśmieszniejszych scen w tym ponurym przecież w gruncie rzeczy filmie.
        Oglądałem te kilka minut popisów Nowaczyka, wspominałem tamten film i tamtą scenę i pomyślałem sobie, że gdybym ja był członkiem owej sejmowej komisji i musiał być świadkiem tych wygłupów, to bym Nowaczyka zapytał, czy on oglądał „Ojca Chrzestnego”, czy pamięta tamtą scenę, ale przede wszystkim, czy pamięta, co się stało potem. Czy pamięta tę scenę, kiedy to Pentangeli już siedzi w więzieniu, odwiedza go Tom Hagen i zapewnia, że może być spokojny, bo Rodzina o wszystko i wszystkich zadba. Panowie się żegnają, a już w nastepnym ujęciu widzimy, jak Pentangeli leży z podciętymi żyłami nieżywy w wannie. I jestem bardzo ciekawy, czy gdybym - oczywiście jako członek wysokiej komisji - zadał Nowaczykowi to pytanie, on by wreszcie przestał pajacować. Myślę że by przestał i że tej kretyński uśmiech zlazłby mu z twarzy.
        Kiedy się tak zastanowić, ta polityka, mimo naprawdę wielu fajnych przygód, a często i nie bylejakich pieniedzy, to jednak ciężki kawałek chleba. To już naprawdę jest czymś o wiele przyjemniejszym zmienianie pieluch z kupą w środku. Co ja mówię, przyjemniejszym? Toż to prawdziwa frajda.



Jak donoszą mi czytelnicy, właśnie sprzedały się moje „listy od Zyty”, co z jednej strony mnie cieszy, bo przy tym poziomie zorganizowanego bojkotu tej ksiażki, to jest prawdziwy sukces. Z drugiej jednak strony, szkoda, bo to jest naprawdę coś wyjątkowego. Pozostaje mi prosić Coryllusa, by zrobić choćby niewielki dodruk. Póki co, myślę, że kilka egzemplarzy może mieć Michał w swoim Foto-Magu, a jeśli nie, to już tylko zachęcam do kupowania tego, co jeszcze jest.
      

wtorek, 10 lipca 2018

O tych co zamienili oko i ząb na kijek


Najpierw dwie wiadomości, obie złe. Pierwsza jest taka, że oto skończył się nakład książki „Palimy Licho, czyi o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” i z tego co mi obiecuje Gabriel, dodruku nie będzie. Druga to ta, że nawet nie został mi egzemparz autorski, więc będę sobie musiał go gdzieś kupić, co, sami przyznacie, wygląda dość głupio. A teraz dwie kolejne wiadomości, z których tylko jedna na szczęście jest zła. Skończył się kolejny dodruk „Listonosza” i tu również, przynajmniej narazie, dodruk nie jest planowany, co oczywiście dla niektórych może być wiadomością przykrą, natomiast dobra jest taka, że mam u siebie jeszcze sześć egzemplarzy, więc zachęcam do pośpiechu. Kontakt jest znany: k.osiejuk@gmail.com.
Bardzo chciałem dziś napisać tekst o niedźwiadku Paddingtonie, jednak już wtorek, a tekst z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” wciąż czeka, a zatem Paddington będzie, mam nadzieję, jutro, a dziś o apokalipsie, na szczęście nie naszej.     

      Oto zupełnie niespodziewanie, w sezonie, gdzie można się co najwyżej spodziewać albo słońca, albo deszczu, gruchnęła wiadomość, że w ciągu najbliższych paru lat na wolność wyjdą gangsterzy lat 90. i w związku z tym Polska wróci do czasów gdzie porwania, wymuszenia i zabójstwa stały na porządku dziennym. Jak najbardziej postępowy portal tvn24.pl oddaje głos jednemu z pozostających na wolności i czekającemu na powrót zarówno swoich kolegów, jak i ludzi, którzy nie marzą o niczym innym jak o tym, by go zastrzelić, lub przynajmniej obciąć mu wszystkie palce, nos i uszy, a ten oznajmia co następuje:
      Myślę, że do trzech lat to wyjdą wszyscy. Będzie duża konkurencja, uprowadzenia ludzi z innych grup. Będą mieli po prostu o co walczyć”.
      Po gangsterze zabiera głos były policjant i tylko potwierdza diagnozę swojego kumpla z placu broni:
     Dawni członkowie gangu mokotowskiego czy pruszkowskiego nie potrafią robić nic innego poza tym, co już robili. Oni zatrzymali się mentalnie na 2000 roku. Wyjdą i znów to będą robić”.
     I to jest, moim zdaniem, wiadomość naprawdę poważna. Mieliśmy niedawno, przy okazji 25 rocznicy odzyskania niepodległości, ale także wstąpienia do tak zwanej Europy, falę spekulacji, co to będzie gdy z więzień zaczną wychodzić nie gangsterzy, którzy nas akurat mają w nosie, ale autentyczni psychopaci, którzy nie są w stanie przeżyć jednego dnia bez tego, by nie zgwałcić a następnie nie zamordować jakiegoś dziecka. No i chwilę potem dowiedzieliśmy się, że polskie państwo zadbało o nasze bezpieczeństwo i przy pomocy ustawy o tak zwanych bestiach, zagwarantowało nam, że ci najbardziej niebezpieczni z nich nie wyjdą na wolność do końca świata, a więc nie będziemy się musieli niczym, poza zwykłym być może poczuciem braku sprawiedliwości, martwić. Doszło i do tego, że nawet kiedy media poinformowały, że niesławny wampir z Bytowa poznał miłość swojego życia i wziął ślub w swoim nowym mieszkanku, też wiedziliśmy, że poza bezsilnym zaciskaniem pięści, nie mamy powodu do jakichś szczególnych wzruszeń.
     Tu tymczasem wygląda na to, że bestia bestii nierówna, a zatem musi nadejść czas, gdy ani my, ani przede wszystkim nasze zawsze pozostające w pełnej gotowości media, nie będziemy mieli powodu do narzekań, że jest jakoś nudno.
     No i w ten sposób dochodzimy do punktu, gdzie nie pozostaje nam nic innego jak po raz kolejny zadumać się nad niewyjaśnioną od początku świata zagadką, czym jest sprawiedliwość. I jakkolwiek byśmy nie liczyli, znów wychodzi na to, że owa twarda jak skała zasada „oko za oko, ząb za ząb”, nawet jeśli w relacjach międzyludzkich kompletnie bezużyteczna, a kto wie, czy nie grzeszna, gdy chodzi o tak zwany ład społeczny, nie ma nad sobą nic równie słusznego, prawdziwego i gwarantującego, że ten nasz świat w pewnym momencie nie popadnie w kompletny chaos.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl ewentualnie tu do mnie, jak już zaznaczyłem wcześniej. A jeśli kto mieszka w Warszawie, to do sklepu Foto-Mag, w Alei KEN, podobno tuż obok stacji metra. Nie znam się.
      
    

piątek, 13 października 2017

Czy powstanie specjalna komisja w sprawie niemoralnego prowadzenia się Harveya Weinsteina?

      Jak znakomicie wiedzą czytelnicy tego bloga, systemowo zajmujemy się tu niemal wyłącznie tym, co się wyprawia u nas w kraju, zupełnie tak, jakby świat zewnętrzny dla nas nie istniał. Tymczasem jest tak, że i tam dzieją się rzeczy nie dość, że warte uwagi, to jeszcze wcale nie tak odległe od owego zakłamania, które tak tępimy, a którego powracające przykłady dają nam powody zarówno do uśmiechu, jak i, niestety, również przykrego zażenowania. A zatem, proszę sobie wyobrazić, że w ostatnich dniach zarówno Stany Zjednoczone, jak i konsekwentnie cały świat, zadrżały w posadach w związku z ujawnieniem przez dziennik „New York Times” informacji na temat niemoralnego prowadzenia się słynnego hollywoodzkiego producenta, Harveya Weinsteina. Krótko mówiąc, chodzi o to, że Weinstein, jako jedna z najważniejszych osób w branży wykorzystywała seksualnie aktorki, których kariera w ten czy inny sposób była uzależniona od podejmowanych przez niego decyzji. Na nas wszystkich, którzy się tu od lat spotykamy, tego typu skandal może robić wyłącznie wrażenie gangsterskich porachunków, i to w dodatku prowadzonych na wybitnie niskim poziomie. W końcu wydawałoby się, że dla każdego człowieka, który zachowuje jako taką przytomność, gdy chodzi o świat, który nas otacza, to że taki Harvey Wenstein mógł robić ze swoimi aktorkami wszystko, co mu przyszło do głowy, czy jakiejkolwiek innej części ciała, stanowi coś oczywistego w sposób absolutnie oczywisty. Tymczasem od kilku dni przeżywamy rzekomo niebywały wręcz skandal, bo nagle się okazuje, że Weinstein molestował seksualnie żony Brada Pitta i Chrisa Martina, a one biedne nie miały siły, by mu się temu potężnemu Żydowi przeciwstawić.
      Otóż ja nie wiem, za co branża – a kto wie, czy nie wielka polityka – postanowiła dziś Weinesteina ostatecznie ukatrupić i powiem szczerze, że mnie to w najmniejszym stopni nie interesuje. Podobnie jak nie interesują mnie te wszystkie zawodzenia związanych z branżą osób, dziś tak podobno wstrząśniętych wiadomościami, jakie do nich dotarły. Faktem jest jednak, że to iż ktoś tam się nagle postanowili wziąć akurat za Weinsteina uważam za wydarzenie nadzwyczaj interesujące. Jeśli człowiek tak potężny jak Harvey Weinstein zostaje niemal z dnia na dzień zniszczony od góry do spodu, to znaczy, że przyszło mu trafić na kogoś naprawdę nie bylejakiego, no i że na tego rodzaju cios musiał sobie bardzo mocno zasłużyć. No ale także i to, kto Weinsteina postanowił ukarać, i za co, również nas nie musi interesować. Dla nas bowiem najważniejsze są kwestie zupełnie podstawowe, a więc choćby owo zakłamanie, które całemu temu zamieszaniu towarzyszy. My tu więc pewnie bylibyśmy o wiele bardziej ciekawi nie tego, co Harvey Weinstein miał do swoich aktorek, ani nawet tego, czy za tą aferą stoi madame Clinton, prezydent Trump, czy jeszcze ktoś, kogo nazwiska nie znamy, ale jak to jest w ogóle możliwe, że na tego rodzaju bezczelność, z jaką oni nam się każą tymi swoimi sprawami interesować, my nie reagujemy zwykłym splunięciem.
       A jeśli wspominam o bezczelności, to zapewniam, że mam swoje powody. Oto w Internecie, który ostatnio jest już chyba ostatnim źródłem niezależnych opinii, niemal natychmiast po tym, jak wiadomość o owym rzekomym skandalu została odpowiednio ogłoszona, ukazał się filmik przedstawiający  nominacje do Oscarów jeszcze w roku 2013 za najlepsze żeńskie role drugoplanowe. I oto w pewnym prowadzący ceremonię Seth MacFarlane dowcipnie mówi: „A więc wszystkie nominowane panie mogą mieć od dziś pewność, że już więcej nie będą musiały udawać, że są zakochane w Harveyu Weinsteinie”. I co słyszymy w tym momencie? Perlisty śmiech zgromadzonej w Dolby Theater publiczności, a wraz z nimi całego zakochanego w kinie świata. Na filmie tego akurat nie widać, ale jestem pewien, że tam się też pokłada ze śmiechu Meryl Streep, która dziś zapewnia wszystkich, że jej akurat Weinstein żadnych propozycji nie składał, więc ona pozostawała przez ten cały czas w słodkiej nieswiadomości.
      Ktoś się zapyta, po jasną cholerę ja Bogu ducha winnym ludziom zawracam głowę jakimś Hollywoodem. Otóż to wcale nie chodzi o Hollywood. Historia z Weinsteinem to zaledwie symbol czegoś znacznie bardziej uniwersalnego. Dzisiejsza notka to tak naprawdę kontynuacja tego, o czym rozmawialiśmy wczoraj, a więc tego, jak oni nas wszystkich traktują. Dzień za dniem, od rana do nocy. A my się tak fatalnie dajemy im wystawiać.
     Wczoraj wieczorem, w TVP Info w swojej codtygodniowej rozmowie z Wojciechem Cejrowskim redaktor Rachoń ujawnił, że Weinstein był zwolennikiem Partii Demokratycznej. No, no!


Przypominam niezmiennie, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl

sobota, 28 stycznia 2017

Czekając na Johna Wayne'a

      Jarosław Kaczyński zapowiedział zrównanie z ziemią owej patologii, funkcjonującej u nas od lat pod nazwą: „Nikt nas stąd nie usunie” i natychmiast podniósł się powszechny wrzask, tyle że gdyby ktoś się spodziewał wśród tego zgiełku usłyszeć szczere wyznanie, że, owszem, my tu walczymy o życie, może o tym od razu zapomnieć. Jedyny argument, jaki wyciągają na swoją obronę owi wieczni prezydenci, burmistrzowie, czy diabeł jeden wie, jak się te ich żałosne funkcje nazywają, to ten, że oni na swoje stanowiska zostali wybrani przez niczym nieskrępowany lud, no a poza tym ów wybór był jak najbardziej słuszny, zasłużony i z nieocenioną korzyścią dla miasta.
     A ja od razu zmuszony jestem przyznać, że wobec tego rodzaju szantażu, wszyscy ci, którzy – że zacytuję pewną starą piosenkę – widzą, słyszą i czują, stają całkowicie bezradni. I to wcale nie dlatego, że z demokracją, jak wiemy, się nie dyskutuje, ale dlatego, że prędzej czy później trzeba nam będzie przyznać, że jeśli tylko konsekwentnie poprowadzimy swoją linię argumentacji, będziemy musieli przyznać, że w znacznej części jesteśmy do tego stopnia głupi, że naprawdę na nic lepszego nie zasłużyliśmy. A tego, poza samymi zainteresowanymi, nikt nam nie daruje
     Ja na szczęście z tym nie mam najmniejszego kłopotu, a zatem bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia oświadczam, że taka jest właśnie prawda. W znacznej części jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, a więc głupi, naiwni i gnuśni, fakt ten jest bezlitośnie i w sposób najbardziej bezczelny, przez tę bandę oszustów i złodziei wykorzystywany, my się oczywiście tego zażarcie wypieramy, w efekcie czego oni mają do końca zapewnione wszelkie możliwe przywileje, a nam najwyżej pozostaje sobie raz na jakiś czas ponarzekać. Parę dni temu w TVP odbyła się dyskusja na ten temat i jeden z gości – nie wymienię nazwiska, by nikt mi nie zarzucił, że popadłem w obsesję – przedstawił opinię, że praktyczna nieusuwalność z urzędu dotychczasowych burmistrzów, czy prezydentów, jest spowodowana tym, że walczące ze sobą Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość nie są w stanie wystawić przeciwko nawet najbardziej skompromitowanym urzędnikom nikogo, kto byłby w stanie zmierzyć się z ową nieszczęsną inercją i dać nam jakąkolwiek nadzieję na zmianę. Otóż to jest dokładnie taka sama nieprawda, jak całe to kłamstwo, na którym ów system tak zwanej „lokalnej samorządności” od lat się opiera, czyli próba wmówienia nam, że to gówno, w jakim zostaliśmy zanurzeni, to jest wszystko, na co nas stać i czego możemy od życia oczekiwać. Tymczasem rzecz polega na tym, że w obecnym systemie, choćby nawet doszło do sytuacji tak absurdalnej, że na każdym możliwym lokalnym szczeblu Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość wystawiła przeciwko komuś takiemu jak prezydent Sopotu kandydata absolutnie wybitnego i najlepszego, on też by z tym całym Karnowskim przegrał. I to wcale nie dlatego, że nawet najlepszy kandydat spoza lokalnych struktur, jest gorszy od tak zwanego „samorządu”. Faktyczny problem polega na tym, że po tych wszystkich latach niczym nieograniczonej władzy, wspomniany Karnowski zdołał zgromadzić w swoim ręku wystarczająco dużo instrumentów, które sprawią, że gdy dojdzie do demokratycznych wyborów, nikt nawet nie piśnie. W najgorszym wypadku frekwencję zrobią ludzie z Karnowskim biznesowo i rodzinnie związani, i to oni wszystko załatwią.
      Żeby, postępując zgodnie z dotychczasowym prawem, pozbawić – trzymajmy się może tego akurat przykładu-symbolu – Karnowskiego urzędu, trzeba by było w jakiś absolutnie cudowny sposób kazać większości mieszkańcom Sopotu zaangażować się w sprawy publiczne bardziej, niż oni mają na to ochotę, lub – co może jeszcze ważniejsze – do czego oni dziś czują się zachęcani. Bez tego, większość z nich, wychodząc z założenia, że, póki co, jakoś człowiek sobie daje radę, albo machnie na ten cały cyrk ręką, albo zagłosuje za zachowaniem status quo. Bo czemu niby nie?
     Bo, tak jak wspomniałem już wcześniej, ludzie są jacy są i tego nie zmienimy. Jeśli chcemy, by większość społeczeństw postępowała zgodnie z publicznym interesem, musimy, doprowadzić ludzi do tego przy pomocy prawa, albo przez najbardziej perfidną propagandę, prowadzoną na takim poziomie, by jej uległ nawet największy idiota. A więc przez tyle już razy tu wspominany pop. A to naprawdę nie jest takie proste. Karnowski, Majchrowski, Dutkiewicz, Waltz, czy Adamowicz mieli wystarczająco dużo czasu, by cały ten system odpowiednio zorganizować i zapewnić mu skuteczne działanie. My, dopóki przeciwko temu nie zaangażuje się z całą brutalnością państwo, wobec tego terroru pozostajemy bez szans.
      A zatem, przyznając z pokorą, że z wszystkimi swoim słabościami pozostajemy póki co bezradni, nie mamy innego wyjścia, jak zwrócić się o pomoc do tych, którzy ją nam oferują i liczyć na to, że – tak jak to często miało miejsce w przeszłości – oni wykonają tę robotę za nas. By zobaczyć, jak to wygląda w praktyce, wystarczy sobie przypomnieć klasyczne westerny z Johnem Waynem.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Nawet jeśli ktoś już swój egzemplarz ma, nigdy nie zaszkodzi pomyśleć o lokalnej społeczności.

      

wtorek, 27 września 2016

O Richardzie Kuklińskim i jego wyprawie do piekła

              Ponieważ na poziomie aktualnej polityki nie dzieje się nic godnego uwagi, film o „Smoleńsku” za nami, kolejny film, tym razem o Wołyniu wciąż przed nami, a poza tym ten akurat temat znakomicie rozpracowuje na bieżąco Coryllus, pozostaje mi pisać albo o aktorach i ich adoptowanych dzieciach, albo o innych fascynujących historiach z miejsc, do których na szczęście nie mamy bezpośredniego dostępu. W tej sytuacji proponuję historię, którą dla swojego znakomitego magazynu „Tajna Historia” zamówił u mnie Piotr Bachurski, na temat pewnego Ryszarda Kuklińskiego. A jeśli ktoś myśli, że tu chodzi o TEGO Kuklińskiego, jest w bardzo ciężkim błędzie. Proszę posłuchać.


      Zdaję sobie sprawę z tego, że to co teraz powiem, może zabrzmieć zbyt prowokacyjnie, zakładam jednak, że wśród Czytelników „Tajnej Historii” znajduje się wystarczająco wielu miłośników kultowej już sagi o rodzinie Corleone, a zatem więc i osób, które doskonale wyczuwają ową cienką granicę, za którą ów niezwykły świat, gdzie wszystkie zasady tak zwanego cywilizowanego świata zostały odwrócone, staje się nie tyle przedmiotem naszego moralnego wzburzenia, co czystej fascynacji. O co chodzi? Otóż przedmiotem naszych dzisiejszych refleksji jest człowiek nazwiskiem Ryszard Kukliński, tyle że wbrew temu, co moglibyśmy sądzić, wcale nie mam na myśli „tego” Ryszarda Kuklińskiego, ale Ryszarda Kuklińskiego zupełnie innego, który z „naszym” Kuklińskim miał tyle tylko wspólnego, że obaj byli członkami w znacznym stopniu tajnej organizacji i obaj w jakiś tam sposób stali się bohaterami autentycznych, miejskich legend.
      Dziś zatem przyjdzie nam się tu zmierzyć z tym drugim, przynajmniej w Polsce mniej znanym, Kuklińskim, którego od tej chwili będziemy już nazywać tak jak on sam sobie życzył, Richardem Leonardem Kuklinskim, lub ewentualnie Icemanem. Myślę, że to jest zresztą bardzo dobry moment, żeby wyjaśnić ową niezwykłą ksywkę. Otóż środowisko, w którym obracał się Kuklinski, zaznaczmy od razu, że zawodowy zabójca, pracujący dla słynnej rodziny z New Jersey o nazwisku DeCavalcante, ale równie chętnie przyjmujący zlecenia od każdej z pięciu nowojorskich rodzin, postanowiło ochrzcić go tym imieniem w związku z niekiedy stosowanym przez niego zwyczajem zamrażania ciał swoich ofiar po to, by organom ścigania uniemożliwić określenie czasu ich śmierci. Ale zacznijmy od początku.
      Richard Kukliński urodził się 11 kwietnia 1935 roku w Jersey City. Jego ojcem był Stanley Kuklinski, polski imigrant, hamulcowy na kolei, mama natomiast to Anna McNally, córka irlandzkich katolików przybyłych do Ameryki z Dublina, zatrudniona w paczkowalni mięsa. Jak głoszą różne świadectwa, zarówno polski ojciec, jak i irlandzka matka, utrzymując się w przekonaniu, że katolickie wychowanie polega przede wszystkim na biciu, tłukli swojego syna praktycznie codziennie, co oczywiście musiało doprowadzić do tego, że i on sam w końcu uznał, że dyscyplinę można egzekwować tylko w jeden sposób.
      Richard miał troje rodzeństwa. Starszy brat, Florian zmarł w wyniku obrażeń zadanych mu przez ojca. Młodszy, Joseph, został skazany za gwałt i zabójstwo 12-letniej dziewczynki. Kiedy już po latach, w jednym z wywiadów zapytano Richarda, jak ocenia to, co zrobił jego młodszy brat, odpowiedział krótko: „Obaj mieliśmy tego samego ojca”. Była jeszcze młodsza siostra, Roberta, ale o niej akurat kroniki milczą, co może tylko świadczyć o niej jak najlepiej.
      Jeszcze zanim Richard Kuklinski postanowił wkroczyć na ścieżkę, która miała ostatecznie zdefiniować jego życie, pracując jako magazynier, poznał, a następnie poślubił, dziewczynę nazwiskiem Barbara Pedrici. Również w jednym z wywiadów udzielonych już po latach, Pedrici wspomniała jak pewnego dnia w samochodzie pokłóciła się ze swoim przyszłym mężem, a kiedy chciała się obrazić i sobie pójść, poczuła nagle ból w karku, zobaczyła krew i usłyszała słowa, które zapamiętała na całe życie: „To jest praktyczna lekcja, która ma cię nauczyć, że nigdy nie wolno ci mnie opuścić”.
      I faktycznie, była już z nim do samego końca. Tyle jej satysfakcji, że kiedy jako już bardzo stary człowiek umierał w więzieniu i prosił lekarzy, by zrobili wszystko, by go jak najdłużej utrzymać przy życiu, jako wierna i kochająca żona wyraziła zgodę na odłączenie.
      Barbara urodziła Kuklińskiemu troje dzieci, dwie córki oraz syna. Swojego męża opisywała jako kogoś, kto stale krążył między dwiema postawami, które można było określić jako „dobry i zły Richie”. „Dobry Richie”, jako ojciec i mąż, był czuły i troskliwy, lubiący spędzać czas z rodziną, „zły Richie”, natomiast, pojawiał się wprawdzie w domu zaledwie od czasu do czasu, jednak ze znaczną regularnością, i wówczas z niezwykłą starannością demonstrował w stosunku do żony i dzieci wszystko to, czego nauczył się od swojego polskiego taty.
      Ani żona, ani dzieci, ani tym bardziej sąsiedzi, nie mieli pojęcia, czym się Richard zajmuje. Wszystko co o nim wiedzieli, to to, że prowadzi jakieś niezwykle udane interesy, a im nic do tego. Wystarczy, że żyje się im wygodnie i w sumie bezpiecznie. Oczywiście, jak to kobieta, Barbara od czasu do czasu miała swoje podejrzenia, zwłaszcza gdy Richard potrafił wychodzić do pracy w samym środku nocy, czy zrywając się od obiadu, po czym wracał z potężną ilością gotówki. Jednak ponieważ wiedziała na pewno, że w odróżnieniu od typowego bandyty, on ani nie pije, ani nie zażywa narkotyków, ani nie przepuszcza pieniędzy w kasynach, ani jej nie zdradza, nie próbowała demonstrować swoich niepokojów.
       Richard Kuklinski był potężnie zbudowanym mężczyzną, mierzącym 196 cm wzrostu i ważącym ponad 120 kg. Prowadzone przez niego interesy, o których jego żona i dzieci wolały nie wiedzieć, były prowadzone na skalę międzynarodową i obejmowały handel narkotykami, pornografią, bronią, pranie brudnych pieniędzy, uprowadzenia, no i wreszcie, oraz przede wszystkim, zabójstwa na zlecenie. W jednym z owych wielu udzielonych już podczas pobytu w więzieniu wywiadów, Kukliński twierdził, że pierwszego zabójstwa dokonał jeszcze jako dziecko, kiedy to drążkiem na wieszaki zatłukł na śmierć kolegę, który mu dokuczał. A więc z nerwów. Już zresztą w połowie lat 50. Kuklinski miał reputację kogoś, kto zabije każdego, kto go zezłości i to pewnie w związku z tą legendą zwróciła na niego uwagę rodzina  DeCavalcante. Według autora głównej biografii Kuklinskiego, Philipa Carlo, debiutując wiosną 1954 roku, Kuklinski pojawił się na Manhattanie, szukając swoich ofiar, zawsze mężczyzn, nigdy kobiet, zawsze ludzi, którzy w jakikolwiek sposób potraktowali go nieuprzejmie. Zabijał strzałem z rewolweru, przy pomocy noża, ewentualnie tłukąc ofiarę na śmierć. Niektórych pozostawiał na miejscu, niektórych wrzucał to rzeki Hudson. Morderstwo, jak pisze Carlo, stało się dla Kuklinskiego sportem, a ciał w pewnym momencie było już tak dużo, że nowojorska policja, nie mogąc uwierzyć, ze ich autorem mogła być jedna osoba, uznała, że to pewnie lokalni pijaczkowie padają ofiarą jakichś osobistych porachunków. Tymczasem to faktycznie była jedna osoba, w dodatku taka, która owe morderstwa traktowała zaledwie jako ćwiczenie przed czymś znacznie poważniejszym.
      W innym miejscu, wspominając swoją młodość, mówił Kuklinski tak: „Kiedy tak sobie dziś o tym myślę, to wiecie co? To co w tym wszystkim podobało mi się najbardziej, to polowanie, to co tam stanowiło faktyczne wyzwanie. Samo zabójstwo miało znaczenie drugorzędne. Nie wydaje mi się, żebym czuł przy tym jakieś szczególne podniecenie. Natomiast planowanie, organizowanie wszystkiego tak, by wyszło jak najlepiej, to było coś. A im było więcej wyzwań, tym lepiej wszystko smakowało”.
      Mimo wielu prób postawienia jakiejś sensownej diagnozy odnośnie tego, jak świat mógł stworzyć takiego potwora, mimo że w badania zaangażowanych było wielu wybitnych psychiatrów i mimo że w pewnym momencie sam Kuklinski zgodził się z lekarzami, jak się zdaje, szczerze współpracować, wygląda na to, że nie udało się osiągnąć diagnozy, co do której większość byłaby zgodna. Oczywiście, dzieciństwo musiało odgrywać pewną rolę, jednak nie oszukujmy się, dzieci były bite przez swoich rodziców nie tylko w Nowym Jorku, nie tylko w ramach katolickiego wychowania i nie tylko w XX wieku, a nie jest tak, że większość z nich kończy jak Kuklinski. Jasne, nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że Kuklinski był osobą chorą psychicznie, no ale tu też wariatów na świecie jest co niemiara, a nie każdy z nich ma za sobą taką historię, jak choćby ta zrelacjonowana przez samego Kuklińskiego, kiedy został zapytany, jak to się stało, że tak wybitny gangster jak DeMeo zatrudnił go jako zabójcę. Mówi Kuklinski: „Pewnego dnia pojechałem z DeMeo na przejażdżkę samochodem i zaparkowaliśmy przy jednej z ulic. Wówczas DeMeo wskazał mi przypadkowego przechodnia, człowieka wyprowadzającego na spacer psa, i powiedział mi, żebym go zabił. Wyszedłem więc z samochodu, podszedłem do gościa i strzeliłem mu w głowę. Od tego czasu, DeMeo, jak tylko była potrzeba, zawsze wybierał mnie”.
      A zatem, niezależnie od tego, czy będziemy mówić o tak zwanej „osobowości dyssocjalnej”, czy „paranoicznej”, i tak już pewnie do końca świata nie dowiemy się, co takiego się działo w głowie Richarda Kuklinskiego, że zaprowadziło go aż w tak egzotyczne z naszego punktu widzenia rejony.
      Znów wedle relacji samego Kuklinskiego, przez kolejne 30 lat nie było miesiąca, by on osobiście kogoś nie zabił. Jak to się zatem stało, że przez tyle lat policji nie udało się wpaść na jego trop? Pierwszym tego powodem było to, że, zabijając, stosował Kukliński najróżniejsze metody, a więc strzałem z pistoletu, przy pomocy noża, przez podłożenie bomby, łyżką do opon, przez podpalenie, otrucie, uduszenie, czy wreszcie – pamiętamy, że był to potężnych rozmiarów człowiek – po prostu przez zwykłe pobicie, „tak dla utrzymania formy”. Nigdy nie ustalono, co miał Kuklinski na myśli, mówiąc o swoich „bardzo licznych” ofiarach. Sam twierdził, że było ich ponad 200, jednak oficjalna liczba nie jest znana. Jego ulubioną metoda zabijania było przez zatrucie cyjankiem potasu, ponieważ „zabijał szybko i podczas badań był trudny do wykrycia”. Kuklinski truciznę albo wstrzykiwał, albo dodawał do jedzenia, albo rozpylał aerozolem, albo po prostu aplikował bezpośrednio na skórę. Ciał pozbywał się najczęściej, umieszczając je w ogromnej beczce, ale również nie stronił od rozczłonkowywania, grzebania, lub wrzucania do bagażnika samochodu i porzucania go na złomowisku. Twierdził również, że niekiedy swoje ofiary wywoził do Pensylwanii, gdzie rzucał jeszcze żywe wielkim szczurom na pożarcie. Opowiadał również, że często nagrywał te sceny na taśmę filmową, po to, by mieć wyższe szanse przetargowe przy kolejnych kontraktach. Według jego słów, po obejrzeniu jednego z tych filmów, DeMeo wyraził opinię, że Kuklinski „to człowiek bez duszy”.
      Jak już wspomnieliśmy, historia Richarda Kuklinskiego została już wielokrotnie opowiedziana, czy to w tekstach autorów, którzy uznali ją za na tyle fascynującą, że wartą spisania, czy przez samego Kuklinskiego podczas wielu licznych wywiadów. W oparciu o jego biografię, powstał nawet dość popularny film zatytułowany „The Iceman”. A więc moglibyśmy tę naszą opowieść ciągnąc jeszcze bardzo długo, opisując w sposób odpowiednio barwny i poruszający najsłynniejsze z jego czarnych wyczynów. Jednak uznając, że już i to, co zostało powiedziane dotychczas daje nam odpowiednio wyraźny i mocny obraz, przejdźmy może do dnia, kiedy Richard Kuklinski został wreszcie zatrzymany.
      Jak to się zwykle w tego typu sytuacjach dzieje, na początku owego końca stał szereg popełnionych przez samego Kuklinskiego błędów. Badając serię pojedynczych zabójstw, FBI zdołało je wszystkie połączyć nazwiskiem Kuklinskiego i w roku 1985 rozpoczęła się ostateczna akcja pod kryptonimem „The Iceman”. Detektywowi o nazwisku Pat Kane oraz agentowi specjalnemu Dominikowi Polifrone, przy współpracy z bliskim przyjacielem Kuklinskiego, niejakim Philem Solimene, udało się zbliżyć do Kuklinskiego. Polifrone, przedstawiajony Kuklinskiemu jako płatny morderca nazwiskiem Dominic Michael Provenzano, poprosił Kuklinskiego o pomoc w zabójstwie i nagrał Kuklinskiego, kiedy ten opowiadał z detalami, w jaki sposób zamierza przeprowadzić akcję. 17 grudnia 1986 roku doszło do ponownego spotkania Kuklinskiego z Polifrone, podczas którego Polifrone miał mu dostarczyć odpowiednią ilość cyjanku, który miał posłużyć do zabójstwa pewnego działającego pod przykryciem agenta. Kuklinski jednak sprytnie wypróbował dostarczoną truciznę na jakimś zbłąkanym psie, a kiedy okazało się, że pies się ma świetnie i prosi o jeszcze, Kuklinski nabrał podejrzeń, że ma do czynienia z prowokacją, zrezygnował z dalszego udziału w akcji i poszedł do domu. Został aresztowany dwie godziny później. Przy okazji, w jego samochodzie znaleziono rewolwer i żonę, którą przez to, że chciała policji przeszkodzić w zatrzymaniu, również aresztowano. Kuklinski został oskarżony o pięć morderstw, sześć przestępstw związanych z nielegalnym posiadaniem broni, o jeden napad rabunkowy i jedną próbę napadu, po czym odebrano mu paszport i zwolniono z aresztu za poręczeniem w wysokości 2 mln dolarów. W marcu roku 1988 jury uznało Kuklinskiego winnym zaledwie dwóch zabójstw, ponieważ jednak nie zdołano udowodnić, że ich bezpośrednim wykonawcą był sam Kuklinski, uniknął on obowiązującej wówczas jeszcze kary śmierci i został skazany na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o zwolnienie w wieku 110 lat. W roku 2003, Kuklinski przyznał się do zamordowania w roku 1980 nowojorskiego policjanta Petera Calabro, za co do wyroku dołożono mu jeszcze 30 lat więzienia.
      Ktoś się pewnie zastanawia, czy kiedy Kuklinski wspominał po latach swoje zbrodnie, zdarzało mu się czegoś żałować. Otóż najczęściej nie. Nawet kiedy opowiadał, jak to pewnego dnia chciał sprawdzić skuteczność działania kuszy i strzelił w głowę przypadkowo napotkanemu mężczyźnie, jedyna refleksja ograniczała się do stwierdzenia, że strzała wbiła się tylko do połowy. Jednak jest coś co, jak się zdaje, dręczyło Kuklinskiego przez lata. Oto, jak sam wspomina ów incydent:
     „Gość błagał mnie, żebym go nie zabijał. Prosił, coś obiecywał, chyba nawet się modlił. Wciąż gadał: ‘Boże, błagam’ i takie tam. Powiedziałem mu więc, że dam mu pół godziny, żeby spróbował wyprosić łaskę u Boga. Jeśli w tym czasie Bóg zejdzie z nieba i sprawi, że sytuacja ulegnie zmianie, będzie żył. No ale Bóg się nie pojawił i sytuacja nie uległa zmianie. I tyle. No, przyznaję, że nie było to z mojej strony zbyt miłe. To jest coś, czego nie powinienem był zrobić. A przynajmniej nie w ten sposób”.
      W roku 2005, po 25 latach spędzonych w więzieniu, u Kluklinskiego zdiagnozowano rzadką i nieuleczalną chorobę krwi, w związku z czym został przeniesiony na ściśle strzeżony oddział szpitala w Trenton, w stanie New Jersey. Jak już wspomnieliśmy, mimo że osobiście prosił lekarzy, by w przypadku gdy sytuacja krytycznie się pogorszy, podjęli próbę reanimacji, jego żona zaapelowała, by tego nie robili. Tydzień przed śmiercią, szpital zwrócił się do Barbary z pytaniem, czy podtrzymuję swoją decyzję, a ona skierowała kciuk ku ziemi. 7 marca, w wieku 70 lat, Richard Leonard Kuklinski poszedł do piekła.

Właśnie otrzymałem swój egzemplarz książki o zagubionej łodzi. Jest bez zarzutu. Polecam wszystkim bardzo gorąco. Zamawiać ją można w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


poniedziałek, 7 października 2013

Pierdzące gluty, czyli o tryumfie idei liberalnej

Kiedy poznałem moją żonę i się w sobie zakochaliśmy, ja od niej właściwie nie oczekiwałem niczego, poza tym, by była taka jak już i tak jest, natomiast ona ode mnie chciała dwóch rzeczy: pierwsza to ta, bym przestał pić kawę z cukrem, a druga, bym jej obiecał, że będą ją regularnie woził w Tatry. Ponieważ uważałem, że gra jest warta świeczki, natychmiast przestałem słodzić kawę, a co do Tatr, to jej złożyłem uroczystą obietnicę, że owszem, Tatry ma jak w banku. Niestety, po paru pierwszych – a może już zaledwie po pierwszym – razie, jakoś nam te góry przestały wychodzić, no i, o ile sobie potrafię przypomnieć, do Zakopanego wybraliśmy się wspólnie chyba tylko raz, kiedy dzieci były jeszcze bardzo małe.
Jak idzie już tylko o mnie, ostatni raz w Zakopanem byłem jakieś dziesięć lat temu, przy okazji szkolnej wycieczki, no i to wszystko. Ponieważ jednak, jak wspomniałem pod poprzednią notką, żona moja obchodziła właśnie swoje mocno okrągłe urodziny, pomyślałem, że zrobię jej taki oto prezent, że gdzieś w Kościelisku wynajmę dla nas pokój na jedną dobę, i ona tam sobie będzie mogła popatrzeć na góry, no i trochę pochodzić po dolinach.
Pokój był fantastyczny, pogoda jeszcze lepsza, widok idealny prosto na Czerwone Wierchy, na chałupie, w której mieszkaliśmy, powiewała biało-czerwona flaga, a właściciel nas od razu przestrzegł, że jeśli ktoś przy nim o Polsce mówi „ten kraj”, to on go odsyła do miasta z powodu braku miejsc. A więc wszystko, jak to się kiedyś mówiło, było tip-top. Minęła sobota, wypiliśmy urodzinowe wino, poszliśmy spać, a w niedzielę rano spakowaliśmy się, i pojechaliśmy do Zakopanego, żeby stamtąd udać się do Kuźnic, a z Kuźnic pod górę najpierw do kościoła na mszę, no i jeszcze trochę wyżej, by przez chwilę chociaż, rzucić okiem na okolicę. No i w końcu zeszliśmy z powrotem do Zakopanego.
Jak już wspomniałem wcześniej, w Zakopanem ostatni raz byłem jakieś dziesięć lat temu, i już wtedy wiedziałem, że to jest miejsce, od którego trzeba się trzymać jak najdalej. Dziś jest znacznie, znacznie gorzej. A więc mamy dokładnie to samo, co wówczas, z tą różnicą, że dziesięć razy bardziej, natomiast to co nowe, to już tylko owo dojmujące wrażenie, że miasto zostało opanowane przez tak zwaną „prywatną inicjatywę”, tyle że już nawet nie w wydaniu peerelowskim, ale w stricte afrykańskim.
Co mam na myśli, mówiąc o „prywatnej inicjatywie”? Otóż tam wszystko, jak idzie o usługi, działa od początku do końca, a więc mamy sklepy, knajpy, transport, noclegi, turystyka, tyle że ma się przy tym nieustanne wrażenie, że zamiast państwa, które to wszystko organizuje od strony, że tak powiem, wizualnej, nad całością czuwa czy to jeden człowiek, czy grupa ludzi, którzy reprezentują wszystko, tylko nie miasto Zakopane. Tu się odnosi wrażenie, jakby miasto Zakopane, to był czyjś prywatny biznes, o który ten ktoś troszczy się tak jak o biznes, a więc z takim nastawieniem, by z niego wyciągnąć, ile się da, po jak najmniejszych kosztach.
Ja nie bardzo jestem w stanie znaleźć słowa dla opisania tego, co tworzy panoramę miasta. Oczywiście, mamy ten straszny, kompletnie zapuszczony dworzec PKP, mamy tłum tych kobiet z kartkami z wybazgranym słowem „pokoje”, mamy ten tłum busów z kierowcami, nawołującymi turystów do korzystania z transportu, czy to do Doliny Chochołowskiej, czy do Kuźnic, czy gdziekolwiek w okolicy, gdzie po wykupieniu biletu za 4 złote, możemy pójść w góry, mamy wreszcie te Krupówki, które już w tej chwili nie różnią się niczym od centrum Władysławowa, czy sopockiego Monciaka. Te jakieś budy z kinem „7D”, gdzie można nie tylko obejrzeć film, ale jeszcze poczuć prawdziwy smród, potrząść się na fotelu, a może i dostać czymś w łeb. Te stragany, gdzie możemy sobie kupić albo pluszaki-poduszki, albo zabawkę pod nazwą „Pierdzące gluty”. Jest tam też ów opuszczony, ledwo trzymający się kupy, z powybijanymi szybami, piękny góralski dom, a nieco dalej kwitnącą budę z tureckim kebabem. No i mamy też te wyprodukowane domowym sumptem plakaty rozwieszone gdzie tylko się da, oskarżające czy to jakiegoś lokalnego władcę, czy aż Unię Europejską o rozkradanie Podhala. Mieliśmy też okazję, jeszcze znacznie wcześniej, obejrzeć sobie dokładnie ów zgiełk jakichś najbardziej egzotycznych przydrożnych reklam, nawtykanych niemal jedna na drugiej, i wywalonych na całej trasie od Krakowa do Zakopanego, które nie mówią nic nikomu, ale za to sprawiają, że cały ten odcinek, wygląda jak handlowa oferta skierowana albo do producentów żwiru, albo do klientów burdeli.
To wszystko robi oczywiście wrażenie, ale osobiście nie znajduję sposobu, by to wszystko jakoś w miarę krótko i celnie opisać słowem. Jak sięgam pamięcią, Zakopane zawsze miało ambicję stać się poważnym europejskim ośrodkiem turystycznym, takim jak podobne, gdzieś we Włoszech, czy w Szwajcarii. Z tego, co zdążyłem zauważyć, jedynym śladem owej wymarzonej Europy, jest bardzo porządny kibel na dworcu, czysty i błyszczący, prowadzony przez nie wiem kogo, bo nie udało mi się zidentyfikować języka, którym ci ludzie się posługują.
Ktoś się spyta, po jasna cholerę myśmy się zapuścili na te Krupówki. Otóż powód był jeden. Żona moja, mając na uwadze nasze dzieci, które zostawiliśmy w domu, by zajmowały się psem, postanowiła przywieźć im jakieś pamiątki. Przeszliśmy więc całą tę ulicę od góry do dołu, i wszędzie widzieliśmy albo góralskie skarpetki, albo ciupagi, albo te pluszaki-poduszki, no i „pierdzące gluty”. Myślę wciąż o tych glutach i mam bardzo mocne przekonanie, że tu właśnie można znaleźć owe piętnaście mocnych słów, które opiszą problem. Niestety, poza tymi dwoma, nie jestem w stanie wymyślić nic.

Dziękuję za wszystkie dotychczasowe gesty i proszę nie odchodzić.

środa, 20 marca 2013

Przyszedł pan z rybą i prosi o segregowanie śmieci

Zacznijmy od cytatu:

„The shift to a green economy is the biggest economic opportunity facing the United States since the military build-up to World War 2” - Bill Clinton

Jak idzie o problem tak zwanej mafii, cała moja wiedza opiera się na tym, co przeczytałem, a wcześniej też obejrzałem w filmie pod tytułem „Ojciec Chrzestny”. To oczywiście, a uważam, że jest to wiedza niewielka, choć wystarczająca, jak idzie o mafię w rozumieniu tradycyjnym.
Co do mafii w sensie już bardziej współczesnym, jeśli przyjąć, że Katastrofa w Smoleńsku nie ma tu nic do rzeczy, moja wiedza jest praktycznie żadna. Tyle może, że właśnie uzyskałem jakąś tam wiedzę o tym, że o ile kiedyś, w czasach wspomnianego ojca chrzestnego, oni prowadzili swoje biznesy w branży narkotykowej, pornograficznej, czy ewentualnie związkowej, to dziś ich głównym polem zainteresowania jest coś, co się nazywa energetyką, a ściślej energetyką w kolorze zielonym, i to już nie w wymiarze wyznaczanym przez pana inkasenta z zeszytem, latarką i ołówkiem, ale przez państwa, wielkie korporacje i związane z nimi organizacje pozarządowe o globalnym charakterze.
Dziś, jeśli ktoś postanawia robić interesy na kręceniu filmów erotycznych, czy handlu narkotykami, jest najczęściej pozostawiony samemu sobie, a jeśli mu coś grozi, to najwyżej ze strony lokalnej konkurencji. Prawdziwe biznesy są prowadzone na szczeblach znacznie, znacznie wyższych, i jeśli one kiedykolwiek schodzą na poziom tak zwanego „towaru”, to osobiście jestem przekonany, że korzystają z własnych kanałów przesyłowych. A i to z zastrzeżeniem, że ludzi zajętych robieniem prawdziwych pieniędzy, coś takiego jak „dupy” czy „stuff” w ogóle interesują, w co wątpię.
Świadczyć o tym by zresztą mógł przypadek tego Francuza, szefa MFW, który za swój brak opanowania musiał niedawno wypłacić pewnej nowojorskiej pokojówce grube miliony. Przecież nie oszukujmy się. Stanowisko przewodniczącego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to nie jest coś, co wymaga szukania pocieszenia w spracowanych dłoniach hotelowej pokojówki. Przecież ktoś taki jak ten – jak mu było? Strauss? Struss? – w wolnych chwilach naprawdę mógł mieć wszystko, co akurat zechciał. Ale widocznie w tym towarzystwie zajmowanie się czymś tak przyziemnym jak przypadkowy seks, zwyczajnie nie uchodzi.
A więc mówimy o branży naprawdę poważnej. Coś właśnie w kształcie reprezentowanym przez starego Corleone, tyle że, jak mówię, na skalę globalną. Wspomniane dupy i dragi są już prawdopodobnie tylko dla nas, żebyśmy siedzieli cicho i się nie wtrącali.
Kiedy prowadzi się takiego bloga jak ten, a w dodatku jeszcze w jakiś tam, ograniczony dość, sposób prowadzi życie towarzyskie, jest się narażonym na dość częsty kontakt z osobami, które, jeśli nie wiedzą co powiedzieć, to mówią: „Jestem za wolnym rynkiem”. A jeśli nie wiedzą, jakiego argumentu użyć na uwagę, że „wolny rynek” to fikcja wymyślona przez tych, co w pewnym momencie, dochodząc do słusznego wniosku, że żaden socjalizm nie jest w stanie tyle nagrabić co porządny kapitalizm, przekwalifikowali się i zaczęli robić poważne biznesy, a nie jakąś tanią dilerkę, wyzywają człowieka od socjalistów.
Wymyślona po co? No oczywiście po to, by nikt im już nigdy nie zarzucił, że, grając znaczonymi kartami, coś kombinują.
Nie zmienia to jednak niestety w niczym faktu, że wciąż mamy całą kupę naiwnych piewców tak zwanej „gospodarki rynkowej”, którzy, nawet jeśli ich przyprowadzić za ucho, posadzić ich przy tym stoliku, gdzie ten szwindel odchodzi na całego, i w dodatku podsunąć im pod nos te karty i pokazać, jak one są fatalnie poznaczone, wciąż będą powtarzać: „Tylko rynek, tylko rynek, tylko rynek…”
Niedawno miałem okazję zobaczyć – żadna tajemnica; to wszystko jest do znalezienia w Sieci – list wysłany do przewodniczącego Baroso przez grupę 13 wielkich korporacji w sprawie takiej mianowicie, by Unia Europejska podjęła kroki na rzecz zwiększenia ceny wydawanych przez nią uprawnień na emisję CO2. Oczywiście nie bezpośrednio. W końcu mamy, jak już wspomnieliśmy, wolny rynek. Cen nikt nie rusza. Chodzi wyłącznie o to, by zmniejszyć o półtora miliarda liczbę tak zwanych „darmowych” pozwoleń. I oto w tym liście miłośnicy „zielonej energii” bardzo stanowczo podkreślają, że działania, które mają prowadzić do podwyżki cen mają być bezwarunkowo „oparte na zasadach rynkowych”. Ależ jakże by inaczej! Czy ktoś może nas nazwał socjalistami?
Ktoś powie, że to nie jest kapitalizm, ale właśnie wspomniani europejscy socjaliści. Że Unia Europejska to banda złodziei i karierowiczów, takich jak wspomniany Baroso, czy nasz Buzek. I że ja nie powinienem oskarżać kapitalizmu i wolnego rynku, pokazując palcem na Unię. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja na Unię owszem pokazuję, ale wyłącznie ze strachu. Bo wiem, że jak mi się ten palec omsknie, i zacznie pokazywać na tych, którzy sobie tę Unię założyli, by stanowiła bardzo ważny element ich biznesowej działalności, to równie dobrze mogę ten blog przestać prowadzić już dziś. Za moment. Właściwie w tej chwili. Aż, powiem szczerze, zdrętwiałem.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was i tak już robi co może. Niemniej jednak, ja nie mam wyjścia, jak wciąż prosić o wspieranie tego bloga. W miarę możliwości. Bardzo proszę. Numer konta obok. Dziękuję.

czwartek, 9 czerwca 2011

Popatrz, co oni zrobili z moją piosenką...

Wszystko to, co się wiąże z zapaścią polskiego państwa, a jest tak przejrzyście demonstrowane choćby przez stan przygotowań do Euro2012, każe nam patrzeć na Polskę już nie jak na kraj, który trafił w ręce głupich i niekompetentnych urzędników, lecz jak na teren, na którym różnego rodzaju mafijne szajki toczą swoje boje. Nie oszukujmy się. To wcale nie jest tak, że minister Grabarczyk okazał się durniem, którego ktoś posadził przy ministerialnym biurku, i który by najchętniej stamtąd uciekł, tylko że mu nie pozwalają. I nie jest też tak, że premier Tusk Grabarczyka by stamtąd chętnie usunął, tyle, że – ponieważ też jest durniem – jest szczerze przekonany, że Grabarczyk robi co może i lepiej mu nie przeszkadzać. Oni oczywiście tymi durniami mogą być, czemu nie, tyle że w sytuacji, która nas dziś interesuje najbardziej, stan ich umysłów jest całkowicie bez znaczenia. Przez ostatnie lat, Polska stopniowo została przejęta przez mafię i ani Grabarczyk, ani Tusk nie mają tu już nic do gadania. I jedyne co im zostało, to trzymać się foteli i prosić, byt im dać święty spokój.
Nie jestem psychologiem i na psychologii ani się nie znam, ani nie mam ambicji się znać, wiem jednak, że – pomijając jednostki psychopatyczne – człowiek ma naturalną skłonność do wyjaśniania sobie wszystkiego, co w nim budzi lęk, czy choćby mu zaledwie przeszkadza w taki sposób, by w efekcie przestać się bać, lub mieć jakąś choćby minimalną nadzieję na to, że będzie lepiej. Sam akurat uważam się za kogoś, kto wręcz histerycznie walczy o to, by zachować jakiś, niechby i zaledwie podstawowy, optymizm. A mimo to, kiedy patrzę na to, co się dzieje z Polską, nie mogę się opędzić od obaw, że to wszystko zaszło znacznie dalej, niż kiedykolwiek mogliśmy sobie pomyśleć, ale też znacznie dalej, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Nie mogę przestać podejrzewać, że oni doprowadzili Polskę do tego miejsca, gdzie na każde z naszych ewentualnych pytań, możemy usłyszeć już tylko jedną odpowiedź: „Wolałbyś nie wiedzieć”.
Jakiś czas temu rozmyślaliśmy nad słowami Zyty Gilowskiej, jakie wypowiedziała w jednym z wywiadów, tymi mianowicie, że nie powinniśmy patrzeć na ludzi, którzy cztery lata temu przejęli w Polsce władzę, jak na ludzi złych, ale że powinniśmy brać również pod uwagę i to, że oni są zwyczajnie głupi. I, jak może niektórzy pamiętają, byłem skłonny przyjąć tę ocenę, jako zdecydowanie wartą rozważenia. Dziś sobie jednak myślę, że może być jeszcze inaczej. Oni mogą być źli i jakoś tam, na swój sposób, porządni; mogą też być głupi całkiem i głupi jeszcze nie do końca. Bardziej natomiast interesującą dziś opcją wydaje mi się być ta mianowicie, że oni przede wszystkim nie mają zupełnie nic do gadania. Jeśli są głupi, mogą nawet nie wiedzieć, że ich rola w tym wszystkim jest tak naprawdę zerowa. Jeśli nie są całkiem głupi, mogą czuć, że wszystko im wylatuje z rąk i że jest jakoś straszno. Jeśli natomiast są źli, mogą się cieszyć, że należą do gangu i że, jak trzeba będzie, to gang się nimi zaopiekuje. Tyle że znowu, ci akurat muszą być i źli i głupi. Co akurat nie jest sytuacją bardzo egzotyczną.
Mam wrażenie, że kiedyś już o tym wspominałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż jakiś czas temu oglądałem w telewizji dokument o historii miasta Newark w New Jersey. Dowiedziałem się z tego raportu, że kiedyś, jeszcze w latach 50 Newark, było pięknym błyskawicznie rozwijającym się miastem, które miało szanse stać się wręcz drugim Nowym Jorkiem. I kiedy wydawało się, że już nic go nie zatrzyma w drodze do sukcesu, władzę w mieście przejęły gangi. I nagle okazało się, że całe to gadanie – które my znamy z Ojca Chrzestnego, ale które przecież możemy usłyszeć z w wielu innych źródeł – o tym, że wprawdzie mafia to coś bardzo paskudnego, ale przynajmniej tacy obrotni gangsterzy są w stanie zatroszczyć się o powierzone im mienie, to bujdy i bajki. Bo fakt jest taki, że oni nie są w stanie zatroszczyć się o nic więcej, jak tylko o to, co akurat uznali za warte zachodu, a co do czego nie muszą szczególnie mocno nadwyrężać. A więc w najlepszym wypadku może tam chodzić o jakieś drobne zabójstwo, czy drobny skok na drobną kasę. O samym mieście nikt nawet nie to, że nie myślał, ale jego umysł zwyczajnie aż tak szerokiej perspektywy nie obejmował. No i wystarczyło kilka lat tego bezhołowia, jak miasto Newark trafił jasny szlag, a to co z niego ostatecznie zostało, to ruiny i buszująca po nich biała i czarna nędza.
Czy dziś Polska jest jak niegdysiejsze miasto Newark? Myślę że trochę tak, ale nawet jeśli wciąż jeszcze nie do końca, to tak czy inaczej, wydaje mi się bardzo możliwe, że jest właśnie tak jak myślę. Że oni w tej chwili już nie mają na nic wpływu. Wszystko co się dzieje, dzieje się obok nich, a oni już tylko – jak to już wcześniej opisałem – trzymają się tej rurki, starając się nie zlecieć na mordę. Przyszło mi to do głowy, parę dni temu napisałem nawet w związku z tym tekst dla Warszawskiej Gazety - w kioskach Warszawy, Lublina i Katowic już jutro - który tu opublikuję może w sobotę, lub w niedzielę, a dziś, po obejrzeniu dwóch kolejnych wieczornych programów w telewizji TVN24, siadłem nad tym tekstem, dzieląc się kolejnymi w tej kwestii refleksjami. Mówiąc o TVN-ie, mam na myśli wczorajsze ‘Czarno na białym’ i rozmowę Rymanowskiego. Zacznę od Rymanowskiego, bo sprawa jest bardzo krótka. Otóż do studia przyszli posłowie Hofman i Raś i zaczęli sobie rozmawiać o tym, o czym ostatnio rozmawia się niemal wyłącznie, a więc o drogach i stadionach. Hofman był taki jak zawsze, może nawet bardziej rumiany i zadowolony z siebie, niż zwykle, natomiast Raś mnie autentycznie przeraził. Ja dawno nie widziałem w telewizji polityka, który byłby w takiej panice. Oczywiście, to co on gadał, utrzymywało się w typowym dla Platformy standardzie, natomiast to jak on się zachowywał, przypominało ucznia na egzaminie, który wie, że za chwilę zaschnie mu tak w ustach, że nie będzie mógł już z siebie wydusić słowa, a mimo to z tego przerażenia, nie jest w stanie nawet sięgnąć po szklankę z wodą. Siedział więc ten Raś w tej swojej komicznie zapiętej na jeden guzik marynarce – co tylko potęgowało ogólny efekt – wybałuszał przerażone oczy, nieustannie oblizywał spierzchnięte wargi, nerwowo próbował przełykać ślinę, a ja już się tylko bałem, że jak tak dalej pojdzie, to on za godzinę wróci do domu i się powiesi na klamce.
Wcześniej jednak zdarzyło się coś bardziej interesującego i może też bardziej znaczącego. Otóż Tomasz Sekielski przygotował cały program na temat ludzi zamieszkujących polsko-ukraińskie pogranicze, którzy oczywiście całkowicie bezkarnie trudnią się przemytem, przewożąc przez polsko-ukraińską granicę papierosy i benzynę w jedną stronę, a kiełbasę i mięso w drugą, czym doprowadzają redaktorów TVN24 do wściekłości, a polskie państwo oczywiście kompromitują w oczach cywilizowanego świata. Akurat jak idzie o Sekielskiego, to zdążył nas on przyzwyczaić naprawdę do wszystkiego, jednak to co zobaczyłem tym razem, to był już najczystszej wody PRL, i to z czasów, gdy faktyczną stolicą państwa były Wronki. W audycji, o której dziś tak mocno sobie myślę, wszystko było warte osobnej relacji, jak choćby scena, gdy dzielni żołnierze pogranicza, najpierw na ekranie swojego noktowizora wypatrują jakieś biedaka, który z dwiema walizkami przedziera się przez nocny las, a po chwili już uzbrojeni żołnierze wyskakują z samochodu i przemytnika w pokazowy sposób, tak by TVN24, mógł elegancko wszystko pokazać, aresztują i odwożą go gdzieś, gdzie on z całą pewnością zostanie za tę kiełbasę, czy kilka paczek niebieskich elemów przykładnie ukarany. Natomiast moment, kiedy autor reportażu zachodzi do Urzędu Celnego w Przemyślu i wywala na biurko pani rzecznik Urzędu kanister z nielegalną ukraińską benzyną, i każe jej odpowiadać, czy ona wie, co to jest, i co ona planuje zrobić, żeby taki proceder więcej nie miał miejsca, to pomyślałem sobie, że to już nawet nie jest PRL, lecz zwyczajne NRD pod berlińskim murem.
Ktoś mi powie, że to nic takiego. Normalne tefaunewosko-platformowe szaleństwo, mające na celu przykrycie tego rozbójniczego łupienia, jakie jest prowadzone na Polsce od czterech już niemal lat. Otóż nie. Tu jest coś znacznie gorszego. Owszem – oni oczywiście zawsze dbają o to, by jak tylko jest konieczność, odwrócić uwagę od spraw podstawowych. Natomiast tu akurat uważam, że oni nie udają. Oni już doszli do momentu, kiedy nie muszą udawać. Oni są dziś tacy już naprawdę. Oni zachowują się tak jak się zachowują, bo to jest prawdziwa, autentyczna mafia, która nie jest w stanie znieść, kiedy widzi, że gdzieś ktoś próbuje na siebie w jakiś bardziej niekonwencjonalny sposób zarobić. Kiedyś, jeszcze w czasach gdy chodzili w glorii prawdziwych liberałów, głosili światu, że kto zaradny ten ma dobrze, a kto nie – niech zdycha. Dziś są jak komuniści, którzy zwalczali wszelkie przejawy obywatelskiej aktywności nie dlatego przecież, że uważali ją za szkodliwą, ale dlatego tylko, że święcie wierzyli, że jeśli ktoś chce robić interesy, to ma najpierw poprosić ich o zgodę, a później – zwyczajnie, jak to w mafii – dzielić się zyskami.
Oni w tej chwili już nie myślą o Polsce. Nie myślą o niej już nawet choćby tylko w ten swój szczególny pokręcony sposób, który znamy jeszcze sprzed paru lat. To z czym mamy dziś do czynienia, to już tylko z jednej strony ostra, bezwzględna i bezczelna kradzież wszystkiego, czego inni nie zdążyli jeszcze ukraść, a z drugiej złość na tych wszystkich, którzy robią wrażenie, jakby machnęli na ten cały syf ręką i postanowili zająć się sobą. Bo ich jest najwięcej. Oni świetnie wiedzą, że tych właśnie jest najwięcej. Ludzi pozornie zajętych sobą, pozornie obojętnych, pozornie zrezygnowanych. I wiedzą też, że kiedy wreszcie przyjdzie odpowiedni moment, to oni właśnie mogą stworzyć armię, która ich nie tylko zmiecie, ale najpierw zmiecie, a później powoli i systematycznie zacznie rozliczać. Trochę z czystego ludzkiego pragnienia sprawiedliwości, ale też trochę i ze zwykłej potrzeby zemsty. Ot tak. Za wszystkie mniejsze lub większe krzywdy.
"Jeśli ludzie zaczną kupować łzy, może któregoś dnia stanę się bogaty".

sobota, 10 października 2009

W bok od Żyrardowa

Zostałem dziś skierowany do pewnego artykułu w Rzeczpospolitej, który mnie poruszył, jak w ostatnich czasach mało co. I wiem, że nigdy bym pewnie go nie przeczytał, gdyby nie to własnie skierowanie. Powiem więcej. Obawiam się też , że zapewne nigdy bym nawet się nie dowiedział o sprawie, która, z jednej strony, jest pewnie równie trywialna jak wiele innych, a z drugiej, gdyby świat w którym żyjemy nie był tak przepełniony złem, a z kolei kraj w którym żyjemy nie był wobec tego zła tak bezbronny, mogłaby stanowić głośny znak i symbol. Dlaczego więc jestem, tak bardzo bez wiary? Właśnie dlatego. Bo taki jest ten nasz świat i taki tez jest też ten nasz kraj.
Stało się jednak, że z artykułem Mai Narbutt, zatytułowanym wręcz zniechęcająco z punktu widzenia potrzeb normalnego czytelnika – Dziewczyna i cyjanek – zapoznałem się i wiem, że przez kolejne dni nie będę miał spokoju http://www.rp.pl/artykul/2,375609.html. O co chodzi? Otóż gdzieś w Polsce, w bardzo okrutny sposób, zamordowana została młoda kobieta i wszelkie służby uprawnione do wyjaśniania tego typu spraw, uczyniły wszystko, by tej tragedii nie wyjaśnić. Mówiąc o służbach, mam na myśli lekarzy, prokuratorów, policję, a – biorąc pod uwagę fakt, że Rzeczpospolitapisze o tym co się stało w grudniu 2007 roku dopiero dziś – to również i media. Wszystkie odpowiedzialne za wyjaśnienie tajemnicy tej śmierci służby stanęły na głowie, by najpierw ogłosić, że to nieszczęście nastąpiło z przyczyn niewyjaśnionych, następnie, że była wynikiem samobójstwa, i żeby w końcu zademonstrować swoje zniecierpliwienie pretensjami rodziny ofiary i sprawę ostatecznie zamknąć.
Nie będę szczegółowo opisywał tego, co się zdarzyło, w jakich okolicznościach i jaką gehennę do dziś przeżywa rodzina tej młodej kobiety. Kto chce, może sobie przeczytać artykuł w Rzepie. Nie sądzę, żebym nawet potrzebował nagle wracać do stających się już powoli nudnych rozważań na temat tego nieszczęścia, jakie od wielu już lat musimy znosić na poziomie polskiego wymiaru sprawiedliwości i wszelkich innych służb, które ręka z nim w rękę, przynajmniej w sytuacjach kryzysowych, muszą uczestniczyć w najbardziej brudnych interesach. Dopiero co przez kraj przewaliła się kolejna fala spekulacji, ocen i rytualnych już okrzyków oburzenia, w sprawie porwania, uwięzienia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. A więc cóż można powiedzieć więcej?
A więc może tylko tyle. Że nasza Polska miała krótki bardzo okres prawdziwej szansy na to, że będzie można choćby zacząć proces naprawy tego wszystkiego co było przez tyle lat niszczone przez tę straszną chorobę, której na imię III RP. Te dwa lata, to był czas gdy można było ocenić sytuację i rozpocząć jakieś, choćby bardzo skromne ruchy. Ruchy siłą rzeczy skromne, bo wszyscy wiemy, jak ciężko jest się poruszać nie dość że we mgle, to i jeszcze po kolana w błocie. Ale coś się przynajmniej zaczęło. To wszystko zostało przerwane jedną, krótką i bezwzględną akcją. Skutki tej akcji widzimy oczywiście od kilkunastu już dni na poziomie całego państwa. Ale również, jak się w tak ponury sposób okazało w ten deszczowy weekend, na poziomie jakiegoś – cholera jasna! – Żyrardowa. Z przyległościami.

niedziela, 4 października 2009

Pralnia

Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga zdążyli zauważyć moje bardzo negatywne obsesje dotyczące sportu w ogóle, a już z całą pewnością zjawiska określanego słowem ‘kibolstwo’. Niechęć jaką czuję do sportowych emocji, osiąga jednak swój szczyt w dwóch momentach, z których – co ciekawe – żaden nie jest związany z samym widowiskiem sportowym. Wręcz odwrotnie. Kiedy, na przykład, oglądam holenderskie siatkarki, jak pięknie walczą, jak pięknie wyglądają i jak pięknie się cieszą (lub martwią), jestem całym sercem z nimi i, jeśli tylko nie mam nic innego, ciekawszego, do roboty, to z pełną przyjemnością mogę oglądać je w walce. A więc moja niechęć do sportu, kieruje się raczej w stronę czegoś co określiłbym raczej jako, z jednej strony filozofię życia, a z drugiej, jako źródło utrzymania dla polityków, działaczy i tych wszystkich miłośników sportu, którym udało się jakoś do nich przykleić.
Bo sport, jakim go znamy dziś i jakim się dziś emocjonujemy, to z całą pewnością nie są sami zawodnicy, a już na pewno nie przede wszystkim. Kiedy patrzę – by już pozostać przy siatkówce – na te Holenderki, czy na nasze zawodniczki, nie mogę przestać myśleć o tym, że one są wyłącznie pionkiem w grze, w której prawdziwe interesy prowadzone są na linii działacze – politycy – kibice. Czyli tam, gdzie chodzą prawdziwe pieniądze. Oczywiście wiem, ile zarabiają najwybitniejsi piłkarze, najbardziej profesjonalni tenisiści, czy baseballiści. Ale nie jestem też na tyle naiwny, by zapomnieć o tym, że jeśli Real płaci za Ronaldo 100 mln euro i organizuje mu roczną pensje w równie odpowiedniej wysokości, to wcale nie dlatego że to Ronaldo jest tam szefem. Ronaldo ze swoimi pieniędzmi nie ma tam absolutnie nic do gadania. On doskonale wie – o ile rzeczywiście cokolwiek jeszcze wie – że jeśli tylko jego panowie sobie zażyczą, to może równie dobrze jutro umrzeć.
Niedawno, po tym jak polscy siatkarze zdobyli mistrzostwo Europy, moja córka – wspominałem, że ona ma na punkcie sportu fioła (pozdrowienia dla M.D.) – kazała mi oglądać program Kuby Wojewódzkiego z udziałem trzech naszych zawodników. W pewnym momencie Wojewódzki bezczelnie, acz wesoło, zasugerował jednemu z nich, że on musi być przez tę siatkówkę bardzo majętnym człowiekiem. Ten Kurek, czy Gruszka (nie znam się) spojrzał na Wojewódzkiego jakby właśnie dostał w pysk i nic sensownego już nie powiedział. Zresztą nawet jakby powiedział, to i tak jego słowa błyskawicznie by zeszły w cień, bo z chwilę pojawił się kolejny gość programu, jakiś homoseksualny pisarz, którego nie znam, ale który z całą pewnością mógłby sobie tego Gruszkę kupić, gdyby tylko prezes Przedpełski zechciał go temu pedałowi sprzedać, albo chociaż się na coś z nim zamienić.
Ja nie potrafię zrozumieć, jak normalny człowiek może się emocjonować sportem, w taki sposób, w jaki to się u nas przyjęło, jeśli tylko zdaje sobie sprawę z tego, czym we współczesnym świecie sport się stał. Jak może się emocjonować sukcesami choćby takiej Justyny Kowalczyk, kiedy nawet ona sama publicznie opowiada, że cieszy się z tych pieniędzy, które dziś zarabia, bo jak skończy karierę, będzie miała jak znalazł na leczenie. Jest tak strasznie dużo refleksji, którymi mógłbym się tu dzielić, refleksji wynikających i z tego, co zdążyłem zaobserwować, ale również z mojego własnego doświadczenia. Refleksji na temat tych biednych, śmiertelnie eksploatowanych dzieci – bo to są często dzieci – przez działaczy, trenerów, polityków, i – niestety również – kibiców. Ale przyznam, że nawet nie chce mi się na ten temat więcej gadać, bo raz, że tu nie byłoby na to dość miejsca, a poza tym – jestem pewien – że każdy z czytelników tego bloga, jeśli choć na chwilę zapomni o tym przyjemnym mrowieniu, jakiego doznaje za każdym razem jak nasz zawodnik odnosi sukces, doskonale będzie wiedział, o czym teraz myślę.
Wolę myśleć o działaczach, o związkach sportowych i o całej tej polityce, dla których sport to wyłącznie perfekcyjnie działająca maszynka do robienia pieniędzy. I tu też, jestem pewien, nie ma nic takiego, co mógłbym wymyślić, żeby kogokolwiek zaskoczyć czymś nowym i wcześniej nie widzianym. Bo nikt nie jest aż tak naiwny, nawet wśród najbardziej szurniętych kibiców, żeby w chwilach samotnej refleksji nie pomyśleć sobie, że nie jest aż tak wesoło. Tyle że za chwilę i tak wraca ten wrzask: „Nasi złoci chłopcy! Nasze brązowe dziewczęta! Bajka! Bajka!!!” Ale coś powiedzieć trzeba. Choćby ze względu na to, że wypada, jak zwykle, to świadectwo dawać.
A więc mamy działaczy. I jeśli będę mówił o Polsce, to wcale nie dlatego, że akurat u nas ta patologia o nazwie ‘sport zawodowy’ rozwinęła się w sposób szczególny. Wcale nie. Na tym polu, jesteśmy – szczęśliwie – dokładnie tak samo zacofani, jak pod wieloma innymi względami. Ale jesteśmy tu, więc zajmujemy się sobą. Nie wiem, kto na szczeblu rządowym zajmował się sportem przed Kwaśniewskim, ale doskonale pamiętam, te kilka nazwisk, które były po nim. A więc pamiętam zamordowanego Jacka Dębskiego, aresztowanego Tomasza Lipca i widzę dziś Mirosława ‘Mira’ Drzewieckiego. A więc te cztery nazwiska: Kwaśniewski, Dębski, Lipiec i Drzewiecki. Proszę mi pokazać jakiekolwiek ministerstwo, czy jakikolwiek inny urząd państwowy, który budziłby u nas choćby w połowie tak negatywne skojarzenia. Urząd, który choćby w przybliżonym stopniu stanowił w rzeczywistości mafię. Nie ma takiego urzędu. Są natomiast takie organizacje. Jest to zorganizowana przestępczość i właśnie związki sportowe.
Skąd to wszystko się wzięło? Stąd mianowicie, że nie ma takiego biznesu, gdzie pieniądze byłyby tak duże, a ryzyko tak małe, jak własnie mafia i sport. Tam się wyłącznie zarabia. I nawet jeśli połowa uczestników tego przedsięwzięcia zostanie aresztowana i posadzona, to i tak nic się nie zmieni. Tam nadal się tylko będzie zarabiało, a jeśli przy jakiejś niefortunnej okazji zaobserwuje się jakiekolwiek straty, to one w ciągu paru chwil są usuwane z naddatkiem. I pomyśleć, że to wszystko odbywa się przy dźwiękach polskiego hymnu i na tle narodowej flagi!
Prawdopodobnie pojutrze zostanie odwołany minister Drzewiecki i myślę, że to będzie już koniec jego cierpień. Ale nawet gdyby on został posadzony na sto lat i cały jego majątek został skonfiskowany, a jego rodzina wyrzucona na bruk, to i tak to nic nie zmieni. Dlatego, że on jest tylko jednym z wielu pracowników tej pralni. I on się tam zupełnie nie liczy. Niestety jednak – i tu wreszcie przechodzę do sedna mojego dzisiejszego pisania – on jest bardzo ważny tu, u nas. I też nie dlatego, że ma tyle pieniędzy, albo że ściska sobie ręce z gangsterami. On się liczy dlatego, że, tak się akurat złożyło, obecny rząd stał się stopniowo jednym wielkim związkiem sportowym. Przez to, że dwóch najważniejszych jego przedstawicieli, a mianowicie premier i wicepremier, to, z jednej strony, były działacz sportowy, a z drugiej kibic i piłkarz, to atmosfera jaka panuje w tamtym miejscu, siłą rzeczy musi wymuszać na całej reszcie odpowiednio ukierunkowany konformizm. To właśnie przez fakt, że dla premiera i wicepremiera nie ma nic ważniejszego nad sport, to oni automatycznie musieli stać się częścią tej struktury i uczestnicząc w podziale łupów, muszą dziś angażować już całe państwo do zachowań mafijnych. Bo jest to – jak mówię – struktura ściśle mafijna. I oczywiście nie musi być tak, że każdy członek rządu ma obowiązek grac w piłkę. Ależ skąd! Oni mają tylko siedzieć cicho i robić swoje. Więc robią. Bo zostaną rozstrzelani. Przecież proszę spojrzeć na takiego Pawła Grasia, albo Tomasza Arabskiego, czy ministra Jacka Cichockiego. Przecież jeszcze niedawno mówiło się, że każdy z nich, to w gruncie rzeczy porządny człowiek. I co z tego zostało?
Wspomniałem już, że nasza polska pralnia nie jest w żaden sposób konkurencyjna wobec reszty świata. Tam to wszystko zaszło o wiele dalej. I to na razie Grzegorz Lato z Januszem Atlasem muszą drżeć ze strachu przed swoimi bossami, z którymi czasem przychodzi im się spotykać. Jest jednak coś, co prawdopodobnie sprawia, że w tej hierarchii być może awansowaliśmy. Podejrzewam bowiem, że jest z całą pewnością bardzo mało rządów na świecie, gdzie dla premiera gra w piłkę jest ważniejsza niż wszystko inne na świecie. Jestem wręcz przekonany, że nie ma takiego rządu, w którym premierem jest ktoś tak bezbronny wobec sportowej mafii, jak sportowo uzdolnione dziecko, które jest gotowe zrobić wszystko, byleby tylko trener, czy prezes zechciał je pochwalić i od czasu do czasu odpalić jakąś premię. Dla wszelkich więc struktur mafijnych – i czysto sportowych i tych ze sportem powiązanych tylko jakimiś interesami – posiadanie kolejnego państwa stanowi nielada gratkę.
Pamiętajmy o tym wszystkim, kiedy będziemy się jutro cieszyć z tego, że nasi siatkarze są tacy świetni.

piątek, 2 października 2009

A imię jego Legion

Przeżywam ciężki dylemat. Wiem, z jednej strony, że tzw. afera hazardowa, która zajmuje naszą uwagę od wczoraj w stopniu absolutnie wyjątkowym, jest też wydarzeniem niezwykłym. Mam też świadomość, że siła rażenia tego wszystkiego co się wiąże z tą sprawa, może przekroczyć wszystko, czegośmy mieli okazję doświadczać przez wiele ostatnich lat. To wszystko doskonale rozumiem. Mimo to, nie mam najmniejszej ochoty włączać się do dyskusji na ten temat. A to już jest problem. Bo jeśli tej ochoty nie umiem w sobie odnaleźć, to – jak uczy mnie doświadczenie – nie powinienem się odzywać, bo najprawdopodobniej z tego mojego pisania nie wyjdzie nic wartościowego.
Dlaczego nie mam ochoty zabierać głosu na ten temat? Dlaczego nie chcę dziś pisać o Tusku, o Drzewieckim, o Schetynie, o Ryśku, o Chlebowskim, czy nawet o postaci tak wdzięcznej jak Seba Karpiniuk? Przede wszystkim dlatego, że ja w ogóle nie lubię gadać o sprawach tak oczywistych, tak zawstydzająco jednoznacznych, że każde dodatkowe słowo na ich temat może albo wywołać, jeśli nie znudzone kiwnięcie głową, to już tylko histerię ze strony tych, dla których każdy dysonans poznawczy jest tym bardziej irytujący, im bardziej jest wynikiem zwykłego zaślepienia. Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego czuję taką niechęć, by robić to, co – jak wszyscy zdążyli zauważyć – jednak robię. Napisałem tu już grubo ponad 400 tekstów i znaczna ich część była, w ten czy inny sposób, związana z tym nieszczęściem, które wczoraj z taką siłą wtargnęło do naszych domów. Mam wrażenie, że ja już naprawdę powiedziałem wszystko, co można było powiedzieć na temat ludzi, którzy obecnie rządzą naszym krajem, na temat ich interesów i zasad, według których oni te swoje interesy realizują. I nie bardzo wierzę w to, że uda mi się wymyślić coś uderzająco nowego. A jednak piszę. I mam nadzieję, że kiedy ten tekst zostanie już zamknięty ostatnią linijką, przynajmniej część czytelników przyzna, że jednak to ryzyko się opłaciło.
Wczoraj, pod moim króciutkim wpisem na temat kiboli i kibolskiej mentalności, którą tak sprytnie wyprorokowałem, a którą tak niesprawiedliwie zlekceważył któryś z administratorów, jeden z komentatorów zwrócił uwagę na słowa jednego z onetowców, jakby specjalnie odnoszących się do mojego wpisu. Ktoś podpisujący się jako ‘sympatyk normalnych’ napisał coś takiego: „wolę, żeby tusk ukradł mi 100 tysięcy, niż żeby kaczyński mi je dał”.http://wiadomosci.onet.pl/forum.html?hashr=1&#forum:MSwxNSwxMSw2MTA2NzU4MSwxNjI3NjA5MjYsNzMxMDM3NywwLGZvcnVtMDAxLmpz
Gapię się od wczoraj w ten tekst, próbuję sobie wyobrazić to coś, co siedzi tam, na tamtym końcu tego przedziwnego zdania, i myślę sobie, że dotychczas nikomu nie udało się tak pięknie przedstawić problemu, z jakim mamy do czynienia od kilku już lat, a który w tych dniach przybrał kształt niemal ludzki. Mówiąc ‘problem’, myślę oczywiście o tym ‘sympatyku normalnych’, ale również choćby o niektórych komentatorach tu w Salonie, a może też o Zbigniewie Chlebowskim z wczorajszej konferencji, Andrzeju Czumie z wieczornego występu u red. Rymanowskiego, czy o pośle Karpiniuku, który zjawił się tam zaraz po Czumie i tak cudownie wtopił się w tę plazmę. Bo to w gruncie rzeczy jest to samo zjawisko. Ale kiedy mówię o tamtym końcu tej przedziwnej, onetowskiej refleksji, myślę też o Donaldzie Tusku i jego najbliższym otoczeniu. I proszę sobie nie myśleć, że chodzi mi tu o ministrów Nowaka i Arabskiego. Nie. Tam jest grupa o wiele ciekawsza.
Niedawno miałem okazję spotkać się z moim bardzo dawno nie widzianym przyjacielem, który – tak się składa – miał okazję jakiś czas temu zetrzeć się z tym towarzystwem. Mówi mi więc ów przyjaciel, że bezpośrednie zaplecze Premiera to banda, jak się wyraził, „gówniarzy w garniturach”, wypicowanych głupków, których jest tłum, a których jedyne kompetencje sprowadzają się do wyglądania, mądrzenia się i zadawania szyku. A przede wszystkim do trzymania Premiera w miejscu, gdzie on ma stać. Powiedział mi mój przyjaciel, że w takich sytuacjach, w jakiej on miał okazję obserwować to towarzystwo w działaniu, Premier jest wyłącznie roztrzęsionym, nie umiejącym podjąć jakiejkolwiek decyzji człowiekiem, który nie ma absolutnie nic do gadania, a nawet jak by coś do gadania miał, to już dawno, przy pomocy kilku krótkich, szybkich ruchów, tej świadomości przez swoje otoczenie został pozbawiony.
Ale to też są tylko wykonawcy. I to co widzimy dziś i wczoraj świadczy o tym jednoznacznie. Bo jeszcze dalej, już na samym końcu tej najzłotszej myśli – „wolę, żeby tusk ukradł mi 100 tysięcy, niż żeby kaczyński mi je dał” – jest jeszcze inne towarzystwo. I Mirek – miałem o nich nie pisać, prawda? – ze swoim domem na Florydzie i jego sąsiad Rysiek z tymi swoimi biznesami, i ich wspólny kolega, Grzesiek… i cała pozostała zgraja kolegów. A nad nimi – tak, tak, nad nimi, bo ta piramida nie ma końca – to już z cała pewnością rozciągają się tylko stepy. A tam już nie ma co zaglądać. Bo i po co? Zwłaszcza, że dzięki Bogu, ostateczne decyzje – póki co – będziemy podejmować my. Ty i ja.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...