Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 listopada 2019

Jeszcze o chłopcach narodowcach, czyli jak hartowała się stal

Ponieważ w reakcji na wczorajszą notkę, grupa Czytelników zwróciła się do mnie o podanie więcej sczegółów na temat udziału gen. Wileckiego w budowaniu przyszłości naszej Polski, pragnę przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2008 opublikowany przeze mnie pod zabawnym tytułem „Z TVN-em i z Duchem Świętym do lepszej Polski”, gdzie jak sądzę, po raz pierwszy zwróciłem uwagę na rolę środowisk narodowych w tworzeniu naszej przyszłości, teraźniejszości i przyszłości, że tak sprrytnie nawiążę do Orwella. Zapraszam więc z dreszczem emocji.


       Kiedy w kwietniu jeszcze 2007 roku, Marek Jurek, w odruchu szczerego patriotyzmu i niezwyciężonej wiary, wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości i opuścił fotel marszałka Sejmu, natychmiast, z Arturem Zawiszą, Marianem Piłką i jeszcze paroma wybitnymi Polakami, założył nowe ugrupowanie prawicowe. Zrobił to oczywiście tylko po to, by jego gest nie poszedł na marne, żeby za gestem poszedł czyn i żeby wszyscy zainteresowani, a zwłaszcza ludzie marnego ducha, zobaczyli, gdzie droga, gdzie prawda i gdzie duch.
      Rozbity tym kompletnie bezsensownym aktem wandalizmu i zniszczenia, napisałem do Dziennika króciutki list, który zatytułowałem Głupstwo w imię Ducha Świętego, a który redaktorzy postanowili opublikować. Oto te kilka smutnych słów z kwietnia zeszłego roku:
"Chciałbym podzielić się wspomnieniem, jak po nieudanej pierwszej kadencji prezydenta Wałęsy, pragmatyczni politycy chcieli wystawić kandydaturę prof. Adama Strzembosza, by ten powstrzymał Kwaśniewskiego. Strzembosz był kandydatem idealnym. Miał duże poparcie, był lubiany i szanowany przez wiele środowisk i gdyby kampania przebiegała bez histerii ze strony patrzących na świat ‘z niebiesiech’ naszych specjalistów od Pana Boga, Kwaśniewski nie zostałby prezydentem, a Polska byłaby dziś może inna. Niestety politycy z ZChN i okolic, natychmiast wysunęli kandydaturę generała Wileckiego (sic!), później Hanny Gronkiewicz Waltz, a w międzyczasie kilku kolejnych przedziwnych postaci, które nad Strzemboszem miały tę przewagę, że podobno były bardziej pobożne, patriotyczne, czy polskie. Z całej pracy wyszło tyle, że prof. Strzemboszowi spadło poparcie i obraził się na Kaczyńskich, Wilecki odmówił, Gronkiewicz poparła Wałęsę, Wałęsa przegrał z komunistą. W tamtym czasie, po raz pierwszy ujrzałem tak wyraźnie, jak w imię Ducha Świętego można popełnić tak okropne głupstwo. Ostatnie dni pokazały ten ponury mechanizm równie mocno i równie bezwzględnie".
      Zarówno sam problem, z którym musieliśmy się przecież parę razy w naszej wspólnej historii zmierzyć, jak niejednokrotnie bardzo przykre konsekwencje opisanego przez mnie procederu, sprawiają, że oczywiście się powtarzam. Pisałem o tym ponad rok temu do Dziennika, wspominałem o tym już tu, w tym roku, w naszym Salonie i znów się – jakby to niektórzy pewnie określili – głupio podniecam. Na ale, jak tu się nie emocjonować, skoro wystarczy odrobinę otworzyć oczy i nastawić troszeczkę uszy, żeby nie przegapić ani jednego dnia dudniącego echem tych pełnych rozmodlenia czynów i słów sprzed lat.
      Dopiero co, po raz kolejny w ciągu paru ostatnich miesięcy, mieliśmy okazję się rumienić ze wstydu, będąc świadkami tej żenady pod tytułem Bolesław mówi, i przyglądając się bezradnie, jak najgorsze szumowiny bezlitośnie wykorzystują kompletny psychiczny upadek, było nie było, ale jednak bohatera naszej wspólnej historii. Widzimy te najbardziej obrzydliwe zabiegi wokół totalnie już odjechanego Lecha Wałęsy, mające jeden jedyny cel - zniszczyć do samego już końca wszelką nadzieję na odrodzenie tego, co zwiemy popularnie duchem narodu, i wiemy aż za dobrze, że ta porażka ma wyjątkowo wielu ojców.
      Ale przecież nie chodzi tu tylko o Lecha Wałęsę. Wczoraj w Rzeczpospolitej dwa teksty zajmujące niemal całą jedną stronę, teksty w pewnym sensie niezwykłe. Pierwszy z nich opisuje kwestię związaną z faktem, że, jak się okazuje, część opinii publicznej ma dylemat pod tytułem „Kto zyskał na bojkocie TVN”. Jakby ktoś, najsłuszniej zresztą, zapomniał, o co chodzi, przypominam, że politycy PiS-u w ramach odruchu protestu wciąż nie przychodzą do studia TVN i TVN24 i zdaje się, że niektórym ta sytuacja jest wybitnie nie w smak. Rzeczpospolita informuje jednak, że tylko niektórym. Bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy są – a jakże by inaczej – Artur Zawisza i Marek Jurek. To oni podobno zyskali najbardziej na tym, że TVN tak długo niszczył ich byłych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości, że ci w końcu nie wytrzymali i postanowili się na TVN wypiąć.
      Mówi Artur Zawisza: „Dostaliśmy prezent od losu, a może od Jarosława Kaczyńskiego”. O jaki prezent chodzi Zawiszy? Otóż telewizja rodziny Walterów, od czasu, jak do jej studia przestali przychodzić politycy PiS-u, wpadła w bardzo ciężki kłopot z powodu tzw. braku parytetu. Poważny kanał informacyjny, pozbawiony nagle całego politycznego skrzydła, przestaje być kanałem poważnym, a staje się zwykłym, nudnym, propagandowym śmietnikiem. Jaki jest sens dla człowieka w przeciętny sposób interesującego się życiem politycznym naszego kraju, gapić się w dzień w dzień na tępe potyczki między ministrem Schetyną, a przewodniczącym Napieralskim? Doskonale to wiedzieli przywódcy PiS-u, podejmując decyzję o bojkocie. Wiedzieli, że bez przedstawicieli tej części opinii publicznej, które reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, TVN może po prostu zacząć wyłącznie puszczać powtórki. Oczywiście, przy znanym poziomie nieobiektywizmu i agresji dziennikarzy i przyjaciół TVN-u, nawet gdyby w ich programach występowali tylko Jacek Kurski na zmianę ze Zbigniewem Ziobro, główna strategia stacji i tak nie uległaby zmianie ani na jotę.          Niemniej bez pewnego zachowania pozorów, nawet tak wyrafinowana maszyna propagandowa, jaką jest TVN, musiałaby się w końcu zatrzeć i całe te pieniądze, tak pieczołowicie zbierane przez ostatnie lata, mogłyby bez tych właśnie pozorów pójść mocno na marne. Chyba jednak nie byli liderzy PiS-u na tyle przenikliwi, żeby pamiętać o istnieniu tej zawsze czujnej grupy, zawsze gotowej do działania na rzecz Narodu i jego zdrajców.
      Bo w tym samym właśnie momencie, kiedy PiS ogłosił bojkot, na pomoc panu Pieczyńskiemu, Wejchertowi i spółce przybiegli najlepsi z najlepszych, czyli byli posłowie Zawisza i Jurek. Zrobili to dla siebie? Ależ skąd! Oni wszystko, co robią, robią dla Boga i Ojczyzny. Przecież nie jest tak, że Zawisza z Jurkiem, kiedy pomagają TVN-owi złamać bojkot zorganizowany przeciwko kłamstwu i zdradzie, sami kłamią i w jakikolwiek sposób występują przeciwko swoim odwiecznym ideałom. Przecież nie jest tak, że oni nagle znależli się w sytuacji tzw. łamistrajków. Jakże tak! Ależ nigdy! Oni tylko skorzystali z okazji, żeby dorzucić swoje trzy grosiki na rzecz uciemiężonej Ojczyzny.
Każde słowo, jakie tych dwóch zacnych mężów, wypowiada, co drugi dzień na zmianę, do uszka któregoś z dziennikarzy TVN-u, to najszczersze słowa wiary, nadziei i miłości. No a poza tym Zawisza z Jurkiem grają. Oni grają tak, jak najlepsi synowie tej ziemi grali przed laty ze Służba Bezpieczeństwa. Oni rozgrywają Wejcherta tak, jak kiedyś rozgrywał Kiszczaka Adam Michnik, a Jaruzelskiego nieoceniony pan Bolesław. Oni są jak przyczajone tygrysy, ukryte smoki i jak cała Świątynia Szaolin. Oni pojawiają się w studio TVN24 i zaczyna się historyczny stare-out competition. A zwycięzca będzie tylko jeden – ten, który idzie w imię Naszego Pana.
      Artur Zawisza wyjaśnia ten konflikt między prawdą, a kłamstwem tak, jak tylko on potrafi. W swojej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej podkreśla, że właściwie bojkot jest usprawiedliwiony i PiS faktycznie miał powody, żeby się obrazić na stację Walterów. Jednak zaznacza jednocześnie, że Kaczory są przy tym, w tym swoim proteście, bardzo zakłamani, bo „gdyby PiS na serio traktował swoje zastrzeżenia, to jego członkowie nigdy by się nie pokazywali w tej telewizji”. Co innego sam Zawisza. Ten się – owszem - pokazuje nieustannie. No ale on przecież tam się wcale nie pchał. On się o miejsce w studio nie prosił. On tylko skorzystał z okazji. Na a poza tym, każdy dobrze wie, że on akurat ma tylko jeden cel – ochronę życia poczętego. Gdyby Zawisza mógł wybierać tematy swoich pogadanek w wieczornych programach w TVN24, on by mówił wyłącznie o aborcji, a to przecież nie jego wina, że właściciele TVN-u to tacy sami bezbożnicy, jak Gosiewski z Kuchcińskim.
Dobry człowiek ten Artur Zawisza. Dobry jak Marek Jurek, jak Marian Piłka i jak... no ten, jak mu tam... no Wojtyła... Karol.. Natomiast żaden z nich na pewno nie jest tak dobry i tak mądry, jak Jerzy R. Nowak, któremu Rzepa oddaje znaczną część tej wczorajszej strony. No ale Nowak to nie byle kto. To nie zwykły polityk. To jedyny, prawdziwy, pełny strateg. To prawdziwy przywódca, to nasze wybawienie, to ostateczne rozwiązanie. To ostatnia ucieczka tego znękanego narodu. On do TVN-u nie chodzi. Na razie nie musi. On ma od tego swoich rycerzy. Sam czeka w odwodzie. Ale już wypowiedział pierwsze ostrzeżenie. Jeśli PiS się nie opamięta – to koniec z poparciem, koniec z miłosierdziem. Ruch Przełomu Narodowego już pali ogniska. A potem, jako sygnał do natarcia i ostatecznego zwycięstwa, wizyta Jerzego Roberta Nowaka u Moniki Olejnik. Albo... co tam u Olejnik! Niedługo wrzesień; wraca Kuba Wojewódzki. Będzie można walnąć z grubej rury.




piątek, 27 września 2013

Coryllus: Godzina "W" i flaga w psiej kupie

Mój kumpel i wydawca Gabriel Maciejewski na swoim blogu w Salonie24 opublikował tekst, który uważam za dziś dla nas absolutnie najistotniejszy. Co więcej, kiedy czytam komentarze, jakie tam się pojawiły – również ze strony tak zwanych „naszych” – jestem pewien, że moja pierwsza intuicja, a więc to, że ów tekst ukazać się musiał, była jak najbardziej słuszna. W czym rzecz? Otóż Prawo i Sprawiedliwość, w ramach politycznej jak najbardziej akcji, zachęcającej warszawiaków do udziału w referendum mającym na celu odwołanie prezydent Gronkiewicz-Waltz, opublikowało szereg plakatów z wielką literą „W”. W tym momencie – może niedokładnie w tym, ale po odpowiednim przeanalizowaniu sytuacji – System rzucił się PiS-owi do gardła, krzycząc, że oto doszło do profanacji Powstania Warszawskiego. Niestety, tak jak to ostatnio widzimy zbyt często, w ślad za Systemem ruszyli komentatorzy z każdej strony barykady, i jak najbardziej zgodnie z dyrektywą, zaczęli wyjaśniać, że PiS popełnił bardzo ciężki błąd. Jak zresztą zawsze. Mi osobiście opadły ręce. Na szczęście mamy Coryllusa. Miejmy nadzieję, że jego głos dotrze do jak najszerszej publiczności.



Pomysł użycia litery „W” nawiązującej do Powstania Warszawskiego w komunikacie dotyczącym referendum, które ma zdecydować o odwołaniu Hanny Gronkiewicz Waltz uważam za jeden z najlepszych i najszczęśliwszych. Oto po wielu latach dziamdziania, ogólnej niemożności, przelewania z pustego w próżne i zaniechań PiS zrobił wreszcie coś co pozycjonuje go właściwie wobec przeciwników. Godzina „W” na plakatach jest super. Przekonuje mnie o tym wycie Kuczyńskiego i miałczenie Dorna. To dobra droga i tym szlakiem należy iść dalej. Sprzeciw Powstańców Warszawskich uważam zaś za aberrację i pomyłkę. Ktoś tym szacownym i godnym podziwu ludziom źle podpowiedział, oni czegoś nie zrozumieli i wydali to swoje oświadczenie. Myślę, że się z niego wycofają.
Teraz uzasadnienie. Na obszarach zwanych komunikacją są tematy topowe i drugorzędne. One mogą być traktowane jako narzędzia w walce politycznej, ale mogą być też zawłaszczane. I tak się dzieje z Powstaniem Warszawskim i innymi Powstaniami. Ludzie z kręgu zwanego umownie kręgiem GW, choć wiadomo rzecz jasna, że chodzi o coś więcej, dobrze wiedzą co to znaczy zawłaszczyć temat albo obszar znaczeń i potem posługiwać się nim jak siekierą albo wielkim młotem. Powstanie Warszawskie i jego konteksty właśnie na naszych oczach poddawane są takiej operacji. Dlatego właśnie symbole Powstania powinny być jak najczęściej używane przez PiS jako narzędzia polityczne. Nie do przyjęcia jest argumentacja, że to są świętości i muszą być pieczołowicie przechowywane w jakimś magazynku, do którego klucz mają ludzie zaufani. Po pół roku bowiem na widok takiego zaufanego z kluczem w ręku będziemy się musieli rozejrzeć za solidnym kamieniem. Nie z wściekłości bynajmniej, ale dla własnego bezpieczeństwa. Nie będzie to bowiem sympatyczny staruszek w czarnym berecie, który pamięta walki na Czerniakowie, ale ktoś zupełnie inny.
Symbole Powstania, żeby przetrwać we właściwych, bliskich każdemu z nas kontekstach muszą być używane i wykorzystywane dzisiaj, w dobrej sprawie oczywiście. One muszą żyć po prostu, a nie stanowić jedynie jakiś okazjonalny rynsztunek kombatantów. To jest błąd, który prowadzi najpierw do wyizolowania ich ze zbiorowej pamięci, a potem do zawłaszczenia. Odwołanie pani Gronkiewicz jest dobrą sprawą i nie ma się tutaj co strachać. Godzina „W” nadchodzi.
Nie wiem czy wiecie, że na portalu „Wpolityce” reklamowany jest konkurs na komiks o Powstaniu Warszawskim. Premiera tego komiksu ma się odbyć w przyszłym roku, w 70 rocznicę wybuchu. Ponoć organizatorem jest GW, tym dziwniejsze wydaje się, że impreza ta jest reklamowana przez Karnowskich. Tak to się właśnie załatwia. PiS nie może użyć symbolu związanego z Powstaniem, a tamci mogą wyprodukować na jego temat dowolną narrację, a potem ją promować nie przejmując się żadnymi krytycznymi głosami. Kiedy Kuczyński widzi plakat z godziną „W” wyje, a kiedy widzi flagę wtykaną przez dwóch degeneratów w psią kupę siedzi cicho i jego wrażliwość nie jest naruszona w żaden sposób. Wobec takiego rozgraniczenia emocji w sercu i duszy pana Waldemara, nie ma się co, przepraszam za kolokwializm, ochrzaniać, trzeba robić swoje. Dobrze by było, gdyby PiS nie zszedł już z tej drogi i po prostu podejmował nadal równie dynamiczne, kontrowersyjne i celowe inicjatywy. Jeśli komuś się zdaje, że można zwyciężyć porozumiewając się z przeciwnikiem co do warunków jego ustąpienia to jest w błędzie. Takie propozycje zwykle oznaczają pułapki i kończą się bardzo tragicznie, nie tylko klęską, ale również totalnym wyszydzeniem schwytanego w taką pułapkę człowieka. Nie ma, powiadam, co się cykać, trzeba iść do przodu.

piątek, 22 kwietnia 2011

Miłość już obfajdali, teraz się wzięli za Ducha

Od czasu gdy kardynał Nycz i paru innych biskupów naszego Kościoła ogłosiło koniec żałoby, aktywność po stronie osob tego końca tak cierpliwie wyczekujących wzrosła natychmiast. Nie ma właściwie dnia, by kolejny polityk czy dziennikarz, czy jakiś wynajęty specjalista od komentowania spraw ważnych nie powiedział, jak to naprawdę było z tym Lechem Kaczyńskim. Nagle głos zabrała prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz i oświadczyła co następuje: „Myślę, że będziemy mniej delikatni w ocenie, chociażby prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego”.
Moim zdaniem oświadczenie to jest o tyle ciekawe, że, jak wiemy ludzie i środowiska, o których Gronkiewicz mówi, używając zaimka ‘my’, mają naprawdę mnóstwo okazji i powodów, by mówić jak najbardziej niedelikatnie o wielu osobach. Mogą niedelikatnie mówić o Kaczyńskim, który, w odróżnieniu od swego brata jakoś wciąż im jakoś umyka, o Brudzińskim, o Rymkiewiczu, o Gazecie Polskiej, o Kempie, o agencie Tomku, o Janie Pospieszalskim, a nawet – jeśli tylko znajdą odpowiedni powód – choćby i o mnie. Tymczasem z jakiegoś powodu, ta szczególna kobieta uznała za stosowne z całej tej plejady wrogów ludu, wymienić akurat nieżyjącego już Lecha Kaczyńskiego. Że to o nim właśnie, ona i jej środowisko będą mówić niedelikatnie. Ciekawe dlaczego?
Czytam już kolejny raz te jej cudownie czarne słowa, i zastanawiam się jak owa niedelikatność może jej i jej partyjnych towarzyszy wykonaniu wyglądać. Pamiętamy wszyscy bardzo dobrze, że od czasu, gdy biedne ciało Prezydenta zostało zabrane z tamtej zatrutej ziemi i sprowadzone do Kraju, słyszeliśmy mnóstwo najróżniejszych opinii, wygłaszanych jak najbardziej publicznie, nie przez pijanych swoim szaleństwem internautów, lecz przez osoby bardzo, ale to bardzo publiczne. A więc przede wszystkim dziesiątki, jeśli nie setki razy, słyszeliśmy opinię, ze za katastrofę smoleńską, w tym oczywiście za śmierć 95 niewinnych osób, ponosi właśnie Lech Kaczyński. W każdy możliwy sposób: że był pijany, że wpadł w złość, że ogarnęło go szaleństwo władzy, a nawet że w ogóle przyszło mu do głowy lecieć do Smoleńska. Słyszeliśmy – już po jego tragicznej śmierci – całą masę głosów sugerujących, że on tak naprawdę, nawet jeśli sobie na swój los nie zasłużył, to nie ma najmniejszego powodu, by się nad tą śmiercią aż tak bardzo pochylać. I w tej atmosferze mijał cały boży rok. I ja mam dziś rozumieć, że niedelikatnie dopiero będzie?
A w jakiż to sposób Hanna Gronkiewicz-Waltz zamierza uświetnić ten pożałobny już zgiełk? Czy ci, o których ona mówi „my” będą nam organizować jakieś debaty panelowe z udziałem wybranych mędrców, którzy nas uświadomią, co to był za szubrawiec z tego Kaczyńskiego? A może owi „my” nie tylko będą gadać, ale może też te swoje pogawędki zilustrują jakimiś mniej delikatnymi performansami? Znamy już kilka takich, co doprawdy potrafiły zrobić wrażenie. Ale rozumiem, że teraz będzie dla odmienny niedelikatnie. Czyli jak? Czy Młodzi Demokraci w Krakowie zorganizują jakieś zawody wokół Wawelu, gdzie trzeba będzie pluć na odległość, albo szczać do celu? A może zaprzyjaźnieni dziennikarze z TVN24 uruchomią nowy show, którego celem będzie opowiedzenie najlepszego dowcipu o Lechu i Marii Kaczyńskich? Przyznaję, że nie mam bladego pojęcia, jak może wyglądać Platforma Obywatelska w wydaniu nie-delikatnym? Ale oczywiście potrafię się tu maksymalnie otworzyć.
Wciąż jednak najbardziej się zastanawiam, czemu Lech Kaczyński? Dlaczego oni się uczepili właśnie jego? Czy to możliwe, że oni wiedzą, że w ostatecznym rozrachunku to o niego tu chodzi? Że ów wiatr można poskromić wyłącznie niszcząc pamięć tego jednego człowieka. Że bez tego nic już się im się nigdy nie uda? Chyba jednak tak. Ale jeśli rzeczywiście tak jest, to nie mam wątpliwości, że stan w jakim oni się znaleźli jest nie do pozazdroszczenia. W niedawnym wpisie na blogu opisałem tę sytuację bardzo brzydkim tytułem, o miłości, która zrobiła kupę. Dziś myślę sobie, że, skoro Gronkiewicz-Waltz informuje mnie, że delikatnie już było, to ja nie mam nic przeciwko temu, żeby się z nią zgodzić. I bardzo chętnie przyłączę się do tych zawodów na obniżanie poziomu delikatności. Na początek może poinformuję panią prezydent, że moim zdaniem sfajdana miłość, to jeszcze nic takiego. Gorszy od niej jest z pewnością sfajdany Duch Święty. Obfajdać Ducha Świętego, to dopiero wyczyn! Nie ma się co zatem dziwić, że właśnie ktoś taki jak Hanna Gronkiewicz-Waltz wpadła w związku z tym wypadkiem w tak podniosły nastrój.

sobota, 9 kwietnia 2011

Dzień przed, rok po - o pamięci zbędnej

Film Stankiewicz i Pospieszalskiego ‘Lista pasażerów’ robi oczywiste wrażenie sam w sobie, niemniej jednak jest w nim coś, co mnie osobiście bardzo wzruszyło jeszcze zanim miałem okazję włożyć dysk do odtwarzacza. Mam na myśli okładkę, a raczej jej niemal centralny element. Otóż okładka owa skomponowana jest ze zdjęć osób, które zginęły w smoleńskim nieszczęściu, a niemal w środku znajduje się zdjęcie Sebastiana Karpiniuka. To co w tym zdjęciu jest dla mnie tak bardzo uderzające i przejmujące, to fakt, że widzę na nim twarz człowieka miłego, sympatycznego i autentycznie radosnego, w sposób wręcz doskonały. Sama ta twarz, ale i – co często jest znacznie ważniejsze – jego usta i oczy są tak pełne radości i prawdziwego uroku, że ta śmierć staje się jeszcze bardziej bolesna.
Patrzę na to zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, człowieka którego za życia tak bardzo nie lubiłem, człowieka, który budził we mnie absolutnie najgorsze instynkty, kogoś kto swoim zachowaniem i słowami jakie wypowiadał, sprawiał, że stawałem się nie kimś lepszym, lecz wręcz przeciwnie – człowiekiem znacznie gorszym i podlejszym, i myślę sobie dziś, że musiałem się jednak co do niego fatalnie mylić. Bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktoś o oczach tak jasnych i uśmiechu tak promiennym, był choćby w połowie tak zły, jak mi się wówczas wydawało. I zastanawiam się, co się zmieniło? Co tak dramatycznie odmieniło ten obraz? Czy to możliwe, że przyczyną jest tylko ta męczeńska przecież śmierć? Że to ona nadała, tej samej przecież co zawsze twarzy, jakąś aurę świętości, czy choćby tylko czystości? Czy może tam jest coś jeszcze? A może za tym stoi poczucie, że biedny Sebastian Karpiniuk został tak fatalnie zapomniany przez tych, którym z taką szczerością był przez całe lata tak bardzo wierny. Świadomość, że ci, którym poświęcił wszystkie swoje emocje i swoją wiarę, dziś już tylko się modlą o to, żeby tę pamięć jasny szlag trafił. Że już dość tego. Że koniec z tym wszystkim. Do roboty!
Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, dlaczego kiedy dziś patrzę na to czarno-białe zdjęcie Sebastiana Karpiniuka, widzę człowieka, którego można już tylko lubić. Ale tak to własnie jest. Tak to się właśnie dzieje, że widzę te roześmiane oczy i jest mi tak okropnie przykro, że on już nie żyje i że to jego życie skończyło się w tak strasznych okolicznościach. I jest mi oczywiście też bardzo przykro z powodu wszystkiego tego, co kiedyś o nim myślałem, mówiłem i pisałem.
Ale jest jeszcze coś. Otóż myślę sobie, ze to jest coś absolutnie niezwykłego, a przy okazji prawdziwie upiornego, do czego doprowadził ten plan, którego jedynym celem było narazić Polskę na taką nienawiść, żeby to właśnie jedynie ta nienawiść decydowała o naszej teraźniejszości, a co najważniejsze – przyszłości. Dziś już – co przyznają sami autorzy i przy okazji piewcy tego czarnego sposobu na zdobycie i utrzymanie władzy – tego się nie da dalej ciągnąć. Czy to dlatego, że Polacy zauważyli ten fałsz, czy może dlatego, że intensywności tego zła nie wytrzymała już sama natura? Trudno powiedzieć. Inna sprawa, że ta nienawiść swoje żniwo zebrała jak najbardziej. Również w ten sposób, że, być może nawet wielokrotnie, autentyczne dobro i pogodę życia, zmieniła w czarny gniew o zaciśniętych pięściach i szyderczym uśmiechu. Ta nienawiść zrobiła z nas zwierzęta. I pomyśleć tylko, że poszło o coś tak mikroskopijnego jak władza. Myślę, że ci, którzy skalkulowali sobie, ze tak właśnie będzie dobrze, powinni się dziś bardzo wstydzić. Choćby patrząc na zdjęcie Sebastiana Karpiniuka na okładce tego filmu.
Wiem jednak przy tym, że na jakikolwiek wstyd liczyć dziś nie można. Właśnie dlatego, że to zło, ta nienawiść, może polec tylko w obliczu najbardziej bezpośredniej śmierci. Tylko ta właśnie śmierć potrafi ją pokonać. Ale żeby tak się stało, tę śmierć trzeba umieć dojrzeć i chcieć ją odpowiednio przeżyć. Trzeba umieć docenić jej okrutną moc. Bez tego, pozostaje nam się tylko dalej męczyć z naszym obłąkaniem.
Dziś miałem okazję obejrzeć w telewizji fragmenty uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej Lecha Kaczyńskiego, twórcy Muzeum Powstania Warszawskiego. Było bardzo podniośle i refleksyjnie. Przyszło wielu ważnych gości, byli posłowie, był ksiądz biskup, był prezes Jarosław Kaczyński, była też prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pani prezydent wygłosiła – niech nawet będzie, że ładne – przemówienie, w którym uczciwie oddała Lechowi Kaczyńskiemu, co mu się w tej sytuacji należało. I wreszcie przyszedł moment, kiedy ksiądz biskup powiedział kilka odpowiednich do okazji słów, a następnie poświęcił tablicę, oblewając ją wodą święconą. Kropił więc Biskup tablicę, osoby obecne na uroczystości, robiły jak należy znak krzyża, a kamera – nie wiedzieć jak i skąd - pokazała w tym momencie Hannę Gronkiewicz-Waltz, zajętą rozmową z kobietą, która jej towarzyszyła… jak ziewa. Zwyczajnie ziewa.
Często się zastanawiamy – również tu, na tym blogu – nad tym, co się z nami stało. I jak się to stało, że daliśmy się tak fatalnie sprowadzić na aż tak parszywą ścieżkę. Czasem jest nam z tymi naszymi myślami lżej, czasem ciężej. Ale wciąż się od nowa zastanawiamy nad niebywałą skutecznością tego zła. Myślę, że dobrze jest w takich chwilach spojrzeć na zdjęcie zmarłego w Smoleńsku Sebastiana Karpiniuka. Choćby po to, by się jeszcze bardziej nie stoczyć.

niedziela, 19 grudnia 2010

Opakowanie zastępcze

Czytelnicy bloga, który prowadzę od paru już lat, znają tę moją wstydliwą tajemnicę, że jestem osobą kiepsko oczytaną i ten brak oczytania już tylko się pogłębia. Owo pogłębianie polega na tym, że o ile kiedyś, jeszcze w latach młodzieńczych, czytałem dużo, to w kolejnych latach zacząłem ograniczać się coraz bardziej do gazet, by ostatnio już nawet nie czytać nawet tych cholernych gazet. Wygląda na to, że ostatnio sytuacja stała się do tego stopnia dramatyczna, że jedyne teksty jakie przyjmuję, to te, które sam piszę, a i nawet to bardzo pobieżnie. I oto, proszę sobie jednak wyobrazić, ostatnio się ni stąd ni z owąd bardzo rozczytałem i dzisiejszy mój komentarz będzie swoistym przeglądem lektur.
Zaczęło się od tego, że otrzymałem zlecenie przetłumaczenia tekstu amerykańskiego autora Georga Friedmana, na temat geopolitycznej sytuacji krajów naszego rejonu, a więc Ukrainy, Rumunii, Mołdawii, Turcji, no i Polski. Friedman jest mi autorem oczywiście nieznanym, ale ponieważ, jak się dowiaduję, jego prace są przetłumaczone i do kupienia i w Polsce, muszę przyznać, że ta moja nieznajomość jest wyłącznie konsekwencją wcześniej wspomnianego nieoczytania. Zwiedza więc Friedman nasze okolice i w formie ni to dziennika, ni to historycznej rozprawki, ni to wreszcie rozprawy publicystycznej, przedstawia, jak on sobie wyobraża naszą obecną i przyszłą sytuację przy założeniu, ze wszyscyśmy się znaleźli w rosyjsko-niemieckich kleszczach i jest to stan, z którego prostego wyjścia nie ma. Niezwykle ciekawe są te teksty. Ja je tłumaczę na język polski, no i przy okazji sobie czytam.
Co więcej? A więc w międzyczasie, zdarzyło mi się też przeczytać artykuł w Rzeczpospolitej informujący nas o tym, że polski rząd, ze szczególnym uwzględnieniem ministra Rostowskiego, doprowadza Polskę do całkowitej finansowej zapaści, i że właśnie w związku z tym faktem, został ostatnio bardzo brutalnie zaatakowany przez trzech poważnych ekonomistów, na czele z Leszkiem Balcerowiczem. Akurat – muszą to tu zauważyć – jeśli idzie o niego, to dla mnie on jest poważnym ekonomistą o tyle o ile, ale ponieważ sprawa dotyczy środowiska, gdzie on poważnym ekonomistą oczywiście jest jak najbardziej, przyjmuję tu jego opinie poważnie.
Wreszcie, gdyby ktoś myślał, że ja wyłącznie albo czytam gazety, albo oglądam kolorowe fotografie z komentarzami poniżej, albo przeglądam jakieś teksty z Sieci, i się tym głupio chwalę, pragnę zauważyć jeszcze, że oprócz tego, przeczytałem coś prawdziwego. Mianowicie książkę. Otóż pani Toyahowa nagle sobie przypomniała o tym, że my chyba mamy w domu książkę Czesława Bieleckiego, wydaną jeszcze w roku 1990, a zatytułowaną „Z celi do celi – Listy do żony”. Po pewnych wytężonych poszukiwaniach, książka została odnaleziona, no i stąd się ostatecznie wzięło to, że ją wziąłem do ręki i przeczytałem.
A więc oto mamy trzy teksty, które jakimś niezwykłym trafem przeczytałem niemal w jednym czasie, i które, jeszcze jakimś bardziej niezwykłym cudem, sprowadziły się w mojej głowie do jednej ponurej i bardzo bolesnej refleksji. Refleksji o tym, że przyszedł czas, kiedy zacząć się wstydzić, to już i tak, jak na stan, do jakiego jako społeczeństwo daliśmy się doprowadzić, stanowczo za mało. A więc dziś o tym. O nas i o tym wstydzie, który udajemy wciąż, że nas nie dotyczy.
Zacznę od Rzeczpospolitej. Informacja podana przez ów dziennik, z powołaniem się i na tych trzech ważnych gospodarczych ekspertów, ale przecież nie tylko, mówi nam, że polski dług publiczny rośnie w bardzo szybkim tempie z dnia na dzień, a obecnie sięga już ponad 700, a może już prawie 800 miliardów złotych. Ja się kompletnie nie znam na tych sprawach, ale za to wiem, co to jest dług publiczny. Otóż dług publiczny to jest coś takiego jak dług osobisty, tyle że w skali państwa. Jeśli ja i moja rodzina jesteśmy zadłużeni w bankach, to dlatego, że w pewnym momencie zaczęliśmy wydawać więcej, niż zarabiać. Dopóki te kredyty spłacamy, nie jest najgorzej. Natomiast jeśli zamiast je spłacać, tylko ich sumę zwiększamy, zaczyna się robić niebezpiecznie, bo na końcu tej przygody jest zawsze już albo sznur, albo coś bardziej naturalnego. Jak się okazuje, Polska – jak twierdzą wspomniani specjaliści, z winy obecnego rządu – zmierza w stronę tego sznura, tyle że w skali całego narodu, a nie jednej biednej rodziny, zadłużonej przez nieroztropnego tatusia. Oto co przeczytałem w Rzeczpospolitej. Dla sprawiedliwości oceny i właściwego porządku, muszę dodać, że minister Rostowski twierdzi, że nie ma powodów do niepokoju, bo on ma na wszystko oko. Premier Tusk oczywiście się z tą oceną swojego ministra jak najbardziej zgadza.
Teraz o tym Amerykańskim publicyście. Otóż Friedman – powołując się na historię tej części świata i najróżniejsze precedensy – twierdzi, że nadzieje wyrażane przez niektórych, jakoby Niemcy nie miały w stosunku do Polski i innych krajów regionu złych intencji, natomiast Rosja była zbyt słaba, więc również wystarczająco łagodna, żebyśmy się mieli nią przejmować, to wyłącznie bezmyślna naiwność. Że bez silnej koalicji, o której kiedyś daremnie marzył Piłsudski, kiedy tworzył swoje plany odnośnie Międzymorza, zarówno Polska, jak i Ukraina, czy inne kraje skazane są na ostateczne skolonializowanie, tyle że w nowoczesnym, jak najbardziej politycznie akceptowalnym opakowaniu. Friedman zwiedził nasze kraje, spotykał się z ludźmi, dziennikarzami i z przedstawicielami władz i doszedł do wniosku, że sytuacja jest już naprawdę bardzo nerwowa. I że najwyższy już czas zacząć krzyczeć. Niezwykłe są te jego relacje. Kto ma ochotę, będzie mógł się z nimi zapoznać już niedługo na stronie http://www.geopolitics-europe.com/. Jeśli idzie o mnie, właśnie kończę tłumaczenie fragmentu o Polsce. Oto co pisze Friedman:

„W chwili obecnej Polska ekonomicznie radzi sobie niezwykle dobrze. Gospodarka się rozwija, i nie ma wątpliwości, że, jak na dziś, kraj ten jest liderem spośród wszystkich byłych państw satelickich. Jednak okres, gdy z Unii Europejskiej do Polski płynie strumień pomocy, nieuchronnie zbliża się ku końcowi, a już zza rogu wyłaniają się problemy choćby z systemem emerytalnym. Zdolność Polski do utrzymania swojej gospodarczej pozycji w skali Unii Europejskiej w najbliższych latach zostanie poddana poważnemu wyzwaniu. I wtedy może się zdarzyć, że kraj ten zostanie przesunięty do pozycji klienta.

Nie wydaje mi się, by Polacy mieli cokolwiek przeciwko temu, by zostać klientem, pod warunkiem, że będzie się ich dobrze i uczciwie traktować. Problem polega jednak na tym, że Niemcy, podobnie jak inne główne państwa Unii ani nie dysponują możliwościami, ani też nie bardzo im zależy na tym, żeby dbać o peryferie Unii akurat w stylu, który by owym peryferiom odpowiadał. Jeśli Polsce podwinie się noga, zostanie potraktowana przy użyciu dokładnie tych samych systemów kontroli, jakie zostały nałożone na Irlandię. W trakcie naszej rozmowy, pewien przedstawiciel polskich władz stwierdził, że dla niego tego typu perspektywy nie stanowią problemu. Kiedy wspomniałem o możliwej utracie przez Polskę suwerenności, odpowiedział, że są różne rodzaje suwerenności, i że na przykład utrata suwerenności budżetowej nie koniecznie musi oznaczać ograniczenia suwerenności państwowej.

Powiedziałem mu na to, że moim zdaniem on nie dostrzega wagi problemu. Zachowanie przez państwo prawa decyzji co do kształtu systemu podatkowego, czy dystrybucji pieniądza stanowi esencję państwowej niepodległości. Jeśli polskie państwo utraci te narzędzia, jedyne co mu pozostanie, to ewentualnie możliwość ogłaszania Ogólnopolskiego Miesiąca Kręcenia Lodów i podobnych obchodów. A wówczas inne kraje, zwłaszcza Niemcy, zajmą się za Polaków sprawami ich obronności, edukacji i całej reszty. Jeśli umieścimy budżet poza procesem demokratycznym, słowo ‘suwerenność’ można wyrzucić do kosza.

A więc przetłumaczyłem ten fragment i na chwilę zaniemówiłem. Ktoś pomyśli, że pewnie z powodu tych lodów. To akurat też, bo to – przyznać trzeba – zbieżność niezwykła. Jednak to co na mnie zrobiło już autentyczne wrażenie, to ten „przedstawiciel polskich władz”. Ciekawe, prawda? Oto człowiek – jeden z tych ludzi, jeden z nich – przychodzi, i na uwagę o możliwej utracie przez Polskę suwerenności mówi, żeby mu nie zawracać głowy, bo przecież suwerenność suwerenności nierówna. Oni – Polak z Amerykaninem – sobie tam jeszcze przez jakiś czas rozmawiają, i jest nie mniej ciekawie, ale na razie to powinno nam wystarczyć. Resztę niedługo proszę czytać tam, gdzie prowadzi powyższy link.
No i wreszcie Czesław Bielecki. Ja o tym, kim jest Bielecki wiedziałem już znacznie wcześniej, jeszcze zanim on postanowił wystartować przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz w wyborach na prezydenta Warszawy. I ta moja wiedza, mimo najróżniejszych kryzysów, kazała mi zawsze wierzyć, że jest on osobą wybitną. Dziś wpadliśmy na tę maleńką książeczkę z listami i oto czytam na okładce następującą informację: „Urodził się w 1948 r. w Warszawie. Architekt, grafik, publicysta, wydawca. Absolwent Politechniki Warszawskiej. Od 1979 r. współpracował z ‘Kulturą’ paryską, w której publikował pod pseudonimem Maciej Poleski. Autor ‘Ciągłości w architekturze’ i inicjator grupy twórczej ‘Dom i Miasto’. W 1982 r. założył podziemne wydawnictwo CDN. Będąc w konspiracji, założył z kolegami w 1984 r. spółkę projektową DiM’84. W 1986 r. przemycił z aresztu gryps z projektami na konkurs plakatu 40-lecia ‘Kultury’ i wygrał go. Więzień polityczny w latach 1968, 1983, 1985-86. W 1989 r. zainicjował powstanie spółki akcyjnej ‘Metropolis’, której celem jest rozwijanie terenów miejskich przez operacje nieruchomościowo-budowlane. Uczestnik Porozumienia Ponad Podziałami powstałego w 1989 r.
No i są jeszcze różne osiągnięcia zawodowe i nie tylko, do roku 1990. O ewentualnej reszcie wiemy już skądinąd.
Ktoś powie, ze przecież to nic takiego. Weźmy takiego Lityńskiego, czy Wujca. Też mają nie byle jaką przeszłość. A Michnik? Ten to dopiero! Niech więc będzie i tak. Zajrzyjmy więc do środka. Cóż ten Bielecki tam pisze? To są, jak wskazuje sam tytuł, listy do żony, a więc w dużym stopniu osobiste adresy. Niemniej jest coś jeszcze. Bielecki w więzieniu czyta książki – strasznie dużo tych książek – uczy się języka angielskiego, tworzy jakieś słowniki, no i projektuje Warszawę. Nieustannie tworzy projekty architektoniczne Warszawy – „place, pasaże, rozbudowy budynków użyteczności publicznej”. Myśli wciąż o tej Warszawie i ją w swojej głowie i sercu zmienia. Żeby była piękniejsza i bardziej funkcjonalna. Warto wrócić do tej książki. Można w niej znaleźć człowieka niezwykłego. W pewnym sensie jedynego. Wyjątkowego. A ja sobie myślę, co z tego wszystkiego zostało w czasie niedawno przeprowadzonych wyborów na prezydenta Warszawy, w których Gronkiewicz –Waltz Bieleckiego rozgromiła? Rozpędziła go na cztery wiatry, jak jakiegoś przybłędę bez historii. Został tylko jakiś Czesław Bielecki – kandydat PiS-u. Człowiek – jakżeby inaczej! – Kaczyńskiego.
Warszawiacy uznali, że oni przyjmą wszystko – nawet tę kobietę; nawet ją; niech już będzie choćby i ona – byleby tylko nie jakiegoś pisiora. Niech szlag trafi wszystko. Niech to miasto diabli wezmą. Byle nie cholerny kaczysta. Mieszkam w Katowicach i mam swoje powody, żeby się za moje miasto wstydzić. Ale my tu mamy swojego Uszoka. On też był popierany przez Prawo i Sprawiedliwość. A tu, choć podobnie jak w Warszawie też się PiS-u nienawidzi – i tu uwaga do mojego kolegi Michała Dembińskiego – nikomu, poza najbardziej nieprzytomnej z nienawiści peowskiej młodzieży, nie przyszło do głowy o nim mówić, że to był kandydat PiS-u. Bo to nieprawda. Bo był Uszok, podobnie jak w Warszawie Czesław Bielecki, kandydatem niezależnym, tyle że przez PiS popieranym. Dlaczego? Bo zwyczajnie był najlepszy. I on wygrał, między innymi dlatego, że cokolwiek by mówić o Ślązakach, oni nie są samobójcami na gwizdnięcie. I my jakoś sobie z Uszokiem poradzimy. Warszawa natomiast przez kolejne cztery lata będzie musiała gnić pod rządami tej dziwnej kobiety. Warszawy sprawa. Mnie natomiast jest już tylko wstyd.
Podobnie jak mi jest wstyd za tych wszystkich, którzy już tak zgłupieli z tej durnej, bezdusznej propagandy, że im się stało już dokładnie wszystko jedno. Za tych, którzy, kiedy wyjdą któregoś dnia na ulicę i zostaną zaatakowani przez bandę pijanych żuli, którzy odbiorą im wszystko, co będą mieli przy sobie, a na dodatek każą im wrócić do domu po resztę, to oni posłusznie do domu wrócą, i za chwilę przybiegną i oddadzą im wszystko co mają. A jak któryś z nich powie „Przyprowadź pan jeszcze żonę i córkę”, to przyprowadzą. Byleby tylko ci żule ich zapewnili, że żaden z nich nie nazywa się Kaczyński, albo jakoś tak. Wstyd mi jak cholera. Czytam relację ze stanu polskiego wewnętrznego zadłużenia, słucham tego Amerykanina, jak mi opowiada, co się kotłuje w głowach przedstawicieli polskiego rządu, patrzę na tego Bieleckiego i na tę kobietę, która go rękoma Warszawiaków rozniosła w drobny mak, i wstydzę się.
Dziś dowiedziałem się, że polska prokuratura zbada sprawę niszczenia przez Rosjan wraku naszego samolotu. Tyle tylko, że – jak nas się lojalnie uprzedza – najpierw trzeba się będzie w tej sprawie skonsultować z prokuratorami rosyjskimi, żeby nam powiedzieli jak jest naprawdę. Rzeczpospolita doniosła, że Platformie wzrosło, a PiS-owi spadło. Igor Janke zameldował, że polska blogosfera się rozwija. Jest jak zwykle. Albo jeszcze lepiej – jak kiedyś. Szynka, panie. Szynka z drobiu. W opakowaniu zastępczym. Smacznego!


Powyższy tekst, tu w wersji nieco rozszerzonej, ukazał się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...