Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzysztof piesiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzysztof piesiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Dlaczego Tomasz Lis się nie łajdaczy?


Ponieważ do wyboru mam albo ciągnąć temat pedofilii – a przyznać muszę, że, jeśli problem potraktować szerzej, to mamy przed sobą kwestię nieczystości w ogóle, ta dyskusja końca zwyczajnie nie ma, albo naszą wspólną uwagę poświęcić wyborom europejskim, to przepraszam bardzo, ale niech się wyborami zajmie premier Szydło z ministrem Gowinem i tym nożownikiem z Buska Zdroju, a ja jednak zostanę przy wspomnianej nieczystości.
Otóż przeczytałem dziś na portalu tvn24, że niejaki Sosnowski ze znanego nam ostatnio aż nazbyt dobrze kwartalnika „Więź”, postanowił ratować Kościół przed wieczną zgubą i w związku z tym zaapelował o – uwaga, uwaga – zniesienie celibatu. I to jest moim zdaniem coś tak niebywale głupiego, że ja albo muszę uznać, że Sosnowski jest niespełna rozumu, albo że on jest częścią owego większego projektu, który ma na celu doprowadzenie do ostatecznego i nieodwołanego upadku Kościoła i gada, co mu każą.
Jak bowiem można w ogóle pomyśleć, że zezwolenie księżom na małżeństwa, związki partnerskie, koleżeńskie, pijackie, czy Diabeł jeden wie, jak je nazwać, sprawi, że oni nie będą uwodzić swoich gospodyń, zaciągać do łóżka zakochane parafianki, zdradzać swoich kochanków z innymi, równie atrakcyjnymi mężczyznami, czy wreszcie wkładać łapy w majtki małych dzieci? Co temu Sosnowskiemu się roi w jego pustym łbie? On nam chce powiedzieć, że ci wszyscy pedofile, to ludzie, którzy przez lata żyli w celibacie i nagle nie wytrzymali? A może jemu chodzi o to, że ci wszyscy księża, którzy dziś muszę się tłumaczyć ze swoich zboczeń padli ofiarą celibatu? On może sugeruje, że ksiądz Cybula w pewnym momencie postanowił się wziąć za swoich ministrantów, bo chciał koniecznie sprawdzić jaki to ten słynny seks jest przyjemny, a ponieważ Kościół zakazał mu się żenić, to udał się w najbliższe dogodne miejsce?
Mogę się oczywiście mylić, ale nie wierzę, żeby nawet dziennikarze kwartalnika „Więź” byli aż tak tępi, żeby z zupełną powagą głosić związek między celibatem, a wyuzdaniem, a  nie widzieć go między wyuzdaniem, a... wyuzdaniem.
Przepraszam bardzo, że to sie staje już może zbyt prostackie, ale czy Sosnowski żyje w przekonaniu, że ci wszyscy ważni celebryci, o których Seweryn Latkowski nakręcił tę swoją nędzę, sprowadzali sobie do domów te dzieci z Dworca Centralnego dlatego, że nie wolno im było zwyczajnie podupczyć? On może uważa, że niegdysiejszy Krzysztof Piesiewicz spotykał się z tymi kurwami głównie po to, by one mu pokazały, czym jest seks?
Jak mówię, nie chętnie wchodzę na ten poziom, bo to wszystko jest tak oczywiste, że aż wstyd o tym mówić, w tej zatem sytuacji, po raz kolejny ostatnio, przypomnę stary tekst, a wraz z nim sprawę owego Piesiewicza, szczególnie dziś bardzo niesłusznie zapomnianą.

      O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
      Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
      Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
      Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
      Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
      A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
      Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
      Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
      Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
      A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
       Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
      I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
      Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.



Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl gdzie można kupować moje książki. Jeśli komuś za daleko, to może sobie też kliknąć tu obok w jedną z okładek, albo ewentualnie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.





niedziela, 31 lipca 2011

Powrót człowieka w sukience

O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”.. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie,: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.

Kto pamięta pierwszy jeszcze tekst, jaki pojawił się na tym blogu na temat Krzysztofa Piesiewicza i jego sukienki, pamięta też pewnie, że był on utrzymany w tonacji dość żartobliwej. Dziś, jak widzimy, żartów już nie ma. Natomiast sam Piesiewicz, i jego znajomi, radzą sobie zupełnie dobrze. Nam zostaje więc tylko bezradność. W tej sytuacji, możemy już albo się z niego śmiać, albo, gdy śmiechu nie starcza, to czymś sobie w niego porzucać. I tak to jest ze wszystkim. Albo się tu śmiejemy, albo sobie czymś rzucamy. I zawsze tak było. Można to sprawdzić choćby w książce, którą właśnie wydał nam Coryllus i która jest u niego do kupienia. Zachęcam do tego bardzo gorąco. Wystarczy tylko kliknąć w umieszczoną tuż obok okładkę. A jeśli ktoś ma tylko możliwość dalszego wspierania tego bloga przez jakiekolwiek wpłaty na podany - też obok - numer konta, będę szczerze zobowiązany. Dziękuję.

czwartek, 21 lipca 2011

O nas, menelach

Mija lipiec, a ja, mijając sobie razem z nim, siedzę w domu i bardzo się cieszę, że moje miasto jest jakimś cudem tak pobudowane, że żadne nawałnice i trąby powietrzne mu niegroźne. Trochę tylko żałuję, że w życiu nie widziałem gradu wielkości piłeczek pingpongowych, by nie powiedzieć kurzych jaj. Może gdyby mnie było stać i pojechałbym do siebie na wieś, albo z Toyahową i dziećmi do Przemyśla, to bym sobie popatrzył, ale trudno – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza gdy prawie wszystko wystarczy.
Siedzę więc w domu ze starszą Toyahówną i psem, który jest jeszcze na tyle głupi, że decyzja, by go wsadzić w pociąg i wywieźć poza miasto, brzmi wciąż zbyt egzotycznie. No ale dobrze, że jest Toyahówna. Choćby z tego względu, że jak już się skończy opiekować pewnymi bliźniaczkami i napisze kolejne parę linijek swojej pracy magisterskiej, to zrobi mi coś do jedzenia, albo mi coś opowie. No i wyprowadzi psa, który ze mną nudzi się jak pies. A ja? Co ze mną? Jak mówię, przemijam wraz z tym lipcem, który kiedyś, choćby ze względu na moje imieniny, przynajmniej coś dla mnie znaczył, a dziś trzyma mnie już tylko w tym osłupieniu, i z nadzieją, że ktoś może zadzwoni i da mi jakąś robotę do zrobienia, albo przeczyta kolejną notkę na naszym blogu i uzna, że to akurat naprawdę było dobre.
Chociaż jest coś jeszcze. Otóż jutro jadę do Krakowa na koncert Morrisseya, który mi zasponsorowal nasz kolega LEMMING i za co jestem mu jeszcze bardziej niż dotychczas wdzięczny. Ciekawy człowiek z tego LEMMINGA. Pomijając wiele przeróżnych umiejętności, jakie on w życiu posiadł, ma on jeszcze taką jedną dodatkową, która sprawia, że kiedy on mi na przykład kupuje ten bilet na Morrisseya, robi to tak, żebym ja sobie myślał, że jemu na tym, żebym ja sobie na tego Morrisseya pojechał bardziej zależało, niż mnie. I pewnie, gdyby mnie miał za kogoś głupszego, niż jestem, to, abym się poczuł jeszcze lepiej, dając mi ten bilet, bardzo by mi za niego dziękował. Kiedyś od niego dostałem też specjalne wydanie „Ojca Chrzestnego” na DVD. On musi to wszystko świetnie znać. Zwłaszcza ten fragment, kiedy to Don tłumaczy – kurcze, nie pamiętam, komu – że jest sprawą niezwykle ważną, by, skoro już się komuś postanowiło wyświadczyć przysługę, robić to tak, by ten ktoś myślał, że owa przysługa jest od początku do końca inicjatywą tego, kto ją wyświadcza. LEMMING to wie, ale nie tylko przecież on. Znam wielu takich. Ja akurat znam wielu takich.
Siedzę więc w domu, dzień przed przyjazdem Morrisseya do Krakowa, z Toyahówną i z naszym psem, i wraz z tym deszczem wciągami w siebie swąd bezrobocia w kształcie wręcz modelowym. Dziwne, że jeszcze mną nie zainteresowała się telewizja TVN. W końcu, jak by nie patrzeć, mój przypadek, choć może nie tak ciekawy, jak to co się przydarzyło innemu menelowi, Hubertowi H., przed kilku laty – mamy okres wakacyjny, newsy nie idą tak szybko jak przez cały, zwykły rok – też mógłby się okazać interesujący. Pomyślcie tylko. Miał człowiek pracę, i to pracę bardzo dobrą, a pracy tej więcej nawet, niż mógł skonsumować, kiedy nagle coś mu strzeliło do głowy, by prowadzić blog. I blog ten odniósł sukces na tyle duży, że stał się jakoś tam popularny, no i ta popularność nagle go zabiła. Czyż to nie ciekawe? A jakiż to byłby interesujący temat do dalszej dyskusji, gdyby TVN, opowiedziawszy tę historię, poinformowała, że to nie oni. Że to rynek, nie oni. Że to wolność, nie oni. Może nawet ta dyskusja przykryłaby rozważania na temat dziennikarstwa spod znaku Ruperta Murdocha.
I myślę o menelach. Jak już parę razy wspominałem na tym blogu, Hubert H. kręci się tu po okolicy, a ja jestem chyba jedynym człowiekiem w mieście, który, kiedy go widzi, wie jeszcze kogo ma przed sobą. Kiedyś przyszło mi do głowy, żeby go zaczepić i poprosić, by za flaszkę zgodził się, bym na swoją komórkę nagrał jego oświadczenie, że jest rozczarowany czterema latami rządów Platformy Obywatelskiej i w tym roku będzie głosował na Prawo i Sprawiedliwość. I że Tusk to chuj. Sprzedałabym ten materiał PiS-owi, który teraz, po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, może wreszcie wyjąc sobie knebel z ust, i gadać do woli. No a poza tym, wyobrażacie sobie, jaka to by była sensacja? Hubert H. rozczarowany polityką rozwoju i miłości. Przecież on by teraz na tę moją propozycję rzucił się bez dyskusji. Co innego cztery lata temu, kiedy to, jak sam twierdził, Najsztub z Morozowskim płacili mu po 2 patyki za parę westchnień. Wtedy flaszka mogła tylko stanowić skromne uzupełnienie. Ale dziś?
Mija ten lipiec, ale też nie jest tak, że ja już nic nie wiem. Może nawet, przez ten stan zastygnięcia, wiem znacznie więcej, niż gdybym od rana do wieczora był zajęty zarabianiem pieniędzy. Na przykład zauważyłem powrót Krzysztofa Piesiewicza i to zauważyłem go na tyle wyraźnie, że nawet napisałem tu na ten temat pewną, moim zdaniem, bardzo interesującą refleksję. Zwłaszcza w temacie odkupowania od pewnego szczególnego gatunku ludzi godności, którą wcześniej – jeśli przyjąć, że chwila seksu z ekskluzywną kurwą i przypudrowanie noska, to naprawdę niewiele – oddało się im wręcz za darmo. Ale przecież nie jest tak, że, jak idzie o meneli, mamy tylko mnie i Piesiewicza. Opowiem teraz może dwie historie, które nie są w żaden sposób moimi historiami, ale za to jakaż to narracja! Eryk Mistewicz mógłby od tego oszaleć i, popaść tak jak my, w stan kompletnego upadku. Otóż żona moja gościła niedawno pewną swoją koleżankę z Izraela ( tak, mój drogi Michale – z Izraela), która ze względu na pamięć o swoim dziadku, zapragnęła odwiedzić nasze Podlasie. Pojechały więc one we dwójkę na to Podlasie, ale najpierw, żeby tam dojechać, musiały wsiąść w pociąg z Warszawy do Siedlec.
I teraz tak. Nie wiem czy wiecie, jak wyglądają pociągi w Wielkiej Brytanii, ale kto widział, to wie, że one wyglądają tak, że na kimś niezorientowanym robią wrażenie, jakby przyjechały do nas z Kosmosu. I oto, żona moja i ta jej koleżanka z Izraela wsiadły do pociągu z Warszawy do Siedlec… i to był dokładnie ten sam pociąg, który jeździ na przykład z Londynu do Cambridge. Dokładnie ten sam, z tą różnica, że pasażerowie mówili po polsku, czasem z lekkim wschodnim akcentem, i bardziej przypominali pasażerów z książki Jerofiejewa „Moskwa – Pietuszki”. I oto, jak relacjonuje moja żona, wśród tych pasażerów ukazał im się człowiek, który wyglądał bardzo inaczej. Na tyle inaczej, że on z kolei, bardziej przypominał pasażera pociągu jadącego z Londynu do Cambridge. W biznesie. W pewnym momencie, człowiek ów wyciągnął flaszkę z wódką i zaczął sobie z tej flaszki popijać. Po pewnym czasie, kiedy był już dość pijany, pojawił się konduktor, i okazało się, że mężczyzna nie ma biletu. Jednak, wbrew temu, czego można było oczekiwać, nie doszło do żadnych sporów, ani nawet awantur. Mężczyzna spytał, ile się należy, konduktor podał cenę, mężczyzna powiedział, że to drobiazg, i wręczył konduktorowi żądaną kwotę. I wrócił do swojej flaszki.
I to jest pierwsza historia. Teraz kolej na drugą. Pewna moja znajoma, której nie będę tu identyfikował, ponieważ zarówno ona, jak i jej mąż nienawidzą tego bloga, i już mnie prosili, żeby tu o nich nie wspominać, była ze swoim mężem na wakacjach na wsi. Ach to Podlasie! Pewnego dnia poszli do lokalnych delikatesów na zakupy, a kiedy wychodzili, natrafili na siedzących przed delikatesami paru okolicznych, wiejskich meneli, chłodzących się lokalnym piwem. Nie wiem, jak to się stało, czy ot tak sobie, bez powodu, czy może moja znajoma spojrzała na jednego z nich w jakiś prowokacyjny sposób, ale nagle usłyszała takie słowa – a ponieważ te słowa stanowią sens całego dzisiejszego wpisu, a być może nawet wszystkich tych wpisów w ogóle, wybiję je specjalnym drukiem: NIECH PANI PAMIĘTA. KIEDY MY UMRZEMY, NIE BĘDZIE JUŻ PRADZIWYCH PIJAKÓW. Tak właśnie jeden z nich powiedział; „prawdziwych pijaków”.
I to już koniec. Przedziwny ten tekst. Ledwo się zaczął, a już się skończył. No ale taki jest ten nasz blog. I taki zawsze był. I taki też miał od początku być. Jak życie. Żywy jak cholera.

sobota, 16 lipca 2011

Gdy łby czymś mocno skute

Muszę przyznać, że ile razy słyszę, jak Kazik wykrzykuję swoje: „Jak powstają twoje teksty? – gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta”, z jednej strony, niezmiennie czuję bezgraniczne wzruszenie i podziw, a jednocześnie bolesne zdziwienie. Czemu podziw? Wiadomo. Zdziwienie natomiast z tej prostej przyczyny, że ja kompletnie nie rozumiem, czemu Kazik się tak bardzo unosi, kiedy ktoś zwyczajnie chce wiedzieć, jak on to robi. Ja wprawdzie bym go o to nigdy nie zapytał, bo – biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie mam z ludźmi z jednej strony genialnymi, a z drugiej tragicznie przeciętnymi – wiem, jak to jest ze sztuką. Się siada i się albo pisze, albo gra, albo śpiewa, albo maluje. Obojętne. I w ogóle nie ma o czym gadać. Chociaż, jeśli się trochę bardziej nad omawianym przypadkiem zastanowić, to może faktycznie nie ma się co dziwić. Bo jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu, to wystarczy Kazika poczytać w jego felietonach, czy – tym bardziej – posłuchać, jak się mądrzy w telewizji, by wiedzieć, że jemu faktycznie na tak zadane pytanie nie pozostaje nic, jak tylko użyć swojego laczka i kopyta.
Jak idzie o mnie, to ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś chciał mnie spytać, jak powstają moje teksty. Pewnie dlatego, że przede wszystkim, ja chyba dobrze wiem, jak one powstają, a poza tym, swego czasu sam się nad tą kwestią trochę zastanawiałem. Może opowiem. Otóż ile razy skończę którąkolwiek z tych moich historii, pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że teraz z całą pewnością przez najbliższy tydzień nic nowego nie wymyślę. No bo o czym tu pisać? Cóż takiego się dzieje, albo stanie się w ciągu najbliższych dni, żeby można to było uznać za warte jakiejkolwiek nowej refleksji? A jednak, mimo to, każdy dzień przynosi jakiś, choćby najbardziej marny, drobiazg, z którego da się zbudować coś większego. Nie wiem, czy pamiętacie film Gilliama ‘Fisher King’. Jest tam taka scena, jak Perry idzie z tą swoją Lydią przez jakieś zawalone śmieciami i brudem ulice i nagle znajduje metalową siateczkę, która kiedyś przytrzymywała korek od szampana. Robi z niej natychmiast krzesełko, daje jej i mówi, że w śmieciach naprawdę można znaleźć piękne rzeczy. Problem w tym, że on nie szukał tej siatki, tyle że, ponieważ był zwykłym menelem, to miał odruch zbierania różnych śmieci.
Otóż moje doświadczenie każe mi się z Perrym zgodzić. To wszystko – a kto wie, czy też nie jest tak samo w przypadku Kazika –bierze się z grzebania w śmieciach. Bo proszę popatrzeć na historię tego tekstu. Wczoraj na krótką chwilę zajrzałem do programu ‘Szkło kontaktowe’, który prowadził Tomasz Sianecki z Jerzym Iwaszkiewiczem. Śmieci, czyż nie? I oto nagle na ekranie pojawił się bardzo leciwy już Wojciech Młynarski, który kiedyś przed laty był, w mojej opinii, artystą jeszcze bardziej wybitnym, niż dziś Kazik. Ale ponieważ po latach jest już tylko mamroczącym niewyraźnie swoje wiersze o ojcu Rydzyku staruszkiem, trzeba niestety też to przyznać, że wciąż pozostały tylko śmieci. I na sam koniec, kiedy już wiedzieliśmy, że oglądamy ‘Szkło kontaktowe’, i słuchamy Wojciecha Młynarskiego w nowym wydaniu, wystąpił Jerzy Iwaszkiewicz.
W tym momencie muszę zrobić pewną – może nie do końca dygresję – ale jednak dygresję. ‘Szkło kontaktowe’ to program, który z punktu widzenia tradycyjnej, białej cywilizacji jest ekscesem całkowicie porażającym. I nie ma co się na ten temat rozpisywać, bo każdy kto czyta te słowa, wie, o czym mówię. Jednak trzeba przyznać, że z kolei, z punktu widzenia Planu i Systemu, program ten to prawdziwy majstersztyk. I tu też nie ma się co nad tą kwestią dłużej zatrzymywać, bo wystarczy rozejrzeć się po ludziach, którzy nas otaczają, by wiedzieć, jaka za tym ‘Szkłem’ stoi siła rażenia. Podobnie jest z Wojciechem Młynarskim. Wprawdzie jego dzisiejszy upadek – a więc choćby ten wczorajszy wiersz o polskiej prezydencji i o ojcu Rydzyku – definiuje go niemal ostatecznie, jednak trzeba przyznać, że tamte piosenki, takie jak „Bynajmniej”, czy „Niedziela na Głównym”, czy „Żorżyk”, czy wreszcie „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia” to opis życia w PRL-u o jakim wspominany tu ostatnio Bareja, nawet nie miałby szans śnić. A więc, to dno wciąż nie jest, że tak powiem, skaliste. Ale oto wreszcie pojawia się Jerzy Iwaszkiewicz. Człowiek, którego nędza jest tak uderzająca i, że tak powiem, doskonała, że jeśli o nim też nic więcej nie powiem, to nie dlatego, że każdy wie, ale że sam nie wiem, jak to coś nazwać. I nagle się okazuje, że to właśnie dzięki niemu – Jerzemu Iwaszkiewiczowi – powstaje ta dzisiejsza notka.
Wracam do wczorajszego ‘Szkła kontaktowego’. Wystąpił więc ten nieszczęsny Młynarski ze swoim wierszykiem o polskiej prezydencji, ojcu Rydzyku i posłach PiS-u, a kiedy skończył, Jerzy Iwaszkiewicz najpierw zaczął krzyczeć do kamery, że Wojtusiu, pozdrawiam cię, kochany, itd., a następnie, podniecony w stopniu najwyższym, przeprosił wszystkich, ale on musi opowiedzieć pewną historię a propos jego przyjaźni z „Wojtusiem”. W pierwszej chwili, pomyślałem sobie, że on pewnie opowie coś o tym, jak to on i Młynarski szli sobie za PRL-u po Nowym Świecie, i spotkali Michnika, a Młynarski coś powiedział i było śmiesznie. Albo że wracali z jakiegoś przyjęcia i zatrzymał ich milicjant, ale ponieważ znał Młynarskiego z telewizji, to mu się tylko ukłonił i poprosił o autograf. Albo coś w tym kierunku. Proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Iwaszkiewicz – jak mówię, roztrzęsiony w sposób zupełnie niewyobrażalny – opowiedział historię, jak to on i Młynarski byli razem na jakiejś popijawie w Zakopanem i kiedy już byli tak pijani, ze się dalej pić nie dało, to siedli sobie na parapecie i tylko patrzyli, jak inni się bawią. I w pewnym momencie Młynarski się zdenerwował i powiedział do Iwaszkiewicza, że nie ma się co oszczędzać i poszli pić dalej. I, jak to podkreślił Iwaszkiewicz, „było bardzo przyjemnie”. Co dalej? Jak to co dalej? Nic. Koniec. To własnie taką historię opowiedział Iwaszkiewicz widzom ‘Szkła kontaktowego’. Jak to on i Młynarski kiedyś w Zakopanem się popili. Bez żadnych szczegółów. Ot, taka historia.
Wysłuchałem więc tego Iwaszkiewicza z jego wspomnieniem, i pomyślałem, że napiszę o tym tekst. A skoro o tym, to o paru jeszcze innych rzeczach. No i piszę. Proszę więc sobie wyobrazić, że mamy ten TVN24, a w nim ten program ‘Szkło kontaktowe’, a w nim Tomasza Sianeckiego i Wojciecha Młynarskiego, a przed ekranami telewizorów intelektualną elitę III RP, i nagle w tym wszystkim pojawia się ów Jerzy Iwaszkiewicz – najprawdopodobniej zwykły moczymorda, i to moczymorda o takim standardzie, gdzie jeśli się chce coś opowiedzieć, to jedyne myśli jakie do głowy przychodzą, to flaszka i zarzygany stolik. Ja wiem, że ostatnie lata przynoszą nam każdego dnia nowe odkrycia, ale to, co mamy dziś przed oczami, to jest chyba jednak jakiś fenomen. Kiedy zmarł Maciej Zembaty, wspominając jego osobę – właśnie w ‘Szkle kontaktowym’ – Grzegorz Miecugow przyznał, że on miał taki plan, żeby Zembatego zaprosić jako kolejnego gościa, który by w tym przedziwnym programie komentował politykę. Niestety – to już mój komentarz – kokaina, alkohol i ekstensywny onanizm Zembatego nam zabrały. A ja sobie myślę, że co by to było, gdyby on jednak jeszcze trochę pożył, i gdyby dał radę jakoś się przypudrować i w tym ‘Szkle kontaktowym’ występował? Czy on by miał w sobie to coś, co by sprawiło, że stałby się – obok Krzysztofa Daukszewicza – gwiazdą tego programu? Kto wie?
Niedawno wspominaliśmy występ Radka Sikorskiego jeszcze sprzed lat, kiedy to – niewykluczone, ze kompletnie nieprzytomny od nadmiaru wciągniętego proszku – próbował rozbić konferencję prasową Lecha Kaczyńskiego. I przy tej okazji, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie jest tak, że te dzisiejsze tak zwane elity, są najzwyczajniej w świecie uzależnione od alkoholu, narkotyków i płatnego seksu, do tego stopnia, że zwyczajni ludzie, kiedy się im przyglądają, wpadają w tak straszną bezradność. Że kto wie, czy taki na przykład Stefan Niesiołowski, zachowując się tak jak się zachowuje, nie jest zwyczajnie pod wpływem narkotyków, albo przed kolejną pijacką sesją. Ktoś mi powie, że tak pisać nie wolno. Bo ani to nie mam dowodów, ani nawet za bardzo podstaw. Otóż pewnie, że dowodów nie mam, dlatego cały czas, te moje refleksje obwarowuję tyloma zastrzeżeniami. Natomiast, co do podstaw, to akurat wydaje mi się, że je mam.
Od sprawy Krzysztofa Piesiewicza upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby Systemowi udało się skutecznie wymiksować ją ze zbiorowej pamięci, ale ponieważ, jak się dowiadujemy, senator Piesiewicz pragnie po raz kolejny startować w wyborach, Rzeczpospolita przeprowadziła z nim dziś bardzo długi i poważny wywiad. Oczywiście dziennikarka Rzepy ma tu bardzo ciężkie zadanie, bo Piesiewicz, jako osoba wciąż jakoś tam inteligentna, potrafi tak prowadzić ten wywiad, ze ona nie bardzo ma jak – zachowując podstawową delikatność – go przyciskać. Jest jednak parę momentów, kiedy Piesiewicz mówi rzeczy, które z naszego punktu widzenia wystarczą zupełnie, by go móc nadal oceniać tak jak go ocenialiśmy od początku. Otóż, najpierw, on – zupełnie, daję słowo, poważnie – zapewnia, że on nigdy u siebie w domu nie trzymał babskich ciuchów, tylko ci ludzie, których wtedy u siebie przyjmował, mu te sukienki przynieśli i na niego założyli. A więc, to nie on – to oni.
Ale później jest jeszcze straszniej. Otóż, zapytany, czemu on tym bandytom oddał wszystkie swoje pieniądze, Piesiewicz wyjaśnia, że to nie był żaden okup, ani szantaż, ani żadna łapówka, ani nic takiego. On się w tak brzydkie rzeczy nie bawi. On tylko chciał w ten sposób „odkupić swoją godność”. On nie wiedział, że „gdy już wezmą pieniądze, zacznie się szantażowanie”. A więc, rozumiemy już, jak to było, prawda? On im nie dał tych grubych tysięcy, bo oni go szantażowali tymi sukienkami, tymi kurwami, tą kokainą. Ależ gdzie tam! On im dał te pieniądze, by „odkupić swoją godność”. A jak zaczęli go szantażować, to normalnie, jak porządny obywatel, zadzwonił na policję. A teraz chce zostać jeszcze raz senatorem. I o co tyle szumu?
Senator Piesiewicz. Mocna rzecz. Przypominam sobie mój udział w konkursie Onetu na blog roku. Wygrałem ten konkurs i zawsze się mocno zastanawiałem, jak to się stało? W końcu, ja wiem, że ten blog w tamtym czasie był ze wszystkich finałowych blogów najlepszy, ale wiem też przy tym jeszcze lepiej, że przecież oni aż tak głupi nie są, żeby, dla jakiś dziwnych zasad, psuć sobie historię. Uznałem jednak, że pewnie on był na tyle najlepszy, że się po prostu innej decyzji podjąć nie dało, i stąd zresztą, już przy okazji kolejnej edycji, nas do tego konkursu zwyczajnie nie dopuścili. Dziś jednak, kiedy tak myślę sobie o tym Zembatym, o Młynarskim, o Iwaszkiewiczu, a teraz jeszcze znów o tym Piesiewiczu, to nagle przychodzi mi do głowy zupełnie nowa myśl. I nowy akapit (to a propos tego, jak powstają moje teksty).
Kiedy zgłosiłem swój udział w konkursie Onetu, pewną sensacją na tym blogu był tekst zatytułowany „Bronię Senatora”. Był to tekst szczególny z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że on w całości stanowił parodię czegoś, co sobie wyobrażałem, jako reakcję znanych autorytetów na sprawę Piesiewicza. Ja w nim broniłem Piesiewicza w taki sposób, jak sobie wyobrażałem, że go bronić może Andrzej Wajda, czy abp Życiński. Drugi powód to taki, że bardzo wiele – naprawdę bardzo wiele – osób uznało, że ja nie ironizuję, tylko naprawdę Piesiewicza bronię. Zamieszanie zrobiło się więc takie, że ten wpis otrzymał niezwykle dużą liczbę komentarzy i w pewnym momencie był najchętniej czytanym z moich wszystkich wpisów. Ale stało się coś jeszcze. Kiedy Onet przyjął moje zgłoszenie do swojego konkursu, zatytułował mój blog nie tak, jak należy, czyli „Posłuchaj to do Ciebie”, ale własnie „Bronię Senatora”. I tak już było do końca. Ten blog przeszedł przez całe eliminację, finał i ostatecznie ten konkurs wygrał, jako blog o nazwie „Toyah - Bronię Senatora”.
Do dziś sądziłem, że to iż oni go nazwali tak, a nie inaczej, było wynikiem omyłki. Podobnie jak wierzyłem, że ten blog wygrał tylko dlatego, że nie było takiej możliwości, żeby ktoś inny zdobył to pierwsze miejsce. Dziś jednak myślę sobie, że mogło być zupełnie inaczej. Przede wszystkim, biorę pod uwagę taką oto ewentualność, że Tomasz Sekielski z kolegami przeczytali tylko ten tekst o Piesiewiczu, nie zrozumieli go, a nie rozumiejąc, uznali że jest świetny i głęboko słuszny. Uznali, że to wszystko jest na poważnie, a że ponieważ całość jest napisana dobrze, z zawodową sprawnością, w dodatku sam blog jest bardzo bogaty, często odwiedzany i komentowany, to sprawa jest jasna. Blog „Bronię Senatora” jest najlepszym blogiem politycznym roku. Oczywiście rzucili też okiem na inne teksty, ale tam to już im się ani czytać nie chciało, ani też się głębiej nad czymkolwiek zastanawiać. A że ten tekst i ten tytuł im się tak bardzo spodobały, to zatytułowali cały blog „Bronię Senatora”, i dali mi ten laptop. Jako dla autora autentycznie najlepszego bloga politycznego w Polsce. Za to, że ja tak przenikliwie potrafiłem ocenić to, co przecież takie normalne i naturalne i takie przecież ludzkie.
Trzeba teraz jakoś te refleksje zakończyć. Wydaje mi się, że dobrze byłoby się zastanowić, czy to 10-osobowe jury z Tomaszem Sekielskim na czele, kiedy podejmowało swoją decyzję, było przytomne, pijane, czy zwyczajnie przymulone? Kiedyś myślałem, że oni byli trzeźwi, dziś natomiast mam już wątpliwości. I nie osłabi ich nawet to, że przecież wielu zupełnie przytomnych i inteligentnych komentatorów też uznało, że ja naprawdę bronię Piesiewicza. Bo, jak by nie patrzeć, Sekielski i reszta to jednak fachowcy. Oni powinni potrafić rozpoznawać formy i konwencje. No a poza tym, ostatnie wydarzenia pokazują niezbicie, że tam coś się zdecydowanie dzieje. Skoro Zembaty i Iwaszkiewicz i Piesiewicz i – jeśli wierzyć Iwaszkiewiczowi – Młynarski też coś tam ma za uszami, a jeszcze słyszę, że to że Raczkowski, przyjaciel Zembatego tak dużo na jego temat wie, to też wcale nie dlatego, że ktoś mu o tym opowiedział, to znaczy, że tam naprawdę wrze jak w ulu. I dopóki mi nie udowodnią, że jest inaczej, będę się temu wrzeniu bardzo przysłuchiwał. Co też radzę innym.

Jeśli komuś ten tekst jeszcze bardziej ubarwił ten piękny weekend, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 10 marca 2010

Wyzwolenie Senatora



Jako bloger, który pierwszy ujął się za biednym i skrzywdzonym senatorem Piesiewiczem, mam dziś prawo wyrazić radość i satysfakcję z tego powodu że Wielmożny Pan Senator jest już niezagrożony, a co najważniejsze całkowicie oczyszczony z podłych zarzutów. Prawo do wyrażenia tej satysfakcji daje mi również to, że od pewnego czasu dzierżę tytuł Blogera Roku i w związku z tym, jak mi tu niedawno z wielu stron zasugerowano, moje słowo liczy się podwójnie. Jestem więc dumny, że po raz kolejny mogę dać świadectwo prawdzie właśnie w tej sprawie, która tak bardzo prawdy jest spragniona.
Jak większość z nas już zapewne wie, Pan Senator Piesiewicz, ze szczęśliwie, dzięki wsparciu dobrych ludzi, zachowanym immunitetem, wraca do pracy w Senacie. Prokuratura została zmuszona do umorzenia śledztwa przeciwko temu wybitnemu człowiekowi, prawnikowi, politykowi i artyście, a my możemy się tylko cieszyć i mieć nadzieję, że przez te miesiące, które zostały do końca kadencji obecnego parlamentu, panowie śledczy będą mieli czas, by przemyśleć swoje jakże nierozsądne zachowanie i się zreflektować. To wszyscy, jak mniemam, wiemy. Jest jednak coś, o czym – przez wzgląd na podupadające czytelnictwo prasy – wielu może nie wiedzieć. W swoim poniedziałkowym wydaniu, tygodnik Wprost ujawnił wszystkie, dotychczas skrzętnie ukrywane szczegóły prowokacji zbudowanej przeciwko Senatorowi. I muszę już na samym wstępie ostrzec wszystkich co wrażliwszych czytelników tego bloga. Lektura jest iście porażająca. Jednak to trzeba wiedzieć, tego nie wolno przemilczeć, to słowo musi zabrzmieć jak dzwon.
Przede wszystkim, jak jasno wynika z akt prokuratorskich, ujawnionych przez Wprost, senator Piesiewicz w żadnym wypadku nie korzystał z usług prostytutek. Jak się okazuje, kobieta którą poznał w okolicach hotelu Marriott, nie była prostytutką, ale przypadkowo spotkaną dziewczyną o imieniu Joasia, z którą oboje „przypadli sobie do gustu”. Jakie mamy na to dowody? Dowody, o których pisze Wprost, są proste i jednoznaczne. Przede wszystkim Joasia „jeszcze tego samego dnia wieczorem wylądowała w domu senatora”. Przecież to jest oczywiste, że gdyby oni nie przypadli sobie do gustu, to by do tego wieczornego spotkania nie doszło. Mało tego! Z zebranych przez prokuratorów dowodów wynika, że Senator z panią Joasią nie robili absolutnie nic nagannego, a wręcz przeciwnie – rozmawiali wyłącznie „na temat własnych doświadczeń”. Więcej! Jak czytamy w dokumencie prokuratury, senator Piesiewicz nawet nie zapłacił dziewczynie za rzekome usługi seksualne. Wręcz przeciwnie. Dał jej wyłącznie „500 zł. na prezent i na taksówkę”. Postawmy sobie teraz pytanie: Czy człowiek, który korzysta z usług kobiety upadłej, daje jej pieniądze na prezent? A może ktoś sądzi, że byłoby lepiej, gdyby Pan Senator sam jej kupił ten prezent, albo przynajmniej poszedł z nią do sklepu? Nic bardziej błędnego. Przecież jest oczywiste, że po pierwsze człowiek tak zapracowany jak senator RP, nie ma czasu chodzić po sklepach. Poza tym wiadomo, że pani Joasia potrafiła lepiej wybrać sobie sama to co jej pasuje. Jak nisko upadli ci wszyscy, którzy jeszcze nie tak dawno insynuowali senatorowi Piesiewiczowi tak straszne rzeczy!
Podobnie się ma sprawa z rzekomym zażywaniem przez Senatora narkotyków. Wprost podaje wyraźnie i jasno:

„Co ciekawe, w dokumencie, który został sporządzony na podstawie zeznań wszystkich świadków, nie ma nawet słowa o narkotykach”
A więc najcięższy zarzut, jaki stawiano od miesięcy Senatorowi upadł jak domek z kart. Na tym ohydnym filmie, który mieliśmy okazję oglądać, Pan Senator Piesiewicz nie jest odurzony narkotykami! On jest całkowicie przytomny i wyłącznie dobrze się bawi. Bawi się we własnym domu. Z kobietą, która mu przypadła do gustu i której on do gustu przypadł również. A każdemu, kto uważa, że może wtykać nos w prywatne sprawy wolnych obywateli, od tych spraw wara!
I wreszcie dochodzimy do sprawy podstawowej. Podstawowej z tej przyczyny, że to właśnie ona wciąż czeka na zniesienie immunitetu senatora Piesiewicza. Chodzi o kwestię szantażu. Podobno – jak się dziś okazuje – szantażu. Dokumenty na które powołuje się dziennikarz Wprostu stanowią jasno:

„Piesiewicz w swoich zeznaniach mówił tylko o kolejnych ofertach odkupywania nagrań. Nie wspominał, by tym propozycjom towarzyszyły groźby publikacji materiałów w mediach. Nie było więc elementu ultimatum, niezbędnego do postawienia zarzutów szantażu”
I oto widzimy, z satysfakcją, ale i – niestety – z przerażeniem, jak misternie budowany plan zniszczenia człowieka leży w gruzach. Trzeba było tylu miesięcy cierpień człowieka – takiego człowieka! – żeby to wreszcie oficjalnie przyznano. Nie było szantażu. Nie było nic. Musieliśmy czekać tyle miesięcy, we wstydzie i w bólu na to, by wreszcie się okazało, ze tak naprawdę, była tylko zwykła przyjaźń, zwykła zabawa i kupno laptopa.
Ktoś spyta: Kupno laptopa? Otóż tak. Właśnie tak. Jak ujawnia Wprost, to co pozostaje z tej pieczołowicie budowanej piramidy kłamstw i oszczerstw pod adresem wielkiego intelektualisty i człowieka Krzysztofa Piesiewicza, to już jest wyłącznie ten laptop. Otóż, jak się okazuje, pewnego dnia dwaj mężczyźni, koledzy koleżanki senatora Piesiewicza Joasi, korzystając z tego, że ta im opowiedziała o swoim nowym przyjacielu, jego potrzebach i doświadczeniach, zaproponowali mu kupno laptopa. I wtedy pan senator – grzesznik! – kupił tego laptopa. I, przepraszam bardzo, ale w tym momencie brakuje mi już słów. Otóż okazuje się, że żyjemy w kraju, gdzie nie można sobie nawet kupić laptopa, bez takiego ryzyka, że naszą osobą zainteresują się organy ścigania. Oto czasy, w których przyszło nam żyć. Oto czasy!
Przepraszam. Uniosłem się. Ale mam nadzieję, że stali czytelnicy tego bloga zrozumieją moje wzburzenie. Trzeba było czekać tyle miesięcy, żeby prawda ujrzała światło dzienne. Żeby prawda wyszła z mroku pomówień i intryg i zaświeciła nam jak słońce na deszczowym niebie. Warto jednak było czekać. Warto było, dla tej chwili satysfakcji, że oto Krzysztof Piesiewicz – człowiek i artysta wraca do nas. Wraca dla Polski. A nam dziś pozostaje tylko jeszcze podziękować tym wszystkim ludziom dobrej woli, przyjaciołom senatora Piesiewicza, którzy wbrew tej fali pomówień stanęli po jego stronie, jak również odnowionemu tygodnikowi Wprost, bo bez ich dziennikarskich poświęceń być może wciąż byśmy żyli niepewnością. A do samego już Krzysztofa Piesiewicza mamy tylko dwa słowa: Witaj, Senatorze!

poniedziałek, 15 lutego 2010

O Solidarności bezwstydnej



Zbigniew Romaszewski obraził się i wystąpił z PiS-u. Dlaczego? Wygląda na to, że pierwszą przyczyną było to, że został przez partię, z którą dotychczas się utożsamiał, ukarany. Za co został ukarany? Za to, że w tzw. sprawie senatora Piesiewicza, z punktu widzenia wrażliwości reprezentowanej przez projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, zajął stanowisko tak drastycznie kuriozalne, że osoby nawet najbardziej oddane legendzie Romaszewskiego, wręcz usłyszały, jak im opadają ręce. Dlaczego więc Zbigniew Romaszewski się obraził? Ta kwestia akurat jest najbardziej oczywista i w pewnym sensie nawet zrozumiała. Romaszewski jest osobą zbyt ważną i poważną, i to nie tylko dla PiS-u, by pozwalać sobie na tego typu upokorzenia, jak partyjna nagana. A więc odchodzi. Problem pozostaje jeden. Czemu on – taki człowiek – pozwolił sobie na tak żałosny i tandetny gest jak obrona senatora Piesiewicza? A więc czemu uznał za stosowne osobiście, bez żadnego nacisku i żadnego w gruncie rzeczy powodu, się wykluczyć?
Dziś słucham rozmowy, jaką z Romaszewskim przeprowadza jeden z dziennikarzy telewizji TVN24, którego zasługi dla medialnego kłamstwa są tak znaczące, że odruchowo zapomniałem jego nazwiska. I ten oto dziennikarz pyta Senatora o partyjną dyscyplinę. I na to Zbigniew Romaszewski odpowiada w sposób, który jest szokujący nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że naprawdę, z punktu widzenia kogoś takiego jak Romaszewski innego rozwiązania, jak wystąpienie z klubu, nie było. Otóż Romaszewski odpowiada mniej więcej tak: „Dyscyplina owszem. Tyle że nawet dyscyplina ma swoje granice”. I teraz pozostaje tylko dodać jedno „A granicą jestem ja”. Tego akurat Romaszewski nie powiedział. A szkoda, bo powinien. Przynajmniej byłoby uczciwie. I prawdziwie. Jednak nie mówi. Mówi co innego. Dyscyplina owszem, ale nie w sytuacji kiedy na szali stoi los człowieka uczciwego, moralnie nieskazitelnego, prawdopodobnie dobrego kolegi senatora Romaszewskiego, który najpierw angażuje się w zachowania, według wszelkich znanych cywilizowanemu światu standardów, kompromitujące, a następnie, zamiast wstąpić do klasztoru, bredzi coś o tym, że nigdy nikogo nie skrzywdził, a jedynie popełnił grzech nieroztropności. I to jest to, co mnie i zadziwia i smuci. Dlatego że to jest Romaszewski, a więc dla mnie nie byle kto.
Dlaczego dla Zbigniewa Romaszewskiego kwestia obrony dobrego imienia swojego kolegi, Krzysztofa Piesiewicza była tak istotna, że postanowił – wraz zresztą z innymi dobrymi swoimi kolegami i kolegami Senatora – postawić na szali cały swój autorytet i tym samym, jednym szybkim i krótkim gestem, go zmarnować? Jak to się stało, że Zbigniew Romaszewski przez tyle ciężkich lat potrafił znaleźć w sobie tyle siły moralnej, a przecież i siły fizycznej, że nic go nie złamało, a ugiął się w sytuacji pozornie tak prostej? Nie wiem i powiem szczerze, boję się wiedzieć. Jest mi naturalnie bardzo przykro, że wystąpił z klubu i że tym samym praktycznie otworzył sobie drogę do politycznego niebytu. Oczywiście, może jeszcze wstąpić do Platformy, jak Mężydło, ale to naprawdę nic nie zmieni. Ta przykrość i ten żal i tak pozostanie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, że gdyby PiS – w końcu projekt, z którym i ja czuję się blisko – tolerował coś takiego, taki upadek, naraziłby się na stratę jeszcze większą. Bo po drugiej stronie tego wstydu jest Krzysztof Piesiewicz – zaćpany autorytet w sukience. Czyli coś, co znieść już jest naprawdę trudno.
Tak trudno, że nawet nie chce się znać odpowiedzi.

czwartek, 17 grudnia 2009

Widzę mroczność

Wciąż o Piesiewiczu? Nawet dziś, gdy piękna zima za oknem i jest bardzo możliwe, że tak się utrzyma przez Święta, które też tuż-tuż? Czemu nie? W końcu mogę znieść jeszcze parę komentarzy pokazujących wyłącznie, jak ciężko jest zrozumieć rzeczy najprostsze, gdy w głowie lenistwo, a w sercu ogień. No a poza tym, ileż tu rzeczy do powiedzenia i myśli do przekazania, gdy człowiek, którego profil mógłby wymodelować wybitny fotograf, czy wrażliwy artysta, a słowa zapisać autor przejmujących kazań, okazuje się być klientem sutenerów i dealerów? I to klientem ważnym wyłącznie dlatego, że z pieniędzmi.
Myślę o tym nieszczęsnym Piesiewiczu z każdej możliwej perspektywy i widzę, że wciąż tych perspektyw nie starcza. I myślę o czasach, które nas dopadły, również z wielu różnych perspektyw i tu też widzę, że tych perspektyw wciąż jest za mało. Bo oto, od paru dni toczy się desperacka walka o to, czy zwiastunom nowej moralności, głosicielom niekończącej się zabawy, tym pajacom, jeśli robiącym poważne miny wyłącznie żeby rozśmieszyć, uda się przeprowadzić nas na drugą stronę. Tam gdzie już nie będzie ani dylematów, ani pytań bez odpowiedzi, ani, ani już nawet samych odpowiedzi, bo i w końcu pytania się skończą. Swoją drogą, dziwnie wygląda ta walka. Ona – owszem – jest zażarta, powiedziałbym że na śmierć i życie, ale można odnieść wrażenie, że to agresor jest w nieustannej defensywie. Ci którzy widząc Piesiewicza, jak jego własna słabość i strach trzymają go za gardło, postanowili w tym samym momencie wypowiedzieć wojnę staremu porządkowi, by ogłosić, że to już koniec, że już wystarczy, nagle się zorientowali, że nawet nie mają broni. Że poza samą wściekłością i szyderstwem, nie mają nic.
Kiedy patrzę na nich wszystkich, gdy objaśniają mnie, że przecież nic się nie stało, a jednocześnie właśnie mnie oskarżają o brak współczucia i moralny terror, przypomina mi się scena z pierwszego Batmana, kiedy to Jack Nicholson ze swoimi kolegami wpadają z tym ogromnym, kompletnie idiotycznym radiem, by wszystko dookoła niszczyć i terroryzować swoim szyderstwem bezradnych w swym zadziwieniu ludzi. Przypomina mi się ta scena, bo nagle sobie uświadamiam, że właśnie to zdziwienie – tak autentyczne i bezbronne – sprawia, że ten atak w rzeczywistości jest skazany na pełną ostateczną porażkę. Bo on naprzeciwko siebie ma prawo i oparty na tradycji porządek. Więc oni oczywiście przegrają. Przegrają i ci, którzy w sprawie Piesiewicza dojrzeli szansę dla siebie, ale również wszyscy pozostali, którzy z najróżniejszych powodów, bardziej lub mniej osobistych, nie chcą nawet na moment się zamknąć i dać spokojnie temu wynaturzeniu zniknąć, a jeśli w jakiejkolwiek swojej części pozostać, to tylko w formie przestrogi.
Myślę sobie więc o nieszczęsnym Piesiewiczu i o ludziach, którzy tak bardzo walczą o to, by mu się broń Boże nic nie stało. Jakie stoją za nimi motywacje? I z prawdziwą przyjemnością stwierdzam, że każde możliwe wyjaśnienie przynosi mi same dobre wiadomości. A każda z nich z podstawowym przesłaniem. Będzie dobrze. Nie ma się czego bać. A więc, jakie to są motywacje? Przede wszystkim, mam głęboką pewność, że na czele tego frontu stoją ludzie w gruncie rzeczy porządni i uczciwi, którzy jednak w pewnym momencie tych trudnych czasów ulegli złudzeniu, że nic nigdy nie jest do końca określone. Nie znam się ani na starych filozofach, ani tym bardziej na tych całkiem nowych, ale o ile mi wiadomo, gdzie niegdzie istnieje silne przekonanie, że przez swoją wielkość i wynikającą z tej wielkości tragiczność, człowiek tak naprawdę jest nieustannie miotany żywiołami i im więcej tych żywiołów, tym człowiek większy i bardziej zasługujący na wybaczenie. Według tej kuriozalnej teorii, skoro generał Kiszczak jest człowiekiem honoru, to tym bardziej Roman Polański wielkim wolnym artystą, a Krzysztof Piesiewicz bohaterem jakiejś mrocznej tajemnicy.
Nie wiem, czy tu nie posuwam się zbyt daleko, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że dla tego typu osób, słowo ‘mroczny’ stało się wręcz relikwią. Czy to dlatego, że naoglądali się w młodości głupich filmów, czy nasłuchali tandetnej muzyki w kolorze noir, jakoś pokochali tę myśl, że do prawdziwego wzruszenia potrzebna jest odpowiednia dawka ‘mroczności’. Nie powiedziałbym że jest to już klasyczne opętanie, ale faktem jest to, że sytuacja, w której ‘mroczność’ staje się główną emocją, pierwszą kategorią estetyczną i podstawową wymówką, jest co najmniej dziwna. Osobiście wolałbym tego czegoś nawet nie dotykać.
Druga kategoria obrońców przebranego w sukienkę i zaćpanego Piesiewicza, to z całą pewnością też ludzie skądinąd Bogu ducha winni, lecz zwyczajnie zagubieni w tym trwającym już od ponad czterech lat antypisowskim kłamstwie. Ludzie, dla których polityczne emocje tak przewróciły w głowach, że – o czym tu już pisałem – nawet jeśli któraś z ważnych postaci Platformy zechce po pijanemu wjechać w przystanek pełen dzieci i je wszystkie rozjechać na śmierć, to oni i tak będą udawać, że o niczym nie wiedzą, że się nie znają, że ich to nie interesuje, że mają za mało informacji i że w ogóle nie mają ochoty niczego oceniać, bo i tak najgorsze co nas mogło spotkać jest już szczęśliwie za nami. Znam tych ludzi nawet dużo lepiej, niż owych głosicieli ‘mrocznego piękna’, i mogę z całą pewnością stwierdzić, że jeśli coś im można zarzucić, to z całą pewnością nie to, że są źli. Co najwyżej po prostu mało mądrzy.
Niestety, jest też pewna grupa, tym razem już bardzo aktywna publicznie i stanowczo najbardziej agresywna, która zawzięcie walczy o to, żeby Piesiewiczowi nic już więcej złego się nie stało, a która – w moim głębokim przekonaniu – składa się z ludzi, których od Piesiewicza, poza zwykłymi i oczywistymi talentami, różni już tylko wyłącznie kolor tej sukienki. Jestem pełen podejrzeń, że jest całe mnóstwo osób, publicznie znanych i powszechnie szanowanych, którzy dzielą z Krzysztofem Piesiewiczem jego upadek, tyle że szczęśliwie dla nich wciąż mogą mieć nadzieję, że oni akurat wybrali najbezpieczniejsze miejsca. I że choć nie wiedzą, dlaczego akurat Piesiewicza spotkało to co go spotkało, wierzą głęboko, że to był tylko jednorazowy, być może już niedługo zapomniany, wypadek. Żyją tym swoim życiem, przede wszystkim dlatego że ono daje im oddech od codziennych zmartwień, i starają się bardzo liczyć te dni, czy choćby te godziny, kiedy nie muszą się bać. Ale i tak się niekiedy boją i wtedy właśnie stają przed kamerami i opowiadają o swoim szacunku dla zaszczutego człowieka. Po co? Trudno powiedzieć. Może po to, żeby, kiedy przyjdzie odpowiedni czas, ich kolega Piesiewicz zachował pełną wdzięczności dyskrecję. Albo nawet ot tak, na wszelki wypadek.
Dlaczego napisałem, że te moje przemyślenia są dla mnie w gruncie rzeczy bardzo optymistyczne? Otóż one wszystkie, same w sobie, nie bardzo dają powody to satysfakcji. Jest jednak jeszcze coś, co wydarzyło się wczoraj, co stało się prawdziwym powodem tych dzisiejszych refleksji i co, w rezultacie, sprawia, że to wszystko robi naprawdę dobre wrażenie. Stało się bowiem tak, że – obserwując publiczne reakcje na upadek Krzysztofa Piesiewicza – nie mogłem nie zauważyć, że on otrzymał poparcie, lub choćby dyskretne współczucie, z każdej możliwej strony, z wyjątkiem jednego środowiska. Środowiska swojej własnej Platformy Obywatelskiej. Osoby i polityczne grupy, po których można się było spodziewać, że z furią rzucą się na tego trupa, nieoczekiwanie zachowały dyskretne milczenie, lub wręcz – jak choćby w przypadku senatora Romaszewskiego – postanowiły bronić Piesiewicza. Pojawia się pytanie, dlaczego akurat władze PO, uznały za stosowne publicznie zadeklarować swój brak zainteresowania losem swojego przyjaciela? Dlaczego akurat oni, dla których Piesiewicz przez całe lata stanowił bardzo silne moralne alibi, właśnie teraz postanowili go potępić? Niektórzy komentatorzy twierdzą, że za tym stoi jakaś bardzo brudna gra, która może mieć nawet swoje początki w wewnętrznych, platformianych porachunkach. Nie sądzę, żeby tak było. Przede wszystkim dlatego, że odnoszę wrażenie, że pierwsza reakcja ze strony Platformy wcale nie była taka. W pierwszym odruchu, jedynie Janusz Palikot potępił Piesiewicza, by za chwilę nawet chyba się trochę z tego wycofać. Dopiero wczoraj, nagle i Premier i Grzegorz Schetyna, a za nimi oczywiście już cała reszta, zaczęli głosić, że Piesiewicz sam sobie zgotował ten los. A to by świadczyło o tym, że ta reakcja jest jednak starannie wykalkulowana. Przez co?
Tak się złożyło, że wczorajsze wystąpienie Donalda Tuska miałem okazję tylko obserwować na wyciszonym telewizorze. Patrzyłem na jego twarz, na te jego słynne oczy, na te jego połamane już chyba jak u baseballisty dłonie, i czytałem na lecącym w dole ekranu pasku, co on gada. A gadał mianowicie to, że on nie chce „skakać’ po Piesiewiczu, tak jak cała reszta (KTO???), ale musi z przykrością powiedzieć, że Piesiewicz już jest skończony. Patrzyłem na Tuska, jak mówi i co mówi, i widziałem najwyraźniej jak to jest tylko możliwe, że on gada dokładnie to co zawsze, a więc to co mu podpowiedzieli piarowcy. A kiedy już skończył z Piesiewiczem, rozchmurzył się na moment, a na pasku pojawił się napis: „Messi, czy Ronaldo”, wiadomo było, że tu się odstawia wyłącznie piłeczkę. Jak zawsze. I było już oczywiste, że on, a za nim reszta Platformy, skreślili Piesiewicza nie dlatego, że oni mu źle życzą, lub – tym bardziej – nie dlatego, że ich ta kokaina i te dziwki oburzają. Nic podobnego. Z ich punktu widzenia ani dziwki ani kokaina nie są żadnym problemem, o ile tylko są na to pieniądze. Oni go skreślili, i starannie to zakomunikowali społeczeństwu, z całą pewnością dlatego, że specjaliści od wizerunku, którzy utrzymują Platformęprzy życiu, powiedzieli im, że jeśli oni zaczną Piesiewicza bronić, to im spadnie jeszcze bardziej. Że społeczeństwo tego już nie wytrzyma. A więc atak Platformy na Piesiewicza jest aktem czystej desperacji.
I to jest ta wiadomość, która sprawia, że jest zwyczajnie dobrze. Że możemy spokojnie wierzyć w to, że z jednej strony, wszystko wskazuje na to, że wystarczająco duża część społeczeństwa wciąż wierzy w to, że jest dobro i zło. I że dobro jest nagradzane, a zło powinno być karane. I że to dobro i to zło są ściśle określone przez chrześcijańską cywilizację. A z drugiej strony, że projekt, który okazał się tak bardzo zły dla Polski i dla nas wszystkich – nawet dla tych, którzy nie mają o tym marnego pojęcia – a który popularnie funkcjonuje pod nazwą „Platforma Obywatelska”, kończy się całkowitą klapą.

wtorek, 15 grudnia 2009

O szantażu, o zgorszeniu i o świętym spokoju

Kiedy najpierw planowałem, a później już pisałem tekst, w którym sparodiowałem przyszłe – tak jak je sobie mogłem wyobrażać – obrończe tyrady adwokatów na rzecz tego, co stało się udziałem Krzysztofa Piesiewicza, byłem przekonany, że trafiam w samo sedno. Że tak właśnie to będzie wyglądało. Że ten głos będzie powszechny i właśnie taki. Że za Krzysztofem Piesiewiczem i jego upadkiem podniesie się wrzawa równie piękna, kwiecista i pełna emocji, co czarna jak noc, kompletnie pusta i niemerytoryczna. Wiedziałem coś jeszcze. To mianowicie, że na samym początku tej nauki, która już za chwilę do nas dotrze, stać będzie wyłącznie nienawiść do PiS-u. Ta nienawiść, która przez ostatnie cztery lata stała się nieodłączną częścią polskiej przestrzeni publicznej, tak jak są nią niedzielne zakupy, Taniec z gwiazdami, bankowe kredyty, duże telewizory, czy przygotowania do Euro 20.
Miniony weekend trochę potwierdził moje przypuszczenia.. W ramach rodzinnej wizyty spotkaliśmy się z człowiekiem nam bliskim w każdym wymiarze. A więc z kimś, kto całe życie przepracował uczciwie, w miłości do Boga i szacunku do drugiego człowieka. Kimś, kogo życie nie ucierpiało ani od szczególnie ciężkich upadków, ani nie zakwitło szczególnie spektakularnymi osiągnięciami. Zwykły człowiek, ze zwykłymi zaletami i jeszcze bardziej zwykłymi wadami, taki jak my i wielu tych, których spotykamy na co dzień. Jednocześnie ktoś, kto przez ostatnie cztery lata pozwolił by jego codzienne emocje zdominowała nienawiść do PiS-u. Zimna, kompletnie irracjonalna, niewzruszona nienawiść. A więc i tu – ktoś całkowicie z naszego świata. I oto podczas rozmowy na temat ciastek, pogody i wysokich czynszów, pojawiły się dwa mocne stwierdzenia: pierwsze to takie, że on przede wszystkim nie za bardzo wie, o co chodzi z tym Piesiewiczem i że, cokolwiek by tam się nie działo, Kaczyński (obojętnie który) jest pod względem moralnym bez porównania bardziej zepsuty.
Kiedy usłyszałem to co usłyszałem, pomyślałem sobie oczywiście natychmiast, że nie ulega wątpliwości, że gdyby to co się przydarzyło Piesiewiczowi, spotkało na przykład Przemysława Gosiewskiego, ten nasz syn, brat, mąż, wujek, ojciec, dziadek – powtarzam, w całym swym życiu dokładnie taki jak my – doskonale by wiedział, o co chodzi. Wiedziałby z najmniejszymi szczegółami, co się wydarzyło i co ważniejsze, wiedziałby świetnie, co o tym wszystkim myśleć. No i – naturalnie – nie musiałby już szukać większego zła. Pomyślałem sobie też natychmiast, że skoro on nie wie i wiedzieć nie chce, to znaczna część społeczeństwa również nie wie, i wiedzieć nie chce. A to dlatego prawdopodobnie, że komuś bardzo skutecznie zależy na tym, żeby oni nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli. Bo jeśli ma triumfować zło, to lepiej żeby to była ta znana nam świetnie nienawiść, a nie coś co tylko stworzy niepotrzebne dylematy.
I wczoraj nagle, wydarzyło się coś, co pokazało mi, że owszem, PiS będzie tu, już do końca tej sprawy, znał swoje miejsce, ale że są rzeczy znacznie ważniejsze niż tylko czarne emocje. Do wieczornego Szkła kontaktowegozadzwonił „pan Marek z Warszawy” i powiedział, że jemu bardzo nie podoba się to, co zrobił Krzysztof Piesiewicz, i swoje zdanie podbudował zwyczajowymi argumentami. I stała się rzecz niecodzienna. Otóż współprowadzący z Tomaszem Sianeckim program, Marek Przybylik wyskoczył na widza z przysłowiową mordą i praktycznie odebrał mu głos. Najpierw zapytał go, co go w ogóle obchodzi, co Piesiewicz robi we własnym domu, a potem – i to jest właśnie to wydarzenie – zadał kolejne pytanie: „Czy był pan kiedykolwiek szantażowany, żeby się wypowiadać?” Czujny redaktor Sianecki, nie mniej pewnie poruszony od wielu innych widzów, wykonał kolejny niezwykły gest, a mianowicie wyskoczył z podobną mordą na Przybylika i powiedział mu, żeby na przyszłość się nie odzywał, bo nie on jest od prowadzenia programu. A kiedy ten zaczął protestować, to mu dorzucił jeszcze Dulskich z ich brudami we własnym domu, i szczęśliwie udało się zmienić temat.
A więc szantaż. O tym, przyznam się jakoś wcześniej nie myślałem. To znaczy, wiedziałem naturalnie, że tak tego typu sprawy wyglądają, że najpierw jest upadek, później szantaż, a następnie kolejny już upadek, dalszy szantaż… i tak dalej, do końca świata. Ale, kiedy pojawiał się w moich myślach ten szantaż, jakoś wiązałem go z samym Piesiewiczem, a więc z bezpośrednią ofiarą, a nie z kimś, kto na razie się jakoś trzyma. Kiedy myślałem o sprawie Piesiewicza, całą oprawę dla tego zdarzenia stanowił on i jego sytuacja z jednej strony, i ta nienawiść z drugiej. Szantaż, jako centrum tego nieszczęścia i jego główny motor, nie przyszedł mi do głowy. I nagle pojawił się ten nieszczęsny Przybylik ze swoim pytaniem: „Czy był pan kiedyś szantażowany? Czy pan wie, jak to jest, żeby się mądrzyć?” I ta nerwowa, błyskawiczna reakcja Sianeckiego.
Podobnie jak ten pan Marek z Warszawy, również nie byłem szantażowany. Ale domyślam się jak to jest i myślę, że to musi być sytuacja absolutnie nie do zniesienia. Szantaż musi być rzeczą najstraszniejszą. Dlatego że z jednej strony wypełnia życie strachem i odbiera wolność, a z drugiej wciąga człowieka jeszcze głębiej w ten strach i w to zniewolenie. Domyślam się, jak się to zaczyna i jak to się dzieje potem. Kiedy słyszę o tym, jak Krzysztof Piesiewicz jednocześnie występował publicznie i z poważną miną opowiadał o etycznym wymiarze życia, by następnie dawać sobie zakładać te sukienki i płacić ciężkie pieniądze, by chociaż zostało tak jak jest i nie było gorzej, domyślam się wszystkiego, jeśli idzie o potęgę szantażu. Podobnie jak jeden pan Marek z Warszawy domyślam się, i w odróżnieniu od innego pana Marka z Warszawy, jednak szczęśliwie nie mam o tym pojęcia.
Szantaż. Kiedy przez Polskę przetoczyła się fala dyskusji o lustracji, ów szantaż się też oczywiście pojawił. Mówiło się dość głośno o tym, że tu nie chodzi o czystą moralną odpowiedzialność za zło, które się kiedyś uczyniło, i o karę za to zło, ale o to, że za tym złem ciągnie się szantaż, który jest tak inny od każdego naszego, nawet najgorszego występku, że poza tym szantażem tak naprawdę nie liczy się nic. Że tak jak za tymi biednymi dziewczynami których zdjęcia oglądać możemy z każdego miejsca na świecie w Internecie stoi najzwyklejszy strach i zniewolenie, tak za tą dawną współpracą, tym dawnym upokorzeniem i tą zdradą, stoi całkowicie świeży i nigdy niekończący się szantaż. Mówiło się o tym szantażu, ale jednocześnie – może przez to, że tak trudno jest sobie go przedstawić i zapamiętać, a tak łatwo z kolei jest sobie wyobrazić człowieka, który raz, czy dwa razy upada – bardziej myślałem o tym pierwszym momencie i o samym początku i ewentualnie o tych dzisiejszych wykrętach, niż o tym wszystkim, co się cały czas dzieje gdzieś w tle. Widziałem ludzi kłamiących publicznie, publicznie kompromitujących najbardziej zwykłą ludzką inteligencję i poczucie rozsądku i zadawałem sobie pytanie – dlaczego? I albo nie wiedziałem, dlaczego, albo myślałem o zwykłym codziennym upadku. Ten szantaż jakoś nigdy nie przyszedł mi do głowy.
Też wczoraj, w wieczornej telewizji, Bohdan Rymanowski rozmawiał z arcybiskupem Życińskim. Biskup siedział w swojej biskupiej sukni, w czerwonej piusce na głowie, na tle – ciekawe że nie krzyża, ani nawet zdjęcia Jana Pawła II – lecz biblioteki z mnóstwem, z pewnością bardzo mądrych książek, i opowiadał trochę karykaturalnym, księżowskim tonem o krzywdzie, jaka spotkała Krzysztofa Piesiewicza. Słuchałem go, całkowicie porażony, przez te piętnaście, czy dwadzieścia minut, i zadawałem sobie to pytanie – dlaczego? Przez całą swoją długą wypowiedź, arcybiskup Życiński jednym słowem, jednym, najbardziej skromnym gestem nie pokazał na to zło, na to zgorszenie które się stało, lecz – wręcz odwrotnie – ku zdumieniu samego Rymanowskiego, gorszył sam, w sposób najbardziej jednoznaczny i bezczelny. A ja się pytałem – dlaczego? Patrzyłem na Arcybiskupa mojego Kościoła, słuchałem w oszołomieniu każdego jego słowa, obserwowałem nawet ten pot na jego brodzie i myślałem, co za czort? Co za tym stoi? I widziałem wszystko. I jakiś grzech sprzed lat, może alkohol, może po prostu polityczne emocje, może w ogóle emocje, ale jakoś – cholera – nie przychodził mi do głowy ten strach. A przecież dziś, gdy patrzę na jego twarz, to ten strach w sposób jak najbardziej oczywisty tam jest. Tam widać najzwyklejszy, zwierzęcy strach. Ciekawe że nie pomyślałbym o nim, gdyby nie to jedno zdanie, wypowiedziane przez Marka Przybylika na temat szantażu niecałą godzinę później.
Bo ma rację Marek Przybylik. On wie, jak to jest. I on i wielu innych. I wie też z całą pewnością arcybiskup, metropolita lubelski Józef Życiński. A my nie wiemy. Ale jesteśmy za to pełni współczucia i dobrej woli, więc się staramy się zrozumieć i odtworzyć przebieg klasycznego, starego jak świat szantażu. Staramy się zobaczyć i ten grzech i ten strach i to zgorszenie i oczywiście stać nas na to, żeby wreszcie znaleźć w sobie to współczucie. Widzę przed sobą twarz arcybiskupa Życińskiego i odtwarzam w pamięci każdy jego gest, jego każde słowo. I już nie mam w sobie ani złości, ani nawet zdziwienia. Jedyne czyste, szczere współczucie. I wreszcie mam spokój.

piątek, 11 grudnia 2009

Bronię Senatora!

Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci tym, co spotkało senatora Krzysztofa Piesiewicza. Jeśli idzie jednak o mnie, słowo ‘wstrząśnięty’ pozostaje najzwyklejszym niedomówieniem. To co czuję, obserwując zorganizowaną nagonkę – bo tak to muszę nazwać – na tego człowieka, budzi we mnie wyłącznie obrzydzenie. Kiedy słucham ludzi, którzy wypowiadają się na temat tego, co spotkało senatora Piesiewicza i nawet im głos nie drgnie, kiedy w tak bezwzględny i – co tu mówić – bezmyślny sposób miotają pod jego adresem oskarżenia, odczuwam wstyd, że podobnie jak oni jestem Polakiem.
Kim jest Krzysztof Piesiewicz? Wszyscy go pamiętamy przede wszystkim jeszcze sprzed wielu lat, kiedy w tak niezwykły sposób reprezentował przed sądem rodzinę księdza Jerzego Popiełuszki. Ale dla wielu z nas, którzy wtedy, albo byli zbyt młodzi, żeby interesować się szczegółami tamtego przykrego zdarzenia, albo po prostu zajęci sprawami dnia codziennego, po prostu nie mieli głowy do tego, by myśleć o polityce, Krzysztof Piesiewicz jest wielkim humanistą i intelektualistą, wybitnym politykiem Platformy Obywatelskiej, i – o czym nie należy zapominać – znakomitym scenarzystą, autorem wielu największych dzieł filmowych Krzysztofa Kieślowskiego. I oto ten człowiek jest bez żadnej litości i bez żadnego szacunku dla tego, czego dokonał dla wolnej Polski, rozszarpywany i opluwany przez zwykłe – nie bójmy się tego słowa – hieny.
Co nasi niedzielni moraliści zarzucają Piesiewiczowi? Czy wśród tych wszystkich oskarżeń, jest choć jeden zarzut, który moglibyśmy z czystym sumieniem uznać za na tyle szokujący, by mógł on być z całą powagę skierowany przeciwko komukolwiek, a co dopiero przeciwko człowiekowi takiemu jak senator Piesiewicz. Zastanówmy się tylko, cóż takiego uczynił Krzysztof Piesiewicz, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek z nas? Zastanówmy się, co pozostanie z tych wszystkich ohydnych pomówień kierowanych wobec Piesiewicza, kiedy już odrzucimy z nich to co stanowi zwykłe, brudne plewy? Bulwarowy Super –Express, a za nim inne, szukające taniej sensacji media, sugerują, że senator Piesiewicz zażywał kokainę. Ten zarzut akurat od samego początku wart był funta kłaków, bo wystarczyła krótka i stanowcza deklaracja samego pana senatora, że ten biały proszek, o którym z taką swadą donoszą najróżniejsi „dziennikarze”, to nie kokaina, lecz zaledwie lekarstwo, które Krzysztof Piesiewicz specjalnie rozdrobnił, żeby je przyjąć. Czym więc jeszcze, skoro już nie ma problemu rzekomych narkotyków, chcą zaabsorbować naszą uwagę ludzie o określonych, choć nie do końca jasnych interesach? Okazuje się, że na przyjęciu – być może urodzinowym, być może z okazji jakiejś innej rocznicy – Piesiewicz był ubrany w sukienkę i miał pomalowane usta. Rzeczywiście! Jestem porażony! Toż to skandal! Żeby poważny człowiek nagle postanowił się po prostu dobrze zabawić. Czegoś takiego świat nie widział. Ilu z nas – zastanówmy się, ilu z nas – choć raz w życiu nie przebrało się z okazji jakiejś zabawy za księdza, kowboja, czy właśnie dziewczynę? Iluż z nas, czy to w młodym wieku, czy później, już w dorosłym zyciu nie pozwoliło sobie na chwilę relaksu i szaleństwa? Doprawdy, brakuje słów, by komentować to co się w związku z tą sprawą wyprawia.
Wiele już powiedziano na temat tzw. ‘sprawy Polańskiego’. Każdy z nas miał wielokrotnie okazję zobaczyć, ile złego może wyrządzić ktoś, dla kogo głównym motorem działań jest zawiść i nienawiść do drugiego człowieka. Wydawałoby się, że po tym wszystkim cośmy zobaczyli i cośmy usłyszeli na temat rzekomych win Romana Polańskiego, jesteśmy w stanie odróżnić to co prawdziwe od tego, co jest wyłącznie wytworem chorej ludzkiej fantazji. Niestety nie. Wydaje się, że są wśród nas tacy, którzy nie są w stanie przeżyć jednego dnia bez kolejnego seansu nienawiści, bez kolejnej ofiary. Tym razem, skoro, jak wszystko na to wskazuje, z Polańskim już nie da się zbyt wiele wskórać, bo wielki reżyser z pewnością wyjdzie na wolność, trzeba znaleźć nową ofiarę. Ciekawe tylko jest to, że zawsze jest to ktoś o nieposzlakowanej opinii. Zawsze ktoś taki, kogo nawet nie można uczciwie drasnąć najmniejszym oskarżeniem.
Oczywiście, już niedługo ta sprawa – jak wiele innych wcześniej i z całą pewnością wiele jeszcze kolejnych – zniknie w zakamarkach ludzkiej niepamięci. Krzysztof Piesiewicz zostanie. Już na zawsze zraniony, już do końca życia z tym strasznym znamieniem. Słyszę dziś też głosy jeszcze straszniejsze, jeszcze bardziej przebijające każde szczere serce swoim bezlitosnym ostrzem. Głosy, które sugerują że Krzysztof Piesiewicz padł ofiarą ekskluzywnych prostytutek, z których usług korzystał. Wiem, że to nieprawda. Wiem, że nawet jeśli coś z nimi miał wspólnego, to z całą pewnością nie z własnej woli, nie z jakiś niskich, prostych, ludzkich słabości. Wiem też, że gdyby tylko dobrze poszukać, również w PiS-ie – a może przede wszystkim tam – można by było znaleźć podobne „kompromitujące” zdjęcia i materiały. Ale nawet jeżeli, nawet gdyby miało się okazać, że tak, że senator Krzysztof Piesiewicz raz – ten jeden raz w życiu – okazał swoją słabość i dał się uwieść tym, których intencje i cele nigdy do końca nie zostaną wyjaśnione, to i cóż takiego? Kto z nas może rzucić kamieniem, kto z nas może z czystym sumieniem powiedzieć, że nigdy w życiu nie korzystał z usług prostytutek? A jeśli nawet i znajdą się tacy, to chciałbym ich spytać o jedno. Czy to jest może przestępstwo? Czy nawet najbardziej wyuzdany seks jest zbrodnią? Dlaczego tyle jadu, tyle złości, tyle szyderstwa kieruje się pod adresem było nie było ofiary? Dlaczego, pytam. Czy będziemy się godzić na to, by znów, po raz nie wiadomo który, to zło tryumfowało? A dobro było w defensywie?
Pamiętam, jak kiedyś oglądałem w telewizji program rozrywkowy zatytułowany Latający Cyrk Monty Pythona, w którym aktorzy szydzili z sędziów – z poważnych dostojnych, sędziów – którzy rzekomo pod swoimi togami noszą pończochy i damskie majtki, a jak wyjdą z sali sądowej, to mówią do siebie piskliwymi głosami. Nigdy mnie takie żarty nie śmieszyły. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jaki społeczny interes stoi za tego rodzaju humorem. Ale nigdy też nie przypuszczałem, że ten rodzaj obsesji zagości kiedyś i u nas. Że i my dojdziemy do tego rodzaju barbarzyństwa, ze będziemy tropić posłów, senatorów, sędziów i w ogóle – osoby z pozycją i autorytetem, wtykając nasze spocone nosy w najbardziej prywatne i osobiste sprawy. Wstyd!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...